Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 344 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Smak marzeń - Sherryl Woods

Kiedy Mick O’Brien zaprojektował i zbudował nadmorskie miasteczko Chesapeake Shores, myślał, że tworzy raj na ziemi. Jednak dla niektórych członków jego rodziny to malownicze miejsce okazało się przedsionkiem piekła. Uciekło stąd aż troje dorosłych dzieci Micka. Teraz Abby, Bree i Kevin wracają po latach do domu, by uporać się z przeszłością i odbudować rodzinne więzi…Abby jest tak zajęta, że nie ma czasu na leczenie ran po rozpadzie małżeństwa. Absorbuje ją praca na Wall Street oraz opieka nad niesfornymi córeczkami. Jednak to nie są jedyne powody, dla których od lat nie odwiedziła rodzinnego miasteczka Chesapeake Shores – z tym miejscem wiąże się mnóstwo bolesnych wspomnień. Dopiero rozpaczliwy telefon od Jess, młodszej siostry, sprawia, że Abby postanawia wrócić natychmiast do domu. Pragnie ocalić marzenia Jess i pomóc jej w uratowaniu uroczego pensjonatu. Czeka ją spotkanie ze skłóconą rodziną, a także z mężczyzną, któremu przed laty złamała serce…

Opinie o ebooku Smak marzeń - Sherryl Woods

Fragment ebooka Smak marzeń - Sherryl Woods

KRONIKI PORTOWE

Sherryl Woods

Smak marzeń

Przełożył: Janusz

Drogie Czytelniczki!

Bardzo lubię rozpoczynać nowy cykl powieściowy. Wkraczam w odmienną scenerię, spotykam zupełnie nowych bohaterów oraz tworzę sytuacje i konflikty, które, mam nadzieję, zaintrygują Was. Gdy obmyślałam szczegóły tej najnowszej serii, wciąż wracałam myślami do Chesapeake Bay – okolicy dobrze mi znanej i bliskiej memu sercu. Chociaż już tam nie mieszkam, mam letni dom nad rzeką Potomac, tuż przy ujściu do zatoki. Niewiele jest na świecie równie pięknych i urokliwych miejsc.

Jednak liczy się nie tylko sceneria. Jeszcze ważniejsze są postaci występujące na stronicach tych książek. Dlatego potrzebowałam dużej, targanej konfliktami rodziny – czyli właśnie O'Brienów. Poznacie cztery ich pokolenia, nierzadko nękane rozmaitymi kłopotami i problemami. Będzie to opowieść o zdradach, kłótniach i pogodzeniach, trudnych wyborach oraz naturalnie o miłości. Myślę, że podczas lektury bardzo często wybuchniecie śmiechem, lecz także uronicie kilka łez.

„Smak marzeń” opowiada o Abby, ale także o siostrach, które niezłomnie się wspierały nawzajem. To historia wielkiej miłości, pierwszego doświadczenia utraty ukochanej osoby i ponownego odzyskania oraz dzieje dwóch dumnych mężczyzn, którzy za wszelką cenę starali się wykorzystać drugą szansę ofiarowaną im przez los.

A zatem zapraszam do Chesapeake Shores w nadziei, że pokochacie rodzinę O'Brienów i ich świat.

Serdecznie pozdrawiam

Sherryl Woods

Dla Morgan i Taylor… Witajcie w świecie, dziewczynki! Jestem pewna, że zapędzicie w kozi róg swoje mamy, tatusiów i starszych braci!

PROLOG

Kłótnia trwała niemal przez całą noc. W swoim pokoju, znajdującym się niedaleko od sypialni rodziców, Abby słyszała ich podniesione głosy, lecz nie mogła rozróżnić słów. Ostatnio dość często się sprzeczali, ale tym razem wyglądało to na coś poważniejszego. Dziewczyna prawie do świtu nie mogła zasnąć – nie tylko z powodu tej gwałtownej, hałaśliwej awantury. Martwiła się całą sytuacją.

Miała jednak nadzieję, że lęk ściskający jej serce wynika wyłącznie z nadmiernie wybujałej wyobraźni. Dopiero gdy wczesnym rankiem zeszła po schodach do frontowego holu i zobaczyła walizki, pojęła, że tym razem naprawdę stało się coś niedobrego. Najwyraźniej ktoś opuszczał ich dom – zapewne na zawsze, sądząc po stercie bagaży przy drzwiach.

Starała się opanować panikę i powiedziała sobie, że nie ma w tym niczego niezwykłego. Jej ojciec, Mick O'Brien, światowej sławy architekt, poszukując nowych zawodowych wyzwań, stale jest w rozjazdach. Jednak po chwili przypomniała sobie z niepokojem, że przecież zaledwie przed paroma dniami wrócił z ostatniej podróży, a rzadko natychmiast udawał się w następną.

– Abby! – W głosie matki brzmiało zaskoczenie i jedynie nikły cień irytacji. – Dlaczego wstałaś tak wcześnie?

Dziewczyna rozumiała to zdziwienie. Większość nastolatków – także ona i jej bracia – nie znosi wcześnie wstawać w weekendy. W soboty Abby wyłaniała się ze swojego pokoju dopiero około dziewiątej.

Teraz jednak ujrzała w oczach matki konsternację i instynktownie pojęła, że Megan O'Brien zamierzała się ulotnić, zanim ktokolwiek się obudzi i zacznie jej zadawać kłopotliwe pytania.

– Wyjeżdżasz, tak? – zapytała Abby martwym tonem, starając się nie rozpłakać. Miała siedemnaście lat i wiedziała, że jeśli matka istotnie ich opuści, to ona będzie musiała być silna, by zaopiekować się młodszym rodzeństwem.

Oczy Megan napełniły się łzami. Chciała odpowiedzieć, lecz ostatecznie tylko skinęła głową.

– Dlaczego, mamusiu? – zawołała Abby, a potem wybuchnęła potokiem dalszych pytań: – Dokąd jedziesz? A co będzie z nami? Ze mną, Bree, Jess, Connorem i Kevinem? Czy nas też porzucasz?

– Och, kochanie, ależ skądże! – odparła matka i objęła ją mocno. – Jesteście przecież moimi ukochanymi dziećmi. Obiecuję, że wrócę po was, gdy tylko urządzę się w nowym miejscu.

W tej stanowczej deklaracji Abby wyczuła jednak nutę lęku. Matka wydawała się zaniepokojona, wręcz przestraszona. O'Brienowie byli małżeństwem od niemal dwudziestu lat, mieli pięcioro dzieci i mieszkali w miasteczku Chesapeake Shores, które Mick sam zaprojektował, a potem wybudował wraz z braćmi. I oto teraz Megan wyjeżdżała stąd sama, by rozpocząć życie od nowa. Nic dziwnego, że była przerażona.

– Mamo, naprawdę chcesz to zrobić? – spytała Abby, usiłując jakoś zrozumieć tę dramatyczną decyzję. Rodzice wielu jej rówieśników byli rozwiedzeni, ale zazwyczaj to nie matki się pakowały i opuszczały dom, tylko ojcowie. Odwrotna sytuacja była tysiąc razy gorsza.

– Oczywiście, że tego nie chcę – odparła impulsywnie Megan. – Ale tak dłużej już być nie może. – Zamierzała dodać coś jeszcze, ale w końcu machnęła ręką. – Zresztą to sprawa między twoim ojcem a mną. Wiem tylko, że muszę coś zmienić i zacząć od początku.

Abby w pewnym sensie poczuła ulgę, że matka nie powiedziała nic więcej. Wcale nie pragnęła poznać powodów. Kochała i szanowała oboje rodziców – i nie chciała, by gniewne, zaciekłe słowa Megan zniszczyły uczucie, jakim ich darzyła.

– Ale dokąd pojedziesz? – spytała ponownie.

Miała nadzieję, że gdzieś niedaleko. Przecież matka z pewnością nie zostawi całej rodziny na jej głowie. W sferze codziennego życia Mick czuł się całkowicie zagubiony. Z wszystkim innym radził sobie doskonale. Utrzymywał dzieci, kochał je, a nawet od czasu do czasu szedł z nimi na mecz baseballu lub piknik naukowy. Jednak gdy chodziło o zwykłe drobne kłopoty i zmartwienia, wszyscy polegali na Megan.

Chociaż z drugiej strony, dlaczego matka miałaby przypuszczać, że Abby nie zdoła zająć się rodzeństwem? Wszyscy wiedzieli, że poważnie traktuje swoje obowiązki najstarszej siostry i że można na niej polegać. Dwunastoletniej Bree oraz jej braciom nic złego się nie stanie. Wprawdzie zaraz po odejściu matki dziewczynka być może zamknie się w sobie, ale jest niezależna i nad wiek dojrzała, toteż niewątpliwie w końcu się upora z tą sytuacją. Kevin i Connor są dorastającymi nastolatkami – interesują się wyłącznie sportem i dziewczynami. Uczuciowa, skłonna do uniesień Megan często wprawiała ich w zakłopotanie.

Pozostaje więc tylko Jess. Wprawdzie w ubiegłym tygodniu skończyła siedem lat, lecz wciąż jest za mała, by obejść się bez mamy. Abby nie miała pojęcia, czy zdoła ją zastąpić… nawet jedynie tymczasowo.

– Nie wyjadę daleko – zapewniła ją Megan. – Wrócę po was, gdy tylko znajdę pracę i mieszkanie dla nas wszystkich. To nie potrwa długo – oświadczyła i dodała jakby do siebie: – Nie pozwolę, żeby to trwało długo.

Abby chciała zawołać, że nawet jeden dzień to za długo, a każda odległość będzie zbyt wielka. Czyż ona tego nie rozumie? Lecz matka wyglądała na okropnie smutną, zagubioną i samotną, a policzki miała mokre od łez. Abby nie chciała więc jeszcze bardziej jej pognębić. Wiedziała, że musi po prostu jakoś sprostać tej sytuacji i wyjaśnić ją młodszemu rodzeństwu.

Wtem uderzyła ją inna, bardziej niepokojąca myśl.

– A co będzie, gdy tata wyjedzie w interesach? Kto wtedy się nami zaopiekuje?

Na twarzy Megan przez moment odmalował się taki sam lęk jak ten brzmiący w głosie jej córki.

– Wprowadzi się tu wasza babcia. Mick już z nią o tym rozmawiał. Przyjedzie jeszcze dzisiaj.

Abby zadrżała. Ta wiadomość uświadomiła jej, że chodzi o ostateczną separację, a nie jedynie o chwilowe rozstanie do czasu, gdy rodzice odzyskają zdrowy rozsądek.

– Nie – zawołała. – To bardzo zły pomysł, mamo.

Megan wydawała się zaskoczona jej gwałtowną reakcją.

– Ależ przecież wszyscy ją kochacie! To świetnie, że będzie tu z wami.

– Nie w tym rzecz – odparła Abby. – Ona nie jest tobą! Nie możesz nam tego zrobić.

Megan znów ją objęła, lecz dziewczyna jej się wyrwała. Nie chciała pociechy od matki, która zaraz opuści dom na zawsze i zrujnuje życie całej rodzinie.

– Nie robię tego wam – powiedziała Megan zdesperowanym tonem. – Robię to dla siebie. Zrozum, że na dłuższą metę tak będzie najlepiej dla nas wszystkich. – Pogładziła córkę po policzku. – Na pewno spodoba wam się Nowy Jork. Zwłaszcza tobie. Będziemy chodzić do teatru, na przedstawienia baletowe i zwiedzać galerie.

Dziewczyna wpatrywała się w nią z niedowierzaniem.

– Przenosisz się do Nowego Jorku? – wykrzyknęła wstrząśnięta.

Zapomniała chwilowo o swych marzeniach, by kiedyś pracować w tym mieście i zyskać sławę w sferach finansowych. Myślała tylko o tym, że to wiele godzin drogi od stanu Maryland i ich domu w Chesapeake Shores. W głębi duszy żywiła bowiem nieśmiałą nadzieję, że matka przeprowadzi się tylko gdzieś na drugi koniec miasta lub co najwyżej do Baltimore czy Annapolis. Czy to nie wystarczająca odległość, by uciec od kłopotów z Mickiem, a jednak nie porzucić dzieci?

– Co zrobimy, jeśli będziemy cię potrzebowali? – zapytała.

– Oczywiście zadzwonicie do mnie.

– A potem będziemy czekać godzinami, aż się tu zjawisz? Mamo, to szaleństwo!

– Kochanie, ta rozłąka potrwa najwyżej kilka tygodni, a potem zabiorę was do siebie. Znajdę wspaniały dom i najlepsze prywatne szkoły. Uzgodniłam to już z Mickiem.

Dziewczyna rozpaczliwie pragnęła uwierzyć, że wszystko się jakoś ułoży. Zarazem chciała pytaniami zatrzymać mamę, aż zrezygnuje ze swego szalonego planu. Jednak pod dom właśnie zajechała taksówka i Abby spojrzała na Megan ze zgrozą.

– Zamierzasz wyjechać natychmiast, bez pożegnania?

Podejrzewała to już wcześniej, lecz wydawało jej się to zbyt okrutne.

Po twarzy Megan popłynęły łzy.

– Uwierz mi, tak będzie lepiej… i łatwiej. Zostawiłam dla was wszystkich kartki pod drzwiami sypialń, a wieczorem zadzwonię. Zanim się obejrzysz, znowu będziemy razem.

Zszokowana Abby stała bez ruchu. Matka podniosła pierwsze dwie walizki i zaniosła je na werandę, a stamtąd po schodkach na dół do czekającej taksówki. Po chwili wróciła wraz z kierowcą, który przyszedł po resztę bagaży.

Ujęła dziewczynę pod brodę.

– Kocham cię, córeczko. Wiem, że jesteś silna i zaopiekujesz się rodzeństwem.

– Ale to nie w porządku! – zawołała Abby, przerażona tym, że matki nie będzie w pobliżu, by pomóc jej przynajmniej na początku zapanować nad nieuchronnym chaosem. – Nienawidzę cię! – wrzasnęła z furią, lecz schodząca po schodkach Megan się nie odwróciła.

Pragnęła krzyczeć, dopóki taksówka nie zniknie jej z oczu, lecz w tym momencie usłyszała jakiś szelest. Odwróciła się i ujrzała Jess, stojącą za nią z wylęknioną miną.

– Mamusiu – szepnęła dziewczynka drżącymi wargami, patrząc na odjeżdżającą taksówkę. Była bosa, miała rozczochrane włosy. – Dokąd mama pojechała?

Abby wysiłkiem woli opanowała własny strach i gniew, i zmusiła się do uśmiechu.

– Na wycieczkę – odpowiedziała siostrzyczce.

W oczach Jess zakręciły się łzy.

– A kiedy wróci?

Abby ją objęła.

– Nie wiem – odparła, po czym dodała z udawaną pewnością. – Ale obiecała, że niedługo.

Lecz to, oczywiście, okazało się nieprawdą.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

15 lat później

Nadmierna ambicja wykańcza, pomyślała Abby O'Brien Winters, kładąc się do łóżka po północy, wyczerpana psychicznie i fizycznie szalonym dniem na Wall Street. Przez dwadzieścia minut zdążyła przeczytać swoim córkom bliźniaczkom, zanim smacznie usnęły, zaledwie fragment pierwszego rozdziału „Pluszowego królika”. Już trzeci wieczór z rzędu jadła na kolację odgrzewaną chińszczyznę na wynos. Wyjęła kilka grubych raportów dotyczących rynku akcji, które musiała przejrzeć przed jutrzejszym porannym otwarciem giełdy. Jej lektury przed snem były o wiele bardziej wymagające niż książeczka Caitlyn i Carrie.

Dobrze wykonywała swoją pracę, zarządzając portfelami akcji w wielkiej firmie maklerskiej, lecz ceną za to był rozwód ze wspaniałym facetem – który miał dosyć tego, że zaniedbywała go dla kariery – oraz permanentne niewyspanie. Chociaż dzieliła z Wesem opiekę nad pięcioletnimi bliźniaczkami, często miała wrażenie, że prawie ich nie zna, gdyż spędzały więcej czasu z jej byłym mężem i nianią. Była tak zapracowana, że już dawno zapomniała, czego właściwie chciała tym dowieść… i komu.

Kiedy zadzwonił telefon, spojrzała na zegarek i ogarnął ją niepokój. O tak późnej porze mógł to być tylko jakiś nagły wypadek. Z mocno bijącym sercem podniosła słuchawkę.

– Abby, to ja – usłyszała głos swojej siostry Jessiki. Jess, najmłodsza spośród pięciorga rodzeństwa O'Brienów, była prawdziwym nocnym markiem. Abby nie kładła się do późna, gdyż tylko w ten sposób mogła się uporać z nawałem pracy, natomiast Jessica zaczynała dzień dopiero po wzejściu księżyca i gwiazd. – Telefonowałam wcześniej, ale niania powiedziała, że jeszcze nie wróciłaś, a potem zajęłam się projektem, nad którym pracuję. Mam nadzieję, że nie dzwonię zbyt późno. Wiem, że o tej porze zwykle jeszcze nie śpisz.

– Nie spałam – zapewniła ją Abby. – Wszystko w porządku? Wydajesz się zdenerwowana. Czy coś się stało z babcią albo tatą?

– Babcia ma się świetnie i pewnie przeżyje nas wszystkich. A tata nadzoruje gdzieś w Kalifornii realizację swojego projektu architektonicznego. Oczywiście po skończeniu budowy przestanie się nim interesować, tak jak to było z Chesapeake Shores.

Abby nie zaskoczyła gorycz w głosie siostry, bo Jessica, jako najmłodsza z rodzeństwa, najbardziej tęskniła za ojcem. Mick O'Brien zyskał sławę jako architekt i urbanista po zaprojektowaniu i wybudowaniu Chesapeake Shores – słynnego obecnie nadmorskiego kurortu nad zatoką Chesapeake. Dokonał tego wspólnie z dwoma braćmi – przedsiębiorcą budowlanym i ekologiem. Miasto wzniesiono nieopodal terenów uprawianych niegdyś przez Colina O'Briena – stryjecznego prapradziada, który w końcu dziewiętnastego wieku wyemigrował z Irlandii. Mick był dumny ze swego dzieła i pragnął, by to sielskie miasteczko pozostało rodzinnym gniazdem O'Brienów. Niestety, sprawy potoczyły się inaczej.

Mick i jego bracia spierali się o szczegóły budowy, o kwestie ochrony środowiska, a nawet o zachowanie kilku popadających w ruinę historycznych budynków, i w końcu rozwiązali spółkę. Obecnie, chociaż nadal mieszkali w Chesapeake Shores bądź w jego okolicach, prawie ze sobą nie rozmawiali i widywali się jedynie z okazji świąt, podczas których babka nalegała na zachowanie pozorów rodzinnej harmonii.

Megan, matka Abby, rozwiodła się z mężem przed piętnastoma laty i odtąd mieszkała w Nowym Jorku. Wbrew jej planom dzieci nie przeniosły się do niej, lecz pozostały w Chesapeake Shores z babcią oraz tatą, który jednak był w ciągłych rozjazdach. Dopiero w ostatnich latach kolejno wyniosły się stamtąd – z wyjątkiem Jess, złączonej więzami miłości i nienawiści z miastem i z Mickiem.

Abby przeprowadziła się do Nowego Jorku po ukończeniu college'u i jako jedyna odnowiła serdeczne kontakty z matką. Natomiast żadne z piątki rodzeństwa nie potrafiło ułożyć sobie stosunków z ojcem. Tylko dzięki babce – starszej kobiecie z siwiejącymi rudymi włosami, błyszczącymi niebieskimi oczami i promiennym uśmiechem – rodzina się nie rozpadła.

– Czy zadzwoniłaś tylko po to, by się poskarżyć na tatę? – spytała Abby siostrę.

– Właściwie potrzebuję twojej pomocy – przyznała Jess.

– Powiedz tylko, o co chodzi – odparła natychmiast Abby.

Żyła blisko z całym rodzeństwem, ale szczególnym uczuciem darzyła znacznie młodszą od siebie Jess, której po odejściu Megan starała się zastąpić matkę.

– Mogłabyś przyjechać do domu? To trochę zbyt skomplikowane na rozmowę przez telefon.

– Och, kochanie, nie wiem – rzekła z wahaniem Abby. – Mam mnóstwo pracy.

– Od wieków u nas nie byłaś. Zawsze wynajdujesz jakieś przeszkody – pracę albo dzieci.

Abby się skrzywiła, ale musiała jej przyznać rację. Od lat szukała rozmaitych wymówek. Uspokajała wyrzuty sumienia tym, że wszyscy członkowie rodziny często odwiedzali ją w Nowym Jorku. Czasem się zastanawiała, dlaczego nie ciągnie jej do Chesapeake Shores. Być może po wyjeździe nie uważała już tego miejsca za prawdziwy rodzinny dom.

Zanim zdołała odpowiedzieć, Jess dodała:

– Słuchaj, kiedy ostatni raz miałaś prawdziwy urlop? Założę się, że podczas miesiąca miodowego. Mogłabyś tu odpocząć, a dziewczynki byłyby zachwycone. Powinny poznać miasto, które zbudował ich dziadek i w którym dorastała ich matka. Babcia przez parę tygodni będzie je rozpieszczać. Przyjedź. Nie prosiłabym, gdyby ta sprawa nie była naprawdę ważna.

– Kwestia życia lub śmierci? – spytała Abby. Był to zwrot, którego używały od dawna na określenie, czy chodzi o naprawdę poważny problem, czy tylko o jakąś błahostkę.

– Możliwe – odparła Jessica z powagą. – Przynajmniej w tym sensie, że waży się cała moja przyszłość. Myślę, że ty jedna potrafisz to rozwiązać.

Poruszona jej posępnym tonem, Abby zaproponowała:

– Może lepiej powiedz mi od razu.

– Musisz tu być, żeby to zrozumieć. Jeśli nie możesz zostać przez dwa tygodnie, to proszę, przyjedź chociaż na kilka dni.

Niepokój w jej głosie przekonał Abby, że siostra nie przesadza i naprawdę chodzi o jej przyszłość. Ponieważ Jess jako jedyna z rodzeństwa po osiągnięciu dojrzałości wciąż jeszcze nie odnalazła celu w życiu, Abby nie mogła odmówić jej pomocy. Poza tym odpoczynek istotnie dobrze jej zrobi. Czyż sama przed chwilą nie ubolewała nad swoim pracoholizmem?

Uśmiechnęła się na myśl o tym, jak cudownie będzie znów odetchnąć słonym powietrzem zatoki Chesapeake. Ponadto spędzi wreszcie trochę czasu z córeczkami, które będą mogły się bawić w miejskim parku zaprojektowanym przez ich dziadka, budować zamki z piasku na plaży i brodzić w chłodnej wodzie zatoki.

– Dokończę tylko jutro w pracy pewną operację finansową i przyjadę w weekend – obiecała. Zerknęła na przepełniony terminarz i się skrzywiła. – Ale zostanę tylko parę dni, dobrze?

– Tydzień – poprosiła błagalnie Jess. – Tej sprawy nie uda się tak szybko rozwikłać.

Abby westchnęła.

– Zobaczę w biurze, co się da zrobić.

– Przyjedź, na ile możesz – rzekła Jess ugodowo. – Powiadom mnie, o której wyląduje twój samolot, to przyjadę po ciebie.

– Wynajmę samochód.

– Czy po tylu latach w Nowym Jorku potrafisz jeszcze prowadzić i trafisz do domu? – zakpiła Jess.

– Pamięć mi wciąż dopisuje – odparła Abby. – Do zobaczenia wkrótce, kochanie.

– Zadzwonię do babci i zawiadomię ją, że przyjeżdżasz.

– Powiedz jej, żeby nie robiła sobie żadnego kłopotu i niczego nie przygotowywała – rzekła Abby, wiedząc dobrze, że to daremna prośba. – Zjemy na mieście. Mam wielką ochotę na kraby.

– Nie ma mowy – zaprotestowała siostra. – Sama je kupię i urządzimy kolację na werandzie. Poza tym wcale nie zamierzam powstrzymać babci przed upieczeniem ciast.

Abby się roześmiała z jej entuzjazmu. Wypieki babci – słodkie pierogi, tarteletki, ciastka, babeczki, ciasta i torty – były wprost fantastyczne. Niegdyś Abby chciała się nauczyć wszystkich tych tradycyjnych rodzinnych przepisów i otworzyć cukiernię, ale później odkryła w sobie upodobanie i talent do finansów. Właśnie dzięki temu wyjechała z Chesapeake Shores.

Obecnie, po dziesięciu gorączkowych latach spędzonych w Nowym Jorku – w trakcie których pięła się po chwiejnej i zdradliwej drabinie korporacyjnej hierarchii oraz wyszła za mąż i urodziła bliźniaczki, a potem się rozwiodła – wracała do domu na dłużej niż tylko na krótki pospieszny weekend. Wspominając ponury ton głosu siostry, mimo woli zastanawiała się, czy to rzeczywiście dobry pomysł.

– Nie mógłbyś przynajmniej włożyć krawata? – burknął Lawrence Riley, patrząc gniewnie na syna. – Jeżeli zamierzasz poprowadzić ten bank, musisz świecić przykładem przed pracownikami. Nie możesz się tam zjawić, wyglądając, jakbyś przed chwilą zsiadł z harleya.

Trace spojrzał na ojca z rozbawieniem.

– Właśnie tak zrobię. Mój motocykl stoi na parkingu.

Lawrence zmarszczył brwi.

– Powiedziałem przecież, żebyś wziął samochód matki. Musisz się teraz przyzwoicie prezentować.

– A co zrobi mama, jeśli zabiorę jej wóz? – spytał trzeźwo Trace. – Jakoś nie wyobrażam jej sobie jadącej moim harleyem na zebranie kobiecego kółka ogrodniczego.

– Ma tuzin przyjaciółek, które chętnie ją podwiozą – odparł ojciec. – I nie bądź taki dowcipny. Jeśli chcesz odnieść sukces, musisz traktować poważnie mnie i tę pracę.

– Zawsze traktuję cię poważnie – oświadczył Trace. – A co do tej pracy, to wcale jej nie chcę. Robię świetną karierę w Nowym Jorku, a fakt, że nie noszę garnituru i nie używam kalkulatora, nie oznacza, że jestem nieodpowiedzialny.

W istocie, jako niezależny artysta projektant nie tylko całkiem dobrze zarabiał, dzięki czemu mógł mieszkać i pracować w wielkim apartamencie przerobionym z dawnego magazynu, lecz także, co nie mniej ważne, nie podlegał zawodowo ojcu.

Lawrence Riley jeszcze bardziej spochmurniał.

– Więc mam pozwolić, żeby ten lokalny bank został pochłonięty przez któreś z wielkich konsorcjów?

– Być może – odparł Trace, wiedząc że to jeszcze bardziej rozjuszy ojca. – Tak się właśnie dzieje w świecie finansów.

– Ale tego banku to nie spotka, dopóki ja mam w nim coś do powiedzenia – rzekł z uporem Lawrence Riley. – Bank Spółdzielczy w Chesapeake Shores służy tutejszym mieszkańcom lepiej niż jakiś bezosobowy moloch.

Trace temu nie zaprzeczał. Chodziło jedynie o to, że nie chciał kierować tym bankiem, mimo że stanowił on rodowe dziedzictwo.

– Więc może powierz kierownictwo Laili – podsunął. Zapalił się do tego pomysłu. Gdyby zdołał przekonać ojca, aby zaproponował jego młodszej siostrze to stanowisko, o którym zawsze marzyła, mógłby już jutro rano wrócić do Nowego Jorku. – Zastanów się nad tym, tato. Ona ma smykałkę do liczb. Świetnie zdała egzamin z matematyki, w college'u brylowała na zajęciach z ekonomii i zrobiła magisterium w Szkole Handlowej w Wharton. Doskonale sobie poradzi.

– Myślałem o tym – przyznał ojciec. – Nawet z nią rozmawiałem, ale odparła, żebym się odczepił.

– Dlaczego? – spytał zaskoczony Trace.

Lawrence wzruszył ramionami.

– Powiedziała, że nie chce być rezerwową opcją.

Trace popatrzył na niego zdumiony.

– Ale przecież jej pierwszej zaproponowałeś to stanowisko.

– Twoja siostra zawsze była na bakier z logiką. Jest przekonana, iż zwróciłem się do niej tylko dlatego, że byłem pewny twojej odmowy.

– Moglibyście wreszcie się nauczyć ze sobą dogadywać – mruknął Trace. Wprawdzie sam często się sprzeczał z ojcem, ale Laila od dzieciństwa kłóciła się z Lawrencem niemal o wszystko – począwszy od takiej błahostki jak wybór płatków śniadaniowych, a skończywszy na tym, kto powinien kierować bankiem. – Przekonam ją, żeby się zgodziła.

Lawrence Riley uderzył pięścią w biurko.

– Do diabła, to ty powinieneś się zgodzić! Pracowałem całe życie, żeby przekazać ci coś wartościowego, a ty odrzucasz to bez chwili namysłu.

– Miałem mnóstwo czasu, żeby się nad tym zastanowić. Nigdy nie ukrywałeś, czego ode mnie oczekujesz. Ale wiesz przecież, że lubię twórczą pracę i nie nadaję się do siedzenia za biurkiem.

– To prawda – przyznał ojciec. – Wobec tego proponuję ci następujący układ: tymczasowo pokierujesz bankiem, a jeśli po sześciu miesiącach nadal będziesz żywił do tego wstręt, odejdziesz z moim błogosławieństwem. Co ty na to?

Trace, jako niezależny artysta ceniony przez największe nowojorskie agencje reklamowe, mógł sobie pozwolić na półroczną przerwę i przyjęcie tej propozycji. Uznał, że jakoś wytrzyma pół roku w garniturze, jeśli dzięki temu potem już na zawsze zyska wolność. Może nawet w tym czasie z nudów przejrzeć kilka ksiąg rachunkowych.

Co więcej, może namówić siostrę, by odrzuciła fałszywą dumę i przyjęła to stanowisko, o którym marzyła odkąd nauczyła się liczyć, a nie marnowała swych zdolności na prowadzenie rachunków kilku miejscowych biznesmenów. Niestety, Laila odziedziczyła upór po ojcu.

– Dobrze, zgadzam się – odrzekł. – Ale tylko sześć miesięcy i ani dnia dłużej.

Jego ojciec się rozpromienił.

– Zobaczymy. Może jednak odkryjesz w sobie upodobanie do bankowości. W college'u miałeś przecież dobre oceny z matematyki. W każdym razie witam na pokładzie, synu.

Trace przyjrzał mu się uważnie i dostrzegł zagadkowy błysk w jego oczach.

– Co ty knujesz? – spytał podejrzliwie. – Wyraźnie wyczuwam, że chowasz w zanadrzu coś jeszcze.

– Ależ skądże! Zawarliśmy po prostu umowę biznesową, nic więcej – odparł Lawrence, po czym otworzył drzwi. – A teraz pokażę ci twój gabinet. Jest dosyć skromny, ale jeśli zdecydujesz się zostać na stałe, będziesz mógł urządzić go według własnego gustu. Tymczasem polecę Raymondowi, aby przyniósł ci kilka raportów dotyczących pożyczek. We wtorek rano mamy zebranie komisji kredytowej i do tego czasu musisz przygotować swoje rekomendacje.

Trace uniósł rękę.

– Zaczekaj! Zbyt mało wiem o działalności banku, by rekomendować podania o pożyczki.

– Raymond udzieli ci wskazówek. Jest moją prawą ręką. Poza tym chodzi tam nie tylko o kredyty, lecz także o ewentualne zajęcie obciążonej nieruchomości.

Trace poczuł w żołądku lodowatą kulę.

– Chcesz, żebym decydował o tym, czy komuś odbierze się dom i wystawi na licytację?

– To nie dom, tylko budynek firmy. I oczywiście nie zdecydujesz sam. Ostatnie słowo będzie należało do członków zarządu, choć prawdopodobnie postąpią zgodnie z twoją sugestią.

– Nie ma mowy – rzekł stanowczo Trace. – W Chesapeake Shores są niemal wyłącznie małe rodzinne firmy należące do ludzi, których znam.

– Synu, w interesach nie możesz się kierować sentymentami – powiedział Lawrence i poklepał go po plecach. – Zacznij przeglądać te dokumenty, a ja przyślę tu Raymonda – dodał, wychodząc z gabinetu.

Trace popatrzył za nim gniewnie, a potem spojrzał niechętnie na stertę papierów ułożonych schludnie pośrodku wielkiego mahoniowego biurka. Na samym szczycie leżała kartonowa teczka ze złowieszczą czerwoną naklejką.

Usiadł za biurkiem w skórzanym fotelu i zerknął na nią nieufnie. W końcu ciekawość wzięła w nim górę. Otworzył teczkę i rzucił okiem na pierwszą stronę.

– Och, do diabła – mruknął, gdy przeczytał nagłówek: Raport dotyczący zajęcia nieruchomości za długi – Pensjonat Pod Orlim Gniazdem; właścicielka: Jessica O'Brien.

Znał Jess O'Brien, lecz to nie jej obraz pojawił się natychmiast w jego umyśle, tylko jej starszej siostry Abigail, która przed laty pewnej letniej parnej nocy skradła mu serce, a potem zniknęła bez pożegnania. Od tego czasu powtarzał sobie, że absurdem jest przechowywać takie ulotne wspomnienie. Usiłował je odegnać, wchodząc w inne związki. W końcu jednak pogodził się z tym, że nie potrafi zapomnieć tej dziewczyny o kasztanowych włosach, wesołych oczach oraz śmiałym usposobieniu, tak bardzo podobnym do jego własnego.

I oto teraz miał zadecydować o losie pensjonatu jej siostry. Wiedział o O'Brienach, że trzymają się razem. Jeśli skrzywdzi Jess, będzie musiał stawić czoło reszcie rodziny, w tym także Abby. Czy to właśnie było powodem osobliwego błysku w oczach ojca?

Trace odrzucił to przypuszczenie. Nikt nie wiedział, że od lat wzdycha do Abigail. Nikt oprócz jego siostry Laili, która jest jej najlepszą przyjaciółką. Czyżby była w zmowie z ojcem?

Pomyślał z rozkosznym drżeniem serca, że może wreszcie spełni się jego marzenie i znowu zobaczy Abby. A może wpadnie jedynie w straszliwe tarapaty?

Godzinę później, z głową wciąż nabitą fatalnymi wynikami finansowymi pensjonatu Jess, wsiadł na motocykl i pojechał obejrzeć ten budynek. Miał nadzieję znaleźć coś, cokolwiek, co pozwoli mu odroczyć komorniczą egzekucję. Potrzebował niezbitych argumentów, które będzie mógł przedstawić zarządowi banku… i ojcu.

Skręcił przy domu pani Finch i wciągnął w płuca ciepłe późnowiosenne powietrze, przesycone zapachem bzów. Wdowa Marjorie Finch, która już w czasach jego dzieciństwa była przygarbiona i pomarszczona, uwielbiała bzy i pozwalała im rosnąć swobodnie na terenie swojej posiadłości, aż utworzyły gęsty żywopłot wzdłuż krętej nadmorskiej szosy.

Po prawej stronie na drzewach widniały gniazda rybołowów. Trace spostrzegł z rozbawieniem, że jeden z ptaków użył do budowy kawałka żółtej taśmy policyjnej, służącej do odgradzania miejsc przestępstwa.

Wreszcie dotarł do drogi wiodącej do pensjonatu przebudowanego z dużej wiktoriańskiej rezydencji. Kiedy był tu poprzednio, ze zniszczonych desek budynku obłaziła farba, trzcinowe fotele i krzesła ogrodowe na werandzie znajdowały się w równie opłakanym stanie, a trawnik i park zarosły chwastami. Pattersonowie przez lata nie wydali ani centa na konserwację tej posiadłości.

Teraz jednak rzuciło mu się w oczy wiele zmian świadczących o tym, że Jess włożyła mnóstwo ciężkiej pracy w odrestaurowanie pensjonatu. Zewnętrzne ściany pomalowano na biało, a żaluzje na jaskrawą czerwień. Trawa, nie tak bujna jak niegdyś, była jednak soczyście zielona i starannie przystrzyżona. Krzewy azalii i bzów były obsypane kwieciem, a na tyłach domu rósł ogromny rododendron. Świeżo odmalowany szyld wisiał na mosiężnych hakach na nowym słupie przy podjeździe. Trace odniósł wrażenie, że pensjonat jest gotowy do ponownego otwarcia.

Lecz dokumenty bankowe mówiły co innego. Po wzięciu przed rokiem pożyczki Jess kilkakrotnie spóźniła się ze spłatą rat lub w ogóle ich nie zapłaciła. Wydała co do grosza zaciągnięty kredyt dla małych firm, a jednak wciąż nie ustaliła terminu otwarcia pensjonatu. Dziewczyna otrzymała już od banku kilka oficjalnych ostrzeżeń. Od czasu katastrofalnego kryzysu na rynku kredytów hipotecznych banki bardzo podejrzliwie i surowo traktowały wszystkich, którzy nie spłacają pożyczek. Trace wzdrygnął się, uświadomiwszy sobie, że formalnie rzecz biorąc Bank Spółdzielczy w Chesapeake Shores nie ma wyboru i musi wydać nakaz zajęcia tej nieruchomości.

Gdy jeszcze siedział na motocyklu, z domu wyszła Jess w dżinsach i podkoszulku pochlapanych białą i niebieską farbą. Podeszła nachmurzona, stanęła z rękami na biodrach i spojrzała na niego wyzywająco.

– Co tu robisz, Trace? – rzuciła ostro.

Porywczym irlandzkim temperamentem przypomniała mu jej starszą siostrę.

– Badam sytuację w imieniu banku.

– Sądziłam, że wyjechałeś stąd przed wieloma laty, ponieważ nie chciałeś mieć z nim nic wspólnego.

– Owszem. Będę tu pracował na zastępstwie tylko przez kilka miesięcy.

– Wystarczająco długo, żeby zaleźć mi za skórę?

– Może nawet dłużej – odparł z uśmiechem.

– Mam mnóstwo pracy. Większość remontu zrobiłam sama, żeby zaoszczędzić pieniądze.

– Może należało raczej wynająć robotników i wcześniej otworzyć pensjonat – podsunął.

– Nie sądzę. Chcesz się rozejrzeć w środku? – zaproponowała z nadzieją i entuzjazmem. – Może gdy zobaczysz, jak tam jest ładnie, zdołasz przekonać ojca, żeby zaczekał na spłatę długu.

– To nie takie proste, Jess. Banku nie interesuje twój zapał, tylko ostateczny rezultat.

– Od kiedy stałeś się równie zimny i wyrachowany jak twój ojciec? Nie byłeś taki, gdy spotykałeś się z moją siostrą. – Przyjrzała mu się uważnie. – A może jednak byłeś i dlatego się rozstaliście?

– Abby nie ma z tym nic wspólnego – odparł sztywno.

– Czyżby? Nie chcesz przypadkiem się na niej odegrać? To ona cię rzuciła, prawda?

– Do diabła, Jess! Nie wiesz nic o tym, co się wtedy wydarzyło. I chyba nie sądzisz, że mógłbym zachować się tak podle?

– Wiesz, ona jutro przyjeżdża do miasta – oznajmiła z niewinną miną.

Trace usiłował nie okazać zaskoczenia.

– Pozdrów ją ode mnie – powiedział łagodnym tonem i uruchomił motocykl. – Do zobaczenia, Jess.

Z jej twarzy zniknął wyzywający wyraz.

– Co powiesz ojcu? – spytała cicho.

– Nie mam pojęcia – odparł szczerze. – Ale gwarantuję ci, że to nie będzie miało żadnego związku z Abby.

W drodze powrotnej zastanawiał się, czy naprawdę dotrzyma słowa. Zważywszy jego pogmatwane uczucia dla Abby O'Brien, nie było to wcale takie pewne.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Mamusiu, powiedz jeszcze raz, dokąd nas wieziesz – zażądała Caitlyn.

– I kiedy wreszcie tam dotrzemy? – jęknęła Carrie. – Jedziemy i jedziemy bez końca. Chcę wrócić do domu!

– Dopiero pół godziny temu wyjechałyśmy z lotniska – przypomniała im spokojnie Abby, choć jej cierpliwość też nadszarpnęło długie oczekiwanie w kolejce na wynajęcie samochodu.

Sam lot z nowojorskiej La Guardii do Baltimore trwał niespełna godzinę i przebiegł bez zakłóceń. Bliźniaczki cieszyły się nim, ale teraz były zmęczone, marudne i kompletnie niezainteresowane widokami z okien samochodu. Abby mogłaby kupić sobie kilka minut spokoju, zatrzymując się gdzieś na lody, ale nie chciała nagradzać córek za złe zachowanie.

– Może się zdrzemnijcie – zaproponowała. – Kiedy się obudzicie, będziemy już u babci. Wiem, że czeka na was z mlekiem i słodkimi ciasteczkami, które sama upiekła. Pamiętacie, jak wam smakowały, kiedy ostatnio odwiedziła nas w Nowym Jorku?

– Wolę czekoladowe chipsy – burknęła kapryśnie Carrie.

– A ja uwielbiam te ciasteczka i zjem wszystkie – oświadczyła Caitlyn.

– Wcale nie zjesz! – wrzasnęła Carrie. – Mamo, nie pozwól jej!

Abby westchnęła ciężko.

– Na pewno wystarczy dla was obydwu, ale jeśli nadal będziecie takie niegrzeczne, możecie zapomnieć o jakichkolwiek smakołykach. Pójdziecie prosto do łóżek.

Dziewczynki umilkły, ale kiedy zerknęła we wsteczne lusterko, zobaczyła, że wykrzywiają się do siebie nawzajem. Nie zwróciła im uwagi, gdyż musiała się skupić na prowadzeniu samochodu. Ruch na szosie był nieporównanie większy niż dawniej. Nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie skręci w mniej uczęszczaną boczną drogę.

Niestety, okazało się, że to niewiele zmieniło. Najwyraźniej w ten piątkowy wieczór wszyscy mieszkańcy stanu Maryland zdążali nad morze. Dawniej odwiedzano tłumnie jedynie Ocean City lub plaże na wybrzeżu Atlantyku, lecz widocznie obecnie ludzie odkryli również mniejsze miasteczka na zachodnim brzegu zatoki.

Wyjęła komórkę i wybrała numer Jess.

– Na szosie jest straszny ruch – oznajmiła. – W tym tempie dojedziemy najwcześniej za godzinę.

– Zawiadomię babcię – odparła siostra. – Mam już wino, a po drodze kupię kraby.

– Dzięki – rzuciła Abby.

Ostatecznie dotarła do Chesapeake Shores po godzinie i dziesięciu minutach. Ponieważ bliźniaczki wreszcie usnęły, nie skręciła prosto do domu, lecz postanowiła przejechać najpierw główną ulicą, ciągnącą się od nabrzeża do rynku, i przyjrzeć się sklepom.

Oprócz jednego, wszystkie lokale sklepowe były zajęte, a w oknach wystawowych widniało mnóstwo kolorowych efektownych towarów przyciągających wzrok. Należący do Barb sklep z artykułami dla niemowląt sąsiadował z Centrum Handlowym Ethel, gdzie można było kupić niemal wszystko – od pamiątek i tanich cukierków po wytworne prezenty oraz domowej roboty dżemy i galaretki. Magazyn z artykułami gospodarstwa domowego mieścił się obok sklepu żeglarskiego. Był też dom mody oferujący letnie stroje. Na ścianach wszystkich sklepów pięły się winorośle, okna były ocienione markizami w biało-niebieskie pasy, a w donicach na chodnikach rosły barwne bratki, które później zastąpi jaskrawoczerwone geranium.

Abby opuściła boczną szybę i wdychała znajome słone powietrze. Od strony nabrzeża dobiegły ją dźwięki muzyki. Przypomniała sobie o cotygodniowych piątkowych darmowych występach w muszli koncertowej. Tego wieczoru grano jazz. Wydało jej się, że solówka saksofonisty jest nieco przyciężka.

Wspomniała z uśmiechem swoje spory z ojcem o repertuar tych koncertów. Gdyby to zależało od Micka i babci, grano by tam wyłącznie irlandzką muzykę ludową.

– Mamusiu, słyszę muzykę – wymamrotała sennie Carrie. – Czy idziemy na przyjęcie?

– Nie, ale za pięć minut będziemy w domu.

Opuściła miasto i pojechała nadmorską drogą, wspinającą się zakosami na łagodne wzgórze. Na szczycie skręciła w długi podjazd, wiodący na tyły budynku otoczonego werandą, z mnóstwem rzęsiście oświetlonych okien z widokiem na zatokę. Gdy zatrzymała samochód przed gankiem, z domu wyszły dwie kobiety – jedna energiczna i wyprostowana, druga nieco przygarbiona.

– Babcia! – wrzasnęła Caitlyn, wyplątując się z pasów bezpieczeństwa.

– I ciocia Jessie! – zawołała Carrie, usiłując otworzyć drzwi po swojej stronie.

Abby zwolniła blokadę. Dziewczynka wyskoczyła z samochodu, pognała przez trawnik i wpadła w ramiona ukochanej ciotki. Tymczasem Caitlyn dobiegła do prababci i uściskała ją mniej gwałtownie, jakby instynktownie wyczuwała, że ze starszą kobietą trzeba postępować ostrożnie.

Abigail z uśmiechem przyglądała się tej scenie. Dlaczego nie przyjeżdżała tu częściej? Czy naprawdę była aż tak zajęta? A może przyczyna tkwiła w jej mieszanych uczuciach wobec rodzinnego domu? Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak bardzo tęskniła do tego miejsca. Szelest liści poruszanych morską bryzą, łagodny chlupot fal, a także stos marylandzkich krabów, schłodzone wino i wypieki babci czekające na werandzie…

Babka uśmiechnęła się ze zrozumieniem.

– Dobrze być znowu w domu, prawda?

– Lepiej, niż się spodziewałam – przyznała Abby. – Jak się masz, babciu? Świetnie wyglądasz.

Babka istotnie była czerstwa i dziarska jak na swoje niemal osiemdziesiąt lat, do których się zresztą nie przyznawała.

– Odmłodniałam na wasz widok – powiedziała. – Może najpierw nakarmimy dziewczynki, a dopiero potem, kiedy będzie już spokojniej, same zjemy kolację?

– Doskonale – odrzekła Abby.

– Najpierw pokażę im, gdzie będą nocowały. Umieszczę je w dawnym pokoju Connora, ponieważ są tam dwa łóżka. Nie mogę skłonić twojego brata, by zabrał stamtąd swoje sportowe trofea. Wszystko wygląda tam nadal tak jak wtedy, gdy był nastolatkiem.

– Czyli rupiecie i bałagan – stwierdziła z uśmiechem Abby. – Bliźniaczki będą zachwycone.

Gdy babcia i dziewczynki weszły do domu, odwróciła się do siostry i objęła ją serdecznie.

– A więc powiedz, dlaczego mnie wezwałaś?

– Zaczekajmy, aż babcia pójdzie spać. Nie chcę jej martwić.

Abby zmarszczyła brwi.

– Więc to aż tak poważne?

– Powiedziałam ci, to w pewnym sensie kwestia życia lub śmierci – rzuciła niecierpliwie Jess. – Chodźmy. Zanim ci o tym opowiem, muszę wypić kieliszek wina… albo nawet dwa.

Abigail uznała, że w tej sytuacji jej samej też przyda się trochę wina.

Jess nie była pewna, w jaki sposób wpadła w aż takie tarapaty. Wiedziała tylko, że boi się opowiedzieć o nich swojej energicznej, pewnej siebie starszej siostrze. Jednak, kiedy jej plany się zawaliły i uświadomiła sobie, jak głęboko się pogrążyła, wówczas wezwanie Abby – najlepszej w rodzinie specjalistki od finansów – wydało się jej jedynym sensownym rozwiązaniem.

Nie chciała stracić pensjonatu. Już jako mała dziewczynka marzyła, że będzie kiedyś właścicielką tego wielkiego budynku, stojącego w odległości niespełna mili od ich rodzinnego domu. Półtora roku temu, tuż przed Gwiazdką, przejeżdżając obok pensjonatu, spostrzegła tabliczkę z napisem: NA SPRZEDAŻ i z radości serce podskoczyło jej w piersiach. Śmiertelnie znudzona pracą w Centrum Handlowym Ethel, po raz pierwszy od ukończenia college'u poczuła przypływ ekscytacji. To była jej szansa na zyskanie celu w życiu i zbudowanie sobie przyszłości, którą rodzina zaaprobuje.

Początkowo nie wtajemniczyła bliskich w swoje plany z obawy, że ją wyśmieją lub nie uwierzą w powodzenie przedsięwzięcia. Istotnie, dotychczas nie potrafiła długo wytrwać przy żadnym projekcie. W przeciwieństwie do swych sióstr i braci nigdy nie wykazywała żadnej prawdziwej pasji i nie odnalazła własnego miejsca w świecie. Dryfowała tylko bez celu. Wszyscy w rodzinie wiedzieli o tym i co gorsza, niczego się już po niej nie spodziewali.

Jakże często słyszała opinie w rodzaju: „Och, przecież znacie Jess. Ona tak szybko się do wszystkiego zniechęca”. Gdy wypowiadali je bracia lub Abby, nie przejmowała się tym. Ale gdy mówił to ojciec, czuła się dotknięta do żywego. Dorastała w przeświadczeniu, że nigdy nie dorówna jego wygórowanym oczekiwaniom. Ten pensjonat był jej szansą udowodnienia jemu i reszcie rodziny, że się co do niej mylili.

Na szczęście, podobnie jak jej rodzeństwo, posiadała skromny fundusz powierniczy, który wypłacono jej, gdy ukończyła dwadzieścia jeden lat. Powiększyła go nieco dzięki trafnym inwestycjom doradzonym przez Abby. Miała więc nadzieję, że wystarczy jej pieniędzy na wpłacenie zadatku.

Nie chcąc czekać ani chwili, już następnego ranka umówiła się na spotkanie z pośrednikiem handlu nieruchomościami. Naiwna i pełna entuzjazmu, nie zażądała wglądu w księgi rachunkowe ani żadnego innego dowodu, że pensjonat może przynosić zysk. Obejrzała go tylko pobieżnie i uznała, że jest w dobrym stanie. Zaproponowała właścicielom – małżeństwu Pattersonów – rozsądną cenę, którą zaakceptowali bez wahania, gdyż pragnęli wyjechać z miasta. Pozostało jej jedynie zdobyć resztę pieniędzy.

Właśnie wtedy powinna się zwrócić do Abby albo ojca… czy nawet braci. Jednak uparła się, że załatwi wszystko sama. Aby spłacać raty zakupu w terminie, wzięła wysoko oprocentowaną krótkoterminową pożyczkę, którą zamierzała spłacić z zysków po otwarciu pensjonatu.

Lecz nic nie poszło tak, jak się spodziewała, pomyślała teraz ponuro, sącząc wino i czekając, aż Abby położy dziewczynki spać. Pattersonowie nigdy nie wdrożyli nowoczesnego systemu rezerwacji miejsc. Trzeba było wymienić ogrzewanie i klimatyzację. W brudnych i zapuszczonych pokojach wisiały spłowiałe zasłony, bielizna pościelowa była podarta, a zewnętrzne ściany znajdowały się w opłakanym stanie. Wszystko dałoby się naprawić – ale to wymagało pieniędzy. Zadatek uszczuplił jej oszczędności, wzięła więc kolejny kredyt pod zastaw pensjonatu

Dopiero wówczas, podekscytowana, opowiedziała rodzinie o zawartej transakcji. Babcia i rodzeństwo byli zachwyceni, natomiast Mick zadał mnóstwo konkretnych pytań, na które nie potrafiła odpowiedzieć. Właśnie wtedy po raz pierwszy ogarnęło ją poczucie, że ten projekt ją przerasta.

Po kilku miesiącach z banku nadszedł list informujący, że zalega ze spłatą długu hipotecznego i pożyczki. Natychmiast zjawiła się z gotówką, tłumacząc się z zakłopotaniem, że zaabsorbowana remontem, przeoczyła terminy płatności. Dwa miesiące później sytuacja się powtórzyła, a gdy wyczerpały się jej fundusze, nie zapłaciła dwóch rat z rzędu.

Wówczas otrzymała od banku pisemne ostrzeżenie, a gdy zadzwoniła w panice do Lawrence'a Rileya, wyjaśnił jej:

– Utraciłaś płynność finansową, więc moglibyśmy wszcząć procedurę zajęcia obciążonej nieruchomości.

– Przeprowadzam remont, a uroczyste otwarcie zaplanowałam na pierwszego lipca.

– Z czego spłacisz kolejne raty? Może powinnaś porozmawiać z ojcem. Gdyby cię wsparł…

– To wyłącznie mój projekt – przerwała mu. – Ojciec nie bierze w nim udziału. Sama spłacę raty, panie Riley. Wie pan przecież, że pensjonat zacznie przynosić zyski.

– Owszem, przy odpowiednim zarządzaniu – przyznał. – Ale nie jestem już pewien, czy to potrafisz.

Ta krytyczna uwaga zirytowała Jess, ale dziewczyna się opanowała.

– Proszę o cierpliwość – rzekła. – Znajdę pieniądze. Zna pan przecież mnie i moją rodzinę.

– Jak już powiedziałem, gdybyś wciągnęła ojca w ten projekt, moglibyśmy ewentualnie odroczyć terminy spłat…

– Nie – odparła porywczo.

– Jak chcesz. W każdym razie odtąd oczekuję regularnego spłacania rat. Do widzenia.

Ta rozmowa odbyła się we wtorek, a w środę zdesperowana Jess zadzwoniła do Abby. Wiedziała, że siostra rozgniewa się na nią za podjęcie nieroztropnych i pochopnych decyzji, ale ostatecznie pomoże jej rozwiązać ten problem. Skoro poradziła sobie nawet po rozpadzie swego małżeństwa, to będzie dla niej bułka z masłem, myślała Jess z otuchą.

Lecz potem dowiedziała się, że w sprawę jest wplątany Trace. Nie miała pojęcia, co przed laty zaszło między nim a Abby, jednak to niewątpliwie komplikowało sytuację.

Kiedy siostra wreszcie wróciła na werandę, Jess zaczęła ją wypytywać o pracę, dziewczynki i życie osobiste. Wreszcie Abby spojrzała na nią niecierpliwie i rzuciła:

– Grasz na zwłokę.

Jess się zaczerwieniła.

– Może trochę. Ale naprawdę byłam ciekawa, co u ciebie słychać.

Abby złagodniała.

– Miło mi, lecz teraz już przejdź do rzeczy i powiedz, o co chodzi.

Jess przez niemal godzinę zdawała jej relację. Gdy skończyła, ujrzała w oczach siostry przerażenie.

– Poradzimy sobie z tym, prawda? – spytała ją żałosnym tonem. – Wiem, że narozrabiałam, ale kiedy zobaczysz ten pensjonat, będziesz zachwycona.

– Będę zachwycona, jeżeli unikniemy przejęcia go za długi – rzuciła sucho Abby. – Dlaczego nie zadzwoniłaś do mnie wcześniej? Pożyczyłabym ci pieniądze.

– Nie potrzebuję twoich pieniędzy, tylko jeszcze najwyżej dwóch miesięcy. Mamy pokoje zarezerwowane do końca lata i rozpoczynamy już rezerwację na jesień – oznajmiła Jess z dumą. – A kiedy ludzie się dowiedzą, że to takie miłe miejsce z pysznym jedzeniem, będę miała zamówienia do końca roku, przynajmniej na weekendy. Zresztą w zimie chcę wprowadzić świąteczne promocje.

Abby w zadumie pokiwała głową.

– Przedstaw swoje plany na piśmie. To może być dobra karta przetargowa. Jutro z samego rana spotkamy się w pensjonacie i rozpatrzę się w twoich finansach. Sporządzimy realistyczny preliminarz wydatków, a w poniedziałek pojadę z tobą do banku.

A zatem Abby spotkałaby się twarzą w twarz z Trace'em – pomyślała Jess i uznała, że lepiej tego uniknąć.

– Wiem, jak bardzo jesteś zajęta – powiedziała. – Kiedy przygotujemy już wszystkie dokumenty, będziesz mogła wrócić do Nowego Jorku, a ja sama zaniosę je do banku.

– Wolę ci towarzyszyć. W przeciwieństwie do ciebie potrafię rozmawiać z nimi ich językiem twardych faktów i liczb.

Jess wiedziała, że siostra ma rację.

– Zgoda, jeśli to naprawdę nie będzie dla ciebie zbyt wielki kłopot. Nie wiem, jak zdołam ci się odwdzięczyć. Po prostu muszę zatrzymać ten pensjonat. To pierwsza rzecz w życiu, która się dla mnie liczy, i szansa udowodnienia, że nie jestem gorsza od reszty rodziny O'Brienów. Dotychczas nigdy nic mi się nie udawało i nie potrafiłam się na niczym skupić.

Już w wieku dziesięciu lat, gdy miała kłopoty w szkole, zdiagnozowano u niej ADD, zaburzenia koncentracji, które później stały się jej przekleństwem, a jednocześnie łatwym usprawiedliwieniem nazbyt częstych niepowodzeń.

– Kochanie, to nieprawda! Pomyśl, ile osiągnęłaś, pomimo swego ADD. Doskonale radziłaś sobie w liceum i skończyłaś studia. Z tym obecnym problemem także się uporasz.

– Na studiach stale zmieniałam przedmiot kierunkowy, a potem chwytałam się kolejno kilkunastu rozmaitych dorywczych zajęć – przypomniała jej Jess. – Mam już dwadzieścia dwa lata, a dotąd nie nawiązałam żadnego związku trwającego dłużej niż kilka miesięcy.

– Ponieważ jeszcze nie napotkałaś osoby ani wyzwania, które by cię zafascynowały. Ale teraz masz ten pensjonat. Tak się ucieszyłam, kiedy usłyszałam, że go kupiłaś. Nie martw się, zrobię wszystko co w mojej mocy, żebyś go nie straciła. Mam trochę pieniędzy do zainwestowania i wierzę w ciebie.

Oczy Jess napełniły się łzami.

– Kocham cię, siostrzyczko – powiedziała wzruszona.

– Ja ciebie też. A teraz prześpijmy się trochę, a jutro od samego rana zaczniemy działać. Spotkamy się w pensjonacie o ósmej.

Jess wstała.

– Dobrze, a więc do zobaczenia. – Zeszła po schodkach i dodała: – Cieszę się, że przyjechałaś i przepraszam, że zwaliłam ci na głowę ten kłopot.

– Od tego ma się rodzinę – odparła Abby.

Jednak Jess nadal trapiła się tym, jak starsza siostra zareaguje na ponowne spotkanie z Trace'em.

Abby obudził o świcie śpiew rudzików, drozdów i strzyżyków dobiegający przez otwarte okno jej sypialni. Weszła do kuchni i zastała tam już babcię.

– Za wcześnie wstałaś – rzekła z wyrzutem starsza kobieta. – Powinnaś się wyspać po podróży.

– Mam dziś mnóstwo rzeczy do zrobienia – wyjaśniła Abby i nalała sobie filiżankę mocnej herbaty.

– Zbyt ciężko pracujesz. Nigdy nie nauczyłaś się odpoczywać. Wyciągnij się w hamaku z książką, a ja zabiorę bliźniaczki do miasta.

– Będę wdzięczna, jeśli zajmiesz się dziewczynkami. Ale hamak będzie musiał zaczekać. Umówiłam się za godzinę z Jess w pensjonacie.

Babka natychmiast spoważniała.

– Ma z nim jakieś kłopoty, prawda? – spytała i usiadła przy stole naprzeciwko wnuczki. – Siostra Violet Harding, która pracuje w banku, powiedziała jej, że widziała dokumenty dotyczące przejęcia pensjonatu za długi. Naturalnie, plotka szybko się rozeszła. Hardingowie wciąż jeszcze są wściekli, że Mick wykupił ich rodzinną ziemię, aby wybudować to miasteczko. Nie chcą pamiętać, że ich ojciec utracjusz sprzedał ją, ponieważ potrzebował gotówki. Ale mniejsza o to – rzekła, machnąwszy ręką. – Czy Jess naprawdę straci ten pensjonat?

– Zrobię wszystko, żeby do tego nie dopuścić – oświadczyła Abby stanowczo. – Jess desperacko pragnie dowieść rodzinie swej wartości… zwłaszcza ojcu.

– Nie pojmuję, dlaczego oni stale się ze sobą sprzeczają – oświadczyła babka z posępną miną.

– Ponieważ oboje są dumni, porywczy i uparci, i nie potrafią się przyznać do błędu. Jeśli Jess powinie się noga, ojciec pierwszy będzie jej robił wyrzuty.

– Niewątpliwie – przyznała babka. – Wobec pozostałych dzieci nigdy nie był taki surowy.

– Owszem, był – odparła Abby. – Ale my nigdy się tym nie przejmowaliśmy. Jess natomiast bierze sobie do serca jego każdą, nawet najbłahszą krytyczną uwagę.

– Masz rację. Rozmawiałam z nim o tym, ale twój ojciec wysoko ceni szczerość, otwartość i nigdy nie owija niczego w bawełnę, nawet jeśli miałoby to kogoś zranić. Uważa, iż bez względu na jego krytycyzm powinniście być pewni, że was kocha.

– Tak, ale w przypadku Jess to się nie sprawdza.

– Zdołasz jej teraz pomóc? – spytała z troską stara kobieta.

– Spróbuję. Nie martw się, babciu. Nie oddam bankowi tego pensjonatu bez walki.

– Czy Jess chce pożyczyć od ciebie pieniądze?

Abby przecząco pokręciła głową.

– Nie. Kiedy jej to wczoraj zaproponowałam, kategorycznie odmówiła. Oczekuje ode mnie jedynie porady. Przejrzę jej księgi rachunkowe i zorientuję się w sytuacji.

– Dobrze zrobiła, że cię wezwała. Od dzieciństwa liczy na ciebie, a ty nigdy jej nie zawiodłaś. Wszystko będzie dobrze. Kiedy O'Brienowie trzymają się razem, pokonają każdą przeszkodę.

– Zawsze nas tego uczyłaś, babciu – rzekła Abby, po czym wstała i pocałowała ją w policzek. – Dziękuję ci.

Jednak w głębi duszy obawiała się, że uratowanie siostry wcale nie będzie takie łatwe.

ROZDZIAŁ TRZECI

Mick od miesiąca przebywał poza domem – choć w gruncie rzeczy nie uważał już Chesapeake Shores za swój dom. Stracił mnóstwo czasu na walkę z urzędnikami o uzyskanie zezwolenia na budowę zaprojektowanego przez siebie osiedla na północ od San Francisco i zaczynał żałować, że w ogóle się zaangażował w to przedsięwzięcie.

Gdy zakończył spotkanie ze swoimi wspólnikami z firmy O'Brien & Company oraz wykonawcami i podwykonawcami, zadzwoniła jego matka, co ostatnio zdarzało się nieczęsto.

– Witaj mamo, co u ciebie? – zapytał.

– Wszystko świetnie – odparła. – Szkoda, że nie mogę tego powiedzieć o twojej córce.

– Czy coś się stało Abby albo Bree? – spytał z niepokojem Mick i dodał po ułamku sekundy: – Albo Jess?

– To charakterystyczne, że o nią zapytałeś na końcu – rzekła babka oskarżycielskim tonem. – Czasem chyba zapominasz, że masz trzy córki.

– Mam nadzieję, że nie zadzwoniłaś po to, by zarzucać mi, jak bardzo zaniedbuję Jess. Rozmawialiśmy już o tym bardzo wiele razy.

– Wobec tego dziwię się, że jeszcze to do ciebie nie dotarło – odparowała. – Jednak właściwie chodzi mi o coś innego. Kiedy ostatnio z nią rozmawiałeś?

– Chyba przed kilkoma dniami.

– Podejrzewam, że raczej tygodniami.

– Owszem, prawdopodobnie masz rację. I co z tego? Jest już dorosła i nie potrzebuje opieki tatusia.

– Ale mógłbyś się od czasu do czasu zainteresować, co u niej słychać, jak sobie radzi z pensjonatem i czy nie potrzebuje pomocy przy remoncie. Można chyba tego oczekiwać od kochającego ojca, zwłaszcza posiadającego przedsiębiorstwo budowlane?

Mick obruszył się na ten zarzut.

– Kiedy zaproponowałem, że przyślę jednego z moich pracowników na oględziny pensjonatu, dała mi jasno do zrozumienia, iż nie życzy sobie, bym się wtrącał w jej sprawy.

– A nie przyszło ci do głowy, że Jess zależało na tym, abyś sam się tam zjawił?

Mick przekroczył już pięćdziesiątkę i nie znosił, by matka go strofowała. Wolałby już stawić czoło setce biurokratów. Zyskał międzynarodową reputację świetnego architekta i urbanisty, lecz nie zdołał zapobiec odejściu żony i rozpadowi swojej rodziny. Jednak nie był już w stanie tego naprawić, podobnie jak zapewne nie potrafi teraz pomóc Jess.

– Mamo, powiedz wprost, o co chodzi? Czy Jess ma jakieś kłopoty? Może potrzebuje pieniędzy albo pomocy moich robotników? Wiesz, że zrobię wszystko, żeby jej pomóc. Wystarczy tylko, by poprosiła.

Jego matka westchnęła ciężko.

– Dobrze wiesz, że ona nigdy tego nie zrobi. Jess usiłuje ci udowodnić, że potrafi sama sobie poradzić. Sądzi, że matka odeszła przez nią… przez kłopoty, jakie sprawiała. Miała wówczas zaledwie siedem lat, a w tym wieku dzieci zawsze obwiniają siebie o rozwód rodziców.

– Nie próbuj poddawać psychoanalizie moich relacji z Jess – zaprotestował.

– Cóż, ktoś musi je naprawić. Kiedy możesz tu przyjechać?

– Za kilka tygodni, jeśli powiesz mi prosto i jasno, co się, u diabła, dzieje.

– Nie przeklinaj, ostatecznie wciąż jestem twoją matką. – Zamilkła na chwilę. – Jess może stracić pensjonat, jeszcze zanim w ogóle go otworzy. Gdyby do tego doszło, ona się całkiem załamie.

Ta wiadomość zaszokowała Micka. Nawet on pojmował, jak to by wpłynęło na córkę.

– Skąd wiesz, że grozi jej utrata pensjonatu?

– Podobno bank rozważa możliwość przejęcia go za długi. A zanim uznasz to za zwykłą plotkę, powiem ci, że dowiedziałam się o tym z wiarygodnego źródła.

Niepokój Micka jeszcze wzrósł.

– Do licha, wiedziałem, że pakuje się w coś, co ją przerasta. Ale rzuciła się w ten interes głową naprzód i podpisała wszystkie dokumenty, nie omówiwszy tego ze mną.

– Ponieważ chciała ci udowodnić, że jest samodzielna.

– A co takiego udowodni, jeśli bank przejmie pensjonat?

– Michaelu Devlinie O'Brienie, jeżeli zamierzasz jedynie wytykać jej błędy, to lepiej w ogóle tu nie przyjeżdżaj. W tej chwili Jess potrzebuje ojca, a nie krytycznego bezwzględnego biznesmena.

Teraz z kolei on ciężko westchnął. Znajdzie się między młotem a kowadłem, jeśli matka mówi prawdę.

– Naturalnie, mogę rozwiązać ten problem jednym telefonem do Lawrence'a Rileya, ale oboje wiemy, że Jess nie będzie mi za to wdzięczna.

– Owszem – przyznała. – Niemniej, trzeba koniecznie coś zrobić. Tym razem musi się jej powieść.

– Może jednak sytuacja nie wygląda aż tak tragicznie?

– Jest na tyle zła, że Jess wezwała swoją siostrę. Abby przyjechała tu i próbuje pomóc, ale, sądząc z posępnego wyrazu jej twarzy, finansowe triki mogą nie wystarczyć. Przyjedź, Mick. Jess potrzebuje teraz twojego wsparcia, nawet jeśli nie chce się do tego przyznać. Gdybyś przyleciał dziś wieczorem, mógłbyś też spędzić trochę czasu z Abby i twoimi wnuczkami.

– Dziś wieczorem? – powtórzył z namysłem. – Wątpię, czy zdążę złapać samolot.

– Choć raz użyj swojej fortuny do czegoś pożytecznego. Wynajmij prywatny odrzutowiec, jeśli będzie trzeba.

Mick pomyślał o Abby i swoich jedynych wnuczkach oraz o Jess, która go potrzebuje, i podjął decyzję. Nadeszła pora, by dowiódł, że jest członkiem tej rodziny.

– Zobaczę, co się da zrobić – powiedział.

– Doskonale. Ale udawajmy, że tej rozmowy nie było.

Po raz pierwszy się roześmiał.

– Nadal jesteś przebiegła, mamo?

– Owszem… i szczycę się tym.

Abby całą sobotę spędziła w pensjonacie, grzebiąc w papierach. Istotnie, zgodnie z zapewnieniami siostry perspektywy były obiecujące, ale niestety, Jess nie potrafiła obchodzić się z pieniędzmi. Jeżeli zapragnęła efektownych modnych zasłon prysznicowych albo luksusowych grubych ręczników, kupowała je, nie zważając na to, że przekracza budżet.

Zresztą, w ogóle nie przygotowała na piśmie budżetu ani nawet planu biznesowego, którego zapewne oczekiwał bank. Najwyraźniej działała na wyczucie. Bank Spółdzielczy w Chesapeake Shores tolerował to, ponieważ nazywa się O'Brien, a w mieście to nazwisko wiele znaczy. Każdy ogólnokrajowy bank zastosowałby wobec niej znacznie surowsze kryteria postępowania.

Wieczorem Abby posadziła Jess przy kuchennym stole i wyłożyła jej wszystko, podczas gdy babcia na górze czytała dziewczynkom przed snem.

– Nie masz niemal żadnych środków finansowych. Za co zamierzasz nabyć wyposażenie restauracji albo, na przykład, mydła i przybory toaletowe do pokojów?

– Może kupię je na kredyt? – podsunęła niepewnie Jess z taką miną, jakby miała się rozpłakać. – Nie wykorzystałam jeszcze moich kart kredytowych.

Abby stłumiła jęk.

– Jeśli to zrobisz, wpadniesz w bagno, z którego się już nigdy nie wydobędziesz. Czy to ci się podoba, czy nie, dam ci zastrzyk gotówki i dokładnie zaplanuję budżet. Naturalnie, jeśli bank się na to zgodzi. Mam nadzieję, że nie rozpoczęli jeszcze oficjalnie procedury przejęcia nieruchomości. Zjawię się u nich w poniedziałek punktualnie o dziewiątej rano i dowiem się, na czym stoimy.

– Pójdę z tobą – oświadczyła Jess. – Ostatecznie to przecież mój projekt.

– No, dobrze – zgodziła się niechętnie Abby. – Ale to ja będę prowadziła rozmowę, chyba że spytają o coś, czego nie wiem.

– Doskonale – rzekła Jess, unikając jej wzroku, i lekko się zaczerwieniła.

Abby przyjrzała jej się uważnie. Może Jess po prostu się wstydzi, że doprowadziła swoje finanse do takiego tragicznego stanu. Lecz Abby miała wrażenie, że siostra coś ukrywa.

– O co chodzi? – spytała. – Czy proces przejęcia zajazdu jest już w toku? A może zataiłaś przede mną jeszcze jakieś rachunki do zapłacenia?

Jess zawahała się i w końcu odparła:

– Nie, pokazałam ci wszystkie dokumenty.

– Więc dlaczego wyglądasz, jakby dręczyło cię poczucie winy? Taką minę miewałaś dawniej, gdy babcia robiła ci wyrzuty za to, że wymykałaś się w nocy przez okno sypialni na spotkania z Mattem Richardsonem.

Dziewczyna oblała się jeszcze mocniejszym rumieńcem.

– Może rzeczywiście powinnam ci jeszcze o czymś powiedzieć.

– Więc mów – zażądała Abby. Znowu poczuła w żołądku lodowatą kulę strachu. – Nie narażaj mnie na to, że pójdę na spotkanie do banku i zostanę czymś niemile zaskoczona.

Zanim Jess zdołała odpowiedzieć, drzwi się otworzyły gwałtownie i do kuchni wszedł energicznym krokiem ojciec.

– Widzę, że przybyła odsiecz – stwierdziła dziewczyna kwaśno i spojrzała gniewnie na siostrę. – Zatelefonowałaś do niego?

– Ależ skąd! – zaprzeczyła Abby i serdecznie uściskała tatę. – Dlaczego nie zawiadomiłeś nas, że przyjedziesz?

– To była spontaniczna decyzja – wyjaśnił, po czym zerknął ostrożnie na Jess i zapytał ją: – Czyżbyś coś przede mną ukrywała?

– Nie – odparła stanowczo i rzuciła Abby ostrzegawcze spojrzenie. Potem wstała z wyraźnym ociąganiem i chłodno cmoknęła ojca w policzek. – Cześć, tato. Witamy w domu. Z chęcią bym jeszcze została i pogawędziła, ale muszę wracać do siebie.

– Kiedy przyjechałem poprzednim razem, mieszkałaś tutaj – zauważył.

– Teraz mieszkam w pensjonacie – wyjaśniła. Zgarnęła ze stołu dokumenty i wsadziła do aktówki, by ukryć je przed wzrokiem Micka. Idąc już do drzwi, rzuciła do siostry: – Pogadamy jutro.

Abby zdała sobie sprawę, że siostra nie chce rozmawiać przy tacie. Westchnęła, pogodzona z tym, że dopiero jutro Jess powie jej, co takiego przed nią zataiła. Odwróciła się do ojca. Był zmęczony, lecz poza tym wyglądał zdrowo. W jego kędzierzawych rudawoblond włosach pojawiły się pasemka siwizny, ale szerokie ramiona i płaski brzuch świadczyły o tym, że mimo częstych podróży i jadania poza domem nadal dba o kondycję, a dzięki pracy na świeżym powietrzu jest czerstwy i opalony. Popatrzył z troską za wychodzącą Jess.

– Babcia cię wezwała, prawda? – spytała go Abby.

Zawahał się przez ułamek sekundy, a potem skinął głową.

– Powiedziała, że jesteś tu z dziewczynkami, więc przyleciałem natychmiast, żeby trochę z wami pobyć. Dawno cię u nas nie było.

– Zbyt dawno – przyznała. – Ale nie próbuj mnie zwieść. Wiem, że wróciłeś, ponieważ babcia powiedziała ci o kłopotach Jess.

Ojciec nie odpowiedział. Podszedł do kontuaru i nalał sobie mocnej kawy, a potem usiadł, zamieszał cukier i spojrzał córce w oczy.

– Tak sądzisz? Czyżbyś podsłuchiwała prywatne rozmowy albo potrafiła czytać w myślach? – Wypił łyk. – Lepiej powiedz mi, gdzie są moje ukochane wnuczki.

– Mam nadzieję, że już śpią. Będziesz mógł spędzić z nimi cały jutrzejszy dzień. Tylko nie rozpuszczaj ich zbytnio. Kiedy ostatnim razem przyjechałeś do Nowego Jorku, kupiłeś im całą stertę zabawek.

– Rozpieszczanie wnuczek to przywilej dziadka – odparł. Przyjrzał się uważnie córce znad brzegu filiżanki. – Wyglądasz na znużoną. Zbyt ciężko pracujesz.

– Taki mam zawód.

– Czy znajdujesz czas na zajmowanie się córeczkami?

– Nie bardzo – przyznała, po czym dodała z ironią: – Ale ty wiesz więcej niż ktokolwiek o podejmowaniu trudnych wyborów dla dobra rodziny.

– Owszem – rzekł, ignorując jej przytyk. – I znam też ich cenę. Utraciłem kobietę, którą kochałem, a większość z was nie mogła się doczekać wyjazdu z domu. Więc co mi ostatecznie przyszło z wszystkich tych pieniędzy i sukcesów?

– Jess wciąż tu mieszka – przypomniała mu Abby. – I chyba wiem dlaczego. Bardzo lubi to miejsce, a poza tym chce ci dowieść swojej wartości i ma nadzieję, że w końcu nawiąże z tobą nić porozumienia.

– Nie musi mi niczego udowadniać. Kocham was wszystkich bez zastrzeżeń.

Abby doszła do wniosku, iż ojciec naprawdę wierzy, że to takie proste i oczywiste. Postanowiła tym razem wreszcie otwarcie porozmawiać o rodzinnych problemach.

– Tato, po odejściu mamy spędzałeś z nami niekiedy parę dni, lecz w gruncie rzeczy nic o nas nie wiedziałeś. Connor, Kevin, ja i Bree potrafiliśmy się jakoś z tym pogodzić, ponieważ byliśmy już prawie dorośli. Ale Jess była jeszcze małą dziewczynką.

Ojciec zmarszczył brwi.

– Wiedziałem, kiedy jesteście chorzy. Wiedziałem, kiedy dostawaliście nagrody w szkole albo zdobywaliście punkty w meczu baseballowym. Znałem wasze stopnie, opłacałem studia i byłem na uroczystościach wręczenia dyplomów.

Abby ogarnął gniew.

– I sądziłeś, że to wystarczy? Potrzebowaliśmy ojca, który dodawałby nam otuchy, pocieszał nas i ganił za błędy.

– Od tego mieliście babcię.

– Owszem, była cudowna, ale brakowało nam ciebie i mamy.

Mick poczerwieniał.

– Robiłem dla was wszystko, co mogłem – zaprotestował.

Abby obrzuciła go współczującym spojrzeniem.

– Być może. Ale pamiętam, że wcześniej robiłeś coś więcej. – Wstała, wypłukała fusy ze swojej filiżanki i włożyła ją do zmywarki. – Dobranoc, tato. Dziewczynki będą zachwycone, kiedy cię rano zobaczą.

Żałowała, że nie może powiedzieć tego samego o sobie. Choć była przekonana, iż ojciec przyjechał pomóc Jess, miała okropne przeczucie, że jego obecność tylko pogorszy sytuację.

W niedzielny poranek Trace siedział w rodzinnej przystani na pomoście z nogami zwieszonymi do wody, kiedy zjawiła się Laila. W krótkich szortach i kusej bluzeczce, z jasnymi włosami związanymi niedbale w koński ogon nie wyglądała na swoje dwadzieścia dziewięć lat, tylko na szesnaście.

– Jak się ma syn marnotrawny? – zagadnęła i podała mu oszronioną puszkę coli, a potem zrzuciła japonki i usiadła obok niego na rozgrzanych słońcem deskach.

– Pragnie jak najszybciej wrócić do Nowego Jorku – odparł. – Mógłbym to zrobić, gdybyś nie była taka uparta i przyjęła propozycję ojca. W przeciwieństwie do ciebie nigdy nie marzyłem o pracy w naszym banku.

– Niestety, tata uważa inaczej. W jego zdominowanym przez mężczyzn świecie rodzinny majątek powinien przypaść najstarszemu synowi. Córki dostają tylko resztki.

Trace spojrzał na nią gniewnie.

– Słyszałem co innego. Powiedział, że zaproponował ci objęcie posady w banku.

– Tak, ale nie takiej, jak tobie. Chciał, żebym została asystentką Raymonda, co oznacza nudną papierkową robotę, z jaką poradziłaby sobie każda absolwentka liceum. Spytaj go, jeśli mi nie wierzysz.

Lecz Trace jej uwierzył. To było podobne do ojca – zaproponować Laili pracę poniżej jej zdolności i wykształcenia, by móc potem mówić, że dał jej szansę, którą odrzuciła.

– Przykro mi – powiedział.

Wzruszyła ramionami z udawaną obojętnością.

– Przywykłam już do jego seksistowskich zagrań. – Zamilkła na chwilę, a potem zerknęła na brata. – Wiesz, że Abby jest w mieście?

– Słyszałem o tym.

– I co ty na to?

– Obydwoje jesteśmy już dorośli – odparł z lekkim zniecierpliwieniem. – Jeśli przypadkiem się na nią natknę, z pewnością zachowam się uprzejmie.

– Nie pytam, jak zamierzasz się zachować, tylko co czujesz w związku z jej powrotem. Oboje wiemy, że była twoją jedyną prawdziwą miłością i że wciąż nie pogodziłeś się z waszym rozstaniem, choć jesteś zbyt głupi i uparty, by to przyznać. Widziałam, jak boleśnie przeżyłeś jej wyjazd z miasta.

– Więc po co mi to teraz przypominasz?

– Ponieważ być może masz szansę poznania prawdy o tym, co się wtedy stało.

– Wiem, co się stało. Po prostu Abby postanowiła usunąć mnie ze swego życia.

– To tylko część prawdy – zaoponowała Laila. – Dowiedz się reszty. Może dzięki temu zdołasz wreszcie przezwyciężyć przeszłość.

– Przezwyciężyłem ją już wiele lat temu – oświadczył.

– Bzdura! Oboje byliście niedojrzali i nie potrafiliście rozwiązać waszych problemów.

– To nie ja wyjechałem – przypomniał. Raptem znów naszła go ta sama myśl, co wcześniej w banku. – Chyba nie rozmawiałaś o tym z tatą, co?

– O tobie i Abby? Nie, a dlaczego pytasz?

– Ponieważ wydaje mi się podejrzane, że ojciec ściągnął mnie do pracy w banku akurat w momencie wszczęcia bitwy z O'Brienami. Kłopoty z pensjonatem sprowadziły Abby do miasta. Nie przyszło ci to do głowy, kiedy usłyszałaś o przejęciu nieruchomości Jess? – spytał, przyglądając się nieufnie siostrze.

– Wierz lub nie, ale niczego nie knuję z tatą – rzuciła wzburzona. – I gdyby to ode mnie zależało, byłbyś nadal w Nowym Jorku.

– Już dobrze – rzekł pojednawczo.

Chyba rzeczywiście okazał się zbyt podejrzliwy, wyobrażając sobie spisek siostry i ojca. Teraz zamierzał się przygotować na nieuniknione spotkanie z Abigail. Musi za wszelką cenę zachować spokój i opanowanie. Gdyby rzucił ją na biurko i namiętnie pocałował, wyszedłby na kompletnego durnia.

Babcia ugotowała obfity niedzielny obiad, który wystarczyłby dla pułku wojska, i nalegała, by cała rodzina usiadła razem do stołu. Jess zerkała nieufnie na Micka, który zarzucał ją pytaniami o pensjonat – z pozoru niewinnymi, lecz w istocie grożącymi w każdej chwili wybuchem.

– Przestańcie rozmawiać przy jedzeniu o interesach – rzekła wreszcie babcia. – Skoro już zebraliśmy się pod jednym dachem, pomówmy o czymś przyjemniejszym.

– Co u stryjków Jeffa i Toma? – spytała Abby o pierwsze, co przyszło jej do głowy.

– Skąd mam wiedzieć? – odparł zawzięcie Mick, najwyraźniej nadal żywiący do braci urazę niezłagodzoną upływem czasu.

Rozpad spółki ujawnił różnice między braćmi dotyczące światopoglądu i stosunku do ochrony środowiska. Zresztą, zważywszy charakterystyczny dla O'Brienów upór, ich współpraca była od początku skazana na niepowodzenie. To i tak cud, że udało im się ukończyć budowę Chesapeake Shores.

Babka spiorunowała wzrokiem Micka, a potem odpowiedziała Abby:

– U nich wszystko w porządku. Tom pracuje nad ustawą o ochronie miejscowych wód i usiłuje zdobyć fundusze na oczyszczenie zatoki i jej dopływów. Jeff kieruje firmą nadzorującą dzierżawę sklepów w centrum miasta. Pracuje w niej też jego córka Susie. W zeszłym roku z wyróżnieniem ukończyła studia i Jeff jest z niej bardzo dumny.

– Abby, a co słychać u Megan? – zapytał nagle Mick. – Widujesz ją, prawda?

Dziewczyna ujrzała ból w oczach ojca i ogarnęło ją współczucie – jak wtedy, gdy matka wypytywała ją o resztę rodziny.

– Co parę tygodni spotykamy się na lunchu, a od czasu do czasu spędza sobotę z dziewczynkami. Dobrze sobie radzi i uwielbia życie w Nowym Jorku.

– Babcia Megan jest fantastyczna – odezwała się Caitlyn, po czym zakłopotana spojrzała na Micka. – Znasz ją?

Cień w jego oczach jeszcze się pogłębił.

– Kiedyś znałem – odpowiedział cicho wnuczce.

– Babcia Megan była dawniej żoną dziadka Micka – wyjaśniła Abby.

W oczach Carrie błysnęło zaciekawienie.

– I rozwiedliście się, tak jak mamusia i tatuś?

– Tak – odparł Mick.

– Czy wciąż kochasz swoje dzieci? – spytała Caitlyn z niepokojem. – Mamusia i tatuś mówią, że będą nas zawsze kochać.

– Mamusie i tatusiowie nigdy nie przestają kochać swoich dzieci – zapewnił ją Mick.

Mówiąc to, spojrzał na Jess. Dziewczyna odwróciła głowę i zaczęła kroić mięso na swoim talerzu, jednak pozostawiła je nietknięte.