Śmierć sprzedawcy dywanów - Karin Wahlberg - ebook
Opis

Kolejny kryminał szwedzkiej mistrzyni gatunku

Brutalne zabójstwo szwedzkiego sprzedawcy dywanów podczas jego podróży w interesach do Turcji zmusza komisarza Claesa Claessona, któremu właśnie urodziła się druga córka, do nagłego wyjazdu do Stambułu. Tragiczne wydarzenie staje się początkiem ekscytującej opowieści o mrocznych tajemnicach rodzinnych, cennym dywanie oraz - jak zawsze w książkach Karin Wahlberg - o codzienności, a także marzeniach, z których bohaterowie czerpią siłę, by uporać się z niespodziewaną śmiercią w rodzinie.

"Powiew klasycznego kryminału w stylu Agathy Chrisitie lub Marii Lang. Karin Wahlberg nie byłaby sobą, gdyby nie zapełniła stronic tej kryminalnej powieści plejadą postaci z krwi i kości, których losy śledzi się z zaciekawieniem".

KATRINEHOLMSKURIREN

Śmierć sprzedawcy dywanów to siódma książka w cyklu powieści kryminalnych Karin Wahlberg o komisarzu Claesie Claessonie i lekarce Veronice Lundborg.

Od debiutu w 2001 roku Karin Wahlberg należy do najbardziej cenionych szwedzkich autorów powieści kryminalnych. Jej książki zostały wydane w ogólnym nakładzie 1,5 miliona egzemplarzy. Po polsku ukazały się do tej pory: Ostatni dyżur, Podglądaczka, Zastygłe życie, Dziewczynka z majowymi kwiatkami, Szpital, Pocieszyciel.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 566

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału MATTHANDLARE OLSSONS DÖD

WydawcaGrażyna Smosna

Redaktor prowadzącyKatarzyna Krawczyk

RedakcjaJerzy Lewiński

KorektaHalina Ruszkiewicz Irena Kulczycka Bogusława Jędrasik

Copyright © by Karin Wahlberg 2009 by Agreement with Grand Agency, Sweden Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska 2015

Świat Książki Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Łamanie Akces, Warszawa

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected] tel. 22 733 50 10 www.olesiejuk.pl

– Odziedziczyłem po moim ojcu dwa dywany – rzekł pan Omar.

Sventon aż usta otworzył ze zdziwienia. Lecz potem rozgniewał się:

– Czyżby? A ja w takim razie odziedziczyłem znacznie więcej. I wycieraczkę, i dywanik w przedpokoju, i chodnik w czerwone paski, i dywan pod stołem w jadalni, i dwa dywaniki, które się kładzie przed łóżkiem. Czyli odziedziczyłem dostateczną ilość dywanów.

Nieznajomy ze Wschodu przytaknął, schylając lekko głowę.

– Według mojego skromnego mniemania brakuje panu jeszcze jednego dywanu.

„Ha! – pomyślał Sventon – powinienem był się domyślić. To sprzedawca dywanów”.

– Na pewno nie! – wykrzyknął, uderzając pięścią w stół. – Dwa lata temu kupiłem dywan na ratyi dotychczas... ale mniejsza z tym. Nie kupię żadnego dywanu.

– Jeżeli pan nie kupi ode mnie żadnego dywanu, oczywiście ja panu żadnego nie sprzedam – odpowiedział tajemniczo nieznajomy, rozkładając dywan na ziemi. [...].

– Niewielu ludzi posiada dwa dywany – mówił dalej nieznajomy, nie zwracając uwagi na słowa Sventona.

– Och, znam takich, co ich mają siedem lub osiem.

– Niewątpliwie – odparł człowiek o niezgłębionych oczach. – Lecz nie mają dywanów latających. – Skłonił się niemal do ziemi.

– Co takiego? – wykrzyknął Sventon, zdenerwowany tym ustawicznym kłanianiem się.

– Nie posiadają latających dywanów – powtórzył gość, nie zmieniając wyrazu twarzy(*).

* Ake Holmberg, Latający detektyw, przeł. T. Chłapowska, Warszawa 2011.

1

Carl-Ivar Olsson siedział na pokładzie i całym sobą chłonął życie. Było sobotnie popołudnie, silniki statku szumiały kojąco, nieco go usypiając. Świeże powietrze też robiło swoje.

Świeże to może za dużo powiedziane... Poprawił się szybko. Powietrze nad miastem takiej wielkości jak Stambuł raczej nie należało do najzdrowszych. Żyło tu w chaotycznym zgiełku około dziesięciu milionów ludzi; do tego dochodziły spaliny i cienka powłoka ozonowa w stratosferze. Po wytarciu nosa chusteczka robiła się szara. To nie mogło być dla nikogo dobre.

Ale jemu nie przeszkadzało. Czuł się tu bardzo dobrze. Część jego duszy na dobre zapuściła tutaj korzenie.

Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co się wydarzyło. Już niemal automatycznie przejmował myśli i komentarze żony, czyniąc je własnymi, dlatego teraz mógłby bez trudu wyobrazić sobie, że ona siedzi obok niego. Tak to często bywa z dwojgiem ludzi, którzy przeżyli ze sobą wiele lat. Zrastają się na dobre i na złe.

Właściwie to wcale nie miał ochoty myśleć teraz o żonie, nie mógł jednak zapomnieć zatelefonować do niej wieczorem i powiedzieć, że jeszcze kilka dni go nie będzie. Kiedy poprzedniego dnia wyjeżdżała do Szwecji, zapowiedział swój powrót na wtorek, ale już wtedy wiedział, że zostanie do następnej soboty, czyli cały tydzień dłużej.

Ale nie zdobył się na to, by poinformować o tym wprost. Popatrzyłaby na niego wymownie i nie wypowiadając ani słowa, zmusiłaby do wyjaśnień. O wiele łatwiej było zadzwonić i szybko wspomnieć, że jakiś stary dobry znajomy z Syrii przypadkiem wpadł na niego w Stambule. Być może ona będzie już tak pochłonięta pracą, że powie tylko coś w rodzaju: „Rób, jak chcesz, Carlu-Ivarze, bylebyś wrócił cały i zdrowy...”. Może nawet nie będzie w jej głosie irytacji, co najwyżej da się usłyszeć ślad znużenia, jakby rozmawiała z dzieckiem, które żebrze o słodycze.

Właściwie po tylu latach powinna go już przecież umieć przejrzeć na wylot – choć z drugiej strony ludzie widzą tylko to, co chcą widzieć.

Poza tym nie są już dziećmi, ani on, ani Birgitta. Trzeba korzystać z życia, dopóki trwa – pomyślał z melancholią, wciągając głęboko zapach morskiej bryzy.

Dobiegał siedemdziesiątki. Lubił życie. I to bardzo. Jeszcze tyle ma przed sobą. Musi tylko żyć rozsądnie i zrobić coś z żołądkiem.

Nagle jakby znowu poczuł na sobie krzywe spojrzenie żony i trochę się zirytował. Jej krytyczny wzrok nie oszczędził nawet pojemnika jogurtu wchodzącego w skład hotelowego śniadania. Turecki jogurt jest delikatny i smaczny, ale trochę za tłusty. To mówiły jej oczy, odczytał ten przekaz bez trudu. Natomiast czarne oliwki i dojrzewające w słońcu pomidory spotkały się z aprobatą. Zawsze nakładał ich sobie całą górę na talerz, a żona nic nie mówiła. Nie miała też nic przeciwko ogórkom, fecie i miodowi. Nawet przeciwko masłu. Chyba musiała go nie zauważyć.

Natomiast chleb był zbyt biały, pozbawiony błonnika. Do tego stopnia wyprowadziło ją to z równowagi, że rzuciła głośno, czy ktoś chciał słuchać, czy nie: „Naprawdę nie macie tu żadnego ciemnego pieczywa?”.

Właśnie to słówko „naprawdę” pozostało mu w pamięci i przeszkadzało nie wiadomo dlaczego nawet jeszcze teraz, kiedy siedział w całkowitym spokoju na promie. Powinien zachować obojętność w stosunku do jej belferskich zapędów. Sięgnął więc po bułeczkę sezamową, nalał sobie czarnej kawy i usiadł przy czteroosobowym stoliku z lakierowanym brązowym blatem. Jedli w milczeniu. Ona przeżuwała, głośno kłapiąc zębami.

Bardzo sobie cenił te tureckie śniadania.

Na wspomnienie tamtego epizodu potrząsnął głową, patrząc na fale. Jakby chciał pozbyć się obrazu żony. Jednak rozdrażnienie go nie opuszczało.

Nasze życie nas prześladuje – stwierdził filozoficznie, patrząc na wyprzedzający ich mniejszy i szybszy prom. W Stambule nazywano je autobusami wodnymi. Obracające się śruby pozostawiały za sobą smugę spienionej szarozielonej wody i słonawy morski zapach. Na morzu Marmara panował duży ruch, statki i promy pływały bez przerwy w tę i z powrotem.

Podrapał się po karku, po czym nieco zmienił pozycję, nadal czując obok siebie na ławce miękki materiał swojej torby.

Specjalnie usiadł tak, żeby nikt nie mógł wcisnąć się między niego a torbę. Naprzeciwko wisiały przymocowane łodzie ratunkowe. Opuszczając rękę, szybko i niemal niezauważalnie przesunął dłonią po lewej pole wiatrówki. Chciał sprawdzić, czy nadal ma wszystko w kieszeni. Oczywiście miał.

Potem zamarł w bezruchu, aż wreszcie odzyskał całkowity spokój i znowu mógł się upajać wspaniałym nicnierobieniem i oddawać różnym przyjemnym rozmyślaniom.

Płynął w stronę nabrzeża w dzielnicy Eminönü w samym sercu Stambułu. Prom przemieszczał się w równym tempie i właśnie brał lekki zakręt, podczas gdy on przyglądał się falom. Myśli w jego głowie krążyły coraz wolniej i w końcu były jak pojedyncze liście, które uparcie trzymają się na gałęziach mimo jesiennych wichur, przeciągających jedna za drugą. Wreszcie także one urywały się i powoli wirowały ku ziemi. Spadały i z czasem się rozkładały, zamieniając się w glebę. Odwieczny krwiobieg natury – pomyślał ociężale.

Z płynącego z naprzeciwka promu rozległa się głośna muzyka. Podskoczył. Przyjemna senność ulotniła się natychmiast.

Przed oczami stanęła mu, o dziwo, ponownie żona. Może to był jego sposób przepracowania tematu, jak to się teraz mówiło. Rozprawienia się z nim wewnętrznie, by w końcu się od niego uwolnić.

W gruncie rzeczy Birgitcie trudno było coś zarzucić, była pracowitą i dzielną kobietą. To on się wycofał. Sam zauważył, że to zrobił. Wycofał się, broniąc jej, a tym samym siebie i swojej niechęci. A nawet wyrzutów sumienia.

Chyba się domyślała, na czym to wszystko polega. Skoro on traktował ją wyrozumiale, miał nadzieję od niej otrzymać to samo. Będąc sprawiedliwym, nie osądzając i nie przykładając własnej miary, odciążał sumienie. Wiedział z doświadczenia, że w ten sposób łatwiej mu było trzymać się na dystans, nie będąc jednocześnie podłym. Nie jest przecież podłym mężczyzną. Nie chciał tak o sobie myśleć. Uważał się raczej za kogoś, kto ogólnie rzecz biorąc, emanuje uczciwością i budzi szacunek.

Powstrzymując się od nadmiernej krytyki, musiał mimo wszystko stwierdzić, że w ostatnich latach ich wspólne życie zanadto zaczęło się koncentrować na tym, co jest zdrowe, a co niezdrowe. To jej ogromne zainteresowanie tym, co nie jest korzystne, przeszkadzało mu w nie mniejszym stopniu. To, co niezdrowe, wyjątkowo ją poruszało. Przyczepiła się do tego i potępiała równie żarliwie, jak w czasach jego dzieciństwa piętnowano prostytucję i alkoholizm.

Można by oczywiście spytać, dlaczego tracił czasu, irytując się lękiem swojej żony przed umieraniem. Miała rzecz jasna jak najlepsze zamiary, namawiając go na nordic walking i do spożywania mniejszej ilości tłuszczu i węglowodanów. Chciała, aby także on żył jak najdłużej. Żeby jak dwie stare papużki jednocześnie spadli z drążka. Jeśli umrze jedno, drugiemu też nie zostanie już wiele życia.

Roześmiał się głośno. Cokolwiek by mówić, dbanie o zdrowy tryb życia to w gruncie rzeczy zajęcie całkiem niewinne.

Ale jego żona jest teraz daleko.

Zachodzące powoli słońce nadal mocno grzało. Paliły go policzki. Zmrużywszy oczy, przyglądał się refleksom światła na wodzie. Na horyzoncie rysowały się chyba Wyspy Książęce. Wiedział, że leżą właśnie gdzieś tam. Potem powiódł wzrokiem po linii brzegowej po azjatyckiej stronie, rozmywającej się w oddali w szarozielonej poświacie.

Poczuł dotkliwą pustkę. Pewnie dlatego że jego myśli podążyły w niepożądanym kierunku – ku żonie. Ale on już nad tym zapanuje. Ostatecznie ma przed sobą jeszcze kilka dni w Stambule. Cały tydzień, licząc dokładnie.

Ciemne chmury, które pojawiły się w jego życiu, usunie na bok. Będzie go to trochę kosztować, ale warto.

Na razie tak być musi. Później spróbuje coś wymyślić.

Grupa amerykańskich turystów, którzy siedzieli obok niego i głośno rozmawiali, wstała i ruszyła z pokładu w głąb statku. Nagle poczuł się znacznie lepiej. Rozsiadł się wygodnie, mimo że drewniana ławka była bardzo twarda. Ogarnął go łagodny nastrój pojednania. Zaczął powoli zapadać w drzemkę, pod wpływem sennej ciszy głowa przechylała się raz w jedną, raz w drugą stronę, aż wreszcie opadła do tyłu. Powieki się zamknęły.

Prom sunął po wodzie. Szum fal uderzających o burtę i jednostajne skrzeczenie mew stopniowo się oddalały.

Nad sprzedawcą dywanów Olssonem zawisł ciężki cień.

2

Było majowe sobotnie przedpołudnie, Oskarshamn było skąpane w jasnym wiosennym świetle. Wiał chłodny wiatr, a powietrze nie zdążyło się jeszcze nagrzać. Veronika Lundborg znalazła zaciszne miejsce na ławce przy jedynym w śródmieściu i niezbyt długim deptaku Flanaden. Siedziała wygodnie oparta, z rozstawionymi nogami, aby jej pokaźny już brzuch miał dość miejsca. Miała nadzieję, że przez dobrą chwilę uda się jej rozkoszować spokojem. Claes i Klara poszli kupić sandałki. Córeczka bardzo chciała, aby to tata towarzyszył jej w tym ważnym zakupie.

Dzieci – pomyślała Veronika.

Ich mała córeczka wykalkulowała sobie oczywiście, że tata będzie bardziej szczodry niż ona. Patrzyła za nimi z rozrzewnieniem, kiedy się oddalali – Klara podskakiwała, a Claes, trzymając ją za rączkę, spoglądał na nią z góry i pewnie opowiadał coś wesołego.

Na myśl o tej bliskiej więzi między ojcem a córką, tak silnej, że zauważalnej nawet dla osób postronnych, Veronice zrobiło się ciepło na sercu. Ciesz się tym! – powiedziała do siebie. Miniona zima to był dla nich ciężki czas.

Ale to już minęło. Okazało się, że nie jest lekarką morderczynią. Uśmiechnęła się na wspomnienie tej historii. I pomyśleć, że taką wierutną bzdurę da się tak łatwo sprzedać jako prawdę. A w niewielkim mieście coś takiego pozostaje w obiegu dosyć długo i często ciąży na człowieku do końca życia. Veronika potrafiła sobie nawet wyobrazić, co mogłaby usłyszeć: „No wiesz, to ta lekarka, o której mówiono, że uśmierciła pacjentkę. Ale potem się okazało, że to jednak mąż, ten biznesmen, zamordował ją wspólnie ze swoją kochanką, taką młodą i ładną...”.

W końcu trzeba się jakoś wsławić!

Przypomniała się jej Cecilia. Drugi smutny rozdział. Myślała o niej nieustannie. Ale coraz częściej czuła ulgę, że na razie z każdym dniem jest coraz lepiej. Mimo wszystko. Tyle że ona życzyłaby sobie oczywiście, aby wszystko było dokładnie tak samo jak wcześniej. A nie tylko prawie tak samo.

Przymknęła powieki i zwróciła głowę ku słońcu. Poczuła jego łagodne promienie, z twarzy zniknęło napięcie. Rozpięła guziki swetra pod szyją i położyła rękę na brzuchu. Maleństwo wierciło się, delikatne ruchy dawało się wyczuć głównie po prawej stronie. Już niedługo brzuch zniknie. Nie bała się, niczego się nie obawiała, odczuwała tylko niepokój. I oczywiście ciekawość. Miała wyznaczony termin cesarskiego cięcia, wszystko było pod kontrolą, tyle że wobec tak wielkich wydarzeń trudno zostać obojętnym. Nieuchronny niepokój nachodził ją i opuszczał jak rajzefiber albo motyle w brzuchu, gdy człowiek jest zakochany.

To jej ostatnie dziecko, niewątpliwie nie może być inaczej. Nie przewidywała, aby mogła być jak Sara z pierwszej księgi Starego Testamentu, żona Abrahama, która stała się brzemienna w bardzo podeszłym wieku. Miała co najmniej sto lat.

W tej samej chwili usłyszała brzęczenie swojej komórki. A więc jednak. Czekała na ten telefon, chociaż jednocześnie miała nadzieję, że zostanie jej oszczędzony. Nawet nie westchnęła, kiedy wyciągnęła aparat z kieszeni ciasnych spodni i zerknęła na wyświetlacz. Tak jak się spodziewała, to była Cecilia.

Czuła ściskanie w gardle. Odchrząknęła i przełknęła ślinę, po czym przycisnęła słuchawkę do ucha i utkwiła wzrok w kostce brukowej, aby się skoncentrować.

– Cześć, maleńka – powiedziała energicznie.

– Co robisz? – spytała Cecilia bezbarwnym tonem.

– Siedzę przy Flanaden i myślę o tobie – odparła Veronika zgodnie z prawdą. – A ty co porabiasz?

Po drugiej stronie zapanowała cisza. Veronika żałowała, że zadała córce to pytanie. Przecież doskonale zna odpowiedź. Ale co miała powiedzieć?

– Nic specjalnego – odezwała się Cecilia.

Otóż to. Nic specjalnego. I właśnie dlatego dzwoni. Dawała o sobie znać, żeby jakoś spędzić czas. Jej życie po tragicznym urazie czaszki przebiegało monotonnie i było ubogie w wydarzenia czy wręcz w ogóle ich pozbawione. Jak długo to będzie trwało? Może już zawsze? Do końca jej dni – to brzmiało okrutnie.

Nie minął jeszcze rok od dnia, kiedy Cecilia została brutalnie napadnięta o świcie i pobita przez jakiegoś nieznajomego w jednej z najspokojniejszych dzielnic Lund. Prawdopodobnie jakiś czas leżała nieprzytomna, zanim natknął się na nią wczesny przechodzień. Veronika często dziękowała w duchu temu człowiekowi. Oczywiście wyraziła mu też swoją wdzięczność bezpośrednio. Mężczyzna czuł się skrępowany, a jednocześnie wzruszony tym, że uratował życie młodej dziewczynie, ale w nie mniejszym stopniu także faktem, że mu za to podziękowano. Okazywanie wdzięczności przestało być w dzisiejszych czasach czymś oczywistym – powiedział.

Jeśli chodzi o historię Cecilii, dużo było powodów do wdzięczności: dobrze, że nie została napadnięta w lesie, że leżała bez pomocy tylko kilka godzin, a nie dni, i że zdarzyło się to w dosyć ciepłą sierpniową noc, nie zaś w środku zimy, gdy powietrze jest zimne i wilgotne, i tu, w Skanii, wieją wiatry przenikające do szpiku kości. Cecilię operowano natychmiast na oddziale neurochirurgicznym kliniki uniwersyteckiej w Lund. Była tam pod najlepszą opieką. I wszystko przebiegło pomyślnie. Jednak mimo to teraz jest jak jest.

Dlaczego sprawca uderzył właśnie w głowę?

Na pewno po to, aby ofiara od razu upadła. Aby mieć pewność, że jeśli urazy nie doprowadzą do śmierci, to będą trwałe.

Blizn na głowie nie było już widać, włosy zdążyły odrosnąć, jasne i bujne, ale to stanowiło najmniejszy problem. Chodziło o niewielką różnicę, którą wszyscy znający Cecilię przed tym nieszczęśliwym wypadkiem uważali za drobny, lecz obcy element jej wcześniej tak wyważonej i „normalnej” osobowości. Jesteśmy jak sejsmografy – pomyślała Veronika. – Wyczuwamy najmniejsze drgania w ziemskiej skorupie.

Cofnięcie się uszkodzeń mózgu wymaga czasu, często trwa lata. Te dwie szarobiałe półkule osłonięte kośćmi czaszki są fascynujące. Każdy, kto zajmuje się budową ciała człowieka, tak właśnie myśli o tej relatywnie miękkiej masie składającej się z mocno ściśniętych komórek nerwowych otoczonych tkanką.

Bądź cierpliwa! – powtarzała sobie Veronika, podobnie jak czyniła to wobec pacjentów. Organizmowi trzeba dać szansę, aby się wyleczył. A rzadko bywa to tak proste jak wymiana śrubki czy nakrętki.

Aparat przy jej uchu coraz bardziej się nagrzewał. Z zapałem podsuwała córce najrozmaitsze pomysły spędzenia czasu. Wybierz się na spacer, spróbuj poczytać książkę, idź i kup coś pysznego, a potem zrób sobie herbatę albo kawę.

Cecilia raczej nie czuła się przekonana. Prawie się nie odzywała, jedynie bąkała coś obojętnie pod nosem.

– A może wybrałabyś się do kina albo obejrzała jakiś film na dvd? – kontynuowała swoje propozycje Veronika.

– Nie... nie mam ochoty.

– Dlaczego?

– To zbyt męczące.

– No to zadzwoń do którejś z koleżanek – powiedziała w końcu Veronika.

W słuchawce słychać było miarowy oddech Cecilii.

– Ale do kogo? – rzuciła w końcu.

Boże drogi! Nikt już jej nie został? Córka miała przecież tylu przyjaciół!

Veronika zadała sobie gorzkie pytanie, które od dawna odsuwała od siebie: a jeśli ci przyjaciele już nigdy do niej nie wrócą? Patrzeć, jak własne dziecko żyje jak dziwoląg, to bolesne doświadczenie. Odepchnięte, opuszczone, samotne.

Nie!

Ale przecież także samotne życie może mieć wartość – pomyślała po chwili. – Nie musi być wcale złe! Kto ma prawo to oceniać? Człowiek został tak stworzony, aby potrafił się dostosować. Miała okazję obserwować to wiele razy – życie bez piersi, jelita, włosów czy tylko z jedną ręką albo nogą. Jednak myśl o tym nie była przyjemna.

Mówiła, byle mówić. Słowa, słowa, słowa. Pocieszała i dodawała otuchy pogodnym i spokojnym tonem. Tak najłatwiej. Była w tym dobra, wręcz profesjonalna. Tyle że powinna nieco zniżyć głos, żeby zrobił się miększy. Moje biedne maleństwo.

Kiedy jednak zaproponowała Cecilii przeniesienie się do Oskarshamn, dzięki czemu mogłaby aktywniej ją wspierać, córka zaprotestowała. Nie chciała się na to zgodzić, i właściwie bardzo dobrze. Na sekundę pojawiła się wyraźna oznaka powrotu do zdrowia.

Jeszcze wiele może się zmienić na lepsze – powiedziano jej w klinice rehabilitacyjnej w Orup. Przednie płaty czołowe, odpowiedzialne za sterowanie relacjami społecznymi, rozwijają się mniej więcej do trzydziestego roku życia. To one są głównym siedliskiem naszej osobowości. To brzmiało pocieszająco. Cecilia ma dopiero dwadzieścia cztery lata.

Po zakończeniu rozmowy Veronika czuła się tak samo zniechęcona jak zwykle po telefonie Cecilii. Patrzyła obojętnie przed siebie.

Po kilku chwilach otrząsnęła się i zadzwoniła do Claesa, żeby spytać, czy ma do nich dołączyć, ale okazało się, że on i Klara są właśnie w sklepie z zabawkami i jeszcze nie dotarli do tego z butami, więc nie ma potrzeby, by się pojawiała.

Dzieci! – pomyślała znowu.

– Korzystaj z okazji i odpocznij sobie trochę! – powiedział Claes. – To ostatnia taka szansa, następna zdarzy się może za kilka lat. Obiecuję ci to...

Kupiła więc loda w budce, usiadła znowu na ławce i z rozkoszą wbiła zęby w grubą polewę czekoladową. Porcja była zdecydowanie za duża, a kalorie odkładały się tam, gdzie nie powinny, zwłaszcza teraz, kiedy Veronika mniej się ruszała. Z drugiej strony nikt przecież nie zmusza jej do zjedzenia loda do końca, ale ona jest tylko człowiekiem.

Gdy wyrzuciła patyk do kosza, poczuła się wyczerpana. Pomyślała, że wstąpi do sprzedawcy dywanów, żeby spytać, czy dywan, który zostawiła do renowacji, jest już do odebrania. Co prawda powinna zostać poinformowana telefonicznie albo SMS-em, ale wiadomo, że z tym bywa różnie. A dobrze by było pozałatwiać wszystkie takie sprawy, zanim maleństwo pojawi się na świecie.

Nie miała jednak siły, aby podnieść się z miejsca. Nie chodziło o żaden duży dywan, tylko o niewielki dywanik, który nawet ona w swoim stanie mogłaby nieść bez trudu. Pochodził z rodzinnego domu Claesa. Kiedy zamieszkali razem, znalazła zwinięty rulon wśród różnych rupieci. W swoim supernowocześnie urządzonym kawalerskim mieszkaniu Claes nie chciał mieć na podłodze dywanu, jej natomiast od razu się spodobał. Wyblakłe kolory i wytarte miejsca w ogóle jej nie przeszkadzały, uważała wręcz, że stanowią o jego uroku. Położyła więc dywanik w przedpokoju na piętrze, gdzie służył aż do momentu, gdy wystrzępił się na brzegu do tego stopnia, że któregoś razu zawadziła stopą o nici osnowy i omal nie upadła.

– Szkoda, że się tak wytarł – powiedziała.

– Wyrzuć wreszcie tę szmatę – odparł Claes.

Co prawda nie znała się na dywanach, ale jakoś nie miała sumienia wynieść go na śmietnik. W końcu przebył długą drogę, miał wiele lat i może choćby z tego powodu zasługiwał na odrobinę szacunku. Spytała Birgittę Olsson, pielęgniarkę z kliniki, co o tym sądzi. Ona jednak nie umiała jej nic podpowiedzieć. Dywany to specjalność męża – wyjaśniła. – Nie zaszkodzi jednak przynieść go do sklepu, żeby Carl-Ivar mógł go obejrzeć.

Sprzedawca dywanów Carl-Ivar Olsson był jowialnym mężczyzną, jednym z tych starszych panów, do jakich Veronika miała słabość. Może dlatego że przypominali jej ojca.

Oczy sprzedawcy dywanów Olssona rozbłysły na widok dywanika. To antyk – oznajmił, co znaczyło, że musi liczyć co najmniej sto lat. – Ojej! – krzyknęła Veronika, a potem zrelacjonowała to, co wiedziała o historii tego skarbu, czyli jedynie tyle, że należał do rodziny męża. Olson powiedział, że w Szwecji jest wiele pięknych starych dywanów, ponieważ dosyć wcześnie nawiązano kontakty z Orientem. Pod koniec osiemnastego i na początku dziewiętnastego wieku Szwedzi budowali mosty i kolej żelazną w wielu krajach Bliskiego Wschodu. Ponadto pomagali w zakładaniu tam fabryk i tworzeniu administracji państwowej. Nie zawsze możliwe było wywożenie zarobionych pieniędzy. Dlatego wielu inwestowało w dywany i zabierało je do kraju. W wytwornych domach do dobrego tonu należało pokrywanie posadzek ogromnymi i cennymi wschodnimi kobiercami lub zawieszanie w męskich gabinetach tureckich kilimów.

Sprzedawca dywanów zdawał się mieć mnóstwo czasu, a Veronika akurat tego dnia, kiedy przyniosła dywanik do renowacji, też nigdzie się nie śpieszyła. Zasiedziała się więc w przytulnym lokalu, którego okna wychodziły na dwie strony świata, podczas gdy właściciel sklepu wyjaśniał jej, że ten dywanik to typowy kobierzec modlitewny z jednobarwnym turkusowym wizerunkiem niszy modlitewnej pośrodku. Ma ona kształt mihrabu, który podczas modlitwy należy zwrócić w stronę Mekki, a tu jest wytarta i zniszczona od żarliwej modlitwy na klęczkach. Uszkodzenia tej części dywanika są już nieodwracalne. Kiedy Veronika czubkami palców ostrożnie dotknęła resztek włosia, poczuła, że jest ono skierowane od stóp w kierunku głowy modlącej się osoby. Oznacza to, że ów modlitewnik wyprodukowano w Turcji – wyjaśnił sprzedawca. Perskie kobierce modlitewne mają bowiem włos skierowany w odwrotną stronę. Przypuszczał, że dywanik pochodzi z wiejskiej okolicy Sivas, miasta w środkowej Anatolii. W sklepie na ścianie wisiała ogromna mapa, na której Olsson ochoczo wskazał to miejsce, Veronika zaś starała się wszystko zapamiętać, bo dzięki temu stary dywanik miał swoją historię. Sprzedawca przeciągnął dłonią po tkaninie równie delikatnie i czule jak miłośnik kotów głaszczący ich sierść. Mihrab otaczały składające się na bordiurę pasy w kolorach żółtym, ciepłym czerwonym i żółtozielonym. Wszystkie barwy doskonale ze sobą harmonizowały.

– Tę wystrzępioną część da się bez trudu naprawić – rzekł Olsson. – Takie cerowanie dodaje charakteru, a ten śliczny mały kobierczyk jak najbardziej na to zasługuje... Nie dlatego że jest jakoś szczególnie drogocenny. Jest wyjątkowo ładny.

Veronika poczuła się przez moment jak uczestniczka telewizyjnego programu Antikrundan. Oczywiście miała na końcu języka pytanie, ile może być wart jej dywanik. Powstrzymała się jednak przed zadaniem go i dlatego nie mogła krzyknąć: „Ach, aż tyle?! Nigdy bym nie pomyślała!”.

– Dywany mają osobowość – rzekł Olsson. – Trzymamy je w domach, bo je lubimy. Poza tym te orientalne wśród jasnych skandynawskich mebli bardzo ładnie wyglądają.

Veronika nie mogła odmówić mu racji. Nagle się jej przypomniało, jak dosyć zaborczy młodszy brat Claesa jakiś czas temu rościł sobie prawo do dywanika. Uznał, że to niestosowne, aby leżał w przedpokoju na piętrze, gdzie nikt nie ma sposobności go widzieć. Lepiej prezentowałby się na podłodze w jego gabinecie.

Otóż to!

Jednak tym razem Claes nie pozwolił sobą manipulować. Między innymi dlatego żeby pokazać bratu, gdzie jest jego miejsce. Markus nie powinien uważać, że uda mu się wszystkich owinąć wokół małego palca. Oczywiście za tym wszystkim kryła się szwagierka Liljan, która nie byłaby sobą, gdyby wszędzie nie wtrąciła swoich trzech groszy.

* * *

Veronika wyprostowała się na ławce i poprawiła wrzynający się w ciało pasek spodni. Czuła się straszliwie syta, bliska mdłości. Przeklęte lody! Że też teraz wszystko musi być takie ogromne: cynamonowe bułki, muffiny i porcje popcornu w kinach. Nastały czasy obfitości, obżarstwa i nadwagi. Wystarczyło spojrzeć wokoło, aby znaleźć wiele przykładów na potwierdzenie tej tezy. Dosyć często rozmawiali o tym w pracy. O tłuszczu, który wywoływał tyle problemów. Operowanie otyłych pacjentów było technicznie trudne, a usypianie ich łączyło się z podwyższonym ryzykiem. Rosła liczba komplikacji zarówno doraźnych, jak i trwałych. I nie dało się tego uniknąć. Taka jest rzeczywistość.

Nie były to krzepiące myśli. Veronika zapatrzyła się w wystawę sklepową i zatęskniła gorąco za swoimi obcisłymi dżinsami.

W tym samym momencie dostrzegła w szybie wystawowej odbicie znajomej twarzy. Mężczyzna przemknął za ławką, wyraźnie starając się, by Veronika go nie zauważyła, ona jednak odwróciła głowę w jego stronę. W obu rękach trzymał nieduże, ale ciężkie fioletowe reklamówki.

Göran Bladh. Wiedział, że na niego patrzy, bo nagle zdecydowanie przyspieszył kroku, starając się nie sprawiać wrażenia, że ucieka.

Niszczy swoje życie, nie moje – pomyślała Veronika. Jakie to smutne i przygnębiające. Porządnie ubrany, na dobrej posadzie, szanowany, interesujący człowiek. Przynajmniej do niedawna. Dokładnie to mu powiedziała, kiedy ostatnio leżał u nich w szpitalu z powodu zapalenia trzustki.

– Ktoś musi ci to uświadomić. Twoja trzustka już długo nie wytrzyma. Oczywiście zdajesz sobie z tego sprawę. Ale w ten sposób się nie uratujesz – oznajmiła mu, patrząc prosto w oczy.

Przemawianie do rozsądku alkoholikom jest daremne i bezsensowne. To jak mówienie do ściany. Wiedziała o tym. Ale musiała to powiedzieć. Może ze względu na samą siebie. Bo nie potrafiła oprzeć się pokusie uratowania człowieka.

– Moje życie wygląda zdecydowanie inaczej niż twoje – odrzekł oschle. – Może będzie krótsze. Spróbuj to uszanować.

Jasne – pomyślała. – Czemu nie. Przecież jest tylko lekarzem, tak jak on, a nie uzdrowicielem duszy. Nic jednak nie powiedziała. Antabus, program dwunastu kroków i klinika odwykowa w tym przypadku na nic się nie zdadzą – dodał jeszcze. Chciałby, żeby to wiedziała! Biedny człowiek.

W pracy jakoś sobie radził. Wprawdzie bywał na zwolnieniu, ale nie tak często, jak można by podejrzewać. Widocznie miał, podobnie jak koty, wiele żyć. Poza tym kierownictwo szpitala patrzyło na niego trochę przez palce. Brakowało radiologów. To towar deficytowy. A on jest zdolny i potrafi być bardzo zaangażowany, jeśli tylko nie ma swoich dni i trzyma się na nogach. To najważniejsze u alkoholików z klasy wyższej. Potrafili zachować pozory.

Odprowadzała go wzrokiem, podczas gdy pospiesznie zmierzał w kierunku swojej dzielnicy Besväret, by natychmiast pokrzepić się czymś mocniejszym. Mieszkał w godnym pozazdroszczenia miejscu. Pytanie tylko, jak długo jeszcze uda mu się pracować bez popełnienia większego błędu. Odpowiadał przecież nie tylko za siebie.

Dosyć, trzeba ruszyć się z miejsca – postanowiła Veronika, gdy poczuła lekki ból kręgosłupa. Z wysiłkiem podniosła się z ławki i poszła mimo wszystko do sprzedawcy dywanów.

3

Annelie Daun siedziała przy ładnym stole z orzechowego drewna, o toczonych nogach, który pełnił funkcję i lady, i biurka. Czytała. Podręcznik do nauki włoskiego. Ledwo słyszalnie, jakby nie chciała zakłócać ciszy, mamrotała słówka pod nosem, powtarzała je raz za razem. Z ulicy nie docierał żaden hałas, bo tylko z rzadka przejeżdżał jakiś samochód.

Annelie miała na sobie obcisłe spodnie w drobną pistacjowozieloną i ciemnoróżową kratkę, a do tego bawełnianą bluzkę z krótkimi rękawami w odpowiedniej różowej tonacji. Nawet wyprasowała ją dziś rano, dlatego materiał był teraz gładki i miękki w dotyku. Uważała, że wygląda pociągająco, a jednocześnie porządnie. Starała się, mimo że do sklepu nie przychodziły tłumy klientów. Czasami nie zaglądał nikt. Stroiła się przede wszystkim dla siebie.

Włoskie zwroty zaczęły ją nużyć. Przerwała naukę i wyjęła ze skórzanej torebki marki Mulberry lusterko, po czym pociągnęła sobie usta różowym błyszczykiem. Przy okazji rzuciła okiem na swój zgrabny, lekko piegowaty nosek i jasną grzywkę. Słońce dokonało cudu – jakby powiedział Carl-Ivar, gdyby nie był w Turcji. On mógł mówić takie rzeczy i nie brzmiało to uszczypliwie ani dwuznacznie. Według własnej oceny wyglądała świeżo, wiedziała jednak, że takie określenie jemu nigdy nie przeszłoby przez gardło. Świeże w jego świecie mogły być tylko sałata i cięte kwiaty. Kilka dni temu była u fryzjera i miała teraz półdługą, cieniowaną fryzurę. Przeciągnęła palcami po włosach, aby trochę je podnieść.

Była sobota, więc nie spędzi całego dnia w sklepie. Sąsiadka obiecała wstąpić po nią zaraz po drugiej. „Na wsi wszyscy sobie pomagają, oczywiście, że możesz ze mną jechać” – powiedziała Birthe, kiedy zadzwoniła do niej wczoraj wieczorem. Gdyby zamknęła już o pierwszej, zdążyłaby jeszcze przejść się po sklepach przed przyjazdem sąsiadki. Jej własny samochód stał uszkodzony w warsztacie w Zachodniej Dzielnicy Przemysłowej. Na szczęście zdołała dotelepać się tam mimo dławiącego się silnika, dzięki czemu ominęło ją holowanie.

Sklep sprzedawcy dywanów znajdował się na samym rogu, toteż światło wpadało do środka z dwóch stron. Budynek liczył ponad sto lat, miał przyjemną aurę, co zawsze wprawiało ją w dobry nastrój, kiedy rano otwierała drzwi i przechodziła przez próg.

Biurko, przy którym siedziała Annelie, było zwrócone w stronę drzwi i obu okien. Za nią na ścianie wisiały dywany, a obok stał niski regał z grubymi książkami, w większości angielskimi, pełnymi pięknych zdjęć tkanych i wiązanych dywanów ze wszystkich zakątków świata. Kiedy patrzyła na te wspaniałe okazy, traciła poczucie czasu. Wprost niewiarygodne, co potrafi stworzyć ludzka ręka – w przypadku dywanów była to zwykle ręka kobieca.

Za regałem kręcone schody prowadziły na dół do magazynu. Cały lokal nie był w sumie duży. Wydawał się przytulny.

Annelie podniosła wzrok i spojrzała na dwór. Róg ulicy był częściowo w cieniu, ale połowę okna wystawowego oblewały ostre promienie słońca. Dywany leżały przykryte papierem pakowym, aby nie wyblakły. Ruszyła się ze swojego miejsca przy biurku i poprawiła duże brązowe arkusze. Pomyślała, czy nie włączyć radia, ale cisza działała niemal jak narkotyk. Dla niej była niczym ulubione danie. Nieudane lata w głośnej klasie szkolnej, gdzie odbywała staż jako nauczycielka, odebrały jej trochę zdrowia i kazały podchodzić z większą ostrożnością do kolejnych wyborów.

Z rękami skrzyżowanymi na piersi podeszła do okna i wyjrzała na dwór. Ludzie chodzili już w półbutach, odwiesili ciepłe kurtki. Uśmiechnęła się i odwróciła do biurka, próbując przypomnieć sobie włoskie słówka. Znowu wyleciały jej z głowy. Coś takiego zdarzało jej się zbyt często. Bardzo się starała, aby wygrzebać z pamięci kilka wyrazów i złożyć z nich zdanie, jednak zwykle wychodziło z tego słowne risotto. Zdawała sobie sprawę, że chyba nigdy nie nauczy się mówić po włosku, mimo to nie zamierzała się poddać. Z niektórych celów trudno jest, o dziwo, zrezygnować – pomyślała, wpatrując się w drobiny kurzu wirujące w rozświetlonym powietrzu.

Czy powinna sięgnąć po ścierkę? Nie, przecież nie ma tak wiele do sprzątania i można z tym spokojnie poczekać do poniedziałku. Na podłodze leżały rdzawe płytki, ściany były białe, to wszystko. Spaliny nie dawały się tu specjalnie we znaki, mimo że sklep Carla-Ivara znajdował się przy najbardziej ruchliwej ulicy miasta. Trafiali tu wszyscy, którzy szukali ładnej i dobrej jakościowo dekoracji na podłogę albo chcieli zostawić jakiś wysłużony ulubiony dywanik do renowacji.

Sklep nie był wcale zapchany od posadzki po sufit dywanami. Ich stosy nie piętrzyły się także w piwnicy, choć trochę dywanów tam leżało. Na górze pojedyncze sztuki wisiały rozpostarte na białych ścianach albo na poręczy schodów. Oszałamiały nie liczbą, lecz znakomitą jakością. Byle czego tu nie sprzedawano.

Dawniej, kiedy sklep Olssona mieścił się przy Köpmannagatan i zajmował większy lokal, było zupełnie inaczej. Ale teraz, gdy Carl-Ivar przeszedł na emeryturę i odłożył sobie, jak przypuszczała Annelie, okrągłą sumkę w banku, prowadził ten interes wyłącznie dla przyjemności. Dla zabawy – zwierzył się pewnego razu właśnie jej, jedynej osobie, która według niego naprawdę go rozumiała. Żona nie interesowała się specjalnie dywanami, a dorosłe już dzieci wolały gołe drewniane podłogi. Tak to już bywa z dziećmi. Ponieważ jednak w jej dzieciństwie dywany nie odgrywały żadnej specjalnej roli, chętniej się nimi teraz zajmowała.

Dywan nie jest obojętnym elementem wystroju. Zupełnie inny stosunek ma się do niego niż na przykład do... sosnowego kuchennego krzesła. Annelie często zastanawiała się nad tym, chociaż akurat dla niej krzesła znaczyły całkiem sporo, zwłaszcza stare.

Starała się trochę czytać na ten temat. Poza tym miała za sobą szkołę Carla-Ivara, który nie robił jej żadnych wykładów, ale wyjaśniał to i owo, gdy nadarzyła się okazja i na przykład dostali jakiś interesujący dywan do naprawy. Nie narzucał się jednak ze swoją wiedzą. Zwłaszcza klientom, bo oni nie lubili pouczania. Jeśli w dodatku byli kolekcjonerami, sami chcieli się uważać za specjalistów. Owych kolekcjonerów było więcej, niż można by przypuszczać; przeważali wśród nich mężczyźni. Chyba zwykle się tak dzieje, gdy w grę wchodzą spore pieniądze – pomyślała Annelie.

Najstarszy zachowany dywan tkany, słynny pazyryk, liczy dwa i pół tysiąca lat. Ponieważ został znaleziony zamrożony na kamień na Syberii, zachował się przez tyle lat w doskonałym stanie. Sztukę tkania dywanów zapoczątkowały kobiety koczowników, bo na ścianach i na ziemi w swoich namiotach chciały mieć coś, co chroniłoby przed zimnem. Zależało im także, aby te ich wytwory cieszyły oczy. Poczucie piękna i przyjemności jest chyba człowiekowi przyrodzone – pomyślała Annelie. Kobiety wykorzystywały wełnę owiec i kóz, przędły ją, farbowały barwnikami roślinnymi, a następnie tkały z niej według własnych pomysłów lub dostosowując się do plemiennej tradycji. Wzory przechodziły z pokolenia na pokolenie.

Ponieważ orientalne dywany wytwarzane były w różnych rejonach, począwszy od Półwyspu Bałkańskiego po Chiny, bardzo różniły się wyglądem. Toteż stwierdzenie, który skąd pochodzi, było nie lada wyzwaniem i wymagało zarówno wiedzy, jak i niemałego doświadczenia. Annelie marzyła ostatnio o tym, aby jeździć po świecie i tam podziwiać dywany.

W sklepie leżał przed nią na podłodze typowy dywan rustykalny z medalionowym wzorem w kolorach ciemnoczerwonym i indygo. Był to dywan hamadan, pochodzący z jednej z licznych wiosek wokół miasta Hamadan w północno-zachodnim Iranie, największym regionie tkackim kraju. Powstające tam dywany cieszyły się dużą popularnością dzięki jakości i dużej wytrzymałości. Obecnie coraz częściej do farbowania przędzy stosowano środki syntetyczne, a nie naturalne, jednak Carl-Ivar nie uważał, aby miało to większe znaczenie. Sztuczne barwniki znajdowały się w użyciu już mniej więcej od 1860 roku. Barwiona nimi wełna mogła być równie ładna jak ta zawdzięczająca swój kolor środkom roślinnym, a oba jej rodzaje mogły tracić kolor lub „krwawić”, jak mówiło się w żargonie branżowym, w zależności od przebiegu procesu farbowania. Annelie nauczyła się już także, że we współczesnych dywanach hamadan osnowę stanowi często nić bawełniana, a nie wełniana, w przeciwieństwie do dywanów nomadzkich, do których wytworzenia kobiety koczowników wykorzystywały to, co miały pod ręką, czyli wełnę z własnych zwierząt. Nomadzi byli samowystarczalni i rzadko prowadzili handel wymienny, dlatego brakowało im środków, aby kupić przędzę bawełnianą.

Dywany hamadan wytwarzano na ogół tylko w dwóch rozmiarach. Na sklepowej posadzce leżał zaronim, czyli ten mniejszy. Większe, dozary, nadawały się doskonale do zestawów wypoczynkowych. Dywan, po którym Annelie przechodziła codziennie do swojego biurka, był mocny i bardzo wytrzymały. Lubiła go. Solidny, odporny na ścieranie i gęsto tkany perski dywan warto wybrać na przykład do przedpokoju – radziła klientom, którzy zaglądali do sklepu. Przede wszystkim polecała go rodzinom z małymi dziećmi. Trudno znaleźć coś lepszego, gdy nie da się uniknąć wnoszenia do domu piasku i kurzu. Dywany tego typu są łatwe w pielęgnacji, wytrzymałe i do tego ładne.

Wschodnie dywany można z grubsza podzielić na trzy rodzaje, w zależności od tego, gdzie zostały wytworzone. Są więc dywany nomadzkie, wiejskie i miejskie lub gabinetowe, nazywane także rzemieślniczymi. W odróżnieniu od dywanów wiejskich, tkanych lub wiązanych najczęściej w domach, te ostatnie powstawały w warsztatach tkackich. Największym producentem dywanów był Iran, dawna Persja. Wciąż jeszcze wiele osób używa określenia „perskie dywany”, mając na myśli dywany orientalne.

Innym dużym producentem była Turcja, w której Carl-Ivar właśnie przebywał. Tkane tam dywany nazywano tureckimi lub anatolijskimi.

Nietrudno zauważyć, że dywany służą krzewieniu kultury. Mógł się o tym przekonać każdy, kto choć raz odwiedził sklep Olssona. Zakup dywanu wymagał czasu. Oczywiście można było zabrać wybrany egzemplarz do domu na próbę, rozwinąć go na podłodze i sprawdzić, czy pasuje do mebli i całego wnętrza. Annelie przekonała się jednak, że orientalne dywany na ogół wszędzie dobrze wyglądają. Jeśli Carl-Ivar nie miał tego, czego akurat szukano, obiecywał się rozejrzeć i sprowadzić coś innego. Poza tym on też miał swój magazyn, ale Annelie nie wiedziała, co się w nim znajduje, ponieważ szef nigdy jej tam nie zabrał, co oczywiście tylko wzmagało ciekawość.

Sama się dziwiła, że tak świetnie się czuje w tej pracy, która polega na pilnowaniu dywanów, odpowiadaniu na telefony i dostarczaniu zamówień. Może wynikało to z braku presji i stresu. Poza tym miała tu dużo czasu na przemyślenia. Nie należy do osób, które łapią kilka srok za ogon i nie starcza im już dnia dla siebie. Taki styl jest niejako wpisany w warunki życia jej pokolenia. Ciężko harować i z rzadka się relaksować. Jednak jej organizm zdecydowanie wolał bardziej równomierne tempo.

Gdy zamierzała oddać się fantazjom o M., którego dotyk przeszywał ją dreszczem, zauważyła ciężarną kobietę zbliżającą się powoli do drzwi. Szła mocno odchylona do tyłu z powodu wyjątkowo dużego brzucha. Annelie ją znała. To Veronika Lundborg. Właśnie nacisnęła klamkę i ciężko oddychając, weszła do środka.

– Zostawiłam dywanik do renowacji – powiedziała, opadając od razu na niemieckie krzesło w stylu chippendale stojące tuż przy wejściu.

Annelie doskonale wiedziała, o jaki dywanik chodzi – zniszczony, ale bardzo ładny sivas ze środkowej Anatolii.

– Czy jest już gotowy?

– Niestety, nie.

– Nic nie szkodzi. Akurat byłam w pobliżu i pomyślałam, że wstąpię i spytam.

Annelie skinęła głową, nie wierzyła jednak, aby kobieta w tak zaawansowanej ciąży mogła się wybrać gdzieś dobrowolnie. Siedziała na krześle jak nadmiernie nadmuchana plastikowa lalka. Annelie starała się nie gapić na jej brzuch, ale było to równie trudne jak niezauważenie na przykład czyjegoś jaskrawoczerwonego lub sinego nosa. Poza tym było w nim coś pociągającego. Annelie na razie nie poddała się tego rodzaju cielesnej deformacji. Niestety.

Veronika siedziała chwilę nieruchomo, patrząc na ściany.

– Przytulnie tu.

– To prawda – odrzekła Annelie z uśmiechem.

– Można by tu siedzieć i siedzieć, ale chyba powinnam już iść. Czyli da mi pani znać, kiedy mój dywanik już dotrze?

Annelie obiecała, że tak zrobi, na co Veronika wstała z krzesła, posapując, wytoczyła się na zewnątrz, i gdy pokonała dwa schodki, natknęła się na chodniku na mężczyznę, który zmierzał do sklepu.

Drzwi otworzyły się ponownie.

Boże drogi, co za ruch! – pomyślała Annelie. Przed nią stał mężczyzna o zadziwiająco jasnoniebieskich oczach.

– Czy zastałem Carla-Ivara Olssona? – spytał z poważną miną.

* * *

Veronika zatrzymała się na Lilla Torget i nałożyła na nos nowe okulary przeciwsłoneczne. Ray-bany, klasyczny model Wayfarer, który znowu wrócił do łask i w którym było jej bardzo do twarzy.

Zmierzała z powrotem na Flanaden. Wizyta w sklepie z dywanami była niepotrzebna, jednak mimo wszystko przyjemna. Gdyby Claes i Klara tak się nie guzdrali, w ogóle by tam nie poszła. Ale miała wrażenie, że już tak długo siedziała przy Flanaden, że przechodnie mogli sobie pomyśleć, że ta ławka to jej dom.

Na Västra Torggatan natknęła się na Birgittę Olsson i powiedziała, że właśnie wraca ze sklepu jej męża, którego w nim nie zastała.

– Carl-Ivar jest w Turcji – rzekła Birgitta.

To wszystko wyjaśniało. Stały jeszcze przez chwilę i gawędziły. Veronikę bolały opuchnięte nogi. Rozmówczyni, chociaż co najmniej piętnaście lat od niej starsza, była szczupłą osobą o wysportowanej sylwetce i prawdopodobnie miała lepszą kondycję niż Veronika, nawet gdy ta nie była w ciąży. Należała do tych, które co roku biorą udział w Tjejmilen, dziesięciokilometrowym biegu dla kobiet, i zamierzają to robić aż do śmierci.

– Trzeba korzystać z życia – oznajmiła nagle Birgitta, uśmiechając się tak szeroko, że doskonale uwidoczniły się jej wszystkie zmarszczki mimiczne.

– Właśnie to robię. – Veronika się roześmiała i jednocześnie przeszło jej przez głowę, że są ludzie, w których ustach nawet najzwyklejsze komunały nie brzmią głupio.

– Kiedy poród? – spytała Birgitta macierzyńskim tonem, rozczulając tym Veronikę.

– Za tydzień. Cesarskie cięcie w Kalmarze.

– Cudownie. No tak, będziesz miała co robić. Powodzenia!

Siostra Birgitta skinęła głową i zniknęła w sklepie sportowym na rogu. Powiedziała, że musi sobie kupić nowe buty do biegania.

Ławka przy Flanaden była niestety już zajęta i Veronika musiała znaleźć inną, nieco dalej, gdzie pasaż krzyżował się z Östra Torggatan, by przejść potem w Besvärsgatan, ulicę, która ze swoimi kocimi łbami i malowniczymi drewnianymi domami należała do zupełnie innej epoki.

Usiadła. Teraz miała przed sobą całkiem inny widok.

Na Besvärsgatan prawie nie było ruchu, ponieważ ulica kończyła się schodami prowadzącymi w dół do portu. Veronika dostrzegła zaledwie dwoje przechodniów idących z tamtej strony, mężczyznę i kobietę, nienależących raczej do wyższej klasy społecznej. Jego rozpoznała od razu – kilka lat temu trafił porządnie poparzony i awanturujący się na ostry dyżur. Kobieta była młodsza od niego i prowadziła długowłosego owczarka, który dreptał obok niej na luźnej smyczy.

Dlaczego te opryszki zawsze mają takie duże psy? – pomyślała Veronika. Para szła w kierunku parku miejskiego.

Nagłe kopnięcie od środka wyrwało Veronikę z zadumy. Położyła sobie dłoń na brzuchu, czując, jak się wydyma. Piąstka albo nóżka. Na jej twarzy pojawił się rozczulający uśmiech.

W tym momencie zadzwonił Claes z informacją, że dopiero teraz kupują sandałki. Wizyta w sklepie z zabawkami przeciągnęła się trochę dłużej, niż przewidywał – wyjaśnił przepraszająco.

– Spokojnie – odparła wspaniałomyślnie. Nie było sensu ich ponaglać, skoro nigdzie się nie spieszą.

Mała istotka w środku znowu dawała o sobie znać. Veronika nie wpadała w panikę z tego powodu, ponieważ termin cesarskiego cięcia, na które zdecydowano się ze względu na jej wiek, był już ustalony. Również Klara przyszła na świat w ten sposób, tyle że w jej przypadku nie był to planowany zabieg, ale konieczność z powodu przedwczesnego odklejenia się łożyska. Ablatio placentae.

Wiele drobnych przyczyn złożyło się na ważną i doniosłą decyzję. Tak Veronika tłumaczyła sobie diagnozę położnika i ani ona, ani Claes nie mieli nic przeciwko temu.

W najbliższe urodziny skończy czterdzieści siedem lat. Jest starą mamą.

Wprawdzie nikt nic nie mówił wprost, ale ona nie miała wątpliwości, że za jej plecami chętnie komentowano tę sytuację. Myślała podobnie, kiedy była młoda i została sama z Cecilią, a poza tym wszystko wiedziała najlepiej. Na długo przed spotkaniem Claesa, zanim stała się jedną z tych podstarzałych mam, które mimo wszystko upierają się przy prawie do własnego życia.

Pomyślała o Cecilii. O tym, jak się urodziła późno w nocy, gdy zaczynało już świtać, w Karolinska Sjukhuset w Sztokholmie. Ona miała wtedy dwadzieścia trzy lata, czyli pod względem biologicznym była w korzystnym wieku do rodzenia dzieci. Wtedy w ogóle niczym się nie niepokoiła, chyba była aż za bardzo beztroska. I rzeczywiście wszystko odbyło się bez komplikacji, chociaż się nie spodziewała, że będzie aż tak bolało.

Jednak i wtedy nie obyło się bez komentarzy. Usłyszała, że jest nieodpowiedzialna, bo funduje sobie dziecko w samym środku studiów. Siedziała z nowo narodzoną córeczką przy piersi i musiała się bronić, a na dodatek wysłuchiwać jeszcze, że dojrzalsze kobiety są lepszymi matkami. Tak oznajmiła jej teściowa. Czyli co? – miała ochotę odpowiedzieć. – Może mam ją komuś oddać!

Dobrze to pamiętała. Trudno się dziwić, bo porodów tak łatwo się nie zapomina. Wspomnienia powracały niemal namacalnie w każde urodziny Cecilii i Klary. Ta oszałamiająca radość i duma. „Teraz jest pani mamą” – powiedziała do niej położna, kiedy leżała z nagą Cecilią w ramionach. Na te słowa do oczu napłynęły jej łzy. Została mamą.

Ale przypominała sobie także bolesne i ponure poczucie opuszczenia, z którym dopiero z czasem się uporała. Nie wiedziała, gdzie podziewał się ojciec dziecka, kiedy ona przez długą noc zwijała się z bólu. Jeszcze nie znano telefonów komórkowych. A on prawdopodobnie był zbyt pijany i zmęczony, żeby przeczytać kartkę zostawioną na kuchennym stole, kiedy wreszcie dotoczył się do domu. Twierdził, że jej nie zauważył.

Czy potrafiła mu wybaczyć, że nie było go przy niej? Najpierw sądziła, że tak. Liczyła na kojącą siłę pojednania i na czas, który leczy rany. Tak bardzo pragnęła, aby byli rodziną we trójkę, a nie we dwójkę. Nie przyszło jej do głowy, że we dwie też mogą być rodziną.

Jednak Dan zawodził ją częściej, niż była w stanie mu wybaczyć. Ciągle jeszcze czuła ból, kiedy myślała o tamtym czasie, pełnym sprzecznych uczuć: smutku i bezradności, ale także dumy, radości i szczęścia. Tak, była też szczęśliwa.

A teraz nie jest już sama. Tylko za stara.

* * *

Przed przejściem na urlop macierzyński spotkała pacjentkę, która żyła dobrymi wspomnieniami. Kobieta była już po dziewięćdziesiątce, ale miała niezwykle jasny umysł. Zwróciła uwagę na brzuch Veroniki sterczący spod zielonego kitla. Znajdowały się w małym gabinecie w izbie przyjęć, dokąd Veronikę, która tydzień wcześniej operowała starszą panią, zawołała pielęgniarka.

– Czyli na świat przyjdzie mała istotka – powiedziała serdecznie kobieta. – To wielkie szczęście!

Veronika skinęła głową z uśmiechem. Siedziała na metalowym taborecie o regulowanej wysokości tuż przy leżance, na której spoczywała pacjentka z odsłoniętym brzuchem. Podczas niedawnej operacji, która przebiegła bez komplikacji, usunięto jej fragment jelita cienkiego. Ale teraz poniżej pępka widoczna była zaczerwieniona, gorąca plama wielkości dłoni, która sprawiała ból. Infekcja. Ropa musi się wydostać – brzmiała stara dobra zasada.

Veronika usunęła kilka klamerek chirurgicznych, którymi zespolone były brzegi rany, po czym przygotowała strzykawkę ze środkiem do miejscowego znieczulenia. Nie mogła się powstrzymać i bąknęła coś o tym, że właściwie nie jest już w wieku odpowiednim do rodzenia dzieci. To zresztą w gruncie rzeczy nie powinno obchodzić pacjentki, ponieważ w tym momencie nie ona, lekarka, była najważniejsza.

– Na pewno da pani radę – stwierdziła zachęcająco kobieta. – Kiedyś urodzenie dziecka w dojrzałym wieku uznawano niemal za hańbę. Chwała Bogu, dzisiaj jest inaczej.

Veronika ostrożnie otworzyła ranę za pomocą pincety chirurgicznej. Gdy ropa zaczęła wypływać, ból stopniowo ustępował. Rozszedł się niemiły zapach. Wytarła wyciekłą ropę i lekko nacisnęła zgrubienie, aby wycisnąć płyn do ostatniej kropli. W gabinecie zapanował przyjemny spokój.

– To sprowadzanie na świat dzieci z zespołem Downa… tak wcześniej się mówiło – kontynuowała kobieta.

– Naprawdę? Tak bez ceregieli?

– Oczywiście. Kiedy zaszłam w ciążę ze swoim drugim mężem, skończyłam już czterdziestkę. A wtedy nie istniały jeszcze te wszystkie nowoczesne metody badań. To było moje pierwsze dziecko... i jedyne. Usunięcie też nie wchodziło w rachubę, bo na aborcję zezwalano wtedy jedynie w szczególnych okolicznościach. Jak człowiek był wariatem czy coś w tym rodzaju. A ja byłam normalna. Razem z mężem czuliśmy się szczęśliwi.

Veronika słyszała w jej głosie ogromny entuzjazm i nadzieję, które musiały dać odpór wszelkim obawom i upokorzeniu. Ale wyczuła w nim także coś jeszcze. Żeby tylko akurat teraz nie wparowała do środka pielęgniarka i nie przerwała tego oczarowania.

– Nadaliśmy jej imię Stina. Była dla nas ogromną radością.

Oczy kobiety błyszczały niczym kryształy pod wątłymi powiekami. Zamilkła, jakby koniecznie musiała nabrać powietrza.

– I rzeczywiście miała zespół Downa.

Wypowiedziała te słowa, które z pewnością padały wcześniej z jej ust już wielokrotnie, z wyraźnym ociąganiem, jakby nigdy nie zdołała się z nimi oswoić.

– Stina zmarła dziesięć lat temu z powodu wrodzonej wady serca.

Veronika niemal niezauważalnie skinęła głową. W pokoju zapanowała cisza. Nadal czekały na opatrunek.

– Tak, to był trudny czas. Bardzo nam jej brakowało.

Epilog

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Akcja książki toczy się w Stambule i w Oskarshamn oraz w jego okolicy, w pięknym Bråbo i parafii Kristdala, nieco dalej w głębi lądu. Warto pojechać i przekonać się na własne oczy, jak jest tam ślicznie. Ja to zrobiłam!

Dziękuję komisarzowi Andersowi Perniusowi z Oskarshamn za ciepłe przyjęcie w komendzie i za pomocne wskazówki. W książce przedstawiłam własny obraz tego miejsca pracy, a nie rzeczywisty.

Dziękuję także Larsowi Henrikssonowi, technikowi kryminalnemu z Helsingborga, że zawsze mogę na niego liczyć.

Kolejne podziękowania kieruję do Mustafy Özena z Kapadocji oraz do Raii Öhrstedt z Landskrony, którzy kilkakrotnie zabrali mnie do Turcji. Specjalne słowa wdzięczności należą się Raii, która otworzyła przede mną drzwi do świata dywanów i podarowała mi oba występujące w książce kobierce.

Serdecznie dziękuję również Fredrikowi Nygrenowi ze Sztokholmu, który przybliżył mi sposób myślenia i działania sprzedawców dywanów. Rozmowa z Tobą to czysta przyjemność!

Jestem wdzięczna także Andrei Karlsson, która była moją nieocenioną konsultantką w kwestii nazwisk tureckich oraz podobieństw i różnic między Turcją a Szwecją.

Obraz Oskarshamn przedstawiony w powieści nie odpowiada w pełni rzeczywistości. W kilku miejscach świadomie pozwoliłam sobie na odstępstwa. Poza tym miasto nieustannie się rozwija: ulice zmieniają się w jednokierunkowe, domy są wyburzane, powstają nowe. Na ogół jednak starałam się, aby wszystko się zgadzało.

Dziękuję jeszcze raz personelowi Biura Turystycznego w Oskarshamn, który zawsze chętnie odpowiadał na telefoniczne pytania. Równie gorące podziękowania należą się moim drogim przyjaciołom z Oskarshamn Ann Margreth Kvarnefors i Stefanowi Jutterdalowi, którzy zadali sobie trud i przysyłali zdjęcia miejsc nieco poblakłych w mojej pamięci.

Równie serdecznie dziękuję Annice Seward Jensen, mojej wydawczyni, za cenne komentarze, oraz Katarinie Ehnmark Lundquist, redaktorce (znamy się już jak łyse konie), za dobrą i przyjemną współpracę.

Lund, 1 sierpnia 2009

Karin Wahlberg