Śmierć na żywo - James Patterson, Marshall Karp - ebook
19,99 zł

lub
Opis

 

 

RED to wyjątkowy oddział policji stworzony przez burmistrza Nowego Jorku. Wybrani detektywi prowadzą śledztwa, w które są zamieszani ludzie z pierwszych stron gazet – politycy, aktorzy i sportowcy. Elita chroni elitę. Ekipy telewizyjne niecierpliwie czekają na przyjazd Lavinii Travers. Gwiazda ma się pojawić na premierze najnowszego filmu w naszyjniku wartym osiem milionów dolarów. Jednemu z reporterów udaje się sfilmować, jak do limuzyny Lavinii podbiega dwóch zamaskowanych mężczyzn. Padają strzały, napastnicy znikają z naszyjnikiem, ranna Lavinia umiera kilka minut później. Śledztwo zaprowadzi detektywów Zacha Jordana i Kylie MacDonald w najmroczniejsze zakamarki Manhattanu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 302




James Patterson, Marshall Karp

Śmierć na żywo

Tłumaczenie: Alina

Dla Jody i Harolda

MK

Autorzy pragną podziękować detektywom NYPD: Salowi Catapano, Danielowi Corcoranowi, Kevinowi Gierasowi, Brianowi O’Donnellowi i Thomasowi Maysowi. Na naszą wdzięczność zasłużyli także: J. C. Myska, doktor John Froude, doktor Lawrence Dresdale, Dan Fennessey, Richard Villante, Robert Chaloner, Mike Winfield Danehy, Brian Sobie, Lani Crescenzi, Marina Savina, Gerri Gomperts, Bob Beatty, Mel Berger, oraz Jason Wood za pomoc, dzięki której ta książka nabrała nieco wiarygodności.

PROLOG

CZERWONY DYWAN

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Leopold Bassett przemknął przez pokój do miejsca, gdzie jego brat Maxwell w zadumie siedział nad kieliszkiem wina.

– Max, mój obserwator w holu donosi, że Lavinia już tu idzie – powiedział półgłosem. – Czy mógłbyś na dwadzieścia minut wyrwać się z melancholii?

– Nie popadam w żadną melancholię. Delektuję się doskonałym sancerre’em i próbuję policzyć, ile będzie nas kosztować ta twoja impreza.

– To przestań liczyć, bo skoro Lavinia przyszła, ta impreza warta jest każdego wydanego centa. Tak naprawdę tylko na niej nam zależy.

– W takim razie po co zapłaciliśmy piętnaście tysięcy dolarów za królewski apartament w Ritz-Carlton i co tu robi cała ta reszta sępów, oczywiście poza tym, że wyżerają kawior i wykańczają szampana?

– Max, ja ci nie mówię, jak masz projektować biżuterię, więc ty mnie nie pouczaj, jak organizować wydarzenia reklamowe. Gdyby Lavinia tu weszła i zobaczyła pusty pokój, to natychmiast by wyszła, i tyle byśmy ją widzieli. Ci ludzie to mięso armatnie.

– I to wszystko dla jednej felietonistki od plotek?

– Felietonistki od plotek? Raczej guru mody. Ludzie wczytują się w każde słowo, które ta kobieta napisze, wpatrują się w każde zdjęcie, które opublikuje. To trendsetterka i wyrocznia w sprawach gustu!

Drzwi apartamentu otworzyły się i Lavinia Begbie weszła do środka.

– No, no – powiedział Max. – Sądząc po tych uniesionych brwiach i zastygłym czole, najnowszy trend to źle zrobione zastrzyki z botoksu. Wygląda, jakby przeszła udar.

– Nienawidzę cię! – zawołał Leo i przebiegł przez pokój, by powitać najnowszego gościa wraz z orszakiem złożonym z fotografa, asystentki i białego teriera, którego Lavinia trzymała w ramionach.

Postawiła psa na podłodze, cmoknęła powietrze przy policzku Leo i ruszyła w stronę Maksa.

– Maxwell Bassett, jubiler gwiazd – powiedziała, potrząsając jego dłonią. – Cieszę się, że wreszcie mogę pana poznać. Nie jest pan zbyt towarzyski.

– Leo to prawdziwy tyran – z uśmiechem odparł Max. – Zmusza mnie, żebym od świtu do nocy siedział zamknięty w studio, projektując błyskotki dla nazwisk z gazetowych nagłówków.

– Zamknięty w studio, akurat! – odrzekła. – Kiedy ostatnio rozmawiałam z Leo, polował pan na białego nosorożca w Namibii.

– Ale proszę o tym nie pisać. – Anielskim gestem złożył dłonie przy piersi. – Ci od praw zwierząt i tak już mnie nienawidzą.

– Leo, bądź tak dobry i przynieś mi burbona. Niech będzie podwójny, czysty – poprosiła Lavinia.

– Gotowe. A co z psem? Czy mam jej dać wody?

– Nie zawracaj sobie tym głowy. Harlow uwielbia przyjęcia koktajlowe. Zaczeka, aż ktoś upuści coś do jedzenia, i od razu się na to rzuci. Ja to nazywam szwedzką podłogą. – Znów przeniosła uwagę na Maksa. – Porozmawiajmy.

Max zaczął starannie przygotowaną prezentację:

– Zajęło mi to wiele miesięcy, ale w końcu znalazłem dwadzieścia idealnie do siebie pasujących czterokaratowych szmaragdów…

– Proszę mi tego oszczędzić – wpadła mu w słowo. – Pański dział reklamy przysłał wszystkie szczegóły mejlem, a fotograf zrobi zdjęcie Eleny Travers w drodze na czerwony dywan. Przyszłam tu porozmawiać o plotkach.

– Wszystkie są prawdziwe – odparł Max. – Leo jest gejem. Mówiłem mu, że wpadł pani w oko.

– Słyszałam, że zamierzacie nawiązać romans z Precio Mundo.

– Z Precio? Z tym supermarketem? Niby jak mieliby sprzedawać taką markę jak Bassett? Obniżyć cenę bransolet ze stu na osiemdziesiąt dziewięć tysięcy i wystawić je na końcu alejki?

– Proszę nie robić uników. Według moich źródeł Precio Mundo chce, żebyście stworzyli linię…

– Szanowni państwo, proszę o uwagę! – Przy drzwiach sypialni stanęła Sonia Chen, rzeczniczka prasowa Leo. – Poznałam już wiele aktorek, które grały główne role, ale żadna z nich nie była tak olśniewająca i obdarzona takim wdziękiem jak młoda kobieta, która dziś wieczorem przejdzie po czerwonym dywanie na premierze swojego ostatniego filmu Eleonora Akwitańska. To zaszczyt dla mnie, że mogę przedstawić państwu Elenę Travers.

Aktorka stanęła w progu. Biała suknia od Valentina bez ramiączek doskonale harmonizowała z ostatnim arcydziełem Maksa. Goście zgotowali gorącą owację, kamery poszły w ruch, błysnęły flesze, a po drugiej stronie pokoju Leo Bassett zawołał:

– Wreszcie znalazłem dziewczynę z moich marzeń!

Zgromadzeni wybuchnęli śmiechem. Leo wyciągnął ramiona i rzucił się w stronę Eleny.

– Kochanie! – zaćwierkał, przykuwając do siebie ogólną uwagę. – Wyglądasz olśnie… – Natrafił stopą na białego teriera i runął do przodu.

Harlow zapiszczała, a Leo wrzasnął. Wyciągnął ręce przed siebie, żeby zamortyzować upadek, ale nie miał się na czym zatrzymać. Z impetem zderzył się z bufetem i wylądował na dywaniku, a jego elegancki strój pokrywał ceviche z okonia morskiego.

Kelner pomógł się podnieść Leo. U jego boku natychmiast pojawiła się Sonia z garścią serwetek i zaczęła wycierać frak z kawałków ryby i salsy. Leo odgonił ją ruchem ręki i stanął na środku pokoju.

– Pierwsza zasada show-biznesu – powiedział, popisując się przed gośćmi. – Nigdy nie pracuj z dziećmi ani z psami. – Odpowiedziały mu niepewne śmiechy, a Leo uśmiechnął się do Lavinii. – Jak się czuje mała Harlow?

– Zdenerwowana, ale nic jej nie będzie. – Lavinia przygarnęła suczkę do piersi. – Leo, tak mi przykro.

Wyciągnął rękę i zwrócił się do Eleny:

– Obawiam się, moja droga, że będziesz musiała znaleźć sobie innego partnera.

– Ależ Leo, komu przeszkadza odrobina sosu koktajlowego! Chodź, będziemy się dobrze bawić.

– Na litość boską, Leo, idź – dodał Max. – I tak nikt nie będzie na ciebie patrzył.

– Nie! – Omal nie rzucił się bratu do gardła. – Leo Bassett nie będzie szedł po czerwonym dywanie, śmierdząc paluszkami rybnymi. – Obrócił się na pięcie, wpadł do sypialni i zatrzasnął za sobą drzwi.

Max zerknął na Lavinię Begbie, ciekaw, jak zareaguje na ten pokaz histerii, ale jej twarz była tak mocno nastrzyknięta toksyczną botuliną, która miała wygładzać zmarszczki, że nic nie dało się z niej odczytać.

ROZDZIAŁ DRUGI

Ian Altman przebiegł wzrokiem twarze ludzi stojących za aksamitnymi sznurami przed kinem Ziegfeld, szukając kogoś, kogo można by sfotografować, ale w tej chwili nie było tam nikogo interesującego.

Prawdę mówiąc, nie było prawie nikogo. Przecinające się na niebie smugi światła z lamp łukowych nie zwabiły tłumów na premierę nowego filmu Eleny Travers.

Na tym właśnie polega problem przy urządzaniu czerwonych dywanów w Nowym Jorku, pomyślał Altman. W Los Angeles takie wydarzenie przyciągnęłoby śmietankę towarzyską, natomiast w Nowym Jorku wszystko, co powoduje zablokowanie chodnika, traktowane jest jak kolejna cholerna niewygoda.

Jak na zawołanie jakiś facet, który próbował ominąć policyjną barierkę, wpadł na Altmana i omal nie wytrącił mu kamery z rąk.

– Dupek! – wrzasnął przechodzień. – Wydaje wam się, że całe ulice do was należą?

Altman został przeszkolony w unikaniu konfliktów z publicznością.

– Nie należą do nas, szanowny panie – odpowiedział. – Jestem tu z ekipą telewizyjną i mamy pozwolenie na…

Nagle powietrze przeszył grzmot, którego nie można pomylić z niczym innym. To wystrzał z broni palnej. Altman instynktownie skierował kamerę w tamtym kierunku, a w tej samej chwili do akcji ruszył tuzin policjantów z najlepiej wyszkolonego miejskiego oddziału w Ameryce. Wyciągnięto pistolety, przekaźniki radiowe ożyły i padły rozkazy. W następnej chwili rozległ się kolejny strzał i policjanci rozproszyli się. Kilku ruszyło na zachód, skąd dobiegły strzały, a pozostali próbowali zapanować nad ogłuszonym tłumem i skierować go w przeciwnym kierunku.

Ian Altman nie bał się kul. Odbył dwa turnusy w Afganistanie jako fotograf przy siłach powietrznych. Przyklęknął na jedno kolano i skierował kamerę w stronę akcji.

Widział wszystko przez obiektyw. Długi biały cadillac mknął bez żadnej kontroli Zachodnią Pięćdziesiątą Czwartą Ulicą. Otarł się bokiem o radiowóz, rykoszetem trafił w furgonetkę z napisem NYPD, czyli również należącą do nowojorskiej policji, na koniec uderzył czołowo w dwa reflektory o mocy ośmiuset milionów kandeli każdy, które rozświetlały noc.

Ksenonowe lampy eksplodowały, na kamerzystę posypał się grad iskier i odłamków szkła akurat w chwili, gdy robił zbliżenie samochodu od strony kierowcy. Na kierownicy leżało bezwładne ciało.

Pierwsza para policjantów dotarła do limuzyny i krótkimi szczeknięciami nakazała wszystkim wysiąść z uniesionymi rękami.

Altman w samą porę zatoczył łuk kamerą i uchwycił młodego człowieka w zakrwawionej koszuli, który wychodził z tylnego siedzenia. Policjanci otoczyli go ze wszystkich stron, krzycząc:

– Na ziemię! Już, już, już!

Mężczyzna opadł na kolana, wyrzucił ręce w powietrze i odkrzyknął:

– Ona została postrzelona! Wezwijcie karetkę!

Sierżant wydał rozkazy. Dwoje policjantów zajrzało do limuzyny, po czym schowało pistolety do kabur. Policjantka wsunęła się na tylne siedzenie, a jej partner obiegł samochód dokoła i wsiadł z przeciwnej strony. Powoli wynieśli z cadillaca Elenę Travers i ułożyli pod markizą. Wyglądała jak szmaciana lalka, a przód białej sukni był równie czerwony jak dywan, na którym leżała. Policjantka przyklękła obok i delikatnie położyła jej głowę na swoich kolanach.

Aktorka próbowała coś powiedzieć, ale z jej ust wydobywały się tylko jęki. Policjantka pochyliła się. Altman przysunął się na tyle blisko, że odczytał słowa z ruchu jej ust:

– Wszystko będzie dobrze, wszystko będzie dobrze.

Ale nie było dobrze. Dłonie Iana Altmana, który kadrował scenę na podglądzie, nie drżały, choć puls miał przyśpieszony. Aktorka i policjantka, połączone dziwną więzią, patrzyły sobie w oczy. Potem Elena wzięła ostatni oddech i światło w jej oczach zgasło.

Altmanowi zdarzało się już filmować śmierć, zawsze jednak działo się to na tle wojennych okropności. Ta scena wydawała się bardzo spokojna, ale przez to jeszcze bardziej wstrząsająca.

Z szacunku dla śmierci zaczął poszerzać kąt, oddalając obraz, aż w końcu znalazł finalne ujęcie, które miało zostać wyemitowane na żywo, a potem obejrzane przez setki milionów ludzi na całym świecie: obraz Eleny Travers, nieskazitelnie pięknej nawet w chwili śmierci, z wyjątkiem głębokich szram na dekolcie, skąd zerwano jedyny w swoim rodzaju naszyjnik Maxwella Bassetta, wart osiem milionów dolarów.

CZĘŚĆ PIERWSZA

DŁUGIE DNI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nic nie przyciąga tłumu tak jak martwa gwiazda.

Nim dotarliśmy z Kylie na miejsce przestępstwa, wokół kina Ziegfeld zebrał się już tłum ludzi ze świecami, kwiatami, pluszowymi zwierzakami i oczywiście zdjęciami nieżyjącej Eleny Travers.

Następnego porankaDaily News podsumował to jednym słowem:

FANDEMONIUM!

– Zach! Zach Jordan!

Podniosłem głowę i zobaczyłem Stavrosa Kellepourisa, który szedł w naszą stronę. Sierżant Kellepouris był ze starej szkoły – twardo traktował swoich podwładnych, a jeszcze twardziej siebie. Z tego powodu policjanci, którzy z nim pracują, albo go szanują, albo nienawidzą, albo jedno i drugie naraz.

– Zach, wiedziałem, że podrzucą to Red – powiedział, potrząsając moją dłonią, po czym spojrzał na Kylie. – A pani to na pewno detektyw MacDonald.

– Kylie. Miło mi wreszcie pana poznać, sierżancie. A dla ścisłości, nie podrzucili nam tego, tylko zrzucili z góry. Co pan tu ma?

– Martwą gwiazdę filmową, kierowcę limuzyny z kulą w plecach na intensywnej terapii, dwóch zbiegłych sprawców i nagranie, z którego niewiele wynika.

– Ma pan rację – przyznała Kylie. – Widziałam już to nagranie.

– Całe cholerne miasto je widziało – ze złością dodał Kellepouris. – Kiedy miała się tu pojawić żywa, przyszło może pięćdziesiąt, sześćdziesiąt osób, ale wystarczyło położyć ją na chodniku w kałuży krwi, a natychmiast ściągnęła tu armia sępów i zaczęła filmować telefonami z nadzieją, że na nagraniu uwieczniony zostanie fragment historii Hollywood.

– Proszę nam powiedzieć, co tu się działo, zanim padły strzały.

– Spokojny wieczór. Jak zwykle trzeba było upchnąć paparazzich za sznurem, ale bez żadnych problemów. Miałem więcej ludzi, niż potrzebowałem.

– Dlaczego?

– To przez te gówniane hollywoodzkie rozgrywki. Travers miała na sobie naszyjnik za pierdylion dolarów, więc komuś przyszło do głowy, że obstawa z dwunastu policjantów będzie wyglądała lepiej niż z czterech. Ci ze studia płacą miastu za zabezpieczenie imprezy, więc mogą sobie wziąć, ilu im się zamarzy. Dopóki gówno nie trafiło w wentylator, byliśmy tylko statystami w niebieskich mundurkach.

– Kto był z nią w samochodzie?

– Craig Jeffers. To jej osobisty trener. Ale z tego, co mi ktoś tam naszeptał do ucha, łączyły ich bardziej zażyłe stosunki, choć za bardzo się z tym nie afiszowali.

– Czy może nam pan powiedzieć coś, czego nie widać na filmie?

– Zdaje się, że to miał być zwykły rabunek. Dwóch pajaców z bronią zatrzymało limuzynę. Chyba nie mieli zamiaru zrobić nikomu krzywdy, chcieli tylko biżuterię.

– I co się stało?

– A stało, i to właśnie przez Jeffersa. Kulturysta, macho do szpiku kości. Zachciało mu się udawać Jasona Stathama i próbował wyrwać broń jednemu z napastników. Tylko że dalej nic nie poszło zgodnie z planem.

– Mężczyźni to kretyni – sarknęła Kylie, potrząsając głową.

– Szczęściarz z ciebie, Zach. – Kellepouris uśmiechnął się do mnie. – Ona mi się podoba. Mówi zupełnie jak moja żona.

– Coś jeszcze? – zapytałem.

– Zach, jestem tylko sierżantem, więc nie grzebałem zbyt głęboko. Poza tym Jeffers jest tak załamany, że nie można go porządnie przesłuchać. To, co zrobił, było beznadziejnie głupie, ale trudno mu nie współczuć. Ten biedny dureń już do końca życia będzie miał na rękach krew Eleny Travers.

– Właśnie to mi się w tobie podoba, Stavros – powiedziałem. – Zawsze mówisz, co myślisz.

– Przykro mi, że muszę pana rozczarować, detektywie, ale to nie jest moje zdanie, tylko słowa Craiga Jeffersa.

ROZDZIAŁ DRUGI

Minęliśmy szczątki limuzyny wgniecionej w ciężarówkę z reflektorami. Nieco dalej, na czerwonym dywanie, Chuck Dryden klęczał obok ciała Eleny Travers.

Dryden, obdarzony urokiem przestępcy o średnim stopniu zagrożenia publicznego, podniósł głowę. Jego zazwyczaj nieprzystępnie obojętna twarz złagodniała na widok Kylie, ale zachowywał się rzeczowo jak zawsze.

– Dostała kulę dziewięć milimetrów w podbrzusze – powiedział bez żadnej gry wstępnej. – Wykrwawiła się na śmierć.

– Dzięki. – Kylie rzuciła mu swój wyćwiczony uśmiech, który mówił: jesteś moim ulubionym technikiem śledczym.

– To moja praca. – Skinął ręką, co miało oznaczać koniec raportu, i znów wrócił do swoich zadań.

Weszliśmy do niemal pustego kina Ziegfeld. Było tu tylko kilku policjantów oraz jakiś mężczyzna, który z głową schowaną w dłoniach siedział na podłodze oparty plecami o ścianę.

– Panie Jeffers – powiedziała Kylie łagodnie.

Podniósł głowę. Oczy miał zaczerwienione, twarz ściągniętą cierpieniem.

– Przeprosiłem ją – powiedział. – Zanim umarła, trzymałem ją na rękach i powiedziałem, że przepraszam. Nic nie odpowiedziała, ale wiem, że mnie usłyszała.

Kylie przyklękła obok niego.

– Znajdziemy tych, którzy to zrobili.

– Ja to zrobiłem… Ja. To przede wszystkim moja wina.

– Czy możemy porozmawiać? – Kylie podniosła się.

Jeffers też wstał. Miał jasne włosy, metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, szerokie ramiona, gruby kark i rozbudowane mięśnie, na których opinała się zakrwawiona koszulka. Nie można wykluczyć, że poszczęściło mu się i odziedziczył takie geny, ale wystarczająco dużo czasu spędzam na siłowni, by wiedzieć, kto używa sterydów, a kto nie. Nieproporcjonalnie mocno rozwinięte górne partie ciała, nabrzmiałe żyły na dłoniach i wyraźny trądzik jasno mówiły, że Craig Jeffers wspomaga się farmakologią.

– Staliśmy na czerwonych światłach – powiedział. – I nagle nie wiadomo skąd pojawili się ci dwaj z pistoletami i zmusili kierowcę, żeby otworzył okno. Jeden z nich celował w Elenę. Jestem pewien, że gdyby kazał jej oddać naszyjnik, to po prostu by go oddała, ale nie, on musiał wepchnąć paluchy w jej dekolt i zerwać naszyjnik z szyi. Wykrzyknęła, bo poranił ją do krwi. Usłyszałem ten krzyk i zareagowałem.

– Co pan ma na myśli, mówiąc „zareagowałem”? – zapytała Kylie.

– Rzuciłem się na niego. Chciałem mu wyrwać broń. Wiem, że w kółko wszyscy radzą, żeby tego nie robić, ale na takim zasilaczu z adrenaliny człowiek nie myśli. Złapałem go za przegub i chciałem odepchnąć drugą ręką, ale wtedy pistolet wypalił.

Słyszałem takie historie już wcześniej. Facet uzbrojony wyłącznie w nadmiar testosteronu próbuje szczęścia w walce z kimś uzbrojonym w pistolet. Owszem, takie numery wychodzą Jackiemu Chanowi w filmach, ale nie Craigowi Jeffersowi w prawdziwym życiu.

– I co było potem? – zapytała Kylie.

– Strzelił jeszcze raz. Potem się dowiedziałem, że trafił w kierowcę, ale nic więcej nie pamiętam. Widziałem tylko Elenę.

– Czy może pan opisać tych dwóch?

– Twarze mieli zasłonięte zielonymi maskami chirurgicznymi, a na głowach czarne wełniane czapki. Ten, który wsadził rękę przez okno, nie miał rękawiczek i widziałem jego dłonie. Był biały.

– Jakie stosunki łączyły pana z Eleną Travers? – zapytałem.

– Kochałem ją.

– Był pan również jej osobistym trenerem?

– Tak, od tego się zaczęło, ale pół roku temu zaprosiłem ją na kolację. Nie myślałem, że cokolwiek z tego wyniknie, ale wynikło. Trochę trwało, nim naprawdę w to uwierzyłem. Elena mogła mieć każdego faceta w Hollywood, ale chciała być tylko ze mną. Ja byłem gotów spędzić z nią resztę życia. A teraz… – Bezradnie potrząsnął głową.

Rozmowa była skończona, ale daliśmy mu jeszcze chwilę, żeby mógł zastanowić się nad tym, co stracił.

Wszyscy troje staliśmy na czerwonym dywanie w wielkim pustym holu kina Ziegfeld. Nad naszymi głowami iskrzyły się kryształowe kandelabry. Ze wszystkich stron nasze zmysły atakowały wielkie powiększenia zdjęć Eleny Travers. W końcu Jeffers przerwał milczenie.

– To wszystko moja wina – powiedział. – Gdyby Elena jechała z Leo, tak jak miało być, to nadal by żyła.

Naraz okazało się, że rozmowa nie jest jeszcze skończona.

– Kto to jest Leo? – zapytałem.

ROZDZIAŁ TRZECI

Okazało się, że Leo to ktoś, kogo Kylie zna.

– Ale wątpię, czy on mnie pamięta – powiedziała, gdy wróciliśmy do samochodu.

– Jak to możliwe? Ze wszystkich policjantów ciebie najtrudniej zapomnieć.

– Tamtego wieczoru nie byłam policjantką. To była branżowa impreza, poszłam tam jako żona Spence’a Harringtona. Leo był tak oślepiony blaskiem Spence’a, że ledwie się ze mną przywitał. Ludzie tacy jak on nie tracą czasu na rozmowy z żonami tych, którzy robią filmy.

Znaleźliśmy numer Bassetta w komórce Eleny Travers. Zadzwoniłem do niego i powiedziałem, że mamy kilka pytań.

– Mój brat i ja też mamy kilka pytań – odparł. – Czy możecie przyjechać do nas?

Gdy tam dotarliśmy, ulica była już zapchana przez furgonetki wiadomości telewizyjnych, paparazzich i tych wszystkich różnych ludzi, których łączy tylko jedno: uzależnienie od gapienia się na morderstwa. Dwa radiowozy i dwóch policjantów z drogówki w żółtych odblaskowych kamizelkach próbowało zachować jakieś pozory porządku.

Dzięki pracy dla Red mogę się osobiście przekonać, jak żyje ta druga połowa ludzkości. Rzecz jasna bracia Bassettowie nawet nie należeli do tej drugiej połowy, tylko do jednego procenta z jednego procenta, a ich dom przypominał pałac.

W czasach industrialnej świetności Nowego Jorku upstrzono Dolny Manhattan budynkami, które miały przeznaczenie komercyjne lub przemysłowe i nie spełniały norm dla budynków mieszkalnych. Na początku lat osiemdziesiątych prawo się zmieniło i bogaci inwestorzy wykupili te zimne, ponure, zaszczurzone budowle za marne grosze.

Bassettowie wcześnie włączyli się do gry i przekształcili pięciopiętrowy magazyn przy Zachodniej Dwudziestej Pierwszej Ulicy w dwa olśniewające trzypoziomowe apartamenty. Leo zajmował niższą połowę budynku. Wsiedliśmy z Kylie do windy i pojechaliśmy na drugie piętro.

Drzwi otworzyły się na wielkie pomieszczenie z wysoko sklepionymi sufitami, olbrzymimi oknami i meblami jak z muzeum. Dwaj mężczyźni, którzy na nas czekali, zupełnie nie wyglądali na braci. Jeden był wielki i zwalisty, z siwą brodą i lodowatymi niebieskimi oczami, ubrany w spłowiałe dżinsy i nijaką bawełnianą koszulkę.

– Max Bassett – przedstawił się.

Drugi był niski z miękką nalaną twarzą i atramentowoczarnymi włosami w odcieniu, który mógł pochodzić tylko z butelki firmy kosmetycznej. Jego strój – czerwona smokingowa marynarka na purpurowej jedwabnej piżamie – wyglądał jak wyciągnięty z szafy Hugh Hefnera.

– Jestem Leo – powiedział. – Dziękuję, że przyjechaliście. Jesteśmy zrozpaczeni, a w telewizji właściwie nic nie mówią. Proszę, wyjaśnijcie nam, co się zdarzyło.

Usiedliśmy i pokrótce streściłem im sytuację.

– Nie rozumiem – powiedział Leo. – Już na nas napadano, ale złodzieje klejnotów rzadko uciekają się do przemocy. Dlaczego ją zastrzelili?

– Nie słuchałeś – napomniał go Max. – Zastrzelili ją, bo ten idiota, jej przyjaciel, próbował odebrać im broń.

– Chcesz powiedzieć, że to wszystko moja wina? – zdenerwował się Leo.

Max nie pozostał mu dłużny:

– Jezu, Leo, naprawdę myślisz, że tu chodzi o ciebie?

– Bo to ja miałem z nią jechać! Gdyby ktoś wycelował do mnie z pistoletu, powiedziałbym: zabierzcie naszyjnik, zabierzcie mój portfel, weźcie, co chcecie, tylko nie róbcie nam krzywdy! Ale nie pojechałem i teraz ona nie żyje.

– Dlaczego pan nie pojechał? – zapytałem.

– To był głupi wypadek – odparł Leo. – Ja…

– Raczej głupia decyzja – wtrącił Max. – Nie pojechał, bo poplamił sobie marynarkę sosem koktajlowym. Elenie to nie przeszkadzało i prosiła, żeby mimo wszystko z nią pojechał, ale on się uparł.

– Dziękuję ci, Max. – Leo wstał. – Jakbym i tak nie czuł się wystarczająco okropnie. – Spojrzał na mnie. – Nie czuję się dobrze. Jeśli macie do mnie jeszcze jakieś pytania, to z przyjemnością porozmawiam z wami rano, sam na sam. – Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i wyszedł.

– Sami widzicie, detektywi – oświadczył Max. – To cały mój brat. Wielkie wejścia i jeszcze większe wyjścia. Zachowuje się jak primadonna, nawet gdy nie chodzi o niego. To, co się stało, to okropna tragedia. Jak mogę wam pomóc znaleźć tych ludzi, którzy zabili Elenę?

– Czy może nam pan opisać naszyjnik? – zapytałem.

– Oczywiście, że mogę, przecież to ja go zaprojektowałem. Dwadzieścia idealnie dobranych czterokaratowych szmaragdów, każdy otoczony brylantami, okrągłymi i w kształcie gruszki. Brylanty są malutkie, po pół karata, ale dały olśniewający efekt. Elena wyglądała wspaniale.

– Kto wiedział, że będzie miała na sobie ten naszyjnik?

– Wszyscy wiedzieli. – Max desperacko potrząsnął głową. – To był jeden z poronionych, pardon, genialnych marketingowych pomysłów Leo.

– Wydaje mi się, że pan i pański brat różnicie się w poglądach na wiele spraw – zauważyła Kylie.

– Jak najbardziej. Może kiedyś można było wypuścić Marilyn Monroe albo Elizabeth Taylor na czerwony dywan w naszyjniku za osiem milionów dolarów i mieć nadzieję, że doda to firmie magicznego blasku, ale te czasy dawno minęły. Mówiłem Leo, że zatrzymał się w drugiej połowie dwudziestego wieku, bo rozgłos wzbudzi wyłącznie Elena i nikt nawet nie zauważy, że miała na sobie oryginalny naszyjnik Maksa Bassetta. No cóż, okazało się, że się myliłem. Teraz wszyscy zapamiętają mnie jako kogoś, kto zaprojektował naszyjnik, przez który zginęła Elena Travers.

– Panie Bassett, ten, kto zabrał naszyjnik, będzie próbował go sprzedać – stwierdziła Kylie. – Musimy jak najszybciej wysłać zdjęcia i znaki laserowe do JSA i FBI.

– Nasza rzeczniczka, Sonia Chen, przygotuje to w ciągu godziny – odparł Max. – Zaimponowaliście mi. Większość policjantów nie ma pojęcia o istnieniu Jewelers’ Security Alliance.

– Mamy nieco więcej doświadczenia w tych sprawach niż większość policjantów – powiedziała Kylie. Nie dodała jednak, że dla policjantów z Red kradzieże biżuterii są taką samą codziennością jak drobne kradzieże w sklepach.

ROZDZIAŁ CZWARTY

W normalnych okolicznościach to, że dotarłem do domu pięć godzin po zakończeniu zmiany, nie stanowiłoby żadnego problemu, ale od dwudziestu czterech dni moje życie absolutnie nie było normalne. Cheryl i ja zamieszkaliśmy razem.

A w każdym razie próbowaliśmy razem zamieszkać, tylko że mnie nie udawało się wpasować w ten układ. Odkąd Cheryl wprowadziła się do mnie, był to już piąty wieczór, kiedy wracałem do domu późno, a do tego wezwano mnie do pracy podczas dwóch z trzech ostatnich weekendów.

Poznałem doktor Cheryl Robinson jakieś cztery lata temu, gdy znalazłem się na krótkiej liście kandydatów do NYPD Red, a ona jako wydziałowy psychiatra miała przeprowadzić ewaluację – czyli oszacowanie – mojej osoby. Wiem, że liczy się wnętrze, ale gdy spotyka się Cheryl, nie sposób nie zachwycić się jej zewnętrzną powłoką. Większość rodziny Cheryl stanowią Irlandczycy, ale dzięki genom babci Latynoski ma ciemnobrązowe oczy, kruczoczarne włosy i wspaniałą karmelową skórę, na widok której odwracają się głowy. Jej urok podziałał na mnie błyskawicznie i z niesamowitą siłą.

Miała tylko jedną wadę – męża. Ale to, co najlepsze, przychodzi do tych, którzy potrafią czekać. Rok temu małżeństwo Cheryl z Fredem Robinsonem spłonęło w katastrofie, a my z przyjaciół staliśmy się kochankami, by po jakimś czasie przejść do etapu, w którym dwoje ludzi zaczyna mieszkać razem, ale żadne z nich jeszcze nie rezygnuje z własnego mieszkania, bo nie ma pewności, co z tego wyjdzie.

– Pośpiesz się – powiedziała, gdy otworzyłem drzwi mieszkania.

– Przepraszam za spóźnienie. Byłem…

– Wiem, wiem. Zaraz pokażą w wiadomościach, o jedenastej.

Siedziała na kanapie w czarnych szortach do biegania i turkusowej koszulce na ramiączkach z włosami zebranymi w koński ogon. Poklepała poduszkę obok siebie. Gdy usiadłem, pochyliła się i pocałowała mnie.

– Na pewno jesteś bardzo głodny.

Byłem głodny, ale kiedy człowiek wraca do domu spóźniony o pięć godzin, to nie pyta, co jest na kolację. Zresztą nie musiałem pytać. Na stoliku obok butelki wina i dwóch kieliszków stał talerz z serem, oliwkami, salsą i chipsami. Ponury dziennikarz telewizyjny zaczął wiadomości od morderstwa Eleny Travers, a ja zająłem się jedzeniem.

Wiadomość przeplatana była migawkami filmowymi z kariery Eleny, obrazem rozbijającej się limuzyny i jej ciała na czerwonym dywanie. Potem pokazano nieruchome ujęcie brakującego naszyjnika. Ponieważ Kylie i ja w ostatnim roku zajmowaliśmy się trzema głośnymi sprawami, reporter uznał, że warto wymienić nasze nazwiska i skierować na nas kamerę w chwili, gdy wchodziliśmy do kina Ziegfeld, żeby przesłuchać Craiga Jeffersa.

Wiadomość kończyła się ujęciem nastolatki z twarzą zalaną łzami, która przyklękła i położyła bukiet kwiatów na prowizorycznym miejscu pamięci.

– To okropne – powiedziała Cheryl z oczami pełnymi łez. – Cieszę się, że ta sprawa przypadła tobie i Kylie. Rozwiążecie ją.

– To nie będzie łatwe – odparłem. – Wygląda na spartaczony napad rabunkowy, więc nie ma bezpośredniego powiązania między zabójcą a ofiarą.

– Nie wpadaj w przygnębienie. Radziłeś sobie już z trudniejszymi sprawami.

– Wiem, ale to oznacza, że będę musiał pracować po godzinach. Przepraszam.

– Przestań – powiedziała ostro.

Nie miałem pojęcia, co takiego zrobiłem, ale najwyraźniej nic dobrego.

– Co mam przestać?

– Przestań przepraszać.

– Myślałem, że kobiety lubią, gdy się je przeprasza. – Włączyłem swój chłopięcy uśmiech. – Szczególnie gdy tym przeprosinom towarzyszą kwiaty albo biżuteria.

Przyciszyła telewizor. To nie był dobry znak.

– Zach, nie wiem, co lubią inne kobiety, ale ta, z którą mieszkasz, nie lubi, kiedy ją przepraszasz.

– Nie jestem pewny, co to ma znaczyć.

– To znaczy, że właśnie przeprosiłeś mnie z góry, że będziesz musiał pracować po godzinach. To manipulacja. Próbujesz uprzedzić negatywną reakcję, jaka może się pojawić następnym razem, kiedy późno wrócisz do domu.

– Myślałem, że po prostu biorę odpowiedzialność za to, co robię.

– A mnie się wydaje, że prosisz o darmowy bilet. „Dlaczego Cheryl miałaby być wściekła? Przecież uprzedziłem ją, że tak będzie”.

– Co mam powiedzieć? Czuję się winny przez te wszystkie dni, kiedy pracowałem do późna.

– Dlaczego? Jesteś policjantem. Wiem, że pracujesz w dziwnych godzinach. Może pamiętasz, że między innymi ja pomogłam ci dostać tę pracę.

– Więc jak powinienem się zachować, pani doktor? Mam wycofać przeprosiny czy paść na kolana i błagać cię o wybaczenie za to, że przeprosiłem?

To przepaliło jej styki. Wybuchnęła śmiechem.

– Mam lepszy pomysł. Ty i ja przez cały wieczór skupialiśmy się na śmierci. Zróbmy teraz coś, co będzie afirmacją życia.

Wzięła mnie za rękę i poprowadziła do sypialni, a potem przytłumiła światło, aż został tylko ciepły złocisty blask. Rozbieraliśmy się powoli, bez pośpiechu, nie dotykając się i zostawiając tylko tyle przestrzeni między nami, żeby mogło się w niej gromadzić wyczekiwanie.

– Jeszcze nie – szepnęła, kiedy stałem nagi i w oczywisty sposób gotowy. To było jednocześnie hipnotyzujące i nie do zniesienia. Czekałem, a ona odsunęła prześcieradła i położyła się na łóżku. – Teraz – zakończyła z cichym westchnieniem.

Ostrożnie opadłem na nią, dotknąłem językiem piersi i wsunąłem się w Cheryl bez wysiłku.

I wtedy, w miękkim świetle, gdy byłem spleciony z kobietą, którą zaczynałem kochać z dnia na dzień coraz bardziej, cała brutalna rzeczywistość związana z noszeniem odznaki i pistoletu po prostu się roztopiła. Zniknęły lęki związane z przeszłością i niepokój o przyszłość.

Nie było słów, tylko spokój płynący z cudownego faktu, że jestem z jedyną osobą na świecie, która naprawdę się liczyła.

To była czysta, niczym nieskalana afirmacja życia.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Następnego ranka usiadłem przy ulubionym stoliku w bistro Gerri. Gerri we własnej osobie wyłoniła się zza lady i przyniosła mi kawę.

– Widziałam cię wczoraj wieczorem w telewizji – powiedziała.

– I jak wyglądałem?

– Jakbyś bardzo potrzebował porządnie przespanej nocy. Ale skoro przywlokłeś się tu tak wcześnie, to pewnie się nie wyspałeś. Śniadanie trochę ci pomoże. Na co masz ochotę?

– Sadzone jajka, bekon, tostowe muffinki.

– Może coś jeszcze?

– Nie, dziękuję.

– To nie musi być nic z karty. Dla wyjątkowych klientów mam wyjątkowe propozycje.

– Rany boskie, Gerri. – Westchnąłem, gdy zdałem sobie sprawę, że mnie wkręca.

Gerri Gomperts nie zna litości i nie cierpi durniów. Jest żydowską babcią, która podaje domowe potrawy i uzupełnia je zgryźliwymi poradami dotyczącymi związków.

– Czy wyglądam, jakbym potrzebował terapii? – zapytałem.

– A kto mówił o terapii? – odrzekła niewinnie, otwierając szeroko oczy. – Wiem tylko tyle, że Cheryl wprowadziła się do ciebie trzy tygodnie temu, wczoraj wieczorem wróciłeś do domu Bóg wie o której, a dzisiaj wydajesz się bardziej zestresowany niż dziewica na zlocie drwali, dlatego ośmielam się przypuszczać, że masz większe kłopoty niż zazwyczaj. Jeśli terapia może w czymś pomóc, to trafiłeś w odpowiednie miejsce.

– Nie mogłabyś się bardziej pomylić.

– Zdaje się, że trafiłam w czuły punkt. Zaraz wrócę.

Wróciła z moim śniadaniem, dolała mi kawy i usiadła.

– Robisz to przez cały czas – oświadczyła. – Przychodzisz tu z tym wygłodniałym wyrazem twarzy, a kiedy proponuję ci pomoc, zgrywasz niedostępnego. Albo mi powiesz, co się dzieje, albo poszukam kogoś, kto będzie potrafił docenić moje doświadczenie życiowe.

– Powiedziałem, o co chodzi.

– No więc jesteś zajęty. – Wzruszyła ramionami. – Przecież to było jasne od samego początku. Cheryl nie wyprowadzi się od ciebie dlatego, że dostałeś głośną sprawę i musisz pracować do późna.

– Nie bądź taka pewna. Znam mnóstwo policjantów, których związki przestały istnieć, bo praca była dla nich ważniejsza.

– To nie praca jest twoim problemem, Zach.

– Tylko co?

Sięgnęła po pojemnik z cukrem w torebkach i wysypała zawartość na środek stołu.

– Co ty robisz? – zdziwiłem się.

– To moja wersja prezentacji w PowerPoint. – Wygrzebała z kupki różową torebkę Sweet’N Low i niebieską Equal. – Niebieski to ty, a różowy to Cheryl – oznajmiła. – A to wy razem w domu. – Włożyła obydwie torebki do pustego pojemnika. – Tutaj jest praca. – Ustawiła solniczkę na drugim końcu stołu. – Każdego dnia idziesz do kopalni soli. – Symbolizująca mnie torebka przesunęła się z domu do pracy. – I tu dołącza do ciebie mnóstwo kolegów w niebieskim. – Otoczyła solniczkę paczuszkami Equal. – A także twoja była dziewczyna, Kylie. – Dołączyła do sterty niebieskich paczuszek jedną różową. – Potem ty i Kylie spędzacie razem następne dziesięć do czternastu godzin. – Przesunęła paczuszkę Sweet’N Low i paczuszkę Equal na puste miejsce na stole. – A więc czy nadal uważasz, że chodzi o pracę w nadgodzinach, czy też chcesz przeprosić Cheryl za to, że spędzasz późne wieczory z Kylie?

– Mam nadzieję, że nie zażyczysz sobie za to honorarium? – odpowiedziałem. – Bo cała twoja analiza opiera się na nieaktualnych danych. Ruszyłem już dalej. Kylie należy do przeszłości, Cheryl to przyszłość. Mydlana opera o Zachu Jordanie już się skończyła.

– Na pewno w to wierzysz, ale zapomniałeś o jednym. Kiedy ty i Cheryl zamieszkaliście razem, przeszliście z fazy spotkań do fazy wspólnego domu. Teraz mieszkasz razem z nią i mogę się założyć, że każdego wieczoru, kiedy wracasz późno, bo bawisz się w policjantów i złodziei w towarzystwie swojej przeszłości, prześladuje cię myśl, że twoja przyszłość siedzi zupełnie sama w waszym gniazdku miłości i czeka, aż wrócisz do domu. – Podała mi pojemnik z jedną samotną torebką Sweet’N Low. – Przemyśl to sobie.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, poczułem wibracje telefonu i na ekranie pojawił się tekst wiadomości od kapitan Cates.

Gracie Mansion. Już.

– Gerri, muszę lecieć. – Wstałem.

– Zaraz, zaraz… – Wskazała paczuszki ze słodzikami porozrzucane po całym stole. – Masz zamiar zostawić tu ten bałagan?

– A od kiedy to jest moja praca?

Na jej twarz wypłynął triumfalny uśmiech.

– To część terapii, Zach. To twoje życie i ty musisz to posprzątać.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Muriel Sykes była burmistrzem Nowego Jorku zaledwie od trzech miesięcy, ale nasze numery telefonów już znalazły się na jej podręcznej liście. Oddaliśmy jej solidną przysługę, gdy kandydowała na urząd, a dobry los zrządził, że nowa pani burmistrz wierzyła w zasadę wzajemności.

Wyższe szarże Red doskonale zdawały sobie sprawę z korzyści, jakie daje romansowanie z politykami przy władzy, i były bardzo zadowolone z tego, że jeden z ich zespołów służy pani burmistrz za chłopców na posyłki, więc gdy dostaliśmy od Cates wiadomość, że mamy przyjechać do Gracie Mansion, nie traciliśmy czasu na zastanawianie się nad priorytetami. Naszym priorytetem była burmistrz Sykes.

Kylie czekała na mnie przed budynkiem komisariatu.

– Nie wiesz, czego chce burmistrz? – zapytałem, wsiadając do samochodu.

– Nie, choć byłam w gabinecie, kiedy Cates odebrała telefon. Ale nie powiedziała nic konkretnego, tylko kazała mi się pośpieszyć.

– Powiedziałaś jej, do czego doszliśmy w sprawie Eleny Travers?

– Raczej do czego nie doszliśmy. Przecież nic nie mamy. Mogłam jej tylko powiedzieć, że to nie byli wyspecjalizowani złodzieje klejnotów, a zwykli amatorzy, którzy wpadli jak śliwka w kompot i będą próbowali jak najszybciej pozbyć się naszyjnika. Mówiłam, że szukamy wiadomości na ulicy i mamy nadzieję, że nasza rozległa sieć wywiadowców dostarczy nam coś istotnego.

– Rozległa? Mamy ich aż trzech. Chyba nie kupiła tych bzdur, co?

– Oczywiście, że nie, ale przynajmniej się roześmiała.

Po dwóch minutach byliśmy przy Gracie. Powiedzieliśmy strażnikowi przy bramie, że mamy się spotkać z panią burmistrz Sykes.

– Pośpieszcie się – odrzekł – bo za minutę stąd wyjedzie.

Przed budynkiem stał czarny SUV pani burmistrz. Rozpoznałem kierowcę.

– Charlie, co tu się dzieje? – zapytałem. – Właśnie dostaliśmy wiadomość, że pani burmistrz chce się z nami spotkać.

– A ona dostała wiadomość, że gubernator chce się z nią spotkać. Każdy z nas tańczy na dwóch łapkach przed kimś innym, Zach.

Gdy weszliśmy na schody, drzwi rezydencji otworzyły się z rozmachem. Wypadła z nich Muriel Sykes w ciepłym fioletowym płaszczu i z zimnym, twardym grymasem na twarzy.

– Dzień dobry, pani burmistrz – powiedziałem.

– Ulubienica Ameryki została zamordowana w moim mieście, pod moim nadzorem. Co w tym, do diabła, dobrego? – parsknęła. – Jak stoicie z tą sprawą?

– Na razie nie mamy nic istotnego do powiedzenia – odrzekłem.

– Nic istotnego. To chyba moje motto na dzisiaj. Właśnie jadę do Albany, żeby słuchać kłamstw.

Zeszła ze schodków i ruszyła do SUV-a. Charlie otworzył przed nią tylne drzwi. Kylie i ja szliśmy za nią.

– Pani burmistrz – powiedziałem. – Posłała pani po nas. Czy chciała pani tylko zapytać, co mamy w sprawie Travers?

– Cholera, nie. Wiedziałam, że nic nie macie, bo nikt z Red nie dzwonił, żeby powiedzieć, że coś macie. – Usiadła na tylnym siedzeniu. Gdy Charlie zamknął drzwi, opuściła okno. – Dzwoniłam w innej sprawie. Paskudna puszka Pandory. Nie mogę jej powierzyć nikomu oprócz was.

– Dziękuję – powiedziałem. – Czy ma pani teraz czas, żeby przekazać nam szczegóły?

– Detektywie, nie mam nawet czasu nakręcić zegarka. Howard przekaże wam szczegóły. Czeka na was w środku.

Zamknęła okno i SUV wyruszył w dwustutrzydziestokilometrową podróż do stolicy stanu.

– Pierwszy raz widzę ją w tak paskudnym nastroju – powiedziałem. – Nie chciałbym być na miejscu Charliego.

– Jeśli to jest prawdziwa Muriel Sykes, to ja nie chciałabym być na miejscu Howarda – skomentowała Kylie.

Musiałem się roześmiać. Howard Sykes był mężem pani burmistrz. Znów weszliśmy na schody, żeby się przekonać, co to za puszkę Pandory miał zamiar nam powierzyć.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Muriel Sykes była wojowniczym dzieckiem z ulic Brooklynu. Ukończyła studia prawnicze, otrzymała nominację na stanowisko prokuratora federalnego w Południowym Dystrykcie Nowego Jorku, a potem za pierwszym podejściem zmiażdżyła w wyborach urzędującego burmistrza miasta. Jeśli istniała jakaś jedna cecha, która przede wszystkim motywowała ją do działania, była to determinacja.

Jej mąż nie był ani wojowniczy, ani zdeterminowany. Jako uprzywilejowane dziecko z Sutton Place, zamożnej części Nowego Jorku, gładko żeglował przez kolejne prywatne szkoły aż do jednego z uniwersytetów Ligi Bluszczowej i w końcu wylądował na Madison Avenue. Dzięki urodzie kojarzącej się z białym chlebem oraz patrycjuszowskim manierom w naturalny sposób wpasował się w świat, w którym forma często była bardziej ceniona od treści.

Ale jego zalety nie ograniczały się do dobrego uderzenia w golfie i daru czarowania gości przy kolacji opowieściami wojennymi. Howard był mistrzem w organizowaniu kampanii marketingowych, które podbijały serca konsumentów i od których puchły konta jego klientów. W wieku sześćdziesięciu lat przeszedł na emeryturę i zajął się organizowaniem kampanii politycznej żony. Powszechnie uważano, że to dzięki niemu Muriel Sykes jako pierwsza kobieta w historii zajęła stanowisko burmistrza Nowego Jorku.

A do tego wszystkiego był bardzo miłym człowiekiem. Kylie i ja spotkaliśmy go kilkakrotnie na imprezach dobroczynnych i zawsze potrafił sprawić, że czuliśmy się równie ważnymi gośćmi jak każdy z obecnych tam milionerów.

Czekał na nas w salonie prywatnej rezydencji Pierwszej Rodziny.

– Zach, Kylie, dziękuję, że przyszliście – oznajmił, jakby nie wiedział, że po prostu wypełniamy rozkazy.

– W czym możemy panu pomóc? – zapytałem.

– Jestem w radach nadzorczych dwóch szpitali w tym mieście. Miesiąc temu ze Szpitala Świętej Cecylii zniknęło trochę sprzętu medycznego.

– Co to był za sprzęt?

Jako wytrawny marketingowiec Howard miał przygotowane pomoce wizualne. Otworzył teczkę i wyjął zdjęcie urządzenia, które przypominało iPada na sterydach.

– To jest przenośny aparat USG używany do diagnostyki układu krążenia. Waży pięć kilo, co oznacza, że technicy mogą podejść z nim do każdego łóżka w szpitalu.

– Ale to urządzenie wyszło ze szpitala – zauważyłem.

– To i jeszcze dwa podobne. Kosztują dwadzieścia tysięcy za sztukę. W pierwszej chwili pomyślałem, że niepotrzebnie tak miniaturyzują te urządzenia, bo przez to łatwo je ukraść. Ale – wyjął następne zdjęcie – to zniknęło mniej więcej w tym samym czasie.

To coś wyglądało jak wyższy brat R2-D2, droida z Gwiezdnych wojen.

– To urządzenie anestezjologiczne. Pięćdziesiąt tysięcy dolarów i dwieście kilo. Tego już się nie da włożyć do plecaka. Owszem, ma kółka, ale ma również wbudowane zabezpieczenia elektromagnetyczne, a wszystkie wyjścia ze szpitala są strzeżone. A jednak jakoś wydostało się za drzwi.

– Czy Szpital Świętej Cecylii zgłosił te kradzieże? – zapytała Kylie.

– Nie. Nie mieliśmy dowodu, że to były kradzieże, więc nie zgłosiliśmy zaginięcia. Szpital zdecydował się spisać ten sprzęt na straty i złożyć to na karb niewystarczających zabezpieczeń.

Milczeliśmy, bo to nie miało sensu. Pani burmistrz, która dobrze wiedziała, że jesteśmy zajęci zabójstwem Eleny Travers, kazała nam wszystko rzucić i zająć się pospolitymi przestępstwami, których okradziona instytucja nawet nie zgłosiła.

Howard, które zapewne wyczuwał nasze myśli, uznał, że lepiej będzie, gdy powie nam wszystko do końca:

– Jestem również w radzie nadzorczej Szpitala Miłosierdzia i dwa dni temu ten szpital też został okradziony. Tym razem skradziono sprzęt wart sto siedemdziesiąt tysięcy dolarów. Nie wierzę w zbiegi okoliczności, więc się tym zainteresowałem i okazało się, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy okradziono dziewięć szpitali, łącznie na wartość prawie dwóch milionów dolarów. – Podał mi wydruk. – Tu są wszystkie szczegóły.

– I chciałby pan, żebyśmy znaleźli tego, kto stoi za tymi kradzieżami – domyśliłem się.

– Tak, ale nie w waszym zwykłym stylu.

– Nie wiedziałam, że mamy jakiś styl. – Kylie spojrzała na mnie. – Pan Sykes będzie musiał nam powiedzieć, na czym polega ten styl, żebyśmy więcej tego nie robili.

Howard z uśmiechem wyciągnął z teczki wycinek z gazety. Było to zdjęcie nas dwojga zrobione w chwili, gdy wychodziliśmy z domu braci Bassettów.

– Media was kochają. To zrozumiałe, że trafiacie na pierwszą stronę gazet po wyjaśnieniu ważnego przestępstwa, ale wczoraj wieczorem tylko przesłuchiwaliście ludzi, którym skradziono naszyjnik, a i tak trafiliście na piątą stronę New York Post. Media chodzą za wami bez względu na to, co robicie, a celem moim i Muriel jest utrzymanie tego dochodzenia w ścisłej tajemnicy. Muriel dzwoniła dziś rano do komisarza policji. On jest wtajemniczony.

– Imponująca skala kradzieży, ale słyszymy o tym po raz pierwszy – zauważyła Kylie. – Dlaczego to wszystko jest takie utajnione i dlaczego opinia publiczna nie może się niczego dowiedzieć? Czasami to jest najlepsze źródło informacji.

– Gdybyście zapytali o to dyrektora któregokolwiek z tych szpitali, powiedziałby wam, że trzeba zachować tajemnicę ze względu na dobro pacjentów. Ludzie, którzy przychodzą do szpitala, chcą się czuć bezpiecznie. Jeśli usłyszą, że złodzieje ukradli sprzęt wielkości lodówki, to zaczną się martwić, co jeszcze mogą ukraść. Mój portfel? Mojego laptopa? Moje nowo narodzone dziecko? Wszyscy, którzy tam pracują, zdają sobie sprawę, że lepiej wyciszyć sprawę, by nie dokładać stresu pacjentom.

– A jaki jest prawdziwy powód, dla którego nie chcą upubliczniać wiadomości o tych kradzieżach? – zapytałem.

– Bo jeśli to gówno wyjdzie na jaw – odrzekł Howard z szerokim uśmiechem – to poważnie zmniejszy ich skuteczność w pozyskiwaniu funduszy.

ROZDZIAŁ ÓSMY

– Zmienić styl? – obruszyła się Kylie, gdy odjeżdżaliśmy spod rezydencji burmistrza. – Czy on mówi poważnie? Prasa się za nami ugania, bo łapiemy przestępców. Powiedz mi, Batmanie, jak mamy wyjaśnić tę sprawę, jeśli nie wolno nam zapuszczać sond?

– Bo potrafimy wyjaśnić każdą sprawę, Girl Wonder, i dlatego burmistrz Gotham City wybrał właśnie nas – odpowiedziałem. – Może zaczniemy od rozmowy z tymi ludźmi, z którymi pozwolono nam rozmawiać. Wyjedź na FDR. Zajrzyjmy do Szpitala Miłosierdzia i porozmawiamy z ochroną.

Na Siedemdziesiątej Dziewiątej skręciła w lewo i pojechaliśmy na południe.

– Jest tylko jeden sposób, żeby wywieźć sprzęt szpitalny wart dwa miliony dolarów z Nowego Jorku do jakiegoś nabywcy z Trzeciego Świata, który chce za to zapłacić – oświadczyła Kylie. – Wielkie kontenery.

– Dobry pomysł – stwierdziłem. – Dajmy Jan Hogle listę Howarda, niech porówna ją z manifestami okrętowymi statków towarowych, które przypływały tu w granicach kilku dni od każdej kradzieży. Może porównywać ciężar. Jeśli ukradli sprzęt, który ważył x, to niech zaznacza wszystkie ładunki o podobnej wadze.

– Myślałam o czymś innym – powiedziała Kylie. – A gdybyśmy tak poszli do doków i porozmawiali z robotnikami? Ci faceci mają uszy i oczy dokoła głowy, a kilku z nich jest nam coś winnych.

– Doskonały plan – odrzekłem. – A potem gazety pokażą nasze zdjęcia jako dwóch pierwszych policjantów wyrzuconych z pracy przez administrację Sykes.

Zadzwoniła komórka Kylie. Jechaliśmy przez FDR z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, więc przycisnęła guzik i przełączyła na głośnik.

– Tu detektyw McDonald.

– Mówi Mike Danehy z Better Choices. Czy mogę rozmawiać z panią Harrington?

Kylie pochwyciła telefon i wyłączyła głośnik.

– Kylie Harrington przy telefonie.

Tak bardzo ściszyła głos, że prawie nic do mnie nie docierało, ale po wyrazie twarzy poznałem, że to złe wiadomości. Coś się stało ze Spence’em.

W poprzednim życiu, gdy wraz z Kylie zaczynaliśmy naukę w akademii, rzuciliśmy się na łeb na szyję w lekkomyślny, wyzwalający seksualnie romans, który trwał dwadzieścia osiem dni. A potem, zupełnie jak w kiepskiej piosence country, jej chłopak wyszedł z odwyku trzeźwy i czysty jak łza. Kylie rzuciła mnie i wyszła za niego.

Przez jedenaście lat Spence Harrington nie sięgnął po drinka ani po żaden narkotyk, ale w końcu to zrobił. Od tamtej pory krążył między rozmaitymi oddziałami terapeutycznymi, próbując pozbyć się tego świństwa. Connecticut, Oregon, a teraz Better Choices, dzienny program terapeutyczny w Nowym Jorku.

– Mike, znam zasady, ale one są do dupy – powiedziała Kylie głośniej, bo narastała w niej frustracja. – Z pewnością mogę coś zrobić. Cokolwiek.

Odpowiedź Mike’a widocznie jej się nie spodobała, bo przycisnęła gaz i zatrąbiła na jadącą przed nami żółtą taksówkę.

– Przepraszam cię, Mike, ale niczego mu nie umożliwiam. Ja po prostu jestem jego żoną.

Taksówkarz nie chciał zjechać na bok, więc Kylie wyminęła z prawej, niemal wciskając go w krawężnik pośrodku drogi.

– Dobra, dzięki – powiedziała. – Będziemy w kontakcie.

Wyłączyła telefon.

– Co się dzieje? – zapytałem.

– Pomyłka – odrzekła i zjechała na Wschodnią Pięćdziesiątą Trzecią.

Po niecałej minucie byliśmy na Pierwszej Alei przy Szpitalu Miłosierdzia. Kylie zaparkowała na zakazie, wyłączyła silnik, obróciła się do mnie i powiedziała:

– Spence zniknął.

W pierwszej chwili nie zrozumiałem.

– Jak to zniknął?

– Dzwonił jego opiekun, Mike Danehy. Spence od trzech dni nie pokazał się na oddziale.

– A próbowali do niego dzwonić?

– Oczywiście. Dzwonili, żeby mu powiedzieć, że wyrzucają go z programu, ale nie mogli go znaleźć, więc zadzwonili do mnie.

– I co ty masz z tym zrobić?

– Mike bardzo wyraźnie oznajmił, że mam nic nie robić, bo Spence musi sięgnąć dna, żeby się odbić i wypłynąć do góry.

– To dobra rada – odrzekłem. – Ale ty oczywiście nie lubisz dobrych rad.

Rzuciła mi blady uśmiech.

– Chcesz jakiejś pomocy? – spytałem, a gdy nie odpowiedziała, dodałem: – Kylie, twój uzależniony od narkotyków mąż zaginął. Czy chcesz jakiejś pomocy?

– Tak, Zach. Do cholery, chcę, tylko jestem zbyt uparta, żeby poprosić.

– W porządku – powiedziałem. – Nie musisz prosić.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Po wejściu do biura pomyślałem, że ktoś, kto nie zna Gregga Hutchingsa, gdyby go teraz ujrzał, nigdy by nie pomyślał, że ma do czynienia z bohaterem. Kiedyś z nim pracowałem i wiedziałem, że zdobyte medale zajęłyby mu całą pierś, ale tutaj, w Szpitalu Miłosierdzia, nie było najmniejszego śladu po jego służbie w NYPD.

– Hutch – powiedziałem – gdzie są zdjęcia tych wszystkich komisarzy policji, którzy zakładają ci wstążki na szyję?

– To korporacyjna Ameryka, Zach, nikogo tu nie obchodzą moje dawne sukcesy. Bardziej ich interesuje, czy dobrze gram w golfa i ile setek tysięcy dolarów w postaci sprzętu przepuściłem przez palce w ciągu ostatniego weekendu.

– Słyszeliśmy, że zdarzył ci się mały wypadek. W czym możemy pomóc?

– Na początek wyjaśnię wam, jak tu wygląda zapobieganie kradzieżom. Gdyby to był supermarket, z którego ktoś kradnie paczki z mrożonym groszkiem, to umieściłbym kamerę w dziale z mrożonym groszkiem. Ale w tym szpitalu, jeśli chcę pilnować drogiego sprzętu na oddziale dializ, to nie mogę założyć tam kamer. Przepisy zabraniają instalowania podglądu w pomieszczeniach, gdzie znajdują się pacjenci. Wiadomo, ochrona prywatności, możliwość nielegalnego wykorzystania nagrań. Okej, rozumiem, ale w rezultacie wygląda to tak, jakby powiedzieć strażnikom w muzeum, żeby nie patrzyli na ludzi, którzy oglądają obrazy. Jak sądzicie, ile czasu trzeba, żeby ze ścian zaczęły znikać Picassy?

– Ale macie kamery w publicznych miejscach – stwierdziła Kylie. – Gdyby ktoś próbował wynieść jakiś sprzęt, zauważylibyście go w korytarzu.

– Tak sądzisz? – Hutchings obrócił się do ściany pokrytej monitorami telewizji przemysłowej. – Można odnieść wrażenie, że obejmują wszystko, ale w rzeczywistości widzę jednocześnie tylko jakieś dwadzieścia procent całego kompleksu. W dodatku szpital nie chce przypominać Wielkiego Brata, więc zamiast zakładać kamery w widocznych miejscach, żeby odstraszały złodziei, musimy ukrywać je w przewodach wentylacyjnych, za znakami informacyjnymi i czujnikami dymu. – Wskazał monitor. – Widzicie tego technika? Właśnie przeprowadza aparat rentgenowski z radiologii na rekonwalescencję. A tutaj facet z urządzeniem EKG czeka na windę. A widzicie ten wózek z jedzeniem? Skąd mogę wiedzieć, czy ktoś nie schował małego USG między krokietami z łososiem? Wszystko tu jest na kółkach. Widzę, jak sprzęty przemieszczają się po korytarzach, ale nie mam pojęcia, czy trafiają do gabinetów zabiegowych, czy też ktoś przemyca je na zewnątrz.

– Opowiedz nam o ostatniej kradzieży – poprosiłem.

– Kupiliśmy sześć najnowszych aparatów do dializy. Były zamknięte i czekały, aż technicy zostaną przeszkoleni przez producenta. I wszystkie zniknęły. Ten ktoś, kto je wyniósł, znał kod wejściowy do pokoju i musiał wiedzieć, jak je wyprowadzić ze szpitala, żeby nie złapała go ani jedna kamera.

– Więc brał w tym udział ktoś stąd – stwierdziła Kylie.

– Codziennie przewijają się tu tysiące ludzi, lekarze, pielęgniarki, pacjenci, odwiedzający i dostawcy. Ale możliwe, że miałem trochę szczęścia. – Otworzył szufladę, wyjął teczkę i rozłożył jej zawartość na biurku. – Nazywa się Lynn Lyon. – Pokazał nam zdjęcie kobiety po trzydziestce. – Pracuje jako wolontariuszka w sklepie z podarunkami, ale strażnik ją przyłapał, jak robiła zdjęcia w pomieszczeniu z aparatami do dializy.

– Jak tam weszła?

– Powiedziała mu, że drzwi były otwarte, ale jakoś jej nie wierzę.

– Zmieniliście kod? – zapytała Kylie.

– Ja tak bym zrobił, ale strażnik uznał, że to nic poważnego i wspomniał mi o tym dopiero wtedy, kiedy koń już uciekł ze stajni.

Zadzwoniła komórka Kylie. Nasza szefowa lubi kierować wszystkim zdalnie, sądziłem zatem, że przyszło jej do głowy sprawdzić, co porabiamy.

– Cates? – zapytałem.

Kylie potrząsnęła głową i odeszła na bok.

Przejrzałem teczkę Lynn Lyon.

– Rozmawiałeś z nią po tej kradzieży?

– W tym tygodniu nie ma jej w grafiku – odparł Hutchings. – A nie mam prawa wezwać jej na przesłuchanie.

– Ale my mamy takie prawo.

– Słuchaj, wiem, że to nie jest sprawa na waszym zwykłym poziomie i przyszliście tu tylko dlatego, że ściągnął was Howard Sykes, ale cieszę się, że to zrobił. Potrzebuję wszelkiej możliwej pomocy.

Kylie wróciła do biura.

– Przepraszam cię, Gregg, ale Zach i ja musimy już iść.

Sięgnąłem po teczkę.

– Podjedziemy do pani Lyon i porozmawiamy z nią.

– Dzięki – powiedział Hutchings. – Takie aparaty do dializy można sprzedać bardzo drogo na czarnym rynku poza Stanami. Może uda się coś z niej wydobyć, zanim dotrą do Turkmenistanu.

Wyszedłem z gabinetu w ślad za Kylie.

– Kto dzwonił?

– Shelley Trager. Czeka na nas w Silvercup Studios.

Trager był szefem męża Kylie.

– Chodzi o Spence’a?

– Oczywiście.

– Znaleźli go?

– Nie, ale kiedy oni go znajdą, to ja go zabiję.

Wiedziałem, że nie powinienem zadawać żadnych więcej pytań.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Trudno jest dotrzeć na szczyt w show-biznesie, a jeszcze trudniej zrobić to w Queens, pięć tysięcy kilometrów od serca tego przemysłu, które bije w Hollywood. Ale Shelley Trager, chłopak z ulicy, który wychował się w irlandzkiej dzielnicy Hell’s Kitchen, dokonał tego. Teraz miał sześćdziesiąt lat, był szefem Noo Yawk Films i współwłaścicielem Silvercup Studios, rozłożystej piekarni w Long Island City, którą przekształcono w największe studio produkcji filmowej i telewizyjnej w północno-wschodniej części kraju.

Kolejną zagadką dotyczącą Tragera było to, że sukces i władza nigdy nie uderzyły mu do głowy. Według BuzzFeed był jedną z najbardziej lubianych osób w show-biznesie. I to właśnie on stał za olśniewającą karierą Spence’a Harringtona.

Już sześć miesięcy po tym, jak Spence wyszedł z odwyku, Shelley zatrudnił go w roli asystenta produkcji. Rok później powierzył mu pisanie scenariusza do programu, który miał coraz gorsze wyniki oglądalności, ale Spence odwrócił sytuację. Złoty chłopiec wprowadził swoje pomysły, Shelley je sfinansował i razem osiągnęli pierwszy sukces. Za nimi poszły kolejne i tak to trwało aż do czasu, gdy Spence wrócił do prochów i wszystko diabli wzięli.

Shelley zastosował zasadę twardej miłości i zabronił Spence’owi wstępu na plan aż do końca terapii.

Kylie zatrzymała samochód na parkingu Silvercup przy Harry Suna Place. Carl, gadatliwy strażnik przy głównej bramie, natychmiast ją rozpoznał.

– Dzień dobry, pani Harrington – rzekł z kamienną twarzą. – Pan Trager czeka na panią w Studio Cztery.

Machnięciem ręki wpuścił ją na parking. Żadnych zbędnych słów, żadnych żartów, zero kontaktu wzrokowego.

– Jest gorzej, niż myślałam – stwierdziła Kylie. – Carl nie chce na mnie nawet spojrzeć. Może nie powinnam cię w to wciągać?

– W co? – zapytałem.

– Ktoś wczoraj w nocy włamał się do studia i zniszczył dekoracje do kilku programów.

– W nic mnie nie wciągasz. To jest miejsce przestępstwa. Na tym polega nasza praca.

– Tylko że tym razem to ja jestem żoną przestępcy.

– Mają jakieś dowody?

– Nie, ale ten ktoś poszedł prosto do Studia Cztery i zniszczył dwa zestawy dekoracji do serialu K. Mac.

Skrzywiłem się. K. Mac to była ksywka Kylie MacDonald w czasach akademii. Czasem wciąż się tak do niej zwracałem. Spence przechwycił ten przydomek i stworzył serial, którego bohaterka, detektyw Katie MacDougal, miała poważnie zaburzone granice osobowości. Ta fikcyjna K. Mac bardzo przypominała kobietę, z którą się ożenił.

Publiczności serial bardzo się podobał. Kylie go nie cierpiała.

– Idę z tobą – powiedziałem.

Weszliśmy do budynku. Minęliśmy człowieka z zakrwawionym nożem w piersi, spalony miejski autobus oraz dwie zakonnice, które wyszły na papierosa. Wszystko to wydawało się zupełnie nierealne, ale nic nie przygotowało nas na zniszczenia, które ujrzeliśmy w Studiu Cztery. Wyglądało tak, jakby ktoś zrobił tu sobie rajd buldożerem.

Shelley czekał na nas na scenie dźwiękowej.

– Dla porządku powiem od razu, że nie zamierzam donosić o tym policji – zwrócił się do Kylie. – Nie jesteście tu jako policjanci. Zadzwoniłem do ciebie, bo jesteś jego żoną.

– Dziękuję. – Ostrożnie weszła między okruchy szkła i kawałki drewna, czyli tam, gdzie wcześniej były filmowe pomieszczenia komisariatu. A teraz patrzyła na poprzewracane biurka, porozbijane komputery, na wiszącą na ścianie i pomazaną czerwonym sprejem tarczę NYPD. Jestem pewien, że ten kolor nie uszedł uwagi Kylie. Służyła w Red, „czerwonej” jednostce policji.

Przeszła na drugą stronę pomieszczenia, do sypialni Katie MacDougal, omijając kawałki szkła z rozbitego lustra i szklanych buteleczek, które stały wcześniej na komodzie. Spojrzała na łóżko K. Mac i zesztywniała. Prześcieradła, poduszki i materac były pocięte na kawałki.

W końcu odwróciła się do tego wszystkiego plecami.

– Shelley, tak mi przykro. Wiem, że jest na mnie wściekły, bo nie chciałam go wpuścić do mieszkania, ale…

– Ja też go wyrzuciłem. Jest wściekły na nas oboje i właśnie nam to przekazał.

– Tak… – Kylie potrząsnęła głową. – Ale co to za przekaz?

Shelley nie odpowiedział.

Bez względu na to, co ten przekaz miał wyrażać, podany był bez żadnych niuansów.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

– Odwołuję się do zasady NPWZ – powiedziałem, gdy znów wyszliśmy na parking.

Na twarz Kylie wypłynął blady uśmiech. Gdy jest wściekła, prowadzi jak mistrz NASCAR, dlatego zawarliśmy umowę, która brzmi: „nie prowadź w złości”.

– Daj spokój, Zach. Nie rozbiłam żadnego samochodu od…

– Od stycznia – wpadłem jej w słowo. – To już prawie trzy miesiące.

Jej uśmiech stał się szerszy. Rzuciła mi kluczyki.

Ze studia do mieszkania Lynn Lyon przy West End Avenue było tylko piętnaście minut jazdy. Kylie gadała przez cały czas. Mówiła o wszystkim – od sprawy Eleny Travers, poprzez kradzieże w szpitalach, aż po moją sytuację z Cheryl i jak się nam razem mieszka. Tym jedynym, o czym nie wspominała, był słoń w samochodzie, czyli jej mąż narkoman.

Ale jestem pewien, że przez cały czas o tym myślała. Dała już sobie spokój ze wszystkimi radami, których udzielono jej na oddziale terapeutycznym. Kylie była uzależniona od działania i choć Spence być może nie dotarł jeszcze do dna, to na widok zniszczeń w Silvercup nie potrafiła pozostać bezczynna.

Zatrzymaliśmy się na parkingu przy Lincoln Towers, sześciu ekskluzywnych budynkach otoczonych ośmioma hektarami wypielęgnowanego krajobrazu pośrodku snobistycznej Upper West Side na Manhattanie. Nie było to miejsce, gdzie spodziewałbym się znaleźć kogoś, kto sprzedaje na czarnym rynku skradziony sprzęt medyczny.