Wydawca: My Book Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 361 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Smak cynamonu - Andrzej Strumnik

Smak cynamonu to dość szczególna książka w dorobku Andrzeja Strumnika. Oparta na biograficznych wątkach powieść, mimo iż dotyka kwestii historycznych, tak naprawdę dotyczy wiecznej tęsknoty za tym, co ulotne i bezpowrotnie przemijające. Tęsknoty za młodością, za odchodzącymi bliskimi czy rodzinnymi stronami, które wraz z upływem czasu coraz bardziej zacierają się w pamięci.
Przeżycia bohaterów powieści wpisane zostały w losy zmieniającego się kraju, w tragizm wydarzeń, które w pewnym sensie wypaczyły ludzkie charaktery. Mimo iż czas nie zaleczył ich ran, z utęsknieniem spoglądają w przeszłość. Nie potrafiąc odnaleźć się w nowej rzeczywistości, coraz częściej zatapiają się we własnych wspomnieniach. Czują ów Smak cynamonu, kojarzący się z ciepłem domowego ogniska, z rodzicielską troskliwością i przyjaźnią rówieśników.

Opinie o ebooku Smak cynamonu - Andrzej Strumnik

Fragment ebooka Smak cynamonu - Andrzej Strumnik

Andrzej Strumnik
Smak cynamonu
© Copyright by Andrzej Strumnik 2013Korekta: Magdalena GeragaProjekt okładki: Klara Piotrowska
ISBN 978-83-7564-417-3
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl
Publikacja chroniona prawem autorskim.Zabrania się jej kopiowania, publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży bez zgody Wydawcy.

Motto:

Nie ma nieba i piekła. Jest tylko jeden proch, który dla jednychjest niebem, a dla drugich piekłem. A dla najbiedniejszychnaszym światem.

Stanisław Jerzy Lec

Autor serdecznie dziękuje Panom:

Bogusławowi Matraszkowi

Tadeuszowi Matraszkowi

za konsultację historyczną.

Część I

Rozdział 1

Stara, zakurzona harmonia szczerzyła brudne miechy, odstraszając swym niechlujnym wyglądem nawet baraszkujące w pobliżu muchy. Powyrywane guziki trzyrzędowej klawiatury przywodziły na myśl pomarszczoną twarz staruszki, która w jakimś szaleńczym grymasie ukazuje światu braki własnego uzębienia. Czas pozostawił na porzuconym w kącie instrumencie swe piętno, jakby starał się ostrzegać ciekawskich przed podobnym, marnym końcem. Jakiś mało strachliwy pająk nic sobie jednak nie robił z zaklętych wewnątrz harmonii skrzekliwych nut, rozciągając na nierównościach grata swą lepką sieć. A muchy dalej psociły ludziom, ignorując ciemny, kuchenny kąt, w którym przecież czekało na nie ciągle to samo przeznaczenie.

Janek wiercił się na stołku, wprawiając w nerwowość nie tylko gospodarzy domu, ale przede wszystkim srogiego ojca, dla którego kindersztuba była ponad wszystko. W swym dziecięcym umyśle nie znalazł jeszcze odpowiedzi na nurtujące pytania. Ciężko mu było zrozumieć zachowanie starszyzny. Zaskoczony był tą dziwną nienaturalnością, zupełnie nielicującą z ich codzienną postawą. Bombardowany piorunującymi spojrzeniami, uciekał wzrokiem poza karcący rodzicielski zasięg, próbując wyłowić z kuchennego anturażu sołtysowego domostwa jakiś interesujący szczegół. Upstrzona lokami jasnoblond główka co i rusz odwracała się w stronę starej harmonii, zdając się wszystkim tłumaczyć jak mało ważne, w porównaniu z muzyką, są ich przyziemne sprawy. Ośmielony przedłużającą się pauzą, Janek zeskoczył ze stołka i niezdarnie podreptał w stronę wypatrzonego skarbu. Zanim dotknął instrumentu swą drobną, drżącą rączką, odwrócił się zapobiegliwie do starszych, śląc w ich kierunku pytające spojrzenie.

– Śmiało, Janek – rzekł sołtys. – Możesz się pobawić. To pudło i tak nadaje się na śmietnik.

Nie słysząc słownego odporu ze strony ojca, położył rękę na zakurzonej harmonii i przymknął oczy. Jakiś pstrozłocisty motyl przefrunął tuż pod powiekami, muskając zmysł wzroku delikatną materią skrzydeł. Wyjęty jak z kalejdoskopu obraz wbił się w źrenice, powodując w jego głowie iście rewolucyjne zmiany. Zamroczony napływem artystycznych wrażeń, stracił na chwilę kontakt z rzeczywistością. Ciałem wstrząsnął jakiś nienaturalny dreszcz, jakby zaklęty w instrumencie duch próbował nawiązać z malcem kontakt. Chłopiec, pomny ojcowskich przestróg co do odpowiedniego zachowania, siłą woli przesterował swój umysł, starając się zachować godną szanowanego we wsi gospodarza twarz. Chwycił drobną dłonią pasek harmonii, oddalając na chwilę stosowną reprymendę. Oszołomiony nagromadzoną porcją wrażeń, trwał jeszcze przez chwilę w takiej pozycji, wywołując na obliczach siedzących przy kuchennym stole mężczyzn łagodniejszą minę.

– A wiesz co? Elegantny ten twój Janek. Taki grzeczny i karny. Będzie z niego dobry gospodarz. Trzeba z nim tylko postępować łagodnie. No wiesz, Maurycy, o czym mówię. Chłopak musi się wyszumieć za młodu, bo inaczej będzie marność. My też, zanim się nie ustatkowaliśmy, musieliśmy swoje przejść. Dlatego dzisiaj nie latamy za obcymi spódnicami.

– Nie latamy, bo już mamy swoje lata – odciął się Maurycy. – A jakby się nadarzyła okazja, no to wiesz… – zachichotał nad pointą swego wywodu, nalewając z wysmukłej flaszki następną kolejkę. – Ale co tam nasze jałowe dyskusje. Lepiej powiedz, panie dzieju, co tam słychać w wielkim świecie?

– A gdzie mi tam do światowych spraw. Jestem tylko małym sołtysem i tyle.

– No nie bądź taki skromny. Przecież widzisz od czasu do czasu różnych miastowych, ba, nawet tych ze stolicy. Pewnie to i owo o uszy ci się obiło?

– E, co ci będę gadał. Lepiej, abyś tych nowinek nie słyszał. Był ostatnio u mnie Franek spod Krakowa, wiesz, mój bratanek, to mi trochę wieści przywiózł. Podobno w Galicji robią nowy zaciąg. Musi szykuje się coś grubszego, skoro Austryjaki się zbroją. Żeby tylko do jakiej wojny nie doszło.

– Spokojnie, Władek, straszą nas co kilka lat, a zobacz, żyjemy w spokojnych czasach. A zresztą, to niech i sobie ta wojna będzie. Na nasze zadupie i tak nie dojdą. Bo po co niby mieliby do nas przychodzić? Ziemia tu piaszczysta, to i plony za tęgie nie są.

– No nie wiem, ale coś mi tu śmierdzi. Za długo jest spokój.

– Władek, to nie na nasze głowy. Niech się martwią ci wszyscy mądrale. My mamy swoje problemy.

Maurycy podniósł kieliszek, zachęcając sołtysa do nalania jeszcze jednej kolejki. Alkohol rozlał się ciepłem po całym ciele, powodując nieziemski wytrzeszcz oczu.

