Wydawca: Muza Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 768 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Śmierć frajerom - Grzegorz Kalinowski

Powieść łotrzykowska i przygodowo-sensacyjna a zarazem kryminał miejski z elementami thrillera, dziejący się w latach 1905–1925. Autor wykorzystał pasjonującą historię miasta, świetne wątki polityczne, a także opisał warszawski półświatek okresu międzywojennego. Wyjątkowa dbałość o szczegóły historyczne i tło obyczajowe, a także wierność detalom i topografii miasta sprawia, że powieść jest wspaniałym przewodnikiem po Warszawie początku dwudziestego wieku, tak jak „Lalka” Bolesława Prusa jest swoistym przewodnikiem po Warszawie dziewiętnastowiecznej.


"Tomek Wilmowski, Marek Piegus, Cegiełka i Paragon na zawsze pozostali chłopcami, tymczasem Heniek Wcisło z impetem ląduje w świecie ciemnych interesów, brudnej polityki, kasiarstwa, bandyterki i mokre".
Muniek Staszczyk

"Świat przedwojennej Polski pochłania bez reszty. Poznajemy historie, których dziadkowie i pradziadkowie raczej nam nie opowiadali: spektakularne akcje włamywaczy, kombinacje gangsterów, sekrety kontrwywiadu. Czekam niecierpliwie na kolejny".
Agata Młynarska

Opinie o ebooku Śmierć frajerom - Grzegorz Kalinowski

Cytaty z ebooka Śmierć frajerom - Grzegorz Kalinowski

Panie i panowie, spotkaliśmy się tu, bo szpiegów nie brakuje. W dzisiejszych czasach znajoma restauracja czy kawiarnia zdaje się miejscem bezpieczniejszym od nawet jak najbardziej polskiego urzędu. Tam właśnie czyhają agenci, a tutaj… – uśmiechnął się. – A tutaj kto nas podsłucha? Kelnerzy? – Zebrani odpowiedzieli dyskretnym śmiechem.

Fragment ebooka Śmierć frajerom - Grzegorz Kalinowski

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Adriana Michalewska

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Irma Iwaszko

Autor i wydawnictwo dziękują panu Andrzejowi Żmirkowi za udostępnienie mapy wykorzystanej na wyklejkach (plan Warszawy z 1924 r.)

© by Grzegorz Kalinowski

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2015

ISBN 978-83-287-0029-1

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2015

Wydanie I

FRAGMENT

Książkę dedykuję Rafałowi Zarzyckiemu, przyjacielowi naszej rodziny, człowiekowi, który zawsze miał okno z widokiem na Pałac Kultury, a nawet jeśli nie miał, to potrafił zamówić obraz przedstawiający odpowiedni widok. Pilnuj z góry swojego miasta i warszawskich rodaków!

CZĘŚĆ PIERWSZAKAJZER NA NIEBIE, CAR NA WALIZKACH lipiec 1914 – grudzień 1914

Cholera, to nie tak miało być, przecież przyszedł tu, by obrobić kasę. Miał powalczyć ze starym, dobrym pudłem od Baumgarta, złamać kod w zamku szyfrowym i po wszystkim dać nogę. Radca był w tej chwili w Sosnowcu, więc kto u licha mógłby wchodzić do tego mieszkania w środku nocy?

Intruz skradał się, jakby wiedział o jego obecności.

Jeśli tamten ma rewolwer, to koniec. Heniek czuł, jak pocą mu się dłonie. Usłyszał szelest, a chwilę potem dźwięk, który poznał dawno temu i nigdy nie zapomniał, bo nie zapomina się odgłosu towarzyszącego podrzynaniu gardła.

A więc w mieszkaniu były oprócz niego co najmniej dwie osoby i jednej z nich właśnie ktoś przejechał majchrem po szyi.

Kto i kogo załatwił? I dlaczego? Czy on, Heniek, będzie następny? Za chwilę mogą się rozstrzygnąć jego losy… Przed oczyma przeleciało mu dwadzieścia jeden lat, całe dotychczasowe życie, którego za nic w świecie nie chciał przerywać. Miał przecież jeszcze tyle do zrobienia, choćby lot nad Warszawą, o którym od zawsze tak marzył…

PRELUDIUM

Hauptmanna Wilhelma von Quasta rozpierała duma. Stał na mostku jednego z najwspanialszych statków powietrznych. Pod jego zeppelinem o numerze taktycznym ZIV rozciągało się duże rosyjskie miasto gubernialne. Komendant potężnego aerostatu czuł się panem życia i śmierci. Mógł wydać rozkaz i ponad tona bomb poleciałaby na domy, mosty i ludzi. Sterowiec był prawdziwym powietrznym krążownikiem apokalipsy, dużo dłuższym od boiska futbolowego i wyższym od niejednej kamienicy. Choć nie tak szybki jak aeroplan, przemieszczał się sprawniej niż automobil.

Aeroplany, owszem, latały z nieco większą prędkością, ale statek w kształcie cygara pokonywał je zasięgiem i czasem, w jakim osiągał maksymalną wysokość. Nie tylko zresztą tym. Rachityczne pajęczaki pozbawione były uzbrojenia i łączności, natomiast w gondoli sterowca umieszczono nie tylko kulomioty i bomby, ale także radiostację, umożliwiającą odbieranie i nadawanie meldunków.

Zeppelin był uosobieniem technicznej doskonałości i prawdziwą maszyną zagłady. Miał zasięg półtora tysiąca kilometrów i dźwigał dziesiątki bomb, które na jeden rozkaz kajzera Wilhelma mogły zrównać z ziemią całe kwartały miast nieprzyjaciela. Również Francuzi i Anglicy zapoznali się już z potęgą sterowców. A sprawił to przypadek. Burza, mgła i wreszcie pomyłka oberlejtnanta Felixa Jacobiego, który dowodził sterowcem, zmieniły rutynowy lot w międzynarodowy skandal. Trzeciego kwietnia 1913 roku, lecący do Metzu zeppelin ZIV nieumyślnie przekroczył granicę i awaryjnie lądował na placu defilad francuskiego garnizonu w Lunéville. Inżynierowie z zakładów Lebaudy i Clément-Bayar natychmiast dokładnie go obejrzeli, a relację o potędze statku powietrznego zamieściła prasa nie tylko francuska, ale także angielska i amerykańska.

Felixowi Jacobiemu nie złamało to kariery. Stacjonował teraz na froncie zachodnim i dzięki zeppelinowi ZVII miał szansę pokazać światu nie tylko teoretyczną, ale i praktyczną potęgę niemieckich sterowców.

Wilhelm von Quast był doświadczonym komendantem, nikomu niczego nie musiał udowadniać. Żałował tylko, że wart pół miliona marek statek powietrzny nie będzie dziś zrzucał bomb. Sterowiec z bazy w Królewcu pełnił misję zwiadowczo-propagandową. Jego załoga podczas długiego lotu miała zebrać informacje na temat ruchów oddziałów rosyjskich nie tylko dla własnego sztabu, ale i dla austriackiej k. und k. Armee[1]. Wojska Habsburgów były ich sojusznikiem, ale von Quast myślał o nich z wyższością, a chwilami nawet z pogardą. Podobnie zresztą jak o Rosjanach. Jedni i drudzy mieli przestarzałe uzbrojenie i słabo wyszkolone oddziały, a poza tym zarówno Austriacy, jak i Rosjanie, z powodu braku odpowiednich jednostek lotniczych, nie istnieli w powietrzu.

Doszło nawet do tego, że sterowiec SL2 pod dowództwem hauptmanna von Wobesera latał tylko dla Austriaków składa raporty o ruchach Rosjan.

Jedni i drudzy nieloty, myślał von Quast, warci siebie przeciwnicy. Z kolei Francuzi – za delikatni, a Anglicy – za wodą, dlatego sukces w tej wojnie będzie po stronie kajzera i Rzeszy.

Komendant patrzył w dół na nieregularnie rozrastające się miasto, które szara rzeka dzieliła na dwie nierówne części. Brzegi spinały cztery mosty. Dwa z nich, przytulone do siebie, przecinały rzekę przy twierdzy na północnym skraju miasta. Trzeci wyglądał jak długa, ażurowa żelazna skrzynka i znajdował się w pobliżu zamku czy też pałacu położonego na wysokiej skarpie. Czwarty, naniesiony tylko na najnowsze mapy, zdawał się być z kamienia i wyglądał jak kładka łącząca zbiór strzelistych bastionów.

Komendant zeppelina uśmiechnął się pod wąsem, bo dostrzegł charakterystyczny punkt orientacyjny – wielki prawosławny sobór. Skoro tu, w katolickim kraju, stoi taki olbrzym, to co zobaczy w locie nad Petersburgiem lub Moskwą[2]? Przyjrzał się jeszcze dokładnie Cytadeli Aleksandrowskiej, która ograniczała miasto od północy, i błoniom wyznaczającym jego południową granicę. Na wielkiej łące dojrzał zarys toru wyścigowego.

Jak każdy oficer lubił konie i gonitwy, ale teraz myślał o tym, że po zdobyciu miasta będzie to idealne miejsce na lotnisko. Rosjanie trzymali tam kiedyś wojskowe aeroplany, które teraz utknęły gdzieś na linii frontu. A nawet gdyby tu było i sto carskich maszyn, to co? Samoloty i tak z trudem doleciałyby na tę wysokość, i tylko po to, by zaraz runąć w dół. Te rachityczne samolociki pozbawiono uzbrojenia, za to oni mieli ciężkie karabiny maszynowe. Przez lunetę widział na ulicach wojskowych, którzy biegali jak poparzeni, z kolei cywile pokazywali sobie jego statek palcami.

Wilhelm von Quast czuł się wyśmienicie, do pełni szczęścia brakowało mu tylko lepszego munduru, godnego elity cesarstwa. Banalny uniform piechoty nie przystawał do roli, jaką przyjdzie mu odegrać. Dowódcy sterowców należących do marynarki wojennej mieli trochę więcej szczęścia, bo granatowe mundury prezentowały się o niebo lepiej od tych skrojonych z zielonego sukna.

A kawaleria? Kawaleria to co innego… Wilhelm, tak jak wielu oficerów nowej, powietrznej broni, wywodził się z barwnego świata kawalerii; konnych szarży, proporców na lancach i błyszczących ostróg – świata, który właśnie przemijał. Z frontu dochodziły informacje o tym, że pod ogniem karabinów maszynowych i dział ginęły już nie tylko całe szwadrony, ale i pułki kawalerii. Na szczęście on jest w tej wojnie po stronie tych, którzy będą siać zniszczenie. Dzisiaj zrzuca ulotki, ale być może wkrótce wróci tu z bombami.

Mimo że aeroplany latały nad Warszawą już od czterech lat, to wpływający nad miasto sterowiec wzbudził sensację. Zeppelin to jednak coś innego; bywali w świecie porównywali go do transatlantyku, który zawisł na niebie. Niemal wszyscy głośno komentowali jego rozmiary i podziwiali dostojeństwo, z jakim poruszał nad miastem. Bez dwóch zdań, to był aerostat o wiele większy od tego, który dziesięć lat temu Rosjanie wypuścili z cytadeli[3].

Gdzieniegdzie ruch się zatrzymał, bo niejeden sałata[4] zdębiał, siedząc na koźle swojej dryndy. Byli też dorożkarze, którzy stanęli na życzenie chcących chłonąć widowisko pasażerów. Monstrualne cygaro zniżyło lot i… nagle, w samym środku lata, szara chmura sypnęła śniegiem.

Z bliska płatki okazały się zadrukowanymi kartkami. Zanim policjanci, żandarmi i tajniacy zdążyli zareagować, ulotki zniknęły w kieszeniach warszawiaków. Cały ten pokaz był jak pocztówka od kajzera, informująca, że wojna zaraz zapuka do ich drzwi. To był sygnał, że nie będzie kampanii znanej tylko z gazet, lecz poważna draka, która przetoczy się z fasonem i skotłuje Europę mocniej niż wojna japońska i rewolucja z 1905 roku razem wzięte.

I WYSTRZAŁOWY POCZĄTEK, CZYLI URODZINY

10 sierpnia 1914

W izbie drewnianej czynszówki przy Dworskiej[5] numer 8 panował półmrok. Elektryczność, a i owszem, była już w tych okolicach, ale tu na próżno byłoby szukać takich luksusów. Pracująca w sąsiedztwie elektrownia tramwajowa dostarczała prąd tylko do trakcji. Ta zaś, stojąca między gazownią a linią kolei obwodowej, dawała światło do ulicznych latarni i fabryczek. Do mieszkań szedł prąd z remizy na Powiślu, ale światłem z żarówek cieszono się tylko w nowszych, elegantszych budynkach.

Jeden z nich mieli naprzeciw siebie, Szpital Starozakonnych. Nie ma co, Żydzi potrafili zadbać o swoje interesy, bo gmach był duży i elegancki. Składał się z wielu domów i pawilonów, a w tym mieszczącym dyrekcję była nawet synagoga. Szpital jaśniał po zmierzchu jak latarnia i nie zależał od prądu z miejskiej sieci, bo w jednym z budynków technicznych pracowała maszyna do robienia elektryki.

Całość otaczał piękny park. W mieście, gdzie ceny gruntów zwariowały, byłoby to niemożliwe, ale Czyste leżało tuż za granicą Warszawy, którą wyznaczała dawna linia okopów. Urzędowo, podobnie jak Wola, Czyste było wciąż podmiejską gminą, która coraz śmielej wtapiała się w kamienną tkankę miasta. Znajdował się tam nie tylko szpital żydowski, ale także gazownia, fabryki oraz końcowa stacja linii tramwajowej numer 5.

Ulica pozostawała jednak niewybrukowanym traktem, a ludzie mieszkali w budynkach niepodłączonych do wodociągów i sieci elektrycznej. Załatwiano się więc w stojących na podwórzach wygódkach, wodę czerpano ze studni, a wnętrza rozświetlano naftówkami.

Zebrani w mieszkaniu majstra Władysława Wcisły nie narzekali, bo byli to przywykli do braku wygód robociarze. Piątka mężczyzn wielokrotnie już brała udział w spotkaniach, które odbywały się w ciemnościach i bez rozgłosu. Skupieni i nisko pochyleni nad stołem rozmawiali szeptem.

– Więc opowiadaj, Tasiemka, gdzie my teraz należymy, jaka ma być ta nasza konspira – rzucił majster Wcisło, wysoki mężczyzna o jasnych włosach, który był gospodarzem spotkania.

– Towazyse – zaseplenił Tasiemka, który miał siłę przekonywania, choć nie był wielkim mówcą – gdzie, to wam nie powiem, bo sam nie wiem. Coś się kroi i nikt dokładnie nie wie co. Świeża sprawa i jeszcze bez nazwy, bo pilna i ważna jak robota, którą się robi na szpiclach – dodał, podkręcając wąsa. Był to łysy, niezbyt wysoki, ale mocno zbudowany mężczyzna.

– Pepeesiaki tam są, starzy bojowcy i młodzież. Jest też kontakt z temi, co we wszystkich strzeleckich związkach działają. Na mój rozum to będzie wielka organizacja, która pokaże się z hukiem, jak będzie do tego dobra okazja.

– Śmierć frajerom, a my frajerzy nie jesteśmy. Dla mnie ta szansa może się okazać drogą donikąd – dorzucił z uśmieszkiem młodszy brat Wcisły, Janek. – Kacapy wyjdą, a wejdą Prusacy. Na ulotkach pięknie piszą „Przychodzimy do was jako przyjaciele”, ale Kalisz spalili, job ich mać…

– Kalisz palą i mordują ludzi. W Częstochowie też pozabijali cywilów. Ale nie tylko dlatego ja im jak psom nie wierzę – powiedział, sepleniąc, Tasiemka. – Z Austriakami i Prusakami idzie polskie wojsko, ale my i tak zakładamy tajny związek. Towarzysz Wiktor[6] powiedział kiedyś, że oni, szkopy, ruskie i Austriaki, wytłuką się i z tego Polska na nowo powstanie. Musimy być gotowe!

– Tak jest, nie wierzyć jak psom i jak do psów strzelać – włączył się rudawy robotnik.

– A mojej żonie wierzycie? – zapytał majster. – Przecież to Niemka.

– Są różni koloniści[7]. Są i tacy, co żyją tu ze sto lat i dalej są Niemcami. Oni zabijali powstańców, żeby się przypodobać carowi, a jutro nas będą wydawać Prusakom, ale Gertruda i jej rodzina są w jak najlepszym porządku, to nasi Niemcy!

– Tasiemka ma rację – dołączył się siedzący naprzeciw ryżawy chudzielec. – Ci ze Skoroszy, spod Piaseczna i Grójca są Polakami, choć jeszcze wielu z nich szwargocze po niemiecku.

– Jak wejdą Prusacy, to śwargotanie, o którym mówi Kowalski, może się przydać – ożywił się Tasiemka.

– Twoja jeszcze po niemiecku gada. A szczeniak?

– Gertruda coś tam z Heniem przerabiała, ale on do nauki się tak po swojemu przykłada. Uczy się tego, co go ciekawi, dlatego poszedł do szkoły kolejowej. Sama nauka, bez warsztatów, by go zanudziła. Mechanizmy lubi i już wprawny jest. Będzie z niego ślusarz albo mechanik pełną gębą. Może nawet będziemy mieli w domu pana maszynistę, kto wie? Dryg szczeniak ma taki, że pewno już by mnie przegonił, ale dużo książek czyta. Przeczytał ich więcej niż ja przez całe życie – z pełnym dumy uśmiechem zakończył majster.

Jego syn, dziesięcioletni Heniek, nie chciał przeszkadzać starszym, biegał przed domem z fajerką. Wyglądał na więcej niż swoich dziesięć lat. Był wysokim blondynkiem, na pozór małomównym i zamkniętym w sobie. Ale gdyby ktoś wszedł mu na temat! Mógł usłyszeć potok słów, które chłopak całkiem zmyślnie składał w zdania.

Wzrost i wygadanie sprawiały, że wielu dawało mu nie dziesięć, a dwanaście, trzynaście lat. Wyglądał na starszego, ale rozrywki miał takie, jak rówieśnicy. Biegając z pogrzebaczem i fajerką, robił dokładnie to samo, co dwa dni wcześniej, kiedy potężny zeppelin sypał nad Warszawą ulotkami. Był tak pochłonięty zabawą i bujaniem w obłokach, że mało brakowało, by przeoczył niezwykły spektakl.

– Heniek! Paaatrz! Co to tam na niebie? – wrzasnął mały Antek od sąsiadów.

Normalnie puściłby wrzask smarkacza mimo uszu, ale ten wydarł się jeszcze raz i jeszcze głośniej.

– Heeenieeek, Heeenieeek! Paaatrz!

– O niech cię!

Czegoś takiego jeszcze nie widział. Zapomniał języka w gębie, ale myślenia mu nie odjęło. Wielkie, szare cielsko, duma Niemców – zeppelin. Przed wojną oglądał go w fotoplastykonie przy alei Jerozolimskiej[8], a teraz widział, jak sypały się z niego jakieś kartki. Heniek czytał niedawno Pięć tygodni w balonie Juliusza Verne’a i marzył o podróży w wiklinowym koszu. Taka maszyna nie śniła się nawet Verne’owi, tym można by polecieć do lepszego, ciekawszego życia, zobaczyć wielki świat, poznać niezwykłych ludzi i przeżyć wspaniałe przygody.

Tu, przy Dworskiej na Czystem, nie było źle. Mieszkali wygodnie zaledwie w trzy osoby. Niby tylko jedna izba, ale wielka jak dwie. Kuchnia, przy której spał, była oddzielona od łóżka rodziców szafą i zasłoną. Okno było duże, więc wnętrze jasne i nie trzeba szybko palić światła. Piec grzał akuratnie, wygódka na podwórku wyglądała porządnie, a pompa znajdowała się na posesji, więc nie trzeba było daleko chodzić po wodę. Żyli dobrze, ale ojciec mierzył wyżej. Mówił czasem o mieszkaniu, w którym są dwie izby i wygody: prąd, woda, ubikacja i może nawet wanna, a jak się zapalił, to opowiadał, że ich wyprowadzi z drewniaka do kamienicy, jak ta hrabiego przy Wolskiej.

Heniek marzył, żeby tak było, ale chciał też przenieść się do Hrabiaka ze wszystkimi chłopakami z okolicy. Z całą ferajną, z którą biegał za fajerką i robił mieszkańcom domu psikusy. Mogliby razem jeździć windą i zjeżdżać po poręczach.

