Wydawca: Goneta Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 185 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Śmierć w Oliwie - Charles Berg

Intrygujące opowiadanie kryminalne osadzone w Wolnym Mieście Gdańsk w przeddzień wybuchu II wojny światowej. Zostaje zamordowana charyzmatyczna piosenkarka, Inga Freiden „Frey”. Jest ukochaną pewnego niemieckiego komisarza policji kryminalnej, więc ten zleca dochodzenie prywatnemu detektywowi Gregorowi Steppe, jako że sam jest zaangażowany uczuciowo w sprawę, więc nie może się nią zająć. Nie do końca wiadomo, czemu akurat tego detektywa wybrał zlecający Gerhard Ziehn. Potem giną kolejne osoby powiązane z osobą panny „Frey”. Gregor wciągnięty w wir wydarzeń brnie przez sprawę i śniegi marcowego Wolnego Miasta Gdańsk roku 1939. Pomaga mu w tym i Gerhard Ziehn, i Elena — piosenkarka z „Rosentala”, która zgrabnie zajęła wolne miejsce po Indze.

 

Opowiadanie ma klimat tamtych czasów z oryginalnymi nazwami w języku niemieckim. Krążymy po ówczesnym Gdańsku po miejscach znanych nam i dziś, ale jakoś dziwnie brzmią niemieckie ich nazwy. Dzięki nim autor odtworzył klimat Wolnego Miasta Gdańsk, potęgując jeszcze bardziej mroczność opowieści i miejsc, w które trafia bohater.

Opinie o ebooku Śmierć w Oliwie - Charles Berg

Fragment ebooka Śmierć w Oliwie - Charles Berg

Śmierć w Oliwie

Charles Berg

Copyrights to:

Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera

www.goneta.net

ul. Archiwalna 9 m 45

02-103 Warszawa

 

Redakcja i korekta: Aleksandra Ordyniec-Dudzik

a.ordyniec@terapeutagizycko.pl

Okładka: Katarzyna Jackiewicz

okovabi@gmail.com

Redakcja ostateczna i układ tekstu: Aneta Gonera

wydawnictwo@goneta.net

ISBN: 978-83-63783-46-4

Wydanie 1.

Warszawa, maj 2014

 

 

Tekst w całości ani we fragmentach nie może być powielany ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cyfrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody wydawnictwa „Goneta” Aneta Gonera.

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Recenzentom, krytykom i czytelnikom.

Autor

Od redakcji:

Intrygujące opowiadanie kryminalne osadzone w Wolnym Mieście Gdańsk w przeddzień wybuchu II wojny światowej. Zostaje zamordowana charyzmatyczna piosenkarka, Inga Freiden „Frey”. Jest ukochaną pewnego niemieckiego komisarza policji kryminalnej, więc ten zleca dochodzenie prywatnemu detektywowi Gregorowi Steppe, jako że sam jest zaangażowany uczuciowo w sprawę, więc nie może się nią zająć. Nie do końca wiadomo, czemu akurat tego detektywa wybrał zlecający Gerhard Ziehn. Potem giną kolejne osoby powiązane z osobą panny „Frey”. Gregor wciągnięty w wir wydarzeń brnie przez sprawę i śniegi marcowego Wolnego Miasta Gdańsk roku 1939. Pomaga mu w tym i Gerhard Ziehn, i Elena — piosenkarka z „Rosentala”, która zgrabnie zajęła wolne miejsce po Indze.

Opowiadanie ma klimat tamtych czasów z oryginalnymi nazwami w języku niemieckim. Krążymy po ówczesnym Gdańsku po miejscach znanych nam i dziś, ale jakoś dziwnie brzmią niemieckie ich nazwy. Dzięki nim autor odtworzył klimat Wolnego Miasta Gdańsk, potęgując jeszcze bardziej mroczność opowieści i miejsc, w które trafia bohater.

Polen, 22 April 1939, Freitag

Karthaus

Teraz już wszystko rozumiałem. Kolejne elementy układanki pasowały idealnie tworząc logiczny ciąg. Sprawa była dawno rozwiązana, ale nadal nie wiedziałem dlaczego. Odpowiedź już na mnie czekała. Roztarłem lekko zmarznięte ręce i, powstrzymując kapelusz przed zdmuchnięciem, skierowałem się w stronę ceglanej wieży ciśnień. On już tam czekał — oparty plecami o ścianę palił kolejnego papierosa. Na śniegu wokół leżały liczne niedopałki.

Spojrzał na mnie spod kapelusza:

— Dlaczego? — zapytałem. On tylko zaciągnął się mocno i, wypuszczając szary dym, wyrzucił w śnieg resztkę papierosa.

Powtórzyłem pytanie, ale on uśmiechnął się na wpół drwiąco.

— Jeszcze nie wiesz? — Odparł. — Przecież to oczywiste.

Chciałem odpowiedzieć, ale nie miałem nic — jedynie kilka niewyraźnych śladów, parę poszlak i swoje przypuszczenia.

— Z początku nawet cię nie podejrzewałem; to była zwykła sprawa, kolejne zabójstwo in dieses Stadts.

Frei Stadt Danzig, 22 März, Mittwoch

Langfuhr

Miałem już dość i jeszcze na dodatek ta pogoda. Rano przez chwilę świeciło słońce, które szybko zakryły gęste deszczowe chmury. Siedziałem znudzony w swoim biurze na pierwszym piętrze kamienicy na Coselweg 41 i czytając gazetę, czekałem na jakiegokolwiek klienta. Jak donosiło „Neueste Nachrichten”2: „Memel ist heim ins Reich”3. Wspaniale, szczęściu nie było końca — westchnąłem i pociągnąłem łyk ze stojącej obok butelki. Dalszy ciąg był jeszcze gorszy: nadzieja na szybkie przyłączenie Frei Stadt do niemieckiego Heimatu. No i oczywiście, Führer, Führer i jeszcze raz Führer — aż się rzygać chciało. Szybko przerzucałem strony, szukając czegoś interesującego. Najpierw mój wzrok przykuła reklama tabletek na grypę i inne choroby „Togal”, ale wątpiłem, żeby pomogło to wyleczyć Danzig z nazistowskiego raka. Potem zobaczyłem ogłoszenie: „zierliche hübsche Blondine aus gute hause4” — szukała męża bez nałogów. Już miałem zadzwonić na podany telefon, gdy przypomniałem sobie, jak wyglądają takie hübschen Blondinen z ogłoszenia... Nawet włosy rzadko kiedy były w kolorze blond.

*

Mimo całkowitego zniechęcenia do lektury, przerzuciłem jeszcze kilka stron i znalazłem to, czego szukałem: nekrologi. Wykonywany zawód zobowiązywał mnie do tego, żeby orientować się, kto miał wystarczająco dużo szczęścia, żeby opuścić to coraz bardziej „brunatne” Miasto.

Lektura nekrologów nie przyniosła niczego nowego. Rodziny, znajomi i współpracownicy wyrażali swój żal z powodu odejścia kolejnej osoby; żal często sztuczny i udawany, kolejna forma społecznego zachowania. „Bo tak wypada” — ile razy słyszało się te słowa? Dzisiaj oficjalnie pożegnano jakiegoś urzędnika Senatu, czyjąś ciocię i polskiego kolejarza Tomasza Osa. Z pozoru był to zwyczajny nekrolog, ale wprawny detektyw — a za takiego się uważałem — umiał dostrzec nieco więcej. Os był polskim agentem. Próbowałem sobie przypomnieć, czy gazety nie pisały o tej sprawie. Chyba coś tam było, jakieś zabójstwo, a może samobójstwo. Cała sprawa była podejrzana, ale nikt się tym nie przejął i wszystko szybko ucichło. Zresztą we Frei Stadt co chwila ktoś ginął. Przeważnie były to szaraczki, których nikt nie zauważał zarówno za życia jak i po śmierci.

Odrzuciłem gazetę w kąt i oparłem nogi na biurku. Z butelką brązowej, pełnoletniej whisky patrzyłem przez okno na ludzi szybko przemykających nieco poniżej. Uciekali przed deszczem i samochodami. Za płotem pobliskich koszar maszerowała kompania Danziger Polizei. Musztrujący nowych rekrutów Hauptman, krzyczał: Ein, zwei drei, links, links, links...

Całość była tak beznadziejnie nudna, że już zamykałem, oczy chcąc sobie uciąć krótką, najwyżej parogodzinną drzemkę, gdy drzwi do mojego biura otworzyły się i do środka wszedł Kriminalkommissar Gerhard Ziehn.

— Witaj, rosyjska gnido.

— Zdraswujtie, nazistowski pachołku — odparłem, uśmiechając się i ściskając dłoń Gerharda. Po czym dodałem: — Ale na przyszłość omińmy te epitety. Nie jestem bolszewikiem...

— ...tylko urodziłem się w Rosji — dokończył Komisarz. — Tak, znam tę śpiewkę. Powiedzmy, że ci wierzę, ale nie przyszedłem po to, żeby roztrząsać kwestię twojego pochodzenia.

— To o co chodzi? — Zapytałem.

— Mam dla ciebie zadanie — zaczął poważnym tonem. — O ile ten szyld przed wejściem nie jest tylko przykrywką dla twojej prawdziwej pracy.

— Sam też się nad tym czasami zastanawiam. Mów, z czym przychodzisz. Mam kogoś znaleźć, śledzić, zrobić zdjęcia?

— Zobaczysz na miejscu, wolałbym nie tracić czasu na gadanie. A teraz ubieraj się, po drodze wszystko ci wyjaśnię. Chyba, że jesteś tak zajęty, że nie masz czasu na nowe zlecenie.

— Jestem zajęty — skłamałem — ale dla ciebie zawsze znajdę czas.

— No to idziemy, na dole czeka na nas samochód.

Szybko włożyłem płaszcz, ze smutkiem odstawiłem ledwo napoczętą butelkę whisky, założyłem kapelusz i wyszliśmy.

Herr Kriminalkommissar nie kłamał — na rogu Coselweg i Hochstries5 czekał na nas samochód — jakiś wysłużony model, który Kripo6 otrzymało z Reichu. Wewnątrz był już kierowca; na jego zimowym mundurze widniała naszywka rewiru V7. „Przynajmniej nie miał daleko” — pomyślałem, wsiadając.

Po kilku minutach niewygodnej jazdy brukowanymi ulicami zajechaliśmy pod jakąś kamienicę w Oliwie na Georgstraβe8. Tę część Miasta znałem całkiem nieźle, ale nie miałem pojęcia, kto mógł mieszkać w tym budynku. Czerwono-biała fasada, dwie półwieże z przodu — duży ładny dom, który robił wrażenie.

Nie analizując szczegółów architektonicznych, wraz z Gerhardem weszliśmy do środka. Wewnątrz kręciła się jeszcze policja, zbierając ostatnie dowody. Na lewo od wejścia, w kuchni przy stole siedziała młoda, ubrana na czarno kobieta w białym fartuchu — gosposia. Naprzeciw niej siedział policjant, zadając pytania.

Nie zatrzymując się, weszliśmy do małego pokoju na piętrze i tam ją zobaczyłem. Leżała blada w kałuży krwi. Szkarłat jej ust zdobiła czerwień szminki i wąska strużka zaschniętej posoki wypływającej z kącika warg. Blond loki, zazwyczaj doskonale ułożone i ukryte za siateczką, leżały teraz w nieładzie.

— Inga — wyszeptałem z niedowierzaniem.

Nie potrafiłem w to uwierzyć, ale nie mogło być mowy o pomyłce.

— Znałeś ją? — Zapytał Gerhard.

— Czy ją znałem? — Zapytałem sam siebie.

I już chciałem odpowiedzieć: „No, oczywiście, że ją znałem! Każdy we Frei Stadt znał Ingę Freiden — Frey”, ale zamiast tego powiedziałem:

— Kilka razy byłem na jej występie.

Komisarz Ziehn milczał, patrząc przez chwilę na zakrwawione ciało, po czym odwracając wzrok, powiedział:

— Ja znałem ją lepiej — zaczął i przerwał po chwili, uśmiechając się gorzko.

Chciałem zapytać skąd, ale przypomniałem sobie krążące po Mieście plotki o romansie słynnej aktorki i piosenkarki z oficerem policji.

— Herr Kriminalkommissar, powinien pan już iść, musimy zabezpieczyć miejsce zbrodni i zebrać resztę śladów — powiedział któryś z funkcjonariuszy.

Wyszliśmy na korytarz wpuszczając kilku nowych policjantów. Jeden z nich niósł aparat; po chwili usłyszeliśmy trzask lampy błyskowej i poczuliśmy piekący zapach magnezji.

Gerhard wyjął małą fajkę, nabił tytoniem i zapalił.

— Zajmiesz się tą sprawą — bardziej stwierdził niż zapytał, mimo to potwierdziłem skinieniem głowy. — Masz jakieś pytania?

— Tylko jedno — odparłem.

— Chyba nawet wiem jakie: jesteś ciekaw, co łączyło mnie i Ingę?

Miał rację, chciałem się tego dowiedzieć.

— Tak, to też. Bardziej ciekawi mnie jednak, dlaczego chcesz, żebym to ja zajął się tą sprawą, przecież...

— Jestem z policji? — Dokończył za mnie.

— Tak, jesteś z policji i, o ile się nie mylę, sam mógłbyś…

— Niby masz rację — zaczął i pyknął kilka razy z fajki, robiąc przerwę, po której spodziewałem się wielkiego „ale”, które miało wszystko wyjaśnić. — Ale sam nie mogę wziąć tej sprawy. Zapewne znasz sytuację, a przynajmniej słyszałeś pewne plotki i pogłoski, więc wiesz, że będę musiał zrezygnować ze śledztwa. Dlatego właśnie ty się tym zajmiesz. Spotkamy się jutro i wtedy będę mógł powiedzieć ci nieco więcej, a tymczasem jest parę rzeczy, o których powinieneś wiedzieć

Wyjąłem bloczek, ołówek i zacząłem notować. Gerhard nie podawał wielu szczegółów, tylko suche fakty. Wydawał się być przy tym jakiś dziwny, osowiały, wyraźnie dotknęła go ta strata, ale jednocześnie zachowywał się, jakby był wyprany z emocji. Może źle to odbierałem, może praca uczyniła go takim. Ja zachowałbym się nieco inaczej.

— To zaczęło się pod koniec lata, był chyba wrzesień — rozpoczął Gerhard. — Tak, to na pewno był wrzesień; dwunasty września 1938 roku — dodał po chwili. — Jak mógłbym zapomnieć?

*

Do klubu „Rosental” wszedł zmęczony po ciężkiej służbie komisarz Gerhard Ziehn. Usiadł przy pustym dwuosobowym stoliku, zdjął płaszcz i powoli raczył się przyniesionym przez kelnera koniakiem.

„Mądry chłopak — pomyślał Gerhard. — Byłem w tym klubie tylko dwa, trzy razy, a kelner i tak zapamiętał, że zamawiałem koniak i przyniósł mi go bez słowa”.

Jednak brązowo-bursztynowa barwa trunku przypomniała sprawę, którą się zajmował tamtego ranka. Taki sam kolor miały kałuże zasychającej krwi w mieszkaniu na Emaus. Komisarz widział już wiele miejsc zbrodni, ale to, co zobaczył wtedy całkowicie go zszokowało. Zawsze twierdził, że ludzie są z natury źli i tylko prawo trzyma ich w ryzach. Dzisiaj całkowicie zwątpił w człowieczeństwo tej bezlitosnej istoty — mężczyzny, który pod wpływem alkoholu i jakichś środków odurzających w brutalny sposób okaleczył i ostatecznie zamordował za pomocą narzędzi ogrodniczych żonę i dwójkę swoich dzieci.

Wszystko działo się w ich mieszkaniu. Sąsiedzi, zaniepokojeni mrożącymi krew w żyłach odgłosami, zaalarmowali policję. Gdy policjanci wkroczyli do środka, zobaczyli tylko porąbane ciało kobiety leżące na podłodze i zwisające obok, przytwierdzone do ścian za pomocą sekatorów, zwłoki dzieci. Nad nimi, na przebiegającej pod sufitem belce, powiesił się ich mąż i ojciec — sprawca masakry, Józef Rosen. Na ten widok policjanci pośpiesznie wycofali się z miejsca zbrodni i wezwali Gerharda — a on musiał się tym zająć.

Teraz siedział w klubie i rozmyślał, przed oczami mając cały czas obraz zmasakrowanych ciał.

„Muszę się opanować” — pomyślał, dopijając koniak i dając znać kelnerowi, że prosi o jeszcze jeden.

Podniósł wzrok i spojrzał na piosenkarkę, która właśnie zaczęła śpiewać kolejną piosenkę. Śpiew nie zwrócił wcześniej uwagi Gerharda, ale jej widok sprawił, że komisarz nie był w stanie oderwać od niej wzroku. Ona, piękna blondynka, jawiła mu się jako anioł, boski twór będący kontrastem dla męczących go obrazów morderstw z piekła rodem. Na twarzy komisarza pojawił się ledwo zauważalny, ale widoczny uśmiech. Gerhard bardzo rzadko się uśmiechał.

Znudzona kolejnymi mniej lub bardziej udanymi romansami, Inga pozostawała przez dłuższy czas obojętna wobec zainteresowania, jakie okazywał jej komisarz policji. Jednak ten mężczyzna w jakiś sposób ją intrygował, więc piosenkarka zgodziła się z nim spotkać. Komisarz, chcąc zrobić odpowiednie wrażenie, zaprosił ją do „Cafe Zinglers Höhe”9.

Tak wyglądało ich pierwsze spotkanie.

*

Gerhard wypalił fajkę, wyszedł z willi, a ja ruszyłem za nim. Na ulicy nadal stał samochód z kierowcą. Herr Kriminalkommissar zatrzymał się na moment, odwracając się w moją stronę.

— Mam nadzieję, że informacje, które ci przekazałem będą pomocne.

— Na pewno — odparłem — chociaż kilka rzeczy dalej nie daje mi spokoju.

— Wpadnij jutro o drugiej na posterunek, to porozmawiamy. Teraz wybacz, ale czeka mnie mnóstwo papierkowej roboty — odpowiedział, ściskając mi dłoń na pożegnanie i wsiadł do samochodu, który po chwili odjechał.

*

Nareszcie miałem sprawę. Przez krótką chwilę to Miasto wydawało mi się normalne, ale wystarczyło, że spojrzałem w prawo i zobaczyłem czerwono-czarne flagi przetykane bielą, a cała radość uleciała ze mnie jak z dziurawej dętki. Szybko odwróciłem wzrok i poszedłem szukać jakiegoś środka transportu.

Chwilę później wskoczyłem do pierwszego spotkanego tramwaju i po kwadransie znalazłem się w Langfuhrze. Spojrzałem na stary zegarek, który nosiłem w kieszeni marynarki — był kwadrans po czwartej. „Zdążę zjeść, a potem odwiedzę starych przyjaciół znad Newy” — pomyślałem i skierowałem się w górę Hochstriess.

Wszedłem do tej samej restauracji co zwykle — „Prinzess Viktoria”. Zawiesiłem płaszcz na starym wieszaku i usiadłem pod oknem. Kiedy przyszedł kelner, zamówiłem sznycel i piwo. Niemiła, brzydka kelnerka po chwili przyniosła zamówienie, rzucając talerzem na stolik i wypowiadając z wielkim trudem: bitte.

Nie miałem pojęcia, czy to moje legendarne szczęście, czy też obsługa instynktownie mnie nie lubiła, ale miałem nieodparte wrażenie, że tylko mój sznycel wyglądał jak fragment gumowej dętki. I jedynie zapach utwierdzał mnie w przekonaniu, że może jednak jest to mięso. Na szczęście piwo było porządne; Artus Pils10 cieszył się uznaniem nie tylko we Frei Stadt, ale i całym regionie.

Jadłem powoli, delektując się smakiem miejscowych specjałów, gdy nagle moją uwagę przykuła siedząca dwa stoliki dalej czarnowłosa kobieta. Była sama. Rozglądała się po restauracji i zachowywała się, jakby na kogoś czekała. Przez chwilę zatrzymała wzrok na mnie. Te oczy wydawały się znajome, jakbym je już gdzieś widział. Już chciałem wstać i się przysiąść, gdy przyszedł mężczyzna około pięćdziesiątki o czarnych, lekko już siwiejących włosach. Kobieta uśmiechnęła się, zapraszając go do stolika; najwyraźniej to na niego czekała. Dopiłem piwo, rzuciłem na stół kilka fenigów i wyszedłem, spoglądając jeszcze raz na tamtą kobietę.

Na zewnątrz padało coraz mocniej, zimne krople deszczu spadały mi na kark. Postawiłem więc kołnierz płaszcza i ruszyłem przed siebie, klucząc wąskimi uliczkami górnego Langfuhru. Musiałem spotkać się ze starymi przyjaciółmi. Po kwadransie stałem już przed starym motelem na rogu Drewke11- i Steffensweg12 —niewysokim, kwadratowym budynku o dwu spadzistym dachu pokrytym czerwoną dachówką.

Wszedłem. W środku siedział tylko stary recepcjonista w zniszczonej czerwonej liberii, a czapka, na co dzień przykrywająca resztki jego włosów, leżała na biurku. Przywitałem się. Ostatnimi czasy bywałem tutaj dość często, więc, nie pytając mnie o nic, staruszek zaczął mówić:

— Pokój numer 25, drugie piętro...

— Trzecie drzwi po lewej. Tak, wiem — powiedziałem, powoli wchodząc po schodach. Ze smutkiem pomyślałem o upadku zasad konspiracji.

*

Spotkanie przyniosło to, czego się spodziewałem, czyli trochę pieniędzy oraz rozkaz dla czynnych agentów do opuszczenia miasta. Miałem na to trzy miesiące, ale szczerze wątpiłem, czy wytrzymam tak długo.

Nareszcie mogłem wyjechać i tylko jedna rzecz powstrzymywała mnie przed spakowaniem swoich rzeczy i odjazdem, albo — jeszcze lepiej — wylotem stąd: miałem sprawę. Postanowiłem sobie, że będzie to moje ostatnie gdańskie śledztwo.

Spacerując powoli ulicami Langfuhru, myślałem o Indze. Miałem zbadać sprawę jej śmierci, a jedyna pewną informacją, jaką posiadałem było to, że piosenkarka nie żyje i nie zabiła się sama. Nie miałem nic: żadnych poszlak, dowodów, motywu, nawet pomysłu, co powinienem zrobić. Należało chyba poszukać jakichś świadków — osób, które mogły coś wiedzieć. Potrzebowałem informacji, ale jedna rzecz nie dawała mi spokoju: nie mogłem rozgryźć, dlaczego Gerhard zlecił mi to śledztwo. Był przecież policjantem, i to z Kriminalpolizei, więc zabójstwa były jego działką, a tłumaczenie o zaangażowaniu uczuciowym zbytnio mnie nie przekonywały. U tego Szkopa nigdy wcześniej nie widziałem żadnych uczuć, chyba że akurat kroił cebulę. Ale może to także były tylko pozory.

Kiedy mówił o Frey, miał taki dziwny głos, coś jakby smutek lub żal. Może rzeczywiście chciał, żeby zajął się tym ktoś niezaangażowany uczuciowo. Możliwe też, że tylko mi mógł zaufać w tak delikatnej sprawie. Ostatecznie nie miało to większego znaczenia; w tej chwili liczyło się tylko to, że mam okazję wykazać się i rozwiązać zagadkę. Dlaczego ktoś chciałby zabić piękną Ingę? Jaki był motyw? Przecież nie kradzież, bo wygląd mieszkania nie sugerował, by cokolwiek zginęło. Inne rozwiązania nie przychodziły mi do głowy; wiedziałem jeszcze za mało.

Usiadłem na mokrej od deszczu ławce, czekając na tramwaj. Po drugiej stronie torów całowała się młoda para i to nasunęło mi to pewną myśl — zazdrość. Kto mógł być zazdrosny o Ingę lub jej sławę? Odpowiedź na obydwa te pytania mogła nakierować mnie na sprawcę. Wsiadłem do „dwójki” i kupiłem bilet na Kohlen Markt13; postanowiłem wpaść do „Rosentalu”.

