Smak prawdy - Hanna Lindberg - ebook
Opis

Konkurs na Kucharza Roku przyciąga wszystkich tych, którzy liczą się w sztokholmskiej branży gastronomicznej – na gali nie mogło więc zabraknąć również dziennikarki Solveig Berg. Nieoczekiwanie wieczór kończy się jednak totalnym chaosem: redaktor naczelna portalu, dla którego pracuje Solveig, zostaje zastrzelona przez nieznanego sprawcę.

Policja podąża fałszywym tropem i Solveig sama rozpoczyna poszukiwania prawdy. Styka się z ciemnymi siłami rządzącymi hermetycznym środowiskiem czołowych kucharzy w Szwecji. Im dalej brnie, tym bardziej niebezpieczne staje się jej dochodzenie.

Fotograf skandalista Lennie Lee wraca do Sztokholmu po trzyletniej nieobecności. Jest na dnie, ale nieoczekiwanie dostaje szansę, by odzyskać miejsce w świetle reflektorów – jeśli tylko prawidłowo rozegra tę partię.

 

STHLM Grotesque jest luźną kontynuacją Sekretów Sztokholmu, docenionej na arenie międzynarodowej debiutanckiej powieści Hanny Lindberg. Tym razem akcja toczy się w scenerii luksusowych restauracji, a dokładniej na ich zapleczu, gdzie pogoń za wpływami przesłania wszystko inne. To współczesny thriller o uciecze od własnej przeszłości, żeby stać się kimś innym w dzisiejszym Sztokholmie.

 

Hanna Lindberg, ur. 1981 roku, jest dziennikarką mieszkającą na co dzień w Sztokholmie. Wcześniej pracowała jako reporterka w jednym z największych szwedzkich dzienników „Aftonbladet” i była popularną felietonistką w dzienniku „Metro”. Jako redaktorka treści internetowych w czasopismach należących do grupy wydawniczej Bonnier Tidskrifter czuwała między innymi nad sytuacją w branży gastronomicznej. Jako pisarka zadebiutowała w 2014 roku powieścią Sekrety Sztokholmu, która jak dotąd została wydana w dziesięciu krajach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 456

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: STHLM Grotesque

Copyright © Hanna Lindberg 2017 by Agreement with Grand Agency, Sweden and Book/Lab Literary Agency, Poland

Copyright for the Polish Edition © 2018 Edipresse Polska SA

Copyright for the Translation © 2018 Agata Teperek

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51), Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Agnieszka Jeż

Korekta: Ita Turowicz, Ewdokia Cydejko

Projekt okładki i stron tytułowych: Krzysztof Rychter

Skład i łamanie: Typo

Zdjęcie na okładce: Pierre Aden/Shutterstock, Dignity 100/Shutterstock

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.-pt. w godz. 8:00-17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-8117-615-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Przed śmiercią podano jedzenie.

Może dlatego to wszystko było takie okropne, bo gdy wreszcie do tego doszło, wydawało się dziwnie znajome. Byłem jeszcze dzieckiem, gdy poznałem, jakie to uczucie zabić człowieka. W panujących wówczas ekstremalnych warunkach odebrałem to niemal jako coś zwyczajnego. Jakby praca w kuchni, obrabianie mięsa, przygotowały mnie na to, co później nadeszło. I co okupiłem poczuciem winy na długo, nim niebo pociemniało nad naszymi zielonymi pagórkami.

Nigdy nie brakowało mi ojca. Jak mogłoby mi brakować kogoś, kogo nigdy nie znałem?

Był dla mnie kimś obcym, biznesmenem od czasu do czasu odwiedzającym miasto.

Czy to w tej restauracji z pięknym widokiem poznał mamę?

W taką wersję chciałem wierzyć. Mama harowała od świtu do nocy. Urabiała sobie ręce. Zmywała, sprzątała i doglądała stołów bogatych ludzi. Zwabienie jej do pokoju hotelowego musiało być proste. Opowiadała, że ojciec był eleganckim mężczyzną. Umiał się zachować. Dużo jej naobiecywał. Była młoda, miała zaledwie osiemnaście czy dziewiętnaście lat. Z pewnością marzyła o innym, lepszym życiu z większymi możliwościami. O pieniądzach, podróżach, wykształceniu. Mógł ją uwieść czymkolwiek. Zapewne w ojczyźnie miał rodzinę, choć nie wiem tego na pewno. Z całą pewnością mogę jedynie powiedzieć, że zniknął z mojego życia dokładnie tak, jak dużo później znikali wszyscy ci, którzy kiedykolwiek coś dla mnie znaczyli.

Kiedy moja tajemnica nabrała niszczycielskiej mocy.

1

Poniedziałek, 10 września

Wieczór

Mówiło się, że Florian Leblanc, kucharz z gwiazdkami Michelin na koncie, dozna szoku. Że rozczarowany przebiegiem zdarzeń z ostatniego roku, wedrze się na scenę, zniszczy dekoracje i popsuje galę rozdania nagród. Mogło być jednak i tak, że zażyje tyle środków uspokajających, by udało mu się zachować dobrą minę. Jeśli w ogóle się zjawi.

Nikt nie wiedział, jak będzie.

Przy barze robiło się coraz tłoczniej. Setki gorączkowo wyciąganych rąk, barman dwoił się i troił, żeby każdemu możliwie szybko podać kieliszek darmowego musującego wina. Najlepsi kucharze spotykali się z krytykami kulinarnymi, trendseterami gastronomicznymi, dziennikarskimi sławami, blogerami i ludźmi z branży. Kryształowe kieliszki dzwoniły. Cmokano się w policzki i plotkowano. Był tu każdy, kto się liczył – albo chciał się liczyć – w sztokholmskiej gastronomii.

Dziennikarka Solveig Berg przecisnęła się na skraj pokaźnego baru. Znalazła się tuż obok grupki brodatych mężczyzn, wyglądających tak, jakby prowadzili przytulną knajpkę z pizzą własnej roboty i kwaśnym piwem, o którym zapewne teraz zażarcie by dyskutowali, gdyby nie zastanawiało ich dokładnie to samo, co Solveig. Ich i wszystkich innych znajdujących się pod żyrandolami oświetlającymi okazałe wnętrza kulinarnej świątyni, jaką bez wątpienia była restauracja Sztokholm Grotesque, mieszcząca się w dawnym budynku giełdy przy Stortorget na Gamla stan. To tutaj miała się odbyć tegoroczna gala Kucharza Roku.

Jak to przyjmie?

Pytanie o reakcję Floriana Leblanca zadawano sobie nie tylko w zamkniętych grupach smakoszy na Facebooku i kontach na Instagramie. Jeśli plotki się potwierdzą, na co wszyscy tutaj liczyli, należało się spodziewać karczemnej awantury. Po raz pierwszy, odkąd dziesięć lat temu zaczęto wręczać tę zaszczytną nagrodę kulinarną, miała trafić ona nie w ręce Floriana Leblanca, tylko do osoby, którą według dobrze poinformowanych źródeł Leblanc brzydził się bardziej niż kimkolwiek innym na świecie: do jego byłego wspólnika, Jona Ragnarssona.

Prowadzili razem restauracje święcące bezprecedensowe triumfy: Sparterie, Bistro Biosu i The Urban Farm. Restauracje, z których każda co do jednej zdobyła wiele nagród, gwiazdki w przewodniku Michelin i znalazła się wśród czołowych restauracji świata zaledwie kilka miesięcy po otwarciu. Lokale budziły sensację; robiono w nich delikatesy z robaków i larw, pozwalano, by kury dziobały ziarna z podłogi, między nogami gości, nim później trafiły na ich talerze. Pieniądze i chwała sypały się jak grad na głowy tego duetu kucharskiego. Zapoczątkowali oni nową gastronomiczną falę, która przeszła przez Skandynawię i uczyniła Sztokholm jednym z najgorętszych miast na kulinarnej mapie Europy. Zdawało się, że czegokolwiek by się dotknęli, zamienią to w złoto.

Aż Florian niespodziewanie się wycofał.

Barman przeszedł koło Solveig, a ona postarała się, żeby trafił do niej kieliszek wina. Dookoła na dużych białych tacach roznoszono koreczki. Minitarty z konfitowanym podgardlem wieprzowym i mięsistym czerwonym krabem królewskim. Wolno pieczony por, długo dojrzewający ser pecorino, jeżowce. Smaki tego roku, sygnowane nazwiskiem Jona Ragnarssona. Podeszło kilkoro blogerów, żeby obfotografować przysmaki, głośno wyrażając swój zachwyt:

– Niewiarygodne, co za głębia smaku!

Solveig spojrzała w przelocie na własne odbicie w jednym z pozłacanych rokokowych luster, które wisiały za barem. Czarna sukienka uwierała ją mocno na plecach, a sportowe buty z białymi zelówkami jakby nagle skurczyły się o kilka numerów – tak uciskały jej stopy. Blond włosy do ramion, które zazwyczaj nosiła rozpuszczone, tym razem związała w ciasny kok. Czy to jej strój, czy fryzura sprawiały, że czuła się skrępowana?

Poluzowała trochę kok i sięgnęła po jeżowca.

Kawior z tego kolczastego zwierzęcia morskiego miał być delikatny i bogaty w smaku, ale jej zdawał się mdły. Przełknęła go i popiła dużym łykiem wody; nieprzyjemny smak dalej się jednak utrzymywał.

Musiała przypomnieć sobie, dlaczego w ogóle się tu znalazła.

Zaprosiła ją jej redaktor naczelna Vanja Stridh, która miała osobiście wręczyć najważniejszą statuetkę – Złotą Czapkę Kucharską – chociaż równie kiepsko jak Solveig radziła sobie z krążeniem wśród nieznajomych i też nie znosiła tego typu imprez. Właściwie to, że w ogóle poproszono ją o coś takiego, było dość dziwne.

Vanję Stridh, która przez lata pracowała w redakcji działu kulinarnego w jednym z największych dzienników w Szwecji, zwolniono, gdy uznano, że uprawiane przez nią dziennikarstwo odstrasza reklamodawców. Za otrzymaną odprawę założyła własny portal informacyjny Dark Tables, na którym uważnie patrzyła innym na ręce. Później zatrudniła Solveig, swoją jedyną pracownicę. Vanja utrzymywała, że celem jej strony jest odkrywanie prawdy, jakkolwiek by była nieprzyjemna. Jedzenie i wizyty w restauracjach dotyczyły każdego i jej zdaniem zasługiwały na uwagę profesjonalistów z prawdziwego zdarzenia, a nie wyrobników biegających na darmowe luksusowe lunche, żeby później przychylnie napisać o tych, którzy ich zaprosili.

Teraz od wielu tygodni prowadziła śledztwo, które pochłaniało niemal cały jej czas i było tak tajne, że nie zdradziła, o co chodzi, nawet swojej współpracownicy. Dzisiaj Solveig miała się tego wreszcie dowiedzieć. Pierwotnie plan był taki, że omówią to przy kawie w mieszkaniu redaktor naczelnej na nowym osiedlu Hammarby Sjöstad. Ale Vanja odwołała spot­kanie. Zadzwoniła zaledwie pół godziny przed galą i zaproponowała, żeby spotkały się tutaj.

Wystrojeni goście kolejno przechodzili po czerwonym dywanie, witani przez gospodarza tego wieczoru, Karla Fredricka Ungego, elegancko ubranego, lekko posiwiałego mężczyznę około sześćdziesiątki, który żywo gestykulował i miał przenikliwe spojrzenie. To on był głównodowodzącym całego przedsięwzięcia i bezsprzecznie czołową postacią w świecie kulinarnym. Znany był z ekscentrycznego stylu bycia, szanowany za wiedzę i nienawidzony za władzę. Człowiek, z którym wielu chciało żyć za pan brat, gdy chodziło o duże pieniądze. Wysokość nagrody – pół miliona koron – nie była może zupełnie błaha, ale mimo wszystko stanowiła promil, biorąc pod uwagę zyski zwycięskiej restauracji. Teraz wyprostowany Karl Fredrick witał każdego z osobna; ściskał gościom dłonie tak mocno, że aż się krzywili. Solveig widziała, jak niektóre osoby odprowadzano na bok do ścianki dla fotoreporterów, za to tych o mniej znanych nazwiskach szybko przeganiano do środka.

Ścisk robił się nie do zniesienia. Solveig miała nadzieję, że po wręczeniu nagrody Vanja szybko ją odszuka i udadzą się do niej do domu albo w inne ustronne miejsce, żeby spokojnie porozmawiać.

Coś wreszcie zaczęło się dziać.

Rozległy się spontaniczne oklaski. Brodaci mężczyźni koło Solveig wiwatowali, ktoś inny zagwizdał na palcach, aż zabolały ją uszy. Wzięła oddech i spojrzała na czerwony dywan.

Najpierw pojawiła się gromada asystentów. Za nimi szły wysokie, opalone fotomodelki.

Na końcu kroczył Jon Ragnarsson we własnej osobie.

Smoking napinał mu się na okazałym brzuchu, przez co materiał marszczył się na plecach. Nonszalancko przejechał dłonią po krótko ostrzyżonych włosach, które połyskiwały od wosku, a możliwe, że również od potu. Miał szeroką, zarumienioną twarz i słabo zarysowaną brodę. Eskortowały go z jednej strony żona, farbowana na blond piękność, która w przeszłości była gwiazdą telenoweli dokumentalnych, a z drugiej jakaś starsza kobieta, najprawdopodobniej matka. Przed kamerami Jon odstawił swoje tradycyjne show: wyszczerzył się szeroko w wilczym uśmiechu, puścił oko, zrobił piruet w kowbojskim stylu i wymierzył palcem wskazującym prosto w obiektyw. Błysnęły flesze. Żona uśmiechała się olśniewająco i robiła, co mogła, żeby także znaleźć się w ujęciu, starsza kobieta natomiast nie traciła czasu i rezolutnym krokiem ruszyła w stronę baru.

Znowu rozległ się gwar i na nowo zaczęto spekulować.

Solveig z każdej strony słyszała domysły: Gdzie jest Florian? Czy obrócił się na pięcie i wypadł stąd wściekły? W powietrzu dało się wyczuć dziwne podniecenie. Barman pracował w pocie czoła. Wszyscy chcieli wlać w siebie trzy, cztery kieliszki przed wręczeniem nagrody i późniejszym bankietem.

Solveig dostrzegła Vanję z przodu, tuż przy scenie. Stała pochłonięta rozmową z Karlem Fredrickiem. Powiedziała coś, co go rozśmieszało, a jego śmiech szybko podchwycił wianuszek otaczających go młodych kucharzy. Później ktoś podszedł, dyskretnie poklepał Karla Fredricka po ramieniu i coś mu szepnął do ucha, na co on razem z Vanją odwrócili się i popatrzyli na ściankę dla fotoreporterów.

Zapanowała cisza. Słychać było jedynie pracę aparatów fotograficznych.

Przybył Florian Leblanc.

Stał sam na tle logotypów sponsorów. Solveig przyglądała się jego wysokiej, szczupłej sylwetce, która była pretekstem do wielu żartów – mówiono, że wszyscy uwielbiają jego jedzenie poza nim samym. W dopasowanym garniturze wyglądał jeszcze bardziej patykowato. Z pełnym profesjonalizmem uśmiechał się do fotografów, ale jego wzrok, te ciemne oczy, które zazwyczaj ciskały piorunami, zionęły pustką.

Kiedy wszyscy byli już usatysfakcjonowani, zszedł z czerwonego dywanu.

Wyglądało to tak, jakby morze rozstępowało się przed nim; ludzie rozsuwali się na boki, cofali, robili miejsce, żeby mógł przejść. Przesunął się w głąb przestronnego lokalu i zatrzymał zaledwie kilka metrów od Solveig. Widziała, jak bierze kieliszek do ręki i natychmiast go opróżnia. Czy powinna podejść i przeprowadzić z nim krótki wywiad? Może wyszedłby z tego interesujący artykuł? Gdy w zeszłym roku Florian nieoczekiwanie zostawił Sztokholm Grotesque, żeby zająć się pieczeniem chleba na zakwasie w małej, nic nieznaczącej piekarni w Enskede, willowej dzielnicy Sztokholmu, wszyscy zakładali, że to tylko dodatkowe zajęcie lub jedynie przykrywka, a tak naprawdę eksperymentuje właśnie z nowym menu do kolejnej restauracji. Kucharze jego klasy zwykle zwijali interesy, gdy byli na szczycie, żeby później zmartwychwstać w zupełnie nowym wcieleniu. Ale czas płynął, a Florian dalej piekł chleb.

Dramatyczna gra na skrzypcach, która rozległa się z głośników, wyrwała Solveig z zamyślenia.

Czerwone, niebieskie i zielone reflektory rozświetliły pomieszczenie.

Nadszedł ten moment.

Karl Fredrick wszedł na scenę i podziękował za aplauz skinięciem głowy. Zajął miejsce przy podeście, teatralnie uniósł dłoń, uśmiechnął się, znowu kiwnął głową i poczekał na ciszę. Potem zaczerpnął powietrza do płuc i zaczął mówić doniosłym głosem:

– Drogie panie, drodzy panowie i wszyscy pozostali. Witam na tegorocznym wręczeniu Złotej Czapki Kucharskiej!

Popatrzył w scenariusz. Wygłosił krótkie wprowadzenie o nagrodzie, powiedział kilka słów o tym, że w równym stopniu chodzi tu o uhonorowanie produktów spożywczych, co ludzi, i wspomniał, jaką radość sprawia mu to, że jako głównodowodzący tej rywalizacji jest zarazem obrońcą całej gastronomii. Kiedy skończył, uniósł wzrok i odwrócił się do czekającej za kulisami Vanji.

– Na samą myśl o niej kucharze zaczynają się trząść ze strachu. Właścicielom restauracji śnią się koszmary, w których składa im wizytę. Tak, słyszałem nawet, że krowom na pastwiskach kurczą się wszystkie cztery żołądki, gdy ktoś wypowie jej imię – ciągnął Karl Fredrick.

Publiczność zaniosła się śmiechem i atmosfera trochę się rozluźniła.

– Dzisiejszego wieczoru nagrodę wręczy najbardziej doświadczona i znienawidzona dziennikarka kulinarna w Szwecji, założycielka demaskatorskiego portalu informacyjnego Dark Tables. Kobieta, której z całą pewnością nie chcielibyście państwo nigdy zobaczyć w swojej restauracji. Przed państwem Vanja Stridh!

Brawa się wzmogły.

Vanja zebrała granatową suknię w dłonie i pokonała trzy stopnie, żeby wejść na podium, na którym połyskiwała statuetka, Złota Czapka Kucharska, czekająca na to, by wreszcie trafić do laureata. Vanja ustawiła mikrofon i pochyliła się do przodu.

– Dziękuję ci, Karlu Fredricku.

Solveig zwróciła uwagę na to, jak Vanja na niego patrzyła, jak ich spojrzenia się spotkały na dobrą chwilę i dopiero później redaktor naczelna kontynuowała.

– Gala wręczenia nagrody dla najlepszego kucharza roku jest bardzo szczególną uroczystością i jestem niezmiernie szczęśliwa, a także nieco spięta, będąc z państwem dzisiejszego wieczoru.

Karl Fredrick przytaknął zadowolony, a ze strony publiczności rozległ się aplauz.

– Dziękuję – powiedziała krótko Vanja.

Na ścianie za nią wyświetlono czarno-białe zdjęcia nominowanych kucharzy.

Vanja przeczytała nazwiska i doniosłe uzasadnienia w typowy dla siebie sposób – głosem, który zdawał się ani nie wczuwać w sytuację, ani nie wyrażać podziwu. Zrobiła tylko kilka obowiązkowych teatralnych przerw.

– Pierwszą z nominowanych dzisiaj osób jest… Linda Berner. Pogodziła kuchnię włoską i nordycką w sposób, który nikogo nie pozostawi obojętnym. Nieugięcie podąża własną drogą z żelazną konsekwencją, która bez wątpienia zasługuje na uwagę.

Rozległy się oklaski.

– Drugim z dzisiejszych nominowanych jest… Florian Leblanc. Cudowne dziecko gastronomii, jasno świecąca gwiazda, która rok w rok dostarczała nam dowodów swojego niepowtarzalnego talentu i która przez całą dekadę mogła się tytułować najlepszym kucharzem w Szwecji. Po krótkim… zaćmieniu… czekamy w napięciu na jego kolejny krok.

Brawa przybrały na sile. Kryła się w nich jednak także pewna nerwowość. W powietrzu czuć było rosnące napięcie.

– Last but not least, trzecim nominowanym dzisiaj jest… Jon Ragnarsson. Czołowy szwedzki specjalista od przyrządzania mięsa, który – jak się okazało – podołał zadaniu i teraz na własną rękę dalej prowadzi tę oto restaurację… Sztokholm Grotesque… w nowatorski i wizjonerski sposób. W sposób, który sprawił, że gastronomia z wyższej półki stała się dostępna dla szerokiej klienteli bez konieczności pójścia na ustępstwa, jeśli chodzi o wizję i jakość.

Cisza.

Wszyscy, włącznie z Lindą Berner – która jako jedyna wydawała się nieobecna – wiedzieli, że jest ona tylko przykrywką, nazwiskiem dorzuconym do kompletu, żeby rywalizacja sprawiała wrażenie różnorodności i przekrojowości. W gruncie rzeczy walka toczyła się jednak tylko między Jonem a Florianem.

Ubrana na czarno osoba z obsługi podeszła do podium z pozłacaną kopertą. Vanja wzięła ją w ręce. Rozerwała i cicho przeczytała werdykt. Solveig próbowała wyczytać coś z jej wyrazu twarzy, ale mina Vanji nic nie zdradzała.

– W tym roku tytuł Kucharza Roku otrzymuje…

Świst wstrzymywanego oddechu rozszedł się po publiczności.

Solveig widziała, jak stojący pod sceną Jon Ragnarsson wypina pierś, przyciska do siebie żonę i całuje ją pewny zwycięstwa, gotów, żeby wejść na podium. Chciała popatrzeć też na Floriana, ale nigdzie nie mogła go dojrzeć. Może ruszył już ze swojego miejsca, by wejść na scenę, przekonany, że mimo wszystko to jego nazwisko zostanie odczytane.

Fanfary.

Głos Vanji przez mikrofon.

– Klasyczną kuchnią w nowoczesnym wydaniu i otwartością w stosunku do gości i produktów przeniósł siebie i całą szwedzką gastronomię do całkiem innego wymiaru.

Zapłonęły żyrandole.

– Statuetka Złotej Czapki Kucharskiej trafia w tym roku do Jona Rag­narssona.

Coś zatrzeszczało i zrobiło się zupełnie ciemno. Jak w środku nocy. Czy to część show? Brawa ucichły i zastąpił je wyczekujący niepokój. Solveig poczuła mocnego kuksańca, ktoś nadepnął jej na stopę. Ze sceny dobiegł głos uspokajającego zebranych Karla Fredricka Ungego.

– Prosimy zachować spokój, musiało dojść do awarii prądu.

W tej samej chwili coś zajaśniało kilka metrów przed nim. Z boku wyglądało to jak ogień z odpalonej broni.

Sala zatrzęsła się od huku.

Ktoś strzelił w kierunku sceny.

2

Poniedziałek, 10 września

Wieczór

Cisza, która zapadła po strzale, trwała kilka sekund. Potem rozległy się krzyki. Dookoła Solveig wybuchła panika. Ludzie nadciągali ze wszystkich stron, tłoczyli się w ciemności, mając nadzieję, że uda im się znaleźć wyjście. Powstał ogromny ścisk, fala, która rozchodziła się na wszystkie strony. Solveig starała się trzymać ręce wyciągnięte przed sobą, żeby móc zaczerpnąć tchu, ale błyskawicznie zostały one przyciśnięte do tułowia przez napierającą masę. Poczuła mocny kuksaniec w plecy, kołysano nią w przód i w tył, przepychano to tu, to tam.

Udało jej się uchwycić czegoś, co jak zgadywała, było kontuarem baru, może nawet tego, przy którym dopiero co stała, i trzymała się go obiema rękami.

Oddychała głęboko.

Usiłowała zachować spokój.

Może po prostu doszło gdzieś do awarii. Rozsadziło skrzynkę energetyczną. Albo wystrzelił pistolet startowy, którym symbolicznie miano rozpocząć nową erę w sztokholmskiej branży gastronomicznej. Nikt nie musiał zostać poszkodowany. Nie musiało się wydarzyć nic poważnego. Solveig trzymała się baru, jakby był relingiem okrętu miotanego sztormem.

Vanja zapewne już wyszła.

Może nawet zaczęła organizować coś w rodzaju pierwszego punktu zbiorczego, gdzie starała się zaprowadzić spokój w tłumie przerażonych ludzi. Była typem człowieka, który pozostaje spokojny i rezolutny pośród chaosu. I który uznaje za swój obowiązek zawsze w pierwszej kolejności pomagać innym. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej zgłosiła Solveig na kurs pierwszej pomocy, bo uważała, że tak trzeba, że każdy obywatel powinien mieć podstawową wiedzę, by umieć uratować kogoś w potrzebie.

Solveig aż się wzdrygnęła.

Głośny hałas znowu przeciął powietrze. Coś huknęło z impetem zaledwie kilka metrów od niej. Tym razem nie był to jednak strzał z pistoletu; jeden z ciężkich kryształowych półmisków z koreczkami spadł i roztrzaskał się na posadzce.

Solveig odważyła się oderwać prawą rękę od baru, sięgnęła nią do torebki i pogrzebała wśród wizytówek, długopisów i notatników. W końcu znalazła komórkę. Wyjęła ją, włączyła latarkę i poświeciła wkoło. Zobaczyła panikę w oczach ludzi, przerażenie wymalowane na ich bladych twarzach. Dzikie krzyki, wystraszone głosy, wyrwane z kontekstu słowa o zamachu i śmierci. Zapłakani ludzie dzwonili na numery alarmowe i zgłaszali, że stało się coś strasznego, że żyją, ale nie mogą wyjść.

Minęło kilka chwil, nie sposób ocenić, ile to trwało. Potem kilka razy mrugnęło światło.

Znowu zapaliły się lampy. Wszystko wróciło do normy.

Do Solveig dotarły głosy proszące wszystkich, żeby się przesunęli, chwilę później zobaczyła personel karetki podążający w głąb sali. Rozbite szkło chrzęściło im pod butami, kiedy przeciskali się wśród tłumu. Widziała ludzi, którzy upadli w ciemności i uderzyli się albo zostali stratowani. Wzrokiem powędrowała ku scenie, gdzie trzy osoby klęczały i trzymały na czymś ręce. Zrobiła kilka kroków w tamtą stronę i dostrzegła zarys ciała. Leżał tam ktoś ciężko ranny.

Ratownicy z karetki, którzy nadeszli z noszami, przystąpili do pracy. Podnieśli rannego.

– Postrzelenie w tułów – ktoś zawołał. – Rozległy krwotok.

Przez krótki moment Solveig udało się dostrzec twarz osoby, która została trafiona kulą. Zobaczyła krótko przycięte ciemne włosy, wysokie czoło i ostry, nieco szpiczasty podbródek.

Przeszyło ją lodowate zimno.

To Vanja.

3

Wtorek, 11 września

Poranek

Lennie Lee wbiegł po kamiennych schodach do Tekniska nämndhuset, klockowatego budynku z brązowej cegły przy Fleminggatan, w którym mieściło się kilka wydziałów urzędu miasta. Jego chód był lekki. Przeskakiwał po trzy stopnie, niemal unosił się w powietrzu. Tego dnia wypadały jego urodziny, kończył trzydzieści dziewięć lat i potrafił sobie wyobrazić gorsze sposoby na świętowanie. Przygnębienie i poczucie beznadziei minęły. Dwanaście miesięcy w zakładzie karnym w Asptunie wydawało się mu równie odległe, jak całe jego wcześniejsze życie.

Dostał drugą szansę.

Może tam na górze chcieli, żeby tak to się potoczyło, myślał. Może mimo wszystko ma to jakiś sens. Może miał założyć magazyn z rozbieranymi modelkami, zniszczyć dzieło życia i niemal stoczyć się na dno, żeby znaleźć swoją drogę.

Swoją właściwą drogę.

„Wydział transportu”, Lennie przeczytał napis na ciemnoniebieskim metalowym szyldzie na siódmym piętrze. Wcześniej robił, co mógł, żeby unikać wizyt w urzędzie. Piętrzące się trudności, sztywna atmosfera, małostkowi zgorzkniali urzędnicy, wyładowujący frustrację i niepowodzenia życiowe na petentach, czepiając się wszystkiego i wkładając biurokratyczny kijek w szprychy trochę zbyt szybko kręcących się kół inwestycji. Tym razem jednak Lennie nie miał powodu do niepokoju. W ramach programu resocjalizacji otrzymał w więzieniu pomoc przy ubieganiu się o wymagane zezwolenia i wszystko poszło sprawniej, niż się spodziewał. Urząd Rejestracji Przedsiębiorstw zatwierdził nazwę jego firmy Loco Lee’s, i to od ręki. Niedługo potem była gotowa koncesja na sprzedaż alkoholu. A co najważniejsze, zaakceptowano miejsce, gdzie miał stanąć jego bar na kółkach: Stortorget w samym sercu Gamla stan.

Lennie przyjrzał się sobie w aparacie fotograficznym swojej komórki.

Tlenione pasemka zniknęły, podobnie jak opalenizna z solarium i cała reszta jego dawnego ja: złote łańcuchy, głęboko wycięte podkoszulki, białe dżinsy. Jego naturalnie ciemne włosy podrosły, zaczesywał je teraz do tyłu i wiązał w supeł. Jego niegdyś gładko ogoloną brodę pokrywał zarost.

Życie odcisnęło na nim swoje piętno, ale doświadczenia tylko wzmocniły jego charakter. Może teraz wreszcie będą go brali na poważnie.

W informacji zapytał o Bustera Hanssona i zgodnie z otrzymanymi instrukcjami poszedł prosto koło automatu z kawą aż do końca korytarza, gdzie miał swój gabinet poszukiwany referent. Dzień wcześniej późnym popołudniem dostał mail – pilne wezwanie, żeby odebrać jakieś „dalsze informacje”. Zapewne chodziło o alkohol. Na bank czekała go mała pogadanka o tym, że jest zobowiązany czuwać nad tym, ile piją jego klienci i nie serwować alkoholu nietrzeźwym. Czysta formalność.

Ciemne dębowe drzwi przypominały wszystkie inne w urzędzie, z jedną tylko małą różnicą. Nazwisko Bustera Hanssona zostało wygrawerowane na eleganckiej posrebrzanej tabliczce, a nie napisane na pasku taśmy samoprzylepnej jak w przypadku jego kolegów. Lennie zapukał, nikt się nie odezwał. Zapukał jeszcze raz, mocniej.

Zapaliła się zielona lampka przy drzwiach – mógł wejść.

Biuro wyglądało inaczej, niż je sobie wyobrażał. Głośna muzyka wylewała się z jajowatych głośników. Włączony rzutnik wyświetlał na ścianie zbieraninę haseł. Dare to be different. Fab foodie. Blogging bureaucrat[1]. Za biurkiem siedział referent we własnej osobie, mężczyzna z wysokimi kośćmi policzkowymi, małym nosem i wyraźnie zaznaczoną brodą. Szyję okręcił białym, robionym na drutach szalem, dopasowanym do równie białych oprawek okularów. Włosy miał ufarbowane na rudo, a jego skórę pokrywała gruba warstwa pudru. W jednej ręce zaciskał piłeczkę antystresową.

– Proszę być tak dobrym i zamknąć za sobą drzwi – powiedział Buster Hansson, nie podnosząc wzroku.

Lennie przełknął sarkazm.

– Martin Lenholm – przedstawił się.

Musiał ze sobą walczyć, żeby przezwyciężyć napięcie odczuwane w okolicy ust. Nigdy nie przyzwyczai się do swojego prawdziwego nazwiska. Było do niego przyklejone jak etykietka, która nie do końca chce się trzymać, chociaż przez ostatnie dziesięć lat niewiele rzeczy było równie prawdziwych w jego życiu.

– A więc tak… – zaczął Lenni i usiadł na krześle dla petentów. Uśmiechnął się jak najszerzej mógł, żeby jakoś wyprzeć niechęć, która nagle go ogarnęła. – …Ma pan podobno dla mnie jakieś informacje.

Buster kliknął kilka razy myszką i wystukał coś nerwowo na klawiaturze krótkimi palcami. Komputer niechętnie zabuczał. Referent kilkakrotnie mrugnął za okularami w sposób wskazujący na to, że myślami jest zupełnie gdzie indziej.

– Miałem otrzymać jakieś dalsze informacje – przypomniał mu Lennie.

Gdyby to się działo kilka lat wcześniej, w ogóle by się tutaj nie fatygował. Ale teraz musiał mieć się na baczności i nie miał wyjścia, trzeba było grać zgodnie z zasadami.

– A tak… właśnie… tutaj pana mamy… – powiedział Buster i przekręcił monitor, żeby obaj mogli zobaczyć dokumenty, które Lennie przesłał kilka miesięcy wcześniej.

Popatrzył na swój „mobilny punkt gastronomiczny”, jak w mało seksownym języku biurokracji nazywano jego food trucka lub raczej bar na kółkach. Stary amerykański van Fed Ex, który znalazł w internecie i oddał do polakierowania. Wcześniej stał w Hamburgu i służył za bar z falaflami przy Reeperbahn. Kuchnia ze stali nierdzewnej, duża patelnia gastronomiczna, okienko do wydawania zamówień i tablice na menu po prawej stronie, dokładnie tak, jak wymagały tego przepisy. Pojazd był teraz turkusowy, a jego maska pomalowana w kieliszki cocktailowe, plasterki limonki i drobne tacos. Setka food trucków poruszała się już po ulicach Sztokholmu i chociaż można było obecnie otrzymać w Szwecji koncesję na sprzedaż alkoholu, zdawało się, że nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, żeby podawać coś innego niż piwo w butelkach z dziwacznymi etykietami.

A przecież pieniądze tkwiły w mocniejszym alkoholu.

– Naprawdę piękny wóz – powiedział Buster. – Szkoda tylko, że…

Referent przerwał w pół zdania, odchrząknął i znowu zaczął ściskać piłeczkę antystresową.

– Szkoda tylko, że co? – podchwycił Lennie i zmarszczył czoło.

Był we wszystkim ogromnie dokładny. Poświęcał całe dnie, żeby w więziennej sali do nauki przeczytać wszystko to, co w jakiś sposób go dotyczyło. Każdy przepis i paragraf. Pilnował, żeby dowiedzieć się wszystkiego o imporcie samochodów, zasadach bezpieczeństwa i higieny pracy z produktami spożywczymi i o sprzedaży alkoholu. Jedzenie ani menu nie mogły sprawiać wrażenia, że to tylko odbębnienie obowiązku – przy ubieganiu się o koncesję na sprzedaż alkoholu wymagano porządnej kuchni restauracyjnej. We wniosku trzeba było się wykazać ambicjami kulinarnymi. To miała być restauracja, która do posiłków serwuje trochę alkoholu, a nie na odwrót. Z tego też powodu dołączył menu ze wszystkimi meksykańskimi potrawami, jakie tylko przyszły mu do głowy.

¡Carnitas!

¡Fish tacos!

¡Pico de gallo!

– Po sezonie urlopowym byliśmy bardzo obłożeni pracą – wyjaśnił referent.

Zdjął gruby czarny segregator z półki i rozprostował duży arkusz papieru na stole. Lennie poznał plan Stortorget. Sam go przesłał. W tej chwili rysunek wyglądał inaczej. Ktoś wziął czerwony długopis, zakreślił miejsce, w którym miał stać Lennie, i zrobił duży znak zapytania.

Buster Hansson starannie dobierał słowa

– Niestety wygląda na to, że wkradł się pewien błąd przy rozpatrywaniu pańskiej sprawy – powiedział w końcu.

– Słucham? – zdziwił się Lennie.

– Mamy ograniczoną liczbę zezwoleń do wydania, a limit na tę chwilę został wyczerpany.

Wyczerpany? Co on przez to rozumie?

– Przykro mi, ale nasza baza nie była na bieżąco aktualizowana – powiedział Buster.

– Ale…

Lennie nie rozumiał. Przecież przyznano mu już zezwolenie.

– Urząd miasta zauważył nadmiar tego typu pojazdów na tym obszarze – ciągnął Buster. – Wydaje się więc, że będzie musiał pan trochę poczekać.

– Jak długo?

Cisza.

– Rok. Albo dłużej.

– Słucham? – powiedział Lennie i wstał. – Nie mówi pan chyba poważnie…

Piłeczka antystresowa wyślizgnęła się z ręki urzędnika i z głuchym łoskotem wylądowała na podłodze.

– Niestety – powiedział krótko.

4

Wtorek, 11 września

Przedpołudnie

Oczy Vanji Stridh były zamknięte. Pracę jej organizmu kontrolowała nieustannie pikająca i migająca aparatura. Wężyki od kroplówek szły do przegubów obu jej rąk, a krew doprowadzano do ciała grubą igłą wbitą w żyłę szyjną zewnętrzną.

Solveig popatrzyła w sufit.

Mówi się, że człowiek ujawnia swoje prawdziwe oblicze dopiero pod dużą presją. W obliczu poważnych nieszczęść, kryzysów i śmierci. W chaosie po strzale kurs pierwszej pomocy, na który Vanja posłała Solveig, zdawał się taki odległy. Solveig stała jak sparaliżowana, kurczowo trzymała się baru i nie robiła nic. Cenne sekundy, może minuty, uciekły bezpowrotnie.

Ta myśl była nie do zniesienia.

Jeśli Vanja mogłaby mówić, poprosiłaby Solveig, żeby oszczędziła jej samobiczowania, a w zamian skupiła na czymś, na co miała wpływ tu i teraz. Vanja podchodziła do życia bez sentymentów. Niezależnie od tego, jakie trudności stawały na drodze jej albo ludziom z jej otoczenia, zawsze widziała tylko jedno rozwiązanie: wziąć się do roboty.

W sali unosił się zapach środków antyseptycznych. W respiratorze oddech Vanji zmienił się w świst. Jej czarne włosy rozkładały się na poduszce jak cień. Grzywka dzieliła się na dwie części i odsłaniała wysokie czoło. Mimo że usta i nos miała zasłonięte maską tlenową, na jej twarzy można było dostrzec zdecydowanie.

Wziąć się do roboty.

Solveig pamiętała ostatnią noc jak przez mgłę. Do szpitala przyjechała z Vanją karetką. Naczelną od razu zabrano na salę operacyjną, a ona przeleżała do rana, nie mogąc zmrużyć oka, na sofie w poczekalni przed oddziałem intensywnej terapii.

Nad ranem przyszedł do niej policjant i zadał kilka pytań. Przesłuchanie trwało krótko. Mundurowy zastanawiał się, co Solveig widziała przed i po strzale, i tyle.

Jedna z pielęgniarek przyjrzała się woreczkom wiszącym na stojaku do kroplówek, a lekarz odczytał wyniki ze stojących obok ekranów. Wyglądali na skupionych.

– Co się dzieje? – zapytała Solveig.

Zdawało się jej, że EKG wygląda jakoś inaczej. Lekarz wymienił spojrzenie z pielęgniarką.

– Wszystko w porządku – powiedział i podniósł kartę. – Pani jest córką?

Vanja miała pięćdziesiąt cztery lata, ale biorąc pod uwagę, że Solveig nadal proszono o dowód, kiedy chciała kupić alkohol, pytanie było uzasadnione.

– Nie, to znaczy… – Solveig zawahała się.

Naczelna nie miała męża ani dzieci. Twierdziła, że cudownie jest nie musieć się niepokoić o nikogo, gdy pojawiają się groźby i oznaki nienawiści, które jej dziennikarskie śledztwa nader często wywoływały. Solveig uświadomiła sobie, że w gruncie rzeczy niezbyt wiele wie o życiu prywatnym koleżanki. Vanja wprawdzie bez skrupułów dzieliła się z nią swoją wiedzą zawodową, ale przez dwa lata ich wspólnej pracy mocno chroniła prywatność. Solveig zakładała, że musi mieć lepszych od niej przyjaciół i zapewne też kogoś bliskiego, kto od czasu do czasu gości w jej łóżku. Nic nie wiedziała jednak na pewno. Tutaj w szpitalu towarzyszyła jej tylko ona.

– Czy to pani mama tutaj leży?

Jeśli powie, że są koleżankami z pracy, prawdopodobnie nie udzielą jej żadnych informacji ze względu na tajemnicę lekarską. Może nawet ją stąd wyproszą. Do tego nie mogła dopuścić. Czuła, że musi tutaj zostać.

– Przepraszam, jestem trochę oszołomiona… – powiedziała i zerknęła na Vanję. – …Tak, to moja mama.

Ubrany w niebieski fartuch lekarz usiadł na stołku naprzeciwko niej i przedstawił się jako chirurg traumatolog.

– Czy wyjdzie z tego? – zapytała Solveig.

– Jest jeszcze za wcześnie, żeby o tym wyrokować. Operacja się udała, ale pani mama miała silny krwotok wewnętrzny. Najbliższe godziny będą decydujące. Kula przedostała się do jamy brzusznej i uszkodziła wątrobę oraz śledzionę, ale na szczęście jelita są całe – wyjaśnił lekarz i zajrzał do karty. – Podczas operacji usunięto śledzionę, ale nie udało się zszyć krwawiącej wątroby. Zamiast tego obłożono ją dokładnie serwetami operacyjnymi na kilka godzin. Dzięki temu nad ranem krążenie się ustabilizowało. Pani mama straciła bardzo dużo krwi i dłuższy czas była nieprzytomna. Teraz możemy tylko czekać.

Solveig czuła, że blednie na twarzy.

– Wszystko w porządku? – zapytał lekarz. – Potrzebuje pani czegoś?

Jej sukienka leżała w torebce, wciśnięta w plastikową reklamówkę. Już wcześniej pożyczyła czysty komplet dla pacjentów – białą koszulę i szlafrok, wzięła prysznic i zmyła z twarzy ślady poprzedniego wieczoru.

Zaczerpnęła powietrza.

– Mają państwo ładowarkę do telefonu? – zapytała i wyjęła rozładowaną komórkę.

Jedna z pielęgniarek kiwnęła głową i gdzieś zniknęła. Lekarz odszedł do innych ekranów. Nagle Vanja wydała z siebie słaby, rzężący dźwięk. Zakaszlała i zamrugała powiekami. Solveig podeszła do jej łóżka.

Vanja znowu zakaszlała.

– Vanju – zawołała Solveig. – Vanju! Słyszysz mnie?

Redaktor naczelna otworzyła oczy i popatrzyła prosto na Solveig. Jej wargi się naprężyły. Wyglądała tak, jakby chciała coś powiedzieć.

– Et…

Vanja z trudem łapała oddech, jej klatka piersiowa podniosła się.

– Eter…

Głos brzmiał niewyraźnie pod maską tlenową. Chwilę później Solveig poczuła kurczowy uścisk jej dłoni na swoim nadgarstku. Nienaturalnie zimny uścisk. Vanja nabrała ze świstem powietrza, napełniła płuca i powiedziała:

– Eternit… znajdź eternit…

5

Wtorek, 11 września

Przedpołudnie

Solveig ugryzła rogalik z żółtym serem, który kupiła w szpitalnym barku. Kanapce daleko było do świeżości, ale wyparła przynajmniej mdły posmak koreczków z jeżowcem, ostatniej rzeczy, jaką jadła u Jona Ragnarssona, nim rozległ się strzał. Podmuchała na kubek z kawą, wypiła łyk i poczekała, aż kofeina zacznie działać.

Musiała się maksymalnie skupić.

Vanja ocknęła się, bo środki nasenne przestawały działać, co chwilę wcześniej wyjaśnił jej lekarz. Prawdopodobnie nie miała urazu mózgu. Wypowiedziane przez nią słowa zapewne nic nie znaczyły. Tak twierdził lekarz.

Solveig była przekonana, że jest wręcz odwrotnie.

Wciąż jeszcze czuła uścisk Vanji na nadgarstku. Jej szefowa odezwała się tonem, który Solveig umiała rozpoznawać. Ton, którego nie dało się z niczym pomylić, którego używała tylko wtedy, gdy naprawdę miała coś ważnego na myśli i który znaczył, że Solveig powinna rzucić wszystko, czym się właśnie zajmuje.

„Znajdź eternit”.

Solveig nie miała wątpliwości. To polecenie. Ale o co chodziło?

Włączyła telefon i obserwowała, jak aparat budzi się do życia. Aplikacje pojawiły się na zdjęciu Jussiego, jej kota w szare plamki, które z jakiegoś powodu zachowała ustawione jako tapetę, choć od roku jej serce biło też mocnej do pewnego chłopaka – Jensa Eversa.

Telefon zaczął wibrować i pikać. Jedenaście nieodebranych połączeń i dziewiętnaście wiadomości na WhatsAppie od Jensa.

KOCHANIE, ODBIERZ. NAPISZ COKOLWIEK, ŻEBYM WIEDZIAŁ, ŻE WSZYSTKO Z TOBĄ DOBRZE???, brzmiała ostatnia. Została wysłana o piątej trzynaście.

Solveig zaczęła formułować różne wyjaśnienia, ale kolejno je usuwała. Nie sposób było tego wytłumaczyć. W końcu napisała tylko, że przeprasza za to, że się nie odzywała, że wszystko w porządku i że zostanie z Vanją w szpitalu jeszcze przez godzinę. Nacisnęła „wyślij”, a potem napisała jeszcze jedną wiadomość z czerwonym serduszkiem. A później jeszcze jedną z radosną kocią mordką. Chyba możesz nakarmić Jussiego.

Jens nic nie odpowiedział.

Solveig wyjrzała przez okno. Autobus przejechał przez kałuże, które utworzyły się po deszczu na nierównym asfalcie. Brudna woda chlusnęła na tych, którzy przypadkowo znajdowali się akurat na chodniku. Skupiła na chwilę wzrok na szybie i napotkała swoje odbicie. Dookoła pomalowanych oczu pojawiły się dwa coraz większe czarne sińce, które w niewytłumaczalny sposób wzmacniały jej dziewczęcy wygląd. Miała dwadzieścia osiem lat, ale można by ją wziąć za nastolatkę, która trafiła tutaj na detoks po jakiejś szalonej domówce.

Upiła jeszcze kilka łyków kawy, a później wpisała eternit w okienko wyszukiwarki na telefonie. Jako pierwsze pojawiło się hasło w Wikipedii. Artykuł opisywał groźny dla zdrowia azbestowo-cementowy materiał budowlany. Kolejne trafienia odsyłały do przeróżnych wątków na forach, gdzie dyskutowano, czy eternit w ogóle nadaje się do użytku w budynkach, i gdzie brakowało jasnej konkluzji. Niektórzy sądzili, że jego zalety przeważają – jest łatwy w konserwacji i tani – inni, że domy z azbestem powinno się zburzyć, bo istnieje ryzyko wystąpienia nowotworu u ich mieszkańców.

Czy Vanja miała na myśli jakiś konkretny budynek i chciała, żeby go znaleźć? Solveig nigdy nie słyszała, żeby mówiła o mieszkaniach, tym bardziej o materiałach budowlanych. Teoria wydawała się naciągana.

Może redaktor naczelna wrzuciła coś na stronę chwilę przed tym, jak została postrzelona, a ona nie zdążyła jeszcze tego zobaczyć? Wpisała adres internetowy darktables.se. Mała niebieska strzałka poruszała się po okręgu, ale bez efektu. Solveig sprawdziła, czy ma zasięg, i raz za razem odświeżała stronę. Portal nadal nie chciał się załadować.

Czyżby serwer był przeciążony? Wiele osób z pewnością przeczytało w dużych serwisach informacyjnych o próbie zabójstwa Vanji Stridh i chciało wejść na darktables.se w poszukiwaniu dalszych informacji. Mimo wszystko system nie powinien paść. Vanja o to zadbała. Rok wcześniej Solveig odebrała anonimową wskazówkę. Informator, który korzystał z programu do zmiany głosu, twierdził, że drogi słynnego duetu restauratorów Floriana Leblanca i Jona Ragnarssona się rozchodzą i że ich maszynkę do robienia pieniędzy – elegancką restaurację Sztokholm Grotesque – odtąd będzie prowadził już tylko Jon Ragnarsson. Według ich źródła chodziło o wieloletni konflikt, który w jakiś sposób nagle się zaostrzył. Kiedy Solveig zadzwoniła krótko po tym do wspomnianych kucharzy, obaj najpierw wszystkiemu zaprzeczyli. Kilka minut później otrzymała jednak podpisany przez nich obu mail, w który potwierdzali, że nie będą dalej współpracować, chociaż dementowali, że ma to związek z jakimikolwiek niesnaskami. Była to rzekomo ich wspólna decyzja, podjęta bez dramatyzmu. Wiadomość okazała się prawdziwą bombą i liczba czytelników darktables.se zdążyła przekroczyć wszelkie rekordy, zanim strona padła. Po tym zdarzeniu Vanja przeniosła stronę, wybrawszy rozwiązanie oparte na chmurze z taką pojemnością, że wytrzymałaby aferę klasy Watergate.

Mimo wszystko Solveig wpatrywała się teraz w puste okienko przeglądarki.

Za oknem pasażerowie czekali niecierpliwie, żeby wsiąść do autobusu. Z jakiegoś powodu kierowca nie chciał ich wpuścić, mimo że lało jak z cebra. Jedna z kobiet zapukała poirytowana w szybę pojazdu. Solveig widziała, jak mężczyzna za kierownicą rozłożył ręce. Nic nie mógł zrobić. Wyglądało na to, że przednie drzwi zacięły się na amen.

Solveig po raz setny odświeżała stronę, ale bez skutku.

Spróbowała więc zalogować się do Wordpressa. Program do publikowania tekstów był rodzajem tylnego wejścia na ich stronę i tym razem poszło lepiej. Może uda jej się coś znaleźć, jakiś szkic, nieopublikowany artykuł, coś pomagającego zrozumieć, co Vanja chciała powiedzieć.

Ku swojemu rozczarowaniu musiała stwierdzić, że wszystko wyglądało po staremu.

Otworzyła kilka artykułów. Były zaznaczone na zielono, co oznaczało, że są opublikowane. Daty się zgadzały, treść wyglądała na niezmienioną. Przeleciała przez listę z tytułami, ale wszystko było tak, jak powinno. Nic nie dodano, nic nie zmieniono ani nie usunięto.

Przeszła do szkiców, ale nie znalazła tam żadnego rozpoczętego tekstu. Następnie zajrzała do kosza na śmieci. Pusty. Kliknęła w przycisk admina, pozwalający odzyskać usunięte pliki. Minęło kilka sekund. Nic.

Za oknem rozległ się warkot i autobus odjechał.

Pasażerowie dalej stali w deszczu.

Solveig już miała się wylogować, ale przyszło jej do głowy, że nie sprawdziła jeszcze jednej rzeczy. Historii użytkowników. Weszła w zakładkę, gdzie rejestrowano wszystkie zmiany. Przeczytała to, co znajdowało się na samym szczycie listy. Raz i jeszcze raz, żeby mieć stuprocentową pewność.

Odstawiła kubek z kawą.

Dzień wcześniej, o dziewiętnastej pięćdziesiąt osiem strona darktables.se została dezaktywowana. I zrobiła to użytkowniczka Vstridh. Nikt inny jak sama redaktor naczelna.

Solveig sprawdziła jeszcze raz godzinę.

Za dwie ósma.

Dziewięć minut później Vanja leżała już postrzelona na podłodze.

6

Wtorek, 11 września

Przedpołudnie

Ruch na Fleminggatan toczył się w żółwim tempie. Wyziewy z samochodów przed nim tworzyły ciemną, cuchnącą chmurę, która przeciskała się przez system wentylacyjny, zatruwając wnętrze kabiny. Za rok Lennie skończy czterdzieści lat. Powinien być u szczytu kariery. Zamiast tego właśnie spadał na dno.

„Błąd w rozpatrywaniu sprawy. Cofnięte pozwolenie”.

Lennie podniósł ramiona, czuł, jak spięte ma kark i plecy.

Jakby nie nasłuchał się już wystarczająco wielu bzdur podczas dwuletniej emigracji w meksykańskim kurorcie Tulum, dokąd uciekł, żeby uniknąć szeregu postępowań karnych, po tym jak jego życiowe dzieło legło w gruzach. Jakby bębenki w jego uszach nie zostały wystawione na wystarczająco ciężką próbę przez wytatuowane henną dwudziestokilkulatki, które trwoniły zdobyte na uniwersytecie wykształcenie, pracując jako wolontariuszki na jakiejś ekologicznej, szczycącej się certyfikatem sprawiedliwego handlu plantacji ananasów, o której nie mogły przestać mówić. Albo przez kolesi z branży finansowej, których znużyła pogoń za statusem społecznym i powierzchowność, więc przyodziani w spodnie alladynki dwoili się i troili, żeby przekonać go do swojej nowej wizji świata, śpiewając i grając na tamburynie.

A teraz jeszcze głupota odniosła ostateczny triumf.

Buster Hansson.

Zaciśnięta pięść Lenniego trafiła w starą deskę rozdzielczą. Klapa schowka otworzyła się i neseser z pastą i szczoteczką do zębów oraz dezodorantem wyleciał na podłogę. A za nim metalowy drucik i kilka sztucznych kwiatów do dekoracji, które teraz były mu na nic. Nie był w stanie patrzeć na symbole swojej porażki. Odwrócił wzrok i wlepił go w wystawę sklepu z przedmiotami gwarantującymi bezpieczeństwo dzieciom. Tysiące różnego rodzaju zapór upchnięto razem z jeszcze większą ilością furtek i zamków. Dopiero co miał jasno wytyczony kierunek, dokądś zmierzał, ale teraz znowu natrafił na przeszkodę. Był przyblokowany jak lalka za furtką na sklepowej wystawie.

Starał się myśleć o czymś innym.

Wybiegać myślą w przód, do przyszłości. Nie dało się. Samochody wciąż stały bez ruchu.

Lennie zobaczył odbicie food trucka. Gładziutki lakier, kanciastą sylwetkę, którą mają tylko amerykańskie auta. To, że jego samochód został tak porządnie odpicowany, wcale nie ułatwiało mu sprawy. Wręcz przeciwnie. Przypominało o tym, że zainwestował w ten remont ostatnie pieniądze, te resztki, które jego wiernemu i pozbawionemu skrupułów duńskiemu rewidentowi udało się uratować przed komornikiem.

Samochód był jego tymczasowym miejscem zamieszkania i – jak myślał aż do niedawna – źródłem utrzymania i trampoliną w przyszłość.

W głowie kłębiły mu się myśli.

Co ma zrobić? Co on ma, do cholery, zrobić?

Otworzyć kilka butelek i o wszystkim zapomnieć? Alkoholu miał w bród. Zapas wódki, tequili i cointreau za tysiące koron. Nigdy dotąd taka myśl nie zaświtała mu w głowie. Upijanie się do nieprzytomności nie było w jego stylu. Kiedy pił, zachowywał pełen profesjonalizm. Trzy, cztery drinki na wieczór. Nie więcej, tak, żeby następnego dnia rano się podnieść i ubić kolejny interes. Wtedy, w starych dobrych czasach, wydawało mu się, że życie samo w sobie ma coś upajającego. Teraz już tak tego nie widział. Przez tydzień, który minął, odkąd wypuszczono go z zakładu karnego w Asptunie, siedział w samochodzie samotny i niecierpliwy, na powierzchni utrzymywała go wyłącznie myśl o tym, że już niedługo wystartuje z nowym biznesem.

Poranne jasnoniebieskie niebo zasnuły ciężkie chmury.

Lennie opuścił szybę i wystawił głowę na zewnątrz. Jedyne, co przed sobą widział, to długi, nieruchomy sznur samochodów. Teraz zaczęło jeszcze padać. Ile on już tu stoi? Pięć minut? Piętnaście? Światła drogowe zdążyły się zmienić wielokrotnie, nim wreszcie coś drgnęło. Nacisnął sprzęgło i chwycił długi drążek skrzyni biegów. Samochód był ciężki i niemrawy, jazda nim wymagała siły, brakowało wszystkich udogodnień, które miały nowsze modele. Choćby czarny jeep cherokee z logotypem jego gazety na masce, którym zjechał niegdyś kraj wzdłuż i wszerz.

Poirytowane spojrzenia przechodniów sprawiły, że skóra zaczęła go świerzbić. Chwilę później swędziało już całe ciało.

Jak tylko coś drgnie, wróci na camping na Långholmen i naleje sobie dużą whisky. Może nawet wzniesie toast z sąsiadami – parą świeżo upieczonych emerytów z Rotterdamu – i wymieni z nimi kilka pustych, pozbawionych znaczenia słów o niczym. Napije się, żeby poczuć ciepło w ciele. Napije się, żeby zapomnieć. Później uda się do kuchni z tyłu samochodu i będzie wychylał kieliszek za kieliszkiem, aż padnie w półśnie na dmuchany materac.

Gigantyczny dźwig na kółkach stał rozłożony i blokował cały pas, trwały prace na dachu pobliskiego budynku. Do Lenniego dotarło, że potrwa to całą wieczność, nim uda mu się przejechać obok.

Czekanie nigdy nie było jego mocną stroną.

Obserwował ruch i pusty pas w przeciwnym kierunku. Spojrzał w lusterko wsteczne, złapał za kierownicę obiema rękami. Jeszcze jedno spojrzenie. Potem skręcił, żeby wyminąć przeszkodę.

Ostatnią rzeczą, którą usłyszał, był pisk hamujących opon.

Chwilę później rozległ się huk.

7

Wtorek, 11 września

Przedpołudnie

Świdrujące spojrzenie i trójkątna twarz. Przenikliwość w niebieskich oczach. Od razu wiedział, że gdzieś się już wcześniej spotkali. Tylko gdzie? Myślał o latach w „Glam Magazine”, tych wszystkich szalonych imprezach w sztokholmskich klubach nocnych, o kochankach, dziewczynach na jedną noc, tournée po całym kraju z modelkami, o dorastaniu w prowincjonalnym miasteczku Tranås w Smalandii. Okresie spędzonym w Meksyku.

Ta twarz nigdzie nie pasowała.

Kobieta na chodniku, prawdopodobnie w jego wieku albo odrobinę młodsza, aż się gotowała ze złości.

– Pieprzony idiota.

Zupełnie nie zauważył zbliżającej się z lewej czerwonej tesli. Kolizja była potężna. Na kilka sekund pociemniało mu przed oczami. Pierwsze, co poczuł, to ostry zapach spirytusu. Kiedy wrócił mu słuch, usłyszał własny głos. Wykrzykiwał wszelkiej maści przekleństwa, które tylko ślina przyniosła mu na język. Potrzebna była cała wieczność, by odważył się spojrzeć we wsteczne lusterko. Krwawił z rozcięcia na czole, trzy czerwone strumyki ściekały mu po policzku. Poza tym opatrzność nad nim czuwała. Prawe drzwi były doszczętnie wgniecione. Jeśli siedziałby na fotelu dla pasażera, byłoby po nim. Szybko zerknął na tył wozu, przez małe okienko z pleksi zobaczył część kuchenną. Wyglądało tak, jakby rozpętało się tam istne piekło. Z półek wszystko pospadało na ziemię. Akcesoria do grilla, noże, blendery do drinków. I butelki. Alkohol, o którym przed chwilą marzył, płynął teraz wśród potłuczonego szkła pokrywającego podłogę.

Lennie otworzył drzwi i wysiadł na ulicę. Kręciło mu się w głowie. Jakimś cudem kobieta z drugiego pojazdu również wyszła z tego bez szwanku. Kilka zaczerwienionych i opuchniętych śladów na twarzy, po tym jak uderzyła w poduszkę powietrzną, i tyle. Gorzej było z teslą. Przednia szyba luksusowego elektrycznego auta, które jak zgadywał, musiało kosztować co najmniej milion, była rozbita, a cały przód wgnieciony.

Lennie wrócił do teraźniejszości.

– Piłeś coś?

Kobieta wbiła w niego wzrok.

Pokręcił głową.

– Nie – zaprzeczył.

Opary alkoholi unosiły się nad miejscem wypadku ciężką chmurą. Wątpił, żeby któraś z butelek ostała się cała.

– To z samochodu – wyjaśnił i skinął w stronę food trucka.

Kobieta wyjęła telefon, żeby zadzwonić na policję.

– Przysięgam – zapewnił Lennie.

Dokoła nich zaczęli się zbierać ludzie. Niedługo zjawi się też policja. Fakt, że jest trzeźwy jak świnia, niedużo tu zmieni. Właścicielka tesli powie, co się stało, a świadkowie na miejscu potwierdzą, że przejechał przez podwójną ciągłą i nawet się nie rozejrzał. Policja z całą pewnością zakwalifikuje to jako niezachowanie należytej ostrożności w ruchu drogowym. Może nawet jako poważne wykroczenie. A ubezpieczenie? Postawił wszystko na jedną kartę, myślał, że później wykupi OC, gdy ruszy już z biznesem. Nie tylko złamał tym prawo, lecz popełnił także idiotyzm jakich mało. W gruncie rzeczy mogła to być najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobił. Teraz rachunki z warsztatu tesli będą trafiały prosto do niego.

Kobieta odłożyła słuchawkę.

– W drodze są już dwie lawety – powiedziała. – Zacznijmy od danych osobowych.

Serce szybciej mu zabiło. Wewnętrzny głos podpowiadał: zabieraj się stąd. Zostaw to wszystko i biegnij, uciekaj. Kiedyś posłuchał tego głosu. Trzy lata wcześniej zaproponowano mu pięć milionów za zorganizowanie przyjęcia z okazji czterdziestych urodzin gangstera, cieszącego się najgorszą w całej Szwecji sławą, i był na tyle głupi, że się zgodził. Magazyn znajdował się już wtedy na skraju bankructwa, a pieniądze miały być jego kołem ratunkowym, biletem do nowego życia. Ale impreza wymknęła się spod kontroli, mężczyźni zachowywali się po chamsku w stosunku do modelek i wszystko zakończyło się rozlewem krwi i śmiercią. Późną nocą, gdy zrozumiał, że gra skończona, udało mu się dostać na pokład należącego do gangstera jachtu i wypłynąć na otwarte morze. Niestety, estoński asystent mężczyzny również znajdował się na pokładzie i Lennie był zmuszony podjąć szczególne kroki, żeby ujść z tego z życiem.

– Mogę prosić o dane osobowe? – nalegała kobieta.

Lennie rozejrzał się, spojrzał w prawo, potem w lewo. Jeśli zadziała szybko, istnieje cień szansy. Mógłby uciec. Pobiec Fleminggatan, skręcić w jedną z przecznic, a później… tak, co miałby zrobić później? Nie miał nawet zalążka planu.

– Ja… – zająknął się.

Kobieta zbliżyła się do niego o krok. Stała teraz tak blisko, że wyczuwał zapach jej perfum. Ciężki zapach, który go przeraził.

– Co ja? – powiedziała.

Żeby zyskać na czasie, udał, że przeszukuje kieszenie w poszukiwaniu portfela. Popatrzył na nią, znowu przyjrzał się jej twarzy, spróbował dopasować ją do jakiegoś zdarzenia. Zaciskała szczęki, bezwiednie marszcząc skórę na brodzie. Miała ciemne, przeszywające spojrzenie. Spiętą szyję. Nawet jeśli nie dawała nic po sobie poznać, sprawiając wrażenie, że w ogóle go nie rozpoznaje, wiedział, że już się kiedyś spotkali.

Dokoła nich zebrało się więcej ludzi, zaczął się tworzyć krąg. Był w potrzasku, bez jakiejkolwiek drogi ucieczki.

Lennie wziął głęboki wdech. Potem jeszcze jeden.

– Sprawa wygląda tak – zaczął cichym głosem – że dopiero co wyszedłem z więzienia. Miałem właśnie rozpocząć nowe życie. Nie mam ubezpieczenia ani pieniędzy, żeby zapłacić.

Kobieta wzdrygnęła się. Przez krótką sekundę wyglądała na zdezorientowaną. Potem powróciła jej wściekłość, jeszcze większa niż dotychczas. Jej dłoń wykonała ruch tak szybki, że Lennie nie zdążył się cofnąć.

Aż plasnęło, kiedy go spoliczkowała.

– Kto cię nasłał? – syknęła.

Lennie chwycił się za policzek i poczuł, że nagle wraca mu spokój.

– Odpowiadaj! Kto?

Popatrzył prosto w jej zaczerwienione oczy i zaczął mówić tak, jak zwykł był mówić do swojej byłej dziewczyny, Mariki Glans, gdy ta miała ataki zazdrości.

– Proszę mnie posłuchać – powiedział opanowanym głosem. – Nazywam się Lennie Lee. Jestem tym fotografem, o którym kilka lat temu rozpisywały się gazety. Zrobiłem masę głupot, z których zdecydowanie nie jestem dumny, i jestem cholernym półgłówkiem, który nawet nie ma ubezpieczenia.

Kobieta przejechała dłońmi po twarzy. Popatrzyła na swój skasowany samochód, a później na niego.

– Półgłówkiem? Jest pewne słowo na określenie takich ludzi i nie brzmi ono wcale półgłówek.

Stał cicho, dając się jej wygadać.

– Jak więc mamy to rozwiązać? Proszę mi powiedzieć.

Lennie zwrócił uwagę na użytą przez nią formę liczby mnogiej i dalej milczał.

– Jak, do cholery, mamy to rozwiązać?

Wyprostował się.

– Dzwonię na policję – oświadczyła kobieta.

Przyłożyła do ucha komórkę, a Lennie poczuł, jak serce wali mu w piersi.

– Proszę poczekać – powiedział.

W tej samej chwili zauważył charakterystyczny biały kołnierz, który wystawał jej spod płaszcza, i nagle dostrzegł światełko w tunelu.

– Mam pewną propozycję.

8

Środa, 12 września

Ranek

– To poważna sprawa. Muszę porozmawiać z prowadzącym śledztwo – upierała się Solveig.

Umundurowany mężczyzna w recepcji komendy policji na Norrmalm obrzucił ją wzrokiem, który mówił, że nie takie rzeczy już słyszał. Dzieląca ich szyba przypominała gruby mur nie do przebycia.

– Jak już pani mówiłem, wszyscy prowadzący śledztwo są w tej chwili zajęci. Spisałem pani dane i odezwiemy się, jeśli będzie taka potrzeba – powiedział.

Solveig było coraz trudniej zachować spokój. Czym niby byli tacy zajęci? Jedzeniem lunchu? Z całych sił starała się nie podnosić głosu.

– Ktoś próbował zabić moją koleżankę, a ja byłam tam, kiedy to się stało.

Vanja przez wiele tygodni pracowała nad jakąś dużą sprawą. Solveig nie umiała powiedzieć, o co dokładnie chodziło, ale nie miała najmniejszych wątpliwości, że jej szefowa wpadła na ślad jakigoś bardzo drażliwego tematu. Czegoś, co za żadne skarby świata nie mogło wypłynąć. Skrywanych informacji, dla których ochrony ktoś był gotów zabić. Dziewięć minut przed starzałem Vanja zalogowała się i wyłączyła stronę. Było to coś nadzwyczajnego. Solveig rozważyła wszystkie możliwości i nie widziała innego wytłumaczenia. Vanja musiała wiedzieć, że jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

Solveig poczuła na plecach rękę. Rękę, która próbowała odciągnąć ją na bok.

Ręka należała do Jensa, jej chłopaka.

– Chodź, kochanie, lepiej będzie, jak pojedziemy już do domu – powiedział.

Solveig wyzwoliła się z jego objęcia i zdjęła czarny płaszcz. Nie miała najmniejszego zamiaru nigdzie się stąd ruszać, dopóki nie porozmawia z tymi, którzy zajmowali się śledztwem. Nawet jeśli nie wiedziała dokładnie, nad czym pracowała Vanja, policja powinna już teraz dowiedzieć się niektórych rzeczy. Tego na przykład, że nie znajdą nic ciekawego, przeszukując laptop Vanji. Redaktor naczelna była niezmordowana w kwestiach bezpieczeństwa i szyfrowała wszystko na wypadek, gdyby z jakiegoś powodu została pozbawiona komputera. Takie postępowanie chroniło nie tylko jej źródła, lecz także tych, którzy nie życzyli jej zbyt dobrze.

– Nigdzie nie jadę, póki nie złożę zeznań.

Solveig wyjęła telefon, żeby sprawdzić, o czym donosiły duże serwisy informacyjne. Nie minęły jeszcze dwie doby od postrzelenia, a wiadomość już poszybowała w dół na ich stronach.

Nieznany sprawca poszukiwany po dramatycznej strzelaninie

Policja: motyw związany z restauracją niejasny i niewiele śladów

Stan postrzelonej pięćdziesięcioczterolatki nadal poważny

Wciąż jeszcze nie podawano nazwiska Vanji. A policja, sądząc po tym, co pisano w mediach, miała niewiele punktów zaczepienia. I mimo wszystko nie wydawała się zainteresowana wysłuchaniem tego, co ona miała im do powiedzenia.

– Tutaj nie może pani stać – powiedział policjant i wskazał jej drewnianą ławkę w kształcie okręgu przy wejściu.

Zanim Solveig zdążyła zaprotestować, Jens odciągnął ją już na bok. Widziała, że prowadzi ją do wyjścia; wtem dostrzegła stojący w rogu automat z kawą i przekąskami. Poprowadziła go w tamtą stronę. Kiedy studiowała babeczki, paczki słodyczy i kilka obowiązkowych pożółkłych jabłek, usłyszała, jak Jens zrezygnowany opadł na ławkę.

Czytnik kart był popsuty.

Solveig pogrzebała w torebce i znalazła banknot o nominale dwudziestu koron. Włożyła go do automatu i miała zamiar nacisnąć ekstra mocną kawę, ale zmieniła zdanie na widok kulek czekoladowych, które często kupowała na długie wieczory dla Jensa, kiedy zaczęli się spotykać, a on dostał pracę w biurze i zmagał się ze swoimi szkicami.

Cały jej organizm głośno domagał się kawy, ale jej chłopak bardziej potrzebował czegoś na zachętę. Solveig podeszła do ławki z rękami za sobą.

– Ence-pence, w której ręce? – zapytała.

Jens popatrzył na nią z miną świadczącą o tym, że nie jest zainteresowany zabawą.

Kiedy pokazała mu kulkę czekoladową, pokręcił głową.

– O Boże – powiedział Jens. – Jesteś dziennikarką kulinarną, powinnaś wiedzieć, co mają w środku.

Zaśmiał się.

– Kto jeszcze coś takiego kupuje?

Solveig położyła czekoladową kulkę na ławce i usiadła koło Jensa. Poczuła perfumy, których niedawno zaczął używać. Pachniały korzennie, trochę żywicą. Przyglądała mu się chwilę. Miłe oczy, bródka, włosy, które przeważnie były nieco potargane, ale teraz zostały idealnie zaczesane z przedziałkiem po boku. Nawet ubranie, ciemnoniebieska marynarka na jaśniejszej dżinsowej koszuli, było starannie dobrane. Jens był przystojny. Ale był też obcy. Był kimś, kto znajdował się blisko, ale mimo wszystko żył w swoim świecie. W świecie stylowych dyrektorów kreatywnych i błyskotliwych ludzi z branży reklamowej. Gdzie mieszkania urządzano wyszukanymi antykami, a ubrania zawsze idealnie leżały w ramionach i w talii, i gdzie należało mieć jakieś hobby. Przyjaciele Jensa piekli chleb na zakwasie. On sam warzył piwo. Był to świat, w którym Solveig nigdy nie czuła się na miejscu.

– Jesteś jakaś taka pobudzona – powiedział Jens. – Musisz trochę odsapnąć.

– Nie teraz – odparła.

– Martwię się o ciebie.

– Karmiłeś Jussiego?

Cisza.

Solveig miała nadzieję, że Ali i Sebastian – para z parteru mieszkająca po drugiej stronie podwórza – byli w domu. Odkąd zamontowała lufcik dla kota, Jussi podbił serca sąsiadów.

– To wszystko mogło się bardzo źle skończyć – powiedział Jens po chwili. – Jest cała masa ludzi, którzy mogą…

Solveig pokręciła głową. To nie był czyn popełniony przez szaleńca.

– Vanja miała zdemaskować jakąś dużą aferę – odparła. – Ten, kto się do tego posunął, dobrze wiedział, co robi.

– Kochanie, ja…

Znowu popędliwie odtrąciła rękę Jensa. Podniosła się, wróciła do recepcji i demonstracyjne uniosła telefon, pokazując go mężczyźnie za szybą.

– Proszę tu popatrzeć i samemu przeczytać. Nie macie żadnych śladów. A ja siedzę tutaj z ważnymi informacjami. Chciałabym, żeby przynajmniej zadzwonił pan do któregoś ze śledczych.

– Oczywiście.

Nie zmieniając wyrazu twarzy, policjant podniósł słuchawkę i wybrał numer. Potem zamknął Solveig okienko przed nosem, tak że nie było słychać nawet szmeru prowadzonej przez niego rozmowy. Odwróciła wzrok w stronę zamykanych drzwi, które prowadziły dalej do budynku. Gdzieś tam na górze jej dawna najlepsza przyjaciółka Fatima Niemi miała swój pokój. Wiosną ukończyła szkołę policyjną i teraz była już prawdziwą policjantką. Tę garstkę informacji o tym, co dzieje się w życiu Fatimy, Solveig wyczytała na Twitterze. Nie było tego dużo. Fatima twittowała bezosobowo o statystykach przestępstw i państwowych raportach albo retwittowała to, co napisał jej szef.

Z recepcji dobiegło ją nieprzyjemne skrzypnięcie.

Okienko się otworzyło.

– Przekazałem pani wiadomość – powiedział policjant.

– Ale przecież nie… – zaczęła Solveig.

– Odezwiemy się, jeśli uznamy to za interesujące.

Solveig czuła, że za chwilę pęknie. Nic nie znajdą w komputerze Vanji. Muszą jej wysłuchać.

– Ja… ja…

Głos uwiązł jej w gardle.

Jens powiedział cicho, że najlepiej będzie, jak już stąd pójdą. Że samochód stoi na ulicy i minął czas opłaconego parkowania.

– Muszę uzupełnić swoje zeznania – powiedziała Solveig.

Policjant popatrzył niemal ze współczuciem na Jensa, a potem na nią.

– Czy pani nie rozumie? Z punktu widzenia śledztwa jest to nieistotne.

[1] Miej odwagę być inny. Wspaniały smakosz. Blogujący biurokrata (przyp. red.).