Raz już było blisko, ale stróż, który pilnował kamienicy przy Wolskiej pod numerem 54, był czujny. Wąsacz nie dał się zbajerować, tylko pogonił ich miotłą, więc uciekali, aż furczało. Jak już tam będą mieszkać, to fest się wyjeździ i pozjeżdża. Jego kumple też! – postanowił.

Z marzeń o luksusowym życiu wyrwała go matka. Gertruda Wcisło, z domu Müller, położyła mu na ramieniu prawą dłoń. Uśmiechała się do męża, podtrzymując lewą ręką coraz większy brzuch. Heniek wiedział, że niedługo będzie ich czwórka, a w izbie zrobi się trochę ciaśniej. Matka zagarnęła go pod ciężką wełnianą chustę i ruszyli do domu, z którego wychodzili właśnie uczestnicy spotkania.

– Heniek, aleś wyrósł! – usłyszał i poczuł słowa Tasiemki, bo ten, jak zwykle sepleniąc, mocno klepnął go po plecach. – Kawaler, jak się patrzy! Ile masz lat?

– Dziesięć. – Heniek mało kogo się bał, ale tym razem ważył słowa. Facet wyglądał groźnie. Coś go jednak podkusiło i wyrzucił z siebie: – A pan co tak pytasz, jak jaki policmajster?

– I to mi się podoba! – ryknął łysy wąsacz, już nie klepiąc, a waląc go w plecy. – Z biglem jesteś i nie frajer, ale inaczej niż ojciec! On, a i owszem, kozak, ale taki, co to dwa razy sprawy przemyśli, a ty taki więcej w gorącej wodzie kąpany! Raz tylko twój stary dał się podpuścić, raz poszedł na całość, a ty, synek, chcesz mieć całe życie napięte jak śpagat[9]. Słuchaj no, Heniu Wcisło, już niedługo w niejednej drace i grandzie weźmiesz udział, masz to jak w banku, od urodzenia zresztą miałeś. – Tu wąsacz zaśmiał się od ucha do ucha i powtórzył zamyślony: – Od urodzenia… No, śmigaj do domu, bo ja jeszcze dwa słowa z ojcem zamienię. Szaconeczek, pani majstrowo – zakończył przymilnie, widząc, że matka Heńka tym spotkaniem i rozmową nie jest ucieszona wcale, ale to wcale.

– Ech, Tasiemka, Tasiemka – westchnęła ciężko Gertruda Wcisło. – Już mi jednego chłopa zabrałeś, a teraz drugiego ciągniesz.

– Nie ja, tylko one, Polska i partia. Ja tylko pomogłem im się zejść. Sam szukał, po wiecach chodził i na mnie wpadł. Więc niech pani pamięta: ja go wyratowałem. Gdyby nie ja, wpadłby w łapy jakiegoś szpicla albo prowokatora!

– Ale Heńka nikt do siebie nie ciągnie, a on sam też nikogo nie szuka.

– Nie szuka, bo ma czas i nie ma daleko. Ma ojca, stryja, ma całą wolską ferajnę.

– Proszę cię!

– Ja go na siłę nigdzie nie wezmę. – Tasiemka się uśmiechnął, bo oprócz tego, że umiał zrobić minę jak bandzior, to jak na zawołanie potrafił fachowo wyczarować na okrągłej twarzy anielski uśmiech. – Nie martwcie się, majstrowo, my tu wszyscy jak rodzina, a nawet mocniej, bo chewra[10] to wybór, zakon! Szaconeczek, rączki całuję, ulatniam się jak kamfora, a syna zostawiam – tu zrobił pauzę – ma jeszcze czas…

Wcisłowa uśmiechnęła się smętnie, bo wiedziała, że kijem Wisły nie zawróci. Chciała, żeby Heniek poszedł w ślady dziadków Müllerów i Haasów, żeby kiedyś odziedziczył po nich gospodarstwo. Niemieccy osadnicy spod Warszawy nie żyli już jak chłopi: pracowali jeszcze tak ciężko jak oni, ale majątkiem już ich znacznie przewyższali.

Oczywiście prawdziwi ziemianie, najwięksi jaśnie państwo, mieli lepiej, ale Haasowie, Müllerowie i Wallowie nie żyli już w chałupach, tylko budowali domy przypominające dworki, a największymi z nich, prawdziwymi arystokratami, byli Ulrichowie. Na zachód od Czystego, na Górcach, mieli ogrody ze szklarniami i pobudowali tam prawdziwy pałacyk! Nie budzili zawiści, lecz stali się wzorem dla innych kolonistów, gdyż nie byli już ani bauerami, ani chłopami, lecz polskimi ogrodnikami niemieckiego pochodzenia.

Większość warszawskich i podwarszawskich Niemców była otwarta na polskość. Zasymilowali się szybciej niż wielkopolscy Bambrzy, nie zamknęli się w sobie jak osadnicy, którzy mieszkali dalej od Warszawy. Tu nikt nie wydałby polskiego patrioty, jak czynili to koloniści spod Wyszkowa. Tamci jednak byli ewangelikami i prawosławna władza była im bliższa niż katoliccy sąsiedzi.

Ci z Warszawy i okolic mocno wsiąkli w ziemię, a spajali się jeszcze mocniej, żeniąc się z Polkami i wydając za Polaków swoje córki. Rodzice Gertrudy nie protestowali, gdy Władek Wcisło poprosił o jej rękę. Choć był chłopskim synem, czytał, pisał i rachował, a na dodatek pracował u Lilpopa i obiecywał, że zostanie majstrem. Nie kłamał. Stanowisko dostał zaraz po ślubie.

– Mamo, czemu ten pan mówił, że ja z draką od urodzenia? Co to znaczy? – Heniek wyrwał matkę z zadumania. – Mamo, co to znaczy, kim on jest?

– Znajomym ojca – odpowiedziała niechętnie. – Idź do domu i wytrzyj nogi, jak będziesz wchodził. Przynieś z podwórka wody i umyj się, zetrzyj błoto z butów i podłogi.

– Ale…

– Szoruj do domu – włączył się ojciec, a z nim dyskusji nie było.

Heniek jak niepyszny pognał na górę piętrowego drewniaka, w którym mieszkali z kilkoma innymi rodzinami.

Ten Tasiemka znów tutaj, pomyślał.

– Czy ja kiedyś urodzę normalnie, jak inne kobiety? – Gertruda pociągnęła męża w kierunku szopy i gołębnika, bo nie chciała, żeby Henio usłyszał ich rozmowę.

– Wtedy Tasiemka nie miał z tym nic wspólnego, to bardziej była moja wina.

– Tak, twoja, twoja. Gdybyś nie znał Tasiemki, tamten by tego nie zrobił. Zauważył nie ciebie, tylko człowieka Tasiemki.

Władysław postanowił opowiedzieć Gertrudzie, jak naprawdę doszło do tego, co stało się dziesięć lat temu na Dworskiej. Nigdy wcześniej od początku do końca nie słyszała tej historii. Tymczasem Heniek bezszelestnie przywarł do ściany komórki i wytężył słuch. Zaryzykował, bo zamiast pójść na górę, cofnął się w pół drogi i ruszył ku szopie. Wiedział, że to tam chodzili rodzice, gdy chcieli porozmawiać na osobności. Musiał usłyszeć, kim był zbójowaty gość z wąsami i czemu była z nim draka od urodzenia.

Zimą 1904 wiele się wydarzyło. Najpierw, tuż po Nowym Roku, Władysław Wcisło dostał awans. To było coś pierwszorzędnego, bo miał tylko dwadzieścia osiem lat i już był majstrem u Lilpopa, a to dawało szacunek i poważną forsę! W samą porę, bo szły wydatki. Wiosną miało się urodzić dziecko, a był zbyt dumny, by godzić się na to, że teściowie będą dawali ruble na utrzymanie córki i wnuka.

Zimą, gdy wybuchła wojna japońska, nastroje w fabrykach i na ulicach były coraz gorętsze. Nie żeby wojna od razu pobudziła naród do działania. W lutym, jak się rozpoczęła, to był urzędowy entuzjazm i nie nadeszły jeszcze te straszne wiadomości z odległego frontu. Fala, która miała wywołać rewolucję, dopiero się rozpędzała, ale hale zakładów i zaułki przemierzali już coraz liczniejsi agitatorzy. Jednym z nich był młodszy brat Władysława Wcisły, Janek. To on wciągnął go w tę robotę i namówił do zabrania ulotek. Niepotrzebne mu to było, bo ożenił się, oczekiwał dziecka i dostał stanowisko. Miał teraz wiele do stracenia, ale ten szczeniak wziął go pod włos i na ambit. Majster Wcisło był jednym z nich, awansowanym i z większą pensją, więc nie tylko czuł się Polakiem, ale umiał też kalkulować.

Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek, mówiła mu babcia Józefa. Tu trzeba było tak właśnie zrobić. Miał chody w dyrekcji, lubili go też i zwykli robociarze, ale wiedział, że wszystko wisi na włosku, że niejednego majstra obito w ostatnich miesiącach, a zdarzały się i zabójstwa. Teraz będzie jeszcze goręcej, a on przecież był z nimi, choć musiał to też jakoś udowodnić.

W marcu się zdecydował, zgarnął bibułę i na miejsce agitacji wybrał Kercelak[11]. Wydawało mu się, że wpadł na najlepszy pomysł, bo tam zawsze było dużo ludzi. Tak to sobie wymyślił, nie zastanawiając się przy tym, że po bazarze kręcili się także szpicle i agenci. W światku przeważnie lewych interesów, wśród straganów, nielegalnych knajp, hazardu i sprzedawanych z ręki trefnych towarów, mogli złapać i zaprowadzić na cyrkuł niemal każdego, kto tam urzędował. Nie krążyli jednak po Kercelaku, by wyrobić normę. Agenci polowali na poważniejszych przestępców, a agitator z ulotkami z pewnością takim był.

