Śmiały podryw - Scarlett Cole - ebook + książka

Śmiały podryw ebook

Scarlett Cole

4,6

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Obcesowy i bezczelny Dred Zander na pozór wydaje się właśnie tym mężczyzną, którego Pixie powinna za wszelką cenę unikać. Porzuciwszy swoją przeszłość i tożsamość, dziewczyna stara się od nowa zbudować życie – bezpieczne, spokojne i pewne. Ktoś taki jak Dred kompletnie do niego nie pasuje, ale on ma ten temat inne zdanie. Orzechowe oczy Pixie, fioletowe włosy i piękny egzotyczny tatuaż nie dają mu spokoju. Musi ją zdobyć, musi ją przekonać, że wspólnie mogą stawić czoło koszmarom przeszłości i ufnie spojrzeć w przyszłość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 353

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: The Purest Hook

Projekt okładki: LASER

Redakcja: Dorota Kielczyk

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Zofia Kulczycka

Copyright © 2016 by Scarlett Cole

All rights reserved.

For the cover illustration © theartofphoto/Fotolia

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2019

© for the Polish translation by Danuta Górska

ISBN 978-83-287-0840-2

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2019

FRAGMENT

Lizzie i Beth.

Dziękuję, że dałyście mi możliwość

napisania historii, które chciałam napisać,

i jednocześnie pomogłyście mi je udoskonalić.

Jesteście najlepszym wymarzonym zespołem,

jakiego może pragnąć dziewczyna!

ROZDZIAŁ 1

Czy naprawdę minęło siedem lat?

Sarah-Jane „Pixie” Travers siedziała w wejściu do Second Circle Tattoos, studia tatuażu, którym zarządzała, i przesuwała czubkami palców po szarym łupku. Aż trudno było uwierzyć, że siedem lat temu co do dnia, jak na ironię pierwszego kwietnia, odrodziła się na tej podłodze. Chociaż nie za wiele z tego pamiętała. Jasne, nadal przypominała sobie chłód podłogowych płytek na swędzącej skórze, ale już dawno zagrzebała głęboko uczucie mdłości i udało jej się również wyrzucić z głowy wstydliwe wspomnienie, jak spazmatycznie się trzęsła.

Dłużej trwało, zanim przepracowała upokorzenie tym, że porzygała się u stóp dwóch facetów, którzy stali się jej wybawcami. Nigdy nie zdoła się odwdzięczyć Trentowi i Cujo, swoim szefom, że uratowali jej życie tamtego dnia.

Była w Miami od niecałych dwudziestu czterech godzin, kiedy bandyci ukradli tę niewielką ilość pieniędzy, którą zaoszczędziła na nowy początek. Ale najbardziej pomogła jej decyzja Trenta i Cujo, żeby nie wzywać pogotowia, kiedy zorientowali się, że jest na głodzie. Znaleźli jej program otwartej terapii i chociaż im też się nie przelewało, wielkodusznie zapłacili za nią, dzięki czemu przeżyła.

Pixie głęboko odetchnęła rześkim, świeżym powietrzem. Wiosna w Miami to jej ulubiona pora roku, zanim wszystko zacznie się lepić w wilgotnym letnim upale. Salon tatuażu otwierano jak zwykle o dziesiątej, ale chciała przyjść wcześniej i spędzić tu parę chwil, aby z wdzięcznością powspominać, jak zmieniło się jej życie tamtego dnia. I musiała przeprowadzić inwentaryzację, co zawsze najłatwiej robić wtedy, kiedy wszystkie rzeczy są w szafkach, na swoim miejscu.

„Na swoim miejscu”. Pixie westchnęła, jeszcze raz powiedziała „dziękuję” w stronę drzwi i wstała. Kluczem, który otrzymała przed laty, otworzyła wejście do studia i wyłączyła alarm. Wszystko wyglądało nieskazitelnie. Krzesła stały przy stanowiskach. Blatów nie zaśmiecały żadne zostawione pojemniczki z tuszem, maszynki do tatuażu, ołówki czy zużyte rękawiczki. Podłoga z ciemnego drewna była zamieciona i wypastowana. W jaskrawym słońcu Miami wlewającym się przez okna wirowały nieliczne pyłki kurzu, poza tym jednak panowała tu kliniczna czystość, właśnie tak, jak Pixie lubiła.

Bardzo poważnie traktowała swoją rolę menedżerki. Zawdzięczała właścicielom wszystko. Dosłownie. Bez Trenta i Cujo raczej nie dożyłaby do dwudziestych trzecich urodzin.

Przesunęła palcami po framudze drzwi, wspominając godziny spędzone na zdrapywaniu z niej warstw starej farby. Po terapii, żeby się odwdzięczyć Trentowi i Cujo za ich pomoc, codziennie wracała do studia, sprzątała, malowała ściany albo biegała na posyłki, na przykład przynosiła lunch. Miała się czym zająć, dzięki czemu łatwiej mogła się oprzeć pokusie, żeby znaleźć coś na ukojenie nerwów.

W nocy pozwalali jej spać w nieurządzonym biurze, ale ostrzegali, żeby się nikomu nie pokazywała, bo nie chcieli kłopotów z powodu naruszenia przepisów licencji. Co rano jeden z nich przynosił jej śniadanie; później w ciągu dnia drugi podrzucał coś na obiad. Cujo zmuszał ją, żeby jadła, nawet kiedy nie miała ochoty. Żartował z niej, że na pewno pochodzi od wróżek, skoro uwielbia śpiewać, tańczyć i jest taka drobniutka, albo od skrzatów, znowu ze względu na niski wzrost. Przylgnęło do niej przezwisko Pixie[1].

Zanim się obejrzała, zamawiała już towar, negocjowała ze sprzedawcami i dbała o zaopatrzenie magazynu. Kiedy Trent i Cujo zaproponowali jej posadę recepcjonistki, była przeszczęśliwa. A kiedy Lia, jedna z zatrudnionych tam artystek tatuażu, zaoferowała jej pokój w swoim mieszkaniu za żenująco niski czynsz, bez wahania skorzystała z okazji.

Nigdy nie naciskali, żeby im powiedziała, skąd się wzięła tamtego ranka na ich progu, i za to była im nieskończenie wdzięczna. Szukanie słów, aby opisać, co się wydarzyło tamtej nocy, kiedy uciekła z przyczepy matki, to więcej, niż mogła znieść. Na samą myśl o Arniem, swoim ojczymie, i rzeczach, które jej kazał robić, wciąż wpadała w spiralę strachu. Ciągle śniły jej się zakrwawione ręce, nawet po tylu latach.

Na zewnątrz ulica była cicha. Siódma rano w czwartek to za wcześnie dla turystów. Upłynie jeszcze kilka godzin, zanim miasto w pełni przebudzi się do życia.

Cujo i Trent zjawią się o dziesiątej. Zwykle nie pracowali dokładnie w tych samych godzinach, chociaż ich zmiany często się nakładały, ale tego dnia, co roku, Trent wyznaczał dla nich trojga tę samą porę, nawet jeśli to znaczyło, że musi pracować czternaście godzin z rzędu. Kochała Trenta również za to, że zawsze pamiętał o ważnych rzeczach.

Poprzedniego wieczoru Lia pojechała do superbogatego zamkniętego osiedla na Star Island odwiedzić rodziców, których nie lubiła prawie tak samo, jak oni nie lubili jej. Chciała puścić ich wszystkich w trąbę i zostać w domu z Pixie, ale dowiedziała się, że jej brat, komandos z Navy SEAL, dojedzie do domu z najnowszego miejsca zakwaterowania. Eric, ostatni z artystów tatuażu, wyjechał do L.A. do brata i miał wrócić dopiero w sobotę.

Pixie wsunęła torebkę pod biurko recepcji i otworzyła terminarz. Zanotowała, żeby po drodze do domu kupić trochę granatowego tiulu. Sukienka na dziecięcy bal kostiumowy, którą zaczęła szyć poprzedniego wieczoru, musiała mieć dodatkowe warstwy na spódniczce, żeby pasowała do skrzydełek wróżki, już przygotowanych. Coś, co zaczęło się jako hobby, szybko rozwijało się w niewielki interes i kiedyś, miała nadzieję, stanie się pełnoetatowym zajęciem. Jej wzrok przyciągnęła fotografia przypięta klipsem do terminarza. Warto poświęcić godziny na szycie i haftowanie, kiedy potem dostaje się zdjęcie radośnie uśmiechniętej dziewczynki, wystrojonej w jedną z sukienek, które się robiło.

Podłączyła telefon i z głośników popłynęła playlista. Zawierała piosenki z kilku najwspanialszych filmów i musicali. Na pierwszym miejscu Idina Menzel. Rent, Wicked i Kraina lodu, wszystko tam było. Potem przerzuci się na klasykę Elaine Paige: Evita, Chess i Bulwar Zachodzącego Słońca. Co za kontrast z metalem i heavy rockiem, których wszyscy słuchali w godzinach pracy.

Stojąc przed dużym studyjnym lustrem, zebrała w kucyk jeszcze niezbyt długie fioletowe włosy. Po raz pierwszy pozwoliła im odrosnąć, odkąd ścięła je na krótko następnego dnia po ucieczce z domu. Zastanowiła się przelotnie, czy mama wciąż tam mieszka. I czy w ogóle żyje. Za bardzo się bała zadzwonić, żeby nie trafić na Arniego. Nie miała pojęcia, co się dzieje z matką. Ale nie chciała odgrzebywać przeszłości, ważniejsze, żeby została czysta, a wiedziała, że rozmowa z Arniem może wywołać kryzys.

Postanowiła zacząć od tuszów. Wyjęła z szafki wszystkie pudełka i ustawiła je według kolorów i marek. Gablotę należało porządnie wyczyścić w środku, więc przyniosła ze schowka przybory i zabrała się do roboty.

Kilka godzin i prawie cały dzbanek kawy później Pixie była zmęczona, ale skończyła porządki. Zrobiła inwentaryzację, przygotowała stanowiska pracy i wydrukowała grafiki umówionych wizyt. Siedząc za biurkiem z ołówkiem w ręku, szkicowała pomysły do najnowszego zamówienia. Najbardziej lubiła kostiumy biedronek i starała się, żeby każdy był inny.

Zadzwonił telefon w studiu. Pixie spojrzała na zegar ścienny. Zostało jeszcze czterdzieści pięć minut do otwarcia.

Włączy się poczta głosowa. Pixie narysowała małe czułki, ale dzwonienie jej przeszkadzało.

Nie mogła dłużej nie zwracać na nie uwagi, podniosła słuchawkę.

– Tu Second Circle. Czym możemy dzisiaj służyć?

– Pix?

Znała ten głos. Tylko on owijał jej się wokół żeber i mocno zaciskał.

– Hej, Dred.

Dred Zander występował razem z Trentem jako sędzia w telewizyjnym reality show Inked[2]. Poza tym był głównym wokalistą Preload, więc leciały na niego wszystkie metalówy na planecie. Spotkali się przy kilku okazjach. I może potem trochę o nim myślała.

– Cześć, ślicznotko. Czemu nie jesteś w domu? Trent to poganiacz niewolników?

– Nie, robię inwentaryzację.

– Tak wcześnie? – W jego głosie brzmiała troska.

– Jest spokój. Wszystko w porządku – szepnęła. Po raz pierwszy tego ranka samotność wydała jej się paskudna. Milczenie zawisło między nimi na chwilę, dopóki go nie przerwała. – Co mogę dla ciebie zrobić? – zapytała, siląc się na pogodny ton.

– Och, chciałem sprawdzić, czy Trent może mnie wcisnąć w przyszłym tygodniu przed występem.

Północnoamerykański etap tournée Dreda kończył się w Miami i Pixie słyszała od Trenta, że zespół zrobił krótką przerwę, żeby nagrać nowy album, zanim ruszą w trasę po Europie.

– Czemu nie zadzwoniłeś na jego komórkę? – Otworzyła grafik klientów na komputerze, który właśnie odpaliła.

– Bo jeśli zadzwonię tutaj i zostawię wiadomość, musisz do mnie oddzwonić.

Mimo woli parsknęła śmiechem.

– Dobra, da radę cię przyjąć o każdej porze, licząc od dziesiątej.

– Zapisz mnie na dwunastą. A jak już do was wpadnę, dasz się wreszcie zaprosić na randkę?

Uśmiechnęła się. Zawsze ją zapraszał i zawsze odpowiadała tak samo:

– Prędzej śnieg spadnie na Saharze.

Dred się roześmiał. Miała wrażenie, jakby motyl zatrzepotał jej w piersi.

– W końcu się złamiesz, Pix. Jestem dobry na randkach, między innymi. – Zasugerował znacząco.

– Na pewno. Do zobaczenia w przyszłym tygodniu, Dred.

– Liczę na to, Pixie.

W słuchawce zapadła cisza. Pixie wiedziała, że pewnego dnia on przestanie z nią flirtować, ale związek z nim był po prostu niemożliwy.

I nienawidziła za to swojego ojczyma z całego serca.

***

Słońce przebija się przez chmury tak, że oświetla tylko fragmenty ziemi… skupione światło… czy można ścigać tę jasność… przechodzić z miejsca na miejsce i pozostawać w promieniach… albo czy słońce zawsze cię znajdzie, jeśli stoisz bez ruchu?

– O czym myślisz, Dred?

Dred oderwał wzrok od widoku zza okna cessny i dokończył zapisywać swoje myśli w notesie z tekstami. Zamknął go z trzaskiem i spojrzał na Sama, menedżera Preload.

– Co? – zapytał spokojnie.

– Została nam tylko godzina lotu, a mamy jeszcze tyle do omówienia. Czy zechcesz poświęcić mi uwagę?

– Daj mu trochę luzu – odezwał się Nikan. Jako najstarszy z nich, dorastających razem w domu dziecka, gitarzysta i drugi wokal w zespole, zawsze grał rolę obrońcy. – Gdybyś nas nie cisnął, żebyśmy tak cholernie szybko wypuścili nowy album, nie musiałby myśleć o tekstach dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu.

Dred doceniał interwencję, w rzeczywistości jednak pomysły tekstów same przychodziły mu do głowy. Nie mógł ich wyłączyć, tak samo jak nie mógł przestać mrugać. Czy można wyłączyć słońce? Czy miłość pali jak słońce? A jeśli tak, czy można unikać miłości, jak się unika słońca?

– Dred. – Głos Sama wdarł się w jego myśli.

Mieli za sobą dwie godziny wczesnego porannego lotu do Miami i należało zająć się interesami, chociaż za oknem czekała inspiracja. Dred odwinął tabletkę do ssania i dał znak stewardessie, żeby przyniosła mu następną filiżankę gorącej wody. Ostatnie, czego potrzebował, to ból gardła, ale zdradziecka suchość i drapanie zapowiadały jego nadejście.

– Wyluzuj gacie, Sam – rzucił Dred. – Wiemy, co trzeba robić. Nie denerwuj się, bo dostaniesz wrzodów.

– Racja. No więc, Lennon, mam dla ciebie ustawioną umowę na sponsorowanie przez Soidal. Musisz grać na ich perkusji podczas następnej trasy.

– Soidal potrafi tylko zrzynać. Ukradli dobre pomysły z Tamy i Yamahy i wykorzystali tanią siłę roboczą. To nieetyczne i gówniarskie. Brzmi też jak gówno. Zostanę przy Tamie – odparł Lennon.

Dred pokręcił głową. Sponsoring Soidalu to był głupi pomysł. Wszyscy wiedzieli, że Lennon nie ustąpi, bo Lars Ulrich jest jego cholernym idolem. Wkrótce po wypuszczeniu pierwszego singla wystąpili na festiwalu, gdzie gwoździem programu była Metallica. Po swoim numerze zeszli ze sceny i zastali za kulisami Larsa Ulricha – stał w miejscu niewidocznym dla publiczności. Pogratulował im występu, ale powiedział, że Lennon potrzebuje lepszej perkusji. Umówił go ze swoim kontaktem w Tamie i od tamtej pory Lennon używał tylko tego zestawu.

– To olbrzymie wsparcie. Dostajemy za darmo sprzęt, dostarczony i zainstalowany wszędzie, gdzie gramy w Ameryce Północnej. Możesz nawet podpisać to cholerstwo i przekazać miejscowej organizacji charytatywnej, żeby je wystawiła na aukcję. Pomyśl o całej darmowej reklamie, jaką będziesz miał – przekonywał Sam. – To moja praca, żeby znajdować dla was takie okazje.

– A ja wykopię twój tyłek przez właz awaryjny bez spadochronu, jeśli podpiszesz ten pieprzony kontrakt – warknął wściekle Lennon.

Dred nieznacznym ruchem odpiął swój pas bezpieczeństwa, gotów przytrzymać Lennona w razie potrzeby, ale z ulgą zobaczył, że perkusista chwycił słuchawki.

Sam wydawał się zaszokowany tym wybuchem.

– Jordan – powiedział, zmieniając temat. – Zgłosiłem cię do telewizyjnego reality show. Inked robi Dredowi taką wspaniałą reklamę… byłoby świetnie wypromować osobno i ciebie.

To akurat w ogóle nie miało sensu. W ich zaimprowizowanej rodzinie Jordan przyjął rolę nieprzystosowanego społecznie starszego brata. Dred i reszta zespołu widzieli, jak lęk Jordana przed rozłąką się pogłębia. Co prawda Dred wciąż nie tracił nadziei, ale prędzej piekło by zamarzło, niż Jordan mógłby samotnie podróżować po Ameryce.

– Elliott chce mieć własny telewizyjny show. Załatw mu to. – Jordan wskazał podbródkiem w kierunku Elliotta.

Dred się uśmiechnął. Elliott nienawidził telewizji prawie tak samo jak Jordan sławy.

– Po jaką cholerę miałbym to robić, brachu? – rzucił Elliott.

– Proszę, czy możemy się skupić? Elliott, to nie dla ciebie. Jordan, to doskonały pomysł. Oni chcą stworzyć zespół rockowy. – Sam pogrzebał w papierach. – Zrobią mały objazd w poszukiwaniu talentów, a potem ściągną dziesięciu najlepszych perkusistów, wokalistów i gitarzystów do L.A. Tam ci kolesie będą grać co tydzień w innym zespole, a najgorszy band zostanie wyeliminowany. Chcą, żebyś zajął się bass house.

Pomimo niechęci do sztucznie tworzonych popowych zespołów pomysł wydawał się niekiepski. Nadawał się idealnie dla bardziej towarzyskiego, pewnego siebie artysty. Dred patrzył, jak Jordan odstawia swój numer łabędzia, ten, w którym wygląda tak, jakby spokojnie ślizgał się po wodzie, ale pod powierzchnią gorączkowo przebierał nogami.

– Daj spokój, Sam. Znasz nas… ile? Prawie dziesięć lat. Te pomysły są okropne – oświadczył Dred, podejmując dyskusję.

– Są lukratywne. Wiesz, ile zarobiłeś na Inked. Jordan jakoś wytrzyma wystawienie na widok publiczny. A ten interes z perkusją też ma ręce i nogi. – Sam spojrzał na Lennona.

– Martwisz się o swoją działkę? Bo zarobiliśmy dla ciebie całą kupę pieniędzy w zeszłym roku.

Dred pamiętał ich pierwsze spotkanie z Samem po małym koncercie w Danforth. Słaba frekwencja omal nie doprowadziła do upadku zespołu. Sam podszedł do Dreda i powiedział, że chce im pomóc załatwić lepsze występy. Nawet zaoferował, że zrobi to za darmo, licząc na procent, kiedy zdobędą popularność.

– Nie chodzi o pieniądze – upierał się Sam.

– Zawsze chodzi o pieniądze – odparł Nikan. – Dred ma rację. Znajdź nam jakieś sensowne kontrakty. Jeśli Lennon mówi, że te bębny są gówniane, to są gówniane. A podczas trasy koncertowej musimy brzmieć idealnie, nie możemy sobie pozwolić na nic innego. Znasz nas dostatecznie długo, żeby wiedzieć, że Jordan woli trzymać się z nami. Więc nie rób nic na siłę, człowieku.

– Słuchajcie. – Sam zamknął teczkę i potarł oczy. – Wytwórnia chce, żebym zapewnił wam maksymalną promocję. Denerwują się, czy wasz następny album zostanie dobrze przyjęty. Próbuję dla was zarobić jak najwięcej kasy, żebyście byli ustawieni, jeśli to wszystko jutro się skończy.

– Naprawdę myślisz, że nam to grozi? – zapytał Nikan.

– Są zespoły bez takich… ograniczeń. – Sam zerknął w stronę Lennona, który z zamkniętymi oczami wystukiwał na stoliku rytm łomoczący mu w słuchawkach, i Jordana, który całkowicie wyłączył się z rozmowy. – Te zespoły chcą pracować więcej. Sięgać dalej. Podejmować większe ryzyko.

– Nasze ostatnie dwa albumy zdobyły multiplatyny, do cholery. Bilety na amerykańską trasę wyprzedano w dwie godziny. Co jeszcze możemy zrobić? – Dred trzasnął ręką w stolik.

– Ja jestem tylko posłańcem, Dred.

Cholera, Sam ma rację.

– Przepraszam.

Nikan wstał z miejsca i poszedł porozmawiać z Elliotem. To była jedna z zalet podróżowania prywatnym odrzutowcem: mogli poruszać się swobodnie i przez cały czas pracować. Jako gitara prowadząca i rytmiczna często ćwiczyli razem, więc zabierali instrumenty na pokład samolotu.

– Jeśli ci się nie podobają te nowiny – podjął Sam – dopiero to cię wkurzy. Może będziesz musiał zrobić test DNA.

Dred znał tylko jeden powód, dla którego konieczny jest test DNA, ale i tak zapytał:

– Czemu?

– Pewna kobieta twierdzi, że wczoraj urodziła twoje dziecko w szpitalu St. Joseph.

– Co jest, kurna? – Dred wychylił się do przodu.

Dziecko nie mogło być jego. Zawsze się zabezpieczał. Nie było takiej opcji, żeby sprowadził dziecko na ten świat. Przynajmniej dopóki się całkiem nie urządzi, a zespół nie osiągnie takiego etapu w karierze, żeby mogli zwolnić. To znaczy jeśli w ogóle zdecyduje się na potomstwo. Jego dzieciństwo to szereg obrotowych drzwi do noclegowni, schronisk, suteren i domów zastępczych. Jakim sam byłby ojcem?

– Podała szczegóły waszego spotkania. Pasuje do okresu, kiedy byliście w Toronto na wiosnę.

– Sam. Znasz mnie. Zawsze stosuję zabezpieczenia. Zawsze noszę je przy sobie. To zwykła ściema.

– Okej. Skontaktuję się z nimi i powiem, że potrzebujemy dużo więcej informacji, zanim zgodzisz się na test.

Do diabła. Nie mogło być jego. Bo gdyby w ogóle miał dzieci, to z kobietą, która pokochała podrzutka z sierocińca.

Nie gwiazdora rocka.

ROZDZIAŁ 2

Pixie obserwowała chaos narastający w studiu i dojrzewała do podjęcia stanowczej decyzji. Artyści tatuażu zwykle nie chcą mieć do czynienia z klientami, którzy nie potrafią znieść bólu, więc wrzaski na fotelu Cujo doprowadzały wszystkich do szału. Ericowi dostał się facet, który wstydził się przyznać, że nie wytrzymuje, kiedy igły wbijają mu się w skórę. Zamiast tego co pół godziny prosił o dziesięć minut przerwy. Klient Lii ciągle dodawał, dodawał i dodawał. W końcu mieli prawie godzinę poślizgu względem harmonogramu.

Trentowi się poszczęściło. Stały klient z Nowego Jorku wpadł wydziarać sobie coś na piersi i znosił ukłucia bez mrugnięcia okiem.

Pixie przejrzała rezerwacje, potem listę niezapisanych klientów i doszła do wniosku, że z czegoś trzeba zrezygnować. Wzięła parę dwudziestodolarowych kart podarunkowych i podeszła do ostatnich dwóch klientów z ulicy, których wcześniej przyjęła. Bez wielkiego zamieszania udało się jej przełożyć ich na następny dzień.

Zbliżyła się do klientki Cujo, Michelle, która niezbyt rozsądnie robiła sobie swój pierwszy tatuaż na klatce piersiowej. Wzór był za duży, a miejsce zbyt wrażliwe jak na pierwszy raz. Cujo szczerze odradzał jej tę wielkość i to miejsce, ale Michelle była nieugięta.

Pixie podsłuchała, jak mówił do klientki:

– Na szczęście mamy kilka opcji. Możemy przerwać i wrócisz kiedy indziej, żeby dokończyć, albo możemy zmienić wzór, zmniejszyć go, usuwając te szczegóły. – Wskazał fragmenty szkicu, który dla niej narysował.

– Jeśli postanowisz wytrzymać do końca – wtrąciła Pixie – możecie się przenieść do prywatnego pokoju na tyłach.

– Chyba przeceniłam swoje siły. I wiem, że mnie ostrzegałeś, Cujo – powiedziała płaczliwie dziewczyna.

– Dlaczego nie połączyć tych propozycji? Zmniejszę wzór, żebyś mogła wyjść dzisiaj z kompletnym tatuażem, co? Potem, jeśli zdecydujesz się wrócić, to go dokończymy, a jeśli postanowisz, że nigdy więcej żadna igła nie dotknie twojej skóry, wciąż będzie fajnie wyglądał. I przeniesiemy się na tyły, żeby ci to ułatwić.

Michelle się zgodziła. Pixie wyprowadziła ją, żeby Cujo spokojnie zebrał swój sprzęt. Ułożyła Michelle na długim czarnym stole i wróciła do głównego pomieszczenia. W studiu robiło się za ciepło, więc podeszła do drzwi, żeby je otworzyć.

– Dzięki za pomoc, Pix. Możesz sprawdzić, czy teraz modne są przeszczepy bębenków w uszach? – szepnął Cujo, kiedy go mijała.

Sięgnęła do klamki, przy czym odwróciła się, śmiejąc z jego żartu… i wpadła prosto na szeroką męską pierś. Pochwyciły ją silne ramiona. Podniosła wzrok i spojrzała w ciemnobrązowe oczy Dreda, w których migotały złote iskierki. Za każdym razem, kiedy jej dotykał, ziemia usuwała się jej spod nóg. Czuła na skórze jego gorące palce. Wciąż się w nią wpatrywał, w powietrzu między nimi zawisło oczekiwanie.

– Hej, Pixie.

Mrugnął do niej. Ale to nie było zwykłe mrugnięcie. Nie, to było mrugnięcie gwiazdora rocka. Takie, od którego spadały majtki i serca biły szybciej na skalę globalną.

Pixie odskoczyła od niego.

– Dred.

Chwiejnie zrobiła jeszcze parę kroków do tyłu, ale on przysuwał się bliżej i bliżej.

– Tęskniłaś za mną? – zapytał niskim głosem.

– Co… o co ci chodzi?

– To nie jest podchwytliwe pytanie, Pix. – Wyszczerzył zęby. – A jak myślisz, o co mi chodzi?

– O nic… tak… nie… to znaczy pewnie. Miło cię widzieć. – Przy nim robiła z siebie kompletną idiotkę.

– Naprawdę? Nie wydajesz się taka pewna. – Dotknął końców jej włosów.

Zadrżała. Tak łatwo byłoby ulec, paść mu w ramiona, ale te kilka razy, kiedy była tego bliska z kimkolwiek, skończyły się żałośnie. Nie, nie mogła się tak upokarzać.

– Ręce precz od personelu – rzucił Trent ze śmiechem, podchodząc do nich. – Jak tam, brachu?

Pixie pospiesznie umknęła za biurko i zajęła się napełnianiem zszywacza – cokolwiek, byle nie słuchać jego głosu, lekko zachrypłego od whiskey i dymu, i nie czuć jego odurzającego leśnego zapachu.

Usłyszała, jak Trent mówi:

– Daj mi dwadzieścia minut, zaraz skończę i się tobą zajmę.

Cholera. Odwróciła się do Dreda. Długie, ciemne, zmierzwione włosy opadały mu na ramiona, okalając mocny podbródek i wyraziste, seksowne kości policzkowe. Jego łagodny uśmiech osłabił jej determinację.

– Wiesz, Pix… pomyślałem sobie…

– Hej, kogo ja widzę! Dred Zander, tak? – Jakiś facet mu przerwał, wszedł między nich i zaczął gwałtownie potrząsać ręką Dreda. – Jestem Bill z Boise. Screwed to mój ulubiony album wszech czasów. Uwielbiam Dog Boy. Zagracie to dziś wieczorem?

Dred pokręcił głową.

– Niestety. Nie zagramy. Ale mamy świetny zestaw.

Zniknął uwodzicielski uśmiech i błysk w oku. Jasne, Dred nadal się uśmiechał, nawet wyglądał przyjaźnie, ale Pixie widziała, że to tylko poza.

– Dlaczego nie? Nigdy tego nie gracie. Napisałeś najbardziej odjazdowy tekst, stary.

Ten fan, Bill, zaczął jej działać na nerwy i Dredowi też, sądząc po tym, jak drgały mu mięśnie szczęki.

– Dzięki – rzucił Dred. – To wiele dla mnie znaczy. A teraz właśnie rozmawiałem z…

– Oj, proszę. Zagrajcie to dla mnie dziś wieczorem – zaskomlił fan. – To ostatni koncert  tej trasy, a w przyszłym tygodniu mam urodziny.

– Wszystkiego najlepszego. I właściwie napisał to Jordan. On nie chce tego śpiewać. Więc nie zagramy.

– Ale powinniście bardziej słuchać swoich fanów. Zajrzyjcie na byle jakie forum, wszyscy chcą, żebyście to zagrali na żywo.

Pixie odkaszlnęła głośno, wyszła przed kontuar i wsunęła dłoń w rękę Dreda. Ścisnął ją mocno, ale dalej wpatrywał się uważnie w Billa.

– Mogę teraz zaprowadzić cię na zaplecze.

– Czekaj. Masz. – Bill wcisnął jej do ręki swój telefon, zmuszając, żeby cofnęła się o krok. – Zrób nam zdjęcie.

– Nie powiesz do pani „proszę”? – Głos Dreda brzmiał złowieszczo spokojnie.

– Och, przepraszam. Proszę.

Pixie spojrzała na ekran. Bill wydawał się szczęśliwy jak dzieciak objedzony słodyczami, natomiast Dred sprawiał wrażenie, że chce skręcić mu kark.

Pixie pstryknęła fotkę i oddała aparat Billowi. Gdyby w grę nie wchodziła reputacja studia, poprosiłaby Erica, żeby wydziarał na bicepsie Billa penisa zamiast rażąco oczywistej kopii jednego z tatuaży Eminema.

– Więc jak, stary? Mam jakieś szanse na wejściówkę dla VIP-ów?

Pixie wciągnęła Dreda do biura i zamknęła drzwi, żeby Bill nie wszedł za nimi.

– W porządku? – Puściła jego rękę.

– Taak – mruknął Dred, sięgając po srebrną kotwiczkę, którą nosił na szyi na czarnym sznurku. – Paskudny lot i ta piosenka, o której mówił Bill. Jest zbyt bolesna. Nie zagraliśmy jej ani razu od dnia nagrania.

Trent otworzył drzwi.

– Jestem gotowy, daj znać, kiedy i ty będziesz.

Dred ruszył w jego stronę, potem odwrócił się do niej, znowu z tym uśmiechem, któremu nie mogła się oprzeć.

– Więc jesteśmy trochę bardziej związani. Ty i ja. Nawet trzymaliśmy się za ręce, prawda? Kiedy wreszcie się zgodzisz pójść ze mną na randkę?

– Kiedy Marliny wygrają World Series – odparła. Chociaż w głębi duszy pragnęła umówić się z nim natychmiast.

***

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1]Pixie (ang.) – skrzat, chochlik (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

[2]inked (ang) – wytatuowani.

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz