Śmierć frajerom. Tajemnica skarbu Ala Capone - Grzegorz Kalinowski - ebook
Opis

Trzecia część cyklu "Śmierć frajerom" rozgrywa się w Chicago, dokąd Heniek Wcisło ucieka przed ścigającym go aspirantem Karolem Denhelem. Kluczowe sceny będą się jednak rozgrywały w Warszawie, która jest rodzinnym miastem Heńka oraz autora powieści. 

Po dramatycznych wydarzeniach, które miały miejsce w ostatnich scenach "Złotej maski", Heniek Wcisło jest zmuszony na jakiś czas opuścić Warszawę. Zatrzymuje się w Chicago, gdzie poznaje zupełnie nowy świat. Świat gangsterów, prohibicji, zawodowego bosku, golfa, awiacji i jazzu. Heniek z nową tożsamością i wachlarzem fałszywych i prawdziwych paszportów zwiedzi San Francisco i Hollywood, a w Nowym Jorku zawita zarówno do Metropolitan Opera, jak i do Cotton Clubu. Świat szalonej muzyki, szybkich, wielkich pieniędzy, jeszcze szybszych samochodów oraz wyzwolonych kobiet wciągnie Heńka, ale nie na tyle by zechciał zostać tam na stałe. Po powrocie z Ameryki Heniek stanie się szanowaną postacią, człowiekiem o silnej pozycji w warszawskim towarzystwie, ale przeszłość oczywiście nie pozwoli mu o sobie zapomnieć. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 864

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Adrianna Michalewska

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Monika Paduch

Zdjęcie wykorzystane na okładce © CREATISTA/Shutterstock

Autor i wydawnictwo dziękują panu Andrzejowi Żmirkowi za udostępnienie mapy wykorzystanej na wewnętrznej stronie okładki (plan Warszawy z 1929 r.)

© by Grzegorz Kalinowski

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

ISBN 978-83-287-0415-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2016

FRAGMENT

Mamie, która nas opuściła

Synom, którzy są przyszłością

PROLOG

Warszawa, jesień 1930

Aspirant Kornel Strasburger w swojej policyjnej karierze widział już wiele: porąbane trupy, topielców wyciągniętych po miesiącach z nurtu rzeki, ofiary wybuchów, ale to, co zobaczył w dorożkarni na Siekierkach, odjęło mu mowę. Na ziemi, w kałużach krwi, leżało pięciu ludzi rozsiekanych kulami. Ich ciała, a raczej to, co z nich zostało, były podziurawione jak sito. Niektóre kule utknęły w zabitych, inne poprzewiercały ich na wylot, a jeszcze inne po prostu nie trafiły w cel, więc wbiły się w ściany i meble. Śladów po pociskach było tak wiele, że nie dało się ich zliczyć. Strasburger zdjął kapelusz, ale nie z szacunku dla zmarłych, bo byli to znani policji kryminaliści, tylko po to, by ochłonąć.

– Cie choroba – odezwał się przodownik Zygmunt Stolarczyk. – Jak oni to zrobili, ilu ich było? – zastanawiał się zakłopotany, chociaż był starym policyjnym wygą.

– To przecież wygląda jak robota wykonana przez pluton wojska lub ciężki karabin maszynowy – powiedział niepewnym głosem Strasburger, bo sam nie do końca wierzył w to, co mówi. – Ktoś musiał tu wstawić maszynkę.

– Szef wie, że to przecież niemożliwe, po pierwsze miejsca mało, a poza tym… Nie ten kaliber – uśmiechnął się Stolarczyk, który właśnie przypalił sobie papierosa. – Zapalisz, komisarzu?

Na nieregulaminowy zwrot Kornel Strasburger zareagował jak zwykle bez zbędnego komentarza. Znali się zbyt dobrze, by Zyga Stolarczyk mówił do niego per panie komisarzu. Oczywiście tylko wtedy, gdy byli sami, jak teraz, nie licząc pięciu gości, którzy już nic nie usłyszą i nikomu nic nie powiedzą. Strasburger bez słowa wziął papierosa i włożył go do ust. Stolarczyk podał mu ogień. Tytoń i bibułka szybko zajęły się żarem. Aspirant chciwie zaciągnął się dymem i raz jeszcze spojrzał na zwłoki.

– Sam chyba widzisz, że to niemożliwe – raz jeszcze zagadnął Stolarczyk.

– Tak, to niemożliwe – przyznał Strasburger, lustrując zwłoki. – To same kiziory, tylko szemrani i w dodatku z bronią. Nie dość, że ktoś ich musiał zaskoczyć, to na dodatek tamci mieli wielką przewagę i dużo czasu.

– Nie tak dużo, nie tak dużo – dołączył się krawężnik z komisariatu przy Łazienkowskiej, który przestąpił właśnie próg meliny. – Okoliczni mówili, że było ich dwóch, a może trzech, i że trwało to jakąś minutę, na pewno nie dłużej. Poszło migiem, tak mówią.

– Minutę? – zdziwił się komisarz.

– Tak, minutę. – Stolarczyk pokiwał głową na potwierdzenie własnych słów. – To znaczy od momentu, gdy usłyszano strzały, sama strzelanina, ma się rozumieć. Jedni mówili, że to było tak, jakby wojsko biło z karabinu maszynowego, ale z kolei Nowakowa, która sprząta w biurze, mówi, że zdawało się jej, jakby urzędnicy walili w maszyny do pisania. Tra ta ta ta – przez parę sekund i przerwa, a później znów, ale krócej. Tra ta ta – przerwa i króciutko tratata! A potem jeszcze dwa pojedyncze wystrzały. Jej mąż służył w kompanii ciężkich karabinów maszynowych i twierdzi, że stara ma rację. To nie mógł być browning.

– Widziano kogoś? – zapytał z nadzieją Strasburger.

– Tylko przez moment, bo ludzie wybiegli z domostw dopiero po strzałach, a dorożkarnia stoi na uboczu. – Krawężnik pokręcił głową. – Tego, jak podjechali autem, nie zauważono, ale jak odjeżdżali – tak. Widziano oddalającą się we mgle maszynę, a w środku, dwie, a może trzy sylwetki. O trzech ludziach mówił tylko jeden świadek. Twarze mieli zasłonięte – zakończył raport mundurowy.

– To było formalnie tak, jak w tym amerykańskim Chicago! – podsumował Stolarczyk, zaciągając się dymem.

– I jak w Chicago nikt nic nie widział – dorzucił krawężnik. – Czytałem o tym w gazetach. Podjeżdżają limuzynami i walą z tych swoich pistoletów maszynowych, nie stawiając nawet nogi na trotuarze. Walą w biegu i tyle ich widzieli.

Strasburger zadumał się, warto słuchać ludzi, czasem nawet zwykły mundurowy może coś ciekawego powiedzieć.

– Dziękuję za tę uwagę, a czytanie, panie posterunkowy, to piękna rzecz, bo im więcej się wie, tym lepiej – pochwalił starszego od siebie, ale młodszego policyjnym stopniem mężczyznę.

Posterunkowy wyszedł przed melinę, by odegnać ciekawskich, a Strasburger przysiadł na stole stojącym pośrodku pobojowiska. Czuł się jak podróżnik, którego wysadzono z łodzi na atrakcyjny, lecz kompletnie nieznany brzeg. Zwykle w takiej chwili powiedziałby coś do śmiechu, jakiś żarcik czy kawał, który spuentowałby sytuację. Z tego był znany nie tylko w Urzędzie Śledczym przy Daniłowiczowskiej, ale i w całej warszawskiej policji. Teraz jednak nic nie przychodziło mu do głowy. Czuł się bezradny, jak przysypany lawiną, bo takiej sprawy jeszcze w swojej karierze nie prowadził, ale przecież wielu śledczych przed nim, a i nawet on sam, doświadczało od czasu do czasu tego stanu.

Zaciągnął się raz jeszcze, stanął w progu i rzuciwszy papierosa, wgniótł obcasem w ziemię niedopałek. Po chwili poszukał w marynarce papierośnicy. Wyciągnął faraona i zapalił, czując lekki powiew optymizmu. Przecież skoro inni sadzali Szpicbródkę, a on sam złapał warszawskiego Kubę Rozpruwacza, to może i teraz mu się poszczęści. Nie ma przestępcy, który nie popełniłby błędu czy nie zostawiłby jakiegoś śladu. Nie ma też tajemnicy, która nie wypłynęłaby po jakimś czasie w szynku czy burdelu albo pokoju przesłuchań. To nie jest jakieś tam szczęście czy przypadek, tylko ciężka policyjna robota. Musi zajrzeć do archiwów i sprawdzić dossier nieboszczyków. Trzeba poczytać, za co i z kim siedzieli, jakie mieli znajomości, powęszyć, co ostatnio robili, gdzie przebywali, trzeba puścić w miasto psy gończe i porozmawiać z informatorami. Na razie musiał się uzbroić w cierpliwość.

Na miejsce przybyli kolejni policjanci z Łazienkowskiej, jednego z nich odesłał do bernardynów, bo tam był telefon. Dał mu numer do laboratorium na Ciepłej, niech przyjadą, może znajdą coś ciekawego. Było już dwóch mundurowych do pilnowania gapiów i tego całego bałaganu, więc mógł się zabrać do rozmów z miejscowymi. Może ktoś coś widział, niekoniecznie teraz. Na razie mieszkańców Siekierek przesłuchiwał Stolarczyk, umiał to robić lepiej niż większość śledczych, można było o nim śmiało powiedzieć, że należy do najlepszych w swoim fachu. Mając taki luksus, aspirant Strasburger mógł się zatopić w rozmyślaniach. Uznał, że papierosowy dym pomoże, szkoda, że nie było kawy, chłopaki z Ciepłej na pewno przywiozą ją w termosie, ale trzeba będzie długo czekać. Pozostało spojrzenie po raz setny na miejsce zbrodni, sięgnięcie po kolejnego papierosa i powtarzanie pod nosem tego, co usłyszał od posterunkowego z Łazienkowskiej:

– Jak w Chicago, nikt nic nie widział. Tam podjeżdżają limuzynami i walą z tych swoich pistoletów maszynowych, nie stawiając nawet nogi na trotuarze. Walą w biegu i tyle ich widzieli.

CZĘŚĆ PIERWSZA OTO AMERYKA

Floryda, Miami, 21 kwietnia 1986

Kwadrans przed rozpoczęciem programu Tajemnica kryptyAla Capone

„Prezydent” siedział wygodnie w fotelu i czekał na program, który miał wstrząsnąć Ameryką. Cwaniak z telewizji, Geraldo Rivera[1], obiecał widzom, że w specjalnym programie Tajemnica krypty Ala Capone[2] dotrze do tajnej skrytki gangstera wszech czasów. Rivera w trakcie telewizyjnej transmisji miał wejść do zamurowanego pomieszczenia w piwnicach hotelu Lexington. Przez parę lat w gmachu przy 2135 South Michigan Avenue Al miał kwaterę, a teraz była to przeznaczona do rozbiórki ruina, w której grzebał telewizyjny poszukiwacz sensacji. „Prezydent” doskonale znał to miejsce i aż się uśmiechnął na wspomnienie dawnych czasów. Sięgnął do szuflady i wyjął cygaro, z którym zamierzał zrobić coś nielegalnego. Lekarz zabronił mu i cygar, i papierosów. Piwa też, a tymczasem i tak browarek chłodził się w lodówce. Dolores nie było w domu, pojechała z przyjaciółkami do restauracji, więc musiał radzić sobie sam. Tak było lepiej, bo program, taki jak ten, na pewno uruchomiłby w niej babską ciekawość. Zaczęłaby go pytać o tamte czasy, zupełnie niepotrzebnie, bo wiedziała, że jej nic nie powie. Przecież założył na plotki embargo, takie jak Ameryka na Fidela. O niektórych rzeczach może mówić tylko z najbardziej zaufanymi chłopakami z gangu, a nie z młodszą o dwadzieścia lat żoną.

Wstał z fotela i ruszył w kierunku kuchni, gdzie królowała potężna dwuskrzydłowa lodówka. Wyciągnął z niej butelkę piwa. Pociągnął łyk i pomyślał o czasach, gdy prawdziwe piwo było zakazane. Wielu dorobiło się na prohibicji, ale niewielu ocaliło majątek. Bo z kasy trzeba umieć korzystać, nie można być kutwą ani też szastać szmalem na lewo i prawo, jak – nie przymierzając – Al Capone.

Człowiek z blizną, nie skorzystał ze swoich bogactw, rozpuścił je albo stracił na rzecz Wuja Sama. To były tak wielkie pieniądze, że ludzie myślą, że coś z tego musiało zostać. Dlatego tak bardzo ciekawiło ich, co znajdzie cwaniak z telewizji. Program miał się zaraz zacząć, od startu dzielił go tylko ostatni blok reklamowy.

I 1927. Wyprawa do raju

Poczuł coś na karku, ocknął się, przebudził. Choć chciał spać, bo był już wyczerpany i wciąż lekko pijany, to jednak od razu było mu błogo.

– Jesteś doskonały – usłyszał jej głos. Gładziła go po plecach dłonią, a po chwili dotknęła czule wargami szyi.

Było mu dobrze, tak dobrze, jak nie było od wielu tygodni. Znów poczuł podniecenie, z początku delikatne, a z czasem coraz mocniejsze. Ileż można? – pomyślał. Wiele razy, bez przerwy, na okrągło. Wciąż miał siły, a znużenie mijało jak ręką odjął.

– To ty jesteś doskonała, Patricio – odpowiedział i odwrócił się w jej stronę. Objął ją ramieniem, przysunął się bliżej. Zaczął ją pieścić. Nie trwało to długo, szybko dała mu do zrozumienia, że chce więcej. Przyciągnęła go, mrucząc:

– Heinrichu, Henry… O tak, właśnie tak, dobrze, nie przerywaj.

Tak wyglądały jego ostatnie dwa dni, rozkoszne, pełne igraszek i wyuzdania. Katastrofa i ucieczka zmieniły się w podniecającą przygodę, w zabawę, która rozgrywała się między elegancką sypialnią, suto zastawionym stołem i barem z doskonałym alkoholem. Było mu dobrze, tak dobrze, że zapomniał o tym, w jak podłym położeniu się znajdował.

Dwa miesiące wcześniej był zbiegiem, którego ścigała policja, wiał przez góry, balansując na granicy życia i śmierci, uciekając nie tylko przed swoim osobistym wrogiem aspirantem Denhelem, ale i przed lawiną. A przecież niedawno zerwał z kasiarstwem i lewymi interesami, ustatkował się, przykładnie opiekował swoją siostrzyczką i babcią, wreszcie planował wspólną przyszłość ze swoją miłością, Leokadią Rostocką. Myślał o tym usilnie, choć wiedział, że było to budowanie zamków na piasku. Przecież, prędzej czy później, papcio panny Leokadii doszedłby do tego, że jego córka, będąca znakomitą partią, odrzuca awanse wszystkich tych dziarskich, majętnych i ustosunkowanych kawalerów nie dlatego, że chce się poświęcić nauce, jak jej mistrzyni Maria Skłodowska-Curie, ale dlatego, że jej serce i ciało należą do jednego z ludzi, z którymi on walczy.

Edward Rostocki był zastępcą naczelnika Wydziału Bezpieczeństwa Publicznego w Komisariacie Rządu na miasto stołeczne Warszawę, nie był więc gamoniem. Kiedyś musiał się zorientować, a jak nie on, to brat Lodzi, ten elegancki oficerek w błyszczących szklankach i rogatywce. A może jeszcze inaczej zakończyłby się ten ich wielki bal? Przez niedyskrecję jednej z zaufanych koleżanek, wścibstwo służącej, czy niefortunne wyjście do lokalu lub teatru. Kiedyś kapitan Beniowski przyuważył ich w Cristalu, ale Beniowski to Beniowski. Stało się jeszcze inaczej. Inaczej, choć nie zaskakująco, bo Heniek cały czas podskórnie wyczuwał, że znajdzie się jakiś pies, który pozna jego tajemnicę.

Niewielu wiedziało o tym, że niedoszły absolwent szkoły Wawelberga, prawie „pan inżynier” bez matury i kawaler Krzyża Walecznych, to były członek gangu Stefańskich i współpracownik samego Szpicbródki. Ale przecież nie takie tajemnice wychodziły na jaw, nie takie asy jak on wpadały w ręce policji i sądów, nie takie przypadki się zdarzały. Okazało się, że ten był jak najbardziej typowy; zawiedzione uczucia i zemsta. Skąd mógł przypuszczać, że do jego Leokadii smalił cholewki młody, ambitny pies z Urzędu Śledczego. Ona sama pewnie o tym nie wiedziała. Ten cały aspirant Denhel poświęcił prawie dwa lata, by dojść do tego, kto mu tak bardzo pokrzyżował plany względem Leokadii. Gdy Karol Denhel był na jego tropie, on przez swoje zobowiązania towarzyskie wpakował się w dwie hece, przez które narobił sobie kolejnych tyłów.

Najpierw pomógł nawiać z poznańskiego aresztu wspólnikowi i przyjacielowi Szpicbródki Adamowi Stemplowi, a następnie, po raz kolejny, wziął udział w „robótce” dla „dwójki”[3]. Jego przyjaciel od lat najmłodszych, kapitan Juliusz Beniowski, jeszcze jako peowiak[4] wpakował go w skok na kasę, w której niemiecki agent trzymał dokumenty. Później poszło z górki. Zdolny młody ślusarz nauczył się, że z kas można wyciągać nie tylko tajne dokumenty. Za ochronę przed policją i niezłą stawkę – był to bardziej szantaż niż propozycja – zrobił dla kapitana skok na kasę czerwonych agentów. Wynikły z tego same kłopoty, ale wiać musiał dopiero po ostatniej robocie.

Beniowski poprosił go o pomoc przy rabunku indiańskiej złotej maski. Polski wywiad wojskowy dobrze żył z japońskim, a ich mikado i premier obiecali pomóc Peruwiańczykom w odzyskaniu części inkaskiego skarbu. Verne, Vulpius i Dumas razem wzięci nie wymyśliliby takiej figury. A może wymyśliliby, gdyby wiedzieli, że to w Polsce zakończyła życie Umina, księżniczka Inków, i że to pod Tatrami trzeba szukać drogocennego przedmiotu. Miało być łatwo, ale poszło jak zawsze, zupełnie inaczej. Zamiast prostego skoku, który mogliby zrobić wsiowi złodzieje, zrobiła się chryja z niepotrzebnym trupem, bo Jędruś Olczański, góral, który był z nimi, musiał wyrównać rachunki sprzed lat i wypalił w łeb Kadarowi, sługusowi barona Jungenfelda.

Później była ucieczka sportową lancią po tatrzańskich serpentynach, a następnie pieszo przez góry. Nie powinni tego robić, bo w żlebach leżał jeszcze śnieg po zimie, a nagłe załamanie pogody sprawiło, co zdarza się w czerwcu niezwykle rzadko, że napadało mnóstwo świeżego puchu. Poszli jednak, bo śledczy Denhel zorganizował na nich obławę. Aspirant z warszawskiego Urzędu Śledczego, który, rozgryzając jego sprawę, przyjechał do Zakopanego, przekonał miejscowych stójkowych, że to Wcisło i Murakami zabili Kadara i okradli barona Jungenfelda. Zakopiańska policja puściła się więc w pościg za dwójką turystów oraz ich przewodnikiem Jędrusiem Olczańskim. Denhel nie miał dowodów, ale był tego pewien, a przynajmniej chciał być pewien, bo i tak pragnął pod byle pretekstem zatrzymać Heńka. W Warszawie nazbierał dość, by go uziemić na ładnych parę latek. Skończyło się to wszystko zejściem lawiny, w której zginął japoński szpieg pan Murakami.

– O czym myślisz? – oderwała go od wspomnień Patricia. – Powiedz mi!

Chętnie by powiedział, ale nie mógł. Nie tylko dlatego, że była to jego tajemnica, po prostu wzięłaby go za mitomana, a może nawet i za wariata. Złota maska Inków, oficer cesarskiego Kempeitai i lawina w czerwcu! O tym teraz myślał, to właśnie wspominał. Brzmiało to jak czysta niedorzeczność, ale tak było! Innym się takie rzeczy nie przytrafiały, tylko jemu. Który to już raz to wspominał? Trzydziesty, pięćdziesiąty, a może setny?

Przez góry przeszli z Jędrusiem do Popradu, tam się rozdzielili i Heniek na starych niemieckich dokumentach, które wywiad wyrobił mu, gdy służył w powstaniu śląskim jako dywersant, dotarł do Berlina. Znów nosił nazwisko swoich kuzynów ze Skoroszy[5] i znów był Heinrichem Haasem. W stolicy Niemiec zameldował się w japońskim poselstwie i oddał złotą maskę oraz dokumenty pana Murakamiego. Okazało się, że jeden z urzędników doskonale znał misję Murakamiego, który naprawdę nosił nazwisko Mifune. Dyplomata – mimo cywilnego ubrania na bank był wojskowym – podziękował wylewnie i sowicie Heńka wynagrodził. To były duże pieniądze, mógł się teraz za nie urządzić za granicą. Na koniec urzędnik poselstwa, kłaniając się Heńkowi nisko i z szacunkiem, dał mu kartkę zapisaną japońskimi znakami, wyjaśniając, że jeśli kiedykolwiek wpadnie w kłopoty, a będzie w Japonii lub w jednej z japońskich ambasad albo nawiąże kontakt z japońskim wojskiem, to ma prosić o pomoc oficera Kempeitai i pokazać mu ten papier.

Heniek uprzejmie podziękował i od tego czasu nosił dokument przy sobie. Nie przypuszczał, żeby kiedykolwiek mu się przydał, traktował go raczej jak piękną pamiątkę, kartkę zacnego czerpanego papieru, na którym wprawne ręce wykaligrafowały jakieś magiczne znaki. Mógł to sobie czytać jak egipskie hieroglify albo żydowskie czy arabskie litery. Dokument stał się dla niego japońskim talizmanem, który kojarzył mu się ze wspaniałym człowiekiem, jakim był pan Yoshiho Murakami. Gdzież by go miał użyć? Nie wybierał się przecież do Azji, tylko do Ameryki, jako urodzony w Polsce niemiecki obywatel Heinrich Haas.

– Heinrichu, Henry, a co ty właściwie robisz, kim ty jesteś? – zapytała Patricia. – Z kim ja się tak bardzo zapomniałam? – Milczał, więc mówiła dalej. – Stać cię na pierwszą klasę, jesteś dobrze ubrany, nawet dość obyty, choć nie jesteś kimś z towarzystwa. Wyglądasz na kogoś, kto zarobił niedawno pieniądze, prowadzisz jakiś interes…

To dobre pytanie, pomyślał sobie, i nie ma na nie jednej odpowiedzi. Jest uciekającym przestępcą, współpracownikiem wywiadu, ale także człowiekiem interesu.

– Tak – odpowiedział. – Prowadzę interes.

Nie kłamał, tak w istocie było, od niedawna był przedstawicielem berlińskiej firmy Eisenschloss. Jej siedziba okazała się drugim adresem, który odwiedził w Berlinie. Dawniej była to uznana fabryczka, która jednak tak jak wiele innych podupadła w czasie wojny. Gdyby Eisenschloss produkował działa albo armaty… Produkcja kas pancernych nie była w tym czasie najlepszym interesem. Nieszczęście jednych jest szansą dla innych, skorzystali na tym ludzie kapitana Juliusza Beniowskiego. Decyzja okazała się szybka, bo kto produkuje, sprzedaje i serwisuje kasy, ten może więcej niż inni, więc dwójkarze wykupili firmę. Z tego pomysłu Beniowski był szczególnie zadowolony. Stary znajomy Heńka od lat nie chodził już w mundurze, a oficjalnie zajmował stanowisko dyrektora w Towarzystwie dla Handlu Zagranicznego Bałtyk– Świat, zatem Eisenschloss stał się dla niego kolejnym narzędziem wywiadowczej walki oraz źródłem nowych dochodów.

Kupili upadłe przedsiębiorstwo i byli przygotowani na to, że będą do niego dopłacać, ale Beniowski i chłopcy z „dwójki”, którzy siedzieli w Berlinie, mieli smykałkę do interesów i firma zaczęła przynosić dochody. Wkrótce ktoś dał cynk, że w Chicago są sklep i manufaktura do wzięcia za bezcen, więc postanowili spróbować ulokować się także w Ameryce. Tak powstała firma Iron Castle. Co im szkodziło, to już była ich forsa, a nie „dwójki”, bo szefowie dawno stracili kontrolę nad interesami grupy Beniowskiego, zresztą niewielu wiedziało, że jest taki oficer, a jeszcze mniej miało pojęcie, czym on się zajmuje. Iron Castle nie znaczyło dokładnie tego samego, co po niemiecku, ale także brzmiało nad wyraz dobrze.

Na razie amerykańską filią kierował przypadkowy gość z Berlina, Felix Magath. Przejął on trochę towaru w postaci blach, galanterii metalowej i przede wszystkim maszyny oraz budyneczek manufaktury. Herr Magath szykował produkcję na niemieckim patencie oraz sprowadzał kasy z Berlina. Miał opinię dobrego fachowca, a zarazem kutwy i nudziarza, ale jednocześnie człowieka niezwykle sumiennego i uczciwego. W Berlinie mówiono o nim, że jest pantoflarzem i gościem bez jaj, którego żona i córka traktują jak jo-jo na gumce. Nie podejrzewano go o to, że podejmie takie wyzwanie. Tymczasem Magath zgłosił się, bo płacili dobrze, a on spełniał warunki: pracował już dość długo w firmie i jako jedyny znał jak trzeba angielski. Gdyby nie to, że chciał zarobić na lepsze życie i liczył też na awans po powrocie z placówki, nigdy nie podjąłby takiej decyzji. Do Niemiec miał zamiar wrócić jak najszybciej zaraz po tym, jak ktoś będzie zdolny przejąć po nim interes. Siedział w Chicago półtora roku i usychał z tęsknoty za rodziną i Berlinem, chciał więc w trzy miesiące przygotować swego następcę i wracać do domu. W tym czasie Heniek miał zostać wprowadzony przez Herr Magatha w miejscowe układy i nauczyć się jako tako języka i zarządzania. Raporty finansowe z Chicago i stan konta amerykańskiej filii pokazywały jednoznacznie, że Heniek będzie miał wysoko postawioną poprzeczkę, ale jednocześnie może liczyć na dobre zarobki.

– Jesteś Niemcem, ale płyniesz tak jak ja z Cherbourga. Z Hamburga lub Bremy byłoby ci bliżej.

– Lubię zwiedzać, przez ostatnich parę lat Niemcy raczej nie podróżowali do Francji, wspomnienia są zbyt mocne.

– Wielka wojna… – Patricia zamyśliła się. – Wy w Europie wciąż do tego wracacie, my w Ameryce też. Niemcy nie są mile widziani, niemieckie imiona także, pamiętaj o tym, Henry, pamiętaj.

Zaokrętował się we Francji, bo taki spadek dostał po panu Murakamim. Mieli płynąć razem do Ameryki, celem Heńka było Chicago, a Japończyka San Francisco, z którego miał się udać do Japonii, wcześniej jednak Murakami miał coś do załatwienia w Paryżu. Bilety były na podróż z Cherbourga do Nowego Jorku, więc Heniek skorzystał z okazji i wpadł po drodze do Paryża, by przekonać się w końcu, jak wygląda miasto, o którym tyle słyszał od Leokadii i Mietka Kosiorka. Tam, gdzie mieszkał, było faktycznie elegancko, ze smacznym, choć nieco zbyt wymyślnym żarciem. Do tego zwiedzanie; wieża Eiffla, z jej szybką windą, robiła wrażenie, a ilość wina i serów oraz tłumy szykownych kobiet przyprawiały o zawrót głowy.

Podobało mu się bardziej niż w Berlinie, który wydał mu się, nawet jak na jego gusta, zbyt dekadencki. Było w niemieckiej stolicy coś odpychającego, kabarety bardziej przerażające niż śmieszne i z pozoru komiczni, ale w swej masie niebezpieczni, umundurowani ludzie. Jakieś pajace w uniformach; esamani i esesmani, wykrzykujący hasła i prowadzący bójki z komunistami. Berlin robił wrażenie miasta nadchodzącego końca świata, a Paryż pełen był życia i elegancji.

Do tej pory Warszawa wydawała mu się pępkiem świata, ale to, co zobaczył podczas podróży po Europie, kazało mu zadać sobie pytanie: jaki Paryż Północy, do cholery, jaki Paryż? Chyba tylko ruskie mogli dać Warszawie tak piękny przydomek. A my to kupiliśmy, pomyślał. Paryżew, a nie Paryż. Paryżew… Im dalej od centrum, tym gorszy bruk, a później całkowity brak bruku. Całe połacie miasta bez elektryki, kanalizacji i wodociągów, dzielnice bud i marnych domów. Może i takie były w Paryżu, ale ich nie widział, szukał, ale nie znalazł, idąc kilometrami po równych trotuarach i jadąc kolejką wzdłuż szeregów murowanych kamienic. Francja-elegancja. Może dlatego, choć uciekał z Warszawy, to za nią nie tęsknił. Był spragniony dalszych widoków, ciekaw świata. Cieszył się, że nie musiał płynąć z Hamburga czy Bremy z całym tłumem niemieckich emigrantów, tylko jako Heinrich Haas, młody, ale poważny człowiek interesu, startował za ocean z Francji.

W Cherbourgu zobaczył wieżę Eiffla oceanów. Do portu wpłynął jeden z najwspanialszych statków świata, RMS Majestic. Gdy przybywał z Southampton, prezentował się jak gigantyczna kamienica. Był potężny niczym Cedergren[6], z tym swoim czarno-czerwonym kadłubem, białą, wysoką na pięć pięter nadbudówką i trzema strzelistymi złotymi kominami. Majestic to był pomnik nowoczesności i możliwości człowieka! Heniek zrozumiał, czemu największe sterowce porównywano do transatlantyków, choć uważał, że porównanie do wieży Eiffla jest bardziej stosowne. Okręt mierzył prawie trzysta metrów, czyli niemal tyle, co paryska wieża. W broszurze przeczytał, że był dłuższy nawet od słynnego Titanica i jego braci. Titanic zatonął, a Majestic odbywał regularne rejsy z Europy do Ameryki.

Już samo wejście po trapie było jak przeniesienie się do innego świata. Heniek kroczył przy dźwiękach orkiestry, na pokładzie witali go oficerowie, a podczas uroczystej kolacji przemówił sam kapitan, pan Metcalfe. Witał Heńka i innych pasażerów pierwszej klasy, bo to, podobnie jak piękne kabiny, lepsze pokłady i wyborne jedzenie, było ich przywilejem. W jeden rejs zabierało się dwa tysiące stu czterdziestu pięciu pasażerów i drugie tyle obsługi: marynarzy, mechaników, kucht, kelnerów, muzyków i pomywaczy. Byli także lekarz i pielęgniarki oraz nianie do dzieci. Gdyby zebrać do kupy tych wszystkich ludzi, to byłoby tu parę gęsto zaludnionych kwartałów, ale każdy z innej parafii. Ten kolos był jak osiedle dla obsługi i hotele dla gości. I to hotele trzech różnych kategorii!

W trzeciej klasie płynęli ci, których na lądzie stać by było na odnajęcie jakiegoś kąta bez wygód lub na miejsce w domu noclegowym. Na Majesticu mieli wspólne sale z malutkimi okienkami oraz prycze, a kotłowało się ich aż ośmiuset pięćdziesięciu. Tam nikt nie myślał o wygodach, luksusach i zbytkach, dla nich liczyło się tylko dotarcie do Ameryki. Wygody były za to dla państwa podróżujących drugą klasą, którzy w trakcie podróży zatrzymują się może nie w hotelach pierwszorzędnych, ale na pewno porządnych. Dla tych, których stać było na Hotel Francuski, Savoy czy Rzymski, przygotowano pięćset czterdzieści pięć miejsc, co zajmowało o wiele większą przestrzeń niż ta, w której tłoczyli się pasażerowie trzeciej klasy. Najwyżej, z pięknymi widokami z kajut i apartamentów pierwszej klasy, mieszkało siedmiuset pięćdziesięciu bogaczy, dla których w Warszawie jedynymi możliwymi hotelami byłyby wyłącznie te pierwszorzędne: Bristol, Polonia Palace i Europejski.

Do świata tych niesłychanych luksusów trafił też Heniek. Piękne pokoje i apartamenty nie były jedynym przywilejem podróży w pierwszej klasie, Wcisło cieszył się, wraz z innymi majętnymi pasażerami, wielkim jak pałacowa oranżeria salonem z palmami, restauracją niczym w najlepszym hotelu oraz mniejszymi kawiarniami i salonikami, pokładami z leżakami, a także biblioteką. Największe wrażenie zrobił na nim basen, który wyglądał jak z ilustracji przedstawiających rzymskie łaźnie. Prowadziły do niego marmurowe schody, a strzeliste kolumny podpierały sklepienie ze świetlikiem. Całość przypominała atrium starożytnej willi, ale takiej lepszej, może nawet cesarskiej. Tak przynajmniej Heniek zaczął sobie wyobrażać otoczenie, w którym żyli najbogatsi Rzymianie. Oczekiwał po tym rejsie przygody i rzeczy niezwykłych, ale nie aż tak niezwykłych.

Było lepiej niż w książkach, które czytał, było jak w jakiejś bajce, chociaż w żadnej z nich statek nie był tak wielki i nie ciął fal z tak niebywałym impetem. W środku tego wszystkiego był on, syn majstra z Woli i spolszczonej Niemki ze Skoroszy, który jako majętny człowiek interesu Heinrich Haas stał się częścią eleganckiego towarzystwa. Po polsku na statku nie mówił nikt, francuskiego i angielskiego Heniek nie znał, ale dzięki niemieckiemu i rosyjskiemu oraz modnemu ubraniu, które kupił w Paryżu, był jednym z nich. Sprzedawca spisał się na medal, dobierając mu elegancki strój wieczorowy, w którym mógł zadawać szyku podczas uroczystych kolacji, oraz sportowy komplet do przechadzek po pokładzie. Pewności siebie dodało mu obycie, którego nabrał podczas zakopiańskich zabaw z oficerami, przemysłowcami i artystami. Poczuł się pewnie, może nawet zbyt pewnie. Od muzyki, szampana, widoku pięknych kobiet i zbytku, który tu panował, dosłownie zaszumiało mu w głowie, więc poszedł na nocny spacer po pokładzie. Myślał o tym, co zostawił w Warszawie. Babcia, Stefa, zemsta za śmierć matki i wreszcie Leokadia…

Nostalgia, zemsta i miłość szybko zostały usunięte z jego myśli przez alkohol i nie tylko. Spacerując po pokładzie, spotkał piękną, starszą od siebie, niezwykle szykowną damę. Na pewno była dobrze po trzydziestce, ale nie przeszkadzało mu to, wprost przeciwnie. Nabrał ochoty na kobietę dojrzałą i nieco wyniosłą, o pełnych biodrach i słusznych rozmiarów biuście. Podobała mu się także twarz o klasycznej urodzie i regularnych rysach oraz kasztanowe włosy. Z bliska zobaczył, że ma piwne oczy. Uśmiechnęła się do niego, a on zagadał po niemiecku. Zrozumiała. Okazało się, że jest Amerykanką, która wraca z wakacji. Spędziła je na Riwierze i w Paryżu.

Wypili przy barze szampana, potem poszli tańczyć, a następnie znów spacerowali po pokładzie. Po kolejnych tańcach i kieliszkach Patricia, bo tak się nazywała nowa znajoma, zaoferowała, że udzieli mu lekcji angielskiego. Tak też się stało, a intensywna nauka odbywała się zarówno podczas spacerów po pokładzie, jak i w czasie kolacji, a także później…

Heniek miał wyrzuty sumienia, ale łagodziło je ciało Patricii. Była piękną, gorącą babką, zupełnie jak Leokadia, która pozostała w Warszawie, ale tamta była dziewczyną, a ta dojrzałą kobietą. Każda dawała mu coś innego, miłość z obydwiema była pięknym przeżyciem. Myślał o tym z coraz większym spokojem, który mąciła mu tylko wizja jakiegoś obcego faceta, który mógłby wleźć do łóżka jego ukochanej. Tego by nie wybaczył! Złapał się na pełnej złości myśli, która zderzyła się natychmiast z inną. Nieomal słyszał głos Leokadii: Jak mi to mogłeś zrobić, łajdaku! Po czym szloch i przerywane płaczem pytanie: Dlaczego, dlaczego? Wizja wściekłej Leokadii była do zniesienia, ale wizja płaczącej powodowała uczucie gorsze niż kac.

– O czym myślisz, Heinrichu? A w zasadzie Henry. – Pogłaskała go po policzku. – Pamiętaj, że w Ameryce nie lubią Niemców prawie tak samo jak we Francji. Anglikom przeszło jakoś szybciej, ale za oceanem nie chcą niemieckich imion. Pamiętaj, od teraz jesteś Henry. A więc, o czym myślisz?

– O życiu, moja pani – odparł Heniek. – Znakiem tego z językiem niemieckim furory w Ameryce raczej nie zrobię…

– Już ci mówiłam, lepiej się z jego znajomością nie obnosić.

– Ale ty mówisz…

– Pamiątka rodzinna.

– To znaczy?

– To znaczy tyle, ile powiedziałam, i staraj się mówić do mnie po angielsku, w końcu miałam cię czegoś nauczyć.

Patricia była wspaniałą i tajemniczą kochanką, nie wyjawiła bowiem Heńkowi swojego nazwiska, ale próba zachowania incognito się nie powiodła. Nie z Heńkiem takie numery!

– Patricio, a dlaczego ty nie masz nazwisko? Dlaczego nie? – zapytał łamaną angielszczyzną. – Chcę znać nazwisko.

– Niech to będzie moją słodką tajemnicą – odpowiedziała daleko lepszym niemieckim i przeciągnęła się jak kotka.

– Robinson to wcale nie jest źle. To dobrze jest. Okay! – Heniek szlifował swój angielski.

Kobieta podskoczyła na łóżku.

– Skąd wiesz, jak się nazywam?

– Bo wszyscy to wiedzą!

– Przecież podróżuję incognito! – wykrzyknęła oburzona.

– Ale żeby wsiąść na statek, trzeba mieć jakieś dokumenty i bilet…

– Śledziłeś mnie jak jakiś prywatny detektyw? – Patricia odruchowo zasłoniła swą nagość pościelą, tak jakby jej ciało stanowiło dla Heńka jakąś tajemnicę. – A może ty jesteś prywatnym detektywem, George cię nasłał?

– Nic z tych rzeczy – zaśmiał się Heniek. – Część pasażerów i personel wie, kim jesteś, ale udaje, że to tajemnica, i gra z tobą w tę grę.

– Jeśli on się o tym dowie… – Lekcja angielskiego skończyła się definitywnie, ona mówiła po angielsku, a Heniek po niemiecku.

– George? – zapytał z uśmiechem Heniek. – Tak się nazywa twój mąż, prawda?

– Zamilcz!

– Nikt nas na niczym nie przyłapał, to tylko plotki… – zaśmiał się Wcisło. – Dlaczego mu to robisz? – Patricia Robinson patrzyła na niego, jakby nie zrozumiała pytania. – Jesteś, moja droga, mężatką, masz męża, to jasne jak słońce! A kim jest ten George, kierowcą? – mówił, śmiejąc się, bo bawiły go te kłamstewka kochanki. – Masz męża i go zdradzasz. Ale zdradzasz go ze mną i dlatego wcale a wcale cię za to nie winię. Ba, nawet to pochwalam!

– Bo to nudziarz! – wykrzyknęła. – Zdradliwy nudziarz! Nie chciał ze mną jechać do Paryża, nie chciał się bawić na Riwierze! Podejrzewam go o zdradę, te wszystkie aktoreczki, te jego wyjazdy w interesach! Oni uważają, że mogą mieć utrzymanki, chodzić po lupanarach, a kobiety… Miejsce kobiet jest w domu, tak uważają, ale koniec tego dobrego, panowie hipokryci!

– Mój angielski nie nadąża za twoim, Patricio, mów proszę po niemiecku!

– Jak trzeba, to doskonale rozumiesz – odpowiedziała i zaczęła mu rozpinać koszulę, którą właśnie na siebie włożył. – Za chwilę ostatnie śniadanie podczas tego rejsu… Nie możemy się na nie spóźnić, to chyba rozumiesz?

Heniek jak najbardziej rozumiał, pocałował ją w usta i położył dłoń na jej kształtnej piersi.

Pół godziny później zjedli śniadanie i tak zakończyła się ich znajomość, która nie miała przyszłości.

To był romans bogatej dojrzałej mężatki i szemranego chłopaka z Warszawy, co wciąż myślał o swojej ukochanej, którą zostawił po drugiej stronie oceanu.

II W krzywym zwierciadle

Pierwsze spotkanie z tym kontynentem było obiecujące, i to jak! Niemałą już chęć poznania Ameryki rozpaliła w nim Patricia, a w godzinę po wyjściu z kabiny jak piorun z jasnego nieba trafił Heńka widok Statui Wolności. Bez dwóch zdań, to Kolos Rodyjski naszych czasów, pomyślał Heniek. Jeśli symbol Nowego Jorku i Ameryki można było porównać do jednego z cudów świata starożytnego, to była tu także Latarnia z Faros. Jedna, druga, trzecia, czwarta, piąta, i kolejna, i jeszcze jedna… Gigantyczne budynki wyłaniały się z mgły jeden po drugim. Coraz wyraźniej było widać zarys miasta i Heniek szybko pojął, dlaczego amerykańskie niebotyki nazywano drapaczami chmur. Nie były tak wysokie jak wieża Eiffla, ale ich kamienne sylwetki robiły jeszcze większe wrażenie. Jeden z budynków wyraźniej od innych wybijał się ponad spowijającą zatokę mgłę.

– Patrzcie państwo, to najwyższy budynek świata, Woolworth Building! Mam tam swoje biuro – dumnie oświadczył jegomość z wąsikiem.

– A ten obok? – zapytała starsza dama.

– O, madame, to Pulitzer Building, jego starszy sąsiad i przez parę lat najwyższy gmach globu. Później były inne, wiele innych.

– Na ten przykład Singer Building – wtrącił się młodzieniec w słomkowym kapeluszu. – Jest przepiękny, wręcz boski – rozmarzył się.

Za chwilę został zagłuszony przez innych nowojorczyków, którzy, nie zważając na wiatr i zacinający deszczyk, komentowali widoki z górnego pokładu. Padały nazwy gmachów, opery, Central Parku, giełdy.

– To imponujące – mówili ci, którzy po raz pierwszy widzieli Nowy Jork.

– A będzie jeszcze wspanialej. – Młodzieniec w słomkowym kapeluszu stanął tyłem do panoramy miasta i machał rękoma jak profesor na katedrze. – Nowy Jork urośnie jeszcze bardziej, w planach jest mnóstwo nowych jeszcze wyższych gmachów.

– Giełda stanowczo wymaga nowego budynku, który odpowiadałby jej pozycji w świecie finansów – tokował dżentelmen w stonowanym garniturze. – To nie Londyn, lecz Nowy Jork jest centrum światowej finansjery, trzeba to więc koniecznie podkreślić! Gmach nowojorskiej giełdy musi się stać tego symbolem i tak będzie! – zakończył dobitnie.

– Co pan mówi, giełda to tylko budynek, jeden z wielu w naszym mieście, a dla mnie najważniejsze jest to, czego nie widać! – Ktoś skutecznie przerwał wykład bankiera. – W listopadzie skończą Holland Tunnel, ponad półtorej mili drogi pod rzeką Hudson pozwoli połączyć, lepiej niż jakikolwiek most, Nowy Jork i New Jersey w jedną całość!

Entuzjasta tunelu mówił dalej, ale zagłuszył go ryk syreny okrętowej. Heniek zdał sobie sprawę z tego, że tak jak od kilku minut oni patrzyli na Nowy Jork, tak po przeciągłym wyciu syreny także oni stali się przedmiotem obserwacji. Pasażerowie Majestica podziwiali z pokładu ląd, na którym było niezwykłe miasto drapaczy chmur, z kolei nowojorczycy z zaciekawieniem spoglądali na największy linowiec, jaki pływał po morzach.

Heniek niemal sfrunął z trapu, by jak najszybciej znaleźć się na tej nowej ziemi obiecanej. Jego papiery były mocne, ubiór porządny, a podróż pierwszą klasą niezbicie świadczyła o tym, że nie jest ubogim emigrantem, lecz człowiekiem interesu. Wszystko to trochę trwało, ale w końcu przeszedł na drugą stronę, tam gdzie kłębił się tłum oczekujących oraz ich pomagierów, służących i tragarzy. Po paru minutach rozglądania się wyłowił w końcu spośród nich człowieka, który trzymał kartkę z jego nazwiskiem. Był to łysawy jegomość z wąsikiem godnym pruskiego oficera, ale w zupełnie nie po oficersku wymiętym, tanim garniturze i w równie tandetnym kapeluszu. Heniek stanął przed nim i się uśmiechnął, a osobnik szybko zlustrował jego elegancki strój i przedstawił się z szykiem sierżanta żandarmerii:

– Felix Magath, generalny przedstawiciel firmy Eisenschloss i zarządca majątku firmy Iron Castle. – Taksując jego paryski garnitur, zapytał: – Heinrich Haas, jak sądzę?

– Tak, Herr Magath, jestem Heinrich Haas!

– Przyjechałeś pan do pracy?

– Oczywiście!

– A już myślałem, że na jakieś, jak to oni mówią, party czy do kabaretu.

– Nie przeczę – uśmiechnął się Heniek. – Kabarety chętnie odwiedzam. – I zaraz szybko dodał: – Ale ma się rozumieć, dopiero po pracy!

Wymięty jegomość z wąsikiem chyba nie kupił jego dowcipu.

– I lubisz pan wypić? – Przekrzywił głowę, co skojarzyło się Heńkowi z papugą. Papugi miały jednak bogatsze upierzenie.

– Jak każdy dorosły mężczyzna… – Niepomny skwaszonej miny Magatha, kiedy wspominał o kabaretach, Heniek brnął dalej.

– Więc ja nie jestem dorosły? – zdziwił się Magath.

– Oczywiście, że tak! – Heniek wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, ale już wiedział, że nie trafił w punkt. Magath nadawał na zupełnie innych falach.

– Bo ja nie piję i nie piją miliony Amerykanów, czy wiesz pan, że tutaj jest prohibicja? Bezwzględna prohibicja, bezwzględny zakaz produkcji, sprzedaży i picia alkoholu! – Mówiąc to, Magath rozglądał się za kimś lub za czymś. – Heinrichu Haasie, czeka tu na ciebie ciężka praca! Mamy zaledwie trzy miesiące na przygotowanie cię do prowadzenia firmy.

– Wierzę, że da pan sobie radę. – Mając w głowie lekki szum po porannym szampanie, Heniek zdobył się na kolejny żarcik, ale na wszelki wypadek dodał: – Wygląda pan na gościa, który mnie nauczy wszystkiego, co trzeba. – Po czym uśmiechnął się szeroko, ale także ten dowcip najwyraźniej nie przypadł do gustu Herr Magathowi, więc Heniek dorzucił: – Jestem pojętny, wiem, jak się robi pieniądze, pracowałem w fabryce kas, jestem, nie chwaląc się, dobrym ślusarzem i specjalistą od szaf pancernych, kas i sejfów.

– Let’s see… – odpowiedział chłodno Magath i widząc, że Heniek zastrzygł uszami, dodał po niemiecku: – Zobaczymy, czy dasz pan radę opanować język. Od jutra przez trzy miesiące czeka pana dziesięć godzin pracy dla firmy i po trzy godziny dziennie nauki angielskiego. Co pan tak patrzysz? W ten czas wliczona jest przerwa śniadaniowa i przerwa obiadowa. Jeśli chcesz pan do czegoś dojść, to musisz pan rzetelnie pracować. – Magath skończył wykład, gdyż w końcu wypatrzył swojego bagażowego. – A teraz szybko na dworzec, bo spóźnimy się na pociąg.

– Nie zwiedzimy Nowego Jorku?

– Jak pan Haas zarobi i kupi sobie bilet, to może sobie pojechać z soboty na niedzielę na wycieczkę. Na krótką wycieczkę, żeby wrócić w poniedziałek do roboty. Urlop jeszcze ci nie przysługuje, młody człowieku, a jutro pierwszy dzień pracy! Jestem tu dość długo i jakoś niczego nie zwiedzam, bo tu się pracuje! Pan to zapamięta, Heinrichu, żadnych kabaretów, picia, bo to nielegalne, a wycieczki będziesz pan sobie robił po moim wyjeździe, oczywiście, jeśli będziesz pan miał czas. Słuchaj mnie, Heinrichu, jak chcesz pan tu odnieść sukces, musisz się mnie słuchać, przynajmniej przez te trzy miesiące.

Wystarczyła krótka wymiana zdań z amerykańskim szefem i przewodnikiem, by Heniek poczuł, że uchodzi z niego powietrze. Wspaniała, gościnna i pełna klawych rzeczy Ameryka wyparowała w try miga, a Herr Felix Magath sprowadził go na ziemię. Z każdą minutą amerykański sen oddalał się, a Heniek czuł się jak dziecko liżące czekoladę przez papierek. Nowy Jork i jego atrakcje były tuż-tuż, ale nie dane mu było zobaczyć, choćby przez parę godzin, tego słynnego miasta. Herr Magath ani myślał o jakichkolwiek przyjemnościach. Szczęście, marzenia, luksusy i rozkosz pozostały na oceanie, na pewno są także w Ameryce, ale na razie dostępu do nich pilnował człowiek będący połączeniem buchaltera z podoficerem żandarmerii.

Po spędzeniu prawie tygodnia w objęciach Patricii Robinson spotkanie z krępym, łysiejącym facecikiem było jak zderzenie z górą lodową. W głowie Heńka zrodziła się nawet rozpaczliwa myśl, by powiedzieć Herr Magathowi, żeby go pocałował w dupę, zgarnąć swoje bambetle i pójść w siną dal. Przez jakiś czas Heniek nie musiałby pracować, bo miał przy sobie gotówkę z Polski i podarunek od Japończyków oraz rezerwę w zielonych zdeponowaną na koncie, które mu Beniowski założył w chicagowskim banku. Miał kilkanaście tysięcy dolarów, czyli niezłą sumkę, w Polsce by za to pożył przez wiele lat i do tego jeszcze pohulał, a tutaj?

Nie wprost, tylko na okrągło, zapytał Herr Magatha o zarobki:

– Herr Firmen[7], a ile zarabiają Amerykanie? Podobno to kraj wielkich możliwości.

– Ile zarabiają najbogatsi, tego nie wie nikt i nie można sobie tego nawet wyobrazić, ale za to wiadomo, jakie są najgorsze płace. – Felix Magath uwielbiał sprowadzać Heńka na ziemię. – Robotnicy, policjanci i agenci federalni mają rocznie od tysiąca stu do dwóch i pół tysiąca dolarów. Nie możemy więc płacić więcej niż dwa, trzy tysiące rocznie, bo rozpuścimy ludzi. Trzy tysiące rocznie to już dobry pieniądz. Dobry pieniądz i wielkie zepsucie, bo nic nie psuje ludzi tak bardzo, jak pieniądze. Ty też nie będziesz na początku zarabiał dużych pieniędzy. – Magath przeszedł na ty, pokazując dobitnie, kto tu rządzi. – Gdy wyjadę, możesz sam sobie ustalić pensję, oczywiście, jeśli firma będzie dochodowa i centrala w Berlinie się na to zgodzi – powiedział ze srogim wyrazem twarzy. – Z czego się śmiejesz, Heinrichu?

Ten typ widział wszystko albo czytał w myślach.

– Wcale się nie śmieję – wyjaśnił Heniek. – A jeśli już, to z tego, że będę się musiał starać i wyrąbać swoje, a ja to lubię!

Tak naprawdę myślał wtedy o tym, że gdyby chciał, to miałby trzy tysiące dolarów rocznie i leżałby wentylem do góry. Gdyby o tym powiedział Herr Magathowi, to ten pewnie dostałby apopleksji. Nie zrobi tego i nie kopnie go w tyłek, bo choć był narwańcem, ale nie aż takim. Przede wszystkim musiał się tu jakoś zahaczyć, zobaczyć, co jest grane, poznać kogo trzeba, no i nauczyć się mówić po ichniemu. Znajomość angielskiego, którą zawdzięczał pani Robinson oraz krótkim gadkom z kelnerami przy zamawianiu drinków i szampana na pokładzie Majestica, mogła go jedynie doprowadzić do błyskawicznego roztrwonienia floty w domach uciech i knajpach. Poza tym obiecał Beniowskiemu i jego ludziom, że nie wytnie żadnego numeru. Ma przypilnować firmy, zarobić forsę i poczekać, aż czarne chmury, które zgromadziły się nad nim w Warszawie, zwieje w siną dal jakiś dobry wiatr. Przez trzy miesiące musi słuchać tego upierdliwca, a potem jakoś to będzie. Ale tylko w pracy, bo po niej to hulaj dusza. Mówi po polsku, niemiecku i rosyjsku, więc i angielskiego się jakoś nauczy, słówka i zwroty łykał szybko, więc da radę. Poza tym, kto wie… Może uczyć go będzie jakaś kolejna pani Robinson? Za dwa miesiące na pewno będzie mówił, jakby się tu urodził. W końcu niemieckiego nauczył się bez niczyjej pomocy. Miał talent!

Na razie zamiast pięknych kobiet był wymięty i zgrzytający jak zdarta płyta Herr Magath i wielki czarny bagażowy. Tego ostatniego zastąpił wkrótce miejscowy taryfiarz, który powoził piękną żółto-czarną limuzyną.

– Co to za wóz? – zapytał Heniek po niemiecku.

– What? – skrzywił się kierowca.

Herr Magath łaskawie przetłumaczył, a szoferak wyglądający na Włocha lub Hiszpana rzucił nazwą:

– Peerless[8]!

– Piirli… I co dalej, esss? – Heniek nigdy nie słyszał takiej nazwy.

– Peerless! – zaśmiał się szoferak.

Heniek pierwszy raz słyszał tę nazwę, ale ważne, że auto było prima sort. Toczyło się pięknie, silnik przyjemnie buczał, a siedzenia były wygodne. Szkoda tylko, że jego piękna żółto-czarna blaszana buda nie pozwalała patrzeć na miasto. Był to elegancki wóz z zamkniętą karoserią, czyli taki, o jakim zawsze marzył, ale teraz najchętniej podróżowałby starym odkrytym fordziakiem. Ledwo o tym pomyślał, lunął deszcz, więc i przestał żałować, że limuzyna ma dach.

Padało strasznie, strugi wody leciały po szybach, więc Nowego Jorku nie mógł zobaczyć nawet z samochodu. Za ścianą wody kryło się coś, co przypominało Wolę, fabryczki, magazyny, niskie kamienice.

– Jedziemy przez Manhattan, ale wiele nie zobaczysz, to Hell’s Kitchen, tu rządzą bandyci z Irlandii, rudzi, pijani i bezwzględni. Ale zaraz zacznie się porządne miasto, nie ujrzysz go za wiele, bo na stację jest mniej niż dwie mile. Jakieś dwadzieścia minut i będziemy na miejscu. – Herr Magath okazał ludzkie oblicze i jak na człowieka, który niczego nie zwiedził i bez przerwy pracował w Chicago, całkiem dobrze orientował się w topografii Nowego Jorku. – Tu jest serce miasta, ważny jest także Brooklyn, ale to tu, na wyspie Manhattan, jest giełda, Central Park, Fifth Avenue z jej wszystkimi luksusami i ten cały Broadway, gdzie są teatry. – Słowo „teatry” Magath wypowiedział z wyraźnym lekceważeniem. – Tu także jest dzielnica czarnych, Harlem, a tam osławiony Cotton Club.

– Co to jest?

– To okropne miejsce – powiedział z odrazą. – Tam czarni grają tę swoją muzykę, a biali tańczą i piją alkohol. Rozpusta kwitnie!

Trzeba zapamiętać ten adres, pomyślał Heniek i postanowił podejść Magatha.

– A ja myślałem, że to w Chicago są najgorsze spelunki?

– Nie brakuje ich, a bracia Capone założyli budę o identycznej nazwie, tam też pije się alkohol i słucha jazzu!

– Alcohol? – ucieszył się kierowca. – Whisky, vodka, beer?

Herr Magath nakrzyczał na szofera, a ten wzruszył ramionami i popatrzył na swoich pasażerów, jakby byli nieboskimi stworzeniami.

– O co chodzi? – spytał Heniek.

– Ten typ oferował nam sprzedaż alkoholu – zatrzeszczał Herr Magath. – To oburzające, oburzające.

A jednak, co Ameryka, to Ameryka, pomyślał Heniek. Mówisz, masz! Ledwie padło jedno słowo, a wódeczka mogła wjechać na stół i to już w czasie jazdy. Z tą ichniejszą prohibicją musi być tak, jak z tą w Polsce. Jak ruszał na wyprawę kijowską, uchwalono prawo, które kładło szlaban na sprzedaż i picie napojów wyskokowych, ale jakoś nie bardzo to respektowano, bo kto chciał, ten się napił, choć drogo to wszystko kosztowało. Wódzia nie może mieć więcej niż czterdzieści pięć procent, bo takie są przepisy i w to mnie graj, mawiał Genio Aptekarz, znajomy bimbrownik z Woli, który produkował mocne trunki, reklamując je słowami: „Po mojem bimbrze łeb urywa, bo ja robię tylko napoje dla dorosłych, ale jak ktoś delykatny, to niech sobie rozcieńczy mój bimberek wodą, to będzie tak, jakby pił tatę z mamą!”[9].

Przepisy zakazywały też picia w soboty i niedziele oraz święta kościelne i państwowe, w czasie wyborów, poboru do wojska, targów, pielgrzymek i odpustów oraz przy mnóstwie innych okazji.

– Jakby ktoś chciał tego wszystkiego przestrzegać, toby nasza Warszawa uschła – mawiał Kosiorek i dodawał wtedy przy najbliższej kolejce: – No to Lex Moczydłowska[10]. To ta dewotka i za przeproszeniem, abstynentka wymyśliła te wszystkie przepisy – wyjaśniał Miecio. – Więc pijąc za zdrowie tej paniusi, robiemy jej moralne krzywde!

Wedle szofera Szpicbródki słowo „abstynent” należało do najcięższych obelg. W swej obywatelskiej walce z przepisami prohibicyjnymi Mietek Kosiorek nie był osamotniony, walczyli starzy pijacy, robotnicy pijący po wypłacie, panie i panowie z towarzystwa oraz oficerowie. Heńkowi przypomniało się, jak w Poznaniu w bezalkoholowe niedziele i święta radzili sobie, pijąc mocne trunki z filiżanek. Niezła to była komedia! A herbaciarnia u Grubego Joska? Szynk, nie herbaciarnia! Picia nikt nie zakaże, nawet ruskim się to nie udało i jak na początku wojny wylali spirytus z gorzelni na Ząbkowskiej, to naród z Pragi, Grochowa i Kamionka ruszył czerpać ze źródełka, które płynęło ulicą. Ani policja, ani wojsko, nikt nie był ich w stanie zatrzymać.

Tu na pewno musiało być tak samo, bo jak mawiała babcia Eleonora, „Ludzie wszędzie są jednakowe”.

Dojechali w końcu na pierwsze piętro pięknego budynku. Dosłownie na piętro, bo taksówki miały specjalny podjazd, co wspinał się wzdłuż ściany gmachu, który wyglądał jak pałac albo opera. Kamienną fasadę zdobiły trzy gigantyczne okna i kolumny, a na szczycie stała wymyślna rzeźba z wielkim złoconym zegarem.

– Grand Central Terminal! – zakrzyknął szoferak, który od czasu bury, jaką zaliczył za próbę ożenienia im flaszki, siedział cicho jak trusia.

– Jesteśmy na dworcu kolejowym – oświadczył Herr Magath.

Szybko doskoczył bagażowy, a po chwili weszli do hali. Nowojorski dworzec kolejowy już z zewnątrz zrobił na Heńku wrażenie, ale to, co było w środku, zaparło mu dech w piersiach. Nie chodziło tylko o surowe kamienne wnętrze z wielkimi kolumnami, gigantyczne schody i snopy światła puszczane przez łukowate okna. Dworce, które znał z Warszawy, Krakowa i Poznania, zmieściłyby się razem w tej wielkiej hali i jeszcze zostałoby miejsca na przynajmniej jedną z Hal Mirowskich. Tylko ten z Paryża dawałby mu radę, bo berliński był stanowczo zbyt mały i nie dość elegancki. Największe wrażenie robiło sklepienie, była na nim wymalowana mapa nieba. Nie granatowa, a turkusowa, ze złotymi gwiazdami i znakami zodiaku. Pośrodku zwisała wielka amerykańska flaga. Heniek aż zagwizdał.

– Nie byle co, prawda? – zagadał Herr Magath. – Bez dwóch zdań, że tak! Union Station w Chicago też jest niczego sobie, zobaczysz.

To było wszystko, co zobaczył w Nowym Jorku, a kolejny dzień miał spędzić w pociągu.

– To trasa od Wschodniego Wybrzeża do Wielkich Jezior, żaden dystans. Jakieś osiemset mil, czyli metrycznie, po europejsku, prawie tysiąc trzysta kilometrów – wyjaśnił Magath. – From coast to coast, czyli od wybrzeża do wybrzeża, to już około pięciu tysięcy kilometrów, tam jedzie się trzy dni bez przerwy. Nie dla każdego Ameryka jest krajem wielkich możliwości, ale na pewno dla każdego jest krajem wielkich odległości.

Z Nowego Jorku do Chicago to tyle, co z Warszawy do Moskwy, pomyślał Heniek, albo niemal tyle, co z Warszawy do Kijowa i z powrotem. Da radę, tyle że wtedy do Kijowa jechał w innym nastroju. Może bez wygód, ale za to kompania była fajowa i grzali na front, gdzie polska armia gromiła bolszewików. Był młody, głupi i pełen nadziei, no bo nadzieja jest przecież matką głupich. Teraz miał nastrój, jak podczas odwrotu. Tak jak wtedy rozczarowany był opuszczaniem Kijowa, tak teraz wnerwiał go szef, który przypominał pruskiego podoficera. Ważne, jak będzie się czuł, wracając do Polski! Ma wrócić z dobrym humorkiem i kasą, i ten typek mu tego nie popsuje. Na razie jednak miał Amerykę na opak. To, o czym marzył, oglądał teraz jak w krzywym zwierciadle. Walcząc z lekkim kacem i bojąc się, że Herr Magath znów powie coś, czego nie będzie chciał usłyszeć, po prostu usnął, nakrywając twarz płaszczem.

III Spokojnie, to tylko awaria

Pierwszy sen w Ameryce zaczął się dobrze. Heńkowi śniło się, że jest w łóżku z kobietą. Było rozkosznie, tajemniczo, ale momentami piękna wizja stawała się koszmarem. Nie wiedział do końca, kim jest jego kochanka, choć znał ją znakomicie, poznawał kolor włosów, oczy, usta, piersi… Ale coś się nie zgadzało, czuł się jak ktoś, kto włożył buty nie do pary. Oczy Leokadii, usta Patricii. Która to z nich, co się dzieje? Bał się zapytać, by nie popełnić niepotrzebnego błędu, miotał się więc, próbując coś powiedzieć. Wychodził z tego jakiś bełkot, aż w końcu usłyszał:

– Nie poznajesz mnie? Otwórz oczy, powiedz coś!

To nie był głos żadnej z nich, więc czyj, do cholery? Coś kojarzył, brzmiał znajomo, ale nie… To niemożliwe! Otworzył oczy. Jakaś ręka ściągnęła z niego płaszcz, odetchnął z ulgą, ale w oczy uderzył go strumień oślepiającego światła.

– Wstawaj, już LaSalle, przespałeś całą drogę, Heinrichu – usłyszał głos Herr Magatha! – Czy ty na tym statku nie spałeś, nie było tam łóżek, czy teraz pierwsza klasa oznacza podróż w barze? Śmierdzi od ciebie na kilometr przetrawionym alkoholem!

Łóżka były, a i owszem, pomyślał Heniek. Ale w nocy nie spał, jeśli już, to trochę w dzień. Teraz byłaby pora na mimozę, czyli szampana z sokiem pomarańczowym.

– Napijesz się wody, Heinrichu? Jeśli tak, to szybko, zaraz wjedziemy na dworzec.

Piwa, stary idioto, piwa, pomyślał Heniek. I tak w ogóle, to dlaczego on go ciągle pogania, czemu nie ma spokoju, czy będzie tak przez całe trzy miesiące? Ciągnąc swe walizy, poczłapał do wyjścia. Na szczęście nie trwało to długo, bo tak jak w Nowym Jorku, skorzystali z usług bagażowego, który zapakował rzeczy na wózek, a następnie pociągnął go w kierunku ulicy.

Mógł się z Herr Magathem nie zgadzać, bo może nie znał Ameryki, ale co do chicagowskiego dworca, to na pewno on, a nie ten pruski kapral, miał rację. Był równie wielki, jak ten w Nowym Jorku, ale gdzież mu było do niego! Duży, fakt, ale tak poza tym, żadne halo.

– Herr Magath, ten cały dworzec jest duży, ale żeby go porównywać z nowojorskim…

– Bo to dworzec LaSalle, ten, o którym mówiłem, Union Station jest jakieś pół mili stąd, po drugiej stronie rzeki. Tamten to prawdziwe cacko! Co się tak krzywisz, ciesz się, że przejechałeś się słynnym The 20th Century Limited, wnukom będziesz opowiadał, że zrobiłeś tę trasę!

– Wnukom tobym opowiadał, jakbym spędził ten czas w wagonie sypialnym…

– Nie mantykuj, spałeś prawie całą drogę, czyli niemal dwadzieścia godzin! Chciałem ci to i owo przez ten czas opowiedzieć, ale nie dało się z tobą rozmawiać. A teraz prędzej, szkoda czasu, czekają na nas! – Szef żandarm poganiał go jak na musztrze.

– Taksówka?

– Nie, czeka na nas auto z firmy.

Ton głosu i oczy Herr Magatha mówiły: pierwsze przykazanie nie przepłacaj, a Heniek zastanawiał się, co podjedzie po nich na dworzec.

Gdy Magath pokazał bagażowemu, gdzie ma ładować walizki, Wcisło pomyślał, że to żart. To nie był żart, przed dworcem na obecnego i przyszłego szefa firmy Iron Castle czekała ciężarówka, jednotonowy ford TT. Walizy poszły na pakę, a oni sami wsiedli do kabiny. Zmieścili się z trudem, bo wygodnie mogły tam jechać tylko dwie osoby. Kierowca burknął coś pod nosem, przedstawiając się chyba imieniem Jürgen. Heniek widział różnych typów za fajerą, w tym samego Miecia Kosiorka, szofera Szpicbródki, ale ten gość był wyjątkowy. Podobnie jak Miecio, był ubrany na bogato, ale wyglądał na jeszcze większego zakapiora. I zapewne takim był, bo Heniek zauważył, że ma przy sobie rewolwer.

– Chicago zapracowało na złą markę, tu kierowca wożący towar musi mieć broń.

Herr Magath zorientował się, że Heniek zauważył klamkę.

– Takie mamy czasy i choć prowadzimy spokojny interes, to jednak warto mieć coś pod ręką.

Szoferak uśmiechnął się na te słowa i wyglądał jak zadowolony zbój, który właśnie skroił kupiecką karawanę.

Ciężarówka wpasowała się w ruch uliczny, a Heniek dostrzegł, że świat za oknem szoferki jest mu dziwnie znajomy, ale i jednocześnie inny niż wszystko, co do tej pory widział. Elementy były te same co wszędzie, ale zwielokrotnione i powiększone. Wszystko było spotęgowane, pomnożone i napędzane jakąś ogromną mocą. Chicagowska ulica wydawała się większa i bardziej ruchliwa od tych, które widział w Berlinie i Paryżu, choć nie tak elegancka. To była jakby powiększona Warszawa, to samo tempo i te same pojazdy: wozy konne, tramwaje i automobile. Było ich jednak o wiele więcej, zwłaszcza aut wszelkiego rodzaju, które dominowały nad innymi środkami transportu. O ile w Warszawie były ich dziesiątki, o tyle tutaj setki, a po przejechaniu kilku ulic Heniek szybko zrozumiał, że tysiące, dziesiątki tysięcy.

Najwięcej było doskonale znanych mu fordów T, niemal wszystkie pomalowano zgodnie z zaleceniem właściciela fabryki Henry’ego Forda na karawaniarski czarny kolor. W Warszawie większość aut to były właśnie fordy z demobilu, więc szybko ochrzczono je mianem warszawiaków, tu jednak miały sporą konkurencję, a większość wozów, podobnie jak nowojorską taryfę peerless, widział po raz pierwszy w życiu. Choć niedawno oglądał z pokładu Majestica nowojorskie drapacze chmur, to jednak rozmach, z jakim budowano w Chicago, też robił wrażenie. Heniek nie mógł oderwać wzroku od rudawej wieży wyrastającej za rzeką, którą właśnie przekraczali.

– Uważaj Heinrichu, bo sobie ukręcisz szyję – zaśmiał się Herr Magath, patrząc na to, jak Heniek wygina się w szoferce, by zobaczyć szczyt budynku. Do szefa dołączył kierowca, jego śmiech wydawał się złowieszczy, jakby się cieszył, że głowa odpadła Heńkowi od szyi za sprawą jego potężnych łap. – To hotel Morrison – ciągnął Magath. – Najwyższy budynek poza Nowym Jorkiem, sto sześćdziesiąt metrów wysokości i czterdzieści pięter! Z auta ostatniego piętra nie zobaczysz.

Ruch odbywał się nie tylko na poziomie ulicy. Przejechali most na rzece i wjechali do elegantszej części miasta, która otoczona była sunącą ponad ulicami kolejką miejską. Wagoniki jechały po specjalnych wiaduktach, coś takiego widział także w Paryżu i Berlinie, ale tu tory sprawiały wrażenie, jakby zaciskały wokół Chicago żelazną pętlę. Zatrzymali się na chwilę przed jakimś lokalem. Magath wbiegł i gdy wrócił, oznajmił z chytrą miną:

– Załatwione, kolejna kasa sprzedana – Kierowca skwitował to grymasem zbójeckiej radości.

Ruszyli, dołączając do morza aut i tramwajów ciągnących ulicą. Gdy przejeżdżali pod wiaduktem, przetoczyła się po nim z łoskotem kolejka.

– To centrum miasta, nazywają je The Loop, pętla – wyjaśnił Herr Magath. – Tu są największe sklepy, najwyższe budynki, najważniejsze biura, tu mieszkają niemal wyłącznie bogaci, a jeszcze majętniejsi robią tu zakupy, mają swoje biura i oczywiście się bawią. Granicę The Loop wyznaczają tory kolejki, stąd nazwa, a niemal w samym środku stoi Morrison Hotel.

– Herr Magath, czy to tutaj mamy sklep? – zapytał Heniek z nadzieją, że będzie pracował w tej eleganckiej, hałaśliwej dzielnicy.

– Heinrichu, wiesz, jakie tu są czynsze? – Magath natychmiast go skarcił. – Nie stać nas na taką ekstrawagancję, poza tym nie mamy sklepu, tylko skład firmowy.

– Wydawało mi się, że powinniśmy mieć jakiś elegancki sklep – Heniek ciągnął niezrażony. – Kasy pancerne są dla tych, którzy mają pieniądze, nie sprzedajemy ich przecież biedakom.

– I nie jedziemy do biednej dzielnicy. – Felix Magath nie był zadowolony z tej wymiany zdań i z tego, że musiał się Heńkowi z czegokolwiek tłumaczyć.

Heniek spędził resztę podróży w milczeniu, obserwując miasto. To, co widział za oknami, przypominało przekładaniec. Gdy ruszyli z dworca Union Station i minęli rzekę, wjechali do bogatej dzielnicy The Loop, później kolejny most, krajobraz wciąż się zmieniał, niedługo za torami i wiaduktami kolejki zrobiło się biednie i podle. Nędzne domy, gorzej ubrani ludzie, obskurne witryny.

– Koniec luksusów – rzucił Felix Magath. – Tu jest ludzi jak mrówek, tłoczą się w brudzie, chodzą do tanich spelun i burdeli, a pracują w miejscowych zakładach. To głównie ci, którzy niedawno przyjechali do Ameryki, czyli tacy jak ty.

Kierowca zaśmiał się z dowcipu szefa, ale Heńkowi ten żarcik nie przypadł do gustu.

– Jak się ten śmietnik nazywa?

– Mówi się o tym: strefa przejściowa, zaraz za nią zobaczysz dzielnicę dla tych, co już się troszkę dorobili, to tak zwana strefa trzecia.

Krajobraz za oknem nie był jakiś przesadnie piękny, ale z pewnością schludniejszy od tego, który widział przed chwilą. Niskie drewniane domy, coś jak na Woli od strony przedmieścia. Po parunastu minutach jazdy wjechali do innego świata, lepszego, bogatszego.

– Dostatnio, wręcz bogato, można by powiedzieć, ale naprawdę luksusowo jest tam. – Magath machnął ręką w kierunku jeziora. – Przy Lake Shore Drive, możesz sobie o czymś takim tylko pomarzyć, piękne wille nad wodą.

Pewnie ichniejszy Konstancin pożeniony z Ujazdowskimi, pomyślał Heniek.

Jadąc przez przekładaniec bogactwa, biedy i luksusu, ponownie dotarli w miejsce, które nie przypadło Heńkowi do gustu. Poczuł się jak w okolicach Żelaznej, Wroniej i Łuckiej, gdzie stały fabryczki i manufaktury. Przejechali przez obskurną bramę i znaleźli się w podwórku przed jakąś nieszczególną budą. Może to tylko przystanek? – pomyślał. Biorą stąd towar albo muszą załatwić jaką sprawę. Na próżno się łudził, byli na miejscu!

Okazało się, że pojęcie „to nie jest biedna dzielnica” jest w Chicago inne niż w Warszawie, a Herr Magath to mistrz robienia dobrego wrażenia. Heniek nie miał żadnych wątpliwości, że skład mieścił się w podłym zaułku, tymczasem Magath przechadzał się po podwórku, jakby to był ogród otaczający pałacyk Sobańskich w Alejach Ujazdowskich. Wcisło czekał na to, że przełożony palnie za chwilę kilka słów o niewiarygodnych zaletach tego miejsca, i się nie mylił.

– Tu jest nasz skład, dwa wejścia od podwórka i od frontu. – Magath wygłosił to takim tonem, jakby front miał elegancką facjatę i stał przynajmniej obok domu towarowego Hersego. – Na pięterku będziesz miał, mój Heinrichu, służbowe mieszkanie. Nie będziesz musiał za nie płacić! – Dla Heńka było jasne jak słońce, że dla Felixa Magatha największą wartość przedstawiały każda rzecz lub usługa, którą można mieć za darmo. – Jürgen i jego brat Hermann, nasz drugi kierowca, też tu mieszkają i bardzo im się to miejsce podoba. Tobie będzie tu jak w domu, to North Side, stąd blisko do Warszawy i do Berlina – zaśmiał się. – Tu mieszkają prawie sami Niemcy, Polacy, Irlandczycy i trochę Skandynawów. Wysiadaj, Heinrichu, z życiem, z życiem! Jürgen musi jechać dalej, tu się pracuje, tempo, tempo, tempo, Heinrichu!

Heniek zeskoczył na rozmiękłą ziemię podwórka i powlókł się w kierunku wejścia, taszcząc swoje kojbry. Jürgen nawet nie raczył wyjść z szoferki i przyglądał mu się z wysokości swojego siedzenia, przypalając papierosa. Z kolei Magath był szefem, więc Wcisło nie mógł też liczyć na jego pomoc. Kupione w Paryżu trzewiki szybko pokryły się błotem, a brudne krople upstrzyły eleganckie spodnie. Był wściekły, ale nie tylko z powodu pobrudzonej garderoby. Czuł, że przebrała się miarka, że granica rozczarowania została przekroczona.

Nie podobało mu się to, że będzie mieszkał na tym podwórku razem z Jürgenem i jego bratem. Heniek nie był cykorem, dawał w życiu dowody brawury, szukał zwady i przygody, stawał twarzą w twarz ze śmiercią, ale szoferak Herr Magatha budził w nim niepokój. W dodatku miał braciszka. Będzie znosił te dwa szwabskie goryle tuż obok, za ścianą. Czuł się z tym nieswojo, coś mu tu śmierdziało, miał wrażenie, że jest w potrzasku. Musi jakoś przetrwać, nie takie przygody już zaliczył, trzeba wytrzymać trzy miesiące, po których zacznie rządzić. Tylko czym? Dwoma zakapiorami i tą podłą budą? Czy ta firma w ogóle istnieje? W Berlinie mówili mu, że wyniki są dobre, ale może to wszystko lipa?

Od pierwszej chwili nie ulegało wątpliwości, że Magath chciał na wszystkim oszczędzać i sprawiał wrażenie, jakby był handlarzem starzyzną, a nie szefem poważnej firmy, która sprzedaje niezbyt tanie sprzęty dla dzianych gości. Jak upłynniać kasy, nie mając porządnego sklepu w dobrej dzielnicy, tylko kantorek na zadupiu, w którym co najwyżej da się obżeniać węgiel albo skupować złom? Może mieli dobrą reklamę i dawali ogłoszenia w gazetach, ale to raczej nieprawdopodobne, skoro Magath ściubił ze wszystkim. Heniek nie lubił tandety, chciał zatrudniać dobrych, solidnie opłacanych fachowców. Tak robił Szpicbródka i znakomicie się to sprawdzało w warsztacie, który Wcisło prowadził wspólnie ze stryjkiem. Aż strach pytać, co z produkcją! Domyślał się, że w takiej sytuacji mają parę zamówień na krzyż na sejfy zrobione pod klienta i że wcale o więcej nie zabiegają. Przecież Magath dostałby apopleksji, gdyby musiał zapłacić za materiały i pracowników. Pewnie pracuje ze dwóch giserów i ślusarz, a za ladą stoi jeden sprzedawca.

Nie wytrzymał, postawił walizy w progu i zapytał:

– A ilu ludzi zatrudniamy?

– Kogo? – Magath zdziwił się oburzony, za to Jürgen, który wyszedł z szoferki, wyglądał na rozbawionego.

– Jak to kogo? No, naszych pracowników!

– W tej chwili sklep firmowy i przedstawicielstwo handlowe to ja oraz kierowcy, Jürgen i jego brat Hermann. – Felix Magath z dumą wypiął pierś. – Nie stać nas jeszcze na ludzi.

Heniek pokiwał głową jakby z uznaniem i szacunkiem oraz burknął nawet dla świętego spokoju:

– Taaa, no przecież nie można dać zarobić darmozjadom!

Grał, bo przestał ufać Magathowi i bał się Jürgena oraz jego braciszka Hermanna. Spróbował więc zrobić dobre wrażenie i powiedział z werwą naiwnego głupka:

– Tak, to teraz sklep i przedstawicielstwo to będą już cztery osoby, pan, Herr Magath, panowie kierowcy i ja. – Wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu. – A produkcja?

– Co produkcja? – zdziwił się szef, a Jürgen zaśmiał się po swojemu, złowieszczo jak asystent kata, którego rozbawił skazaniec ślizgający się na zakrwawionym szafocie.

– No, manufaktura, maszyny i tak dalej? Ilu ludzi przy tym pracuje?

– Maszyny są doskonałe, ale wymagają pewnego wkładu – odparł Magath. – Za to lokalizacja pierwsza klasa. Hala i magazyn oraz podwórze położone są pierwszorzędnie!

– A ludzie?