Smaki dzieciństwa - Kątna Mirosława - ebook + książka

Smaki dzieciństwa ebook

Kątna Mirosława

3,0
29,90 zł

lub
Opis

Wspomnienia? Dom, do którego zawsze chciało się wracać. Koleżanki i koledzy, którym nie trzeba było imponować. Szkoła, która otwierała oczy i poszerzała horyzonty. Nie, nie każdy tak zapamięta swoje dzieciństwo i młodość.

Smaki dzieciństwa to zapis prawdziwych, często dramatycznych historii młodych ludzi – krzywdzonych, zranionych lub unieszczęśliwionych przez rówieśników i dorosłych.

Książka autorstwa doświadczonej psycholożki to przyczynek do refleksji nad postawami, jakie my, dorośli, przyjmujemy wobec dzieci i młodzieży. To zachęta do zrewidowania poglądów, unikania krzywdzących – być może nieświadomych – zachowań, reakcji i gestów. To okazja do wejścia w świat młodych, zrozumienia ich potrzeb, motywacji oraz emocji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 251

Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0



Wydanie pierwsze, Gdańsk 2020

© Gdańskie Wydawnictwo Oświatowe (imprint Adamada), 2020

Redakcja: Piotr Sitkiewicz, Maksymilian Wroniszewski

Korekta : Maksymilian Wroniszewski

Projekt graficzny i skład: Ania Witkowska

Wersja elektroniczna:

Wydawca: Wydawnictwo Adamada

al. Grunwaldzka 413, 80-309 Gdańsk

e-mail:[email protected]

www.adamada.pl

ISBN EPUB 978-83-8118-470-0

ISBN MOBI 978-83-8118-471-7

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dziecko nie jest rzeczą

Od autorki

Słony karmel. Rodzina

Taki byłem grzeczny. Poczucie winy u dziecka przy rozstaniu rodziców

Moje, twoje, nasze. Problemy rodziny patchworkowej

Rywal. Utrata pozycji jedynaka

Był taki miły. Molestowanie seksualne

Zdrajca. Dziecko w konflikcie rozwodowym

Mały rycerz. Konflikt lojalnościowy

Babci pęknie serduszko. Manipulowanie dzieckiem

Mój lęk – mój problem. Początki samodzielności

On. Nienawiść dziecka

Zamieniona. Opieka nad dziećmi nowego partnera

Być jak Mozart. Wygórowane oczekiwania wobec dziecka

Porządny facet. Autorytarny model wychowania

Zaopiekuj się mną. Niedojrzali rodzice

Skąd się biorą złe słowa. Kiedy dziecko przeklina

Nie znam tego pana. Brak komunikacji między rodzicami

Ale tata powiedział… Brak jednomyślności rodziców

Strach i jego wielkie oczy. Dziecięce lęki

Moje serce należy do tatusia. Czy dzieciom naprawdę wszystko wolno?

Wróżka. Dziecięce marzenia

Gorzkie migdały. Rówieśnicy

Inna znaczy gorsza Pojmowanie normy przez grupę

Patrz tylko przed siebie. Pragnienie przynależności do grupy

Liryczna i romantyczna. Mainstream a jednostka w grupie

Moja kumpela. Zagrożenia ze strony koleżanek i kolegów

Dowód. Inicjacja seksualna

Debeściak. Negatywny lider

Być jak Schwarzenegger. Samoocena nastolatków

Miłość aż po grób. Romeo i Julia wśród młodzieży

Moja mama jest kosmitką. Dziecięce konfabulacje

To tylko witaminy. Demonstracyjna próba samobójcza

Stefek Burczymucha. Dziecięce przechwałki

Kawał. Niebezpieczne zabawy

Taka zwykła znajomość. Jak rodzi się przyjaźń

Sztuczna szczęka. Czym zaimponować rówieśnikom

Kwaśne maliny. Szkoła

Na pochyłe drzewo. Przyzwolenie na rolę kozła ofiarnego

Szklane oczy. Ucieczki i wagary

Tajemnica pokoju nauczycielskiego. Gdzie nauczyciel nie powinien szukać wsparcia

Potrzebuję asystenta. Kiedy dziecko sobie nie radzi

Trzeba coś z tym zrobić. Praca z trudną klasą

Różowe włosy. Norma, inność i akceptacja w szkole

Odechce ci się. Przemoc rówieśnicza

Obowiązki ponad wszystko. Niewłaściwe rozumienie praw dziecka

Nie chcę gadać. Praca z emocjami w grupie

Osobisty, choć obcy opiekun

Pani Stasia

Trener Igor

Nauczycielka Iwona

Opiekunka Basia

Pedagog szkolny Ela

Sąsiad Józef

Dzieci trzeba traktować serio

Dziecko nie jest rzeczą

Dziecko nie jest przedmiotem ani rzeczą – tak odpowiedziałbym na pytanie o to, co wynika z treści książki Mirosławy Kątnej. Że oczywistość? Gdyby była to wiedza powszechna, nie doszłoby do opisanych przez psycholog Kątną wydarzeń, ona sama nie musiałaby angażować się w rozwiązywanie rodzinnych problemów, a jej książka w ogóle by nie powstała.

Dziecko jest podmiotem – osobą, która ma taką samą godność jak dorosły. Musi czuć się ważne, doceniane i potrzebne. Ja byłem takim właśnie dzieckiem. Dorastałem w latach siedemdziesiątych, moi rodzice nie czytali poradników o wychowaniu (czy takie w ogóle się wtedy ukazywały?), ale zawsze traktowali mnie jak pełnoprawnego członka rodziny. Kiedy pewnego dnia wujek przyszedł zdzierać fornirze starej trzydrzwiowej szafy, żeby ją polakierować na nowo, rodzice stwierdzili, że trzeba poczekać na mnie. Podobał im się ciemny lakier, ale chcieli upewnić się, czy mnie też przypadnie on do gustu. A miałem wtedy osiem lat…

Dziecko powinno czuć, że jest traktowane poważnie. Kiedy miałem lat dwanaście, zorientowałem się, że świat tak właśnie mnie traktuje. Jako jedynak z małego miasteczka na Dolnym Śląsku, okopujący się książkami i płytami, dowiedziałem się z jakiegoś tygodnika, że wydawnictwa publikują co roku kolorowe katalogi, zawierające plany wydawnicze, zdjęcia okładek, opisy książek… Poszedłem na pocztę w Złotoryi, poprosiłem o książkę telefoniczną Warszawy i spisałem adresy wydawnictw. Do każdego napisałem prośbę o katalog. Pamiętam pierwsze zdanie: „Szanowni Państwo, mam dwanaście lat i chciałbym poprosić o…” Że mam zacząć od „Szanowni Państwo”, podpowiedziała mi moja ulubiona wychowawczyni, polonistka Danuta Balska. Wkrótce zaczęły przychodzić katalogi z Arkad, Czytelnika, PIW-u, a nawet Wydawnictwa MON. Wtedy poczułem, że jestem kimś! Wydawnictwa nie zbagatelizowały poważnej prośby chłopca, bo przecież dziecko to poważna osoba.

Może to właśnie wtedy zrodziła się we mnie myśl, że dużo mogę. Może dzięki temu jestem tym, kim jestem. I może dlatego Mirosława Kątna poprosiła mnie o napisanie tego wstępu.

Mariusz Szczygieł

Od autorki

To nie jest książka o gotowaniu ani o żywieniu dzieci. To jest książka o dzieciństwie, o emocjach, przeżyciach, które tak jak smaki pamiętamy przez całe życie. Któż z nas nie wspomina z rozrzewnieniem pomidorowej, którą robiła babcia, kotletów mielonych smażonych przez mamę albo waty cukrowej, na którą zawsze dał się namówić tata? Te smaki pozostają z nami na całe życie.

Niektórym dzieciństwo przynosi także przykre smaki – słone i gorzkie. To smaki łez. I nie są to łzy po stłuczeniu kolana czy przed wizytą u dentysty. To smak cierpienia, które zadaje ktoś bliski, najbliższy. To łzy upokorzenia, strachu, bezradności, bólu, poczucia winy, osamotnienia. Ten smak dzieciństwa też pozostaje z człowiekiem przez całe życie. Kojarzy się z twarzą rodzica, opiekuna, nauczyciela czy rówieśnika. Nieraz budzi w nocy i przybiera postać koszmaru.

0 tym właśnie jest ta książka. Opowiada ona o prawdziwych historiach w rodzinie w szkole, wśród rówieśników.

Czterdziestoletnie doświadczenie w pracy psychologa, konsultanta, terapeuty i mediatora pozwala mi postawić dwie tezy. Pierwsza z nich to: nie ma trudnych dzieci, są trudni dorośli. Żadne dziecko nie rodzi się podłe, złe, trudne. Oczywiście są takie, które mają deficyty rozwojowe czy neurologiczne, ale po rehabilitacji albo terapii najczęściej je „odzyskujemy”. Natomiast trudności, jakie sprawiają w procesie wychowawczym, są spowodowane błędami dorosłych. To my, dorośli, je psujemy. Druga teza, współgrająca z pierwszą, brzmi: uogólniamy. Kiedy już zauważymy problemy, nie zastanawiamy się nad specyfiką, odrębnością konkretnego młodego człowieka. Jedynym uogólnieniem, jakie wolno nam, dorosłym – rodzicom, nauczycielom, psychologom – wypowiedzieć, jest stwierdzenie, że dzieciństwo opiera się na trzech filarach. Niedocenienie lub niezauważenie któregoś z nich prowadzi do tego, że konstrukcja dzieciństwa się chwieje i w końcu może się zawalić. Te filary to: rodzina, szkoła (przedszkole) i rówieśnicy.

Niniejsza książka ma za zadanie pobudzić dorosłych do refleksji, uwrażliwić ich na potrzeby i emocje dziecka. Nie tylko dzieci z patologicznych rodzin przeżywają duże dramaty. Dlatego chcę podzielić się swoimi obserwacjami dotyczącymi dzieci z tak zwanych dobrych domów i środowisk. Nie jest to jednak poradnik psychologiczny. Książka ta służy raczej do weryfikowania własnych postaw i motywuje do zmiany niewłaściwych zachowań. Chciałabym, aby po przeczytaniu opisów prawdziwych historii, z którymi spotkałam się w trakcie mojej praktyki, dorośli zastanowili się, dlaczego wyrządzamy krzywdę swoim dzieciom.

Nikt z nas nie jest idealny, dlatego dajmy sobie prawo do popełniania błędów. Jednak nie szukajmy usprawiedliwienia dla okrucieństwa, agresji, braku wyobraźni czy zwyczajnej głupoty. Każde dziecko ma tylko jedno dzieciństwo i nie powinno ono kojarzyć się ze smakiem łez.

Słony karmel| Rodzina

Nie musimy być idealnymi rodzicami. To chyba nawet niemożliwe. Wystarczy, że będziemy rodzicami uważnymi, rozumiejącymi dziecko i szanującymi jego podmiotowość, kochającymi je sercem, ale także rozumem. Rodzina to najważniejsze dla dziecka środowisko, w którym kształtuje się jego osobowość, stosunek do ludzi, świata i do samego siebie.

Rodzina powinna zaspokajać podstawowe potrzeby dziecka – zapewniać mu dach nad głową, ale też dawać poczucie miłości, bezpieczeństwa, akceptacji i przynależności. Za to, w jakiej atmosferze człowiekowi upłynie najważniejszy okres jego życia – dzieciństwo – odpowiadają rodzice. To oni powinni sprawiać, by ten szczególny etap życia ich dziecko wspominało jako czas szczęśliwy, bezpieczny i słodki.

Niestety to właśnie w rodzinie wiele dzieci doświadcza największych krzywd, lęków i traum. Najbliżsi im dorośli stają się krzywdzicielami, choć często sami nie zdają sobie z tego sprawy. Bywają okrutni, egoistycznie zapatrzeni w swoje interesy i cele, nierozumiejący i nieszanujący emocji dziecka. W wielu rodzinach ciągle uważa się, że dzieci i ryby głosu nie mają.

Słodycz okresu dzieciństwa jest najpotężniejszym budulcem siły człowieka na całe życie. Jeżeli tę słodycz przyprawimy solą dziecięcych łez, w przyszłości chorować będzie i ciało, i dusza dorosłego już człowieka.

Taki byłem grzeczny| Poczucie winy u dziecka przy rozstaniu rodziców

Monika i Wojtek byli małżeństwem przez siedem lat. W tym czasie urodził się ich długo oczekiwany, wymarzony synek – Kubuś. Kiedy Kubuś miał pięć lat, podczas drobnej sprzeczki rodzinnej Monika nagle dowiedziała się, że Wojtek jej nie kocha i że chce odejść. Była zaskoczona, była zdruzgotana, płakała, prosiła, tłumaczyła. Zrobiła się z tego naprawdę duża awantura.

Kubuś w tym czasie bawił się w swoim pokoju. Słyszał niespokojny głos mamy i podniesionygłos taty, ale nie wiedział, o co chodzi.

Awantura stawała się coraz bardziej dramatyczna, mama coraz głośniej płakała i w końcu krzyknęła: „Wynoś się!” Wojtek tylko na to czekał. Pospiesznie wcisnął kilka koszul do walizki, narzucił marynarkę i wyszedł bez słowa. Kubuś usłyszał głośne trzaśnięcie drzwiami. W ich domu drzwi nigdy tak głośno nie trzaskały. Leżał na swoim łóżku i słuchał, jak mama płacze w salonie, płacze coraz głośniej, płacze jakoś dziwnie, płacze jakoś strasznie. Najpierw chciał wstać i zapytać, co się stało, ale bał się, że mama będzie płakać jeszcze bardziej, a on nie zdoła jej pocieszyć. Zamknął oczy, ale nie mógł zasnąć. Przecież każdego wieczoru przychodził do niego tata i czytał mu bajkę na dobranoc. Teraz jednak nie przyszedł. Mama ciągle płakała. Potem gdzieś zadzwoniła i coś komuś opowiadała. Nie słyszał, co mówiła, ale kilka razy na pewno wypowiedziała jego imię: „ale Kuba!”, „przecież Kubuś!”, „jak on mógł!” Nic z tego nie rozumiał i wciąż nie miał odwagi, by wstać i pójść do mamy.

I nagle pojawiła się ta straszna myśl: przecież rano spóźnili się do przedszkola, bo tak długo szukał swojego czerwonego samochodu i nie chciał bez niego wyjść. Do przedszkola szli bardzo szybko, prawie biegli, mama z przodu, a on trochę za nią. Powiedziała, że przez jego fochy na pewno spóźni się do pracy. Ale co to są te fochy? Na pewno coś strasznego. Kubuś mocno wciskał buzię w poduszkę i cały czas płakał. I wtedy przypomniał sobie coś jeszcze. Kilka dni temu, gdy wracał z tatą z przedszkola, ciągle oglądał się za siebie. Chciał zobaczyć Kacpra, który jechał na swoim nowym rowerku. Przez to oglądanie się nie zauważył wystającego kamienia. Potknął się, przewrócił, a kiedy wstał, okazało się, że nowe spodnie mają na kolanie ogromną dziurę. Tata był zły, zatrzymał się i powiedział, że Kuba jest gapa. Nawet nie zapytał, czy boli go kolano. Kuba był smutny. Noga boli, spodnie podarte i jeszcze tata nazwał go gapą. Kiedy w domu tata opowiadał mamie, co się stało, powtórzył to raz jeszcze. Powiedział też, że Kuba jest taki gapowaty przez mamę. Rodzice się wtedy pokłócili, ale Kuba już tego nie słyszał, bo poszedł do swojego pokoju.

Teraz przypominał sobie te zdarzenia i wycierał łzy w poduszkę. Już nie wiedział, dlaczego płacze. Chyba dlatego, że nikt do niego nie przyszedł. Dlatego, że mama była zdenerwowana i płakała. I dlatego, że tata sobie poszedł.

Po dwóch tygodniach Monika przyszła z Kubą na konsultację. Opowiedziała o swojej sytuacji, o tym, jak ohydnie postąpił jej mąż, jak bardzo jest na niego wściekła, jak nie może się z tym pogodzić. Zapytałam o Kubę. To wyrwało ją z letargu. Pierwszego dnia nic mu nie powiedziała, ale musiał się czegoś domyślać, bo był smutny, nie chciał rano iść do przedszkola i zatykał uszy, kiedy zaczynała mówić o jego tacie. Następnego dnia powiedziała mu, że Wojtek ich zostawił.

Poprosiłam o rozmowę z Kubusiem. Był smutny i patrzył w bok. Zdawkowo opowiadał o kolegach, o przedszkolu, o ulubionej zabawie. Najbardziej niepokojące było to nerwowe obracanie językiem w buzi. Ożywił się, gdy zaczęliśmy rozmawiać o ostatnich wakacjach. Opowiedział, jak tata nauczył go pływać w basenie, jak zjeżdżali ze stromej zjeżdżalni, jak jechał z tatą na wielbłądzie i wcale się nie bał. Mówił ładnie, pełnymi zdaniami, z ożywieniem. Jednak nagle zamilkł, opuścił głowę, zaczął szybciej majtać nóżkami nad ziemią. I ten kręcący się w buzi język. Wtedy powiedział cicho, jakby tylko do siebie: „Ja przecież byłem grzeczny, ja się starałem, a tatuś nas zostawił…”

Co ja na to?

Rozstanie, rozwód zawsze są wielkim przeżyciem. Przeżyciem smutnym, traumatycznym, z którym dorośli radzą sobie lepiej lub gorzej. Każde rozstanie czy rozwód na ogół poprzedza ciężka atmosfera, kłótnie, awantury, obarczanie się nawzajem winą. W tym gorącym okresie zazwyczaj zapomina się, że gdzieś w pobliżu jest dziecko, które słyszy i widzi, ale nie rozumie tego, co dzieje się między rodzicami. Zastanawia się, dlaczego poświęcają mu mniej czasu. Dlaczego mówią sobie niemiłe rzeczy. Dlaczego nie słuchają tego, co ono do nich mówi.

Tak było również w przypadku Kubusia. Chłopiec zorientował się, że coś złego dzieje się między rodzicami dopiero w dniu, w którym mama krzyczała i płakała, a tata mówił podniesionym głosem. Nie wiedział, czytała gdzieś wyjeżdża, czy wróci za chwilę czy za parę dni. Czasami przecież wyjeżdżał, ale zawsze wracał. Tym razem jednak wyszedł, trzasnął drzwiami i już nie wrócił. Kubuś zastanawiał się, dlaczego tak się stało. Kiedy nie spał w nocy, myślał, że to pewnie przez niego. Przypominał sobie wszystkie sytuacje, kiedy był nieposłuszny albo niegrzeczny i kiedy zdenerwował rodziców.

W takich sytuacjach dziecko najczęściej myśli, że to ono czemuś nie sprostało, że to ono zawiodło. Rośnie w nim poczucie winy. Dzieci, które znalazły się takiej sytuacji, prawie zawsze uważają, że były albo nie dość grzeczne, albo nie dość zdrowe, albo nawet nie dość ładne. I że to właśnie złego powodu rodzice się pokłócili.

Dorośli, którzy podejmują decyzję o rozstaniu, zapominają, że dla dziecka największym dramatem jest nie samo rozstanie, lecz sposób, w jaki zachowują się rodzice. Dziecko czuje się dotknięte tym, że rodzice nie próbują wytłumaczyć mu tego, co się wydarzyło, oraz tego, dlaczego dwoje ludzi, którzy kiedyś się kochali, byli sobie bliscy, zostali rodzicami, nie są już dla siebie mili i dobrzy. A przecież nawet jeśli już się nie lubią, to w dalszym ciągu bardzo kochają swoje dziecko. Nie wystarcza im jednak czasu, wyobraźni, siły, a tak naprawdę dobrej woli, by zauważyć, że emocje dziecka w takich sytuacjach mogą bardzo negatywie wpływać na jego codzienne funkcjonowanie.

W rozmowie z rodzicami zawsze staram się przekonać ich, że mimo swoich przeżyć, rozmaitych trudności, bardzo silnego zdenerwowania i poczucia krzywdy nie wolno im zapominać o tym, by zdjąć z dziecka jego poczucie winy, zupełnie nieuzasadnione, stworzone przez kilkuletnią wyobraźnię, która w tym momencie pracuje całkowicie opacznie. W każdej z takich sytuacji potrzebna jest rozmowa z dzieckiem. Rozmowa zmierzająca do tego, by zapewnić je, że choć rodzice już się nie rozumieją, nie chcą i nie mogą być razem, to zawsze będą rodzicami i zawsze będą równie mocno jak dotychczas kochali swoje dziecko. I że to ono zawsze będzie dla nich najważniejsze.

Pamiętajmy:

• Podczas rozwodu nie wolno „rozwodzić” dziecka z rodzicem.

• Trudny dla dorosłych czas rozstania wymaga roztoczenia parasola ochronnego nad dzieckiem.

• Jeżeli nie wiemy, jak postępować z dzieckiem podczas rozwodu, skorzystajmy ze wsparcia specjalisty (psychologa, terapeuty).

Moje, twoje, nasze| Problemy rodziny patchworkowej

Basia i Jacek od dwóch lat byli udanym małżeństwem. Oboje po przejściach, po nieudanych pierwszych związkach, po rozwodach. Oboje byli już rodzicami i bardzo kochali swoich synów z pierwszych małżeństw. Basia miała małego Maćka, Jacek o rok młodszego Kamila. Wkrótce po zawarciu nowego związku urodziła im się piękna córeczka – Kasia. Kasia szybko stała się oczkiem w głowie rodziców. Była przecież ich wspólnym dzieckiem! Jacek bardzo polubił syna Basi, traktował go jak własne dziecko, wychowywali go wspólnie. Sytuacja jego syna była trudniejsza – Kamil został pod opieką swojej mamy, Jacek był więc dla niego tak zwanym niedzielnym tatą. Może nie dosłownie niedzielnym, bo Kamil spędzał z nim dwa weekendy w miesiącu. Do tego raz w tygodniu tata odbierał go z przedszkola i wieczorem odprowadzał do mamy. Oczywiście chciał widywać syna jak najczęściej, ale mama bardzo restrykcyjnie przestrzegała tego, co postanowił sąd podczas rozprawy rozwodowej.

Kiedy urodziła się Kasia, Maciek trochę się naburmuszył. Był pewnie nieco zazdrosny o małą rywalkę, która pojawiła się w domu. Ale kiedy co dwa tygodnie przychodził do nich Kamil, Maćkowi robiło się trochę lżej na sercu. Co tam mała Kasia, która i tak jeszcze nie mogła się z nimi bawić. Byli we dwóch. Dawali sobie radę bez niej, bawiąc się, a niekiedy kłócąc. Jak kumple, a może nawet jak bracia.

Basia i Jacek starali się traktować chłopców jednakowo. Ale dnie, kiedy w domu pojawiał się Kamil, zawsze trochę przypominały święto. Basia przygotowywała obiad z myślą o tym, by smakował Kamilowi. Piekła też jego ulubione ciasto. Bardzo się starała i robiła to z pełnym przekonaniem – była przecież doświadczoną mamą i wiedziała, że powinna traktować swojego weekendowego synka ze szczególną uwagą. A mimo to po jednym z takich weekendów Jacek powiedział Basi, że jego była żona zaczęła chodzić z Kamilem do psychologa. Najpierw nie rozumiał dlaczego. Czy dlatego, że chłopiec wkrótce pójdzie do szkoły? Czy dzieje się coś niepokojącego? Wówczas jego była żona powiedziała, że problem pojawił się, kiedy Jacek zaczął zabierać chłopca na weekendy. Kiedy odwoził go do domu, Kamil był jakiś dziwny, odmieniony, nie mógł spać, chodził smutny i nerwowy, dwa razy zdarzyło mu się zmoczyć w nocy. Matka przypisywała to nadmiarowi wrażeń, które towarzyszyły chłopcu podczas weekendu, ale w końcu doszła do wnioskuje Kamila coś niepokoi. Dlatego poszła do psychologa.

Basia potraktowała sprawę poważnie i odpowiedzialnie. Zachowanie chłopca zasmuciło ją i zaniepokoiło. Zaczęła więc analizować, co też może się dziać. Nie znała się na psychologii dzieci, z zawodu była inżynierem, ale była też matką – czuła, że to, o czym mówi jej mąż i matka chłopca, nie może być przypadkiem, że prawdopodobnie dzieje się coś złego. Początkowo sądziła, że to ona zawiniła. Może była nie dość miła, nie dość troskliwa? Trudno powiedzieć, żeby kochała Kamila jak własne dzieci, ale zawsze była wobec niego pogodna, wesoła, nie traktowała go inaczej niż Maćka i Kasię. Gdzie zatem tkwił błąd? Postanowiła poradzić się specjalisty.

Co ja na to?

Rodzina Basi i Jacka to rodzina zrekonstruowana, potocznie nazywana rodziną patchworkową. Serce rodzica jest pojemne i wystarczy w nim miłości dla wszystkich, ale niestety sytuacja ich dzieci nie była jednakowa. Syn Basi był cały czas ze swoją mamą, a do tego pod serdeczną opieką jej męża. Malutka Kasia miała zawsze przy sobie oboje rodziców. Kamil zaś tylko odwiedzał swojego tatę. Spędzał z nim i jego rodziną czas, było miło, przyjemnie, ale w końcu musiał wracać do swojej mamy, a jego tata zostawał z innymi dziećmi. Kamil nie mógł być przy swoim tacie zawsze, kiedy tego chciał.

To jest coś, z czym dzieci nie zawsze potrafią sobie poradzić. Dlatego w rodzinie, w której jest moje, twoje i nasze dziecko, należy pamiętać o tym, że dziecko, które krąży między różnymi domami, może nie radzić sobie z emocjami. Nie da się oczywiście tego uniknąć, bo trudno, żeby dziecko nie miało kontaktu z jednym z rodziców i jego nową rodziną. Powinno mieć z nimi kontakt – jest to wskazane i bardzo dziecku potrzebne. Ale towarzyszące mu emocje: zazdrość, poczucie, że jest w gorszej sytuacji niż rodzeństwo, które zostaje w domu, są dla dziecka trudne. Dlatego w zrekonstruowanej rodzinie to weekendowe dziecko powinno mieć czasem swojego tatę lub mamę na wyłączność. Aby mogli być tylko we dwójkę. Oczywiście w takich sytuacjach trzeba zachować rozsądek i odpowiednie proporcje. Rodzina patchworkowa, w której są dobre emocje, która dobrze funkcjonuje, powinna być razem. Ale sztuka pogodzenia bycia razem i bycia rodzicem na wyłączność, choć niełatwa, powinna być świadomą decyzją –podejmowaną po to, żeby dziecko nie czuło się gorsze i nie miało powodów do zazdrości.

Pamiętajmy:

• Dzieci na ogół nie potrafią mówić o swoich emocjach ani precyzyjnie ich nazywać.

• Dlatego należy uważnie obserwować zachowanie dziecka, odczytywać sygnały, które nam daje.

• Najlepsze i najważniejsze, co możemy dać dziecku – zwłaszcza w sytuacjach trudnych czy nietypowych – to nasza własna obecność.

Rywal| Utrata pozycji jedynaka

Jaś był dzieckiem szczęścia. Kiedy się u rodził, wszyscy szaleli z radości. Nie tylko rodzice, ale też babcie i ciocie. Wszyscy przychodzili oglądać Jasia i zachwycali się, jakim jest pięknym dzieckiem. Dostawał prezenty, całusy i pieszczoty. Kiedy miał już cztery lata, od czasu do czasu mama albo babcia pytały go, czy chciałby mieć braciszka lub siostrzyczkę. Jaś najczęściej odpowiadał, że nie wie, ale jeśli już, to wołałby chyba braciszka. Chociaż tak naprawdę po co miałby mieć braciszka? Przecież miał rodziców i kolegów w przedszkolu!

Pewnego dnia, kiedy był na placu zabaw i chciał kopać piłkę, mama powiedziała, że nie może już stać na bramce. „Muszę chronić swój brzuszek, bo w brzuszku rozwija się mała dzidzia” – dodała. Jaś na chwilę zatrzymał się przy piłce. „Jaka dzidzia?” – zapytał. „Twoja siostra” – odpowiedziała mama. A więc będzie miał siostrę… „Gdzie ona jest? Jaka będzie?” – zaczął pytać Jaś. „Na razie jest w moim brzuszku. Ale za kilka miesięcy się urodzi”. „I będzie ze mną kopać piłkę?” „Nie, będzie bardzo malutka. Będziemy się nią opiekować” – powiedziała mama.

Wkrótce Jaś zauważył, że brzuszek mamy robi się coraz większy. Coraz rzadziej wychodziła z nim na spacer, a o grze w piłkę i zabawie na drabinkach nawet nie było mowy. Kiedy mama miała już bardzo duży brzuszek, Jaś siadał czasem koło niej, a ona pytała, czy czuje, jak tam w środku rozrabia jego siostra. „Jak w brzuszku może rozrabiać jakaś siostra?” – Jaś nie mógł tego zrozumieć, ale kładł rączkę na brzuchu mamy, a czasem nawet przykładał do niego swoje ucho. Pewnego dnia mama powiedziała, że nie będzie jej kilka dni, bo musi iść do szpitala, ale kiedy wróci, to już razem z jego małą siostrzyczką. Jaś został pod opieką taty i babci. Nie mógł się doczekać, kiedy mama wreszcie wróci. Iw końcu przyszedł ten dzień.

„Zobacz, Jasiu, to jest twoja siostrzyczka, Julka” – powiedziała babcia. Jaś popatrzył na siostrę. Wyglądała jak lalka. Był trochę zdziwiony, że dziecko może być tak bardzo, bardzo małe. Mniejsze od jego pluszowego misia. Jaś z zaciekawieniem przypatrywał się, jak mama położyła tę małą dziewczynkę na łóżku i zaczęła rozbierać z ubranek. A potem ta mała dziewczynka zrobiła kupkę. Jaś patrzył, jak mama wyciera tę kupkę, i pomyślał, że przecież do robienia kupki jest toaleta. Po kilku dniach z przerażeniem zauważył, że mała Julka zjada mu mamę. Mama dostawia ją do swojego cycuszka, a ona zaczyna ją zjadać! Najpierw zapytał, czy to nie boli, ale mama się uśmiechnęła i powiedziała, że nie, że to się nazywa karmienie piersią i on, jak był malutki, robił dokładnie tak samo.

Któregoś dnia przyszły koleżanki mamy i przyniosły zabawkę dla Julki. Jaś patrzył, jak nachylają się nad łóżeczkiem i mówią, że jest taka śliczna, taka podobna do mamy. Wtedy posmutniał. Przecież wszyscy zawsze mówili,

że to on jest podobny do mamy! Po kilku dniach, kiedy próbował powiedzieć coś mamie, ona odpowiedziała, że jest zajęta, bo musi wykąpać Julkę. Potem tata nie miał czasu pograć z nim w piłkę, a wkrótce znowu przyszli jacyś goście i wszyscy oglądali tę małą dziewczynkę w łóżeczku. A ona przecież nic do nich nie mówiła, nie reagowała, tylko krzyczała albo spała. Albo znowu wyjmowali z niej tę dziwną kupkę, a kiedy mama ją ubierała, to tak ją całowała po nóżkach, po brzuszku, po [pupce…].

Któregoś dnia, kiedy Jaś siedział sam i bawił się swoimi samochodzikami, pomyślał, że gdyby on zrobił siku albo kupkę w majtki, to może też by się nad nim ktoś tak nachylił i całował go po nóżkach. Kiedy mama zauważyła, że ma mokre spodenki, była bardzo zdziwiona. „Jasiu, taki duży chłopiec, a zsiusiał się w majtki? Nie zdążyłeś pójść do toalety?” – zapytała. Jaś nie miał na to odpowiedzi. Przecież wiedział, że do robienia siusiu jest toaleta.

Kiedyś postanowił spróbować, jak to jest, kiedy ma się w buzi ten dziwny kolorowy smoczek. Wyjął jeden z miseczki i zaczął z nim paradować po mieszkaniu. Wtedy zauważył go tata i powiedział, że to straszny wstyd, żeby taki duży chłopiec chodził ze smoczkiem w buzi. A Jaś tylko chciał przekonać się, jak to jest być taką małą dzidzią. Chciał, żeby wszyscy mówili, że jest śliczny, że ładnie rośnie i że jest bardzo podobny do rodziców. Nie rozumiał, dlaczego wszystko, co robi, naśladując Julkę, nie podoba się dorosłym. Aż w końcu pomyślał, że to chyba przez nią nie mają dla niego czasu. A gdyby tak zgubić ją gdzieś po drodze, gdyby tak gdzieś się zawieruszyła? Może ktoś by ją zabrał? W końcu po co człowiekowi siostra, i to jeszcze taka mała, taka krzycząca, taka, która zjada mamę i zabiera jej cały czas?

Następnego dnia na placu zabaw powiedział do mamy: „Mamo, a gdybyś tak zgubiła Julkę?” Mama zmarszczyła brwi: „Jasiu, co ty opowiadasz? Bardzo jej pilnuję, to jest twoja siostrzyczka, moja córeczka, jak mogłabym ją zgubić?!”. „Ale wtedy znowu grałabyś ze mną w piłkę, wtedy znowu byśmy razem biegali, nie musiałabyś cały czas trzymać tego wózka”. Mama zrobiła się smutna. „Nie wolno tak mówić. Małej dzidzi trzeba pilnować, wszyscy ją kochają i ty na pewno też ją kochasz” – powiedziała do Jasia. Jaś nie wiedział, czy ją kocha. Sam się nad tym zastanawiał. No bo po co komu taka siostra? Poco?!

Po jakimś czasie mama postanowiła z kimś o tym porozmawiać. Zapytała psychologa, czy nie robi jakichś błędów, bo wyraźnie widzi, że jej synek się zmienił. Jest smutny i wyraźnie cofa się w rozwoju. Psycholog uspokoiła mamę, że takie pozorne cofnięcie się w rozwoju jest naturalne, kiedy w domu pojawia się mały rywal.

Co ja na to?

Dziecko, które traci pozycję jedynaka, czyli najważniejszej osoby w rodzinie, przez jakiś czas czuje się zagubione i osamotnione. Nie rozumie, dlaczego cate zainteresowanie, dotychczas skupione na nim, nagle przechodzi na drugie dziecko, które oczywiście nie jest jeszcze gotowe do zabawy ani do tego, żeby w partnerski sposób spędzać czas ze swoim bratem lub siostrą. Wymaga pielęgnacji i opieki, wymaga noszenia na rękach, wymaga karmienia i pełni zainteresowania. Starsze dziecko czuje się wówczas odrzucone, odsunięte na dalszy plan. Dużą sztuką jest zapewnić mu w tym czasie szczególne zainteresowanie, czułość i troskę, zwłaszcza gdy między rodzeństwem jest niewielka różnica wieku, a starsze dziecko wciąż jest małe i nie rozumie jeszcze wielu rzeczy. Musi troską rodziców dzielić się z małym rywalem. Tak właśnie to postrzega: pojawił się rywal, z którym trzeba walczyć o uczucia, o posiadanie na wyłączność mamy i taty, o zainteresowanie całego otoczenia.

Rodzice często nie dostrzegają tego, jak istotnym wydarzeniem w życiu dziecka są narodziny jego brata lub siostry. Powinni mu w tym czasie pokazać, jak bardzo jest dla nich ważne, wyznaczać mu pewne zadania, prosić o pomoc w opiece, chociażby w przyniesieniu pieluchy, butelki lub smoczka. Powinni je chwalić za tę pomoc, mówić: „Dobrze, że jesteś. Bez ciebie byśmy sobie nie poradzili”. Wzmacnianie roli i pozycji starszego dziecka nie może odbywać się poprzez rozmowy w „trybie wykładowym”. Powinno dokonywać się naturalnie i niejako mimochodem. Kiedy mama trzyma dziecko na ręku po karmieniu, może drugą rękę położyć na główce starszego dziecka i je przytulić. Kiedy leży koło malucha, może przywołać starsze dziecko, by też się przytuliło i odczuło jej bliskość. Wysyła mu wtedy ko m u n i kat: „Ty też jesteś waż ny, ty też jesteś b lisko m n ie”. Są to d ro biazgi, ale dzięki nim dziecko może poczuć się docenione i kochane. Jeśli ich zabraknie, czuje się odrzucone i pokonane przez swojego małego rywala.

Pamiętajmy:

• Zmiana sytuacji życiowej dla wielu dzieci jest bardzo trudna, dlatego warto przedyskutować ją ze specjalistą.

Był taki miły| Molestowanie seksualne

Ola samotnie wychowywała swoją córkę Asię. Ojciec dziewczynki już dawno się nimi nie interesował. Ola pracowała, Asia chodziła do przedszkola. Wydawało się, że wiodą szczęśliwe, spokojne życie. Jedyne, czego Oli tak naprawdę brakowało, to dobrego, mądrego i opiekuńczego partnera. Ale jakoś nie miała szczęścia do facetów.

Aż kiedyś w jej pracy pojawił się mężczyzna, który tak spojrzał na Olę, że przeszedł ją dreszcz. Miał na imię Artur. Zaproponował jej kawę. Spotkali się. I szybko stali się nierozłączni. Był taki miły, przystojny i dobry. Przewidywał w lot wszystkie jej pragnienia. Z wielką radością przyjął to, że Ola ma córkę. Po kilku miesiącach, podczas jednego ze spacerów, mimochodem zaproponował, że może by się do niej wprowadził. Przecież Asia go polubiła, a on jest zakochany w Oli.

Asia rzeczywiście polubiła Artura. Na placu zabaw właściwie nie odstępowali się na krok. Wspierał ją, kiedy wdrapywała się na drabinki, kiedy zjeżdżała ze zjeżdżalni i kiedy miała ochotę na jakieś nowe dziecięce wyzwanie. Ola patrzyła na to pełnymi szczęścia oczyma. Wreszcie miała u swego boku mężczyznę, któryjest taki dobry i taki miły dla jej córki. Szybko zgodziła się na to, żeby Artur z nimi zamieszkał.

Ola często pracowała popołudniami, dlatego Artur zadeklarował, że będzie odbierał Asię z przedszkola. Kiedy po raz pierwszy powiedział, że Ola może pojechać na służbowy wyjazd, bo on zaopiekuje się Asią –była szczęśliwa. Wiedziała, że może mu zaufać. Po paru miesiącach stanowili dobrą i fajną rodzinę. Ona – pracująca kobieta, on – pracujący mężczyzna, i do tego mała Asia. Można było odnieść wrażenie, że dziewczynka jest ich wspólnym dzieckiem. Artur był opiekuńczy, miły i dobry. Gotował to, co Asi najbardziej smakowało, odbierał ją z przedszkola i bawił się z nią. Ola nieraz słyszała, jak z pokoju Asi dobiegają radosne krzyki i śmiechy.

Pewnego dnia wydarzyło się jednak coś, co do tej pory nigdy nie miało miejsca-Asia obudziła się nad ranem z krzykiem i płaczem. „Pewnie miała zły sen” – pomyślała Ola. Przytuliła córeczkę i została przy niej w jej łóżku. Przez kilka kolejnych dni obserwowała ją i dostrzegła, że Asia coraz częściej była smutna. Potwierdziła to pani w przedszkolu. Dziewczynka nie chciała się bawić a do tego zdarzały jej się wybuchy niekontrolowanej agresji, niewspółmiernej do sytuacji. Kiedy jedna z koleżanek zabrała jej lalkę, Asia rzuciła się na nią z pięściami.

Pewnego dniaAsia przytuliła się do mamy i powiedziała: „Mamo, ja nie chcę, żebyś wyjeżdżała. Jachcę, żebyś ty mnie odbierała z przedszkola”. „Ależ córeczko, co się stało?” – zdziwiła się Ola. „Ja wolę, jak ty jesteś w domu”. „A wujek Artur?” „Wujek Artur fajnie się ze mną bawi – powiedziała Asia – ale ja wolę, jak ty jesteś ze mną. Mamusiu, nie wyjeżdżaj”. „Kochanie, ale ja muszę. Na tym polega moja praca” – przekonywała Ola. Po kilku tygodniach Olę znowu zaniepokoiło zachowanie dziewczynki. Wyraźnie straciła apetyt. A pewnego razu, nie wiadomo dlaczego, bo nie zdarzało się to już od dawna, zsiusiała się w nocy. Ola pomyślała, że pewnie jest przeziębiona. Postanowiła, że za kilka dni pójdzie z nią do pediatry. A może trzeba będzie zamówić wizytę u urologa?

Któregoś dnia ubierały się pospiesznie do przedszkola i nagle Asia powiedziała: „Mamo, a wujek mnie tak dziwnie dotyka”. „Ależ kochanie, dotyka cię, bo cię lubi – odpowiedziała Ola. – Przecież ty też go lubisz”. „No tak, lubię go” – potwierdziła Asia. „Właśnie, jak ktoś kogoś bardzo lubi –tłumaczyła Ola – to go dotyka, głaszcze i przytula. Przecież my też się przytulamy i głaszczemy. Nie ma w tym nic dziwnego”. Asia spuściła główkę i niechętnie przytaknęła mamie, a Ola natychmiast zapomniała o tym zdarzeniu.

Dni