Wydawca: Wydawnictwo Literackie Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 432 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Śmierć przewodnika rzecznego - Richard Flanagan

„Nie dająca spokoju, ambitna” zdaniem recenzenta z „The New York Times”. „Osiągnięcie godne uwagi” według „The Washington Post”. Richard Flanagan w kolejnej zachwycającej odsłonie.

Uwięziony przez prąd tasmańskiej rzeki, wciągnięty pod sam wodospad, Aljaz Cosini, przewodnik turystycznej wyprawy, tonie. Ostatnie chwile życia  stają się dla niego rodzajem mistycznej podróży w głąb własnego życia oraz życia przodków. Przed oczami Aljaza przetaczają się obrazy z przeszłości. Widzi, jak jego ojciec Harry jako mały chłopiec grzebie swojego ojca pod drzewem gumowym, które wnet rozkwitnie tysiącem żółtych kwiatów. Jak wuj Reg sprzedaje zęby, by spłacić dom. Jak prababka ucieka przed złym duchem, a pijany łowca fok gwałci na plaży Aborygenkę zwaną Czarną Perłą. Widzi piękną twarz kobiety, którą kochał… W podwodnym świecie, który odbiera Aljazowi ostatni oddech, rodzinna wizja złożona z okruchów aborygeńskich, celtyckich, włoskich, angielskich, chińskich i wschodnioeuropejskich opowieści przeistacza się w bezdenną historię Tasmanii.

Opinie o ebooku Śmierć przewodnika rzecznego - Richard Flanagan

Fragment ebooka Śmierć przewodnika rzecznego - Richard Flanagan

Tytuł oryginału: DEATH OF A RIVER GUIDE
Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK
Redakcja: KAMIL BOGUSIEWICZ
Korekta: JOANNA ZABOROWSKA, Pracownia 12A
Zdjęcie na okładce: ALEXANDRU NIKA / Alamy Stock Photo
Projekt okładki: ROBERT KLEEMANN
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
Skład i łamanie: Infomarket
Copyright © 1994, Richard Flanagan All rights reserved © Copyright for the Polish translation by Maciej Świerkocki © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, 2017
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-05979-1
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Majdzie,mojej opoce, mojej miłości

.

Który widzi, co było, jest i będzie,

Który mógł owo

Usłyszeć Słowo,

Co dawniej przechodziło wszędzie.

WILLIAM BLAKE, Wprowadzenie do Pieśni doświadczenia, przeł. Zygmunt Kubiak

Jest to w gruncie rzeczy jedyny rodzaj odwagi, jakiego się od nas wymaga: odwaga wobec tego, co może nas spotkać, tego, co najdziwniejsze, najosobliwsze i najtrudniejsze do wyjaśnienia. To, że ludzie byli w tym względzie tchórzami, wyrządziło życiu nieskończoną szkodę; przeżycia, które nazywa się „zjawiskami”, cały tak zwany „świat duchowy”, śmierć, te wszystkie tak bliskie nam rzeczy zostały wskutek codziennej obrony tak bardzo wyparte z życia, że zmarniały zmysły, za pomocą których moglibyśmy je ująć. By nawet nie wspomnieć o Bogu.

RAINER MARIA RILKE, Listy do młodego poety, przeł. Justyna Nowotniak

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Urodziłem się z pępowiną wokół szyi i gdy przyszedłem na świat, machałem rękami i nie mogłem krzyknąć – a zatem także zaczerpnąć dość powietrza, by zacząć życie poza łonem matki – garotowany przez coś, co do tej pory karmiło mnie i pozwalało mi żyć.

Czegoś takiego nigdyście nie widzieli!

Nie tylko dlatego, że prawie się udusiłem, ale i z tego powodu, że urodziłem się w czepku, tym przezroczystym jaju, w którym rosłem w macicy. Powinien był pęknąć, na długo zanim moja wilgotna rdzawa główka została nim ukoronowana w szparze pulsującego ciała matki, która wyciskała mnie w boleściach na ten świat, a jednak jakimś cudem wyłoniłem się z mojej rodzicielki wciąż zamknięty w elastycznej kuli życia i pojawiłem się na świecie tak, jak wkrótce go opuszczę. Pływałem w mlecznoniebieskim worku owodni, niezgrabnie wierzgając rączkami i nóżkami i daremnie napierając na błonę, a moją wystającą z tego jakby saka głowę przesłaniał wieniec pępowiny. Robiłem osobliwe, rozpaczliwe ruchy, jak gdyby na zawsze skazany widzieć rzeczywistość przez pokrytą śluzem powłoczkę, oddzielony od świata i dalszego ciągu swojego życia tym, co dotychczas dawało mi schronienie. Moje narodziny stanowiły i wciąż stanowią niezwyczajny widok.

Oczywiście nie wiedziałem wtedy, że wkrótce zostanę wydalony z tego niedoskonałego kręgu, wydalonego z większego koła, gdzie był zamknięty, z łona mojej mamy, którego ścianki niecały dzień wcześniej zaczęły nagle gwałtownie i bardzo silnie się kurczyć. Gdyby ktoś mnie uprzedził o tych wszystkich kłopotach, które miały mnie wkrótce spotkać, to nigdzie bym się nie ruszył – chociaż niczego by to nie zmieniło. Ścianki macicy falowały i parły ze wszystkich stron tylko po to, by wypchnąć mnie ze świata, który wydawał mi się wyłącznie dobry i któremu nie uczyniłem nic złego, chyba że mój nieustanny, energiczny wzrost, zmieniający kilka komórek w całkowicie uformowaną istotę ludzką, można uznać za jakiś akt agresji.

Dach i podłoga mojego świata pracowały od tamtej chwili bez ustanku, a siła każdego kolejnego ruchu była większa, niczym fala pływowa, która nabiera mocy, pokonując kolejne rafy. W obliczu takiej determinacji nie mogłem oczywiście zrobić nic, tylko się z nią pogodzić, dając się obijać pośród wąskich ścian kanału rodnego, gdzie coś wykręcało mi głowę na boki. Po co to upokorzenie? Kochałem ten świat, jego pogodną, pulsującą ciemność i ciepłe, słodkie wody, i uwielbiałem go za to, że bez wysiłku mogłem przewracać się w nim na wszystkie strony. Kto przyniósł światło do mojego świata? Kto wniósł wątpliwości w moje czyny, nieznające dawniej rozsądku ani konsekwencji? Kto? Kto kazał mi zacząć tę podróż, o którą nie prosiłem? Kto?

I dlaczego wyraziłem na nią zgodę?

A skąd to wszystko dziś wiem? Nie mogę tego wiedzieć. Na pewno fantazjuję.

A jednak... A jednak...

Położna szybko i fachowo rozplątała pępowinę, po czym jak mały chłopiec, szukający rodzynka w puddingu, wcisnęła kciuk w mój czepek i zaczęła go rozpruwać, zatrzymując się dopiero na ciemieniu. Na brudne deski podłogowe w pokoiku w Trieście lunęła niewielka powódź, przez co stały się okropnie śliskie. Zabrzmiał przeraźliwy krzyk. I śmiech.

Mama zachowała tę błonkę. Potem ją wysuszyła, bo czepek, w którym rodzi się dziecko, przynosi podobno wyjątkowe szczęście i daje gwarancję od losu, że zarówno samo dziecko, jak i późniejszy właściciel owodni nigdy się nie utopią. Chciała go zatrzymać i dać mi, kiedy dorosnę, ale pierwszej zimy ciężko zachorowałem na zapalenie płuc i mama sprzedała błonkę jakiemuś marynarzowi, by kupić mi trochę owoców. Marynarz kazał sobie wszyć czepek w kurtkę, a w każdym razie powiedział mamie, że tak zamierza zrobić.

Po moich narodzinach tamtej nocy przed wielu laty położna – znana pod wspaniałym mianem Marii Magdaleny Svevo, chociaż jej prawdziwe nazwisko, którego nie cierpiała, brzmiało Ettie Schmitz – zgasiła ostre elektryczne światło i otworzyła okiennice, bo krzyki rodzącej nie groziły już uszom przechodniów na ulicy. Do środka wpadało przyjemne powietrze jesiennego wieczoru i smród Adriatyku, ten dziwnie duszący, europejski zapach tysiącleci wojen, smutku i przetrwania, walczący teraz z rześką, krwawą wonią narodzin, wypełniającą maleńki, goły pokoik, w którym drzwi zastępował udrapowany koc, tynk kruszył się ze ścian, a jedyną ozdobą był lśniący niczym rybik cukrowy obrazek Matki Boskiej, dotykającej krwawiącego serca wyciągniętymi palcami prawej dłoni. Ach, te palce! Idealnie smukłe, delikatne i jedwabiste. Ani trochę nie przypominały krótkich, posiniaczonych paluchów Marii Magdaleny Svevo.

Maria opadła na kolana i trzymaną w szorstkich rękach robotnicy szmatą zaczęła wycierać krew i płyn owodniowy, które nie zdążyły wsiąknąć w podłogę; plamy na podłodze, przemknęło jej przez głowę, to archiwum ludzkiego życia, dokumentacja spisana wyblakłymi kleksami krwi, wina, spermy, uryny i kału, znaczącymi cały cykl życiowy od urodzenia przez młodość, miłość i chorobę aż do śmierci. Szorowała podłogę, a moja matka patrzyła, jak duże, krągłe plecy Marii kołyszą się na lewo i prawo niczym półksiężyc osrebrzony przez pełnię, zalewającą pokoik moich narodzin spokojnym światłem.

Skąd wiem o takich rzeczach? Maria Magdalena Svevo, która ze śmiechem rozplątała pępowinę na mojej szyi i śmiała się z tego później przy każdym naszym spotkaniu, mówiła mi bardzo niewiele o moich narodzinach, nie mogę więc wiedzieć tego wszystkiego od niej. A mama nie opowiadała mi o nich prawie nic. Przez długi czas nie zadała sobie nawet trudu, by mi powiedzieć, że urodziłem się w Trieście, zrobiła to dopiero, kiedy skończyłem dziesięć lat – gdy się dowiedzieliśmy, że Maria, wracając w tym mieście pewnego dnia do domu, o mało nie zginęła w dość komicznych okolicznościach: dwóch pijanych studentów przypadkowo wjechało w nią mopedem na rynku. Wszyscy mówili, że zawdzięcza życie wrodzonej sile i uporowi, bo chociaż obaj studenci zmarli wskutek obrażeń w ciągu doby, to ta osiemdziesięcioletnia wtedy kobieta po przeleżeniu trzech miesięcy w szpitalu powróciła do Australii w lepszym zdrowiu, niż kiedy ją opuściła. Z drugiej strony jednak, jak często mawiał mój ojciec, Harry, Maria zawsze brała więcej, niż dostawała.

Za pomoc przy porodzie mama wypłaciła jej standardowe wynagrodzenie, ale Maria Magdalena Svevo uznała, że to za mało, i wychodząc, buchnęła nam jeszcze flaszkę drogiej whisky – jedyną, jaką dysponowała matka, która dostała ją za noc rozpusty z moim ojcem. Ta whisky oraz niechciany syn, czyli ja, było wówczas wszystkim, co jej zostało po tacie, odsiadującym wyrok w pobliskim więzieniu. Matka często wtedy mówiła z rozpaczą w głosie, że miałaby o wiele więcej szczęścia, gdyby położna zabrała mnie, a zostawiła whisky. Z tego Maria Magdalena też się śmiała.

– Wy, Cosini, wszyscy jesteście tacy sami, niech was szlag trafi – powtarzała. – Dostajecie dar życia i co? Chcecie go wyrzucić! Matka woli cię oddać, a ty tak bardzo nie chciałeś przyjść na świat, że próbowałeś się udusić, jak zobaczyłeś światło na końcu kanału rodnego. Ha! – I z tymi słowy wracała do palenia cygara, nałogu, który dzieliła z moją matką, czasami nawet podkradając jej dymka.

– Skraca sobie tylko w ten sposób życie i przedłuża je mnie – mawiała mama o tych drobnych kradzieżach – ale jestem naprawdę wdzięczna Marii za to, że będę mogła spędzić mniej czasu w jej towarzystwie.

Nie była to do końca prawda, bo w rzeczywistości uwielbiały swoje towarzystwo, tylko nie cierpiały się do tego przyznawać. Kiedy Maria sama zaopatrywała się w cygara, co zdarzało się rzadko, kupowała jakiś mało znany austriacki gatunek, pakowany w kartonowe pudło, które zdobił wytłoczony na wierzchu dwugłowy orzeł.

– Ostatnie mgnienie cesarstwa – śmiała się, po raz ostatni przed zgaszeniem niedopałka zaciągając się smakowitym, owocowym dymem. Rozkosz, jaką dawało jej ostatnie cygaro, była ulubionym tematem rozmów Marii. – Ilu ludzi nigdy nie zazna przyjemności ostatniego cygara? Zresztą nieważne, cygaro czy papieros, zasada jest taka sama. Powiedz mi, ilu, Aljaz? – Zawsze zmiękczała moje imię, nadając mu piękne brzmienie. Czasami nawet wydawało mi się, że czerpie przyjemność z tego, jak „Aljaz” przedziera się niczym kamyk przez jej pobrużdżoną, pokrytą nikotynową smółką krtań, by w końcu powoli wyłonić się z wydętych warg w chmurach dymu. – Ali-ush, Ali-ush, Ali-ush – podśpiewywała niczym dziecięcą rymowankę właściwie dla nikogo, a ja podnosiłem głowę, uśmiechałem się i czasem Maria mnie zauważała, odwzajemniała mój uśmiech i powracała do monologu o paleniu.

– Potem na łożu śmierci palą pierwsze, drugie i trzecie i nigdy nie wiedzą, które cygaro będzie ostatnie przed zgonem, dlatego nie potrafią rozkoszować się smakiem naprawdę ostatniego kłębu aromatycznego dymu. – Wskazywała mnie wielkim cygarem, którym machała niczym dyrygent pałeczką, żeby podkreślić wagę swoich słów. – Dlatego, Aljazie Cosini, powinieneś rzucać palenie przynajmniej raz w roku, bo wtedy rok w rok będziesz czekał na tę rozkosz i długo ją potem pamiętał. Jak wyjazd do wód. – Stukała w pudełko z dwugłowym orłem, mrugała porozumiewawczo i śmiała się. – Jak imperia, które wyrzekają się wojny. – Nie rozumiałem prawie nic z tego, co mówiła, ale wydawałem się wszystko zapamiętywać i wtłaczać w swój mózg – tak jak wytłoczono tego dwugłowego orła na pudełku – by już tam pozostało, wyraźne i doniosłe, nawet jeśli nie potrafiłem pojąć znaczenia słów.

Maria miała niezliczoną ilość historii o swoich ostatnich cygarach. O jednych mówiła ciepło jako o wielkich i pamiętnych romantycznych albo tragicznych chwilach, o drugich jako o drobnych przyjemnościach, z których łatwo korzystać i które lekko się wspomina. Były też cygara melancholijne, jak to, które wypaliła w dniu, kiedy opuściła Triest i wyjechała do Australii; siedziała wtedy na balkonie pensjonatu swojego zięcia, którym pogardzała, Enrica Mruele’a, patrząc, jak słońce wschodzi po raz ostatni nad jej ukochanym rodzinnym miastem. Opowiadała niezwykle wzruszająco, jak łzy skapywały jej na dłoń, a stamtąd na cygaro, nadając aromatycznemu dymowi gorzki i słony posmak. Zabawne ostatnie cygaro wypaliła, kiedy z moją matką dostały pracę w fabryce dżemu na nabrzeżu w Hobart – naklejały etykiety na puszki. Niedopałek skończył wtedy w puszce z dżemem melonowo-ananasowym. Maria Magdalena była kobietą, która najwyżej ceniła sobie jakość i uwielbiała australijskie powiedzonko „Sydney albo busz”, stanowiące jak gdyby podsumowanie jej poglądów na życie. Dlaczego wcisnęła niedopałek do puszki z dżemem, którą miała potem otworzyć jakaś biedna gospodyni domowa gdzieś na nowych, zdyszanych australijskich przedmieściach?

– Sydney albo busz – odpowiadała, jak gdyby polerując to określenie ciemnym dymem z cygara. – Te dżemy były do dupy. Ludzie nie powinni byli się nabierać i ich kupować. Róbcie dobry dżem albo go w ogóle nie jedzcie. Tamto ostatnie cygaro było w tej kwestii ostrzeżeniem z mojej strony dla poczciwych Australijczyków. – Potem, żeby nadać dramatyzmu puencie, zaciskała prawą pięść i wyprowadzała nią kilka ciosów, wetknąwszy cygaro między palce niczym tlący się kastet. – Dobry dżem (cios) albo żaden. (Cios). Ale nie to gówno. (Cios). Sydney albo busz.

Zdarzały się też tragiczne ostatnie cygara, jak to, które wypaliła na pogrzebie swojej mamy i z którego strzepnęła popiół do grobu, kiedy ksiądz zawołał: „Z prochu powstałaś i w proch się obrócisz”. Było to ostatnie cygaro, jakie wypaliła w mojej obecności. Ksiądz urwał i z obrzydzeniem podniósł na nią wzrok. Ludzie przestali patrzeć na grób i zaczęli się przyglądać Marii. Miała na sobie czarną sukienkę i czarny kapelusz z szerokim rondem w stylu, który może był modny w Trieście w latach trzydziestych, ale na pewno nie w Hobart na Tasmanii w 1968 roku. Na każdym oprócz Marii wyglądałby zapewne idiotycznie, ale na jej głowie wydawał się wspaniały. Unieruchomiła księdza jednym ze swoich najwścieklejszych spojrzeń, które rzuciła spod ronda, patrząc na niego częściowo przesłoniętymi oczami, dużymi, ciemnobrązowymi i schowanymi tak głęboko wśród zmarszczek, że wyglądały jak namoczone w wodzie rodzynki sułtańskie, dodawane przez mamę do strucli – oczami niezwykłymi, w które jeśli człowiek się zanurzył, to odnosił wrażenie, że już może nigdy nie wypłynie. Była niska i korpulentna, potrafiła jednak wyglądać groźnie. Można powiedzieć, że w takich chwilach prezentowała się imponująco. Ze śpiewnym triesteńskim akcentem oznajmiła nad wyraz dostojnie: „Marność nad marnościami, rzekł ksiądz. Wszystko marność”. Z tymi słowy pstryknęła niedopałkiem. „Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi, a ziemia trwa po wszystkie czasy”[1]. Rozżarzony niedopałek wzniósł się i opadł wyjątkowo wspaniałym łukiem na oczach wszystkich zebranych, a do grobu osunęła się spirala dymu. Kiedy znów wszyscy podnieśliśmy wzrok, ujrzeliśmy robiące w tył zwrot jej szpilki (zakupione specjalnie na tę okazję) i samą Marię Magdalenę, odchodzącą w dal.

Ach, Mario, szkoda, że nie ma cię przy mnie teraz, kiedy tonę, i to właśnie tutaj, w rzece Franklin. Patrzę ku górze przez pełną bąbelków wodę w skalnej szczelinie, nad którą widzę światło dnia. Nie jest daleko i gdybyś była tutaj, powiedziałbym ci, jak bardzo chcę go dosięgnąć. Sydney albo busz. Życie albo śmierć. Nie ma innego wyboru.

Chce mi się śmiać na myśl, że to ty tyle paliłaś, a to ja umrę z powodu niewydolności płuc, które nie przypominają już wielkich balonów płonących wściekłym ogniem. No, może to nie do końca prawda, nadal bowiem mam wrażenie, że płoną, lecz już się tym nie martwię; bo muszę powiedzieć, że moje myśli zupełnie oderwały się od bólu i płyną przed siebie dziwnym, kurczowym ruchem jak pęcherzyki powietrza, które widzę nad sobą, rzucające się najpierw w jedną stronę, a potem toczące w drugą, jak gdyby porwane potężnym prądem magnetycznym. Podobnie jak te bąbelki moje myśli nie biegną w żadnym konkretnym kierunku, mimo że próbuję je skupić w jednym punkcie i posuwać wzdłuż ścieżki, którą mi wskazuje. Obserwuję pożar w swoich płucach niczym coraz bardziej oddalające się ognisko, a mój umysł przechodzi do wydarzeń o wiele bardziej w tej chwili dla mnie istotnych; może nadal są niejasne i nie jestem w stanie ich rozgryźć, ale widzę je teraz z wyrazistością, jakiej brakowało im wtedy, kiedy się rozgrywały.

A potem, jeszcze zanim ta myśl przychodzi mi do głowy, już wiem.

Otrzymałem dar wizji.

Nagle staje się jasne, co się ze mną dzieje.

Ja, Aljaz Cosini, przewodnik rzeczny, otrzymałem dar wizji.

I natychmiast nie dowierzam sam sobie. Mówię do siebie, że to niemożliwe, że wkroczyłem w świat bajek, halucynacji, bo przecież tonący w żaden sposób nie może doświadczać wizji. Poza tym mojemu racjonalnemu umysłowi sprzeciwia się jeszcze coś, o czym wiem, a z czego wcześniej nie zdawałem sobie sprawy. Tymczasem racjonalny umysł może rozumować tylko na przekór tej wiedzy, głoszącej, że duchy śpiących i umierających w lesie deszczowym są wszędzie i widzą wszystko; że wiemy o sobie o wiele więcej niż to, do czego zwykle mamy ochotę się przyznać, chyba że w chwilach wielkich prawd w naszym życiu, w miłości i nienawiści, w momencie narodzin i śmierci. Nie licząc takich chwil, ludzkie życie wydaje się jedną wielką podróżą, oddalającą nas od tych prawd, które wszyscy ogarniamy, od przeszłości i przyszłości, od tego, czym byliśmy i czym będziemy znowu po powrocie. W tej podróży racjonalny umysł jest naszym przewodnikiem, mentorem. Ale już nie. Nie przekona go ta świadomość – moja świadomość – że wszystko, co widzę, jest prawdą, że wszystko, co widzę, naprawdę się zdarzyło. Nieważne. Może to nie są takie fakty jak z gazet, ale są to prawdy. Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi. Tylko co je łączy? Co pozostaje? Co trwa w ziemi po wszystkie czasy?

Otrzymałem dar wizji – wspaniałych, wielkich, szalonych, rozległych. Rodzą się we mnie i grzechoczą w mojej głowie.

I muszę się nimi z kimś podzielić, bo inaczej ich czar stanie się ciężarem.

[1] Przekład z Biblii Tysiąclecia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki