Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Śmierć przybywa do Pemberley ebook

P.D. James

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Śmierć przybywa do Pemberley - P.D. James

P.D. James wkracza w świat Dumy i uprzedzenia Jane Austen.

Akcja sequela rozpoczyna się sześć lat po ślubie Elizabeth i pana Darcy’ego. Niestety, okazuje się, że nie prowadzą oni tak szczęśliwego życia, jak moglibyśmy oczekiwać. Prócz niedopowiedzeń, intryg, zazdrości i rozczarowania swym związkiem główni bohaterowie napotykają też trudności zupełnie innej natury. Widziane w pobliskim lesie widmo zapowiada nieszczęścia, w tym zabójstwo jednego z członków rodziny. Przepełniona miłością, zazdrością, kłamstwem i cierpieniem Śmierć przybywa do Pemberley uwodzi czytelnika, który z wielką łatwością wkracza w ten XIX-wieczny świat i dzieli z postaciami ich namiętności, lęki i nadzieje.

Opinie o ebooku Śmierć przybywa do Pemberley - P.D. James

Fragment ebooka Śmierć przybywa do Pemberley - P.D. James

P.D.

James

ŚMIERĆ PRZYBYWA DO PEMBERLEY

przełożył Paweł Lipszyc

Tytuł oryginału: Death comes to Pemberley

Copyright © P.D. James, 2011

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIV

Copyright © for the Polish translation by Paweł Lipszyc, MMXIV

Wydanie I

Warszawa

Dla Joyce McLennan

Przyjaciółki i asystentki, która od trzydziestu pięciu lat przepisuje moje powieści

Z sympatią i wdzięcznością

Nota autorki

Cieniowi Jane Austen winna jestem przeprosiny za wplątanie jej ukochanej Elizabeth w traumatyczne śledztwo w sprawie morderstwa, tym bardziej że w końcowym rozdziale Mansfield Park panna Austen jasno przedstawiła swoje poglądy: „Niechaj inne pióra rozwodzą się nad występkiem i nieszczęściem. Ja, jeśli tylko mogę, uciekam od tak okropnych tematów, niecierpliwa przywrócić wszystkim, co zbytnio nie zawinili, jaki taki spokój, a z całą resztą skończyć”1. Na moje przeprosiny odpowiedziałaby niewątpliwie, że gdyby pragnęła się zajmować tak odrażającymi tematami, sama napisałaby tę historię, zresztą lepiej.

P.D. James, 2011

PrologBennetowie z Longbourn

Wśród mieszkanek Longbourn panowało przekonanie, że Bennetom dopisało szczęście w wydaniu za mąż czterech z pięciu córek. Meryton, niewielkie miasteczko targowe w hrabstwie Hertford, nie leży na żadnej z tras krajoznawczych, nie jest bowiem malowniczo położone ani nie może się poszczycić świetną historią, a jedyna wielka posiadłość, Netherfield Park, choć imponująca, w ogóle nie jest wspominana w książkach o ciekawostkach architektonicznych w hrabstwie. W miasteczku znajduje się sala balowa, w której regularnie organizuje się tańce, nie ma jednak teatru, główne rozrywki odbywają się w prywatnych domach, gdzie plotki łagodzą nudę obiadów i umilają grę w wista, zawsze w tym samym towarzystwie.

Rodzina z pięcioma niezamężnymi córkami z oczywistych względów musi się stać obiektem pełnej współczucia troski wszystkich sąsiadów, zwłaszcza w miejscu, gdzie innych rozrywek jest jak na lekarstwo, a Bennetowie znajdowali się w szczególnie opłakanym położeniu. Z powodu braku męskiego potomka posiadłość pana Benneta miał odziedziczyć jego kuzyn, wielebny William Collins, który – co głośno i z lubością lamentowała pani Bennet – mógł wyrzucić ją z domu wraz z córkami, zanim ciało jej męża zdąży ostygnąć w grobie. Trzeba przyznać, iż pan Collins w miarę swoich możliwości próbował załagodzić sprawę. Choć wiązało się to z pewną niedogodnością, to przy aprobacie lady Catherine de Bourgh, swej budzącej grozę patronki, opuścił parafię w Hunsford w hrabstwie Kent i złożył wizytę Bennetom ze szczodrym zamiarem wybrania sobie żony spośród ich pięciu córek. Pani Bennet entuzjastycznie przyjęła ów zamiar, ostrzegła jednak wielebnego Collinsa, że najstarsza z córek najpewniej wkrótce się zaręczy. Wybór Williama padł więc na drugą w kolejności Elizabeth, która jednak stanowczo odrzuciła oświadczyny. Pastor musiał szukać większego zrozumienia u jej przyjaciółki, panny Charlotty Lucas. Panna Lucas przyjęła oświadczyny z satysfakcjonującym pośpiechem, a przyszłość, jakiej mogły się spodziewać pani Bennet z córkami, została przypieczętowana, nie budząc zresztą żalu ogółu sąsiadów. Po śmierci pana Benneta pan Collins planował umieszczenie pań w jednym z większych domów w posiadłości, gdzie sam zamierzał zadbać o ich strawę duchową, strawa fizyczna miała zaś pochodzić z resztek kuchennych pani Collins, wzbogacanych od czasu do czasu darowaną dziczyzną lub połciem boczku.

Szczęśliwym zrządzeniem losu Bennetowie uniknęli tych dobrodziejstw. Pod koniec 1799 roku pani Bennet mogła sobie pogratulować bycia matką czterech zamężnych córek. Trzeba przyznać, że małżeństwo najmłodszej, Lydii, w wieku zaledwie szesnastu lat, nie rokowało dobrze. Lydia uciekła z George’em Wickhamem, porucznikiem milicji stacjonującej w Meryton, można się więc było spodziewać, że ta eskapada zakończy się, jak wszystkie tego typu przygody, porzuceniem Lydii przez Wickhama, wygnaniem jej z domu, usunięciem poza nawias społeczeństwa, wreszcie ostateczną degradacją, o której przyzwoitość nie pozwala damom wspominać. Na szczęście ślub został zawarty, o czym pierwszy doniósł sąsiad William Goulding, który przejeżdżał obok powozu z Longbourn, gdy młoda pani Wickham oparła dłoń na otwartym oknie, by mógł dostrzec obrączkę. Siostra pani Bennet, pani Philips, pracowicie rozpowszechniała własną wersję ucieczki kochanków, zgodnie z którą para jechała do Gretna Green, ale na krótko zatrzymała się w Londynie, by Wickham mógł powiadomić matkę chrzestną o zbliżającym się ślubie, a po przybyciu pana Benneta poszukującego córki para przyjęła sugestię rodziny, że małżeństwo wygodniej będzie zawrzeć w Londynie. Nikt nie dawał wiary tym wymysłom, sąsiedzi uznali jednak, że winni przynajmniej udawać, iż przyjmują koncepty pani Philips z uwagi na ich oryginalność. George Wickham, rzecz jasna, już nigdy nie mógł zostać przyjęty w Meryton, aby nie kraść cnoty służącym ani zysków sklepikarzom, zgodzono się jednak, że gdyby jego żona pojawiła się w miasteczku, mogłaby liczyć na takie samo tolerancyjne traktowanie, z jakim dawniej spotykała się panna Lydia Bennet.

Sąsiedzi zachodzili w głowę, jak udało się doprowadzić do spóźnionego ślubu. Posiadłość pana Benneta nie przynosiła więcej niż dwa tysiące funtów rocznie, a według powszechnego przekonania pan Wickham musiał się domagać co najmniej pięciuset funtów oraz uregulowania wszystkich swoich rachunków z Meryton i innych, zanim przystał na małżeństwo. Pieniądze z pewnością wyłożył pan Gardiner, brat pani Bennet. Pan Gardiner uchodził za człowieka serdecznego, posiadał jednak rodzinę i z pewnością oczekiwał, że pan Bennet odda dług. W Lucas Lodge lękano się, iż powyższa konieczność uszczupli spadek zięcia, ale kiedy nie ścięto żadnych drzew, nie sprzedano ziemi, nie zwolniono służących, a rzeźnik wciąż jak co tydzień zaopatrywał panią Bennet, uznano, że pan Collins i droga Charlotte nie mają się czego obawiać i po przyzwoitym pochowaniu pana Benneta pan Collins będzie mógł objąć w posiadanie Longbourn pewien, że otrzymuje je w stanie nienaruszonym.

Za to zaręczyny, do których doszło niedługo po ślubie Lydii, mianowicie panny Bennet i pana Bingleya z Netherfield Park, przyjęto z aprobatą. Trudno je zresztą nazwać niespodziewanymi; podziw pana Bingleya dla Jane był widoczny już podczas ich pierwszego spotkania na balu. Jej uroda, łagodność i naiwny optymizm co do natury ludzkiej niepozwalający mówić źle o nikim sprawiały, że stała się ulubienicą wszystkich. Zaledwie kilka dni po zaręczynach najstarszej córki z panem Bingleyem doniesiono o jeszcze większym triumfie pani Bennet, do którego początkowo odnoszono się z niedowierzaniem. Oto panna Elizabeth Bennet, druga córka, miała poślubić pana Darcy’ego, właściciela Pemberley, jednej z najokazalszych posiadłości w hrabstwie Derby, przynoszącej ponoć dziesięć tysięcy funtów rocznie.

W Meryton powszechnie wiedziano, iż panna Lizzie nie znosi pana Darcy’ego, a stanowisko to podzielało towarzystwo biorące udział w balu, na którym pan Darcy po raz pierwszy pojawił się wraz z panem Bingleyem i jego dwiema siostrami, kiedy dał wyraz swojej dumie i pogardzie dla obecnych. Mimo zachęt ze strony przyjaciela, pana Bingleya, Darcy dał jasno do zrozumienia, że żadna z kobiet na balu nie zasługuje na to, by zostać jego partnerką. Kiedy sir William Lucas przedstawił mu Elizabeth, nie chciał z nią zatańczyć, wyjaśniając później panu Bingleyowi, że nie jest wystarczająco ładna, by go skusić. Uznawano więc, że żadna kobieta nie mogłaby zaznać szczęścia jako pani Darcy, albowiem, jak zauważyła Mary Lucas, „Kto chciałby przez resztę życia widzieć przy śniadaniu tę odpychającą twarz?”.

Nikt jednak nie mógł winić panny Elizabeth Bennet za przyjęcie postawy bardziej rozumnej i optymistycznej. W życiu nie można mieć wszystkiego, a każda młoda dama z Meryton zniosłaby więcej niż tylko odpychającą twarz przy śniadaniu, aby wyjść za dziesięć tysięcy rocznie i zostać panią Pemberley. Damy z Meryton solidarnie współczuły osobom dotkniętym nieszczęściem i chętnie gratulowały tym, którym się powiodło, ale uważały, że we wszystkim należy zachować umiar, a triumf panny Elizabeth przybrał doprawdy zbyt wielką skalę. Chociaż sąsiadki przyznały, że jest dość urodziwa i ma ładne oczy, to jednak niczym więcej nie mogła się zalecić mężczyźnie z taką fortuną; toteż wkrótce koteria największych plotkarek wysmażyła wytłumaczenie. Panna Lizzie zagięła parol na pana Darcy’ego już podczas pierwszego spotkania. Kiedy jej strategia stała się jasna, uznano, że od początku właściwie rozgrywała partię. Chociaż pan Darcy nie zechciał z nią zatańczyć na balu, często zerkał na nią i jej przyjaciółkę Charlotte, która mając wieloletnie doświadczenie w polowaniu na męża, zręcznie wychwytywała wszelkie oznaki ewentualnego zainteresowania i przestrzegła Elizabeth, by jej oczywista słabość do George’a Wickhama, atrakcyjnego i cieszącego się wzięciem porucznika, nie popchnęła jej do urażenia mężczyzny dziesięciokrotnie bardziej znacznego.

Po balu panna Jane Bennet została zaproszona na kolację do Netherfield. Ponieważ matka nalegała, by zamiast brać rodzinny powóz, pojechała konno, dziewczyna w sam raz się przeziębiła i musiała, zgodnie z planem pani Bennet, zostać kilka nocy w Netherfield. Elizabeth oczywiście wyprawiła się na piechotę, by odwiedzić Jane, a dobre maniery panny Bingley zmusiły ją do zaoferowania gościnności nieproszonej, dopóki jej siostra nie wróci do zdrowia. Prawie tydzień w towarzystwie pana Darcy’ego musiał wzmocnić nadzieje Elizabeth na powodzenie, z pewnością też w pełni wykorzystała tę przymusową bliskość.

W efekcie powyższych wydarzeń po namowach najmłodszych panien Bennet pan Bingley urządził w Netherfield bal, na którym Darcy zatańczył z Elizabeth. Siedzące pod ścianą przyzwoitki uniosły lorniony i podobnie jak reszta towarzystwa bacznie przyglądały się tańczącej parze. Ta co prawda niewiele rozmawiała, ale sam fakt, iż pan Darcy poprosił pannę Elizabeth do tańca, ona zaś nie odmówiła, budził zainteresowanie i domysły.

Kolejnym etapem kampanii Elizabeth była jej wizyta, wraz z sir Williamem Lucasem i jego córką Marią, u państwa Collinsów na plebanii w Hunsford. W normalnych warunkach panna Elizabeth z pewnością odrzuciłaby takie zaproszenie. Jakąż przyjemność mogła czerpać racjonalna kobieta z sześciotygodniowego towarzystwa pana Collinsa? Powszechnie wiedziano, że zanim został przyjęty przez pannę Lucas, oświadczył się właśnie pannie Lizzie. Takt, nie mówiąc już o innych powodach, powinien kazać jej się trzymać z dala od Hunsford. Elizabeth wiedziała jednak, że lady Catherine de Bourgh jest sąsiadką i patronką pana Collinsa, a pan Darcy, jej siostrzeniec, niemal na pewno będzie przebywał w Rosings podczas wizyty gości na plebanii. Charlotte, która informowała matkę o wszystkich szczegółach swego życia małżeńskiego, włączając w to zdrowie krów, drobiu oraz męża, napisała, że pan Darcy i jego kuzyn pułkownik Fitzwilliam, również przebywający z wizytą w Rosings, często odwiedzali plebanię podczas pobytu Elizabeth, doniosła też, iż pan Darcy przyszedł raz bez kuzyna, kiedy Elizabeth była sama. Zdaniem pani Lucas dowodziło to niezbicie faktu, że pan Darcy się zakochiwał, napisała też, że według niej przyjaciółka córki powinna niezwłocznie przyjąć oświadczyny któregokolwiek z dwóch dżentelmenów, gdyby do takowych doszło. Panna Lizzie wróciła jednak do domu z niczym.

W końcu wszystko się ułożyło, kiedy pani Gardiner wraz z mężem, bratem pani Bennet, zaprosili Elizabeth na letnią wycieczkę. Pierwotnie zamierzali się wybrać do Krainy Jezior, najwyraźniej jednak obowiązki służbowe zmusiły pana Gardinera do ograniczenia planów, mieli więc poprzestać na wyprawie do hrabstwa Derby. Wiadomość przekazała Kitty, czwarta córka Bennetów, ale nikt w Meryton nie wierzył w tę wymówkę. Zamożna rodzina, którą było stać na podróż z Londynu do Derby, z pewnością mogła przedłużyć wycieczkę do Krainy Jezior, gdyby tylko miała taką ochotę. Nie ulegało wątpliwości, że pani Gardiner, wspólniczka w planie matrymonialnym swej ulubionej siostrzenicy, wybrała hrabstwo Derby, ponieważ pan Darcy miał przebywać w Pemberley.

W rzeczy samej Gardinerowie i Elizabeth, którzy niewątpliwie zapytali w gospodzie, kiedy można zastać pana na Pemberley, złożyli tam wizytę, gdy pan Darcy wrócił. Zgodnie z wymogami uprzejmości Gardinerowie zostali przedstawieni, całą grupę zaproszono do Pemberley na kolację, a jeśli panna Elizabeth miała jakiekolwiek wątpliwości co do sensu swego planu, by złowić pana Darcy’ego, jeden rzut oka na posiadłość utwierdził ją w postanowieniu, aby zakochać się w nim czym prędzej.

Po powrocie do Netherfield Park pan Darcy i jego przyjaciel pan Bingley niezwłocznie złożyli wizytę w Longbourn, gdzie szczęście panien Jane i Elizabeth zostało w końcu triumfalnie przypieczętowane. Zrękowiny Elizabeth, choć okazałe, nie dostarczyły takiej przyjemności jak zaręczyny starszej z sióstr. Lizzie nigdy nie cieszyła się popularnością. Co bystrzejsze z merytońskich dam podejrzewały czasem, że podśmiewa się z nich skrycie. Ponadto zarzucały jej, że jest sarkastyczna, i choć nie miały pewności, co to słowo oznacza, wiedziały, że nie jest to cecha pożądana u kobiety, ponieważ dżentelmeni szczególnie jej nie lubią. Sąsiadki, których zazdrość z powodu triumfu Elizabeth przewyższała zadowolenie z perspektyw małżeńskich, mogły się pocieszać zapewnieniami, iż duma i arogancja pana Darcy’ego oraz kostyczny humor żony sprawią, że ich życie będzie upływać w całkowitej udręce, której ani Pemberley, ani dziesięć tysięcy rocznie nie zrekompensują.

Biorąc pod uwagę formalności, bez których wystawny ślub raczej nie mógł się odbyć – takich jak wykonanie portretów, czynności prawne, zakup nowych powozów i strojów – śluby panny Jane z panem Bingleyem oraz panny Elizabeth z panem Darcym zostały zawarte tego samego dnia w kościele w Longbourn z zadziwiająco małym opóźnieniem. Dzień ów mógł się stać najszczęśliwszym w życiu pani Bennet, gdyby podczas uroczystości nie chwyciły ją palpitacje wywołane lękiem, że groźna ciotka pana Darcy’ego lady Catherine de Bourgh pojawi się w drzwiach kościoła, by zapobiec małżeństwu. Dopiero po ostatnim błogosławieństwie mogła poczuć, że nikt nie odbierze jej triumfu.

Należy raczej wątpić, by pani Bennet brakowało towarzystwa drugiej córki, ale jej mężowi z pewnością tak. Elizabeth była jego ulubienicą. Po ojcu odziedziczyła inteligencję, cięty dowcip, zdolność śmiania się ze słabostek i niekonsekwencji sąsiadów. Longbourn House bez Elizabeth stał się samotniejszym i mniej rozumnym miejscem.

Pan Bennet był bystrym, czytającym książki człowiekiem, dla którego biblioteka stanowiła azyl i źródło najszczęśliwszych godzin. On i Darcy szybko doszli do wniosku, że się lubią, i odtąd, jak często bywa między przyjaciółmi, akceptowali swoje rozmaite dziwactwa, uznając je za dowód wyższej inteligencji tego drugiego. Wizyty pana Benneta w Pemberley, często wtedy, gdy najmniej się go spodziewano, upływały głównie w bibliotece, jednej z najświetniejszych, jakie znajdowały się w prywatnych rękach. Trudno było go wyciągnąć z niej nawet na posiłki. Bingleyów w Highmarten odwiedzał rzadziej, ponieważ Jane większość uwagi poświęcała mężowi i dzieciom, co niekiedy drażniło pana Benneta. Ponadto nie było tam książek ani czasopism mogących go skusić. Majątek pana Bingleya pochodził z handlu. Nie odziedziczył rodzinnej biblioteki, choć po nabyciu Highmarten House zamierzał zgromadzić księgozbiór. Panowie Darcy i Bennet ochoczo zaoferowali pomoc. Niewiele jest przyjemniejszych rzeczy niż wydawanie pieniędzy przyjaciela ku własnej satysfakcji i jego korzyści, a jeżeli nabywcy ulegali czasem pokusie rozrzutności, pocieszali się myślą, że pana Bingleya na to stać. Chociaż półki biblioteczne, zaprojektowane według wskazówek i zaaprobowane przez pana Benneta, bynajmniej nie były jeszcze zapełnione, to przecież Bingley mógł się napawać wytwornym ustawieniem woluminów oraz lśniącymi skórzanymi okładkami; zdarzało się nawet, że wyjmował książkę, i widziano, jak ją czyta, kiedy pora roku lub pogoda nie sprzyjały polowaniu, łowieniu ryb czy strzelaniu.

Pani Bennet towarzyszyła mężowi w odwiedzinach w Pemberley tylko dwukrotnie. Pan Darcy podejmował ją uprzejmie i cierpliwie, ale czuła przed zięciem taką bojaźń, że nie chciała przeżywać tego ponownie. Elizabeth podejrzewała, że matka większą przyjemność czerpie z raczenia sąsiadek opowieściami o cudach Pemberley, o rozmiarach i urodzie ogrodów, przepychu domu, liczbie służących i splendorze stołu w jadalni niż z faktycznego ich przeżywania. Ani pan Bennet, ani jego żona nie odwiedzali często wnuków. Pięć córek urodzonych w krótkich odstępach czasu pozostawiło żywe wspomnienie o zarwanych nocach, wrzeszczących niemowlętach, nieustannie utyskującej niańce i opornych pokojówkach. Wstępna inspekcja wkrótce po narodzinach każdego wnuka czy wnuczki potwierdzała zapewnienia rodziców, że dziecko jest nad wyraz urodziwe i już przejawia nieprzeciętną inteligencję, po czym Bennetowie zadowalali się regularnymi sprawozdaniami o postępach.

Na balu w Netherfield pani Bennet, powodując zresztą silne zażenowanie dwóch najstarszych córek, głośno oznajmiła, że po ślubie Jane z panem Bingleyem spodziewa się, iż inni zamożni panowie zainteresują się jej młodszymi córkami. Ku powszechnemu zdziwieniu Mary posłusznie wypełniła tę jakże naturalną macierzyńską przepowiednię. Nikt nie liczył na to, że wyjdzie za mąż. Kompulsywnie czytała książki, ale ani ich świadomie nie wybierała, ani nie rozumiała; pozbawiona talentu mozolnie ćwiczyła na klawikordzie; często rzucała banalne uwagi, którym brakowało mądrości i dowcipu. Z całą pewnością nigdy nie okazywała zainteresowania płcią męską. Bal był pokutą, którą znosiła tylko dlatego, że stwarzał okazję do znalezienia się w centrum uwagi przy klawikordzie i rozmyślnego zmuszenia oszołomionej publiczności do uległości. Od ślubu Jane upłynęły tylko dwa lata, gdy Mary została żoną wielebnego Theodore’a Hopkinsa, proboszcza parafii przylegającej do Highmarten.

Z powodu niedyspozycji wikarego z Highmarten przez trzy kolejne niedziele nabożeństwo odprawiał pan Hopkins. Ten chudy, melancholijny kawaler w wieku trzydziestu pięciu lat miał zwyczaj wygłaszać przesadnie długie, skomplikowane pod względem teologicznym kazania, co naturalnie przysporzyło mu reputacji bardzo mądrego człowieka, a choć trudno było go nazwać bogatym, prócz uposażenia posiadał więcej niż wystarczające prywatne dochody. Mary, goszcząca w Highmarten w jedną z niedziel, kiedy wygłaszał kazanie, po nabożeństwie została mu przedstawiona przez Jane w drzwiach kościoła i natychmiast zrobiła na pastorze wrażenie, komplementując jego mowę, wyrażając poparcie dla jego interpretacji Pisma, w dodatku tak często nawiązywała do kazań Fordyce’a, że siostra, która spieszyła się z mężem na lunch z sałaty i wędlin, zaprosiła proboszcza na następny wieczór na kolację. Później posypały się kolejne zaproszenia i przed upływem trzech miesięcy Mary została panią Hopkins, przy czym małżeństwo wzbudziło równie małe zainteresowanie ogółu, jak mało okazały był sam ślub.

Jedną z korzyści parafii okazała się wyraźna poprawa jedzenia na plebanii. Pani Bennet wpoiła córkom znaczenie dobrego stołu dla harmonii domowej i przyciągania męskich gości. Wierni mieli nadzieję, że proboszczowi będzie tak spieszno do małżeńskiej szczęśliwości, że skróci nabożeństwo, ale chociaż jego tusza wzrosła, to długość kazań pozostała bez zmian. Nowożeńcy zamieszkali razem w pełnej zgodzie, z tym tylko że Mary na samym początku zażądała własnego pokoju, gdzie mogłaby spokojnie czytać. Jedyną wolną sypialnię przeznaczono więc na wyłączny użytek pani domu, co przyczyniło się do wzmocnienia przyjaznych stosunków między małżonkami, a w dodatku uniemożliwiło im zapraszanie krewnych na noc.

Jesienią 1803 roku, kiedy panie Bingley i Darcy obchodziły szóstą rocznicę szczęsnego małżeństwa, pani Bennet pozostała tylko jedna córka, Kitty, dla której nie znaleziono męża. Ani pani Bennet, ani Kitty nie przejmowały się zbytnio matrymonialną porażką. Kitty cieszyła się prestiżem i pobłażaniem okazywanym jedynej córce w domu, regularnie odwiedzała Jane, gdzie była ukochaną ciotką, słowem: jeszcze nigdy nie żyło jej się lepiej. Wizyty Wickhama i Lydii stanowiły raczej marną reklamę dla instytucji małżeństwa. Przyjeżdżali w znakomitych humorach, wylewnie witani przez panią Bennet, zawsze radą zobaczyć ukochaną córkę. Jednak początkowa dobra wola szybko przeradzała się w kłótnie, oskarżenia i niskie utyskiwanie gości na biedę oraz skąpstwo Elizabeth i Jane, toteż pani Bennet żegnała ich z nie mniejszą radością, niż witała przy kolejnej wizycie. Tak naprawdę potrzebowała córki pod dachem, a Kitty, która po wyjeździe Lydii stała się znacznie bardziej przyjazna i pożyteczna, spisywała się bardzo dobrze. Tak więc w 1803 roku panią Bennet można było uważać za kobietę szczęśliwą, przynajmniej na tyle, na ile pozwalał jej charakter. Podobno nawet wzięła udział w czterodaniowym obiedzie w obecności sir Williama i lady Lucas, ani razu nie wspominając o niesprawiedliwym majoracie.

Księga pierwszaW przeddzień balu

1

O jedenastej w piątek czternastego października 1803 roku Elizabeth Darcy siedziała przy stole w swojej bawialni na pierwszym piętrze w Pemberley House. Pokój nie był duży, miał jednak szczególnie miłe proporcje i dwa okna, które wychodziły na rzekę. Bawialnię wybrała Elizabeth na własny użytek; kazała ją urządzić zgodnie ze swymi instrukcjami, meble, zasłony i dywany z zasobów Pemberley poleciła rozmieścić tak, jak tego sobie życzyła. Sam Darcy nadzorował pracę. Wyraz zadowolenia na mężowskiej twarzy, kiedy Elizabeth wzięła pokój w posiadanie, oraz staranne wypełnianie jej życzeń przez wszystkich uzmysłowiły jej, bardziej nawet niż ostentacyjny przepych domu, przywileje należne pani Darcy na Pemberley.

Pomieszczeniem, które dostarczało jej niemal tak wiele przyjemności jak bawialnia, była wspaniała biblioteka w Pemberley. Księgozbiór stanowił efekt pracy wielu pokoleń, obecnie zaś jej mąż z zainteresowaniem i radością postanowił go powiększyć. Biblioteka w Longbourn była domeną pana Benneta i nawet Elizabeth, jego ukochana córka, wchodziła tam jedynie na zaproszenie. Do biblioteki w Pemberley miała równie swobodny dostęp jak Darcy, a za jego aktywną i czułą zachętą przez ostatnie sześć lat przeczytała więcej, z większą radością i zrozumieniem niż w ciągu wcześniejszych piętnastu, wzbogacając wykształcenie, które, jak teraz pojmowała, było zaledwie podstawowe. Kolacje w Pemberley całkowicie różniły się od tych w Meryton, gdzie ci sami ludzie powtarzali te same plotki i wymieniali te same poglądy, gdzie rozmowę ożywiał tylko sir William Lucas rozwodzący się nad kolejnym szczegółem swej inwestytury w pałacu St. James. Teraz, kiedy chwytała spojrzenia kobiet i opuszczały panów, by mogli się zająć męskimi sprawami, nieodmiennie czuła żal. Fakt, że istnieli mężczyźni, którzy cenili w kobiecie inteligencję, był dla Elizabeth objawieniem.

Nazajutrz miał się odbyć bal lady Anne. Przez ostatnią godzinę Elizabeth z gospodynią panią Reynolds sprawdzały, czy przygotowania przebiegały należycie, teraz Elizabeth została sama. Pierwszy bal wydano, kiedy Darcy miał rok. W ten sposób uczczono urodziny jego matki; później, z wyjątkiem okresu żałoby po śmierci jej męża, bal urządzano co roku aż do śmierci samej lady Anne. Wydawany w pierwszą sobotę po październikowej pełni księżyca zazwyczaj zbiegał się niemal z rocznicą ślubu Darcy’ego i Elizabeth, tę jednak zawsze spędzali kameralnie z Bingleyami, którzy pobrali się w tym samym dniu. Czuli, że okazja jest zbyt intymna i cenna, by świętować ją publicznymi zabawami. Na życzenie Elizabeth jesienny bal wciąż nazywano imieniem lady Anne. W hrabstwie uważano go za najważniejsze wydarzenie towarzyskie roku. Pan Darcy wyraził obawę, czy aby na pewno jest to pomyślny rok na bal, skoro spodziewana wojna z Francją została już wypowiedziana, a na południu kraju panował niepokój w związku z groźbą inwazji Bonapartego. Co więcej, marne zbiory pociągały oczywiste konsekwencje dla wiejskiego życia. Wielu dżentelmenów, podnosząc zatroskany wzrok znad ksiąg rachunkowych, skłaniało się ku przekonaniu, że w tym roku nie powinno się urządzać balu, ale wobec oburzenia żon i perspektywy co najmniej dwóch miesięcy domowych niesnasek panowie zgodzili się w końcu, że nic nie podnosi morale lepiej niż odrobina nieszkodliwej rozrywki, a Paryż z pewnością nie posiadałby się z radości i nabrałby nowego animuszu na wieść, że bal w Pemberley został odwołany.

Rozrywki i zabawy sezonowe, jakie oferuje życie na wsi, nie były ani tak liczne, ani pasjonujące, by ci z sąsiadów, którzy z racji pozycji mogli czerpać korzyść ze zobowiązań towarzyskich wielkiej posiadłości, je ignorowali. Małżeństwo pana Darcy’ego, kiedy opadło zdziwienie jego wyborem, obiecywało przynajmniej, że częściej niż dawniej będzie w domu, pozwalało też żywić nadzieję, iż młoda żona nie uchyli się od powinności. Po powrocie z podróży poślubnej aż do dalekich Włoch Darcy i Elizabeth musieli ścierpieć zwyczajowe formalne wizyty, przyjąć tradycyjne powinszowania i znieść banalne konwersacje z takim wdziękiem, na jaki tylko mogli się zdobyć. Darcy, od dzieciństwa świadom, że Pemberley zawsze mogło udzielać więcej benefitów niż przyjmować, znosił te spotkania z podziwu godnym spokojem, natomiast Elizabeth czerpała z nich skrytą rozrywkę, ponieważ sąsiedzi pragnęli zaspokoić ciekawość, a przy tym nadal uchodzić za ludzi dobrze wychowanych. Goście mogli liczyć na podwójną przyjemność: cieszyli się przepisowym półgodzinnym pobytem w bawialni pani Darcy, później zaś dyskutowali z sąsiadami na temat stroju, usposobienia i stosowności panny młodej oraz szans pary na szczęśliwość małżeńską. W ciągu miesiąca zapadł werdykt: na dżentelmenach zrobiła wrażenie uroda i inteligencja Elizabeth, ich żonom zaimponowała jej elegancja, przyjazne usposobienie oraz jakość poczęstunków. Powszechnie się zgodzono, że Pemberley, mimo niefortunnego pochodzenia nowej pani, mogło zająć należne mu miejsce w życiu towarzyskim hrabstwa, jak to się działo za czasów lady Anne Darcy.

Elizabeth była na tyle realistką, by wiedzieć, że nie zapomniano o jej pochodzeniu, a każdą nową rodzinę, która zamieszkała w okolicy, raczono informacją o zdumiewającym wyborze pana Darcy’ego. Wszak znano go jako człowieka dumnego, przywiązującego kapitalne znaczenie do tradycji i reputacji rodzinnej, jego ojciec podwyższył status rodu, żeniąc się z córką hrabiego. Wydawać by się mogło, iż żadna kobieta nie była na tyle dobra, by zostać panią Fitzwilliamową Darcy, a on wybrał drugą córkę dżentelmena, którego posiadłość, obarczona majoratem wykluczającym z dziedziczenia jego córki, była niewiele większa niż ogrody w Pemberley, młodą kobietę z majątkiem wynoszącym ponoć zaledwie pięćset funtów, z dwiema niezamężnymi siostrami oraz tak hałaśliwą i wulgarną matką, że nie można jej było przyjmować w szanującym się towarzystwie.

Co gorsza, jedna z młodszych sióstr poślubiła George’a Wickhama, okrytego niesławą syna rządcy starego pana Darcy’ego. Ślub zawarto w okolicznościach, o których przyzwoitość nakazywała wspominać jedynie szeptem, i w ten sposób pan Darcy z rodziną został obarczony człowiekiem, którym tak pogardzał, że nazwiska Wickham nigdy nie wymawiano w Pemberley, a para nie miała prawa wstępu do domu. Trzeba przyznać, że sama Elizabeth cieszyła się szacunkiem i w końcu nawet sceptycy przyznali, że jest ładna, ma śliczne oczy, choć małżeństwo nadal budziło zadziwienie. Szczególnie irytowało ono kilka młodych dam, które za radą matek odrzuciły całkiem sensowne oferty w nadziei na zdobycie głównej nagrody, teraz zaś zbliżały się do niebezpiecznego wieku trzydziestu lat bez żadnych perspektyw. W zaistniałej sytuacji Elizabeth pocieszała się wspomnieniem własnej odpowiedzi udzielonej lady Catherine de Bourgh, kiedy oburzona siostra lady Anne wskazała na niedogodności, jakie przypadną w udziale Elizabeth, jeśli będzie miała czelność zostać panią Darcy. „To prawdziwa klęska, myślę jednak, iż żona pana Darcy’ego będzie miała tak niezwykłe powody do szczęścia, nierozłącznie związane z jej pozycją, że ogólnie biorąc, nie będzie czego żałować”2.

Z perspektywy czasu pierwszy bal, na którym Elizabeth stanęła z mężem u szczytu schodów jako gospodyni, by witać wchodzących gości, jawił się jako swoista próba, ale przeszła ją triumfalnie. Elizabeth lubiła tańczyć i teraz mogła powiedzieć, że bal dostarczył jej nie mniej przyjemności niż gościom. Lady Anne drobiazgowo zaplanowała całe wydarzenie, a oprawny w skórę notes z godłem Darcych, zapisany jej eleganckim pismem, wciąż był używany; tego ranka leżał otwarty przed Elizabeth i panią Reynolds. Lista gości pozostawała w znacznej mierze niezmieniona, choć powiększono ją o przyjaciół Darcy’ego i Elizabeth, w tym jej wujostwo Gardinerów; rozumie się, że Bingley i Jane przychodzili również, a w tym roku, podobnie jak w zeszłym, mieli przyprowadzić goszczącego u nich Henry’ego Alvestona, młodego prawnika, który jako przystojny, bystry i pełen życia młody człowiek był w Pemberley równie mile widziany jak w Highmarten.

Elizabeth nie martwiła się o powodzenie balu. Doskonale wiedziała, że wszystko przygotowano. Nacięto dość drzewa, by podsycać ogień, zwłaszcza w sali balowej. Piekarz odpowiedzialny za ciasta dopiero rano miał przygotować delikatne ciasteczka i słodycze cieszące się powodzeniem wśród dam; z wiszących zarżniętych ptaków i innych zwierząt przyrządzi się bardziej treściwe dania, jakich oczekiwali panowie. Z piwnicy wytoczono już wina, utarto też wystarczającą ilość migdałów na popularną białą zupę. W ostatniej chwili doleje się do niej gorącego słodkiego wina z korzeniami, które znacznie poprawi smak i moc potrawy, przyczyniając się do ogólnej wesołości. Z cieplarni wybrano kwiaty i rośliny, które umieszczone w wiadrach miały trafić do oranżerii, by jutro po południu Elizabeth i Georgiana, siostra Darcy’ego, dopilnowały ich ułożenia. Mieszkający w leśnym domu Thomas Bidwell siedział pewnie teraz w spiżarni i polerował tuziny świeczników potrzebnych do sali balowej, oranżerii oraz saloniku dla pań. Bidwell, podobnie jak wcześniej jego ojciec, pracował jako stangret u świętej pamięci pana Darcy’ego. Z powodu reumatyzmu kolan nie mógł już pracować przy koniach, ale dłonie nadal miał krzepkie, więc w tygodniu poprzedzającym bal każdego wieczoru polerował srebra, pomagał odkurzać dodatkowe krzesła dla przyzwoitek, słowem: był niezastąpiony. Nazajutrz powozy właścicieli ziemskich i wynajęte kariolki skromniejszych gości wtoczą się na podjazd, wyleją się z nich otulone płaszczami przed jesiennym chłodem rozgadane pasażerki w muślinowych sukniach, z migotliwymi ozdobami we włosach, znowu wypatrujące pamiętnych rozkoszy balu lady Anne.

We wszystkich przygotowaniach do balu Elizabeth mogła polegać na pomocnej dłoni pani Reynolds. Elizabeth poznała ją, kiedy razem z wujostwem odwiedziła Pemberley i została po nim oprowadzona przez gospodynię, która znała Darcy’ego od dzieciństwa i tak go chwaliła, zarówno jako człowieka, jak i pana, że Elizabeth po raz pierwszy przyszło na myśl, iż jej uprzedzenia wobec niego mogły być niesprawiedliwe. Nigdy nie rozmawiała z panią Reynolds o przeszłości, ale się zaprzyjaźniły, a gospodyni, taktownie wspierając nową panią, stała się dla niej nieoceniona. Jeszcze przed przybyciem do Pemberley w charakterze panny młodej Elizabeth pojęła, że bycie panią takiego domu, ponoszenie odpowiedzialności za tak wielką służbę, bardzo się różniło od obowiązków jej matki w Longbourn. Jej dobroć i szczere zainteresowanie życiem służących utwierdziło ich w przekonaniu, że ich pomyślność leży na sercu nowej pani. Wszystko okazało się łatwiejsze, niż się spodziewała, nawet mniej uciążliwe niż prowadzenie Longbourn, ponieważ służba w Pemberley, w przeważającej mierze o długim stażu, została wyszkolona przez panią Reynolds i kamerdynera Stoughtona zgodnie z tradycją, wedle której rodzina nigdy nie może cierpieć niewygody i ma prawo oczekiwać nienagannej obsługi.

Jeśli Elizabeth tęskniła za czymś z poprzedniego życia, to jej myśli najczęściej biegły ku służącym z Longbourn: ku pani Hill, gospodyni znającej ich wszystkie sekrety, włącznie z niesławną ucieczką Lydii z ukochanym; ku pani Wright, kucharce, która nigdy nie skarżyła się na dość nierozsądne żądania pani Bennet; a także ku dwóm pokojówkom, które dodatkowo pełniły funkcję osobistych służących jej i Jane i układały im włosy przed każdym balem. Wszystkie one stały się częścią rodziny w sposób niedostępny dla służby w Pemberley, Elizabeth wiedziała jednak, że właśnie Pemberley, siedziba rodu Darcych, łączyło rodzinę, służbę i dzierżawców wspólnymi więzami lojalności. Wielu z nich było dziećmi i wnukami poprzednich służących, a dom wraz z jego historią mieli we krwi. Wiedziała też, że wydanie na świat dwóch zdrowych chłopców, teraz przebywających w pokoju dziecięcym na piętrze – Fitzwilliama, który miał prawie pięć lat, i dwulatka Charlesa – stanowiło jej ostateczny triumf. Dzięki temu służący mogli mieć pewność, że rodzina i jej potomstwo nadal będą dostarczać pracę im, a także ich dzieciom i wnukom, a Pemberley pozostanie w rękach rodu Darcych.

Blisko sześć lat wcześniej pani Reynolds, podczas rozmowy o liście gości, menu i kwiatach na pierwsze przyjęcie wydawane przez Elizabeth, zauważyła:

– Szczęśliwy to był dzień dla nas wszystkich, pani, kiedy pan Darcy przywiózł do domu swoją wybrankę. Najgorętszym pragnieniem mojej pani było dożyć chwili, gdy jej syn się ożeni. Niestety, nie było jej to pisane. Wiem, jak bardzo jej zależało, zarówno dla dobra syna, jak i Pemberley, aby szczęśliwie się ożenił.

Ciekawość Elizabeth przewyższyła dyskrecję. Przesuwając papiery na biurku, powiedziała lekko bez podnoszenia wzroku:

– Ale może nie taką żonę miała na myśli? Czyż lady Anne Darcy nie ustaliła z siostrą, że pan Darcy powinien poślubić pannę de Bourgh?

– Nie twierdzę, pani, że lady Catherine nie snuła takich planów. Często przywoziła pannę de Bourgh do Pemberley, kiedy wiedziała, że zastanie tu pana Darcy’ego. Ale to nie było możliwe. Panna de Bourgh, nieboraczka, zawsze była chorowita, a lady Anne przywiązywała wielką wagę do zdrowia panny młodej. Słyszeliśmy, że lady Catherine miała nadzieję, iż inny kuzyn panny de Bourgh, pułkownik Fitzwilliam, się oświadczy, ale nic z tego nie wyszło.

Powracając myślami do chwili obecnej, Elizabeth wsunęła notes lady Anne do szuflady, po czym, niechętna porzucić spokój i samotność, których nie zazna ponownie, póki bal się nie skończy, podeszła do jednego z dwóch okien wychodzących na długi łukowaty podjazd i rzekę, nad którą rósł słynny las Pemberley. Pewien znakomity ogrodnik posadził go kilka pokoleń wcześniej. Każde drzewo na skraju lasu, doskonałe i ozdobione ciepłymi, złotymi refleksami jesieni, stało w pewnym oddaleniu od innych, jakby podkreślając własną niepowtarzalną urodę; dalej drzewa rosły ciaśniej, żyzna, pachnąca iłem samotność gęstwiny zmyślnie wabiła wzrok obserwatora. Na północnym zachodzie znajdował się drugi, większy las, w którym drzewom i krzewom pozwalano rosnąć naturalnie. W dzieciństwie Darcy lubił się tam bawić i miał swoje kryjówki. Jego pradziadek, gdy po odziedziczeniu majątku stał się odludkiem, zbudował tam domek, w którym się zastrzelił, a las – nazywany terenami leśnymi, w odróżnieniu od szkółki leśnej – wzbudzał zabobonny lęk w służących i dzierżawcach Pemberley, rzadko więc go odwiedzali. Wąska ścieżka przez las prowadziła do drugiego wejścia do Pemberley, ale korzystali z niej głównie handlarze. Goście na bal zatrzymywali się na podjeździe, powozy i konie odprowadzano do stajni, stangretów zabawiano w kuchni aż do zakończenia zabawy.

Elizabeth została dłużej przy oknie, odsunęła na bok troski związane z nadchodzącym dniem i pozwoliła, by znajomy, choć nieustannie zmieniający się widok ukoił jej oczy. Słońce świeciło na przejrzystym błękicie, nieliczne chudziutkie chmurki rozwiewały się jak dym. Krótki spacer, jaki zazwyczaj robiła z mężem na początek dnia, nauczył Elizabeth, że jesienne słońce jest zwodnicze, a mroźne podmuchy, na które była słabo przygotowana, szybko wyganiały ich do domu. Teraz spostrzegła, że wiatr przybrał na sile. Rzekę zmarszczyły drobne fale, które wygładzały się pośród nabrzeżnych traw i zarośli, a ich poszatkowane cienie drżały na wzburzonej wodzie.

Elizabeth ujrzała, że poranny chłód nie przestraszył dwojga ludzi; Georgiana i pułkownik Fitzwilliam wcześniej spacerowali nad rzeką, teraz zaś skręcali w stronę murawy i kamiennych schodów prowadzących do domu. Jaskrawa czerwień munduru pułkownika Fitzwilliama kontrastowała z łagodnym odcieniem niebieskiej pelisy Georgiany. Szli w pewnym oddaleniu od siebie, ale, jak myślała Elizabeth, w pełnej komitywie; co pewien czas stawali, gdy Georgiana przytrzymywała kapelusz, by nie porwał go wiatr. Kiedy podeszli bliżej, Elizabeth cofnęła się od okna, by nie poczuli, że ich śledzi, po czym wróciła do biurka. Trzeba było napisać listy, odpowiedzieć na zaproszenia, zdecydować, czy powinna odwiedzić wieśniaków pogrążonych w nędzy lub żalu, wyrazić współczucie bądź pospieszyć z praktyczną pomocą.

Zaledwie chwyciła za pióro, rozległo się ciche pukanie do drzwi i ponownie weszła pani Reynolds.

– Przepraszam, że pani przeszkadzam, ale pułkownik Fitzwilliam właśnie wrócił ze spaceru i pyta, czy mogłaby pani poświęcić mu kilka minut, jeśli nie jest to niedogodne.

– Jeśli chce zajrzeć do mnie teraz, jestem wolna – odparła pani Darcy.

Elizabeth domyślała się, o czym chciał z nią mówić, i chętnie oszczędziłaby sobie związanego z tym niepokoju. Darcy miał niewielu bliskich krewnych, a jego kuzyn, pułkownik Fitzwilliam, od dzieciństwa bywał częstym gościem w Pemberley. Na początku kariery wojskowej pojawiał się rzadziej, jednak w ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy jego wizyty, choć krótsze, stały się częstsze. Elizabeth zauważyła, że zaszła subtelna, acz wyraźna zmiana w jego odnoszeniu się do Georgiany – w jej towarzystwie częściej się uśmiechał, chętniej niż dotychczas siadał obok niej i nawiązywał rozmowę. Od ostatniej wizyty na zeszłorocznym balu lady Anne w życiu pułkownika zaszła znacząca zmiana. Jego starszy brat, prawowity spadkobierca, zmarł za granicą i teraz to pułkownik Fitzwilliam dziedziczył tytuł wicehrabiego Hartlep wraz z majątkiem. Pułkownik wolał nie posługiwać się nowym tytułem, zwłaszcza wśród przyjaciół; postanowił poczekać z przyjęciem nowej godności oraz licznych związanych z tym obowiązków i nadal był powszechnie znany jako pułkownik Fitzwilliam.

Oczywiście będzie się chciał ożenić, zwłaszcza teraz, kiedy Anglia prowadziła wojnę z Francją i mógł polec, nie zostawiając spadkobiercy. Chociaż Elizabeth nigdy nie zaprzątała sobie głowy rodowym drzewem genealogicznym, to wiedziała, że pułkownik nie miał bliskich męskich krewnych, a gdyby zmarł, nie zostawiwszy syna, linia by wygasła. Nie po raz pierwszy się zastanawiała, czy szukał żony w Pemberley, a jeśli tak, jak zareaguje Darcy? Z pewnością musiało mu się podobać, że siostra pewnego dnia zostanie hrabiną, a jej mąż członkiem Izby Lordów i prawodawcą swego kraju. Wszystko to stanowiło powód do uzasadnionej dumy rodowej, ale czy Georgiana będzie ją podzielać? Teraz była dojrzałą kobietą, wolną od nadzoru opiekunów. Elizabeth wiedziała, że mimo to Georgianę bardzo by smuciło rozważanie małżeństwa z człowiekiem, którego nie mógłby zaaprobować brat. Poza tym istniała komplikacja w postaci Henryka Alvestona. Elizabeth widziała dość, aby się upewnić, że był zakochany lub na progu zakochania, ale co z Georgianą? Co do jednej rzeczy Elizabeth miała pewność: Georgiana Darcy nigdy nie wyjdzie za mąż bez miłości, albo bez owego silnego przyciągania, uczucia i szacunku, które, jak ufała kobieta, przerodzą się w miłość. Czyż nie wystarczyłoby to samej Elizabeth, gdyby pułkownik Fitzwilliam oświadczył się był podczas wizyty u ciotki, lady Catherine de Bourgh w Rosings? Myśl, że mogła bezwiednie utracić Darcy’ego i obecne szczęście, skwapliwie przyjmując oświadczyny jego kuzyna, była jeszcze bardziej upokarzająca niż wspomnienie słabości do okrytego niesławą George’a Wickhama, toteż rezolutnie odsunęła ją na bok.

Pułkownik przybył do Pemberley poprzedniego wieczoru na kolację, ale po przywitaniu się niewiele czasu spędzili razem. Teraz, po tym jak cicho zapukał, wszedł i na zaproszenie Elizabeth usiadł obok niej przy kominku, odniosła wrażenie, że po raz pierwszy widzi go tak wyraźnie. Fitzwilliam był o pięć lat starszy od Darcy’ego, ale przy pierwszym spotkaniu w salonie w Rosings jego radosne usposobienie i pociągająca żywotność dodatkowo uwydatniały małomówność kuzyna, przez co pułkownik wydawał się młodszy od niego. Wszystko to jednak należało już do przeszłości. Obecnie jego dojrzałość i powaga sprawiały, że wydawał się starszy, niż był w istocie. Częściowo musiało to wynikać ze służby wojskowej, myślała, z wielkiej odpowiedzialności za podwładnych, podczas gdy zmiana statusu przyczyniła się nie tylko do większej powagi, ale – jej zdaniem – uwidoczniła dumę rodową z odrobiną arogancji, już mniej atrakcyjną.

Nie od razu się odezwał, a w ciszy, jaka zapadła, Elizabeth postanowiła, że skoro to pułkownik poprosił o spotkanie, powinien przemówić pierwszy. Najwyraźniej szukał właściwych słów, choć nie sprawiał wrażenia zakłopotanego ani skrępowanego. W końcu, nachyliwszy się ku niej, rzekł:

– Przekonany jestem, droga kuzynko, że dzięki bystrości spojrzenia i twemu zainteresowaniu losem innych domyślasz się, co zamierzam powiedzieć. Jak ci wiadomo, po śmierci mojej ciotki lady Anne miałem przywilej, wraz z Darcym, być opiekunem jego siostry, a chyba wolno mi stwierdzić, że wypełniałem obowiązki z głębokim poczuciem odpowiedzialności i braterską sympatią do podopiecznej, które nigdy nie uległy zachwianiu. Teraz uczucia te się pogłębiły i przerodziły w miłość, jaką winien odczuwać mężczyzna do kobiety, którą ma nadzieję poślubić, niczego też bardziej nie pragnę niż zgody Georgiany na zostanie moją żoną. Nie zwróciłem się z formalną prośbą do Darcy’ego, on jednak świadom jest sytuacji, ja zaś żywię nadzieję, że moje oświadczyny spotkają się z jego aprobatą i zgodą.

Elizabeth uznała za rozsądne nie wspominać, że odkądGeorgiana osiągnęła pełnoletność, żadna zgoda nie była potrzebna.

– A Georgiana? – spytała.

– Dopóki nie uzyskam aprobaty Darcy’ego, nie czuję się uprawniony do zabierania głosu. W chwili obecnej przyznaję, że Georgiana nie powiedziała nic, co dawałoby mi podstawę do konkretnej nadziei. Zawsze odnosiła się do mnie z przyjaźnią, zaufaniem i, jak tuszę, z sympatią. Mam nadzieję, że jeśli zachowam cierpliwość, zaufanie i sympatia mogą się przerodzić w miłość. Uważam, że do kobiety miłość częściej przychodzi po ślubie niż przed, co zresztą wydaje się słuszne i naturalne. Ostatecznie znam ją od dziecka. Przyznaję, że różnica wieku może stwarzać pewien problem, ale jestem tylko pięć lat starszy od Darcy’ego i nie widzę w tym żadnej przeszkody.

Elizabeth czuła, że stąpa po grząskim gruncie.

– Różnica wieku może nie być problemem, ale skłonność ku innej osobie owszem – powiedziała.

– Masz na myśli Henry’ego Alvestona? Wiem, że Georgiana go lubi, ale nie widzę nic, co sugerowałoby głębsze przywiązanie. Alveston to miły, bystry, zacny młodzieniec. Słyszę o nim same dobre rzeczy. Oczywiście może mieć nadzieję. Z pewnością chciałby się wżenić w majątek.

Elizabeth się odwróciła. Pułkownik dodał pospiesznie:

– Nie zamierzam imputować chciwości ani nieszczerości, ale na Alvestonie spoczywa wielka odpowiedzialność. Wobec godnego podziwu postanowienia, by powiększyć majątek rodzinny, wobec jego energicznych starań, by odbudować posiadłość i jeden z najpiękniejszych domów w Anglii, nie może sobie pozwolić na poślubienie biednej kobiety. Taki krok skazałby ich oboje na niedolę, nawet nędzę.

Elizabeth milczała. Znowu myślała o ich pierwszym spotkaniu w Rosings, o rozmowie po kolacji, muzyce, wesołości, częstych wizytach pułkownika na plebanii, atencji, jaką ją darzył, zbyt jawnej, by dało się ją przeoczyć. Podczas tamtego wieczornego przyjęcia lady Catherine z pewnością zobaczyła dość, by zacząć się niepokoić. Nic nie uchodziło jej czujnej uwagi. Elizabeth pamiętała wołanie lady Catherine: „O czym rozmawiacie? Niechże i ja to usłyszę”. Elizabeth wiedziała, że zaczęła się wówczas zastanawiać, czy mogłaby zaznać szczęścia z tym człowiekiem, jednak nadzieja, o ile była na tyle silna, by nazwać ją nadzieją, zgasła, gdy nieco później się spotkali, przypadkiem lub zgodnie z planem pułkownika, kiedy Elizabeth spacerowała samotnie po parku Rosings, on zaś zawrócił, by odprowadzić ją na plebanię. Pułkownik utyskiwał na swoje ubóstwo, ona zaś droczyła się, pytając, cóż to za niedogodności mogą nękać młodszego syna hrabiego. Fitzwilliam odparł, że młodsi synowie „nie mogą się żenić, z kim chcą”. Wtedy się zastanawiała, czy ta uwaga miała charakter ostrzegawczy, a podejrzenie to wprawiło ją w zakłopotanie, które próbowała ukryć, kierując rozmowę na milsze tematy. Wspomnienie o tamtym zdarzeniu bynajmniej nie było przyjemne. Pułkownik Fitzwilliam nie musiał jej przypominać, czego mogła oczekiwać po małżeństwie dziewczyna z czterema niezamężnymi siostrami. Czy mówił, że dobrze urodzony młody człowiek może czerpać przyjemność z towarzystwa takiej kobiety, nawet dyskretnie z nią flirtować, ale rozsądek podpowiadał mu, że nie wolno wzbudzać w niej większych nadziei? Niewykluczone, że przestroga była konieczna, jednak nie sformułował jej zręcznie. Jeżeli nigdy nie hołubił myśli o niej, właściwiej by postąpił, gdyby nie darzył jej tak otwartą atencją.

Pułkownik Fitzwilliam świadom był milczenia Elizabeth.

– Czy mogę liczyć na pani aprobatę?

Elizabeth zwróciła się do niego i powiedziała stanowczo:

– Pułkowniku, nie mogę brać w tym udziału. Sama Georgiana musi zdecydować o swoim szczęściu. Powiem tylko, że jeśli zgodzi się za pana wyjść, w pełni będę podzielać radość mego męża z takiego związku. Nie mogę jednak wpływać na tę kwestię. Musi to pozostać w gestii Georgiany.

– Sądziłem, że mogła z panią rozmawiać.

– Nie zwierzała mi się, nie byłoby też stosowne, gdybym poruszała tę kwestię w rozmowie z nią, dopóki sama tego nie uczyni.

To zdawało się na chwilę zadowolić Fitzwilliama, później jednak, jakby pod wpływem przymusu, powrócił do człowieka, którego uważał za rywala.

– Alveston jest przystojnym i miłym mężczyzną, ładnie się przy tym wyraża. Niewątpliwie czas i dojrzałość utemperują pewną nadmierną pewność siebie oraz skłonność do okazywania starszym mniejszego szacunku, niż to stosowne w jego wieku, skłonność pożałowania godną u kogoś tak zacnego. Bezsprzecznie jest mile widziany w Highmarten, choć dziwi mnie, że potrafi tak często odwiedzać pana i panią Bingleyów. Wzięci prawnicy zazwyczaj nie szafują tak swoim czasem.

Elizabeth nie odpowiedziała, Fitzwilliam zaś pomyślał może, iż krytyka, zarówno faktyczna, jak i sugerowana, była nierozważna. Dodał:

– Z drugiej strony bywa w hrabstwie Derby w soboty i niedziele oraz wtedy, gdy nie ma posiedzeń sądu. Przypuszczam, że każdą wolną chwilę przeznacza na naukę.

– Siostra wspominała mi, że jeszcze nie miała gościa, który spędzałby tyle czasu w bibliotece – powiedziała Elizabeth.

Po kolejnej chwili milczenia pułkownik, budząc jej zdziwienie i zakłopotanie, zapytał:

– Rozumiem, że George’a Wickhama nadal nie przyjmuje się w Pemberley?

– Nigdy. Ani ja, ani pan Darcy nie widzieliśmy go, nie mieliśmy też z nim kontaktu od jego wizyty w Longbourn po poślubieniu Lydii.

Po długim milczeniu pułkownik Fitzwilliam rzekł:

– Niefortunnie się stało, że tak wielkie nadzieje pokładano w Wickhamie w dzieciństwie. Wychował się z Darcym, jakby byli braćmi. W dzieciństwie obaj czerpali może z tego korzyść. Biorąc pod uwagę sympatię nieboszczyka pana Darcy’ego dla rządcy, po śmierci tego drugiego naturalną koleją rzeczy było przejęcie odpowiedzialności za jego syna. Ale wobec charakteru Wickhama – człowieka wyrachowanego, ambitnego, skłonnego do zawiści – niebezpiecznie było obdarzyć go przywilejami, z których nie mógł korzystać po osiągnięciu dorosłości. Na uniwersytecie uczęszczali do innych college’ów, a Wickham oczywiście nie wziął udziału w podróży Darcy’ego po Europie. Zmiany w statusie i oczekiwaniach okazały się może zbyt drastyczne, zbyt nagłe. Nie mam powodu sądzić, że lady Anne dostrzegała to zagrożenie.

– Wickham nie mógł się spodziewać, że weźmie udział w podróży po Europie – zauważyła Elizabeth.

– Nie wiem, czego się spodziewał, ale zawsze oczekiwał więcej, niż mu się należało.

– Możliwe, że okazane mu we wczesnym wieku fawory były do pewnego stopnia nierozważne, ale zawsze łatwo jest kwestionować osąd innych w sprawach, o których nie jesteśmy może w pełni poinformowani.

Pułkownik poruszył się niezręcznie na krześle.

– Przecież nie może być usprawiedliwienia dla nadużycia zaufania, jakim była próba uwiedzenia panny Darcy przez Wickhama. Żadna różnica urodzenia czy wychowania nie tłumaczy takiej hańby. Jako współopiekun panny Darcy dowiedziałem się oczywiście o tej niegodnej historii od Darcy’ego, ale całkiem o niej zapomniałem. Nigdy nie rozmawiam o niej z Darcym i proszę o wybaczenie za poruszenie tej kwestii teraz. Wickham odznaczył się podczas kampanii irlandzkiej i obecnie jest swego rodzaju bohaterem narodowym, nie może to jednak wymazać przeszłości, choć może dać mu nadzieję na godniejsze i pomyślniejsze życie w przyszłości. Nie powinienem wspominać jego imienia w rozmowie z panią.

Elizabeth nie odpowiedziała, a po krótkiej przerwie pułkownik wstał, skłonił się i wyszedł. Doskonale zdawała sobie sprawę, że żadnemu z nich rozmowa nie przyniosła zadowolenia. Pułkownik Fitzwilliam nie uzyskał szczerej aprobaty ani zapewnienia o poparciu dla jego sprawy, a Elizabeth nabrała obawy, że jeśli nie uda mu się zdobyć Georgiany, upokorzenie i zażenowanie zniszczą przyjaźń trwającą od dzieciństwa, którą, jak wiedziała, jej mąż bardzo cenił. Nie wątpiła, że Darcy zaaprobuje pułkownika Fitzwilliama jako męża Georgiany. Dla siostry pragnął nade wszystko bezpieczeństwa, a w takim małżeństwie miałaby je zapewnione; nawet różnicę wieku postrzegano by pewnie jako atut. Po pewnym czasie Georgiana zostałaby hrabiną, a szczęśliwy człowiek, który by ją poślubił, nigdy nie musiałby się martwić o pieniądze. Elizabeth pragnęła, by sprawa została w ten czy inny sposób wyjaśniona, może nazajutrz podczas balu. Wiadomo, że bal – kiedy nadarzała się okazja, by usiąść obok siebie albo szeptać poufnie w tańcu – doprowadzał do końca wydarzenia, szczęśliwe i nieszczęśliwe. Elizabeth miała tylko nadzieję, że wszyscy zainteresowani będą zadowoleni, ale potem uśmiechnęła się, myśląc, jak nikłe są na to szanse.

Elizabeth z satysfakcją myślała o zmianie, jaka od jej ślubu z Darcym zaszła w zachowaniu Georgiany. Początkowo siostra Darcy’ego była zdziwiona, niemal zszokowana, gdy słyszała, jak Elizabeth droczy się z jej bratem, jak często on odwzajemnia się tym samym i razem się śmieją. Przed przybyciem panny Bennet w Pemberley rzadko słyszało się śmiech, a przy taktownej, łagodnej zachęcie nowej pani domu Georgiana uwolniła się nieco od typowej dla Darcych nieśmiałości. Teraz kiedy podejmowali gości, pewniej zabierała głos, chętniej wyrażała własne zdanie przy stole. W miarę poznawania szwagierki Elizabeth nabierała przekonania, że pod nieśmiałością i rezerwą kryje się w niej inna cecha Darcych: silna wola. Czy jej mąż zdawał sobie z tego sprawę? Czy nie uważał, że Georgiana wciąż jest kruchą piętnastolatką, dzieckiem, które należało otaczać bezpieczną, uważną miłością, jeśli miało uniknąć katastrofy? Nie znaczy to, że nie pokładał zaufania w honorze i cnocie siostry – podobna myśl graniczyłaby dla niego z bluźnierstwem – ale do jakiego stopnia ufał w jej osąd? Co się tyczy Georgiany, to po śmierci ojca Darcy stał się głową rodziny, mądrym, spolegliwym bratem o ojcowskim autorytecie, bratem darzonym miłością oraz nie tyle lękiem – bowiem miłość nie może istnieć obok lęku – ile bojaźliwym uwielbieniem. Georgiana nie wyszłaby za mąż bez miłości, nie wyszłaby też jednak za mąż bez aprobaty brata. Gdyby musiała wybierać między pułkownikiem Fitzwilliamem, kuzynem i przyjacielem zabaw dziecinnych Darcy’ego, dziedzicem tytułu hrabiowskiego, dzielnym żołnierzem, znającym Georgianę całe życie, a przystojnym, ujmującym młodym prawnikiem, który z pewnością budował swoją karierę, ale niewiele o nim wiedzieli, cóż wtedy? Alveston miał odziedziczyć baronię, i to starą; Georgiana dostałaby dom, który po dorobieniu się męża i odbudowie stałby się jednym z najpiękniejszych w Anglii. Jednak Darcy nie był wolny od dumy rodowej, nie ulegało też wątpliwości, który z kandydatów zapewnia większe bezpieczeństwo i bardziej świetlaną przyszłość.

Wizyta