Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 252 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Smak ciemności. The Dark duet - C.J. Roberts

Czy jesteś gotowy przekroczyć wszelkie granice dla prawdziwego uczucia? Dobrze się zastanów, zanim powiesz… tak. Ostatnia część bestsellerowej trylogii „The dark duet” wywróci do góry nogami Wasze wyobrażenia o Calebie.

Piszę to, bo błagaliście. A wiecie, jak ja kocham, gdy błagacie. Właściwie to już za dużo o mnie wiecie. Kim jestem? Cóż, odpowiedź na to pytanie dopiero próbuję poznać. W dzieciństwie byłem dziwką, jako młody chłopak zostałem zabójcą, a w dorosłym życiu potworem. To ja porwałem Livvie. To ja trzymałem ją w ciemnym pokoju przez kilka tygodni. Jednak najważniejsze jest to, że jestem też mężczyzną, w którym się zakochała. Którego kocha. To trochę chore, prawda? Oczywiście naszej historii nie da się streścić w kilku krótkich zdaniach, jednak nie potrafię wytłumaczyć mojego zachowania z tamtego okresu. Zakładam, że jeśli to czytacie, nie muszę już nic tłumaczyć. Zdążyliście już mnie ocenić. Czytacie to, ponieważ pragniecie poznać zakończenie tej historii. Chcecie dowiedzieć się, co się wydarzyło tamtego ciepłego wrześniowego wieczora, kiedy to spotkałem Livvie w Barcelonie. Tamtej nocy moje życie znowu zupełnie się zmieniło. Nie przebiegło to jednak dokładnie tak, jak opisała to Livvie. Bardzo łaskawie potraktowała mnie w swojej opowieści. Prawda jest o wiele bardziej… skomplikowana.

Opinie o ebooku Smak ciemności. The Dark duet - C.J. Roberts

Fragment ebooka Smak ciemności. The Dark duet - C.J. Roberts

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przekład

Agnieszka Brodzik

 

 

 

 

 

 

 

Tytuł oryginału: Epilogue: The Dark Duet

Copyright © 2013 CJ Roberts, Neurotica Books, LLC

www.aboutcjroberts.com

facebook.com/dotykciemnosci

 

Copyright © for the Polish translation by

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

 

Redaktor prowadząca: Magdalena Genow-Jopek

Redakcja: Magdalena Wójcik

Korekta: Paulina Wierzbicka

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Maciej Majchrzak

Projekt okładki i strony tytułowej: Dawid Czarczyński

Fotografia na okładce: @Gromovataya/Getty Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2016

 

eISBN 978-83-7976-352-8

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Kotków Caleba

i ich Kocura

 

 

 

 

 

 

 

Jeden

Piszę, bo mnie błagaliście. Wiecie, jak bardzo to lubię. Właściwie chyba wiecie o mnie zbyt wiele.

Powinienem na samym początku uprzedzić, że nie należę do osób, które łatwo zdradzają swoje sekrety. Jednak Livvie opowiedziała mi, jak spisanie jej wersji naszej historii pomogło wyleczyć rany, co skłoniło mnie do poświęcenia się temu projektowi. Przynajmniej tyle mogłem dla niej zrobić, zważywszy na fakt, że to przeze mnie tak cierpiała. Dla mnie snucie tej opowieści nie służy temu samemu celowi, a jednak – oto ją spisuję.

Minęło wiele czasu od wydarzeń z Dotyku ciemności. Dzisiaj mamy piątek, 8 lutego 2013 roku. W maju miną cztery lata, odkąd siedziałem w sedanie z przyciemnionymi szybami i zastanawiałem się nad uprowadzeniem Livvie. Skończyłem dwadzieścia dziewięć lat i wreszcie nie mam co do tego wątpliwości. Czasami żałuję, że się o tym dowiedziałem, bo w sierpniu skończę trzydziestkę, co nie będzie łatwe. Livvie jest ode mnie osiem lat młodsza, jednak czasami zwraca się do mnie, jakby było na odwrót (podejrzewam, że lubi karne klapsy). Nie jesteśmy już tymi samymi ludźmi, o których czytaliście. Ponieważ jednak ładnie poprosiliście, opowiem historię, którą tak bardzo pragnęliście poznać.

Zanim przejdę do sedna, chciałbym poświęcić chwilę kwestii imion. W książce Livvie stanowiły bardzo ważny element i warto o nich wspomnieć także teraz. „Czymże jest nazwa?”, pytał Szekspir[1], a ja odpowiem: piekielnie ważną sprawą.

Livvie teraz nazywa się Sophia. Zmieniła imię i nazwisko po skorzystaniu z programu ochrony świadków w zamian za zeznawanie przeciwko swojemu porywaczowi i gwałcicielowi (czyli mnie). Jednak znacie ją jako Livvie, więc tak też będę ją nazywał w tej opowieści. Oczywiście łączy się z tym inne pytanie: kim ja jestem?

Jestem Calebem?

Jestem Jamesem?

Często roztrząsałem tę kwestię i za każdym razem dochodziłem do innego wniosku. Być może jedyną prawdziwą odpowiedzią na te pytania jest: jednym i drugim.

Caleb zawsze będzie stanowił jakąś część mnie, zapewne największą. Jednak pragnę być Jamesem.

James ma dwadzieścia dziewięć lat i pochodzi z Oregonu. Został wychowany przez matkę i zawsze zastanawiał się, kim jest jego ojciec. Nauczył się szanować kobiety, jednak odczuwał również potrzebę zaznaczenia swojej męskości, ze względu na brak ojca. Spotkał Sophię na Paseo de Colon i od razu się w niej zakochał.

James nigdy nie poznał dziewczyny o imieniu Livvie. Nigdy też jej nie skrzywdził.

Wiemy jednak, jak naprawdę to wyglądało. Nie tak jawi się prawda. Dlatego na potrzeby książki, o którą błagaliście – jestem Caleb.

Jestem tym, który porwał Livvie. Jestem człowiekiem, który przez długie tygodnie więził ją w ciemności. Który przywiązał ją do łóżka i wychłostał. Który omal nie sprzedał jej do seksualnej niewoli. Jednak przede wszystkim jestem człowiekiem, którego pokochała.

Kocha mnie. To chore, prawda?

Oczywiście naszej historii nie da się podsumować w kilku krótkich zdaniach, jednak nie potrafię tłumaczyć mojego zachowania z tamtych czasów. Jeśli to czytasz, zakładam, że takie wyjaśnienia nie są potrzebne, bo już zdążyłaś mnie ocenić.

Sięgnęłaś po tę książkę, ponieważ chciałaś poznać resztę historii. Chcesz wiedzieć, co się stało tamtego ciepłego, wrześniowego wieczoru w 2010 roku, kiedy to spotkałem się z Livvie w Paseo. W tamtej chwili moje życie raz jeszcze wywróciło się do góry nogami.

Nie wydarzyło się to tak, jak opisywała to Livvie. Bardzo łaskawym okiem spojrzała na tę część naszej wspólnej historii. Prawda była znacznie bardziej... skomplikowana.

Livvie dała wam do zrozumienia, że nie potrzebowaliśmy żadnych słów, wystarczył pocałunek.

Chciałbym, żeby to było tak proste. Do pocałunku rzeczywiście doszło. Poczułem smak jej ust po dwunastu miesiącach bez jakiegokolwiek kontaktu. Cały rok po tym, jak zabiła dla mnie innego człowieka, a ja odpłaciłem jej, porzucając ją przed granicą z Meksykiem, umazaną krwią. Pocałowała mnie, aż zakręciło mi się w głowie. Mogę bez cienia wstydu powiedzieć, że nigdy wcześniej nie czułem się tak szczęśliwy.

A potem mnie spoliczkowała. Mocno. Aż mi w uszach zadzwoniło.

Pamiętam, że przyłożyłem dłoń do miejsca uderzenia i zastanawiałem się, czy zaraz trafię do więzienia.

– Jak mogłeś? – zapytała Livvie; pod wpływem bólu w jej głosie poczułem ukłucie w sercu.

Wierzyłem, że już o mnie zapomniała. Że ułożyła sobie życie, a ja wróciłem, żeby znowu je spieprzyć. Miałem wrażenie, że ta minuta ciągnie się w nieskończoność. W głowie zdążyłem odtworzyć każdą chwilę spędzoną z Livvie i karciłem się za choćby cień nadziei, że kiedykolwiek zdoła mi wybaczyć to wszystko, co jej zrobiłem.

– Nie będę uciekał, Livvie. Pozwolę im się aresztować i nigdy więcej nie będziesz musiała mnie oglądać.

Nie potrafiłem spojrzeć jej w oczy. Marzyłem o tym spotkaniu od tak dawna, wyobrażając sobie uśmiech na twarzy Livvie. Nie zniósłbym widoku grymasu obrzydzenia. Nie chciałem zapamiętać jej takiej.

Powoli minęła ta najdłuższa minuta mojego życia. Nie słyszałem policyjnych syren, nikt nie powalił mnie jeszcze na ziemię i nie zakuł w kajdanki. Co było dziwne.

– Nigdy nie będę musiała cię oglądać? Naprawdę jesteś taki głupi? Nie możesz wrócić do mojego życia i oczekiwać, że znowu dam się porzucić. Nie pozwolę ci na to, Caleb. Nie tym razem.

I, choć trudno w to uwierzyć, spoliczkowała mnie jeszcze raz.

– Oszalałaś? Przestań mnie bić!

Wreszcie podniosłem na nią wzrok, ale widziałem jak przez mgłę. Uderzyła mnie tak mocno, że do oczu napłynęły mi łzy (bo przecież nie płakałem; wszyscy wiedzą, jakim jestem twardzielem, a twardziele nie płaczą). Kiedy je wytarłem, zauważyłem w jej spojrzeniu gniew, ból, ale także – tęsknotę. Za mną. Wiedziałem o tym, ponieważ jej twarz była lustrzanym odbiciem mojej.

– Jak mogłeś mnie zostawić, Caleb? Myślałam... myślałam, że nie żyjesz.

Płakała. Objęła mnie rękami w pasie i przytuliła mocno. Czułem się cudownie, znowu tak blisko niej, i o niczym innym nie potrafiłem myśleć.

– Przepraszam, Livvie. Przepraszam – wyszeptałem w jej włosy.

Nie mogłem uwierzyć, że znowu jest przy mnie. Nie potrafię nawet opisać tego uczucia. Niech wystarczy tyle, że gdybym w tamtej chwili umarł, odszedłbym z tego świata szczęśliwy.

Staliśmy tak przez dłuższą chwilę. Ona się wtuliła we mnie, a ja w nią. Panująca między nami cisza mówiła to, czego nie potrafiliśmy wyrazić słowami. Myślę, że właśnie to miała na myśli, pisząc: „i nic nie musieli już mówić”.

Towarzyszyły mi w tamtej chwili emocje, które poznałem jedynie dzięki Livvie: czułem się jednocześnie pusty i pełny do granic wytrzymałości.

– Tęskniłem za tobą. Tęskniłem tak bardzo, że aż trudno w to uwierzyć.

Nie chciałem jej opuszczać. Nigdy nie chciałem. Niestety zajęło mi całą wieczność zebranie w końcu odwagi, by jej to wyznać.

Nie wiem, jak długo tam staliśmy, objęci, gdy mijali nas turyści. Dla nich byliśmy kolejną szczęśliwą parą, która korzysta z uroków ciepłego wieczora. Nikt nie miał pojęcia, kim jesteśmy i przez co przeszliśmy, żeby dotrzeć do tego punktu w naszym życiu. Jednak nawet w tej cudownie długiej chwili wiedziałem, że ona nie może trwać wiecznie. Miałem mnóstwo rzeczy do powiedzenia. Obawiałem się, co usłyszę w odpowiedzi.

Poczułem, jak Livvie drży w moich objęciach, jak trzęsą się jej ramiona, i zrozumiałem, że płacze. Nie miałem jej tego za złe. Zasłużyła na te łzy. Ja niestety nie potrafiłem w ten sposób dać upustu kłębiącym się we mnie emocjom. Tak wiele przeżyłem przez te prawie trzydzieści lat. Wypłakałem już wszystkie łzy, jakie miałem. Mogłem jej ofiarować tylko moją siłę. Mogłem być dla niej silny. Mogłem ją utulić, ukołysać i ochronić przed tuzinem obserwujących nas oczu.

Mijające nas kobiety patrzyły na mnie groźnie. „Coś ty jej zrobił?”, oskarżały ich spojrzenia.

Mężczyźni spoglądali na mnie ze współczuciem. „Masz przechlapane, kolego”.

Ignorowałem ich wszystkich. Nie byli warci mojej uwagi.

– Może chodźmy stąd? – zapytałem.

Poczułem nieznaczny, potakujący ruch głowy Livvie. Odsunąłem się powoli, nie mając pewności, czy jestem gotowy na to, co mogło się za chwilę wydarzyć. Nagle przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie. Podniosła na mnie wzrok i uśmiechnęła się przez łzy. Czekałem bardzo długo na ten uśmiech. Był wart każdej potwornej sekundy, którą musiałem spędzić bez niej.

– Też za tobą tęskniłam. Bardzo – wyszeptała i wytarła oczy. – Przepraszam, nie chciałam płakać. Tylko... tak dobrze cię widzieć!

Wtedy i ja się uśmiechnąłem. Złapałem ją za rękę i ruszyliśmy. Cały świat dokoła wydawał się nierealny. Pomyślałbym, że śnię, gdyby nie piekł mnie policzek. Chciałem o tym wspomnieć, zażartować jakoś, żeby rozładować napięcie, które czyhało tuż pod powierzchnią radości, jednak postanowiłem, że lepiej milczeć. Livvie szła u mojego boku i nic więcej się nie liczyło.

– Przyjechałeś tu samochodem? – zapytała.

– Tak – odparłem, nieco zakłopotany. – Chyba postąpiłem optymistycznie. Pomyślałem, że albo to ostatnia okazja, żeby przejechać się po ulicach Barcelony, albo będę miał czym zawieźć cię do siebie – zaśmiałem się, nieco nerwowo.

Im dłużej szliśmy do samochodu, tym bardziej niezręczna wydawała się cała sytuacja. Nagle Livvie się zatrzymała.

– Chyba nie jestem na to gotowa...

Rozejrzała się dokoła, jakby chciała się upewnić, że nie jesteśmy sami. Puściła moją rękę.

Próbowałem się tym nie przejmować. Mogłem się spodziewać, że będzie się bała gdziekolwiek ze mną jechać, jednak i tak zabolało. Uśmiechnąłem się tak szczerze, jak tylko potrafiłem, i włożyłem ręce do kieszeni.

– Nie musimy jechać do mnie. Zabiorę cię tam, gdzie zechcesz. Tylko... Cholera, nawet nie wiem, co właściwie chcę powiedzieć.

Livvie posłała mi słaby uśmiech; jeden z tych, które nie odbijają się w oczach. Wyglądała tak pięknie i tak smutno.

– Nie wiem, co jest ze mną nie tak. Przez ostatnie cztery godziny siedziałam jak na szpilkach, nie mogąc się doczekać chwili, kiedy cię zobaczę, a teraz...

Skrzyżowała ręce na piersi i podniosła dłoń, by zacząć skubać dolną wargę. To był jeden z tych typowych dla niej, nieświadomych gestów. Najpierw przygryzała usta, a potem zaczynała skubać je palcami. W ten sposób przypomniała mi, że choć bardzo się zmieniła przez ostatni rok, pewne rzeczy pozostały i pozostaną niezmienne.

Trudno było się nie spodziewać, że zacznie się zastanawiać, co u mnie pozostało takie samo. Szczerze mówiąc, ledwo powstrzymywałem się, żeby nie chwycić jej siłą w ramiona (czasami wciąż walczę z tym odruchem). Byłem tak blisko zdobycia tego, czego pragnąłem najbardziej na świecie, a teraz możliwe, że nawet nie dotrzemy do samochodu. Chciałem ją złapać i sprawić, żeby mnie wysłuchała. Mógłbym ją błagać, gdyby było to konieczne. Chciałem wrzasnąć jej prosto w twarz, że mogę się zmienić, że mogę być inny... że nic prócz niej już mi nie zostało.

Jednak robiąc to, udowodniłbym tylko, że nie może mi ufać. Nagle sam straciłem do siebie zaufanie.

– Może... może to był błąd? – zacząłem nieśmiało.

Chciałem, żeby ona podjęła ostateczną decyzję, jednak bałem się odpowiedzi.

Zamknęła oczy i objęła się nieco mocniej. Zmarszczyła brwi, co w moich oczach było wyrazem smutku. Pokręciła nieznacznie głową.

Uznałem to za dobry znak. Jej gesty nie były świadomym wyborem, były odruchem. Cieszyłem się niezmiernie, że instynktownie czuła, iż nasze spotkanie nie było pomyłką. Na czubku języka miałem wyznanie wszystkich swoich uczuć. Wstrzymywałem te słowa od chwili, gdy patrzyłem, jak znika z mojego życia. Gdyby wtedy odwróciła się i spojrzała na mnie choć przez ułamek sekundy, nie potrafiłbym się powstrzymać i powiedziałbym jej wszystko.

Kocham cię.

Nie byłem tego pewien w Meksyku. Nie byłem pewien, czy naprawdę mnie kocha. Jednak bezdennej pustki, jaka zagościła w moim sercu po utracie Livvie, nie dało się niczym wypełnić. Ani zemstą, ani próbami zadośćuczynienia za błędy przeszłości, ani przypadkowymi kobietami czy alkoholem. Jedynie Livvie mogła sprawić, że znowu pozbieram się w całość, i kiedy zdałem sobie z tego sprawę, natychmiast zacząłem jej szukać. Wpadłem w obsesję przekonania się, czy naprawdę mnie kocha.

– Wiem, czego pragnę, Livvie. Chcę, żebyś znowu stała się częścią mojego życia. Rozumiem, że nie możemy cofnąć tego, co się wydarzyło. Rozumiem, że masz pełne prawo chcieć mojej śmierci, jednak...

Zakryła mi dłonią usta.

– Przestań. Na to też nie jestem gotowa – oznajmiła. Wydawała się wręcz rozgniewana.

Choćbym nie wiem, co napisał, i tak nie oddałbym piękna i głębi spojrzenia Livvie. Mógłbym patrzeć jej w oczy przez całą wieczność, aż zapomnę, jak się nazywam (co też, nie oszukujmy się, nie zajęłoby mi zbyt wiele czasu).

Wyciągnąłem lewą rękę z kieszeni i przykryłem dłoń Livvie, którą dotykała moich ust. Pocałowałem jej palce i kiwnąłem głową. Był to najbardziej błagalny gest, na jaki mogłem się poważyć, nie robiąc z siebie głupca. Chociaż zrobiłbym to bez zastanowienia, gdybym miał w ten sposób skłonić Livvie do tego, by wsiadła do mojego samochodu (wszyscy dobrze wiemy, że jestem bezwstydny).

Powoli odsunęła rękę od ust i splotła palce z moimi. Pokręciła głową i uśmiechnęła się smutno.

– Ja też nie wiem, co robię, Caleb. Pragnęłam tego od tak dawna. Pewne obszary mojego życia pozostały w zawieszeniu, ponieważ myślałam... miałam nadzieję, że któregoś dnia znowu mnie odnajdziesz. A teraz jesteś tutaj i, szczerze mówiąc... boję się.

Zbliżyłem się do niej. Ucieszyłem się niezmiernie, gdy się nie cofnęła. Czułem ciepło jej dłoni, widziałem czerwone usta, które wydawały się błagać o pocałunek. Tym pierwszym mnie zaskoczyła, więc teraz byłem zdeterminowany, by uczynić drugi o wiele dłuższym. Nie chciałem jednak odstręczać jej od siebie; nie teraz, gdy znalazłem się tak blisko.

– Rozumiem. Nie oczekuję od ciebie zaufania, Livvie, ale przysięgam, że nigdy więcej cię nie skrzywdzę. Daj mi drugą szansę, żebym mógł to udowodnić. Co mam zrobić?

Nie potrafiłem się powstrzymać przed pogłaskaniem jej opalonego ramienia. Wyglądała jak bogini. Jak chodzący seksapil na długich nogach. Jej koci języczek – dokładnie tak, jak zapamiętałem – przejechał po dolnej wardze, gdy zastanawiała się nad odpowiedzią.

– Nie mogę wytrzymać, gdy tak robisz.

Pochyliła lekko głowę na bok.

– Co takiego robię?

Skorzystałem z okazji i przysunąłem ją nieco bliżej. Wyciągnąłem drugą rękę z kieszeni i przeciągnąłem kciukiem po jędrnym łuku jej wargi. Oboje głośno przełknęliśmy ślinę.

– Chcę cię znowu pocałować, ale boję się, że cię tym wystraszę. – Cofnąłem się o krok, a ona się wyraźnie spięła. – Więc powstrzymam się.

Ledwo mi się udało. Drzemiący we mnie drapieżnik, przyzwyczajony do brania tego, czego pragnie, za wszelką cenę próbował przejąć kontrolę nad sytuacją.

Zdałem sobie sprawę, że po lekturze poprzedniej części mogliście odnieść wrażenie, iż moje instynkty zostały jakimś sposobem uśpione, jednak spodziewając się tego w tamtym momencie, bardzo byście się pomylili. Cały rok przed naszym ponownym spotkaniem spędziłem na naprawianiu dawnych błędów i czasami potrzebowałem do tego cech, które zaszczepił we mnie Rafiq.

– Jak mnie odnalazłeś, Caleb? – zapytała cicho Livvie, czym bardzo mnie zirytowała, ponieważ wyraźnie słyszałem w jej głosie strach, a ja wiedziałem, że słusznie się boi. Zależało jej na mnie. Nie pojawiłaby się tutaj, gdyby było inaczej, jednak bez względu na to i tak nienawidziłem jej trwogi.

– Co mam powiedzieć? Przecież wiesz, kim jestem. Wiesz, do czego jestem zdolny.

Puściłem jej rękę, zanim sama postanowiłaby to zrobić. Cały wieczór szybko zmierzał ku beznadziejnemu zakończeniu. Cieszyłem się, że nie zostałem aresztowany, lecz właściwie nie przygotowałem się na taką wersję wydarzeń, w której jestem niesamowicie podniecony i zakłopotany.

– Hej – szepnęła. – Nie o to mi chodziło. Cieszę się, że cię widzę, naprawdę! Jeśli jednak tobie udało się mnie znaleźć... skąd masz pewność, że innym się to nie uda?

Poczułem się jak idiota.

– To nie było łatwe. Gdyby nie nasze rozmowy i różne rzeczy, których się o tobie dowiedziałem, nie wydaje mi się, żebym był w stanie cię wyśledzić. Jesteś bezpieczna, Livvie. Nikt cię nie ściga. Przysięgam.

Nie wspomniałem o tym, że zabiłem każdego, komu mogłoby zależeć na jej odnalezieniu.

– Jakich rzeczy? – zapytała z wyraźnym wahaniem.

– Naprawdę chcesz wiedzieć? Bo jeśli ci powiem, nie będę mógł tego cofnąć.

Spojrzałem jej w oczy. Byłem gotów na wiele, żeby ją do siebie przekonać, jednak musiała zaakceptować gorzką prawdę, że nie jestem i nigdy nie będę człowiekiem, który ceni moralność.

– Skrzywdziłeś kogoś?

Jej wzrok błagał, żebym odpowiedział przecząco.

– Nie – przyznałem szczerze i nawet uśmiechnąłem się figlarnie.

Również się uśmiechnęła.

– No to nie muszę nic więcej wiedzieć.

Wyciągnęła do mnie rękę i pociągnęła w stronę, w którą mieliśmy się udać.

– To nadal nie rozwiązuje problemu, gdzie pojedziemy, gdy już trafimy do samochodu.

– Masz ręczną skrzynię biegów?

– Tak. A czemu pytasz? Czyżbyś wreszcie nauczyła się prowadzić? – zaśmiałem się pod wpływem wspomnienia z chwili, gdy przyznała, że tego nie potrafi. Zarechotałem jeszcze głośniej, kiedy spojrzała na mnie spode łba i wymierzyła bolesnego kuksańca w ramię.

– Dupek.

– Mhm, uwielbiasz, kiedy się z tobą droczę.

– Nie. Wcale nie.

– To dlaczego się uśmiechasz? – wyszeptałem jej do ucha, gdy szliśmy obok siebie. Mój świat wydał się nagle przyjemniejszy, gdy szturchnęła mnie ramieniem, a jej dłoń ścisnęła moją nieco mocniej.

– Potrafię prowadzić. Niestety słabo mi idzie z ręczną skrzynią biegów.

– Nie przypominam sobie, żebyś miała problem z przerzucaniem biegów moim lewarkiem.

Popatrzyła na mnie z szeroko otwartymi ustami, ale widziałem, że ma ochotę się roześmiać. W jednej rzeczy na pewno jestem mistrzem: we flirtowaniu.

– Widziałam, jak ty radzisz sobie ze swoim lewarkiem, Caleb. Jesteś w tym o wiele lepszy niż ja.

Nie odwróciła wzroku, gdy spojrzałem na nią, zszokowany, a jednak zaczerwieniła się jak burak. Chciałem coś powiedzieć, ale zabrakło mi słów. Zamiast tego tylko się uśmiechnąłem i pokręciłem głową. Livvie potrafiła wprawić mnie w przyjemne zakłopotanie. Najwyraźniej tylko ona posiadła tę umiejętność. Wiem, że to brzmi szczeniacko, ale to prawda.

Wreszcie dotarliśmy do samochodu. Skłamałbym, mówiąc, że nie spodziewałem się zobaczyć na twarzy Livvie wyrazu podziwu. Ten, kto stanąłby przed Lamborghini Gallardo Superleggera i nie doznał lekkiego mrowienia między nogami, musiałby być bardzo młody, bardzo stary albo zwyczajnie ślepy.

– Fajna fura – rzuciła Livvie.

Widziałem, że próbuje być nonszalancka. Niezbyt jej to szło. Tak naprawdę wyglądała dokładnie tak, jak wtedy, gdy ma mokrą cipkę.

– Poczekaj, aż wsiądziesz. W środku wygląda najlepiej.

Ach, tak, drodzy czytelnicy. Rzucam aż tak słabe teksty. Nie otworzyłem przed nią drzwi, jednak to i tak duży postęp, bo jestem przyzwyczajony, że to kobiety otwierają drzwi przede mną.

Zasiadłem na czarnym, skórzanym fotelu i sięgnąłem po pas po stronie pasażera. W ograniczonej przestrzeni samochodu zapach Livvie przyprawiał mnie o zawroty głowy. Nie śpieszyłem się z zapięciem jej pasów. Czułem jej niepokój jak fizyczną pieszczotę. Nie sądziłem, by przyczyną był strach.

Znajdowałem się ledwie kilka centymetrów od jej czerwonych ust. Były nieznacznie rozchylone. Słyszałem jej cichy oddech. Spojrzałem jej w oczy i zauważyłem w nich zarówno podniecenie, jak i czujność. Bardzo uważnie przyglądała się każdemu mojemu ruchowi.

Nachyliłem się bliżej; bardzo powoli, dając jej dość czasu, żeby mogła zaprotestować albo mnie odepchnąć. Ostrożnie oparłem się jedną ręką o drzwi. Nie chciałem jeszcze, żeby poczuła na sobie mój ciężar. Otarłem czubkiem nosa jej nos, zachęcając do podniesienia głowy. Poczułem jej oddech na ustach, szybszy i cięższy niż wcześniej. I wreszcie zobaczyłem, jak zamyka oczy, pochylając się do przodu.

Koniuszkiem języka przejechałem po jej dolnej wardze w nadziei, że rozchyli usta. Nie chciałem niczego przyśpieszać. No, właściwie to chciałem, i to bardzo, ale zdawałem sobie sprawę, że to nie jest dobry pomysł. Tak naprawdę pragnąłem ją podnieść i przycisnąć do drzwi, zerwać z niej majtki i wbić się w nią z całej siły, jednak z jej strony spodziewałem się nieco mniejszego entuzjazmu. W tamtej chwili wystarczało mi to, że rozchyliła dla mnie swoje usta. Nachyliłem się jeszcze bardziej, a ona jęknęła cicho.

Pragnęła mnie. Pragnęła mnie tak bardzo, jak ja jej.

Całowałem Livvie bardzo długo. Nie miałem dość jej jęków. Podobało mi się, gdy udawałem, że chcę się odsunąć, a ona pochylała się do przodu, goniąc moje usta. Byłem pewien, że gdybym wykorzystał swoje umiejętności w odpowiedni sposób, mógłbym zaciągnąć ją do łóżka. Mógłbym zobaczyć każdy skrawek jej cudownego ciała. Mógłbym posmakować jej cipki, a potem poczuć, jak oplata mnie nogami, i pieprzyć ją, aż nie zostanie we mnie nawet kropla nasienia.

Usłyszałem swój własny jęk, ale miałem to gdzieś. Nie uprawiałem seksu od kilku miesięcy, a i te wcześniejsze przygody, jakie miałem od czasu rozstania z Livvie, nie są warte wzmianki. Ulżyłem sobie przed przyjściem na to spotkanie, a i tak czułem ciężar w jądrach. Postanowiłem zaryzykować i zdjąłem rękę z drzwi. Pogłaskałem dziewczynę po ramieniu, żeby zobaczyć, jak zareaguje na mój dotyk.

– Caleb – westchnęła.

Złapała za krawędzie fotela i przysunęła się nieco do mnie. Jej język wepchnął się głębiej w moje usta.

Ja pierdolę, tak! Chciałem krzyczeć, a zamiast tego sięgnąłem do jej piersi i poczułem pulsowanie w kroczu, gdy zdałem sobie sprawę, jaki ma nabrzmiały sutek. Nie nałożyła stanika, więc mogłem przez cienki materiał wyczuć dokładnie kształt biustu. Tak szybko, jak tylko potrafiłem, nacisnąłem przycisk i uwolniłem Livvie z pasów. Odsunąłem materiał sukienki i pierś Livvie ukazała się w pełnej krasie.

– Caleb!

Tym razem to nie było westchnienie. Wyraźnie spanikowała.

To mnie nie powstrzymało. Wciąż słyszałem w jej głosie podniecenie. Objąłem pierś palcami i złapałem w usta twardy sutek, a potem zacząłem chciwie ssać. Jęknąłem głośno i chwyciłem ją mocniej, gdy w samochodzie rozległ się jej krzyk, a dłonie Livvie przyciągnęły mnie bliżej.

Gdzieś w zakamarkach wypełnionego żądzą umysłu zdawałem sobie sprawę, że sytuacja nie jest najlepsza. Chociaż lamborghini to bardzo seksowne auto, wnętrze nie należało do zbyt przestronnych i z pewnością nie nadawało się do festiwalu pieprzenia, jaki miałem w planach. Zebrałem resztki samokontroli i puściłem smakowity sutek Livvie.

O wiele trudniej było nie wrócić do niego, gdy zobaczyłem, w jakim stanie zostawiam swoją towarzyszkę. Jej ciało wygięło się w bok, głowę oparła o drzwi, a sukienka zsunęła się, odsłaniając jedną z piersi. Sutek był nabrzmiały i mokry od mojej śliny. Za to szminka Livvie zasługiwała na uznanie, ponieważ trzymała się zaskakująco dobrze, a powinna przecież rozmazać się po całej twarzy.

– Zawiozę cię do domu, Livvie. Nie mogę znieść tego, że jesteś tak blisko, a ja nie mogę w ciebie wejść.

Zarzuciłem ostrożność i wprost powiedziałem jej, czego chcę.

Dopiero po chwili odzyskała dech. Jej ciemne oczy spojrzały na mnie z pożądaniem, ale też setką innych emocji.

– Co się stało? Przecież wiem, że pragniesz tego tak samo, jak ja.

Starałem się nie zabrzmieć, jakbym był poirytowany, jednak trudno jest nie być dupkiem, kiedy mój kutas jest twardy jak stal, a wyższe funkcje mózgu zdążyły się wyłączyć.

Livvie przyjrzała mi się badawczo. Niestety zdążyłem dobrze poznać to spojrzenie. Zapewne zauważyła, że jestem zirytowany, i przestraszyła się. Ostrożnie poprawiła sukienkę, chowając odkrytą pierś. Nie przestawała się wiercić i z każdym nerwowym ruchem stawało się coraz bardziej oczywiste, że gra na zwłokę.

Potem, gdy nie mogłem już podziwiać jej cudnej piersi, a wyprostowana sukienka skryła, co trzeba, żeby tworzyć bardziej skromny strój, Livvie wreszcie się odezwała:

– Chcę ci zadać kilka pytań, Caleb, i musisz być ze mną zupełnie szczery. Możesz to dla mnie zrobić? – zapytała, patrząc na mnie tymi smutnymi, brązowymi oczami.

Uwaga na marginesie – czy kobiety ćwiczą smutny wyraz twarzy przed lustrem? Odnoszę wrażenie, że wszystkie opanowałyście do perfekcji sztukę wyglądania jednocześnie cudownie i żałośnie.

W każdym razie, nie mogłem odmówić jej prośbie. Postawiła mnie w przedziwnej sytuacji i byłem gotów zrobić absolutnie wszystko, żeby ją uszczęśliwić.

– Pytaj mnie o wszystko, co naprawdę chcesz wiedzieć. Lecz tylko wtedy, gdy wydaje ci się, że jesteś w stanie znieść prawdę.

Musiałem podkreślić wagę tej kwestii. Nie mogła prosić mnie o szczerość, a potem wściekać się, że przychyliłem się do jej prośby. No, technicznie rzecz biorąc, mogła, ale to bardzo niefajny sposób na traktowanie faceta.

– Dobra – oznajmiła pewnie. – Ty prowadzisz, a ja zadaję pytania.

Uniosłem brew, nie dowierzając.

– Nie byłoby łatwiej zapytać teraz, kiedy nie muszę dzielić uwagi między ciebie a inne samochody? I gdzie właściwie mam cię zabrać?

Livvie uśmiechnęła się z fałszywą skromnością i aż mnie ścisnęło w żołądku. Czasami potrafiła cholernie się ze mną droczyć.

– Chcę, żebyś miał rozproszoną uwagę, Caleb. Nie dam ci szansy na przemyślenie odpowiedzi i kształtowanie swojej wersji prawdy. Jesteś w tym zbyt dobry. Po prostu wybierzmy się na przejażdżkę po okolicy, a ja powiem ci, kiedy masz się zatrzymać. Tylko nie wyjeżdżaj z miasta.

Sięgnęła po pasy i zapięła je.

Nie wiem, czy bardziej mnie uraziła, czy mi zaimponowała, jednak postanowiłem nie odmawiać współpracy.

– Nie ufasz mi? – zapytałem z uśmiechem; zawsze lubiła moje uśmiechy.

– Nie do końca – przyznała bez zająknięcia. – Ufam ci na tyle, żeby wsiąść do twojego samochodu, ale chyba nie dziwisz się, że na tym się kończy.

Poczułem, jak na mojej twarzy i szyi wykwita gorący rumieniec. Nie byłem całkiem odporny na poczucie winy. Wciąż miałem wyrzuty sumienia z powodu różnych rzeczy, które zrobiłem Livvie, i słusznie się martwiła. Powinna być więcej niż ostrożna. Chrząknąłem, żeby rozładować nieco napięcie. Poprawiłem dyskretnie spodnie w kroczu, zapiąłem pasy i przekręciłem kluczyk w stacyjce.

Livvie złapała za klamkę i zawołała z zachwytem, gdy zamruczał silnik i fotele się zatrzęsły.

Uśmiechnąłem się na myśl, że jej cipka właśnie stała się nieco bardziej mokra. Mojemu kroczu też spodobała się liczba koni mechanicznych w aucie. Wyjechałem z miejsca parkingowego i próbowałem skupić się na jeździe po pełnych turystów drogach. Gdzieś głęboko w trzewiach grzmiał niepokój, wywołując mdłości.

– Dobra, jestem cały twój. Zapytaj mnie o wszystko, co jesteś gotowa usłyszeć.

Kątem oka zauważyłem uśmiech błąkający się na ustach Livvie.

– Jesteś cały mój? – zapytała.

Spojrzałem na nią.

– Ty tak na poważnie? To jest twoje pierwsze pytanie? Myślałem, że będą trudniejsze. Tak, Livvie, jestem cały twój.

Puściłem do niej oko dla lepszego efektu. Mój brzuch poczuł się nieco lepiej, gdy zobaczyłem radość wymalowaną na jej twarzy.

– Dobrze wiedzieć. Niestety, kolejne pytania nie będą takie proste. Kiedy zaproponowałeś, że odwiedziesz mnie do domu, miałeś na myśli mój dom? – W jej głosie dało się słyszeć obawę.

Nagle zrozumiałem, do czego zmierzała ta rozmowa. Jednak obiecałem szczerość, a ponieważ chciałem nad sobą pracować, musiałem dochować tajemnicy.

– Nie chciałaś pojechać do mnie, więc pomyślałem, że u ciebie będzie lepiej.

– Wiesz, gdzie mieszkam? – zapytała oskarżycielskim tonem.

Przewróciłem oczami.

– Tak.

Przez chwilę nic nie mówiła. Próbowałbym odgadnąć jej myśli, gdybym nie musiał prowadzić samochodu po wąskich, nieregularnych ulicach.