Śmierć wisi w powietrzu. Prawdziwa historia seryjnego mordercy i wielkiego smogu w Londynie - Kate Winkler Dawson - ebook
Opis

Gdy Londyn podnosił się ze zniszczeń II wojny światowej, uderzyła w niego kolejna katastrofa: na pięć grudniowych dni 1952 roku zabójczy smog opadł na miasto i trzymał je w żelaznym uścisku. Dzień zamienił się w noc, transport miejski przestał funkcjonować, a przestępcy wylegli na ulice. Dwanaście tysięcy osób zmarło z powodu trującego powietrza. W tym chaotycznym okresie pojawił się w mieście jednak kolejny morderca, który wykorzystał śmiercionośną mgłę jako pretekst do własnych zbrodni.

W całym Londynie znikały kobiety – ubogie i zapomniane, których nagła nieobecność nie zwróciła specjalnie niczyjej uwagi. Wszystkie spotkały na swojej drodze tego samego cichego, niewyróżniającego się człowieka, który tamtej mrocznej zimy zapraszał je do rozpadającego się mieszkania w Notting Hill. Nigdy go już nie opuściły.

Czy w ścianach, pod podłogami i w ogródku tego domu grozy kryło się więcej ciał? Czy to trująca mgła sprawiła, że bestia oszalała?

Wielki smog londyński z 1952 roku pozostaje najtragiczniejszym w skutkach przypadkiem zanieczyszczenia powietrza w historii świata, a seryjny morderca działający w jego ukryciu odmienił losy kary śmierci w Wielkiej Brytanii na zawsze.

Kate Winkler Dawson jest doświadczoną producentką filmów dokumentalnych i dziennikarką, która współpracowała z „New York Timesem”, stacjami radiowymi WCBS i ABC News Radio, kanałem telewizyjnym Fox News, agencją United Press International oraz programami telewizyjnymi PBS NewsHour i Nightline.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 436

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Prolog. Dreszcz

PROLOG

Dreszcz

Wszędzie mgła. Mgła w górze rzeki toczącej tam wody pośród zielonych łąk i wysepek. Mgła w dole rzeki, która omywa tam nadbrzeża portowe i przycumowane okręty, i wszelkiego rodzaju śmiecie wyrzucane przez wielkie i brudne miasto.

Charles Dickens, Samotnia (1853) przeł. Tadeusz Jan Dehnel

Włosy nastolatki zwilgotniały od osiadającej na nich mgły, kiedy dziewczynka ostrożnie omijała kawałki stłuczonego szkła ledwo trzymające się w popękanych ramach okien. Balansując na rozsypanych cegłach, oparła się delikatnie o szkielet domu. Był rok 1952 – zimowy londyński wiatr, zimny i przejmujący, sprawił, że jej ciało od czubka głowy po końce palców u stóp przeszył dreszcz. Trzynastoletnia Rosemary Sargent nasłuchiwała wołania swojego młodszego brata, a lekka mgiełka przeistaczała się powoli w gęstą mgłę. Dziewczynka przeskoczyła przez pełne zardzewiałych gwoździ drewniane belki, które kiedyś podtrzymywały naprawdę ładny dom, oddalony zaledwie o kilka budynków od jej włas-nego. Teraz było to pobojowisko, idealne miejsce zabaw dla uciekających przed nudą małych figlarzy z okolicy. Patrząc na cegły, z łatwością wracała pamięcią do tego, jak wyglądało jej życie w czasie drugiej wojny światowej.

Gdy późnym latem 1944 roku naziści atakowali jej robotniczą dzielnicę w południowo-wschodnim Londynie, Rosemary miała zaledwie pięć lat. Jej rodzina postanowiła zostać, nie zgodziła się na ewakuację… i było prawdziwym cudem, że udało im się przetrwać. Lata później jej rodzice nadal trzymali w salonie schron Morrisona1. Matka Rosemary przykryła go obrusem i traktowała jak najzwyklejszy w świecie stół.

Marzeniem nastolatki było zostać nauczycielką – pomysł ten zakiełkował w jej głowie właśnie tamtego lata, kiedy Luftwaffe zrzuciło tuż obok jej domu bombę latającą. Rosemary pamiętała, że rysowała kredą po tablicy w przydomowym ogrodzie, kiedy usłyszała buczenie. Ten dźwięk budził we wszystkich londyńczykach niepokój. Wciąż miała w pamięci to, jak wyglądał – jak torpeda ze skrzydłami. W rzeczywistości był to pocisk manewrujący typu V-1, który przenosił głowicę ważącą niemal tonę. Od tamtej pory minęło kilka lat, ale ona nadal dokładnie potrafiła przywołać moment, gdy unosił się nad ich domem. Pamiętała też krzyk matki, która wybiegła z kuchni i stojąc w drzwiach salonu, wołała: „Do środka, do środka, do środka!”.

Gdzieś obok chłopcy robili straszne zamieszanie. W gęstniejącej mgle dzieciaki bawiły się w chowanego wśród zgliszczy domu sąsiadów.

*

Początek roku 1952 w Wielkiej Brytanii był ponury. Szóstego lutego, w wieku pięćdziesięciu sześciu lat, zmarł król Jerzy VI, pozostawiając w żałobie osłabiony po wojnie naród. Albert – tak brzmiało nadane mu po narodzinach imię – został koronowany prawie piętnaście lat wcześniej, w czasach, kiedy opinia publiczna nie pokładała wielkiej wiary w monarchii, to znaczy krótko po skandalu, który wstrząsnął jej posadami. Starszy brat Alberta Edward VIII wstąpił na tron w 1936 roku, po śmierci ich ojca. Jednak w tym samym roku król Edward abdykował, aby móc poślubić pochodzącą z Ameryki rozwódkę Wallis Simpson. Albert niezbyt ochoczo wstąpił na tron rok później.

Wbrew przewidywaniom Albertowi udało się spełnić pokładane w nim, choć bez przekonania, nadzieje. Kiedy Brytyjczycy potrzebowali przywódcy, król Jerzy VI okazał się monarchą, za którym stanął cały naród. Przeprowadził swoich rodaków przez drugą wojnę światową, bombardowania Londynu, które pozostawiły blizny zarówno w krajobrazie tego miasta, jak i w jego duszy, a także przez pierwsze powojenne lata. Kiedy naród potrzebował silnego głosu, król przemawiał nim mimo problemów z jąkaniem. Pogrzeb Jerzego VI na zamku w Windsorze był imponujący. Cały kraj był pogrążony w żałobie po śmierci swojego monarchy, ale miał też powody do optymizmu. Objęcie tronu przez Elżbietę II, starszą córkę króla, było dla Brytyjczyków czymś ekscytującym. W wieku zaledwie dwudziestu pięciu lat Elżbieta stała się przyszłością monarchii. Młoda, atrakcyjna królowa z pełnym werwy mężem i uroczymi dziećmi u boku zdawała się ucieleśnieniem marzeń i nadziei całego narodu. Brytyjczycy nie mogli się doczekać pełnej przepychu koronacji, której datę wyznaczono na kolejne lato.

Nie dało się jednak ukryć, że siedem lat po zakończeniu drugiej wojny światowej w Londynie nadal panował kryzys. W całej Wielkiej Brytanii pochłonęła ona niemal siedemdziesiąt tysięcy cywilów – czterdzieści tysięcy w samych nalotach, z czego prawie połowa zginęła podczas bombardowań Londynu. Rząd w dalszym ciągu mierzył się z gigantycznymi długami wojennymi. Słodycze i cukier wciąż racjonowano. W modzie było – uznawane za całkiem szykowne – palenie tytoniu, który pozostawał jedną z niewielu małych przyjemności w ściśle i odgórnie kontrolowanym życiu codziennym. Poza tym toczyła się kolejna wojna uszczuplająca państwowe środki. Ponad dwanaście tysięcy brytyjskich żołnierzy walczyło wraz z Amerykanami w Korei. W większej części Londynu natomiast zaczynała królować przestępczość, a zbombardowane ruiny stanowiły świetne kryjówki dla kryminalistów, którzy coraz bardziej przeważali liczebnie nad policjantami.

*

Mimo wszystko istniała jedna gałąź przemysłu, której udało się już powrócić do przedwojennych wyników – wydobycie węgla. Przez całe lata to właśnie ten surowiec zasilał krajową gospodarkę, a w 1952 roku w każdym domu był przynajmniej jeden kominek na węgiel, co oznaczało, że w samym Londynie upchnięto kilka milionów domowych piecyków na przestrzeni zaledwie dwa razy większej od Nowego Jorku. Opał był tani, efektywny i niezastąpiony – w tamtym czasie stanowił główne źródło ciepła w gospodarstwach domowych. Jednak dym potrafił być duszący, a dostający się do atmosfery dwutlenek siarki – zabójczy. To on przyczyniał się do kwaśnych deszczy, które działały wystarczająco silnie, by wyginać żelazo, niszczyć posągi, zatruwać ziemię i skazić zbiorniki wodne – zanieczyszczenie mogło uszkodzić płuca i powodować raka. Nadal jednak palono węglem. W 1952 roku elektryczność zapewniało Londynowi prawie czterdzieści elektrowni węglowych, a duża część transportu miejskiego opierała się na dwudziestu tysiącach lokomotyw parowych.

Polityka stojąca za węglem była nie mniej mętna od zanieczyszczanego przez niego powietrza. Okazało się, że w powojennej Wielkiej Brytanii jest on jednym z niewielu surowców eksportowych. Przy rocznym krajowym wydobyciu na poziomie 250 milionów ton węgiel stał się kluczowy dla napiętego krajowego budżetu. W brytyjskich kopalniach pracowało ponad siedemset tysięcy osób. Politycy zdawali sobie sprawę z wpływu corocznego spalania ogromnych ilości węgla na środowisko, lecz mieli związane ręce.

Partia Konserwatywna, której członków zwano również torysami, pozostawała pod przewodnictwem schorowanego, ale wciąż skutecznego premiera Winstona Churchilla. Konserwatyści wiedzieli, że jakiekolwiek próby wprowadzenia ograniczeń w wydobyciu węgla mogłyby mieć tragiczne skutki dla osłabionej brytyjskiej gospodarki. Ich przeciwnicy z Partii Pracy nie mogli się doczekać, by w najbliższych wyborach wykorzystać w walce politycznej wielki dług krajowy. Władza utrzymywała więc dynamiczną sprzedaż zagraniczną węgla, eksportując surowiec wyższej jakości, a Brytyjczykom pozostawiając tańszy odpowiednik. Ten tańszy węgiel miał formę brązowego, miękkiego proszku z niewielkimi grudkami i stanowił nędzną namiastkę droższego, czarnego węgla, który nadal był racjonowany. Określano go mianem nutty slack2 i mimo że był nieporównywalnie gorszy od czarnego węgla, większość londyńczyków nie mogła sobie w tych trudnych powojennych czasach pozwolić na nic więcej.