– Mocna, franca – rzekł Maurycy, zakąszając kawałkiem leżącej na talerzyku słoniny. – To co? Jeszcze po szczeniaczku i będę leciał. Jutro z sąsiadami zabieramy się za ziemniaki. Latoś nieźle obrodziły. Roboty będzie co niemiara. Musimy uwinąć się w kilka dni, bo do sprzątnięcia zostało jeszcze pole Stasia. A i wdowie po Wacku też trzeba pomóc. Obsadziła tylko ze dwie morgi, reszta się marnuje. Eh, życie, życie. Całkiem głupie jesteś.

– Dlatego życia nie można brać na trzeźwo. No to cyk – podchwycił temat sołtys, wychylając z wprawą swój kieliszek.

* * *

Leżącą w powiecie bialskim, należącym do guberni siedleckiej, dużą wieś Połoski otaczały świeżo zaorane rżyska i połacie kartoflisk. Unoszące się z dopalających łęt dymy przesłaniały majaczący w dali las, tworząc złudzenie skrywającej jakąś tajemnicę kurtyny. Janek bał się tej tajemniczości, jakby wiedział, że pomiędzy drzewami czai się samo zło, jakiś czyhający na zabłąkaną duszę piekielny stwór. Ilekroć w przyszłości przyjdzie mu przechadzać się wiodącą przez las dróżką w stronę dużo większego niż Połoski Piszczaca, tyle razy będzie czuł na plecach delikatne mrowienie. Nigdy nie mógł oprzeć się wrażeniu, że coś czai się w otaczających leśny dukt choinkach, że lada moment jakiś potwór wyskoczy z zagajnika, porywając zadufanego śmiałka w plątaninę chylących się ze starości drzew.

Malec czuł się teraz bezpiecznie. Siedział na stercie łęcin i pałaszował ze smakiem pajdę – grubo posmarowanego smalcem ze skwarkami – chleba. Nieopodal rósł sporych rozmiarów kopiec ziemniaków, stanowiący swego rodzaju spichlerzyk, czekający na odkopanie do przyszłorocznego majowego sadzenia. Ludzie uwijali się z robotą, chcąc jak najszybciej sprzątnąć z pola owoce ich żmudnej pracy, nim nastanie pora intensywnych w tych stronach deszczowych opadów. Umorusane po łokcie ręce kobiet zgrabnie wybierały chowające się w rozrytych redlinach żółte bulwy, zapełniając co i rusz pękate, wiklinowe kosze. Rozgwar wyrywających wyschnięte brązowo-zielone krzaki i nacierających z motykami na chowające się w ziemi płody mężczyzn zestrajał się z radosnym szczebiotem ich połowic, niosąc się nad polami istną kakofonią.

Dzieciństwo Janka przebiegało beztrosko. Gospodarstwo Maurycego było dość spore i samowystarczalne, toteż w domu nigdy niczego nie brakowało. W spiżarni zawsze był zapas jadła, ot tak, na wszelki wypadek, gdyby nadeszły gorsze czasy. Chłopakowi nie żałowano nawet frykasów, przywożonych z odbywającego się w każdy piątek w Połoskach targu; matka chowała je w spiżarce przed zbyt szybkim ich spałaszowaniem. Janek najbardziej lubił cynamonowe ciasteczka, stanowiące niedzielny, poobiedni deser. Po latach powracał do niego smak domowych potraw i ten niepowtarzalny zapach cynamonu, spowijający wnętrze stojącego w kuchni kredensu. Nic nie zapowiadało przerwania tej sielskości, tego poczucia bezpieczeństwa, które dawał mu rodzinny dom. Już wkrótce jego linia życia miała ostro zakręcić, weryfikując zapisany w gwiazdach scenariusz.

* * *

Niedzielne msze w połoskiej drewnianej cerkwi unickiej, zbudowanej w dziewiętnastym wieku, stanowiły w leniwie toczącym się życiu Janka świetny przerywnik. Siedząc na prowadzących do skromnego ołtarza stopniach, wpatrywał się w zamyślone twarze wiernych, nie mogąc się nadziwić pstrokaciźnie odświętnych strojów, temu całemu religijnemu rytuałowi, którego nijak nie dało się zapamiętać. Trudno mu było pojąć, dlaczego jedni splatają ręce, wpatrując się z nabożnością w święte relikwie, inni zaś trzymają zapalone świeczki, co i rusz czyniąc znak krzyża. Najbardziej podobał mu się jednak ubrany w czarny strój pop. Wysoki, trochę dziwaczny kołpak na głowie i długa, siwa broda przysparzały duchownemu tyleż powagi, co tajemniczości. Wsłuchując się w płynną melorecytację popa, podśmiechiwał się często z tego ptasiego szczebiotu, z niezrozumiałych słów, stanowiących mszalną celebrę. Bawiły go przygarbione ludzkie sylwetki, które na dany przez postać w czarnym odzieniu znak ćwiczyły dziwne skłony. Siedzący obok niego Aaron, towarzysz dziecięcych zabaw, też często nie potrafił zachować stosownej do sytuacji powagi, robiąc głupawe miny, co jeszcze bardziej Janka rozśmieszało. Za ten afront nagminnie był napominany przez stojącą blisko ołtarza starszyznę. Pewnie oberwałoby mu się po mszy od ojca, na szczęście pop co jakiś czas głaskał jasną główkę niesfornego dziecka, łagodząc skrzywione pretensjami miny starszych. Janek lubił ten niedzielny rytuał z jeszcze jednego powodu. Po skończonej mszy przed broniącą dostępu do cerkwi bramą trwał jarmarczny ruch. Na porozstawianych stolikach dostrzec można było nie lada skarby. Wśród domowych wypieków poutykane były kolorowe pajacyki, koguciki i piszczałki. Różnokolorowe wstążki i cekiny mieniły się na stertach przywiezionych z Piszczaca materiałów, zachęcając gospodynie do ich kupna. I ten wszędobylski zapach cynamonu, przywodzący na myśl ulubione ciasteczka Janka, wgryzał się w pamięć, zachęcając do penetrowania kolejnych stoisk.

Maurycy nigdy podczas niedziel nie skąpił pieniędzy. Zawsze starał się pokazać wśród miejscowej społeczności jako hojny gospodarz. Za to w dni powszednie już tak kolorowo nie było. Ciułał każdy grosz, jakby się spodziewał nadejścia chudych lat. Jego zaradność i życiowa mądrość podyktowane były troską o jedynego potomka, w którego ręce miała kiedyś przejść gospodarka. Bał się nawet pomyśleć, że jego i wcześniejszych pokoleń praca mogłaby pójść na marne. Matka Janka za to była zupełnym przeciwieństwem Maurycego. Jako najstarsza z trójki dzieci miała być wydana za majętnego gospodarza, zapewniając sobie na przyszłość godziwe życie. Celina nie chciała zostać wiejską gospodynią. Marzył jej się inny świat. Świat przesycony romantyzmem, poezją i muzyką. Świat dostarczający artystycznych przeżyć, nacechowany nostalgią i patosem. Pamiętała do dziś wyjazd na wakacje do mieszkającej w Łukowie ciotki, w którym to mieście miała okazję być dwa razy na koncercie pianistycznym, a raz nawet zwiedzić objazdową galerię malarską. Tęskniła za tą specyficzną, artystyczną aurą, za unoszącym się ponad muzycznymi frazami czarem i dobywającą się z umieszczonych na sztalugach płócien feerią barw.