*

Miałem szczęście, bo klub był otwarty. Zająłem wolny stolik w rogu i zacząłem rozglądać się po tonącej w półmroku tytoniowych oparów sali. Słyszałem tylko strzępy toczących się wokół rozmów, ale to wystarczyło; wszyscy mówili o Indze.

Wieści szybko się rozchodziły.

Na scenie śpiewała jakaś blondynka, ale nie miała ani urody, ani talentu swojej poprzedniczki, zresztą mało kto zwracał na nią dzisiaj uwagę. Zamówiłem piwo i dalej lustrowałem salę, starając się rozpoznać któregoś z gości. Nikogo znanego, przynajmniej dla mnie, nie było. Jasnowłosa piosenkarka zeszła ze sceny nagrodzona marnymi brawami, a jej miejsce zajęła następna. Nie mogłem uwierzyć, ale to była ta sama kobieta, którą widziałem w restauracji.

Orkiestra zaczęła grać, a z jej ust popłynęły słowa piosenki:

The stranger sang a theme

from someone else’s dream

the leaves began to fall

and no one spoke at all

but I can’t seem to recall

when you came along

Ingenue

Ingenue

I just don’t know what to do.

Nie potrafiłem oderwać od niej oczu. Niemal całkowicie zapomniałem, po co właściwie się tutaj zjawiłem. Uczciwie rzecz biorąc, nie bardzo mnie to interesowało; ważna była tylko ona, piosenka i świadomość, że nareszcie mogę opuścić to brunatne Miasto.

Frei Stadt Danzig, 23 März, Donnerstag

Langfuhr

Obudziłem się, a raczej obudzono mnie, grubo po południu. Dzwonek do drzwi brutalnie przypomniał mi o szkodliwości mieszania trunków. O dziwo ubrany, lekko tanecznym krokiem podszedłem do drzwi i otworzyłem je, zapraszając gościa do środka. Intruzem, który zburzył mój sen, okazał się być policjant z V. rewiru. Przedstawił się, ale nawet nie starałem się zapamiętać jego imienia. Zrozumiałem jedynie, że ma dla mnie kopię raportu policyjnego wraz z zeznaniami sąsiadów i służby — prezent od Gerharda.

Odrzuciłem papiery na biurko i wyciągnąłem whisky. Napełniłem szklankę do połowy i, nie zakręcając butelki, pociągnąłem duży łyk. Whisky paliła gardło, doskonale przywracając do życia. Wypiłem jeszcze trochę i odstawiłem butelkę, sięgając po akta. Jedno spojrzenie wystarczyło — tak jak przypuszczałem — Inga została zabita nożem, a sądząc po głębokości i kształcie ran, najprawdopodobniej przez praworęcznego mężczyznę. Protokół z oględzin podpisał sam Hanneman, a on raczej się nie mylił.

Wniosek był oczywisty: to nie było samobójstwo. Alkohol podpowiadał najprostsze rozwiązanie — Gerhard, ale resztki zdrowego rozsądku odrzucały tą możliwość. Była ona zbyt nieprawdopodobna; poza tym była jeszcze ta nowa piosenkarka. Mogła coś wiedzieć, więc wypadało ją przesłuchać. Chociaż, czy naprawdę chciałem tylko wyjaśnić tą sprawę? Istniały inne powody, ale kolejny łyk szkockiej sprawił, że szybko o nich zapomniałem. Odstawiłem szklankę, nie nalewając kolejnej; musiałem być trzeźwy, przynajmniej połowicznie.

Przejrzałem raport jeszcze raz, analizując informacje: nóż, brak śladów walki na ciele, nic nie zginęło. Dowody były jednoznaczne — Ingę zabił jej bliski znajomy. No, może niekoniecznie bliski, ale na pewno — znajomy. Sprowadzało mnie to do prostego wniosku — powinienem lepiej poznać jej towarzystwo, tym samym znowu wracałem do czarnowłosej piosenkarki; musiałem ją odwiedzić.

Najpierw jednak przejrzałem pozostałe dokumenty, zwłaszcza protokół z przesłuchania gosposi Ingi nazwiskiem Ana Schulz. To ona znalazła ciało i zawiadomiła policję, i to dzięki jej zeznaniom ustalono, że morderstwa dokonano pomiędzy 10:30 a 12:00 rano, kiedy służąca robiła zakupy. Czas zgonu z raportu Hannemana tylko to potwierdzał.

Odłożyłem protokół i zabrałem się za pozostałe papiery. Nic jednak nie znalazłem — żadnych poszlak czy śladów. Odłożyłem akta na biurko i wyszedłem z mieszkania, zabierając z wieszaka przy drzwiach kapelusz oraz płaszcz. Na zewnątrz padał marznący deszcz na przemian ze śniegiem. Szybkim krokiem poszedłem na pobliski przystanek i wsiadłem w tramwaj linii numer dwa jadący do Zentrum.

*

Po prawie półgodzinnej podróży stanąłem przed budynkiem na Lastadiestraβe14. „Rosental” o tak wczesnej porze zionął pustką, wewnątrz było jedynie kilku stałych bywalców, powoli zajadających się golonką oraz innymi specjałami przy dźwiękach mioteł i ścierek sprzątaczek starających się doprowadzić lokal do jako takiego porządku. Nie zatrzymując się, poszedłem do pokoju dyrektora.

Musiałem przyznać, że nazwisko Gerharda wyraźnie pomagało otwierając niejedne drzwi; dostałem parę adresów, między innymi czarnowłosej piosenkarki oraz tej wymizerowanej blondynki, która występowała przed nią. Pierwsza nazywała się Elena Reid i mieszkała całkiem niedaleko mnie — w Langfuhrze na Eschenweg15 10.

Opuściłem klub i po trzydziestu kilku minutach stałem już na rogu Eschen- i Mirchauerweg16 przed zadbaną, dwupiętrową, zielonooliwkową kamienicą. Główne drzwi były otwarte i do środka dostawał się ostro zacinający drobny śnieg. Nie czekając na pojawienie się jakiegokolwiek gospodarza, wszedłem do środka i szybko wbiegłem na drugie piętro. Z kieszeni płaszcza wyjąłem notes, sprawdzając numer mieszkania i zapukałem. Ze środka rozległo się melodyjne bitte. Nie musiała dwa razy powtarzać; otworzyłem drzwi i wszedłem do mieszkania.

Ubrana tylko w szlafrok kobieta siedziała na krześle przed lustrem, zwrócona plecami do mnie. Układała właśnie włosy, ale widząc kto wszedł, szybko przerwała tę czynność. Z jej twarzy łatwo można było odczytać zdziwienie, które szybko ukryła pod uśmiechem krwiście czerwonych ust.

— Guten Morgen Frau Reid, nazywam się Gregor Steppe — przedstawiłem się. — Mogę zadać pani kilka pytań?

Elena wstała, odchodząc od lustra i usiadła na stojącej niedaleko wersalce.

— Policja czy detektyw? Czekaj, nie odpowiadaj! Detektyw? Zgadłam — powiedziała, uśmiechając się.

— Tak, jestem detektywem i chciałem zapytać panią....

— O śmierć Ingi — dokończyła za mnie piosenkarka, po czym dodała: — Usiądź i proszę, nie zwracaj się do mnie per pani; na imię mam Elena.

— Jak sobie pani... To znaczy: jak sobie życzysz — odparłem, zajmując stojące przed lustrem krzesło.

Założyłem jedną nogę na drugą, wyjąłem podręczny notatnik i ołówek.

— Wracając do pytań: dobrze znałaś Ingę?

— Frey?

Skinąłem głową.

— Wszyscy ją znali, ale każdy inaczej i nikt nie poznał jej dobrze — głęboka myśl z ust tej ślicznotki mocno mnie zaskoczyła.

— Nikt, poza tobą?

— Nie, ja też jej nie znałam. Zapamiętałam tylko jedno: Frey nie była jak większość gwiazd, które ledwo coś osiągną, a od razu zapominają o wszystkich, myśląc, że są nie wiadomo kim. Ona była inna; lubiła ludzi i traktowała ich z szacunkiem, była miłą i dobrą osobą, nie powinna... — Elena urwała załamując głos. — Nie powinna była umrzeć.

To nie był najlepszy moment, ale musiałem kontynuować.