Wcisło nie wpadł w ich łapy, bo zgasił go typ, który wyglądał jak kieszonkowy atleta, co nawiał z cyrkowej areny. Łysą krągłą twarz zdobiły czarne podkręcone wąsy, nosił się z posępną elegancją karawaniarza, a zbudowany był, jakby miał walczyć z championem Pytlasińskim. Nie był tak wysoki jak mistrz zapasów, ale na pewno bardzo silny. Silny i zdecydowany. Ścisnął majstrowi rękę jak imadłem i wciągnął między stragany. Wcisło próbował się wyrywać, ale dostał silny cios pięścią w brzuch. Odebrało mu dech i osuwał się po ścianie, gdy usłyszał sepleniący głos:

– Durak! Jak chcesz rzucać ulotki, to wpierw rozejrzyj się, czy nie masz agenta na karku – zasyczał mu do ucha wąsacz i majster poczuł silną woń alkoholu i tytoniu. – Policjanta po cywilu, rozumiesz? Szpicla! Ty trąbo! Jak będziesz robił frajerskie błędy, to posadzą cię w try miga!

– Job twoju mać – także z ruska wystękał Wcisło. – A ty skąd wiesz? Możeś sam szpicel?

– Jestem w Warszawie od miesiąca, ale ganiam się z nimi już ponad dziesięć lat. Oni wszyscy jednakowo śmierdzą, wyczuwam szpicla na kilometr, podobnie jak tego, kto jest nowy w konspirze.

Okazało się, że brutal, który go o mało nie pobił, dopiero co przybył z Tomaszowa, pracował w gumowej fabryce na Okopowej pod 24. Kazał do siebie mówić „Tasiemka”.

– To od mojej pierwszej fabryki. W Grodzisku pracowałem w zakładach tkackich – wyjaśnił.

Staremu konspiratorowi zrobiło się żal narwańca, więc postawił mu „pięćdziesiątkę spod spódnicy”, którą handlarka szybciutko nalewała do kieliszków . Na drugą nóżkę poszli już do jednej z knajp ukrytych między straganami. Tam było drożej, ale nadal taniej niż w legalnych szynkach. Uderzyli po kolejnej pięćdziesiątce, tym razem już na koszt Wcisły, a że był czwartek, to zakąsili słynnymi na całą Warszawę flakami. Podchromolili i podwatowali[12], więc atmosfera się rozluźniła. Tasiemka ucieszył się, że Władek jest ślusarzem. – Bardziej przyda się partii dobry ślusarz, bo ulotki może rzucać byle szczeniak – wyjaśnił. Przy okazji zrugał i nieobecnego Janka, że jest takim owakim, wte i wewte tandeciarzem, którego wcześniej jakiś inny nieodpowiedzialny dureń nie pouczył, jak wykonywać konspiracyjną robotę i jak wprowadzać w nią nowych.

Dwa tygodnie później Tasiemka po raz pierwszy odwiedził Władka. Miał ze sobą kasetkę i zlecił jej otwarcie. Na odchodnym uprzedził, że przyniesie do reperacji i na przechowanie dwie sztuki broni: nagana i browninga. Władek miał się przygotować do przejęcia, musiał zdobyć wiedzę na ich temat, uzupełnić narzędzia i urządzić skrytkę. Przed Gertrudą Tasiemka udawał klienta, który przyniósł majstrowi robotę. By zachować tajemnicę, swoje sprawy omawiali na ulicy. Gdy przypalali tytoń, minął ich sąsiad spod ósemki. Majster na widok brodacza w okularach zwykł chwytać palcami daszek czapki, a tamten uchylał kapelusza. Nic nie mówili, ot, zwykła wymiana grzeczności, ale tego dnia zakłócona dziwnym zachowaniem brodacza. Zamiast, jak zwykle, przekazać wyrazy uszanowania, zrobił to jakoś pokracznie, zmylił krok, przyśpieszył i zniknął pod swoją ósemką.

– Znasz go? – zapytał Tasiemka.

– Sąsiad, nawet nie wiem, jak się nazywa i kim jest.

– A ja wiem, kim był i kim pewno jest nadal. To partyjny drukarz, ale taki, co już nie z nami. Był w PPS-ie, ale od dawna już w SDKPiL-u, w dodatku siedział na cytadeli, ale udało mu się uciec. Nawiał przez szpital i agenci polują na niego. Jego twarz znają nie tylko w ochranie[13], na pewno portrety porozwieszali po cyrkułach i posterunkach żandarmerii. To nie jest dobre sąsiedztwo. Na pewno często zmienia lokale, ale kiedyś szpicle mogą być szybsi. Może już tu krążą i przypatrują się także sąsiadom. Szlag by to trafił, jesteś spalony. Nie przyniosę ci broni i nie będę się tu pojawiał, dopóki będziesz miał pod nosem tajną drukarnię z socjalistą, którego szukają listem gończym.

Tak jak Tasiemka rozpoznał drukarza, tak i on rozpoznał Tasiemkę. Nie pamiętał nazwiska ani pseudonimu, ale wiedział, że to pepeesiak. Marcin Kasprzak, bo tak się brodacz nazywał, zrozumiał, że skoro sąsiad ma konszachty z wąsaczem, to musi być w konspirze, i że obaj już pojęli, co się dzieje na podwórku obok. Ci dwaj na pewno go nie wsypią, ale bezwiednie mogą ściągnąć agentów.

Dwie meliny obok siebie to zbyt niebezpieczne. Musi poszukać lokalu. Na kolejną wpadkę nie może sobie pozwolić. Po pierwszym maja i pochodzie wyniesie się z Czystego. Nie wiedział, co byłoby teraz gorsze: powtórna odsiadka w „dziesiątym” na cytadeli i zesłanie na katorgę czy też kolejna udana ucieczka. Gra, którą prowadził z agentami w Prusach i Królestwie, oraz ucieczka z aresztu były w konspirze znane. Dla jednych czyniło to towarzysza Teofila bohaterem, ale dla innych był pierwszym podejrzanym o zdradę.

W końcu kwietnia Gertruda ledwo chodziła i czuła, że t o wkrótce się wydarzy. Niecierpliwie czekała, aż Władek wróci z pracy. Postanowiła, że jak tylko przyjdzie, wyśle go po położną. Było słoneczne środowe popołudnie, najpóźniej w czwartek zostanie matką.

Spojrzała na kalendarz – 27 kwietnia 1904 roku. Zapamięta tę datę, wszyscy w rodzinie będą ją pamiętać. Przymykając oczy, usłyszała skrzypienie uchylanych drzwi.

– Władek, nareszcie! Dobrze, że wróciłeś, Władziu, to już! – Gertruda przywitała męża, leżąc na łóżku. – Wezwij sąsiadkę, Nowakową z dołu, a sam biegnij po akuszerkę.

Władek Wcisło podbiegł, by ją uściskać, po czym szybko zakręcił się na pięcie. Niby dwa kroki, ale przecież wszystko mogło się zdarzyć. I zdarzyło się…

Na posesji obok trwała drukarska robota. Zbliżał się pierwszy maja, Kasprzak już szóstą godzinę pracował przy prasie. Pomagał mu inżynier Benedykt Gurcman, ale i tak roboty było tyle, że nie mieli choćby chwili wytchnienia. Drukowali jak na wyścigi, bo jeśli nie nadrukują odpowiednio dużo bibuły, to robotnicy nie pójdą na pochód. Byłaby to osobista porażka Kasprzaka, który czternaście lat temu wprowadził do Polski ten zwyczaj amerykańskiego proletariatu.

Choć był pochłonięty monotonną pracą przy maszynie, to nie zapominał o zasadach konspiracji. Co jakiś czas zerkał przez okno. Dzięki temu wypatrzył krążących w pobliżu podejrzanych facetów. Widział ich jak na dłoni, bo Dworska nie była ulicą, lecz luźno zabudowanym traktem. Drewniaki i nieliczne domostwa z cegieł nie stanowiły zwartego szeregu, nie było też szynków ani bram, w których można się skryć i obserwować dom z naprzeciwka. Tu się nie spacerowało, tędy się tylko przechodziło. Dwóch mężczyzn niepasujących do tej okolicy kręciło się przy drodze. Szukali sobie miejsca, próbowali wtopić się w krajobraz przy bramie Szpitala Starozakonnych. Nie wyglądali na ludzi, którzy mieliby tam interes, udawali więc, że na kogoś czekają, a że nijak nie przypominali Żydów, to ich starania były co najmniej komiczne. Równie dobrze mogliby próbować nie zwracać na siebie uwagi w środku murzyńskiej wioski.

Pasowali tu jak pięść do nosa, więc nawet ktoś, kto nie był konspiratorem tak doświadczonym jak Kasprzak, rozpoznałby w nich agentów. Nie każdy jednak poradziłby sobie z taką wiadomością, wielu straciłoby głowę, towarzysz Teofil był jednak daleki od tego, by wpadać w panikę z powodu dwóch agentów ochrany. Nigdy mu się coś takiego nie przydarzyło: ani wtedy, gdy wyrzucano go z PPS-u i SDP, ani wtedy, gdy Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy poddawała go krytyce. Nie pękał też, gdy ważyły się sprawy życia i śmierci. To on przeniósł przez granicę ranną towarzyszkę Różę Luksemburg, to on niejeden raz wiał żandarmom, więc i teraz da radę.

Po pierwsze, wiedział, że nie może uciekać. Drewniany dom, w którym mieszkał i pracował, stał na dużej działce i nie przylegał do żadnego budynku. Na wsi wydawałby się sporą chałupą, na przedmieściu zaś był małym parterowym drewniakiem z mieszkalnym strychem. Tutaj nie można było zgubić pogoni jak w kamienicy, klucząc po podwórkach studniach, strychach i kuchennych schodach.

Dom o spadzistym dachu był na domiar złego ustawiony szczytem do ulicy, więc nie dawał większej osłony. A gdyby próbował wymknąć się od tyłu? Nie wiedział, czy może ochrana nie ustawiła tam trzeciego agenta. Każdy kij ma dwa końce, agenci widzieli go jak na dłoni, ale i on mógł kontrolować ich ruchy. Wyraźnie czekali na posiłki, ale po ich zachowaniu było widać, że raczej szybko nie przybędą. Miał więc trochę czasu, bo szpicle bez fiołów z żandarmerii[14] i policmajstrów nie zapukają. Od czasu, gdy za pomocą browningów, mauzerów i naganów bojowcy uczyli grzeczności, carskie gady czuły mores. Zaczął więc systematycznie, bez paniki, likwidować drukarnię. Rozbierał prasę, chował jej części, a bibułę i niezadrukowane arkusze wsadzał do skrytek pod podłogą.

Gdy żandarmi i policjanci zapukali do drzwi, było już wysprzątane, a Gurcman siedział przy stole, na którym stały flaszka wódki i dwie szklanki. Kasprzak miał wprawę i był bardzo skrupulatny. Poupychał wszystko jak należy i ruscy nie potrafili znaleźć nawet pół czcionki czy śladów drukarskiej farby. Nalot przebiegał nadzwyczaj gładko, bo towarzysz Teofil budził zaufanie spokojem i pewnością siebie. Rewizja dobiegała końca i mundurowi stali już w drzwiach. Wtedy za ich plecami zauważył przechodzącego ulicą sąsiada, tego jasnowłosego od ciężarnej kobiety, co konspirował razem z wąsatym PPS-owcem. Źle, bardzo źle. Teraz już nikt nie uwierzy, że nie ma układów z ochraną. Kasprzak podjął decyzję. Żegnając się z oficerem żandarmerii, wsadził rękę za plecy. Namacał chłodną kolbę browninga. Ma siem’ pul na piatiera skatin[15], tylko tak może udowodnić towarzyszom, że nie jest zdrajcą.

Majster Wcisło wybiegł spod ósemki i mijając szóstkę, zobaczył coś, co wytrąciło go z równowagi. Z mieszkania drukarza wychodzili żandarmi i policjanci, a na progu stał sąsiad. Ich spojrzenia się skrzyżowały. Przyśpieszył kroku, usłyszał strzały, odwrócił się i zobaczył padające ciała. Żandarmi ruszyli z powrotem do środka, wyrywając z kabur rewolwery. Nie zdążyli, bo Kasprzak bił z pistoletu.

Po siedmiu strzałach na moment zaległa cisza, po czym rozległ się trzask taboretu rozbijanego na głowie jednego z Rosjan. To konspirator dorwał żandarma, którego tylko ranił strzałem z browninga; zwykle zimny, teraz dał się porwać emocjom. Zrozumiał, że jest już skończony, że nie ucieknie, więc w furii tłukł rannego. Innego zdążył jeszcze ugodzić nożem i z tym właśnie narzędziem w ręku wybiegł na ulicę. Wyglądał strasznie.

Przekroczył próg, w którym leżeli Rosjanie. Trzy ciała tkwiły nieruchomo, dwa drgały, a wszędzie było pełno krwi. Za Kasprzakiem wyskoczył człowiek, którego majster już tu widział. Nie dobiegli daleko. Z drugiej strony Dworskiej pędzili tajniacy, którzy wcześniej obserwowali dom. Wspierało ich kilku żandarmów i stójkowi[16]. Nóż, którym Kasprzak dźgał jedną z ofiar, był za słaby na starcie z szablami oraz długimi bagnetami osadzonymi na lufach mosinów. Drukarz i jego wspólnik błyskawicznie zostali powaleni na ziemię. Kolby karabinów z głuchym łomotem uderzały o ciała konspiratorów.

Nagle z sąsiedniego domu dobiegł jęk kobiety i płacz nowo narodzonego dziecka.

Bez dwóch zdań, życie Heńka Wcisły zaczęło się od niezłej draki.

II ENTUZJAZM I GROZA

16 sierpnia 1914

Jak zwykle po powrocie z zakładu Lilpopa, Raua i Loewensteina inżynier Ludwik Beniowski zasiadł w fotelu z gazetą w ręku. W swoim mieszkaniu przy ulicy Marszałkowskiej 75, na trzecim piętrze kamienicy Fruzińskiego, odpoczywał po pracy. To znaczy miał taki zamiar, ale tym razem w głowie kłębiły mu się myśli i wspominał to, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach.

Wszystko zaczęło się nocą 26 lipca. Nad Warszawą przeszła wtedy potężna burza, wiał porywisty wiatr, a pioruny waliły jak nigdy. Grzmoty były jednak niczym wobec huku od strony cytadeli. Jeden z piorunów wywołał pożar i wybuch magazynu z amunicją. – To znak – mówiono na mieście. – To znak! – powtarzano, a następnie rozwijano opowieści godne Wernyhory. Słuchał ich ze zniecierpliwieniem. Wyrósł z romantycznych wizji i mesjanistycznych urojeń.

– Znak czego? – denerwował się nie na żarty, bo miał racjonalne podejście do polityki i historii, wierzył w pozytywizm i odrzucał romantyczną symbolikę. – Te przesądy i gusła to efekt ciemnoty i niedouczenia, tym bardziej więc trzeba kłaść nacisk na edukację, czytelnictwo i pracę u podstaw – mówił, włączając się do rozmów. – Jeśli znak, to tego, że to już absolutny koniec Krieposti Warszawa[17]. To znak, że nieodwołalnie można rozbudowywać i rozwijać nasze miasto!

W istocie, rok wcześniej Rosjanie ogłosili likwidację twierdzy i zaczęli wysadzać forty, które blokowały rozwój Warszawy. Prawie 900 tysięcy ludzi dusiło się już w przestrzeni wyznaczonej przez carskie umocnienia, a ceny nieruchomości osiągnęły absurdalny poziom. Metr kwadratowy ziemi miał wartość kilograma złota! I to po praskiej stronie, a na lewym brzegu? To wszystko szaleństwo!

Inżynier doskonale znał ceny gruntów, bo wraz z kilkoma osobami myślał o założeniu własnego interesu. Może teraz okaże się to realne, parcele nie będą aż tak drogie, a Warszawa uwolniona z militarnego gorsetu jeszcze rozkwitnie?

Podróżujący koleją z Wiednia, Berlina i Paryża pytali: „Czy to już Moskwa?”. Jadący ze wschodu, z Sankt Petersburga, Moskwy i Kijowa, mówili: „To już Paryż?”. Minie parę lat, góra dekada, i będą wiedzieć, że to nowa europejska gwiazda – Warszawa. Już teraz, mimo carskich dekretów i wyniszczających powstań, wbrew wszystkim przeciwnościom, stała się trzecim miastem imperium. Tylko patrzeć, jak dobije do miliona mieszkańców!

Dla Beniowskiego wybuch pod cytadelą w istocie był znakiem, znakiem, że rozpoczęła się nowa epoka. Oczywiście warszawska ulica widziała to inaczej. Szeptano, że to ostrzeżenie po sarajewskiej zbrodni sprzed miesiąca. Beniowski nic sobie z tego nie robił, bo warszawiacy lubili sensację. Mówili o nadciągających nieszczęściach, ale życie prowadzili z typową dla siebie beztroską. Skoro miała wybuchnąć wojna, to czemu nie gromadzono zapasów, dlaczego, jak gdyby nigdy nic, bawiono się i wyjeżdżano na letniska?

Dwa dni po burzy wieść o tym, że Austria wypowiedziała wojnę Serbii, pozbawiła go spokoju. Słusznie, bo minął dzień i Rosja, która dawała Serbom gwarancje, ogłosiła częściową mobilizację, a nazajutrz – powszechną. Ostatniego dnia lipca w Warszawie wywieszono odezwę, która nakazywała szeregowcom rezerwy stawić się w jednostkach, a na właścicieli koni nakładała obowiązek dostarczenia zwierząt wojsku.

Skończyła się też beztroska kanikuła, bo rozkład jazdy pociągów podporządkowano potrzebom armii. To wystarczyło, by pod bankami pojawiły się kolejki. Zdawało się, że miasto ogarnia wojenna panika, która może doprowadzić do Bóg wie czego! Nim posprzątano po lipcowej burzy, Europa już walczyła, pruska armia zdobyła Kalisz i Częstochowę, a na zachodzie weszła do Belgii.

Warszawa zawsze była jak beczka prochu, ale tym razem rewolucyjny lont, mimo że podsycany przez wojenny zamęt i działania agitatorów, zgasł jak świeczka na wietrze. Nie było branki, rezerwiści karnie szli do koszar, nie było też demonstracji i aresztowań, no może z jednym drobnym wyjątkiem. Warszawiakom nie spodobał się zakaz sprzedawania alkoholu i nie respektowali go, więc policja wzięła się za restauratorów i szynkarzy. Areszt przy ratuszu zapełnił się właścicielami i szefami lokali.

Ale to nic w porównaniu z tym, co działo się na Pradze! Na rozkaz generała gubernatora wylano na bruk cały zapas spirytusu z fabryki na Ząbkowskiej. Ulicą płynęła rzeka alkoholu, z której mieszkańcy okolicznych kwartałów czerpali czym się dało. W ruch poszły garnki, miski i wiadra, a ci, którzy nie mieli w co nalewać, pili bezpośrednio z rynsztoków. Wiadomość ta niczym błyskawica obiegła Pragę, Kamionek i Grochów, zrobił się tumult, z którym policja i żandarmeria ledwie sobie poradziły. To była najgwałtowniejsza reakcja ludu Warszawy na wybuch wojny!

Inżynier nie pojmował ani tego, ani spokoju swej żony Narcyzy, która siedziała z Julkiem na letnisku. Nie mógł też zrozumieć entuzjazmu, z jakim warszawska ulica żegnała wyruszających na front rezerwistów.

Był sympatykiem Stronnictwa Polityki Realnej i ewolucyjnego, rozsądnego w swych żądaniach dochodzenia polskich praw. Nie negował więc istnienia rosyjskich władz i brał udział w wyborach do Dumy, głosując pierw na Grabskiego, a później na barona Kronenberga. Uznawał państwowość Polski w kształcie, w którym istniała, a w żadnym razie nie czuł wojennego entuzjazmu!

Co paręnaście lat rewolucja i powstania osłabiające polską tkankę, teraz wojna, która przyniesie nowe zniszczenia, więc co u diabła świętować? – rozmyślał.

Stał w milczeniu, patrząc na elegancko ubranych warszawiaków żegnających rezerwistów, jakby to nie był wymarsz na wojnę, tylko wojskowa parada. Zdezorientowany szybko wrócił do domu, nie widział więc, jak tłumy spontanicznie oklaskiwały przemarsz rosyjskich pułków. Następnego dnia w fabryce zagadnął o ten wojenny entuzjazm Stanisława Kowalskiego, robotnika, którego od zawsze podejrzewał o przynależność do PPS-u. Szczupły rudzielec pokręcił tylko głową i rzekł:

– Pan, panie inżynierze, pytasz o naszych rezerwistów, a ja spytam pana o naszych kozaków.

– O jakich „naszych kozaków”?

– A o tych, którzy z nahajkami gnali Polaków na Sybir i z szablami rozbijali powstania i patriotyczne pochody. – Wesoły zazwyczaj robotnik miał poważną minę i wcale nie żartował, a widząc bezgraniczne zdziwienie inżyniera, wyjaśnił: – Nie czytałeś pan jeszcze dodatku nadzwyczajnego? Ja też nie, ale słyszałem, że na widok kozaków elegancko wystrojone frajerstwo krzyczało „nasi dzielni kozacy”. To niepojęte, ale prawdziwe. Branka, po stokroć cięższa od tej z zimy tysiąc osiemset sześćdziesiątego trzeciego roku, nie tylko nie doprowadziła do rewolucji, ale wywołała entuzjazm i niemal miłość do carskiej armii.

Inżynier odłożył „Słowo” na leżący już na stoliku „Kurjer Warszawski” i wstał z fotela. Przeczesał ręką siwiejące włosy, po czym pogładził hiszpańską bródkę. Emploi nie było przypadkowe. Przypominał mistrza Henryka Sienkiewicza i bardzo mu to schlebiało, bo noblista uchodził za mężczyznę niezwykle przystojnego.

Od dalszej katorgi, jaką była próba ogarnięcia myślą ostatnich tygodni, wyrwał go alarmujący dzwonek do drzwi.

Kto dzwoni jak na pożar? – pomyślał. Oczywiście mały Wcisło. Dla niego elektryczny dzwonek przy drzwiach to nie lada atrakcja. Zupełnie o tym zapomniał, a przecież dziś synek jego protegowanego z Lilpopa miał wymienić książki.

Wstał i podszedł do drzwi. Zły nastrój minął błyskawicznie, bo Heniek zawsze optymistycznie nastrajał go do świata. Inżynier był społecznikiem, który czynem odpowiedział na pisma pozytywistów. Pomaganie rodzinom robotniczym traktował jak misję, bo uważał, że dobrobyt i wykształcenie to najskuteczniejsza broń w walce z socjalistyczno-rewolucyjną ideologią i najszybsza droga do odzyskania niepodległości. Gdyby tylko wiedział, że ten, w którym pokładał największe nadzieje, czyli Władysław Wcisło, współpracował z PPS-em…

Beniowski poznał Wcisłę prawie dwadzieścia lat wcześniej. Władek był kawalerem i pracował u Lilpopa. Inżynier szybko zwrócił uwagę na młodego, bystrego robotnika. Ten chłopak do czterech klas szkoły elementarnej dokładał inteligencję oraz dryg do wszelkich zagadnień technicznych. Miał sprawne ręce, otwartą głowę, zapał i ambicję. Przede wszystkim zaś chciał się dalej kształcić, więc z miejsca wydał się doskonałym kandydatem na majstra. Gdy Ludwik Beniowski usłyszał od znajomego inżyniera o lepiej płatnej i bardziej samodzielnej posadzie w gazowni, podpowiedział Władkowi, by ten zgłosił się z jego referencjami.

Zasługą Beniowskiego był także wybór szkoły, do której poszedł syn Władka. Pan Ludwik uznał, że dla młodego Wcisły idealnym miejscem będzie szkoła przy Kolei Wiedeńskiej. Nauka trwała tam siedem lat i łączyła wykształcenie ogólnokształcące ze szkoleniem w kolejarskim fachu. Henio mógł po niej zostać mechanikiem albo nawet maszynistą. Szkoła z Chmielnej dawała pewną, dobrze płatną pracę oraz możliwość kontynuowania nauki.

Czym mógł się odwdzięczyć Władek Wcisło? Polecił mu sumienną i uczciwą kandydatkę na gosposię, czyli córkę swojej starszej siostry, Zosię Wyględę.

– Dzień dobry, panie inżynierze.

– Witaj, chłopcze, jak się miewasz?

– Doskonale, jest laba, pełno wojska na ulicach, w powietrzu aeroplany i sterowce, a w dodatku przejechałem się windą! – Zwykle mały wchodził po schodach dla służby, a kuchenne drzwi otwierała mu jego dwudziestoletnia kuzynka Zosia. Teraz jednak miała wolne i była u rodziny na wsi. Ludwik Beniowski gospodarzył sam, bo jego żona Narcyza i syn Julek wciąż byli na letnisku.

– A ja, mój chłopcze, miewam się źle.

– Czemu? Chory pan, panie inżynierze?

– Chory na umyśle i duszy, tak można powiedzieć. – Inżynier przyjął pozę Hamleta, po czym uśmiechnął się gorzko.

– Wiesz, Heniu, ja nie mogę pojąć tego, co się obecnie rozgrywa, nie wiem, do czego to doprowadzi. Boję się, że do jakiejś katastrofy.

– Tata i jego koledzy mówią, że tak właśnie będzie. Zdarzy się wielka katastrofa i dla kacapów, i dla Prusaków. I dla starego Franza Josefa też. A potem będzie wolna Polska!

– Ech, mój Heniu, tylko powinszować tego optymizmu… Ale kto wie, może będzie tak, jak obiecał naczelny wódz Mikołaj Mikołajewicz. Może Rosja szybko wygra wojnę i Królestwo Polskie połączy się z zaborami pruskim i austriackim. Kto wie, może car rzeczywiście wróci nam autonomię… – mówił smutnym głosem, bo sam w to nie wierzył.

Wojna nie jawiła mu się, jak wszystkim innym, jako szybka, zakończona łatwym zwycięstwem przygoda. Jak to się wszystko zmienia, niedawno śmiał się z warszawskiej ulicy, która w burzy i wybuchu na cytadeli widziała ponury znak, a teraz to on jest Wernyhorą w tłumie podnieconych wyznawców Bellony.

Entuzjazm udzielił się także rosyjskim oddziałom Drugiej Armii, która na Mazurach szykowała się do rozprawy z cofającym się pruskim wojskiem. Aleksander Mikołajewicz Nowicki, dwudziestotrzyletni kornet[18] Lejbgwardyjskiego Pułku Ułanów Jego Wysokości, był w tym entuzjazmie rozdarty. Nigdy nie czuł się tak dobrze i dziwnie zarazem, jak w ostatnich dniach.

On, Polak z pochodzenia, jak jego ojciec i dziad służący carowi oraz imperium, po raz pierwszy zrozumiał, jak to jest być Polakiem wśród Polaków. Przebywał w Warszawie już dwa lata i czuł się bardziej obco, niż gdyby dostał przydział na Kaukaz lub do Wielkiego Księstwa Finlandii. Tam gdzie ludzie mówią obcymi językami, nie dziwiłoby to ani trochę, ale tu, w Królestwie Polskim? Odkrył nawet, że gdy mówił po polsku, stawał się ludziom jeszcze bardziej obcy. Po rosyjsku źle, po polsku jeszcze gorzej, tylko po francusku dobrze.

Nawet dzieci oficerów dotknięte były ostracyzmem. Pamiętał historię pułkownika Lutza, którego córki bawiły się z polskimi rówieśnikami i gościły ich nawet, ale tylko do czasu, gdy francuska guwernantka małych Polaków pochwaliła się państwu. Niania o mało nie straciła przez to pracy, a rosyjskie dzieci już więcej nie spotkały się ze swoim towarzystwem.

Nowickiemu pozostawało to, co jego nieżonatym kolegom z pułku. Odrzucani przez warszawskie towarzystwo oddawali się typowym dla panów oficerów rozrywkom – knajpy, teatrzyki i… To trzecie znał od pierwszego dnia, jak każdy zresztą, kto dostawał debiutancki przydział.

Koledzy z pułku mieli już dla niego zarezerwowany elegancki, niedrogi pensjonat. Po przyjeździe okazało się, że był to elegancki, ale nie pensjonat, lecz burdel! Panie, szampan i koledzy oficerowie już czekali, a ofiarą padały pierwsze pensje nowego ułana Jego Wysokości. Te rozrywki lubiło wielu, ale nie wszyscy, natomiast każdy zażywał jazdy konnej. To właśnie przez pasję do koni można było trafić do Polaków, bo jedynym miejscem, w którym nie traktowano oficerów Jego Wysokości jak powietrze, były ujeżdżalnie oraz tor wyścigów konnych na Polu Mokotowskim. Tam ich kawaleryjska przynależność, ich niekwestionowane mistrzostwo w jeździe konnej i bezsporna biegłość w ocenie wierzchowców traktowane były z szacunkiem. Tylko tam można było rozmawiać i zawierać znajomości, które rzecz jasna ograniczały się jedynie do tego miejsca.

Był młodym oficerem, ale jako gwardzista cara i kawalerzysta podczas najważniejszej gonitwy roku, Wielkiej Warszawskiej, dotarł tam, gdzie była elita guberni i miasta. Czuł się tym pewniej, że dowódca pułku, generał major Carl Gustaf Mannerheim, był fińskim arystokratą. Traktowano go więc inaczej, lepiej niż każdego innego carskiego oficera. Korzystali na tym jego podwładni, którzy dzięki niemu mogli zbliżyć się do warszawskiej socjety.

Tuż przed gonitwą, na którą czekała bez mała cała Warszawa, Nowicki zobaczył najbardziej zjawiskową kobietę, jaką kiedykolwiek zdarzyło mu się spotkać. Była smukła, czarnowłosa i, jakby to powiedział jego kolega z pułku porucznik Korsakow, rasowa. Szybko ustalił, że nazywa się Emilia Radziejowska, ma siedemnaście lat, a jej ojciec jest przedsiębiorcą.

Stanisław Radziejowski handlował ze Wschodem i Zachodem, miał domy dochodowe oraz był akcjonariuszem kilku liczących się firm. To wszystko czyniło go człowiekiem niezwykle majętnym, przez co jego córka stawała się dla korneta jeszcze bardziej niedostępna. Jedyne, na co mógł się zdobyć, to spojrzenie i ukłon, zaakcentowany cichym uderzeniem obcasami.

Ona, jak na młodą damę przystało, potraktowała go dyskretną i grzeczną odpowiedzią. Jej spojrzenie i dygnięcie były wszystkim i niczym. Wiedział bowiem, że to, co dla niego było spełnieniem marzeń, dla niej mogło być tylko i wyłącznie wynikającym z etykiety obowiązkiem.

Wielka Warszawska zamykała sezon, a wkrótce z pułkiem pożegnał się generał major Mannerheim. Szanse na to, by jakimś cudem trafić na warszawskie salony i spotkać tam pannę Emilię, były równie prawdopodobne, jak otrzymanie przez korneta awansu na majora. Czyli żadne.

Aleksander Mikołajewicz począł więc – poza korzystaniem z pułkowego maneżu – zapuszczać się konno także tam, gdzie warszawiacy odbywali przejażdżki. Jeździł w lewo i w prawo aleją Ujazdowską. Ta najelegantsza warszawska ulica dzieliła się na dwie części, wybrukowaną, po której poruszały się tramwaje, dorożki i nieliczne automobile, oraz nieutwardzoną, gdzie odbywano przejażdżki konne i w powozach. Podczas dwóch miesięcy pobytu na tym końskim targowisku próżności poznał z widzenia już wszystkich jego bywalców, ale Emilii Radziejowskiej nie widział ani razu. Wczesną wiosną jego wytrwałość została nagrodzona. Galopując na swoim Bucefale po Polu Mokotowskim, zobaczył ją, jak kłusuje z przeciwka na karym koniu. Była jak… Amazonka? Nie, jawiła się niczym grecka bogini Artemida, wielka łowczyni, której atrybutami były łuk i strzały, a ulubionym zwierzęciem łania.

Tak, łania… Emilia Radziejowska była jak łania, ale jednocześnie jak Artemida, bo miała w sobie coś władczego. Zgrabna i lekka, ale silna jak lwica, wszak bogini budziła postrach wśród dzikich zwierząt. Kornet Nowicki, zwalniając tempo, wyprostował się w siodle, zasalutował, po czym skłonił się lekko. Wtedy stała się rzecz, o której mógł tylko pomarzyć. Panna Emilia wstrzymała konia i odpowiedziała po francusku na jego salut.

– Bonjour, monsieur.

– Bonjour mademoiselle, ale jeśli pani pozwoli, możemy mówić po polsku.

– Oficer gwardii Jego Wysokości mówi po polsku, to nadzwyczajne… I to z takim niemal niezauważalnym akcentem!

– To zwyczajne, że Polak mówi po polsku, mademoiselle…

– To raczej nie jest zwyczajne, że Polak jest kornetem, mój panie.

– Sądzi pani, że nie stać nas na to, by służyć Jego Wysokości w oficerskich mundurach? Uważa pani, że my, Polacy, jesteśmy gorsi od Niemców, Finów i Gruzinów, że nie możemy być oficerami i jenerałami? Podzielam jednak zdanie, które, jak sądzę, chciała pani wyrazić, że wśród oficerów wysokich szarż jest nas stanowczo zbyt mało.

– Uważam, mój panie… – Tu się zawahała.

– Pani wybaczy, nie przedstawiłem się – ponownie wyprężył się w siodle – Aleksander Mikołajewicz Nowicki, kornet ułanów lejbgwardii.

– Emilia Radziejowska – odkłoniła się porucznikowi. – Uważam, że stać Polaków na bycie oficerami, jenerałami i nawet marszałkami. Tak, panie oficerze Nowicki, jak najbardziej możemy, ale… nie powinniśmy. Polski oficer, ale tylko wtedy, gdy jest polski żołnierz, polski jenerał, polski marszałek, polski król i polskie państwo! Rozumie pan?

– Wybaczy pani, panno Emilio Stanisławowna[19] – zaczął Nowicki, ale ledwo wypowiedział te słowa, zrozumiał, że popełnił niewybaczalny błąd, podwójny, jak się miało okazać.

– Panie poruczniku! – przerwała mu w pół zdania. – Widzę, że pan wie o mnie wszystko, a raczej prawie wszystko. Nie znamy się, a pan potrafi wymienić imię mojego ojca. Kto wie, może pan mnie śledzi? To u was takie modne, śledzić, wysyłać szpicli i prowokatorów.

– Pani wybaczy – zaczął się tłumaczyć. – Ja tu ćwiczę z moim Bucefałem przed trzywiorstowym wyścigiem dla oficerów kawalerii, co roku tu właśnie bijemy się o zwycięstwo…

– To bijcie się dalej, ale bez nas! – Emilia Radziejowska spięła konia i wykonała gwałtowny obrót. Była zagniewana, co czyniło ją jeszcze wspanialszą. Niewyobrażalnie piękna, delikatna i mocna zarazem. Smukła, ale nie mimozowata, bezsilna i krucha, lecz pełna energii. Prawdziwa bogini. Nie pociągały go te wszystkie panny, które snuły się tak, jakby miały za chwilę zemdleć. Daleki był od tego, by dać się złowić na słowa „Niech mi pan będzie oparciem”. Owszem, uważał, że dam trzeba bronić, że należy być dla nich podporą, ale marzył o takiej, która byłaby mu przede wszystkim przyjacielem i partnerką. Takie kobiety, takie żony mieli antyczni bogowie i herosi, takiego ideału poszukiwał.

Emilia nie była już jednak Artemidą, lecz Alekto, boginią nieubłaganego gniewu.

– Bonne chance – dokończyła, wyrywając go z marzeń. – Powodzenia, niech pan wygra tę swoją gonitwę i niech pan zapamięta, panie „polski” oficerze, że Polki nie mają otczestwa. Jeśli panu nie wystarcza Emilia Radziejowska, to niech pan doda drugie imię, Grażyna. Emilia Grażyna Radziejowska. Wątpię, drogi panie, czy pan rozumie znaczenie tych imion i czy będzie miał pan okazję powtórzyć je kiedyś w mojej obecności. Au revoir, żegnam – rzuciła i raz jeszcze okręciła się z koniem, po czym ruszyła galopem, jakby pragnęła uciec jak najdalej.

– Au revoir, mademoiselle – odpowiedział i poczuł się jak człowiek, którego życie się spełniło i dobiegło końca.

Nieszczęśliwego końca. Miesiącami marzył o rozmowie z nią. Nie sądził, że będzie miał okazję zamienić z Emilią Radziejowską choć dwa słowa, więc tym bardziej nie zakładał, że ich spotkanie zakończy się katastrofą godną greckiej tragedii.

Kornet Nowicki ruszył stępa do koszar przy Belwederze, zastanawiając się nad swoją przeszłością i przyszłością. Jako syn pułkownika i wnuk kapitana nie mógł pojąć, co złego i odrażającego widziała panna Emilia w tym, że był oficerem. Nie do końca mógł też zrozumieć nacisk, z jakim panna wymieniała swe imiona: Emilia i Grażyna… Chciał się poddać, ale skoro zakończony katastrofą cud już się wydarzył, to czemu nie miałby się przytrafić kolejny, ale z lepszym zakończeniem?

Zamienił więc swoje ulubione lektury o antyku na literaturę polską i po kilku tygodniach już wiedział, co oznaczały imiona Radziejowskiej: kapitan Emilia Plater oraz piękna i dzielna księżna Grażyna z poematu Mickiewicza. Pierwsza niczym Atena, a druga jak Plutarchowy ideał kobiety i obywatelki. Taka była Emilia Grażyna Radziejowska. Tym bardziej zrobiła się bliska jego sercu, choć z pewnością nie czuła się, jak on sam, obywatelką imperium.

Wiedział już wszystko o kobiecie swoich marzeń, ale niewiele mógł powiedzieć o Polsce i prawie nic o sobie. Zaczął więc czytać rzeczy, których jego przełożeni by nie pochwalili. Sięgnął po Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego. Zagłębił się też w pismach nowych gniewnych autorów. Napisał zatem do ojca, Mikołaja Józefowicza, emerytowanego pułkownika, bo chciał dowiedzieć się czegoś więcej o służbie i życiu jego oraz dziadka Józefa.

Nadeszło lato, a wraz z nim sarajewski zamach, mobilizacja i wyjście na front. Niespodziewanie tuż przed wymarszem do koszar przyszedł posłaniec z listem. To był jeden z tych, którzy w czerwonych czapeczkach i ze skórzanymi torebkami u pasa czekali na zlecenia przy co większych kawiarniach. To było wręcz niemożliwe…Bilecik podany przez posłańca był od NIEJ. Aleksander znalazł się w siódmym niebie, a chwilę później także posłaniec, bo zdarzało się, że panowie dawali rubla, ale świnkę[20]?

No cóż, pomyślał, dama, która zleciła mi przesyłkę, była młoda i wyjątkowo piękna.

Porucznik wyskoczył z koszar jak z procy. Pomknął na koniu na plac Na Rozdrożu, gdzie obok cerkwi Świętego Archanioła Michała Archistratega[21] miała na niego czekać Emilia Grażyna. Pogonił Bucefała w górę Agrykoli i wypadł na plac. Dostrzegł ją od razu, siedziała w bryczce, a gdy podjechał do niej, z miejsca, jakby w gorączce, zaczęła rozmowę.

– Dziękuję, że pan przyjechał. Chciałam pana przeprosić, panie oficerze – zaczęła szybko, ale niepewnie. Nie była już gniewną Alekto, była młodą, niewysłowienie piękną i zawstydzoną panną. – Chcę, żeby mnie pan zrozumiał, i sama chciałabym zrozumieć pana.

– Nie ma mnie pani za co przepraszać. To ja mogę pani dziękować, bo tamten dzień pamiętam do dzisiaj i pamiętam go jako mój dzień najszczęśliwszy. Ja panią rozumiem, ale czy pani może zrozumieć mnie? W to szczerze wątpię, bo ja też nie mogę pojąć samego siebie. Poznałem, co znaczy Emilia, co znaczy Grażyna, więc wiem, że jeśli nosi pani nie tylko w imionach, ale także w sercu kapitan Plater i poematy Mickiewicza, to nie ma tam miejsca dla korneta ułanów lejbgwardii.

– Pan naprawdę nic nie rozumie – niemal krzyknęła i wręczyła mu jakieś zawiniątko. – Proszę pisać! – Po czym dała znać stangretowi i odjechała Nowowiejską w kierunku politechniki. Stał jak słup soli.

Proszę pisać! – powtórzył w myślach i dopiero wtedy otworzył dłoń. W zawiniątku był medalik z Matką Boską i liścik: Niech Pana strzeże, niech Pan dla mnie cało wróci. Proszę pisać. Na odwrocie kobiecą ręką zapisano adres.

Mieszka przy Mokotowskiej, a więc blisko Pola Mokotowskiego, toru wyścigowego i mojego mieszkania, naszła go kompletnie absurdalna myśl. Złapał się na tym, że w taki oto banalny sposób spuentował najcudowniejszą chwilę swojego życia. W wyścigowym tempie pomknął do koszar. Gdyby mógł, kazałby zatrąbić na zbiórkę i wyprowadziłby ułanów w kierunku pruskiej granicy. Chciał natychmiast ruszyć na front, jak najszybciej skończyć tę wojnę i wrócić dla niej i do niej.

Aleksander wspominał spotkanie z Emilią, prowadząc szwadron patrolujący mazurskie okolice. Niedługo wszystko się rozstrzygnie, zbliżali się wraz z XXXIV korpusem i Drugą Armią Samsonowa do wroga, który ścierał się z Pierwszą Armią generała Rennenkampfa. Wieści dochodzące ze sztabu Pierwszej Armii były krzepiące, Niemcy zostali pobici pod Gumbinem[22] i wycofywali się w stronę Wisły.

Ta wojna nie potrwa długo – pomyślał.

III W SZKOLE, NA SALONACH I NA POLU BITWY

4 września 1914

Heniek wstał, umył się i zjadł śniadanie, po czym zaczął pastować buty. To codzienny rytuał, do którego będzie musiał się przyzwyczaić. Z końcem sierpnia przychodził koniec beztroskiego biegania na bosaka. Nie tylko dlatego, że zbliżały się chłodniejsze dni. To początek szkoły sprawiał, że buty miały być w użyciu przez siedem dni w tygodniu, a nie tylko w niedzielę, do kościoła. Trzeba je było zakładać z rana, a zzuwać dopiero po powrocie ze szkoły. Stopa rosła, więc matka kupiła buty na wyrost, za duże o dwa numery z okładem, żeby nastarczyć na inne wydatki. Miały też być dobre na zimę, więc musiały jeszcze pomieścić filcowe wkładki i podwójne skarpety.

Müllerowie i Haasowie polecili swojego powinowatego, szewca Skaryszewskiego z Piaseczna. Trzewiki były solidne i wygodne, a kuzyn robił je taniej od warszawskich rzemieślników. Jak podeszwy się zetrą, to odda się je na Stare Miasto do Antoniego Kalinowskiego. Tam mistrz albo któryś z czeladników da nowe zelówki, nabije gwoździe i podkówki. Buty miały starczyć nie tylko Heńkowi, ale i stryjecznemu bratu, Felkowi. Stryjek był młodszy od ojca o prawie dziesięć lat i nie był majstrem, więc nie mógł sobie pozwolić na taki wydatek.

Z ciągłym noszeniem obuwia Heniek szybko się pogodził, bo nie chodziło tu o niewygody. Buty krępowały nie stopy, tylko głowę. Kojarzyły się z porządkiem, obowiązkiem, wczesnym wstawaniem, no i oczywiście pastowaniem.

– Coś powoli ci idzie – zagadnął ojciec. – Nie ma dziś szkoły?

– Nie wiem, czy będą lekcje – odparł Heniek. – Belfrzy myślą o ewakuacji. Całą szkołę chcą przenieść na wschód, więc bałagan jak na Kercelaku, kiedy wpada policja.

– Wiem, szkoła ma się wynieść do Wilna, ale ty tam nie pojedziesz. Wszyscy nauczyciele wyjechali?

– Wszyscy – powiedział Heniek z zadowoloną miną. – Wszyscy Rosjanie! Zostali tylko Polacy.

– To zmiataj do szkoły!

Poszedł. Nie ma co, czwarty rok nauki zaczął się jak marzenie. Nauczyciele, którzy nie wyjechali na wschód, nie panowali nad sytuacją, bo personel się skurczył, a uczniów nie ubyło. Kto wie, co będzie jutro lub pojutrze, bo walki toczyły się coraz bliżej Warszawy.

Do szkoły szedł pół godzinki. Najpierw obok bocznic kolejowych dotarł do Towarowej, a później ruszył Wronią, obok placu Witkowskiego. Przecinając Sienną, dochodził do Srebrnej, a z niej króciutkim odcinkiem Miedzianej do Chmielnej. Po paru minutach był przy Dworcu Kaliskim, a stamtąd, po przekroczeniu Żelaznej, już nieomal na miejscu, czyli przy Chmielnej pod numerem 99. Kiedy mijał próg szkoły, opadły go różne myśli.

Z jednej strony tracił tu dużo czasu i cierpiał nudę, z drugiej zaś mógł się wyżyć w znakomicie urządzonych szkolnych warsztatach. Na początku była modlitwa za cara i jego familię. Obecność wprawdzie surowo sprawdzano, ale teraz mógł się spóźniać, bo ruscy belfrzy byli już daleko. Później były kolejne zupełnie zbędne jego zdaniem lekcje: polskiego, rosyjskiego i matematyki. Czytać – czytał, mówić – mówił. Pod ławką zajmował się więc studiowaniem własnych książek i z musu słuchał, jak niektórzy z kolegów mają jeszcze kłopoty z płynnym czytaniem. Gdy go coś zainteresowało, z miejsca poświęcał temu uwagę.

Nauczył się nawet stawiać bukwy i prawie jak każdy, ale oczywiście tylko wtedy, kiedy musiał, gadał po rosyjsku. Z rachowaniem też było łatwo, a mapę świata znał na pamięć. O historii wiedział, co trzeba – z książek Sienkiewicza, Kraszewskiego i Dumasa. Czegoś nowego mógł się dowiedzieć tylko na warsztatach. Początek był nudny, bo jako syn majstra ślusarza znał już z domu wszystko to, czego chcieli go nauczyć mistrzowie. Ci na szczęście szybko zorientowali się, z kim mają do czynienia, i dawali mu zadania dużo bardziej skomplikowane niż innym uczniom. Starzy majstrzy i robotnicy nie mogli się nadziwić jego biegłości. Mówiono, że od czasu jego imiennika, Heńka Lange, nie było tu tak utalentowanego szczeniaka. Na rok przed jego przyjściem do szkoły ów Lange zasłynął z tego, że jako młodziak nareperował lokomotywę, która miała ciągnąć pociąg z carem Mikołajem II. Jako że ochrana uznała awarię za sabotaż, jego spryt i wiedza uratowały wielu ludzi przed poważnymi kłopotami. Chłopak nie dość, że naprawił maszynę, to jeszcze spokojnie przekonał policję, że to była zwykła awaria, a nie sabotaż.

Heńkowi Wciśle schlebiało to porównanie, a majstrowie uznali za stosowne, by zapoznać go z tym całym Heńkiem Lange, który powiedział mu wtedy: – Wiedz, młody, że dobry mechanik dojdzie do istoty rzeczy jak po nitce do kłębka. – Sympatyczny typ, ale Heńka bardziej cieszył inny zaszczyt, czyli przejażdżka lokomotywą. Była to frajda nie z tej ziemi i nawet jeśli trwała kilka chwil, to i tak stanowiła wspaniałą nagrodę za znoszenie szkolnej nudy.

Tego dnia w szkole nie było laby, bo belfrzy pozbierali się, zwarli szeregi i wzmogli dyscyplinę. Wyjątkowo nawiał ze szkoły i nie poszedł na warsztaty kolejowe. Pracy było tyle, że majstrowie i robotnicy uwijali się jak w ukropie, więc uczniowie tylko pętaliby się pod nogami. Smarkaczy potrzebowano jedynie do sprzątania, co zupełnie go nie interesowało.

Zakręcił się i dał dyla, ruszając w kierunku domu państwa Beniowskich. Gnał z całych sił, by dotrzeć tam jeszcze przed pojawieniem się pani Narcyzy. Inżynier był równym gościem, ale jego żona… Dobrze zapamiętał dzień, kiedy po raz pierwszy przyszedł do Beniowskich. Kamienica, w której mieszkali inżynierostwo, była nowiuteńka. Ten wspaniały budynek wzniesiony przed rokiem, podług paryskiej mody, mieścił na parterze cukiernię, jedną z najelegantszych nie tylko w mieście, ale chyba i w całym imperium. Właścicielem przybytku słodkości, jak i zresztą całego domu, był król czekolady Jan Fruziński. Tylko on mógł dorównać Emilowi Wedlowi. Obaj słynęli z produkcji wyszukanych słodyczy, ale też z niezwykle eleganckich domów dochodowych. Wedel miał swój przy placu Wareckim, a Fruziński aż trzy – przy Smolnej, Polnej oraz tam gdzie mieszkali Beniowscy, na rogu Marszałkowskiej i Wilczej. Kamienica błyszczała i pachniała czekoladą. Nawet ciasna klatka schodowa dla służby, którą wspinał się na czwarte piętro, wydawała mu się wyjątkowym, światowym miejscem. Idąc w górę, miał wrażenie, jakby wspinał się wewnątrz wieży zamczyska albo latarni morskiej.

Do tej pory najwspanialszym domem, który odwiedził, była kamienica hrabiego Grochulskiego na Woli, ale ten budynek był jeszcze elegantszy. Do mieszkania wszedł przez królestwo jego krewnej, Zośki Wyględy. Zajmowała służbówkę oraz kuchnię. Tu mieszkała i tu rządziła, bo pani Narcyza nie zapuszczała się na jej terytorium. Polecenia wydawała ze swojego fotela, a gdy była wzburzona lub podekscytowana, stojąc na progu. Nie umiała gotować, ale lubiła się wtrącać, ot, typowa jaśnie pani.

Heniek czekał na wezwanie inżyniera, który miał jeszcze do dokończenia jakąś sprawę. Ostrożnie podszedł do drzwi, by zajrzeć do apartamentu. Siedząca w salonie Narcyza Beniowska dojrzała jego płową głowę.

– Kto to? – zapytała oschle. – Kogóż to Zofia przyprowadziła?!

– Narcyzo, to syn majstra Wcisły – spokojnym głosem wyjaśnił inżynier. – Postanowiłem pomóc chłopakowi. Jest bystry jak ojciec i rwie się do lektur. Będziemy mu pożyczać książki.

– Ach tak? – z pozoru obojętnie powiedziała Narcyza Beniowska. – Mówisz, że będziesz mu pożyczać nasze książki? – Nacisk położony na słowa „będziesz” i „nasze” był aż nadto widoczny.

– Tak, będę – odpowiedział z ugodą w głosie inżynier. Nie chciał scen, bo kochał Narcyzę i wierzył, że to z gruntu dobra, choć doświadczona przez życie kobieta. Zagryzł więc wargi i powiedział: – Heniu, wejdź, proszę. Śmiało, śmiało!