Zmówiny za jej plecami zburzyły te marzenia, wbijając się zadrą na całe życie. Konfrontacja Maurycego z Celiną przebiegała, jak obyczaj każe. Oboje poddali się nakazowi rodziców, szybko przechodząc do prozy życia. Maurycemu jednak spodobała się oblubienica. Była jakaś inna niż chętne do zamążpójścia pozostałe we wsi dziewczyny. Blada karnacja i jasnoblond włosy podkreślały jej delikatność i przywodzącą na myśl anielską zwiewność. Owocem tego małżeństwa z rozsądku był właśnie Janek, który odziedziczył po matce ciągoty do porzuconego przez nią świata. Na razie nic jeszcze nie zapowiadało porażki Maurycego, który widział w Janku największego stąd aż po kresy bialskiego powiatu gospodarza.

* * *

Białe, śniegowe czapy przykrywały gospodarskie budynki od strzech aż po ganki. Zwisające z dachów sople lśniły w południowym słońcu, odbijając jego blask jak pokryte niklem sztylety. Na przyprószonych srebrnym szronem szybach malowały się rodzajowe scenki, jakieś zaczarowane kwiaty paproci czy gotowe do skoku dzikie zwierzęta. Janek był zauroczony tą okienną pstrokacizną. Siedział w kuchni i spoglądał na zasypany śniegiem świat, rysując palcem na zaparowanej szybie komiczne ludziki. Matka krzątała się koło pieca, co i rusz zaglądając do duchówki, w której piekł się chleb.

Zimy w tych stronach były ostre i śnieżne. Często biały puch odcinał domowników od świata, skazując ich na trwanie we własnych ścianach przez długie tygodnie. Na miejscowych taki domowy areszt nie robił jednak wrażenia, bo zabudowania były dość funkcjonalne. Część mieszkalna, poprzez krótką sień, łączyła się z małym pomieszczeniem gospodarczym, a dalej z oborą i chlewem, skręcając pod kątem prostym do drewutni, stodoły, stajni, kurnika, aż po wychodek. Codzienny obrządek można więc było wykonywać bez wychodzenia na podwórze. Jedynym mankamentem była studnia. Zapasy wody w konwiach dla domowników i w beczkach dla zwierząt po jakimś czasie się kończyły, toteż niejednokrotnie trzeba było kopać w zmarzniętym śniegu prowadzący do studni tunel. Maurycy każdej zimy obiecywał sobie, że gdy tylko nadejdzie wiosna, zbuduje prowadzący do źródła wody drewniany korytarz. Wtedy mógłby przetrwać nawet całą zimę, tym bardziej że obszerna spiżarka pod podłogą sieni zawsze była solidnie zaopatrzona.

Któregoś dnia roku 1909, właśnie podczas takiej ciężkiej zimy, Janek zaniemógł. Sprowadzony z Piszczaca doktor rozłożył tylko ręce, wieszcząc złowrogo:

– Zapalenie płuc.

Ówczesna medycyna, przynajmniej na takim odludziu, niewiele mogła pomóc, toteż nie pozostawało nic innego, jak tylko czekać, wspomagając się wypróbowanymi ludowymi miksturami. Janka położono na stojącym w ciepłej kuchni łóżku. Leżąc na piernacie, dyszał z trudem, wystawiając spod ciężkiej, wypchanej gęsim puchem pierzyny upstrzoną jasnymi lokami głowę. Cierpiąc od nadmiaru wchłanianych ziołowych specyfików, roił w malignie fantasmagorie, od czasu do czasu wykrzykując niezrozumiałe słowa. Śnił o kwiecistych łąkach, na których trwał koncert koników polnych, o wijącej się nieopodal rzeczce, której brzegi porastały pochylone w zadumie wierzby. Projekcje z kolorowej książeczki poprzetykane były jakimiś ponurymi scenkami z pająkiem w tle. W swej wyobraźni wyciągał ręce do starej harmonii, próbując wydrzeć ją z zastawionej na wielkie muchy sieci. Po dwóch tygodniach majaczenia, przerywanego tylko skromnymi posiłkami i ohydnymi miksturami, gdy już wszyscy stracili nadzieję na jakąś poprawę, Janek odkrył pierzynę i ni stąd, ni zowąd oznajmił:

– Idę się bawić. Nie chcę już leżeć w tym łóżku.

Tłumaczenia rodziców, że jeszcze nie czas, że choroba tylko przyczaiła się w mikrym ciele i ponownie może pokazać swoje wstrętne oblicze, na niewiele się zdały. Malec sprawiał wrażenie posłusznego, gdy jednak spuszczano go na chwilę z oczu, uciekał na podwórko, baraszkując w śniegu po pas. Przemoczony, leżał później pod ciepłą pierzyną, wysłuchując matczynych pretensji i ojcowskich gróźb. Ta dziecięca lekkomyślność omal nie zakończyła się tragicznie. Na wpół wyleczony organizm na szczęście obronił się przed wzmożonym atakiem złośliwych bakterii, jednak skutki tego zapalenia płuc Janek będzie odczuwał jeszcze w dorosłym życiu.

* * *

Zimowe wieczory zawsze aktywizowały młody organizm Janka. O zmierzchu potrafił się lepiej skupić, ułożyć sobie plan działania na następny dzień, a nawet przyjąć do wiadomości mentorski ton ojca czy prośby łagodnie usposobionej do życia matki. W swym dziecinnym jeszcze rozumku przewartościowywał wszelkie za i przeciw, starając się zapamiętać przeważnie to, co było mu na rękę. Zmysł spostrzegawczości Janka wybiegał ponad określone w przypadku jego wieku standardy, powodując chłonięcie nawet z pozoru nieprzydatnych do życia spraw czy wyłapywanie wypowiadanych przez dorosłych wszelkiego rodzaju plotek, uwag i insynuacji. Dochodziło do tego, że chłopak powtarzał na osobności mądre spostrzeżenia na temat polityki, świata kultury, czy nawet religii, która w szczególnych przypadkach, zwłaszcza wtedy, gdy ojciec nadużył trunków, okazywała się strasznie wypaczona. Któregoś dnia udało mu się zapamiętać słowa goszczącego często w domu sołtysa, lamentującego coś na temat barbarzyńskiej, według mniemania gościa, inwazji wojsk cesarza Franciszka Józefa na biedną Bośnię i Hercegowinę, czy jakoś tak. Janek nie zapamiętał wtedy szczegółów rozmowy, ba, nie zrozumiał nawet jej sensu, ale za to zauważył znaczącą zmianę łagodnego na co dzień wyrazu twarzy wiejskiego włodarza. Po paru miesiącach takich obserwacji zaświtała w mikrym rozumku dzieciaczka strasznie mądra myśl, zahaczająca nawet o trudne do przyswojenia filozoficzne aspekty.

„Skoro dorośli się martwią, to znaczy, że coś się niedobrego szykuje”.

Intuicja dziecka nijak nie mogła przełożyć się na prozę życia, bo skąd malec mógł wiedzieć, co szykują ogarnięci jakąś starczą demencją dorośli. W jego świecie wszystko było jasne. Albo kogoś lubię i z nim przestaję, albo nienawidzę, więc nawet nie chcę go znać. Tymczasem w tym pokręconym dorosłym świecie najpierw się publicznie ściska, a potem nasyła na siebie wojska. Na szczęście jego ojciec był większym optymistą niż siejący wokół defetyzm przedstawiciel małej, lokalnej władzy. Maurycy zawsze takie rewelacje kwitował znamiennym: „Panie dobrodzieju, będzie dobrze. Przecież nikomu nie opłaca się burzyć tego, co przynosi jakieś zyski”.

– A co tam zyski – lamentował często sołtys. – Dzisiaj już nie liczą się pieniądze, tylko ideologia. Jak ktoś coś tam sobie ubzdura i ma do tego militarne zaplecze, to może zrobić wszystko.

– To znaczy co? – pytał przy każdej okazji Maurycy.

– Co, co, no jasne jest, że wszystko. Jak urzędnik powie, że nie żniwujemy w sierpniu, tylko w lutym, to tak musi być. W końcu to oni ustalają prawa.

– A wiesz, gdzie ja mam ich prawa? Mnie to oni mogą pocałować w zad. Jestem samowystarczalny. Nie potrzebuję łaski głupich polityków, żeby zjeść czy wypić. Dopóki mam siłę, dopóty bieda w oczy mi nie zajrzy.

– Oj, Maurycy, Maurycy, żeby to było takie proste. Nawet do naszej małej wsi może kiedyś trafić jakiś żandarm i nakazać nam płacenie haraczu. A jak nie, to jaśnie panujący Mikołaj podeśle nam oddział sołdatów i powiozą nas w Sybir.

– I po co to krakanie? Z każdym czynownikiem można się dogadać. Jeszcze nie widziałem carskiego urzędnika, który byłby obojętny na naszą gościnność. Jest spiryt, jest jadło, to i rozmowa układna.

– Obyś miał rację. Szkoda byłoby to wszystko zostawiać i iść na poniewierkę. Nasi przodkowie poprzewracaliby się w grobach.

– Władek, przestań już o tym gadać, bo i mnie to czarne widzenie zaczyna się udzielać. Trzeba myśleć pozytywnie. Będzie dobrze. Zobaczysz.

Rozdział 2

Skwierczący mróz zeszklił okna wiejskich chat, tworząc na nich fantastyczne mozaiki. Lodowe zgrubienia przypominały trochę sceny z mrocznych snów, odwodząc ciekawskich od wpatrywania się w bijącą z dworu jasność.

Janek przetarł oczy, leniwie prostując swe chude ręce. Opatulony ciężką pierzyną, nie miał zamiaru wyściubiać na zimny świat nawet nosa. Potrzeba fizjologiczna wygnała jednak malca z ciepłej pościeli, malując na jego twarzy cierpiętniczy grymas. Matka krzątała się koło pieca, coś tam pichcąc i co rusz dokładając brzozowych szczap do ognia. Chłopak podreptał w kierunku wiodących do sieni drzwi, sycząc kilka razy, gdy jego bose stopy napotykały walający się na podłodze okruch.

– Janek, będziesz jadł?

– Zaraz, najpierw jeszcze trochę poleżę.

– Nie możesz tak długo spać. Już dzień. Trzeba wziąć się za jakąś robotę.

– Już wstaję, tylko jeszcze przez chwilkę się pogrzeję.

– Nie marudź. Wstawaj. W chałupie nie jest tak zimno. Ubierz się, zjedz śniadanie i pomóż mi przy kuchni.

– A gdzie tata?

– Poszedł do sąsiada obgadać spotkanie przed zapustami.

– E tam, ja nie lubię postu. Wtedy jest smutno. Nie ma co robić. Aaron ma lepiej. On się nie przejmuje naszymi zwyczajami. Niedawno mi powiedział, że jesteśmy zabobonni.

– Janku! Nie wolno powtarzać takich bzdur. Z tego mogą wyniknąć tylko jakieś termedie. Oni mają swoje zwyczaje, a my swoje. No co, czy nasze przygotowania do zapustów nie są piękne? A przypomnij sobie tłusty czwartek. Wcinałeś pączki, aż ci się uszy trzęsły.

– Mamusiu, a kiedy nasmażysz pączków?

– Już niedługo, Janku. Lada chwila kończą się dni swawoli. Ale zanim zacznie się post, trochę sobie podjemy.

– A czy ja mogę pójść do Aaronka? Oni niedługo robią maslenicę. Jego tata powiedział, że będzie sanna, a później ognisko. Mama Aaronka napiecze blinów, a i będą śledzie w śmietanie.

– Oj, głuptasku, a czy u nas nie ma co jeść? Też będą śledzie i bigos, i ciasto. Przecież nigdy w naszej kuchni jadła nie brakowało.

– Wiem, mamusiu, ale nie o to chodzi.

– A o co?

– Przecież muszę pójść do Aaronka. Słyszałem, że nikt go nie lubi. To chociaż ja pobędę z nim chwilkę.

– Masz dobre serce, Janku, ale lepiej uważaj. Świat nie jest taki prosty, jak ci się wydaje. Czasami trzeba się dostosować do innych, nawet jeśli nie będzie ci to pasowało. To, co dobre, musi przeważnie pozostawać w sercu. Inaczej człowiek może zabrnąć w jakąś ciemnicę. Lepiej uważać, co się mówi. Zanim wypadną ci z twojej buźki jakieś mało lubiane przez większość słówka, warto ugryźć się w język.

– Nie można gryźć się w język, bo poleci krew.

– Oj, Janku, Janku. Jeszcze jesteś dziecinny, ale kiedyś dowiesz się, o czym mówię. Będziesz jeszcze wspominał starą matkę, która uczyła cię, jak przejść przez to durne życie bez szkód.

– Mamo, ty nie jesteś stara. Stara jest babcia Aaronka. Ona chyba ma już ze sto lat.

– No dobra. Dość tych zbędnych dyskusji. Wstawaj. Zajrzymy do kurek. Może coś dzisiaj naniosły.

* * *

Pan Bocian, jak nazywali wiejscy dowcipnisie Stanisława Mruczyńskiego, ich najbliższego sąsiada, w komiczny sposób przeszedł się po kuchni, wywołując na twarzy Janka radosny grymas. Jego długie, szczudłowate wręcz nogi przywodziły na myśl właśnie starego bociana, który kroczy po mokradłach, wypatrując swego zielonego przysmaku. Pan Stasio, jak malec często mówił o ich sąsiedzie, założył na dzisiejszą okoliczność długą, czarną marynarkę z rzędem błyszczących guzików, zupełnie niepasującą do trochę przykrótkich kraciastych spodni. Za to jego połowica wyglądała bardzo odświętnie. Spod upstrzonego cekinami serdaczka wystawały obszerne rękawy białej bluzki, zakładanej przez Felicję tylko w szczególne dni. Zawieszone na szyi długie, krwiste korale doskonale korespondowały z jaskrawoczerwonymi, poprzecznymi pasami zapaski. Kwiecista chusta, stanowiąca wierzchnie okrycie stroju, wisiała na oparciu krzesła, dodając jej jakiejś nobliwej aury. Maurycy i Celina za to już tak wytwornie nie wyglądali. Matka Janka, odziana w białą bluzkę i szarą spódnicę, zmuszona była zarzucić na siebie trochę sfatygowany fartuch, chroniąc w ten sposób spodni strój przed umorusaniem od tych wszystkich skwierczących na ogniu garnków, osmolonych fajerek czy pryskającego na boki tłuszczu z przygotowywanej zasmażki. Maurycy też jakoś nie chciał wyciągać z szafy bardziej wytwornych ubrań, które chował na szczególniejszą niż ta okazję. Mimo to, spotykając się z sąsiadami na często zakrapianych przyjęciach, zawsze chciał się pokazać jako schludny, elegancki gospodarz. Tego dnia założył na swe spracowane barki odziedziczony po ojcu niemodny już surdut, którego rękawy i długość zdradzały posturę jego protoplasty.

– No to, Stasiu, po jednym. Pod te zapusty.

Mężczyźni przechylili szklanice z grubego szkła, krzywiąc się przy tym z niesmakiem.

– Masz, zakąszaj – zwrócił się do gościa Maurycy, nadziewając na widelec słuszny kawałek szynki. – Coś mocna mi franca ostatnio wychodzi. Ale to i dobrze. Jak mniej się opijem, to nie będziem co chwilę latać do wychodka. No, Celina, siadaj. Musisz się z nami napić na okoliczność, coby nam ten post szybko zleciał.

– Za chwilę, pączki już dochodzą.

– A zrobiłaś też ze słoniną i boczkiem? Za dużo słodkiego niedobrze. Może nas zemdlić.

– Ty lepiej patrz, żeby cię nie zemdliła ta twoja gorzałka. A nie przeholuj, jak ostatnio, bo znów cały następny dzień zmarnujesz.

Janek lubił te spotkania. Ilekroć zaglądali z wizytą sąsiedzi, pozwalano mu na więcej. Nawet mógł dłużej niż zwykle pobiegać po podwórku, wyczyniając z Aaronem wszelkie brewerie. W dzień zapustów A.D. 1910 Janek też postanowił zajrzeć do koleżki. Cieszył się, że będzie mógł pofiglować do woli, bo pewnie jutro srogi tata nie pozwoli mu, jak obyczaj każe, na żadne ekstrawagancje.

W domu Aarona nie było tak wesoło jak u nich. Trudno mu było zrozumieć, że ta ich maslenica przypada kiedy indziej. Cudnie by było razem obchodzić zapusty, a nie patrzeć, jak jedni poszczą, a drudzy się bawią. W jego dziecięcym, jakże naiwnym jeszcze świecie nie było miejsca na takie dziwaczne różnice. Często zaprzątały głowę Janka słyszane na co dzień uwagi, które nijak nie chciały pasować do oglądanej rzeczywistości. Nie mógł zrozumieć, na czym polegała różnica między nim a tym „żydowskim chłoptasiem”, jak określała Aarona część wioskowej starszyzny. Na oko przecież widać było, że jego przyjaciel jest taki sam jak wszyscy. Też ma dwie nogi, dwie ręce i też potrafi tak samo psocić starszym jak on sam.

Zapusty u Maurycego i Celiny zazwyczaj trwały długo. Zbyt długo, jak na gust i wieczorne zmęczenie Janka. Malec czasami zasypiał na piernatach, tak jak stał. Dopiero po wyjściu podchmielonych gości przywracało go do życia delikatne muśnięcie spracowanych dłoni matki, które z jakąś nabożnością poprawiały lekko kręcące się loczki. Budził się wtedy z uśmiechem, jakby śniły mu się jasne anioły. Czuł się bezpiecznie. Wydawało mu się, że cały ten zimny i mroczny świat za oknami był tylko wytworem jego wyobraźni.

W Środę Popielcową, już od samego świtu, Maurycy z Celiną krzątali się po obejściu, nie przejmując się śpiącym Jankiem. I tak lada chwila chłopiec musiał wstać, aby zgodnie z obyczajem udać się z rodzicami na rozpoczynającą okres Wielkiego Postu mszę. Na samą myśl o niekończącej się wstrzemięźliwości od sutego jadła i przesadnego umiaru w zachowaniu Janek dostawał gęsiej skórki. Nie raz przydarzało mu się po kryjomu pałaszować słodkości, wyniesione z domu przez traktującego z przymrużeniem oka wszelkie religijne obrzędy Aarona. Dobrze, że tej wielkiej profanacji nie widział jego ojciec, bo pewnie skończyłoby się na dotkliwej karze.

Stara unicka cerkiew, wciśnięta w równie wiekowy park, już od rana zapraszała wiernych otwartymi podwojami. Katolicki duchowny, dzielący świątynię z miejscowym popem, przygotowywał się do celebry, stanowiącej zapowiedź długiego postu. Janek z Aaronkiem jak zwykle przysiedli na prowadzących do ołtarza stopniach, zupełnie nie przejmując się tym, że ich obecność może przeszkadzać w odprawianiu mszy. Na szczęście ksiądz zupełnie nie zwracał uwagi na malców, skupiając się nad mającym zacząć się po kazaniu obrządku. Janek niewiele zrozumiał z opowieści duchownego, za to jego bystre oczy wyłapały nagromadzone na stoliku obok ołtarza dziwne akcesoria. Zanim zrozumiał, do czego mają służyć te wszystkie miseczki i kielichy, ksiądz podniósł jakąś urnę i z namaszczeniem w głosie zwrócił się do zebranych:

– Pamiętajcie, że jesteście prochem i w proch się obrócicie.

Wierni jak na komendę ruszyli ławą w stronę ołtarza, klękając przed samymi stopniami. I rozpoczął się rytuał posypywania głów popiołem, który dekorował włosy oddanych bez reszty wierze mieszkańców wsi mało foremnym znakiem krzyża. Po rytualnym przeżegnaniu się każdy w skupieniu wracał do ławki, robiąc miejsce oczekującym na swoją kolej. Gdy obrządek został zakończony, duchowny nakreślił w powietrzu znak krzyża i odwrócił się w stronę ołtarza. I wtem ciszę przeszył piskliwy głos dziecka:

– A ja?

Ksiądz odwrócił się, zaskoczony, i dopiero teraz uprzytomnił sobie, że pominął dwie małe, nudzące się jak mopsy duszyczki, które każdej niedzieli przesiadywały na wiodących do ołtarza stopniach. Wykrzywiając w jakimś przypominającym uśmiech grymasie usta, zszedł do klęczących urwisów i z wielką powagą wysypał prawie całą garść popiołu na pochylone główki. Gdy Janek z Aaronem wstrząsnęli się ze wstrętem, czując, jak palmowy popiół sypie im się za koszule, duchowny parsknął śmiechem, zarażając podobną reakcją przyglądającą się całemu zajściu starszyznę. Chłopaki z markotnymi minami schowali się w tylnych rzędach ławek, chcąc w ten sposób uniknąć drwin rozbawionego tłumu. Po skończonej mszy wybiegli poza mury świątyni, próbując wmieszać się w zgraję baraszkujących dzieciaków. A tam, jak obyczaj kazał, utworzone naprędce grupki latały wokół, posypując się przyniesionym w torebkach popiołem. Gryzący oczy i zatykający nozdrza pył unosił się wokół niczym dymy z dogorywających ognisk. Gdyby nie interwencja starszych, hucpy dzieciarni przerodziłyby się pewnie w jakieś nieszczęście. Odtąd Janek nie był już przesadnie zainteresowany religijną celebrą. Namawiany przez Aarona do niepokorności, coraz bardziej zaczął swym dziecinnym jeszcze okiem spoglądać na stare obrzędy i zwyczaje, których nie dość, że nie rozumiał, to jeszcze musiał brać w nich udział. Powoli w umyśle malca zaczęły nawarstwiać się jakieś niebezpieczne miazmaty, które kiedyś, gdy dorośnie, staną się zaczątkiem do przewartościowania całej jego życiowej filozofii. Na razie jednak Jankowi bliżej było do zwyczajów panujących w rodzinie Aarona, które już nie wydawały mu się takie dziwaczne.

* * *

Przygotowania do Wielkanocy szły pełną parą. Latoś święto Zmartwychwstania Pańskiego przypadało na dwudziestego siódmego marca, co w tych stronach związane było z pewnymi niedogodnościami. Pod koniec marca właśnie powiat bialski często nawiedzały wielkie ulewy. Ciepłe deszcze i topniejące w bruzdach śniegi odcinały sporo gospodarstw od świata. Agonia zimy musiała być okupiona stosownymi stratami w ludzkich zagrodach. Podtopione obory i stodoły uzmysławiały wszystkim, że człowiek długo jeszcze nie będzie panował nad rozkapryszoną naturą.

W gospodarstwie Maurycego sroga Pani Zima nie poczyniła większych szkód, za to otoczyła zabudowania błotnistym morzem. Domownicy siedzieli więc w chałupie, zajmując się głównie obrządkiem. Celina przygotowywała jadło, Maurycy krzątał się w gospodarczych pomieszczeniach, a Janek oglądał przez okno w gościnnym pokoju zalany aż po horyzont świat. W mikrym jeszcze rozumku dziecka lęgły się jakieś złe przeczucia, podpowiadające mu, że woda z topniejącego śniegu może któregoś dnia podejść aż po okienną ramę i wlać się do domu. Jego przeczucia potwierdziły się po południu, gdy lunął kolejny wiosenny deszcz. Podwórko wyglądało jak staw, na powierzchni którego unosiły się suche patyki, kawałki słomy i jakimś cudem ocalałe po zimie resztki zbutwiałych, kartoflanych łęcin.

– Mamo, a jak nas zaleje?

– No coś ty, Janek, przecież deszcz nie będzie padał bez końca. Jutro wyjdzie słońce, zobaczysz, i osuszy ziemię.

– Szkoda, że nie mogę pobawić się na dworze.

– Jeszcze zdążysz się pobawić. A na razie pomożesz mi malować jajka. Musimy jeszcze udekorować izby, ale to jutro, jak trochę przeschnie to błocko. Trzeba nazrywać zielonych witek, a i przygotować koszyczek do święcenia.

– A mogę zaprosić Aarona?

– Możesz, ale dopiero w lany poniedziałek. Pierwsze święto jest dla rodziny. Przyjedzie wujostwo z Piszczaca, a także stryj Wacław z Choroszczynki.

Święta w rodzinie Maurycego obchodzone były z wielką pompą. Po spełnieniu mszalnego obowiązku i skosztowaniu, jak obyczaj każe, święconki domownicy wraz z przyjezdnymi natarli na suto zastawiony w gościnnym pokoju stół, pałaszując przygotowane przez Celinę dania. Baranek z masła przyglądał się w skupieniu wielkiej wazie, z której parował przyrządzony na zakwasie gorący żur z kiełbasą i chrzanem. Wędzona w jałowcowym dymie szynka uśmiechała się swym różowym wnętrzem do sałatek i śledzi, wśród których majestatycznie górowały aromatyczne pajdy świeżo upieczonego chleba. Całość upiększały barwione na różne kolory za pomocą naturalnych barwników kraszanki, poutykane między ciasta i wielką drożdżową babę. Specjalnością pani domu była jednak pascha. Przyrządzana z mielonego twarogu, mleka, wanilii, cukru i przeróżnych bakalii słodkość znikała zawsze najwcześniej, co wywoływało w głowie Celiny solenne przyrzeczenie, że następnym razem narobi jej więcej.

Trochę zdezorientowany nagromadzeniem dań Janek wodził oczami po całym wielkim stole, jakby szukał nieznanych sobie frykasów. I nagle pobrzękiwanie sztućców zmącił jego niewinny głosik, domagający się z niesamowitą wręcz pretensją swojej ulubionej potrawy.

– Mamo, a są moje ciastka? Wiesz, takie ze słodkim cynamonem. Ja lubię cynamon.

– Janku, dzisiaj są święta, więc trzeba jeść odświętnie.

– To może nasmaż mi placków ziemniaczanych.

– No dobrze, usmażę ci na wieczór. Najpierw jednak musisz skosztować tego, co na stole.

– Janek, nie grymaś, tylko zasuwaj. Ciesz się, że mamy co do garnka włożyć. Jeszcze mogą nadejść chude lata, a wtedy będziesz latał po wsi i szukał czegokolwiek do zjedzenia.

– Maurycy, nie strasz dziecka – przerwała moralizatorski wywód męża Celina. – Jeszcze, nie daj Boże, wykraczesz tę biedę.

– No dobra, niech ci będzie – rzucił pojednawczo Maurycy. – Janek, chodź do mnie, walniemy się jajem. Zobaczymy, kto tym razem będzie lepszy.

Janek poderwał się od stołu, ciesząc się, że nareszcie będzie mógł pokazać swą wyższość w walce na jajka. Lekko ściskając w drobnej dłoni kraszankę, trochę niepewnie popatrzył na trzymane w wielkiej ojcowskiej ręce jajo, które nacierało na jego kolorowy skarb niczym taran na kruchą bramę. Maurycy wiedział jednak, jak uderzać, aby własne jajo pękło pierwsze, sprawiając tym samym chłopakowi wielką radość.

Gdy już biesiadnicy skosztowali wszelkich potraw, gospodarz domu przystąpił do najważniejszego, według jego mniemania, wielkanocnego rytuału. Wstał od stołu i skierował swe kroki w stronę wielkiej, odziedziczonej po swoim ojcu, ozdobnej szafy. Po chwili, gdy wrota otwarły się z cichym skrzypieniem, w rękach Maurycego ukazały się dwie wysmukłe flaszki zrobionego na tę okoliczność samogonu, wywołując wśród męskiej części gości zrozumiałe zadowolenie.

– Chłopy, to po kielichu, coby jadło się w należyty sposób przegryzło. Mówię wam, nie ma nic gorszego niż przejedzenie.

I tak na oczach małego Janka toczyło się to ciężkie życie. Chłopiec chłonął te wszystkie zwyczaje i obrzędy, jakże odmienne od jego niewinnego rozumienia świata. Jeszcze nie pojmował sensu często przytaczanych przez dorosłych słów, które, nie wiedzieć czemu, zahaczały o takie pojęcia jak: młodość, szczęście i piękno. Ale, jak gadało starszeństwo, sam się kiedyś o tym przekona, prawiąc podobne morały własnym wnukom.

Rozdział 3

Wczesne dzieciństwo Janka przebiegało dość spokojnie. Nieobarczany jakimiś uprzykrzającymi życie obowiązkami, spędzał czas na zbytkach, dzieląc go głównie między rodzicami a Aaronem. Ta sielanka musiała się jednak kiedyś skończyć. I tak, po żniwach A.D. 1911, siedmioletniemu chłopakowi obwieszczono przyjemną, tak mu się wtedy wydawało, wieść.

– Janek, czas pójść do szkoły. Musisz nauczyć się czytać i liczyć, bo dobry gospodarz powinien dzisiaj być wykształcony – oznajmił ojciec i z dumą popatrzył na rozumiejącego powagę sytuacji synka.

Przyrost naturalny we wsi Połoski i w okolicznych przysiółkach sprawił, że można już było pomyśleć o otwarciu edukacyjnej placówki na miejscu. Rosyjskie władze szkolne w Białej Podlaskiej, mimo zakrojonej na szeroką skalę rusyfikacji, objawiającej się między innymi zamykaniem polskich placówek kulturalno-oświatowych, o dziwo, przychyliły się do wniosku mieszkańców wsi, zgadzając się na powołanie do życia dwuklasowej szkoły powszechnej. Urzędnicy carscy wychodzili pewnie z założenia, że w razie ewentualnego zaciągu miejscowych chłopów do imperatorskiej armii ich sotnie będą dysponowały żołnierzami, którzy potrafią przeczytać i zrozumieć rozkazy dowódców. Miejscowego sołtysa i co bardziej światłych gospodarzy nie interesowała jednak wielka polityka, ale fakt, że ich pociechy nie będą musiały dojeżdżać do szkoły w Piszczacu. I tak w obszernym domu sołtysa Władysława Sikorki przeznaczono dwie izby na edukację wiejskich dzieci. Sprowadzony z Piszczaca nauczyciel zamieszkał na razie w jednej z owych izb, ciesząc się, że misja niesienia kaganka oświaty nie będzie okupiona wędrówką po polnych, często błotnistych drogach Połosek.

Dzieci z pewnym przestrachem przyglądały się lekko przygarbionej postaci nauczyciela, który od tej pory miał stać się dla nich nie tylko wyrocznią w jakże jeszcze enigmatycznym nauczaniu, ale przede wszystkim wychowawcą, zastępującym na czas przebywania w szkole rodziców. Pokorna dziatwa poddała się takiej zwierzchności, w czym duży udział mieli trzymający dzieciaki twardą ręką ojcowie. Jankowi spodobała się szkoła. Ilekroć wracał do domu, z dumą pokazywał matce koślawo napisane litery czy różnokolorowe ptaszki, motylki i kwiatki, stanowiące w tej nieudolnej pisaninie mały przerywnik. Gorzej było z rachunkami. W tej dziedzinie Janek nie przejawiał wielkich zdolności, ale z czasem i tu nastąpiła pewna poprawa. Jego przyjaciel Aaron był za to arytmetycznym geniuszem. O rok starszego chłopaka nauczyło biegle liczyć życie. Często w domu rodzice rozkładali na stole ciężko zarobione grosze, odmierzając stosowne porcje na najpotrzebniejsze artykuły. Z czytaniem synowi żydowskich osadników już tak dobrze nie szło. Można nawet powiedzieć, że prawie wcale mu nie szło. Aaron umiał jednak czytać, tyle że w języku jidysz, którym napisany był ich ruszony zębem czasu Talmud. Ilekroć na lekcjach wywoływany był do przeczytania jakiegoś słówka, pocił się ze strachu, jakby stawał przed rabinem, recytując fragment nauczonego na pamięć świętego tekstu. Chłopcy bardzo szybko zwrócili uwagę na pewne niedoskonałości swych umysłów, toteż postanowili solidarnie się wspomagać. I tak Janek wprowadzał przyjaciela w enigmatyczny świat polskiej pisowni, za co Aaron odwdzięczał się wyjawianiem sekretów tajemnej sztuki, jaką niewątpliwie dla Janka była matematyka.

Któregoś dnia Kazimierz Smoncerz, jak się okazało, nauczyciel wszechstronny, przywiózł z rodzinnego Piszczaca harmonię. Zapowiedziana wcześniej lekcja muzyki ucieszyła trochę już znudzone nauką dzieci, toteż większość niecierpliwiła się od wczesnego ranka. Najbardziej podekscytowany był Janek. Przypomniał mu się stary, zakurzony instrument sołtysa, z podziurawionymi przez myszy miechami. W swych dziecięcych marzeniach widział siebie grającego na harmonii, delektował się owacją po występie, tymi wszystkimi ochami i achami zauroczonej jego talentem publiki. Pierwsze dźwięki instrumentu podziałały na niego niczym balsam. Były kwintesencją zapachu i smaku, jak przepyszne cynamonowe ciasteczka. Janek odpłynął w inny wymiar, dając się porwać muzycznym frazom. Mógłby tak trwać przez całą wieczność, chłonąć wypadające z harmonii nutki, tak jak pragną pierwszych promyków słońca i perlistych kropli deszczu źdźbła traw. Jeszcze po skończeniu skocznego oberka kołatała mu się po głowie muzyka, nie pozwalając wrócić do rzeczywistości. Dzieci zaklaskały z uciechy, za to Janek trwał w zadumie, jakby został przez pana Kazimierza zauroczony na dobre. Nauczyciel zwrócił uwagę na to dziwne zachowanie wiejskiego chłopca, prosząc go, aby został po lekcjach.

– No co, Janku, chciałbyś grać?

– Tak – rzucił nieśmiało, opuszczając z zażenowaniem głowę.

– To siadaj, nauczę cię kilku akordów.

Janek z dumą chwycił zbyt ciężki i wielki jak na jego posturę, instrument i założył na chude ramię skórzany pasek. Dotknął przypadkowo wybranych klawiszy, rozciągając jednocześnie miech, tak jak to robią wprawieni w graniu harmoniści. Z instrumentu wyleciał jakiś skrzekliwy dźwięk, wywołując na twarzy nauczyciela ciepły uśmiech.

– Istna kakofonia. Ale nie przejmuj się. Jak będziesz cierpliwy, nauczysz się grać. Najważniejsze, abyś chciał się nauczyć. Mam przeczucie, że drzemie w tobie muzyczna dusza, która tylko czeka na okazję, aby się ujawnić.

I tak Janek, na razie w tajemnicy przed rodzicami, zostawał po lekcjach, poznając tajniki gry na swym wymarzonym instrumencie. W domu tłumaczył się później, że po lekcjach zachodzi do Aarona, aby jeszcze przez chwilę czytać i rachować, co najbardziej kontentowało Maurycego. Tej pilności Janek nie będzie, niestety, przejawiał w nauce szkolnej, pozostając przeciętnym uczniem. Jego edukacja zakończy się dość szybko, dając mu możność zdobycia jakiegoś pośledniego zawodu. Za to pilność w nauce gry na harmonii zaowocuje wybuchem nieprzeciętnego talentu. Sprawi, że nowa namiętność zawładnie nim bez reszty, stanie się ratunkiem i przekleństwem w mozolnym brnięciu przez ciężkie i pokręcone jak postronki życie.

* * *

Szkolny rok przeleciał jak z bicza strzelił. Nawet upragnione wakacje nie ukoiły dusz wiejskiej dziatwy, bo czas wolny od nauki dla każdego gospodarskiego syna czy córki nie był jakąś labą. Obowiązki wzywały, nawet takich dzieciaków. Pomoc przy obrządku lub pracach polowych była dla nich chlebem powszednim, toteż po miesiącu z utęsknieniem czekali na rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Powoli, krok po kroczku, dzieciarnia zaczęła doceniać wartość wykształcenia. Poprzez pryzmat gospodarskiej roboty większość zrozumiała, że warto się uczyć, ot, choćby po to, aby życie było lżejsze. Nie każdy jednak mógł liczyć na społeczny awans, bo przecież świat od zarania dziejów jest urządzony niesprawiedliwie. Dla jednych zbytki i swawole, dla drugich codzienny kierat. Dopóki jednak rozpoczynające swą szkolną przygodę dzieciaki owej prawidłowości nie zrozumiały, dopóty trwały w błogim przeświadczeniu, że to właśnie dzięki wykształceniu będą mogły stać się kimś lepszym. Pilność w odrabianiu lekcji stała się dla stających w szranki z wiedzą uczniaków swego rodzaju mottem, jakimś dziewiczym doświadczeniem na drodze do poznania rządzących światem dorosłych mechanizmów. Świat nie jest jednak doskonały. Zawsze oznajmia tym czy owym, że nie dla psa kiełbasa, że są chodzący po niebiańskich ścieżkach wybrańcy i ofiary okrutnego losu.

Janek nie należał do orłów. W jego wyobraźni nie było miejsca dla abstrakcyjnych pojęć. Świat postrzegał z pozycji obserwatora, a nie myśliciela. Nie potrafił zrozumieć prawidłowości, które wymykały się z poukładanego świata barw, dźwięków czy odczuć. Jego kosmos był inny. Tu wszelkie reguły podlegały prawom wrażeń, wysublimowanej zmysłowości, gdzie dany dźwięk wyrażał odpowiednie uczucie, gest czy komunikat. Dziwna natura chłopca wymykała się spod wszelkich ustalonych norm, jakby próbowała zbuntować się przeciw głupim, ogólnoludzkim zasadom współżycia. Ta, na razie delikatna, krnąbrność nie przysparzała mu jeszcze wrogów. Wybaczano mu wiele odstępstw od ustalonych norm, biorąc pod uwagę jego młody wiek. I tak, krok po kroczku, Janek utwierdzał się w przekonaniu, że to właśnie jego charakter i zainteresowania są słuszne, a nie postawy rówieśników czy dorosłych.

Dzieciństwo Janka przebiegało w miarę beztrosko, chociaż przypadało na gorący okres w historii świata. Chłopiec jeszcze nie miał pojęcia, jak tragicznych wydarzeń będzie świadkiem. Na razie wymykał się z domu pod pretekstem odwiedzin jakiegoś kolegi, by w pokoju nauczyciela Smoncerza zgłębiać tajniki gry na harmonii. Był dumny z tego, że po raz pierwszy robi coś z własnej woli. Że nikt mu niczego nie nakazuje, nie wymaga. Radował się światem muzyki, który prowadził go w inny wymiar, w lepszy, bo wolny od trosk wszechświat. Mimo to często przydarzało mu się być świadkiem politycznych dysput, które wprowadzały go w jakiś niepokój, w niewytłumaczalny, irracjonalny strach. Chociaż starał się nie wnikać w sens usłyszanych mądrości, miał przeczucie, że za sprawą huraganów historii jego dziecięcy świat zostanie wywrócony do góry nogami. Na razie jednak stary rok szykował się do abdykacji. Nowy wcale nie zapowiadał się na lepszy, tym bardziej że wschodni zaborca co i rusz kombinował, jak by tu jeszcze przykręcić śrubę tym niewdzięcznym Polaczkom.

* * *

– No to opowiadaj, panie dzieju. Co tam nowego w polityce?

– Oj, Maurycy, lepiej, abyś nie wiedział. Po zabraniu Chełmszczyzny ponoć w Galicji trochę szumią. Tak przynajmniej pisał mi bratanek. Siedzimy na beczce prochu. Skoro Mikołaj nie napotkał żadnego oporu ze strony społeczeństwa, to tylko patrzeć, jak zabierze się za kolejne ziemie.

– Władek, nie kracz. Ważne, że nie doszło do żadnych ruchawek. Najwyżej będziemy mieli jedną gubernię więcej.

– Ale Austryjaki nie wyskoczyli sroce spod ogona. Pewnie nie będą chcieli być gorsi niż Moskale. Co będzie, jak ten ich cesarz wpadnie na podobny pomysł? Będzie wojna, jak nic. Mówię ci, Maurycy, że za długo był spokój.

– No to rzeczywiście wieści nietęgie. Ale po co się martwić na zapas? Przyjdzie czas, będzie rada. Jak znam życie, to nasi oprawcy kiedyś skoczą sobie do gardeł, a wtedy my przemkniemy bokiem i zbierzemy się w kupę. Pokażemy tyranom, gdzie ich miejsce. A na razie to proponuję wypić na te smutki. Nie ma co się przejmować, bo ta cała polityka to nie na nasze głowy. My mamy swoje zmartwienia. Jak się sami nie zatroszczymy o naszą przyszłość, to zginiemy marnie. I żadna wojna nie będzie potrzebna.

– Chciałbym mieć, Maurycy, twój optymizm. Obyś miał rację. Inaczej nasze dzieci mogą zapomnieć ojczystej mowy.

– E tam, też mi coś, mowa ojczysta. A co? Ruskie nie umieją gadać? Co za różnica, po jakiemu się gada? Ważne, aby się dogadać.

– To mógłbyś się dogadać z okupantem? Toć to przecież nasz krwiopijca. Zabrał nam wszystko, co święte, i ciągle mu mało. Dzisiaj Chełmszczyzna, a jutro może i sama Warszawa.

– Władek, mówiłem ci już, żeby nie myśleć o takich głupotach. Ruskie jakie są, takie są. Jakoś żyć dają. A i szkołę otworzyli. Po co by mieli to wszystko burzyć? Im też potrzebne nasze ziarno i świnina. A poza tym to drzewiej w Polsce za dobrze też nie mieli. Nad chłopem zawsze stał pan.

– Ty, Maurycy, coś ty się nagle zrobił taki Ruski? A może ty jesteś na ich usługach?

– Nie gadaj bzdur, Władek. Jaki ja Ruski? Mnie interesuje tylko własne gospodarstwo. Dosyć mam problemów, a ty mi tu wyjeżdżasz z jakąś swołoczą.

– No dobra, Maurycy. Tak tylko się droczę. Ale co by nie powiedzieć, to zawsze lepiej dmuchać na zimne. Zapamiętaj sobie jedno. Czynowniki nas gnębiły, gnębią i gnębić będą.

– Już dobra, Władek, szkoda nerwów. Co nas to wszystko obchodzi? Lepiej się napijmy, bo jak wróci Celina, to zaraz będzie gderać.

– Jak zwykle masz rację. No to po małym. Ale pamiętaj, co ci powiedziałem. Zawsze lepiej, jak cię gnębi własny pan, a nie jakiś obcy możnowładca.

* * *

Kolejny rok znów szybko przeleciał. Zbyt szybko, jak na Janka gust. Mimo iż pierworodny Maurycego w nauce nie zrobił wielkich postępów, po dwóch latach uczęszczania do szkoły potrafił już swobodnie czytać zdania czy wierszyki ze szkolnej czytanki. Nawet matematyka nie była już mu tak straszna, w czym największy udział miał Aaron. Coraz częściej można było zobaczyć włóczących się po połoskich wertepach chłopaków, których postury wyraźnie ze sobą kontrastowały. Dla dziewięcioletniego Janka, niższego prawie o głowę od swego żydowskiego kolegi, ta przyjaźń była ogromnie ważna. Z nikim tak dobrze nie potrafił się dogadywać jak z kruczoczarnym, obdarzonym przez naturę lekko haczykowatym nosem Aaronem. Różnice kulturowe, ba, nawet religijne obrzędy, zupełnie im nie przeszkadzały, jakby były nieistotnym elementem ich życia. Najważniejsza była przyjaźń, ta braterska więź, która zespalała ich dusze bez względu na inność światów, w których żyli dorośli.

Największe postępy Janek poczynił jednak w nauce gry na harmonii. Potrafił już wygrywać skoczne melodie, mimo iż cały czas jego drobne palce zahaczały nie o te klawisze, co trzeba. To była jednak sprawa techniki, której – takie były zapewnienia nauczyciela – nabędzie z czasem. Najważniejszy był w tym wypadku słuch, ten subtelny, pozwalający wyłapywać muzyczne niuanse dar, którym akurat Janek został przez naturę hojnie obdarzony. Chłopak poczuł się dumny, że potrafi coś, czego nie są w stanie zrobić rówieśnicy. Na razie jednak, poza nauczycielem i nieodłącznym towarzyszem zabaw Aaronem, nikt nie miał pojęcia o jego wielkich zdolnościach, widząc w nim jedynie zwykłe, gospodarskie dziecko. Swoimi umiejętnościami Janek miał się pochwalić za rok, gdy skończy dziesięć lat. Tak ustalił pierwszy i ostatni w jego życiu nauczyciel, licząc na to, że chłopak do tego czasu poprawi technikę gry, wprawiając w zachwyt przybyłą na pierwszy występ publikę.

Rok 1913 nie był najgorszy. Przynajmniej dla mieszkańców rozsianych po bialskim powiecie wsi. Zaborca, mimo wprowadzenia pod koniec 1912 roku Wielkiego programu wzmocnienia armii, jakoś nie dawał się w szczególny sposób we znaki. Zaciąg do rosyjskiej armii nie odbiegał od lat poprzednich, toteż nie rysowano jakichś szczególnie tragicznych scenariuszy. Z nastaniem nowego, 1914, roku nic nie zapowiadało światowego kataklizmu, toteż ludzie z ufnością spoglądali w przyszłość.