Ogrzanie przeciętnego domu wymagało ogromnych ilości nutty slack – tani węgiel brunatny był mało wydajny, a przy jego spalaniu wydzielało się o wiele więcej dymu i zanieczyszczeń. Jednak większość polityków uważała, że eksport węgla kamiennego i sprzedaż nutty slack w kraju były kluczowe dla podreperowania budżetu. Wielka Brytania znajdowała się w rozpaczliwym położeniu: używanie opału o mniejszej szkodliwości było niemożliwe ze względu na realia gospodarcze i niewielką dostępność surowca. Zimę 1952 roku powitano w Londynie największymi od końca wojny zapasami węgla wszelkich odmian – było go łącznie dziewiętnaście i pół miliona ton.

Londyńczycy ogrzewający się tamtej zimy przy swoich kominkach nie mogli przypuszczać, że cichy zabójca zwiera swe szyki w całym mieście – śmiertelny truciciel knuł, jak zniszczyć już i tak okaleczony Londyn.

*

Na początku grudnia 1952 roku, kiedy powietrze gęstniało i zaczynało przyduszać całe miasto, inny zabójca – przebiegły, chory i pozbawiony skrupułów – obserwował swoją kolejną ofiarę. Oboje byli uwięzieni przez tę okropną mgłę. Kiedy jej opary się rozwieją, ofiara zginie, a wkrótce trzy kolejne. To nic takiego, w końcu zabijał już wcześniej.

Większość poranków spędzał, popijając herbatę w swojej malutkiej kuchni, podczas gdy jego żona sprzątała ich ciasne, obskurne mieszkanie w Notting Hill. Kiedyś była to miła dzielnica, ale w 1952 roku zdecydowanie do takich nie należała. Okoliczne domy wypełnili hazardziści i prostytutki, a wkrótce dołączyły do nich najróżniejsze typy spod ciemnej gwiazdy. Większość kwartałów zamieniła się w slumsy, przyzwoici ludzie mieszkali pośród rozpadających się szeregowych domów. Policja sprawiała wrażenie beznadziejnie obojętnej.

Sześć dni w tygodniu ten osobliwie wyglądający mężczyzna w średnim wieku w okularach w rogowej oprawie żegnał się ze swoją żoną i usiłował zignorować litanię krzyków i przekleństw dobiegającą z mieszkania sąsiadów na piętrze. Gardził nimi. Do pracy jeździł metrem, pracował jako fakturzysta w dużej firmie transportowej. Swoje zajęcie uważał za nieciekawe, ale miał szczęście, że udało mu się zdobyć tak pewną posadę. Nie był zbyt dobry w utrzymywaniu zatrudnienia. Nie cierpiał swojego życia z wielu powodów.

Był człowiekiem cichym, potulnym; przechodzący obok ludzie przeważnie go nie zauważali. Krążył po ulicach Notting Hill niczym widmo, desperacko szukając dla siebie chwili wytchnienia od roztrzepanej, uwieszonej na nim żony. Czuł się uwięziony, dusił się, kiedy przebywali razem w tym okropnym mieszkaniu. Jeśli nie uda mu się znaleźć wystarczająco dużo czasu tylko dla siebie… ktoś może zginąć.

*

Oto równolegle tocząca się opowieść o dwóch zabójcach. Mimo że zupełnie się od siebie różnili, łączyło ich wiele uderzających podobieństw. Obaj dusili swoje ofiary. Obaj unikali podejrzeń. I obaj niemalże ustrzegli się kary. Każdy z nich doprowadził do zmiany prawa w Wielkiej Brytanii, a także – pod wieloma względami – na całym świecie. Jednym z nich była trucizna, dla której nie liczył się kolor skóry, majątek i wiek – masowy morderca, który zaczadził tysiące londyńczyków i doprowadził do choroby setki tysięcy z nich. Drugim był psychopata, seryjny zabójca, który terroryzował jedno z najważniejszych miast na świecie. Obydwu niemal udało się uniknąć sprawiedliwości. Jednak tylko o jednym z nich nadal się pamięta, drugi zaś został kompletnie zapomniany.

Te dwie historie, opowiedziane jednocześnie, pokazują, jak wyglądała brytyjska stolica po drugiej wojnie światowej i co było ważne dla jej mieszkańców. Przedstawione w nich postaci stanowią próbkę społeczeństwa, które wpłynęło na świat. Naprzemienna narracja pozwala w jakimś stopniu opisać, jak działa ludzki strach: jeden człowiek był dla londyńczyków bardziej przerażający od śmiercionośnego smogu, który zabił tysiące osób. Na tej naiwności korzystali tworzący absurdalne nagłówki wydawcy gazet, a także politycy, którzy starali się ukryć to, że w dużej mierze przyczynili się do powstania zabójczej mgły.

Schron Morrisona – stalowa klatka pełniąca funkcję schronu, używana przez ludność cywilną na obszarach zagrożonych bombardowaniem podczas drugiej wojny światowej. [wróć]

Nutty slack – nazwa ta nawiązuje do popularnych w Wielkiej Brytanii słodyczy, które mają formę orzeszków ziemnych zanurzonych w kawałkach karmelu. [wróć]

Rozdział pierwszy. Ciśnienie

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ciśnienie

Z nieba spływały tumany czekoladowej barwy, ponieważ jednak wiatr szarpał je i rozpraszał nieustannie, oświetlenie było nader dziwaczne (…). Na jednej ulicy było ciemno, jak późnym wieczorem, na innej – kiedy nagły podmuch rozwiał mgłę – mizerny odblask dnia bielił kudłate strzępy oparów.

Robert Louis Stevenson, Doktor Jekyll i pan Hyde (1886) przeł. Tadeusz Jan Dehnel

Wiatr wzbierający nad wodami Atlantyku wyzwalał siłę, która przypominała elektryczność. Intensywny, ciepły prąd napierał na fale i wciągał je w odmęt wody, następnie wykręcał je, zmuszając do ruchu w jednym kierunku. W połączeniu z ruchem obrotowym Ziemi przeistaczał się w potężną broń, która potrafiła wywoływać tropikalne burze, zatapiać okręty i pochłaniać ludzi. Tysiące statków, również tych załadowanych skarbami, spoczywały na rafach wzdłuż jego trasy – padły ofiarą naiwności kapitanów, a ich feralne załogi zostały wciągnięte przez fale. To jemu zawdzięczamy jedne z najokrutniejszych sztormów w historii. Golfsztrom zalicza się do najpotężniejszych prądów morskich na świecie. Tę niezwykłą „rzekę w oceanie” jako pierwszy opisał w 1513 roku hiszpański odkrywca Juan Ponce de León, kiedy próbował przeprowadzić swoje statki przez wody pomiędzy wybrzeżem Florydy a Bahamami. Legenda głosi, że była to wyprawa w poszukiwaniu Źródła Młodości, mitycznego miejsca, z którego wypływa woda mogąca odwrócić proces starzenia i leczyć choroby. Jedyną przeszkodą był Prąd Zatokowy. Flotę Ponce de Leóna spychał do tyłu silny, szybko poruszający się strumień ciepłej wody morskiej – jego najmniejszy statek zaginął na dwa dni.

Golfsztrom decydował od tamtej pory o życiu wielu ludzi. Odkrywcy i kupcy używali go, aby poznawać i kolonizować nowe tereny, w tym Florydę i holenderskie kolonie na terenach obecnego Nowego Jorku. Lecz kapitan, który ignorował jego wielką moc, był skazany na porażkę. Zmiana siły lub kierunku wiatru mogła mieć druzgocące konsekwencje. Wielu nawigatorów nie potrafiło okiełznać tej siły, mieli jedynie nadzieję, że uda im się przetrwać. Prąd miał swoje źródło w ciepłych wodach Zatoki Meksykańskiej, dalej kierował się na północny wschód, a następnie dzielił na trzy osobne strumienie zmierzające w stronę Afryki, Europy i Nowej Fundlandii. Północno-wschodnia odnoga Golfsztromu, czyli Prąd Północnoatlantycki, wywierała ogromny wpływ na Zjednoczone Królestwo.

Wyspy Brytyjskie wyrosły z morza dokładnie pośrodku wód ocieplanych przez prąd. Uczyniło to zimy cieplejszymi, a lata chłodniejszymi niż w państwach kontynentalnej Europy. Farmerzy z położonego na południowo-zachodnim wybrzeżu Anglii Devonshire zimą hodowali cytryny, które idealnie komponowały się z ich słynnym kremem z gęstej śmietany. W irlandzkim Cork w styczniu można było oglądać palmy. Gdyby nie ten prąd, w Wielkiej Brytanii byłoby równie zimno jak w Kanadzie. Większość Brytyjczyków doceniała łagodne, zimowe temperatury, ale – jak miało się okazać – tylko do czasu.

W pierwszym tygodniu grudnia 1952 roku Golfsztrom przesuwał nad Londyn ciepłe, wilgotne masy powietrza – mglistą materię, która unosiła się nad miastem, czekając cierpliwie na swojego zabójczego kompana.

*

Londyn nadal dochodził do siebie, choć od zakończenia wojny minęło już siedem lat. Oczywiście istniały powody do optymizmu – zniknęły samoloty Luftwaffe, a syreny alarmowe zamilkły; remontowano budynki zniszczone podczas nalotów bombowych, które spustoszyły znaczną część miasta. Pomimo wojennych przeżyć Londyn zachował pewną niewinność, a przynajmniej tak się wydawało. Gospodynie nie zamykały drzwi na klucz. Dzieci samodzielnie chodziły do szkoły i bawiły się na dworze bez nadzoru dorosłych, a do starszych zwracały się w uprzejmy sposób. Nastolatki miały być posłuszne, nie wolno im było również uprawiać seksu, ale zasad tych oczywiście nie zawsze przestrzegano.

Ciężko było jednak nie widzieć ciemniejszej strony stolicy, chociaż oczywiście przedstawiciele klasy wyższej i średniej bardzo się starali nie przyjmować jej istnienia do wiadomości. W zrujnowanych domach na terenie całego miasta tłoczyli się żyjący na skraju biedy imigranci, którzy zjechali się tu z całego świata. Duża część białych londyńczyków była zła i rozczarowana. Zatrudnieni poniżej swoich kompetencji toczyli codzienną walkę o godne życie w dzielnicach, które zamieniały się w slumsy. Zubożałe części miasta politycy pozostawili same sobie, co szybko poskutkowało zalewem przemocy. Na ulicach i w domach dochodziło do okropnych przestępstw, jakby żywcem wyjętych z powieści Dickensa. Już wkrótce zbrodnie jednego z najbardziej odrażających seryjnych morderców w historii Wielkiej Brytanii miały trafić na czołówki gazet z całego świata.

Mimo wszystko wśród sporej większości mieszkańców Londynu nadal obowiązywał etos umiaru i przyzwoitości, który brytyjskie społeczeństwo przyjęło w czasie wojny. Należało się przystosować i przeć do przodu. Jednak młodym ludziom dorastającym w okresie nazistowskich nalotów trudno było zapomnieć o tej rzezi. Jej pozostałości wciąż wyzierały ze wszystkich stron, a dzieci były w nich wprost zanurzone. Większość chłopców miała drewniane pistolety maszynowe, zdarzały się nawet prawdziwe, choć rozbrojone – resztki wojennego oręża służące do zabawy. Sklepy Woolworths sprzedawały modele myśliwców, żołnierzyki i plastikowe łodzie podwodne. Komiksy wypełnione były historiami o polowaniu na niemieckie U-Booty, a w kinach wyświetlano filmy wojenne.

Żołnierze i londyńczycy darzyli się wzajemnym szacunkiem – łączyły ich podobne, przerażające doświadczenia. Każda osoba powyżej trzydziestego piątego roku życia przetrwała dwie wojny światowe. Jeśli nie brała udziału w walce, to znała kogoś – syna, brata, ukochanego – kto walczył. Wszyscy Brytyjczycy zostali dotknięci przez wojnę w taki lub inny sposób, ale najbardziej ucierpieli londyńczycy. To oni byli celem najgorszych niemieckich bombardowań w czasie drugiej wojny światowej. Całe rzesze mieszkańców miasta były – zupełnie dosłownie – straumatyzowane.

Mimo tego powojennego chaosu w 1952 roku brytyjskie społeczeństwo nadal darzyło swoich przywódców wielkim szacunkiem. Król i królowa byli powszechnie podziwiani za decyzję o pozostaniu w Londynie w czasie nalotów. Konserwatywny rząd – pod przywództwem sławnego premiera Winstona Churchilla – odzyskał niedawno władzę. Słynący ze swojej nieustępliwości Churchill przeprowadził Wielką Brytanię przez prawie całą drugą wojnę światową, ale tuż przed jej zakończeniem jego partia straciła większość. Powróciła do władzy po wyborach w 1951 roku, które dały torysom niewielką przewagę w Izbie Gmin po sześciu latach rządów opozycji. Najważniejsi politycy z opozycyjnej Partii Pracy byli coraz starsi i pogrążeni w wewnętrznych sporach. Mimo to konserwatyści obiecali zachować kilka zmian wprowadzonych przez laburzystów, takich jak system Narodowej Służby Zdrowia, wprowadzony w 1948 roku. Zamierzano również pozostać przy nacjonalizacji kluczowych gałęzi przemysłu, takich jak koleje i kopalnie węgla.

Na arenie międzynarodowej Wielka Brytania prężyła muskuły mimo podupadającej gospodarki. Na północny zachód od wybrzeża Australii przeprowadzono pierwszy test bomby atomowej. Uczyniło to ze Zjednoczonego Królestwa potęgę atomową, nieznacznie ustępującą Ameryce i Związkowi Radzieckiemu.

Kiedy prezydent Stanów Zjednoczonych Harry S. Truman ostrzegał Amerykanów, że tak długo jak komuniści utrzymują się przy władzy, tak długo „będą stąpać po niepewnym gruncie”, otrzymał od Churchilla owację na stojąco. Brytyjski konserwatywny rząd przygotowywał się do zimnej wojny, ale wraz z nadejściem 1952 roku stało się jasne, że najpierw będzie się musiał zmierzyć z wieloma problemami na własnym podwórku.

Wydarzenia poprzedzające lato 1952 roku były zwiastunem całej serii niepokojących zjawisk, które miały zachwiać spokojem narodu. W sierpniu południe Anglii zostało zalane w wyniku gwałtownych tropikalnych burz, które wraz z deszczem sprowadziły na kraj koszmarne zniszczenia i wywołały budzące grozę wydarzenia. Niż baryczny sprawił, że w ciągu dwudziestu czterech godzin na pokryte wrzosowiskami tereny spadły bezprecedensowe dwadzieścia dwa centymetry deszczu. Dziewięćdziesiąt milionów ton wody przepłynęło z hukiem przez niewielkie miasteczko Lynmouth niczym lawina, zabierając ze sobą wszystko, co stanęło im na drodze, i niszcząc budynki. Ciała wielu ofiar nie zostały odnalezione, ponieważ fala powodziowa zabrała je ze sobą do morza. Zginęło trzydzieści pięć osób, a Lynmouth było kompletnie zrujnowane. Te wydarzenia zszokowały cały naród.

W ciągu zaledwie kilku tygodni doszło do kolejnej narodowej tragedii. W czasie prestiżowego pokazu lotniczego w Farnborough legendarny pilot John Derry miał po raz drugi pokonać barierę dźwięku (dokonał tego już cztery lata wcześniej, jako pierwszy Brytyjczyk). Tego wrześniowego dnia Derry wraz z obserwatorem zasiadł za sterami myśliwca Hawker Siddeley Sea Vixen i zgodnie z planem przekroczył prędkość dźwięku. Wywołało to powstanie gromu dźwiękowego, który został nagrodzony gromkimi brawami przez zebranych na dole widzów. Aplauz bardzo szybko jednak ucichł. W czasie drugiego przelotu, z prędkością prawie pięciuset mil na godzinę, dziób samolotu nagle się uniósł, a maszyna rozpadła się na kawałki, które chwilę później zaczęły spadać na przekraczający sto tysięcy ludzi tłum. Derry i obserwator zginęli, ale do prawdziwej masakry doszło na ziemi. W katastrofie straciło życie trzydzieści jeden osób. Ich śmierć doprowadziła do wdrożenia sztywnych regulacji mających chronić widownię podczas pokazów lotniczych. Naród ponownie pogrążył się w żałobie.

Miesiąc później Brytyjczycy opłakiwali ofiary kolejnej tragedii. Katastrofa kolejowa na londyńskiej stacji Harrow & Wealdstone nie schodziła z pierwszych stron gazet przez wiele dni. Maszynista nocnego ekspresu ze Szkocji nie zauważył sygnału ostrzegawczego oraz dwóch kolejnych sygnałów niebezpieczeństwa, które lokomotywa minęła, wjeżdżając do osnutego mgłą miasta. Kiedy pociągnął za hamulec, było już za późno. Wjechał w opóźniony pociąg, który znajdował się na stacji, przesuwając go częściowo na tor obok, wprost pod inny nadjeżdżający skład. Pasażerowie usłyszeli przeraźliwy huk wyginanego i łamanego metalu. Ci, którym udało się wydostać na zewnątrz, patrzyli z niedowierzaniem na stertę pogruchotanych wagonów. Świadkowie twierdzili, że części ciał nie dało się wyciągnąć z wraku. W wypadku zginęło ponad stu pasażerów, a kolejnych trzysta czterdzieści osób zostało rannych. Była to najtragiczniejsza w skutkach katastrofa kolejowa w historii Wielkiej Brytanii, a mgła odegrała w niej swoją rolę.

Ta obrzydliwa mgła. W zimie pojawiała się prawie codziennie, więc kiedy jesienne dni 1952 roku zaczęły się robić coraz krótsze, cały kraj przygotowywał się na jej nadejście. Londyn w szczególności.

W stolicy kraju mgła była wszechobecna. Młodzi londyńczycy nią żyli. Bawili się w chowanego wśród żółtawych oparów – mgła znacząco ułatwiała przyczajenie się w kryjówce. Dzieciaki, głównie chłopcy, podbierały owoce z chybotliwych straganów ustawionych wzdłuż Portobello Road. Zadymione powietrze działało na ich korzyść – sklepy otaczała mgła tak gęsta, że sprzedawcy w drogeriach czy cukierniach ledwo widzieli czubki swoich butów, i to tylko wtedy, gdy zamykali w miarę wcześnie. Dzieciaki kaszlały w rękawiczki i dalej robiły swoje. Brudne powietrze było nie do wytrzymania, jednak większość londyńczyków tolerowała je, traktując ten stan rzeczy jak karę, którą trzeba ponieść za mieszkanie w jednym z największych i najbardziej uprzemysłowionych miast na świecie.

W czwartek czwartego grudnia 1952 roku mgła zjawiała się powoli, krążąc jak widmo wokół Big Bena od wpół do trzeciej. Dym zdławił promienie słoneczne już rano. Żaden z nich nie zdołał przemknąć się obok ciemnej zjawy wijącej się wokół budynku parlamentu. Tamtego wieczoru politycy nie mieli pojęcia, jak wielkie oburzenie wywoła owa mgła w Izbie Gmin ani jak bardzo wpłynie na powietrze, którym oddychali. Wskazówki zegara na Big Benie przesuwały się do przodu, dzwony co kwadrans wygrywały kurant oparty na oratorium Mesjasz Händla.

*

W mającej swoją siedzibę w Pałacu Westminsterskim Izbie Gmin pewien doświadczony polityk taksował wzrokiem Winstona Churchilla i członków jego gabinetu. Norman Dodds nie należał do cierpliwych osób. Tamtego wieczoru ten czterdziestodziewięcioletni członek parlamentu wiercił się na swoim siedzeniu, ściśnięty na półmetrowym fragmencie słynnej zielonej ławki obitej marokańską skórą. Wizytówka z jego nazwiskiem sygnalizowała, że będzie dzisiaj zajmował to miejsce. Rozejrzał się po pomieszczeniu, potem przyjrzał się dokładniej swoim kompanom – reszcie członków parlamentu reprezentujących od niedawna pozostającą w mniejszości Partię Pracy. Mieli o trzydzieści dwa głosy mniej i w Normanie budziło to trwogę niemal każdego dnia. Jego zdaniem rząd konserwatywny zwodził wyborców w zbyt wielu sprawach. Stale oskarżał torysów o porzucenie spraw obywateli na rzecz spełniania życzeń wielkiego przemysłu, by choć trochę obniżyć gigantyczne powojenne długi kraju. Norman i jego Partia Pracy mieli mniej przedstawicieli, ale byli gotowi na stoczenie kolejnej bitwy, a on zamierzał stanąć na czele swojego obozu. Codziennie wchodził do Izby Gmin przebojowym krokiem, a jego oczy lśniły, gdy kapelan powtarzał słowa modlitwy: „Panie, Boże sprawiedliwości i prawdy, pozwól naszej Królowej i jej rządowi, wszystkim członkom parlamentu i wszystkim innym na odpowiedzialnych stanowiskach, aby przewodził im Twój Duch”. Rozpoczynała ona każdą sesję rządu. Norman i inni członkowie odwrócili się w stronę ściany, jak nakazywała niemal czterystuletnia tradycja. Uważa się, że powstała, ponieważ szesnastowieczni politycy mieli problem z klękaniem ze względu na długie miecze, które bez przerwy nosili przy sobie.

Jednak mimo że parlamentarzyści wciąż przestrzegali historycznych tradycji, to mury, w których to robili, były całkiem nowe. Naziści zbombardowali budynki parlamentu w czasie nalotów nie mniej niż czternaście razy. W maju 1941 roku bomby zapalające eksplodowały ponad Izbą Gmin i podpaliły dach Pałacu Westminsterskiego. Cała sala została zniszczona. Kolejna, niewielka bomba uderzyła w wieżę zegarową, wybijając wszystkie szyby z południowej strony, ale dzwony nie ucichły. Rankiem następnego dnia niewiele zostało po wspaniałej Izbie Gmin. Ponad siedemset lat historii zamieniło się w gruz.

Izbę trzeba było zaprojektować na nowo, a skromny powojenny budżet sprawił, że miejsce obrad brytyjskiego rządu stało się o wiele bardziej praktyczne. Z okien zniknęły ozdobne witraże, które zastąpiono zwykłym szkłem. Ściany pokryto prostą dębową boazerią. W całym Pałacu Westminsterskim zainstalowano system centralnego ogrzewania, który zastąpił niemal tysiąc przedwojennych otwartych kominków – ostało się jedynie sześć z nich. Nowy budynek miał zaledwie dwa lata, ale Normanowi wciąż wydawał się zimny. Nie pomagały wysokie sufity – w czasie zawziętych debat powodowały akustyczny koszmar, a w zimowe miesiące obniżały temperaturę.

Na zewnątrz mogło być rześko, ale polityczne nastroje w Izbie Gmin były gorące. Partia Pracy, do której należał Norman, przeprowadzała atak na premiera Winstona Churchilla, jeden z najbardziej bezwzględnych w czasie tej sesji. Sprawa była skomplikowana, ale stawka wysoka, tak przynajmniej sądził Norman. Jego partia oskarżyła Churchilla o opóźnianie mianowania Naczelnego Dowódcy Sił Sojuszniczych na obszar Morza Śródziemnego, głównego dowódcy militarnego ponad dwudziestu państw. Rozgorzała zawzięta dyskusja, która wkrótce przerodziła się w regularną pyskówkę: parlamentarzyści podskakiwali na swoich miejscach, aby zwrócić na siebie uwagę udzielającego głosu spikera. To był ten rodzaj burdy, który uwielbiali reporterzy siedzący na galerii dla prasy. Kiedy miała zapaść jakaś ważna albo kontrowersyjna decyzja, do budynku parlamentu zjeżdżało się ponad dwustu dziennikarzy. Czekając na gorący temat, trzeba było się liczyć z ciężką pracą. We wczesnych latach trzydziestych dziewiętnastego wieku pisarz Karol Dickens jako nastolatek pracował w charakterze reportera w obu izbach, kiedy to dziennikarze tłoczyli się w ciasnocie, z dala od prowadzących debatę.

„Starłem sobie całe kolana, gdy klęcząc, pisałem w tylnym rzędzie starego balkonu w Izbie Lordów” – narzekał Dickens.

Maszyny do pisania reporterów klikały i dźwięczały, wypluwając chwytliwe teksty na dowolny temat – od kary śmierci do skarg na nowy podatek od długiej bielizny. Korespondenci wpychali się do drewnianych budek telefonicznych w budynku Izby Gmin i dzwonili do swoich redaktorów przygotowujących poranne wydania.

Kiedy premier opuszczał salę wraz z deputowanym odpowiedzialnym za dyscyplinę partyjną, Norman Dodds i laburzyści podnieśli wrzawę. Churchill stanął jak wryty, obrócił się na pięcie, prześwietlił wzrokiem pomieszczenie i na jego twarzy pojawił się niewyraźny uśmieszek. Kiedy opozycja skończyła buczeć i syczeć, premier z miną wyrażającą rozczarowanie wszedł na mównicę i zapytał, czy dobrze wychowanym parlamentarzystom wypada wydawać takie dźwięki.

„A jak inaczej można się odzywać do gęsi?” – warknął szkocki laburzysta William Ross. To wywołało całą falę reakcji z obydwu stron. Głos Churchilla wzniósł się ponad innymi: „Chciałbym zaznaczyć, z całym szacunkiem i wyrozumiałością, że nie mam nic przeciwko nazywaniu mnie gęsią. Nazywano mnie już w dużo gorszy sposób”. Przezywanie można było zaakceptować, ale premier nie miał zamiaru tolerować buczenia.

Izba Gmin, wiktoriańska budowla z bogatą historią, mająca w pamięci wiele konfliktów, była polem bitewnym Normana Doddsa. Jego towarzysze wydali z siebie kakofonię odgłosów niezadowolenia – ci politycy przysięgali reprezentować swoich wyborców z wigorem, tak jak żołnierze chroniący swój oddział w czasie bitwy.

Kiedy Norman podnosił się ze swojego miejsca w drugim rzędzie, pozostali parlamentarzyści albo uśmiechali się, albo krzywili na ten widok. Ludzie zgromadzeni na balkonach nachylali się, mając nadzieję, że uda im się chociaż na niego zerknąć. Mocną stroną Normana były jego przemowy – wyrzucał z siebie nieprzerwany potok wyrazów, nie przebierał w słowach, gdy przemawiał, z jego ust tryskały kropelki śliny. Nie był zbyt wysoki ani szczególnie przystojny. Raczej korpulentny, z przerzedzającymi się włosami i podwójnym podbródkiem. Jednak sposób, w jaki przemawiał, z akcentem charakterystycznym dla klasy robotniczej, był przejmujący i przekonujący. Jego elektorat mu wierzył. Od kiedy został wybrany w 1945 roku, złożył ponad tysiąc pięćset ustnych zapytań, a pisemnych jeszcze więcej – była to niespotykana liczba. Nazywano go „kawalerem czasu pytań”. Przedstawiciele obydwu partii przez ostatnie siedem lat krytykowali go za grę pod publiczkę dziennikarzy i obserwatorów.

„Oczekują, że im zaprzeczę – mówił Norman – ale tego nie zrobię. Martwię się jedynie tym, że kończą mi się pomysły”. Miało się to zmienić w ciągu zaledwie kilku dni.

Tego wieczoru pełne dramatyzmu jęki wzmocnione przez mikrofony podpięte do głośników odbijały się od ścian sali i dźwięczały Normanowi w uszach. Spojrzał na rzędy ławek. Harold Macmillan nie pojawił się na dzisiejszej debacie, zresztą nie pierwszy raz. W pomieszczeniu robiło się coraz chłodniej. Mgła skradała się gdzieś za oknami, wisiała nad Normanem.

*

Początek był całkiem zwyczajny. Meteorolodzy z Kew Observatory przyglądali się pasmu wysokiego ciśnienia, które pełzło powoli w stronę Wysp Brytyjskich. Najpierw przez Irlandię i południową Szkocję, nad miastami takimi jak Glasgow, a potem dalej w kierunku północnej Anglii. W miarę przesuwania się pasmo wysokiego ciśnienia wzmagało wiatr, który wciąż przybierał na sile. Cyrkulacja powietrza wokół wyżu barycznego odbywała się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. To zjawisko niemal sto lat wcześniej otrzymało nazwę antycyklonu. Dla laika może to brzmieć poważnie, w końcu cyklony kojarzą się z tornadami, tymi niszczycielskimi wietrznymi tunelami, które przecinają bezkresne równiny, porywając w powietrze domy stojące na ich drodze. Jednak w rzeczywistości antycyklony były dla londyńczyków przeważnie wybawieniem.

Kiedy wyż baryczny unosił się nad miastem, dni były słoneczne, a powietrze suche. Niebo pozostawało przejrzyste, ponieważ masy powietrza opadały, więc chmury przynoszące deszcz nie miały szansy powstać. Jednak czyste niebo powodowało również, że temperatury gwałtownie spadały – w nocy było lodowato. Wilgotne powietrze sprawiało, że nadchodziła mgła; nie było w tym nic dziwnego. Chwilę potem jednak pojawiał się zwykle wiatr, który sprawiał, że wyż znikał tak niepostrzeżenie, jak się pojawił. Antycyklon oznaczał w Londynie zwykle wspaniałą zimową pogodę.

Jednak w tym roku coś się zmieniło.

W czwartek wyż atmosferyczny znajdował się kilkaset kilometrów od Londynu. To tego dnia słońce skryło się za niewyraźną mgłą, a Big Bena zaczęły lizać smużki dymu. Brytyjscy meteorolodzy badali poziom dwutlenku siarki w atmosferze codziennie – tego dnia nie było inaczej. Naukowcy pracujący w Londyńskim Biurze Meteorologicznym w Kingsway obserwowali zbliżanie się wyżu, a także podążającego za nim niżu znad północnej części Atlantyku. Wydawało im się, a właściwie mieli nadzieję, że układ z północy przegoni wielki wyż. Przewidywali, że wysokie ciśnienie zostanie po prostu rozwiane, działo się tak bowiem w poprzednich latach. Jeśli tym razem będzie inaczej, całe miasto zaleje gigantyczny peasouper – w wolnym tłumaczeniu: zupa z groszku – jak londyńczycy nazywali gęstą, ciemną mgłę. Jeśli antycyklon zostanie nad miastem dłużej niż jeden dzień, to jak przewidywali progności, pojawią się niewielkie utrudnienia w ruchu, może do szpitali zgłosi się więcej niż zwykle osób uskarżających się na problemy z oddychaniem. Londyńczycy podeszli do tych ostrzeżeń ze spokojem – byli już przyzwyczajeni do niedogodności i potrafili sobie z nimi radzić.

*

W grudniu ziemia znajdująca się nad nią była twarda, zbita i zimna. Jeśli komuś zdarzyło się po niej szurać, to górna warstwa gleby leciutko pękała, delikatnie się przesuwając. Ona jednak pozostawała bez ruchu, nieważne ile wyszczerbionych doniczek, połamanych cegieł i innych przypadkowych odpadków zostało wyrzuconych tuż nad nią. Cienki korzeń kwitnącego na żółto krzewu jaśminowca owinął się wokół jednego z jej kręgów, ciężko byłoby go odplątać. Podarte kawałki jakiegoś brukowca z datą 19 lipca 1943 zadomowiły się między jej kośćmi. Związany kawałek liny spoczywał tuż obok.

W tamten grudniowy czwartek powietrze stawało się coraz ostrzejsze, ciemniejsze, w jakiś sposób cięższe, jednak jej nie robiło to żadnej różnicy. Chmury ukrywały ją przed wścibskimi sąsiadami, mimo że naprawdę nie byłoby ciężko ją znaleźć, wystarczyłaby łopata. Była uwięziona prawie pół metra pod ziemią. Musiała milczeć. Rozkładała się pod pierzynką mgły.

Ruth Fuerst była kiedyś naprawdę atrakcyjna, jednak nie z powodu swojej urody. Była szczupła, miała oliwkową skórę i krótkie ciemne włosy. Jej brązowe oczy w kształcie migdałów zdradzały smutek i ból. Raczej nie wyróżniała się niczym szczególnym na tle eleganckich kobiet przechadzających się po High Street. Była wysoka, przy swoich stu siedemdziesięciu pięciu centymetrach, jej oczy znajdowały się na poziomie oczu większości mężczyzn. Lubiła to. Od dziecka miała zdeformowane nogi, co czyniło ją jeszcze bardziej intrygującą. Ruth strzegła swoich sekretów, schowanych za jej żywą powierzchownością. Miała zaledwie dwadzieścia jeden lat, ale życie zdążyło mocno dać się jej we znaki. Sposób, w jaki umarła, nie powinien nikogo dziwić, ale mimo wszystko był dla niej wyjątkowo okrutny. Była jego pierwszą.

Ruth była Austriaczką. W 1939 roku, gdy miała zaledwie siedemnaście lat, została rozdzielona ze swoją rodziną w wyniku działań nazistów. Dla Trzeciej Rzeszy była mischlingiem, mieszańcem – w połowie Aryjką, a w połowie Żydówką. Uciekła z Austrii, kiedy tylko nadarzyła się okazja. Rok później, gdy w powietrzu wisiało ryzyko inwazji, została wysłana do obozu przejściowego dla Niemców i Austriaków na wyspie Man, znajdującej się na Morzu Irlandzkim, pomiędzy Wielką Brytanią a Irlandią. Po jego opuszczeniu Ruth przeżyła wiele traumatycznych wydarzeń. Zaszła w nieślubną ciążę z greckim kelnerem i urodziła córeczkę, którą nazwano Christina Sonya i natychmiast oddano do adopcji. Zadręczała się losem swoich rodziców – była przekonana, że zostali zamordowani przez nazistów w obozie koncentracyjnym. W rzeczywistości udało im się bezpiecznie dotrzeć do Nowego Jorku. Ona żyła w Londynie, w strasznej biedzie.

Zachowanie Ruth wprawiało w zakłopotanie każdego, kto miał okazję spędzać z nią czas. Była pogodna, ale jednocześ-nie zdarzało jej się wpadać w bardzo posępne nastroje, na granicy depresji. Jeden z jej pracodawców stwierdził, że nie należała do najbardziej pracowitych, często się nie pojawiała, aż w końcu nagle zrezygnowała. Ale Ruth się nie poddawała. Pracowała w wielu hotelach i restauracjach, w wolnym czasie wertując podręcznik do nauki pielęgniarstwa. Wydaje się, że nie potrafiła nawiązać z nikim przyjaźni – była bardzo skryta. Jednak uwielbiała zwracać na siebie uwagę mężczyzn. „To była dziewczyna, na którą osoba o silniejszej osobowości mogła z łatwością wpływać” – wspominała jedna z jej znajomych. Ciągle brakowało jej pieniędzy – zarobki z fabryki amunicji nie starczały nawet na czynsz.

Starszy od niej mężczyzna przyglądał się jej, kiedy oboje stali w David Griffin’s Refreshment Room, barze przekąskowym w Ladbroke Grove. Chwalił się, że jest posterunkowym w Wojennych Rezerwach Policyjnych, a właściwie to w ciągu ostatnich czterech lat otrzymał już dwa wyróżnienia za wzorową służbę. Emanował pewnością siebie.

Był sierpień 1943 roku. Miesiąc wcześniej alianci zbombardowali Hamburg, a we Włoszech skończyły się faszystowskie rządy Benito Mussoliniego. Ruth i posterunkowemu udało się przetrwać bombardowania Londynu sprzed dwóch lat. Ruth Fuerst uśmiechnęła się, kiedy przedstawił się jako John. Miał pewnie trochę ponad czterdzieści lat i wydawał się czarujący. Może trochę dziwaczny, ale za to całkiem przystojny, szczególnie w porównaniu z kręcącymi się po tamtej okolicy zbirami. Spotkali się jeszcze kilka razy, kiedy był na służbie, nawet w jego domu, i uprawiali seks. Wiedziała, że jest żonaty, ale nie obchodziło jej to. Stał tuż przy niej w swoim niebieskim mundurze i policyjnej czapce. Ruth podobało się, jak w nich wyglądał. Sądziła, że może, w przeciwieństwie do innych mężczyzn w jej życiu, ten odpowiedzialny posterunkowy będzie chciał jej pomóc. Lubił chwalić się swoimi zarobkami.

– John, pożyczyłbyś mi dziesięć szylingów? Brakuje mi na czynsz w tym tygodniu – zapytała Ruth. Zgodził się, ale kazał jej przyjść do jego domu w Notting Hill. Ruth niezwłocznie udała się pod jego adres: Rillington Place 10. Była końcówka sierpnia, kiedy stała na chodniku prowadzącym do zapuszczonej kamienicy czynszowej usytuowanej na końcu ślepej uliczki. Budynek opierał się o ścianę z cegły, po drugiej stronie znajdowała się fabryka z dymiącym kominem. Weszli do jego mieszkania na parterze, potem przeszli do kuchni.

– Moja żona odwiedza swojego brata na północy kraju – powiedział. Pili herbatę i rozmawiali, a potem wręczył jej dziesięć szylingów. Powiedziała, że chciałaby być z nim bliżej, stworzyć prawdziwy związek oparty na czymś więcej niż tylko seksie. Mogliby razem uciec. Ruth ściągnęła swój płaszcz w lamparcie cętki i poszła za nim do sypialni.

„Biedna dziewczyna nawet nie podejrzewała, że wchodzi do pokoju, w którym umrze” – miał później powiedzieć. Zaczęli uprawiać seks. Jego zachowanie szybko stało się dziwne, był zbyt rozpalony, to nie było zwykłe podniecenie. Sięgnął po kawałek sznura, poczuła, jak owija jej go wokół szyi. Jej tchawica pękła. Sznur wyciskał z niej powietrze, jej oczy robiły się coraz większe. Wpatrywał się w nią. Ruth walczyła, starała się go odepchnąć, ale on tylko mocniej zaciskał sznur. W końcu opadła z sił. Z jej ust wydobył się ostatni oddech. Zabił ją. Przypatrywał się jej.

„W śmierci jest jakiś rodzaj spokoju, który daje mi ukojenie – powiedział później. – Martwe ciało jest piękne i dostojne, w sposób, w jaki żywy człowiek nigdy nie będzie”.

Zaskoczył go odgłos pukania do drzwi. Chłopak na posyłki wręczył mu liścik, w którym żona zawiadamiała go, że wkrótce pojawi się w mieszkaniu ze swoim bratem. Musiał myśleć szybko. Podniósł deski podłogowe w swoim salonie, znajdującym się od frontu budynku, umieścił ciało w odsłoniętej wnęce, a potem ułożył wszystko tak, jak było. Spieszył się, wiedział, że za chwilę nie będzie sam. Kiedy wieczorem pojawiła się jego żona z bratem, okazało się, że szwagier ma spędzić u nich noc. Spał w salonie, o krok od miejsca, gdzie leżała Ruth.

„Zacząłem się martwić, że zacznie coś podejrzewać” – wspominał później. Zwłoki leżały tam do następnego popołudnia, kiedy to żona ze szwagrem wyszli na jakiś czas z mieszkania. Gdy został sam, podniósł deski podłogowe i wyniósł ciało Ruth do malutkiej pralni znajdującej się w ogrodzie za domem. Był to niewielki budynek ze zlewem w środku, służący głównie za składzik, i rzadko używali go inni lokatorzy. Późnym wieczorem, około dziesiątej, powiedział żonie, że musi skorzystać z ubikacji, która znajdowała się w kolejnym budyneczku za domem, tuż obok pralni. Wyszedł na dwór i bezgłośnie podniósł łopatę.

„Sąsiedzi patrzyli, jak kopię – powiedział. – Pozdrawiali mnie skinieniem głowy”. Kiedy zniknęli z pola widzenia, wyciągnął Ruth z pralni i przeturlał ją do grobu.

W 1952 roku, dziewięć lat później, nadal tam była. Otoczona przez mgłę, niczym zwykły element ogrodu. Jego ogrodu. Leżała pod ziemią wiele dni. Posterunkowy z wysokim czołem, przerzedzającymi się włosami i dziwacznym głosem często przejeżdżał grabiami pół metra nad nią. Jego kroki poruszały ziemią. Sadził tam rośliny, zaledwie centymetry od jej twarzy – uważał się za uzdolnionego ogrodnika.

Pewnego dnia, kiedy znów kopał w pobliżu, odrobinę się przeliczył, szacując, gdzie znajduje się jej ciało. Przebił szpadlem jej szyję, połamał kręgi i rozłupał czaszkę. Podniósł jej głowę i wrzucił ją do kosza z rzeczami do spalenia. Nie miał opracowanej taktyki, sposobu na morderstwo doskonałe. Jeszcze nie. W grudniu 1952 roku mgła unosiła się nad Ruth Fuerst, ocierała się o leżące wszędzie martwe liście. To było upiorne miejsce ostatniego spoczynku dla młodej dziewczyny, której życie nie szczędziło strasznych doświadczeń. Co bardziej niepokojące – nie była tam sama.

Rozdział drugi. Zaciemnienie

ROZDZIAŁ DRUGI

Zaciemnienie

Żółta mgła, co ociera się grzbietem o szyby, Żółty dym, który mordę rozpłaszcza na szybie, Wetknął dziś ozór w każdy kąt wieczoru, Wytaplał się w kałuży w zatkanym odpływie, Podstawił grzbiet pod sadzę, prószącą z kominów, I nagłym skokiem dostał się na taras…

T.S. Eliot, Pieśń miłosna Alfreda Prufrocka (1915) przeł. Stanisław Barańczak

Strużki dymu unosiły się nad jego głową, aż w końcu opadły na twarz, tworząc coś na kształt otulającego ją welonu. Tłuste płatki sadzy przywierały do munduru jak farba, a miecz zupełnie zmatowiał. Doprawdy, tak wspaniała postać nie zasłużyła sobie na podobne traktowanie.

Admirał Horatio Nelson był osiemnastowiecznym brytyjskim bohaterem wojennym – żołnierzem marynarki, który pokonał cesarza Francuzów Napoleona Bonaparte w osławionej bitwie pod Trafalgarem. W 1843 roku rząd brytyjski wzniósł na jego cześć pomnik na Trafalgar Square. Granit na ten mierzący nieco ponad pięćdziesiąt metrów monument sprowadzono z Dartmoor, a u stóp admirała ustawiono cztery odlane z brązu grzywiaste lwy. Strzegły go, kiedy z samego szczytu kolumny spoglądał na południe, w stronę Pałacu Westminsterskiego. Pomnik lorda Nelsona był jednym z kluczowych punktów wycieczek do Londynu, każdy turysta musiał złożyć mu wizytę. Gromadziły się wokół niego dzieci z całego świata. Zadzierały głowy, aby go zobaczyć, a potem próbowały odbyć na grzbiecie któregoś z jego lwów wyimaginowaną przejażdżkę.

Nelson nie był jedynie symbolem triumfu Brytyjczyków nad Francuzami i Hiszpanami – przypominał również o upadku nazistowskich Niemiec. Adolf Hitler planował, że kiedy tylko podbije Wielką Brytanię, w ramach pokazu siły każe przenieść ten uwielbiany pomnik z Trafalgar Square do Berlina. Takie upokorzenie byłoby nie do zniesienia dla dumnych londyńczyków, którzy w czasie wojny zaczęli darzyć Nelsona wyjątkową czcią. Teraz, siedem lat po zakończeniu walki, pomnik był przez mieszkańców miasta podziwiany i powszechnie lubiany. Jednak tamtego dnia, piątego grudnia, admirał po cichutku, dyskretnie zniknął.

Ciemna, dusząca mgła podkradała się do niego w nocy i przez cały piątkowy poranek. Temperatura była niższa o ponad dziesięć stopni niż dzień wcześniej. Jednocześnie ciśnienie atmosferyczne nagle wzrosło do najwyższego od tygodnia poziomu. Nocne niebo zachmurzyło się, a płomyczki w lampach gazowych migotały, oświetlając szarą mgłę unoszącą się w ciemności. Dookoła Nelsona trzepotały skrzydłami gołębie, wzbijając smużki dymu. Kominy wyrzucające z siebie spaliny wymieszane z sadzą rozpaczliwie walczyły z dotkliwym chłodem, wyrastały z dachów wszystkich budynków dookoła.

Kierując się do eleganckiego hallu budynku, który był siedzibą brytyjskiej demokracji, któryś z wcześnie przybyłych członków parlamentu mógł spojrzeć w górę i zamrugać z niedowierzaniem, spodziewając się, że jak co dzień zobaczy witającego go Nelsona. Pewnie zmrużył oczy, zerkając w jego stronę przez okulary, do których zdążyła przylgnąć już sadza. Zobaczył, że dym stworzył obręcz wokół kolumny i że piął się w górę. Gdy opary zgęstniały, bohater wojenny nieco wyblakł, a potem zupełnie zniknął. „A co tam – mógł powiedzieć pod nosem, brnąc przed siebie w kierunku parlamentu – zwykła londyńska mgła”.

*

W piątek piątego grudnia tuż po przebudzeniu londyńczycy odkryli, że całe ich miasto przykryte jest kołderką siwej mgły. Wzdłuż Tamizy dym był nie tyle gęsty, ile zupełnie nieprzenikniony. Zaledwie kilka godzin wcześniej rząd zamknął cały ruch na rzece. Statkom kazano pozostać w przystaniach. Pasażerowie drżący z zimna na peronie stacji Liverpool Street należącej do centralnej linii metra, nie byli w stanie zobaczyć niczego, co znajdowałoby się dalej niż pięćdziesiąt metrów od nich. Jednak nadal wsiadali do swoich pociągów, gotowi rozpocząć kolejny dzień pracy. Ranek mijał, a mgła zamiast rozwiać się i zniknąć, ciągle gęstniała. Kiedy nastało wczesne popołudnie, metro nadal jeździło według rozkładu, ale autobusy zaczęły mieć opóźnienia. Lokomotywy węglowe ciągnące miejskie pociągi pluły dymem. Ruch drogowy w Londynie znacznie zwolnił, kierowcy próbowali nawigować w coraz mniej wyraźnym dziennym świetle. Zamknięto Richmond Bridge. W niektórych częściach miasta zawieszono do odwołania kursy autobusów i trolejbusów. W swoich domach i biurach londyńczycy próbujący walczyć z lodowatym powietrzem rozpalili ponad milion kominków wypełnionych węglem brunatnym. Miejskie elektrownie produkowały energię dla całego Londynu, paląc tanim węglem niskiej jakości. Dym wylewał się z ich kominów.

W Izbie Gmin deputowani dyskutowali o polityce rolnej kraju, a następnie wyszli kilka godzin przed czasem, aby załapać się jeszcze na pociągi podmiejskie. Opóźnione były dwa pociągi ze Szkocji wiozące zwierzęta, które miały wziąć udział w wystawie Smithfield Fat Stock Show w Earl’s Court. Mgła sprzyjała przestepcom. Szajka włamywaczy związała i zakneblowała sprzątaczkę, a następnie włamała się do sejfu w jednym z biur w Little Britain, niewielkiej części centralnego Londynu.

Wyjątkowo złym przeczuciem wykazał się minister zdrowia Iain Macleod, który kazał rozesłać do wszystkich szpitali notatkę zakazującą zwiększania liczby dyżurujących pracowników bez wcześniejszego zatwierdzenia. „Należy udowodnić, że zwiększenie liczby personelu jest uzasadnione przez nadzwyczajne okoliczności – pisał Macleod – oraz że braków nie da się uzupełnić przez reorganizację, a jedynie przez zatrudnienie dodatkowych pracowników”. Wydał również zarządzenie, w którym nakazywał zmniejszenie w ciągu nadchodzącego roku wydatków na pracowników innych niż lekarze i pielęgniarki o pięć procent. Rząd próbował w ten sposób kontrolować tonący w długach budżet.

Stołeczne gazety prawie nie wspominały o smogu. Ukazały się artykuły o obowiązkowych kaskach dla motocyklistów oraz o wprowadzeniu nowego znaczka pocztowego, co miało być uczczeniem objęcia tronu przez królową Elżbietę II, ale nikt nie napisał o dymie i spalinach. Gazeta „Manchester Guardian” ogłosiła, że „pierwsza w tym roku prawdziwa mgła pojawiła się w Londynie. Stary, poczciwy peasouper: gęsty, ponury, żółtawy, obrzydliwy”. Reporter dodał jednak, że warunki jazdy można ocenić jako całkiem przyjemne: „Można bezproblemowo i bezpiecznie przejechać cały West End, dotrzeć na miejsce szybciej niż zwykle i nie brakuje miejsc parkingowych”.

W miarę jak piątkowy ranek przechodził w popołudnie, sadza łączyła siły z wilgotną mgłą. Jej płatki były na tyle duże, że latarnicy pozbywali się ich dmuchnięciem. Wyziewający zewsząd dym sprawiał, że oczy robiły się czerwone i podrażnione. Powietrze paliło w gardłach, a drobinki żelaza podrażniały przełyki. Lampki świąteczne ozdabiające sklepy na West Endzie wydawały się zawieszone w powietrzu, ale nie zrażało to ludzi na przedświątecznych zakupach. Naukowcy z dwunastu stacji monitorujących zanieczyszczenie na terenie Wielkiego Londynu odczytywali dzienne zapisy. Najnowsze dane były dość niepokojące, szczególnie te ze stacji na Tamizie, w pobliżu mostu Westminsterskiego. W mniej niż dobę poziom dymu i dwutlenku siarki w powietrzu wzrósł ponad pięciokrotnie. Co gorsza, sprzęt, którego używano do pomiaru zanieczyszczeń w Ministerstwie Powietrza, wskazywał jedynie poziom dwutlenku siarki i dymu. A istniały też inne śmiercionośne gazy: tlenek i dwutlenek węgla, wydobywające się z rur wydechowych tysięcy pojazdów – ich poziomu nikt nie sprawdzał. Silniki ośmiu tysięcy autobusów piętrowych zasilanych olejem napędowym wyrzucały do atmosfery związki wanadu, które silnie podrażniały oskrzela. W miarę wzrostu stężenia chemikaliów w powietrzu zwiększała się też liczba zgonów.

Mgła wędrowała doliną Tamizy, przez całą stolicę, coraz gęstsza. W piątkowe popołudnie była jeszcze po prostu trochę irytująca, była tą słynną londyńską mgłą, o której miłoś-nicy literatury czytali już od setek lat. Jednak wkrótce ten całkiem zwyczajny peasouper miał zacząć dusić miasto.

*

Rosemary Sargent spoglądała przez okno czerwonego autobusu jadącego przez Londyn. Niecałą godzinę temu jej nauczycielka, panna Atkinson, widząc kłębiące się chmury, zmarszczyła brwi i ogłosiła koniec zajęć. Trzynastolatka dopiero co skończyła jeść lunch. Uczęszczała do Catford Central, gimnazjum dla dziewcząt w Lewisham, w południowo-wschodniej części miasta. Zdaniem Rosemary wcześ-niejsze zwolnienie z lekcji było lekką przesadą, nic nie wskazywało na to, że dzisiejsza mgła przekształci się ze zwyczajnie irytującej w jedną z tych, które stwarzają faktyczne zagrożenie. Jednak w czasie swojej nauki zawodu sekretarki zdążyła się już przyzwyczaić do podobnych sytuacji. Uczyła się stenografii i pisania na maszynie – umiejętności, które pozwolą jej znaleźć dobrą, biurową posadę. Była taką mądrą dziewczynką; jeśli tylko będzie zdobywać dobre stopnie, to za kilka lat będzie mogła podejść do matury i egzaminów zawodowych dla sekretarek. Zdanie matury uważano wówczas za spore osiągnięcie, było czymś, z czego uczniowie (i ich rodzice) mogli być dumni. Dzisiaj jednak nie myślała o egzaminach.

Rosemary i pozostałe dziewczynki, okutane przez swoje matki w ciepłe swetry, długie wełniane skarpety i skórzane buty, zostały poinformowane, że mają wracać do domu. Nauczyciele kazali im wsiąść do zasilanych olejem napędowym autobusów, które zupełnie niedawno pojawiły się na ulicach Londynu. Nikt nie panikował, wszyscy akceptowali sytuację. Wstrząsnął nią dreszcz. Było o wiele chłodniej niż wczoraj. Mgła była dla dziewczyn w wieku Rosemary sporą niedogodnością. Pod bawełnianymi sukienkami często nosiły białe halki, których koronkowe rąbki powietrze barwiło na czarno – doczyszczenie smug zajmowało ich matkom mnóstwo czasu. Włosy Rosemary oblepiała sadza. Cała jej skóra wydawała się nią nasączona, jakby pokryta cienką warstwą olejku, którego nie można było się pozbyć za pomocą zwykłego mydła. Ta cała mgła była prawdziwym utrapieniem. Ale musiała z nią żyć niczym z zasiedziałą współlokatorką.

Słońce zawisło w chmurach pyłu. Rosemary patrzyła na nie spod przymrużonych oczu. Widziała malutkie cząsteczki wirujące w powietrzu mimo braku wiatru. Okna autobusu były szczelnie zamknięte, ale ona i tak czuła ten zapach – cierpki, brudny i palący, jakby wzięła wdech po włożeniu głowy do kominka. Im mgła stawała się gęstsza, tym bardziej drażniła. Parzyła ją w oczy i nos, ściskała za gardło. Przechadzające się ulicami modnisie odkrywały wiszące na szyjach perły, bezskutecznie starając się zakryć usta szyfonowymi szalami w obronie przed duszącym, kwaśnym powietrzem. Panował chłód tak przeszywający, że nie pomagały nawet ich ekskluzywne wełniane płaszcze. Londyńczycy mknęli wzdłuż Bromley Road, ściskając kurczowo torby z zakupami, parasole i dzieci. Codzienna podróż Rosemary do jej domu w Bromley sprawiała wrażenie dłuższej niż zwyczajowe dwadzieścia minut, ale wydawało się, że wkrótce autobusy zostaną zupełnie wstrzymane. Policjanci mogli wkrótce zostać zmuszeni do użycia pochodni – tak sterowano ruchem pojazdów w czasie mgły. Ich czarne palta, wysokie wełniane czapki i białe maseczki przeciwsmogowe były częścią zimowego krajobrazu. Zanieczyszczenie powodowało, że ich lśniące srebrne guziki stawały się matowe. Eleganccy młodzi mężczyźni w modnych garniturach zbiegali na stacje metra, ale pociągi również mogły w każdej chwili przestać kursować.

Tego popołudnia Rosemary wysiadła z autobusu w momencie, kiedy mgła zaczęła osiadać, już wtedy ciężko było jej złapać oddech. Powietrze było ciemnożółte, nie za bardzo brunatne ani czarne, ale w jakiś sposób gęste. Szybko spojrzała w lewo i w prawo. Ze zdenerwowaniem zmrużyła oczy. Nie była w stanie dostrzec swojego domu, nie widziała nawet furtki ani tym bardziej skromnego ogródka, w którym jej rodzina posadziła ziemniaki. Powietrze śmierdziało brudem i sadzą i sprawiało, że Rosemary czuła się lekko otumaniona. Szurała nogami po ogrodowej ścieżce, próbując trafić do drzwi po omacku. Kiedy znalazła się wystarczająco blisko, omiotła spojrzeniem front swojego dwupoziomowego domu, niewielkiego budynku, jednego z wielu sąsiadujących ze sobą segmentów w szeregowcu z czerwonej cegły – takie budownictwo było odpowiedzią Londynu na gęste zaludnienie.

Po wejściu do salonu Rosemary została powitana przez trójkę rodzeństwa. Kominek w tym pokoju był zimny i jak zwykle nie działał. Jej rodzina nie mogła sobie pozwolić na używanie obydwu palenisk, więc większość swojego czasu spędzali przy ogniu w bawialni. Sześcioosobowa rodzina Sargentów nie była ani zamożna, ani uboga. Należeli do wyższej klasy robotniczej. Ojciec Rosemary był z wykształcenia stolarzem, który zarabiał bardzo przyzwoicie. Dziewczynka nie miała co prawda ani wyjściowych, ani szkolnych butów, lecz tylko jedną parę czarnych skórzanych półbutów, które zdawały się niezniszczalne. Jednak jej ojciec mógł sobie pozwolić na zamówienie ich u szewca, więc zamiast jak wiele dzieci w jej wieku męczyć się z uciskanymi palcami lub obtartą kostką, nosiła obuwie szyte na miarę.

Mgła kłębiła się za oknem, jak niemile widziany gość zerkający ukradkiem do środka. Matka Rosemary, Edna, nie włączyła radia, żeby śledzić wiadomości. Po co? Peasouper był czymś zupełnie zwyczajnym, swego rodzaju wstępem do Bożego Narodzenia. Myślała tylko o tym, ile spóźni się dzisiaj Albert. Rosemary weszła do ich niedużej, podłużnej kuchni, w której matka właśnie przygotowywała kolację.

Edna Sargent była brytyjską matroną z krwi i kości – choleryczką z charakterkiem, prawdziwą mistrzynią dyskusji, zwłaszcza z własnym mężem. W czasie piętnastu lat małżeństwa Ednie i Albertowi zdarzało się sprzeczać, ale ich dzieci przeważnie ignorowały te kłótnie, między innymi dlatego, że zawsze kończyły się porozumieniem. Był pomiędzy nimi wzajemny szacunek i Ednę zawsze cieszył widok męża wchodzącego do salonu; przeważnie robił to mniej więcej wpół do siódmej. Tego piątkowego wieczoru Rosemary wyglądała przez szybę. Kiedy mgła przysłaniała czyste grudniowe niebo, Albert często spóźniał się o kilka godzin. Czasami udawało mu się skorzystać z telefonu, z czerwonej budki z telefonem tarczowym na monety. Jednak przeważnie nie zawracał sobie tym głowy i po prostu szedł przed siebie do domu. Edna zastanawiała się, czy będzie musiała odgrzewać kolację dla męża.

Rosemary i jej rodzeństwo spędzili to popołudnie całkiem zwyczajnie. Nie mogli się doczekać weekendowego robienia papierowego łańcucha, którym mieli razem z ojcem ozdobić kominek w salonie. Niedługo pojawi się też choinka z kolorowymi lampkami i tanią lametą. Rosemary podejrzewała, że jej rodzice zrobili już świąteczne zakupy. Marzyły jej się zimowe rękawiczki wykończone prawdziwym futerkiem z królika. Mgła nie wstrzymywała świątecznych przygotowań w mieście. Ojcowie targowali się ze sprzedawcami małych świerków na targu w Covent Garden. Dzieciaki szalały na punkcie świątecznej wystawy w Selfridges. Dziewczynki błagały matki o lalkowe wersje Myszki Miki. Chłopcy pragnęli dostać zabawkowe pociągi firmy Lionel ze sklepów z zabawkami Hamleya. Londyn był w całości przybrany czerwono-zielonymi dekoracjami – wyjątkowy i podniosły czas, szczególnie w okresie powolnego podnoszenia się kraju ze strat wojennych.

W rodzinie Sargentów trzynastoletnia Rosemary była najstarszym i najbardziej krnąbrnym dzieckiem. Była błyskotliwa i zawsze miała w zanadrzu ciętą ripostę, która graniczyła z nieuprzejmością, przynajmniej według jej matki. Ich relacje były burzliwe, ale większość niesnasek między nimi potrafił załagodzić ojciec. Przywitawszy się z matką, Rosemary sprawdziła, co słychać u najmłodszej w rodzinie pięcioletniej Sue, a potem rozmawiała z ośmioletnim Malcolmem i jedenastoletnim Davidem.

Ostatni promień słońca zniknął za masą szarych chmur. Mgła przeciskała się przez pęknięcia w drewnianych futrynach, niosąc ze sobą swąd, którym wkrótce przesiąkły bawełniane zasłony. Całej rodzinie mimo to udało się spędzić całkiem normalne popołudnie w oczekiwaniu na Alberta. Sześć dni w tygodniu ojciec Rosemary harował w warsztacie w Camberwell Green, około dwudziestu minut autobusem od ich domu. W środku wielkiej hali z czerwonej cegły Albert Sargent naprawiał drewniane wnętrza londyńskich autobusów miejskich. Z wykształcenia był stolarzem, a kiedy po drugiej wojnie światowej miał problemy ze znalezieniem pracy, zatrudnił się w miejskim przedsiębiorstwie transportowym. To była dobra posada – jego żona mogła nie pracować, był w stanie sam utrzymać czwórkę dzieci.

Ten wysoki, szczupły i zręczny czterdziestodwulatek urodził się cztery lata przed pierwszą wojną światową. Po śmierci matki mieszkał przez jakiś czas z ojcem na East Endzie w Londynie – dzielnicy utożsamianej z biedą, przeludnieniem, chorobami i przestępczością. Pamięć o legendarnym, nigdy nieujętym seryjnym zabójcy Kubie Rozpruwaczu była w tamtej okolicy nadal żywa. Ojciec Alberta był właścicielem pubu i trochę zbyt często próbował sprzedawanych przez siebie napitków, przynajmniej jak na samotnego rodzica. Po jakimś czasie dziadek Rosemary przeniósł jej ojca wraz z rodzeństwem do dzielnicy Dulwich Village, która kilka dekad później miała zostać zrównana z ziemią przez niemieckie bomby latające V-1 i rakiety V-2. Albert był cwanym dzieciakiem, który wyrósł na obowiązkowego dorosłego.

Kiedy Albert był chłopcem, jego ojciec zbierał pieniądze, żeby zabrać całą rodzinę do cioci i wujka, którzy mieszkali na wyspie Mersea w Essex, tuż przy granicy z Suffolk. Mieszkała tam Edna, matka Rosemary. Albert ożenił się z nią w niecałe dwa lata od ich pierwszego wspólnego wyjścia na kawę. W 1939 roku – roku narodzin Rosemary i wybuchu wojny – dwudziestodziewięcioletni Albert tak jak milion innych Brytyjczyków próbował wstąpić do armii. Oblał testy sprawnościowe.

Męczył go dokuczliwy kaszel, który potrafił zamienić się w głośne charczenie, jeśli znalazł się blisko ognia, szczególnie jeśli ogień był wynikiem spalania taniego miału, upowszechnianego przez władze. Winą za swoją dolegliwość obarczał młodość, kiedy jako nastolatek jeździł na rowerze ulicami Dulwich, wdychając miejskie, zanieczyszczone powietrze – jego płuca nigdy nie były w szczególnie dobrym stanie. Kiedy armia odkryła, że ma problemy z układem oddechowym, natychmiast go odrzuciła – to było zbyt duże ryzyko. W zamian skierowano go do fabryki samolotów przy lotnisku Langley w Slough, miasteczku oddalonym o jakieś trzydzieści kilometrów od centralnego Londynu.

Albert pracował w wielkim hangarze przy wykończeniu wnętrz słynnych myśliwców Supermarine Spitfire, jednosilnikowych samolotów RAF. Było w tym coś ironicznego. Przez większość czasu używał w pracy gorącego kleju, którego opary były tak samo trujące i szkodliwe jak chlor, używany przez Niemców w czasie pierwszej wojny światowej. Spędził tam większość wojny i mimo że rozgrzany klej był toksyczny, napawało go dumą, że w znaczący sposób przyłożył się do wojennych wysiłków całego kraju. Fabryka była za daleko, żeby mógł mieszkać z rodziną w Bromley, więc rzadko wracał do miasta. A potem zaczęły się bombardowania – Rosemary i jej rodzinie kazano opuścić Londyn.

W czasie nalotów władze próbowały za pomocą masowych ewakuacji opróżnić miasta, gęsto zaludnione głównie przez matki z dziećmi. Około ośmiuset tysięcy młodych ludzi było zmuszonych opuścić swoje domy i przenieść się na wieś, gdzie znajdowało się mniej celów do bombardowania i było znacznie mniej zniszczeń. Wiele osób pozostało tam nawet na sześć lat, aż do zakończenia wojny. Matka Rosemary spakowała skromny dobytek ich rodziny i przeniosła się wraz z dziećmi do rolniczego West Murphy w Essex, gdzie mieszkali jej rodzice. Dzieci musiały radzić sobie bez głowy rodziny, w obcym miejscu, w którym nie miały żadnych przyjaciół. Dziadkowie Rosemary byli gorliwymi metodystami, którzy przeważnie chodzili do kościoła trzy razy dziennie. Rosemary i jej brat często im towarzyszyli. Skromna lokalna szkoła ledwo zdołała pomieścić wszystkich ewakuowanych, panował w niej chaos, który nie pozwalał na prawdziwą naukę. Podczas pobytu u dziadków dziewczynka często rozmyślała o swoim ojcu.

Wiedziała, że służył jako strażnik ochrony przeciwlotniczej w Londynie. W czasie nalotów heroiczne działania takich ludzi jak on były nieodzowne. Kiedy tylko nad miastem rozbrzmiewał sygnał syren, strażnicy, wśród nich Albert, pomagali ludziom ukryć się w najbliższych schronach, a potem mimo spadających bomb, odłamków i walących się domów przemierzali przydzielone im sektory, aby upewnić się, że wszyscy cywile są bezpieczni. Kiedy eksplozje zrównywały budynki z ziemią, Albert wyciągał poszkodowanych spod gruzów. Rosemary uważała go za bohatera.

Chodziła już do londyńskiej podstawówki, kiedy w 1945 roku ojciec w końcu mógł wrócić do domu. Bardzo urosła i była teraz jego małą kopią – ładna blondynka, szczupła, z głęboko osadzonymi oczami, o łagodnych rysach. Od jego powrotu wszystko im się układało. Matka wytłumaczyła im, że mieli wiele szczęścia – niektóre dzieci straciły ojców w czasie wojny. Rosemary doskonale o tym wiedziała i była bardzo wdzięczna za to, że mogą znowu być razem.

Kiedy tamtej piątkowej grudniowej nocy 1952 roku mgła atakowała ich dom, Albert Sargent mieszkał z rodziną już od siedmiu lat. Nastolatka wypatrywała ojca przez okno, co zresztą mijało się z celem, bo widoczność była bliska zeru. Na zegarze zbliżała się ósma, jej matka z pośpiechem szykowała kolację. Nie wydawała się zmartwiona. O tej porze mgła była już tak gęsta, że ledwo było widać policyjne latarki. Rosemary wiedziała, że dojście do domu z oddalonej o osiem kilometrów zajezdni autobusowej w Camberwell Green zajmie Albertowi kilka godzin. Jej matka nie przejmowała się dystansem, martwił ją męczący męża duszący kaszel. Był to oczywisty objaw choroby oskrzeli. Zimą po prostu nie był w stanie się go pozbyć. Podobnie jak większość londyńczyków.

Pokonanie ośmiu kilometrów w tej odstręczającej mgle musiało zająć co najmniej dwie godziny. Na dodatek na dworze było tak strasznie ponuro i naprawdę lodowato. Rosemary znała jego trasę, mijał mnóstwo domów, w których wnętrzach całe rodziny ogrzewały się przy kominkach. Sporo po ósmej Albert ledwo wtoczył się przez drzwi, świszcząc i desperacko próbując złapać oddech. Razem z nim do domu wpełzło stęchłe powietrze, jednak rodzina szybko wciągnęła go do środka i zatrzasnęła drzwi. Jeszcze przez jakiś czas smużki mgły unosiły się w powietrzu. Próbowały przecis-kać się przez okna, mimo że te były szczelnie zamknięte, aby chronić domowników przed zimnem. Rosemary skrzywiła się, kiedy zobaczyła duszącego się, sapiącego ojca, po jej policzkach spływały łzy. Był jej bohaterem, chociaż nadal dopiero się poznawali. Widziała niesłychanie dobrego człowieka, który cierpiał. Jej matka starała się go uspokoić i zapytała, czy zje teraz kolację.

– Nie chcę nic jeść. Idę się położyć – odpowiedział.

Kobieta przewróciła oczami – talerz już czekał na niego na stole – ale nie zaprotestowała. Albert wspiął się po schodach do niewielkiej głównej sypialni. Reszta rodziny wkrótce również udała się do chłodnych pokoi na piętrze. Kiedy Rosemary zajrzała do ojca, zobaczyła, jak leży rozciągnięty na całym łóżku, nadal w ubraniu. Powrót z pracy kompletnie go wykończył.

Rosemary nasłuchiwała jego ciężkiego oddechu, leżąc w swoim malutkim pokoju – była najstarsza i należała się jej odrobina prywatności. Słyszała swoje rodzeństwo w pokoju obok – chłopcy położyli się na swoim piętrowym łóżku, a mała Sue skuliła się w swoim. Wszystkim było zimno. Przez większość roku na piętrze panowało zimno jak w lodówce. Nie było ani ogrzewania, ani kominka, jedynie wełniane koce, które niewiele pomagały. Stare ramy okien wypuszczały ciepłe powietrze na zewnątrz i wpuszczały do środka ostry, lodowaty wiatr. Kaszel jej ojca niósł się po całym domu.

*

Podobne sceny rozgrywały się w domach, mieszkaniach i pokojach w całym Londynie, także w malutkiej kawalerce Maury i Stanleya Crichtonów w północnej części miasta.

Maura Crichton była dość upartą kobietą – kłótliwy charakter wrzał pod burzą kasztanowych włosów tej irlandzkiej piękności. Kiedy coś ją złościło, jej mąż odruchowo robił krok lub dwa do tyłu. Czerpała przyjemność z ich dyskusji – czułych kłótni. Bardzo ją kochał. To temperament dwudziestodwulatki był głównym powodem, dla którego Stanley ożenił się z nią w tym roku. Drugim był jej głos. Słodki, irlandzki, melodyjny – sprawiał, że każda wybrana przez nią piosenka brzmiała wyjątkowo. Nieważne, czy śpiewała w ich malutkim mieszkanku w Finsbury Park, czy na scenie w swoim rodzinnym Waterford. Kiedy była w pełni sił, jej głos był czysty jak kryształ, z którego słynęło jej rodzinne miasto. Jednak tej nocy było inaczej. Jej głos, który zazwyczaj intonował piękne melodie, stał się ochrypły i szorstki, a potem zupełnie zanikł. Mgła nikomu nie dawała spokoju.

Kaszel nie był dla Maury niczym nowym. Wystarczyło zadymione powietrze z ich lokalnego pubu, żeby zaczęła kasłać i się krztusić. Gęsty peasouper mógł się dla niej skończyć pobytem w szpitalu, jeśli nie pozostawała w pomieszczeniu. Astma była utrapieniem dla młodej śpiewaczki i powodem do zmartwienia dla jej męża, świeżo upieczonego absolwenta szkoły policyjnej. Dwudziestoletni Stanley wyjrzał przez okno w stronę Finsbury Park. Była tam. Dokładnie tak jak zapowiadano w radio. To oznaczało, że najbliższych kilka dni będzie dla nich trudnych, chociaż z diametralnie różnych powodów. Wiktoriańskie lampy gazowe, rozrzucone po ponad stu akrach parku, powinny palić się jasnym i migoczącym płomieniem, oświetlając młodą parę przechadzającą się alejkami. Teraz jednak ich światło przypominało bardziej to, które dawały drżące świetliki z bajek dla dzieci. Kontury latarni stawały się coraz mniej wyraźne. Duszone przez dym płomienie wyglądały, jakby miały za chwilę zgasnąć.

Unoszący się w powietrzu czarny obłok dotarł do szyby Stanleya i domagał się wpuszczenia do środka. Nieproszony wcisnął się do mieszkania przez nieszczelne drewniane okna i wypełnił pokój gorzkim zapachem. Stanley odwrócił się i zobaczył, jak Maura narzuca na siebie swój zimowy płaszcz. Próbowała powstrzymać mokry kaszel. Westchnął, wyprostował się i powiedział:

– Nie możesz teraz wyjść, to szaleństwo.

– Skoro ty idziesz na swoją zmianę, to ja też – warknęła Maura.

– Tak, ale ja nie wykasłuję z siebie tego żółtego świństwa.

Oboje mieli w ten piątek obowiązki służbowe. Stanley miał patrolować pobliską dzielnicę Holloway. Maura pracowała jako pomoc pielęgniarska w szpitalu dziecięcym na Great Ormond Street, gdzie doglądała młodych pacjentów. Oboje pracowali na nocne zmiany. Maura świsnęła, nabierając powietrza, a potem zerknęła na męża i powiedziała:

– Wychodzę.

– Zanim dojdziesz do końca ulicy, stracę cię z oczu! – Stanley podniósł głos.

– Ale ty i tak idziesz! – odpowiedziała Maura.

– Owszem, ale ja znam moją trasę znacznie lepiej niż ty swoją. Proszę, daj już spokój – nalegał.

Maura kaszlnęła, owinęła się szczelnie płaszczem, zamaszyście otworzyła drzwi i zniknęła. Stanley podbiegł do progu, szukając jej wzrokiem. Była zaledwie dwa metry od niego, na ulicy, zataczała się, trzymając się za gardło. Nagle się przewróciła. Korytarz za Stanleyem już wypełniała mgła. Wyskoczył na zewnątrz, podniósł żonę i wniósł do środka jak małe, bezbronne dziecko. Położył ją na niewielkim łóżku i kazał uspokoić oddech. Pomyślał, że jest piękna, nawet w takim stanie. Był bardzo zmartwiony, ale musiał już iść. Dołączył do londyńskiej policji dopiero kilka miesięcy temu i nadal był na okresie próbnym. Musiał natychmiast wyjść, inaczej groziła mu utrata posady, której tak bardzo teraz potrzebowali. Jego żona zasapała.

– Po prostu tu zostań – powiedział. – Wrócę za kilka godzin.

Maura pokiwała głową.

Stanley założył maseczkę z białej bawełny, otworzył drzwi wyjściowe i zapiął guziki czarnego płaszcza. Czuł przy nodze swoją drewnianą pałkę – jego jedyną broń. Przygotował się na przejście półtora kilometra, które dzieliło go od posterunku w Hornsey, po drugiej stronie parku. Spojrzał na okno, które miało chronić Maurę przed dymem – nie mógł dojrzeć palącego się w mieszkaniu światła. Wszystko zakryła mgła.

*

W miarę jak zapadała noc, ludzie zaczęli pojawiać się na szpitalnych ostrych dyżurach w całym Londynie. Lekarze zauważyli znaczny wzrost problemów związanych z układem oddechowym i sercowym w porównaniu z poprzednim dniem. Liczba wezwań karetek wzrosła o jedną trzecią. W związku ze spadkiem temperatur londyńczycy byli zmuszeni zużywać coraz więcej i więcej taniego, niebezpiecznego, pełnego sadzy brązowego pyłu – prawie czterdzieści procent brytyjskiego węgla stanowił nutty slack. Jednak mieszkańcy miasta, tak jak ich przodkowie, byli przyzwyczajeni do brudnego od węglowych smug nieba i gęstej mgły.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki