Opis

W 1970 roku Günther Messner, młody włoski himalaista, poniósł śmierć podczas zejścia z Nanga Parbat. Zginął tuż po tym jak wraz z bratem, Reinholdem, pokonał nieprzebytą wcześniej ścianę Rupal, uchodzącą za najwyższe skalne urwisko naszego globu.

Przez lata narosło wiele wątpliwości wokół okoliczności tamtych dramatycznych wydarzeń. Starszy z Messnerów winą za śmierć brata obarczał kierownika wyprawy oraz innych jej uczestników. Max von Kienlin, który również brał udział w tragicznej ekspedycji, podejmuje polemikę z oskarżeniami stawianymi przez Reinholda Messnera.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 341

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Günther Messner

Tytuł oryginału
Die Überschreitung. Günther Messners Tod am Nanga Parbat. Expeditionsteilnehmer brechen ihr Schweigen
Projekt serii
MARIUSZ BANACHOWICZ
Projekt okładki
KRZYSZTOF CHODOROWSKI
Fotografia na okładce
© AMIR MUKHTAR/GETTY IMAGES
Redakcja
RADOSŁAW WYCZLIŃSKI
Korekta
URSZULA WŁODARSKA
Redakcja techniczna
KRZYSZTOF CHODOROWSKI
Copyright © 2003 at F.A. Herbig Verlagsbuchhandlung GmbH, München. All rights reserved.
Polish edition © Publicat S.A. MMVII, MMXVI (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
Wydanie nowe, zmienione, 2016
ISBN 978-83-271-5631-0

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: [email protected], www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

Prolog

Górę można przejść, wspinając się na nią z jednej strony, a schodząc z drugiej – podobnie jak przekracza się granice norm czy zdrowego rozsądku. Bywa jednak i tak, że to wszystko zdarza się jednocześnie.

Kiedy na przykład Cezar po wojnie galijskiej wraz z powierzoną mu przez senat armią przekroczył w 49 r. p.n.e. Rubikon, niewielką rzekę graniczną między Galią Przedalpejską a Italią, nie była to tylko zwykła przeprawa przez wodę. Przekroczył bowiem wówczas również wytyczoną mu granicę, prawny limit, doprowadzając tym samym do wybuchu wojny domowej w państwie rzymskim.

Niniejsza książka nie traktuje o wydarzeniach politycznych. Jest opowieścią o ludzkiej tragedii, o śmierci młodego człowieka, przyjaciela i kompana – śmierci, której w przekonaniu wszystkich uczestników owego zdarzenia można było uniknąć i której okoliczności po prawie 46 latach wciąż jeszcze pozostają niewyjaśnione.

Dwudziestoczteroletni wówczas Günther Messner poniósł samotną śmierć na Nanga Parbat, po tym jak wraz ze swoim bratem Reinholdem pokonał ścianę Rupal, uchodzącą za najwyższe skalne urwisko naszego globu.

Reinhold Messner, który stał się najsłynniejszym alpinistą na świecie, przez ponad trzy dziesięciolecia w książkach – począwszy od Czerwonej rakiety na Nanga Parbat (1971) aż po Nagą Górę (2002) – w prelekcjach oraz za pośrednictwem innych mediów opowiada dramatyczne historie na temat zdarzeń z 1970 r. które w zasadniczych punktach nie odpowiadają rzeczywistości. My, niegdyś koledzy jego i Günthera, zwłaszcza zaś ja, wówczas chyba najbliższy przyjaciel Reinholda, zawsze o tym wiedzieliśmy. Niektóre fakty otaczaliśmy jednak zgodnym milczeniem. Początkowo nawet doradziłem Reinholdowi wprowadzenie pewnych „korekt” w szkodliwej dla niego prawdzie. Kierowałem się chęcią pomocy, uczuciem przyjaźni, koleżeństwa, lojalności, które w mojej hierarchii wartości powinny stać ponad osobistym rozczarowaniem co do drugiego człowieka.

Tymczasem Messner uważa siebie za „pogromcę granic”, co w kontekście jego licznych przedsięwzięć na obszarze całego świata daje się zinterpretować jako igranie z fizycznymi granicami ludzkich możliwości. Przez lata na jego koncie znalazły się fenomenalne dokonania, których wielorakie aspekty dokładnie przybliżył swoim czytelnikom i słuchaczom.

Za te osiągnięcia należą mu się bezsprzecznie szacunek i sława, jak też związany z tym sukces, którego wielu z pewnością mu zazdrości.

„Miara rzeczy” nie polega jednak tylko na pokonywaniu naturalnych barier, wysokości i odległości. O wielkości i sensie życia decyduje przecież cały wizerunek człowieka, jego osobowość i humanizm, a więc to wszystko, co przeważnie bywa po prostu nazywane charakterem.

Mniejsze znaczenie ma to, co się robi, znacznie ważniejsze bowiem jest, jak się to robi!

Jak w takim wymiarze ocenić Reinholda Messnera – „pogromcę granic”, dowodzą między innymi jego najnowsze wypowiedzi na temat ówczesnych wydarzeń, oświadczenia, którymi przekroczył granice zupełnie innego rodzaju – granice uczciwości, taktu, przyzwoitości, lojalności, a także zwykłego miłosierdzia.

Po ponad 40 latach
Wszystko mogło przecież zostać po staremu

Nikt z nas, jego ówczesnych kolegów, nie czyhał ani nie czekał na sposobność korygowania Reinholda Messnera czy wręcz jego zdemaskowania.

Nadszedł jednak wieczór 4 października 2001 r. W monachijskim Muzeum Alpinizmu Messner zaprezentował nową książkę, biografię Karla Marii Herrligkoffera, opublikowaną w dziesiątą rocznicę jego śmierci. Ni mniej, ni więcej, chodziło w tym przypadku akurat o człowieka, który o mały włos nie strącił wschodzącej gwiazdy Messnera, kiedy w 1970 r. jako jedyny publicznie przeciwstawił się relacjom Reinholda na temat śmierci jego brata.

Na obwolucie książki widnieją zapisane tą samą czcionką nazwiska autorów – Horsta Höflera i Reinholda Messnera – oraz zdjęcie tego ostatniego. Stopka redakcyjna informuje czytelnika o tym, że wydawcą publikacji jest Niemiecki Instytut Badań Zagranicznych (Deutsches Institut für Auslandsforschung), niegdyś „prywatne zaplecze” dra Herrligkoffera, które jakiś czas temu – między innymi z przyczyn finansowych – przeszło w znacznym stopniu w ręce Reinholda Messnera, co w kontekście sprzecznych interesów w przeszłości może dzisiaj wydać się co najmniej zastanawiające.

Podtytuł Pasja, zwycięstwo, kontrowersje ma sugerować, że oto zasłużony szef licznych ekspedycji zostaje nareszcie w sprawiedliwy sposób uczczony. Opowieść o życiu i przedsięwzięciach doktora zdobią piękne ilustracje. Oczywiście mowa w niej również o ekspedycji na Nanga Parbat w 1970 r.

Podczas prezentacji książki obecnych było również dwóch uczestników tamtej wyprawy: Gerhard Baur i Jürgen Winkler. Ze zdumieniem usłyszeli oni, jak Messner nagle bierze pod lupę ówczesny zespół ekspedycyjny i kieruje pod jego adresem oskarżenia:

„Dzisiaj mogę powiedzieć, że podjęcie decyzji o tym, by nie iść w dolinę Diamir, nie było błędem Herrligkoffera, lecz raczej błędem uczestników wyprawy”.

A potem jeszcze: „Niektórzy, starsi ode mnie, nie mieli przecież nic przeciwko temu, by po braciach Messner zaginął wszelki ślad, i właśnie to jest tragedią”.

Baur i Winkler z oburzeniem przerwali wypowiedź Messnera i zaprzeczyli tym oszczerstwom. Messner nie wycofał się ze swoich twierdzeń, starał się jedynie zachować fason. Potem jednak, w kuluarach, jak mówią świadkowie, wpadł we wściekłość, przeklinając „monachijską mafię”.

W ten sposób otworzył się nowy rozdział w legendzie kreowanej przez Messnera. Biografia Herrligkoffera dementuje dotychczasową wersję wydarzeń, według której lider wyprawy, przekazując błędny sygnał o pogodzie, przyczynił się do śmierci Günthera. Do podtrzymania historii o niewinności Reinholda potrzebni byli nowi winowajcy.

W rozdziale Ekspedycja pamięci Sigiego Löwa książka zawiera nieuzasadnione i kontrowersyjne sformułowania, jak np.: „Z perspektywy czasu rodzi się pytanie, dlaczego wśród członków ekspedycji nie znalazło się kilku na tyle odważnych i rozsądnych, aby jako ekipa poszukiwawcza przejść przez przełęcz Mazeno do doliny Diamir. Dlaczego przynajmniej nie podjęto takiej próby?”.

Günther i Felix w obozie pośrednim

Spójrzmy też na zdjęcie powyżej: Günther Messner i Felix Kuen siedzą na materacu w jednym z obozów pośrednich. Nie patrzą na siebie; nie wiadomo, na co dokładnie patrzą. Na twarzy Günthera widnieje lekki uśmiech, Felix poważnie spogląda przed siebie. Komentarz do tej fotografii brzmi następująco: „Język ciała mówi więcej niż całe mnóstwo książek” – a wszystko to zamieszczone jest w tekście opisującym kontakt głosowy podczas wspinaczki i jego zerwanie.

Czytelnik zarówno tej, jak i innych relacji może odnieść wrażenie, że Felix żywił jakąś osobistą urazę do Günthera i dlatego nie okazał żadnego zaangażowania w niesieniu pomocy, mając w głowie tylko zdobycie szczytu. Cóż za dyletancka i obraźliwa polemika, zwłaszcza pod adresem nieżyjącego już towarzysza wyprawy. Za jego życia nikt nie odważyłby się na takie pomówienia!

W przedmowie zaś, napisanej tylko przez Messnera, czytamy:

„Również w 1970 r. dochodzi do spięć między kierownictwem ekspedycji a częścią uczestników”.

Czyżby zapomniał, że to właśnie on doprowadził do wytworzenia konfliktowej sytuacji z liderem wyprawy i że to z jego powodu rzeczona „część uczestników” została wciągnięta w owe „spięcia” z Herrligkofferem?

Kiedy Gerhard Baur zadzwonił do mnie i opowiedział o tym incydencie, nie krył oburzenia, ja zaś nie wierzyłem własnym uszom. Przysłowiowy zimny prysznic.

Od dawna nie zajmowałem się już tą sprawą. Mój Boże, ileż to czasu upłynęło! W 1995 r. zostałem raz jeszcze skonfrontowany z przeszłością. Gerhard i Margaret Baur zaprosili mnie wtedy wraz z moją żoną Annemarie na uroczyste przyjęcie z okazji 25. rocznicy ślubu. Zaproszenie skierowali do wszystkich kolegów, którzy uczestniczyli w pamiętnej wyprawie, również do wdów; przez te lata bowiem niektórzy uczestnicy ekspedycji ponieśli tragiczną śmierć.

Reinholda też zaproszono, lecz nie przyjechał. Złamał kość śródstopia na murach swojego zamku Juval. Przybył natomiast nieżyjący już dziś Werner Haim, mimo że w wyniku upadku był wtedy sparaliżowany od ramion w dół.

Z okazji tego spotkania snuliśmy tylko przyjemne wspomnienia. Bez agresji, bez obwiniania, nie mówiąc o zmarłych ani o nieobecnych. I wszystko mogło przecież tak pozostać!

Ale ta nowa prowokacja idzie za daleko. Nie możemy tak po prostu udawać, że nic się nie stało, i nadal milczeć. Nasza cierpliwość się skończyła.

Zbyt długo Reinhold mógł cieszyć się monopolem na pisanie i snucie opowieści o wszystkim według własnego widzimisię, chociaż każdy z nas dobrze wiedział, że niektóre rzeczy częściowo mijały się z prawdą.

Teraz więc chyba musimy być „na tyle odważni i rozsądni”, by nie pozwolić na kierowanie insynuacji ani pod adresem zmarłych, ani pod naszym. Tym razem wielki „pogromca granic” przekroczył granicę, uznając, że inni i tak już na zawsze pogrążyli się w zaciszu wiecznej tolerancji.

Fałszerstwa wymagają jednak korekty, w przeciwnym wypadku bezkrytycznie przejmie je historia wypraw górskich. Poza tym nasi wnukowie nie mogą przecież kiedyś przeczytać o tym, jak „największy alpinista wszech czasów” bezkarnie oczernia ich przodków!

Przekonaliśmy się, że Höfler bezkrytycznie zaakceptował wersję Messnera, nie sprawdziwszy jej. Podczas swoich „skrupulatnych badań”, które rzekomo przeprowadził, nie konsultował się z żadnym uczestnikiem ekspedycji.

Jedyna rozmowa telefoniczna, jaka odbyła się pomiędzy Horstem Höflerem a Gerhardem Baurem, dotyczyła przede wszystkim kilku fotografii przeznaczonych do zamieszczenia w książce. Nie było w niej już ponoć „miejsca” na relację Gerharda, który jako jedyny wspinał się z braćmi do ostatniego obozu, kiedy to w niebo wystrzelono fałszywy sygnał w postaci czerwonej rakiety, i który jako ostatni widział Reinholda przed zdobyciem szczytu, a Günthera przed śmiercią. „Niewiele byłem w stanie opowiedzieć Höflerowi – wspomina Gerhard Baur – a i to zostało potem jeszcze zniekształcone”.

Nieco później, w odpowiedzi na list czytelnika, samozwańczy „historyk” twierdzi, że krytykowane fragmenty książki – czyli owe pomówienia – należy rozumieć jako „zabieg stylistyczny”.

Dopiero teraz dowiedziałem się od Gerharda, że w bazie pod ścianą Rupal Reinhold rozmawiał o planie ewentualnego trawersu przez Nanga Parbat nie tylko ze mną, ale także z nim i z Jürgenem. Podczas tamtej rozmowy również Gerhardowi pokazał zdjęcie zbocza Diamir, leżącego po drugiej stronie góry. Nigdy nie rozstawał się z tą fotografią. Dotychczas sądziłem, że byłem jedyną osobą, która o tym wiedziała. Nasza dyskrecja była więc do niedawna tak dalece posunięta, że ową wiedzą nie dzieliliśmy się nawet między sobą!

Na początku 2002 r. ukazuje się następna książka Reinholda. Tym razem Messner jest jedynym autorem. Naga Góra jest odświeżoną przeróbką jego wspomnień z 1971 r., zatytułowanych Czerwona rakieta na Nanga Parbat, które wkrótce po wydaniu zostały sądownie wycofane z obiegu, ponieważ umowa ekspedycyjna podpisana przez wszystkich uczestników wyprawy z Niemieckim Instytutem Badań Zagranicznych Herrligkoffera kategorycznie zabraniała tego typu publikacji. Dlatego też w ocenach tej książki nikt nie wdawał się już w szczegółową analizę treściowych rozbieżności. Poza tym w błędnym sygnale rakietowym sąd nie dopatrzył się bezpośredniej przyczyny śmierci Günthera, a tym samym nie mógł uznać szefa wyprawy za winnego tragedii. Wniesione przez Messnera oskarżenie o nieumyślne spowodowanie śmierci nie pociągnęło więc za sobą żadnych konsekwencji.

Gdy nakaz sądowy wszedł w życie, sprzedano już jednak znaczną część pierwszego nakładu książki. Tak przynajmniej twierdził jeden z ówczesnych adwokatów Messnera. Z tego powodu, jak też dzięki wielu innym relacjom, opinia publiczna – jakkolwiek poza marginesem prawa – została dobrze zapoznana z Messnerowską wersją wydarzeń i w znacznej mierze przekonana o ich prawdziwości.

Wygląda na to, że ówczesna konstelacja prawna, uwarunkowana kontraktem ekspedycyjnym, uległa diametralnej zmianie, bo przez jakiś czas Reinhold piastował nawet wpływowe stanowisko we wrogim mu niegdyś Instytucie...

Ta powtórkowa książka zawiera więcej pięknych ilustracji, istotne szczegóły opisane są to pobieżnie, to znów dokładniej, tekst jest napisany dojrzalszym, wprawniejszym stylem, a polemika jest o wiele zręczniej wpleciona w narrację. Messner uważa ją za „swoją najgłębszą, najważniejszą książkę”.

„Kluczowe doznanie mojego życia nastąpiło dawno temu [...]. Przejście (!) przez Nanga Parbat w 1970 roku, z południa na północny zachód, było więc dla mnie czymś więcej niż przejściem w geograficznym sensie tego słowa. Było jakby przekroczeniem granicy między życiem a śmiercią: z życia do śmierci, ze śmierci do życia”.

Ów cytat ma wymowę bardzo wieloznaczną.

Oprócz tego książka zawiera wiele znanych, pełnych fantazji nieprawd i sprzeczności, przechodzących niekiedy w sentymentalny samozachwyt i bajeczne mrzonki.

Echa publikacji nie dają długo na siebie czekać. Oto odzywa się Hans Saler, współuczestnik wyprawy mieszkający w Chile. Pisze otwarty, szczery list do Reinholda:

„Czuję się przede wszystkim zobowiązany wobec nieżyjących członków ekspedycji, którzy już nie mogą się bronić przed Twoimi pomówieniami”. (Por. rozdz. Głosy kolegów).

Również Gerhard Baur i Jürgen Winkler sporządzają teraz relacje oparte na własnych doświadczeniach i dążą do ich opublikowania. Na podstawie precyzyjnych badań wyraźnie dostrzegamy mozaikę nieprawd, braku logiki, a częściowo nawet jaskrawych sprzeczności, jakie w ciągu lat nagromadziły się w repertuarze Messnera. Baur dowodzi, jak często Reinhold cytuje innych w swoich książkach i jak zręcznie opuszcza przy tym decydujące fragmenty tych cytatów, przez co wypowiedzi nabierają wypaczonego znaczenia, np. Feliksa Kuena można podejrzewać o zaniedbanie, czy wręcz zignorowanie wołania o pomoc.

W kwietniu 2002 r. natrafiam w wiedeńskim magazynie „profil” na zrozumienie dla naszej sprawy. Tytułowy artykuł jest kontrowersyjny, uczciwy i obiektywny. Do słowa dochodzi również Reinhold, początkowo wyraża jeszcze respekt dla mnie, potem jednak polemicznymi zwodami stara się wybrnąć z uciążliwej sytuacji.

W prasie rozpętuje się prawdziwa burza – teraz piszą o tym także „Der Spiegel”, „Der Stern”, „Alpin”, „ff – Sudtiroler Wochenmagazin”, „Bild” i „Abendzeitung”. Temat z 1970 r. stał się znów aktualny, jest na ustach wszystkich, interesuje się nim i młodzież, i starsza generacja. Reinhold Messner wypowiada się o tej kontrowersyjnej sprawie 20 czerwca 2002 r. w programie Wernera Schmidbauera unter 4 Augen (W 4 oczy) w Bayrisches Fernsehen, tydzień później zaś w nadzwyczajnej audycji z tego samego cyklu również ja otrzymuję sposobność do riposty.

Tak oto po ponad 30 latach Nanga Parbat rzuca ponury cień na Messnera. Na światło dzienne wychodzą rzeczywiste okoliczności śmierci jego brata Günthera, skrywane dotychczas dyskretnym milczeniem kolegów.

W „profilu” ukazuje się wypowiedź Reinholda: „Może pan von Kienlin napisze w końcu swoją wersję”.

Spełniłem zatem jego życzenie! Niniejsza książka nie ma być jednak nową biografią Reinholda Messnera. To opowieść o okolicznościach, które doprowadziły do śmierci jego młodszego brata Günthera. Zostaną one przedstawione i możliwie najdokładniej wyjaśnione. Przede wszystkim jednak – omówione w kontekście zakresu odpowiedzialności.

To tragiczne doświadczenie chcę również potraktować jako przykład, jej bohatera – jako postać alegoryczną, a czyniąc tak, pragnę dociec, czy śmierć młodego Günthera i wszystkie wynikające z niej skutki przypisać należy tylko ludzkiej słabości, niefortunnej decyzji Reinholda, czy też może raczej bardzo ambiwalentnej postawie życiowej Messnera, która ukształtowała się jeszcze przed podjęciem owej fatalnej – a przecież niewymuszonej – decyzji, bądź też wykreowana została dopiero później, przede wszystkim dla usprawiedliwienia jego działań.

Pod lupą znajdą się zachowania i wypowiedzi Reinholda Messnera, postaci obecnie niewątpliwie bardzo znanej, a także podziwianej. Jego hierarchia celów i wartości nie pozostaje bez wpływu na otoczenie, i to zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym sensie. Dlatego też jego osoba znajdzie się nie tylko w centrum opisanych tutaj wydarzeń, ale także nakreślony zostanie pewien model postawy, który można krytycznie ocenić.

Nie chcę przy tym pomijać powszechnych problemów, jakie niesie ze sobą życie, a zwłaszcza współczesność. Niekiedy pozwalam sobie również na drobne dygresje na temat bardzo osobistych przeżyć i refleksji, nigdy nie tracąc jednak z oczu głównego wątku tej książki.

Aby jak najlepiej przybliżyć czytelnikowi tamto wielkie wydarzenie, doświadczone na „górze niemieckiego fatum”, muszę zacząć od samego początku, dokładnie nakreślić całe tło, by potem krok po kroku pokazać różnorodne formy „przekraczania granic”.

Góry
Strach, respekt, pasja

Od zarania dziejów góry budziły w ludziach głębokie uczucia. Pięły się z ziemi ku niebu, na spotkanie bogom, niczym ich trony. Masyw góry Synaj, góry Tabor, Ararat, Olimp i Kajlas stały się miejscami kultu religijnego.

Szczyty kamiennych piramid ginęły niekiedy w chmurach, po ich zboczach staczały się ku dolinom lodowe bryły, głazy i lawiny śnieżne, szalejące zaś w ich pobliżu burze wydawały się nadzwyczaj donośne i gwałtowne. Pogoda w danym regionie zależała w znacznym stopniu od ruchów mas powietrza w wyższych partiach gór, o których wierzchołki zaplątywały się deszczowe chmury. Wiatr wiał tam z doliny ku szczytom lub spadał zboczem w dół.

Wulkany natomiast budziły przerażenie, zdarzało się, że ich ogień unicestwiał okoliczne osady, a dym zaćmiewał słońce.

Wszystko to stanowiło wystarczające powody, aby od owych nienadających się do zagospodarowania kolosów trzymać się z daleka, nie mówiąc już o uchodzącym wówczas za bezsensowne wspinaniu się na nie.

Równiny leżące w pobliżu łańcuchów górskich były za to przyjazne i urodzajne, z gór spływała ku nim świeża woda, a niedostępne bezdroża masywu chroniły mieszkańców przed inwazją obcych wojsk – niekiedy o wiele skuteczniej niż rzeki czy morza.

Tak też myśleli jeszcze w 218 r. p.n.e. starożytni Rzymianie, sądząc, że Alpy zapewnią ich ziemiom bezpieczną osłonę od północy. Z zadowoleniem spoglądali na znajdujące się pod ich kontrolą wody wokół Półwyspu Apenińskiego, tymczasem Hannibal wraz z ponadstutysięczną armią wyruszył z północnej Afryki poprzez Hiszpanię, południową Francję i Alpy, by swoim atakiem zupełnie zaskoczyć nieprzygotowanych Rzymian. Górska przeprawa Kartagińczyka pociągnęła za sobą ciężkie straty, przeważnie spowodowane upadkami w przepaść lub spadającymi głazami, kiedy ciągnął przez alpejskie pustkowia, by dotrzeć do Przełęczy św. Bernarda. Pokonawszy jej siodło, brnął przez śnieg i lodowce, w ciągłej obawie przed lawinami, dalej ku dolinom. Tam zaś, stoczywszy kilka zwycięskich potyczek, ostatecznie poniósł porażkę.

Jego przeprawa przez Alpy należy do najsłynniejszych epizodów starożytności i nawet jeszcze dziś rozpala wyobraźnię uczniów na lekcjach historii.

Wyczyn ów powtórzył w 1796 r. Napoleon na czele armii wyposażonej w ciężką artylerię. W tamtych czasach wiedza, doświadczenie i ekwipunek były jednak znacznie lepiej rozwinięte, stąd też przeprawa ta była nieporównywalna z marszem Hannibala.

Zawsze tak jest: pierwszy wyczyn cechuje niepowtarzalna, przełomowa aura „prawybuchu”, sięgnięcia po dotąd nieznane możliwości. Oznacza ona nie tylko likwidację istniejących uprzedzeń, ale też nierzadko zmienia nasze spojrzenie na świat.

W drugiej połowie XIX w. przepojony racjonalnymi poglądami epoki oświecenia Europejczyk został skonfrontowany z nowym, romantycznym obrazem przyrody. Góry jawiły się teraz w zupełnie innym świetle, a coraz więcej zamożnych ludzi mogło sobie pozwolić na dalekie podróże.

Nie było już nowych lądów do odkrycia. Dotarto nawet do źródeł Nilu. Inkowie i Aztekowie zostali już dawno wytrzebieni, a Indianie północnoamerykańscy złożyli broń. Kolej żelazna kwitła, terytoria kolonialne zostały podzielone, a ich lwia część znalazła się w rękach Anglików, oni też stali się najbardziej zapalonymi turystami na świecie.

Jeden z nich – Eduard Whymper – trafił w 1861 r. w Alpy Pennińskie, do miasteczka Zermatt. Tu jego oczom ukazała się sylwetka góry marzeń: Matterhorn (4532 m n.p.m.). Pomysł zdobycia tej wspaniałej piramidy, wspięcia się na jej szczyt, stał się obsesją Whympera. Po wielu nieudanych próbach udało mu się tego dokonać w 1865 r. wraz z sześcioma kolegami. W trakcie zejścia rozegrał się dramat: pękła lina i czterech śmiałków poniosło śmierć, spadając w ponadtysiącmetrową przepaść.

Chociaż wcześniej inne szczyty były już zdobywane przez – przeważnie rodzimych – wspinaczy, to tragedia na tej najbardziej imponującej górze Alp wywołała prawdziwą falę entuzjazmu dla aktywnego alpinizmu. Whymper stał się sławny i rozpoczęła się rywalizacja o zdobywanie dziewiczych szczytów i pionierskie laury.

Od tamtej pory cenę życia za Matterhorn zapłaciło ponad 500 osób. Najczęstszymi przyczynami owego ponurego żniwa były brak doświadczenia, nagłe zmiany pogody i związana z tym śmiertelna hipotermia lub wypadki.

Whymper zdobył potem jeszcze inne szczyty, między innymi południowoamerykański Chimborazo (6310 m n.p.m.) w 1880 r., a więc niewątpliwie górę znacznie wyższą i bardziej egzotyczną niż jakikolwiek wierzchołek Alp. Nic już jednak nie przysporzyło mu większej sławy niż owa pionierska wyprawa na Matterhorn.

Ludzie interesują się bowiem nie tyle samymi wyczynami, ile raczej ich dramatyczną otoczką.

[...]