Słynne ucieczki Polaków - Andrzej Fedorowicz - ebook
Opis

Maurycy Beniowski - skradzionym okrętem z tajnymi aktami z Kamczatki do Europy.

Ferdynand Ossendowski - z bolszewickiego piekła przez Mongolię i Chiny do Polski. Gotowy scenariusz hollywoodzkiego filmu. Książkową relację z wyprawy komuniści wyszukiwali w bibliotekach i palili na stosach.

Jędrzej Giertych – brawurowa ucieczka jeńca ze ściśle strzeżonej twierdzy w Srebrnej Górze.

Kazimierz Piechowski, Gienek Bendera, Józef Lempart i Stanisław Jaster. Fałszywe komando uciekające z obozu zagłady. Więźniowie przebrani w mundury SS wymykają się z Auschwitz – przy okazji wywożąc na zewnątrz słynny raport Pileckiego.

Wielka ucieczka z Sobiboru – największa ucieczka z obozu śmierci w czasie II wojny światowej.

Bronisław Szeremeta – z sowieckiego łagru przez dziką tajgę do polskiej konspiracji we Lwowie.

Wanda Pawłowska – miłość matki pokonała sowiecką bezpiekę .

Dodatkowo:

Ucieczka „złotego konwoju”, epicka opowieść o ewakuacji polskich zapasów złota we wrześniu 1939 r.

Czy to wiek osiemnasty czy dwudziesty, dalekie ostępy Syberii, twierdza Donżon, czy KL Auschwitz - bohaterów łączy polski gen wolności.

Nie ma takich więzień, z których Polacy nie potrafiliby uciec.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


wstęp

Statkiem, konno, samochodami, pociągami lub na własnych nogach. Tygodnie, miesiące, a czasem lata pełnych śmiertelnych niebezpieczeństw wędrówek. Tysiące kilometrów pokonanych w jednym celu – by udowodnić, że Polak nigdy nie będzie niewolnikiem.

Bohaterami tych niezwykłych historii kierowały różne uczucia i motywacje. Wanda Pawłowska uciekła z Kazachstanu, bo tęskniła za synkiem. Maurycy Beniowski był dumnym polskim szlachcicem, któremu honor nie pozwalał pogodzić się z myślą o niewoli gdzieś na zapomnianym przez Boga i ludzi krańcu świata. Kazimierz Piechowski postanowił udowodnić, że można pokonać nieludzki system i uciec z miejsca, którego nazwa do dziś budzi grozę – Auschwitz. Wiara, miłość, determinacja i poczucie obowiązku napędzały tych, którzy, ryzykując życiem, dokonali rzeczy, wydawałoby się, niemożliwych.

Ale aby plan się powiódł, potrzebna była też wiedza i inteligencja. Opisy przygotowań do ucieczek z twierdzy Srebrna Góra czy KL Auschwitz to gotowe scenariusze sensacyjnych filmów; trudno uwierzyć, że do tej pory takie nie powstały. Czasem oprócz sprytu potrzebna była też wola walki. Maurycy Beniowski i jego towarzysze zesłania, żydowscy więźniowie obozu śmierci w Sobiborze czy akowcy-jeńcy sowieckiej NKWD ze Skrobowa musieli wzniecić zbrojne bunty i odnieść zwycięstwa, zanim znów mogli zakosztować smaku wolności.

Każda z tych ucieczek była inna. Rufin Piotrowski samotnie pokonał pięć tysięcy kilometrów z Syberii. Bronisław Szeremeta i Ferdynand Ossendowski mogli liczyć na wsparcie jednego lub kilku towarzyszy. Wywiezienie z Polski we wrześniu 1939 roku ogromnego skarbu – wartych dziesiątki milionów dolarów zapasów złota – wymagało z kolei zakrojonej na wielką skalę, skoordynowanej akcji wielu osób.

A jednak wszystkie opisane zdarzenia coś łączy. To głęboka wiara, że bycia Polakiem nie da się pogodzić z biernym fatalizmem. Bohaterowie tej książki to zaledwie niewielka garstka spośród ogromnej rzeszy ludzi, którzy dla wolności gotowi byli na największe poświęcenie i ryzyko. Jednym się udało, innym nie, ale warto wiedzieć, że naszą historię pisali również słynni uciekinierzy.

Naprawdę, trzeba było mieć pecha, żeby dostać do pilnowania Polaka…

Skradzionym okrętem z tajnymi aktami z Kamczatki do Europy

Maurycy Beniowski, 1771–1774

21 września 1771 roku na wodach przy półwyspie Makau u wybrzeży Chin pojawił się tajemniczy trójmasztowiec pod nieznaną nikomu banderą. Gdy miejscowa forteca powitała go dwunastoma zwyczajowymi strzałami, wpłynął do portu Guia, głównej bazy morskiej portugalskiej kolonii. Statek nosił nazwę „Święty Piotr i Paweł”, a jego dowódcą był młody człowiek podający się za szlachcica. Nazywał się Maurycy Beniowski, był polskim zesłańcem politycznym, a statek porwał w odległym o niemal sześć tysięcy mil porcie Bolszereck na półwyspie Kamczatka. Wcześniej wszczął tam zbrojne powstanie zakończone zabiciem miejscowego gubernatora. Przez niezbadane dotąd przez Europejczyków wody kilku mórz buntownicy z Kamczatki żeglowali ponad cztery miesiące.

Równie niesamowity jak rejs statku był jego ładunek: złoto, perły i tysiące skór zwierząt o ogromnej wartości. Jednak tym, co natychmiast uaktywniło obecnych w Guia szpiegów kilku krajów i kompanii handlowych, było jeszcze coś innego – tajne rosyjskie archiwa z dokumentami i mapami opisującymi plany ekspansji tego kraju w Azji i Ameryce Północnej. Historia ucieczki trzydziestoletniego Polaka i jego załogi z końca świata błyskawicznie rozniosła się po Makau, budząc niebywałą sensację. Kim był ten trzydziestolatek, który nagle pojawił się w portugalskiej enklawie w Chinach z wielomilionowej wartości ładunkiem?

* * *

Jest wrzesień 1770 roku, niespełna rok przed zawinięciem „Świętego Piotra i Pawła” do portu w Makau. Eskortowana przez oddział Kozaków kibitka wiezie na dalekie zesłanie Maurycego Beniowskiego, jednego z dowódców konfederacji barskiej. Ten zbrojny związek szlachty polskiej utworzony w mieście Bar w 1768 roku w obronie wiary katolickiej i niepodległości Rzeczypospolitej domagał się zniesienia ustaw narzuconych podupadającej Polsce przez Rosję. Konfederacja barska, uważana dziś przez wielu historyków za pierwsze polskie powstanie narodowe, szybko przerodziła się w krwawą wojnę o niepodległość. Wzięło w niej udział sto tysięcy ludzi; kilkadziesiąt tysięcy zginęło, a czternaście tysięcy zostało zesłanych w głąb Rosji, gdzie mieli pozostać do końca życia. Jednym z takich zesłańców był Maurycy.

Urodził się na Węgrzech, w Werbowie, jako syn Samuela Beniowskiego, generała w służbie austriackiej, i węgierskiej baronówny Róży de Ravay. Nauki pobierał w Wiedniu, najpierw w kolegium, a potem w szkole wojskowej. Jako zaledwie piętnastolatek w randze podporucznika brał udział w swojej pierwszej wojnie – z Prusami. Mając siedemnaście lat był już weteranem cesarskiej armii i wtedy też postanowił opuścić ją na wieść, że mieszkający na Litwie bezdzietny stryj przepisał na niego majątek. Był rok 1758, kiedy Maurycy poczuł w sobie polską krew. Jego rodzina zawsze była wielonarodowa, ale to właśnie z Polską młodzieniec zaczął identyfikować się najmocniej.

Na wiadomość o śmierci ojca wrócił jednak na Węgry, by przejąć część należnych sobie dóbr. Kiedy spotkał się z oporem ze strony szwagrów, postanowił rozwiązać problem staropolską metodą – po prostu urządził zajazd. Odzyskanym majątkiem nie cieszył się jednak długo, gdyż na skutek intryg austriacki rząd go skonfiskował. Wrócił więc do Polski, by gospodarować na dobrach odziedziczonych po stryju, jednak niespokojny charakter nie pozwolił mu długo cieszyć się życiem ziemianina.

Były to czasy wielkich oceanicznych wypraw. Floty Wielkiej Brytanii, Holandii czy Francji pokonywały ogromne odległości, nawiązując nowe handlowe kontakty z odległymi krajami i dokonując geograficznych odkryć. Polsko-węgierski szlachcic, starosta na Litwie, też chciał wyprawić się do dalekich krajów. Nie spodziewał się jednak, że marzenie to spełni się w tak dramatycznych okolicznościach.

Gdy dwudziestoparoletni Beniowski postanowił zostać żeglarzem i pojechał do Gdańska, by zdobyć teoretyczną wiedzę oraz odbyć morska praktykę, Rzeczpospolita stawała się państwem coraz bardziej uzależnionym od Rosji. Słaba politycznie i militarnie nie była w stanie przeciwstawić się ingerencjom w swoje wewnętrzne sprawy ze strony dworu Katarzyny II ani obecności na swoim terytorium coraz liczniejszych obcych wojsk. Kiedy więc Maurycy Beniowski zdobywał morskie szlify w czasie rejsów do Hamburga, Amsterdamu czy Plymouth, które miały poprzedzić planowaną przez niego wielką podróż do Indii, w kraju dojrzewało polityczne przesilenie. Znalazło ono swój wyraz w zawiązanej 29 lutego 1768 roku w Barze na Podolu antyrosyjskiej konfederacji. Mimo że król Stanisław August Poniatowski wyraził zgodę, by stłumiły ją wojska rosyjskie wraz z wojskami Rzeczypospolitej, do szlacheckiego sprzysiężenia przyłączały się kolejne województwa prowincji małopolskiej, a wkrótce objęła ona także Wielkopolskę i Litwę. Doszło do pierwszych starć.

Wiadomość o wybuchu walk zastała Beniowskiego na Spiszu, gdzie znalazł się, wracając z Węgier po kolejnej bezskutecznej próbie odzyskania majątku po ojcu. Gdy w drodze powrotnej zachorował, gościny udzielił mu szlachcic Heński, ojciec trzech córek. W jednej z nich, Zuzannie, Maurycy się zakochał i nie namyślając się długo, wziął z nią ślub. Nie minął jednak miesiąc miodowy, jak Beniowskiego znaleźli na Spiszu wysłannicykonfederacji i w imię posłuszeństwa władzom sprzysiężenia wezwali do zbuntowanego Krakowa, pod który nadciągały już rosyjskie wojska.

Kolejny rok w życiu Maurycego to podjazdowa wojna z Rosjanami toczona ze zmiennym szczęściem. Dowodzone przez niego oddziały atakowały rosyjską armię, nie pozwalając jej odciąć Krakowa od dostaw broni i żywności, napadały na konwoje wiozące pieniądze dla króla z żup solnych w Wieliczce, prowokowały rosyjską armię do pościgu, pozwalając w tym czasie przejąć inicjatywę innym konfederackim oddziałom. Mijało już dziesięć lat, od kiedy Beniowski, z własnego wyboru, postanowił zostać Polakiem i teraz bronił ojczyzny, płacąc za to siedmioma ranami od kul, szabel i pik. W końcu po roku wojaczki fortuna przestała mu sprzyjać. 19 maja 1769 roku został w jednej z potyczek ranny w bok odłamkiem kartacza i dwukrotnie szablą. Tak trafił do niewoli.

Pierwszym miejscem zesłania był Kazań, dawna tatarska stolica nad Wołgą. Dla takiego doświadczonego partyzanta jak Beniowski ucieczka stamtąd nie stanowiła problemu. Niestety po schwytaniu nie mógł już liczyć na łagodne traktowanie. Kolejnym miejscem zesłania dla niepokornego Polaka miała być odległa o ponad dziewięć tysięcy kilometrów Kamczatka.

* * *

Podróż do miejsca zesłania zajęła Beniowskiemu prawie rok. W styczniu 1770 roku grupa więźniów eskortowana przez oddział siedemdziesięciu Kozaków ruszyła z Tobolska na wschód. Z powodu ostrej zimy konwój posuwał się powoli. Do Tary nad Irtyszem zesłańcy dotarli dopiero pod koniec marca. W Tomsku z powodu roztopów spędzili prawie trzy tygodnie, wyruszając 11 maja do Krasnojarska, do którego przybyli po siedemnastu dniach podróży. Stamtąd czekała ich kilkumiesięczna podróż do Jakucka, skąd we wrześniu wyruszyli do Ochocka. W tamtejszym porcie 23 listopada zakuto ich w kajdany i wysłano statkiem na wyspę Sachalin, z której przez Morze Ochockie popłynęli do leżącej na zachodnim wybrzeżu Kamczatki osady Bolszereck. Maurycy Beniowski trafił tam 4 grudnia 1770 roku.

Bolszereck składał się z jednej długiej ulicy, wzdłuż której stało około 500 domów zamieszkanych w większości przez Kozaków. Stanowili oni największą grupę osadników na tym odludnym, liczącym 1200 kilometrów długości półwyspie, a ich obecność była dowodem na rosyjskie panowanie na Kamczatce. Za osadą znajdowała się forteca z pięcioma bastionami, po pięć armat w każdym, która była jednocześnie siedzibą miejscowego gubernatora, pułkownika Niłowa, i koszarami dla 280 rosyjskich żołnierzy. Zesłańcy mieszkali pół mili za Bolszereckem, pod lasem, gdzie wydzielono im niewielkie działki. Tam mieli pozostać do śmierci.

Zasady pobytu na zesłaniu były proste. Następnego dnia po przybyciu więźniowie byli wypuszczani na wolność z zapasem żywności na trzy dni, a potem każdy miał radzić sobie sam. Od rosyjskiego rządu dostawali strzelbę, proch, ołowiane kule, kilka noży i narzędzia ciesielskie, żeby samemu wybudować sobie chatę i upolować coś do jedzenia. Otrzymany ekwipunek powinni spłacić w ciągu roku za pomocą futer zwierząt o wartości stu rubli, mieli też obowiązek dostarczać określoną liczbę futer gubernatorowi. Nie wolno im było oddalać się od miejsca zamieszkania na dłużej niż dwadzieścia cztery godziny bez powiadomienia władz. Chociaż zesłańcy mogli posiadać broń i domy, nie mieli prawa do żadnej osobistej własności; żołnierze mogli w każdej chwili wejść do ich chat i wziąć, co im się podoba.

Kiedy Beniowski przybył do Bolszerecka, osadę dla zesłańców zamieszkiwało kilkadziesiąt osób, mężczyzn i kobiet, w zdecydowanej większości Rosjan. Niektórzy z nich byli na wygnaniu już dwadzieścia lat. Maurycy znalazł schronienie u zesłańca nazwiskiem Krustiew. Był on na Kamczatce już osiem lat i sprawiał wrażenie pogodzonego ze swoim losem. Kiedy gospodarz odczytał Polakowi treść ukazów dla zesłańców, wydanych jeszcze przez cara Piotra Wielkiego, ten nie wytrzymał.

– Przyjaciele, dlaczego znosicie tak długo to podłe jarzmo i nie próbujecie wyzwolić się z niego? Czyż się śmierci lękacie? Śmierć jest przecież stokroć pożądańsza od takiego upodlenia! I takie prawa wydał człowiek, którego Europa nazywa wielkim?

Wzburzony chciał mówić dalej, jednak Krustiew poprosił go, by przestał. Już przy pierwszym spotkaniu stało się jednak jasne, że przybycie Polaka zmieni życie zesłańców w Bolszerecku na zawsze.

Od pierwszych dni wykształcony, inteligentny i pełen energii Beniowski zaczął skupiać wokół siebie elitę zesłańców. Byli wśród nich oficerowie gwardii, szambelan cesarzowej Elżbiety, archidiakon, kapitan kozacki, eksksiążę, a nawet jeden Polak, starosta Kazimierz Bielski. Wszyscy byli więźniami politycznymi zesłanymi na ten koniec świata jako wrogowie stanu. Nie minęło kilka dni, jak Beniowski zaproponował założenie tajnej organizacji, której celem byłoby przygotowanie ucieczki. Zalążkiem konspiracji stała się ośmioosobowa Rada Sekretna z Maurycym na czele. Wkrótce do organizacji zostało wciągniętych kolejnych piętnaście osób. Nie minął tydzień pobytu Beniowskiego na Kamczatce, jak założone przez niego stowarzyszenie obejmowała już niemal połowę mieszkających w Bolszerecku zesłańców.

Ponieważ z Kamczatki wydostać się można było wyłącznie morzem, plan ucieczki od początku zakładał porwanie statku. Grupa spiskowców, po zgromadzeniu odpowiednich zapasów broni i żywności, miała udać się w tym celu do przystani w Czekawce i tam opanować jakikolwiek okręt, a następnie wyruszyć nim do Europy. Przed tymi z Rosjan, którym ten kierunek ucieczki nie odpowiadał, Beniowski roztoczył wspaniałą wizję. Zaczął opowiadać im o Państwie Słońca – wyspie Tabrobanie.

– Każdy, komu źle powodzi się na ziemi, może przyjechać do Państwa Słońca. Wszystkich przyjmują tam z radością, dają schronienie, jedzenie i odzież. Płynąć zaś tam trzeba przez ocean kursem na południe. Czas podróży z Kamczatki – pięćdziesiąt dni – mówił zafascynowanym słuchaczom.

Skąd wziął ten pomysł? Prawdopodobnie zainspirowała go utopijna powieść Miasto Słońca włoskiego teologa Tommaso Campanelli, którą czytał jeszcze w młodości, a może także opis jednej z wysp archipelagu Marianów, który poznał w czasie swojej morskiej edukacji w Gdańsku.

Jednocześnie z urabianiem zesłańców Beniowski zaczął wkradać się w łaski bolszereckiej elity – władz kamczackiej guberni. Ponieważ był człowiekiem wykształconym i znającym kilka języków, szybko zaproponowano mu pracę przy czytaniu listów i sprawozdań. Tak znalazł się w najbliższym otoczeniu gubernatora Niłowa, który szybko zaczął zabierać błyskotliwego więźnia na spotkania towarzyskie. Na jednym z nich Beniowski usiadł do partii szachów z „numerem trzy” w miejscowym rządzie, kozackim pułkownikiem Czernychem, człowiekiem, którego będzie nazywać Hetmanem. Ten po upokarzającej przegranej w pięciu ruchach z polskim zesłańcem początkowo był wściekły, szybko jednak zorientował się, że mając pod ręką tak znakomitego szachistę, może zarobić wielkie pieniądze. Zaproponował układ: Maurycy będzie grać dla niego z urzędnikami i kupcami za dziesięć procent wartości zakładu.

Polak się zgodził. Stawki z partii na partię rosły: 500, 1000, 1500 rubli… Po jednym z wyjątkowo udanych wieczorów uradowany Hetman obdarował Beniowskiego takim zapasem masła, mięsa, wódki i ryżu, że zapewniały one wyżywienie na pięć dni wszystkim zesłańcom. Towarzyskie zalety Polaka miały jeszcze jeden skutek: zakochała się w nim jedna z córek gubernatora, szesnastoletnia Afanazja. Maurycy już wcześniej był proszony przez jej matkę, by udzielać lekcji języków obcych, czytania i arytmetyki Afanazji oraz trójce jej rodzeństwa. Sprawy szybko jednak wymknęły się spod kontroli. Panna sama wyznała miłość przystojnemu Polakowi i dała mu jasno do zrozumienia, że chciałaby go mieć za męża. W roli zięcia chętnie widziała też Beniowskiego jej matka, jak się okazało – córka szwedzkiego pułkownika-zesłańca, tym bardziej, że gubernator chciał wydać Afanazję za miejscowego niezbyt dobrze wykształconego i mało kulturalnego oficera.

Teraz rozpoczęła się podwójna konspiracja. Beniowski informował o wszystkim Radę Sekretną, która doradziła mu, by dla dobra sprawy zgodził się na ślub. Żonaty już Polak wzbraniał się początkowo, wiedząc, że i tak małżeństwo będzie nieważne, w końcu jednak postanowił utrzymywać pozory. Za wiedzą matki doszło do zaręczyn Afanazji z Maurycym. Postawiony przed faktem dokonanym gubernator Niłow był początkowo wściekły, potem jednak doszedł do wniosku, że ślub córki z bystrym cudzoziemcem-szlachcicem, któremu bądź co bądź przysługiwał po matce tytuł barona, nie jest wcale złym rozwiązaniem. Aby jednak sprawa stała się w świetle prawa możliwa, trzeba było uwolnić zesłańca. Niłow zrobił to osobiście, powołując się na zasługi Beniowskiego dla rządu kamczackiej guberni i jednocześnie wystąpił do swojego zwierzchnika, gubernatora irkuckiego, z wnioskiem o nadanie Polakowi jakiegoś godnego stanowiska.

Tymczasem Maurycy grał na zwłokę, chcąc odwlec datę ślubu jak najdalej. Była wciąż zima, wody wokół Kamczatki były pełne lodu i niebezpieczne dla żeglugi, ucieczka mogła odbyć się najwcześniej w kwietniu lub maju. Beniowski postawił więc Niłowowi warunek: nie stanie przed ołtarzem, dopóki na półwyspie nie powstanie rolnicza osada, w której zamieszka również on z Afanazją. Pod pretekstem przygotowań do powstania kolonii zaczął się werbunek kolejnych uczestników spisku, których liczba wzrosła wkrótce do sześćdziesięciu, a także półlegalne gromadzenie zapasów broni, prochu i narzędzi. Dzięki temu posunięciu w posiadaniu spiskowców było wkrótce 100 pudełek z kartaczami, 60 długich noży, 16 pistoletów, 36 siekier i 200 pik. Z takim wyposażeniem można było zaczynać zbrojny bunt. Okazja do tego nastąpiła, gdy władze w Bolszerecku wpadły w końcu na trop spisku.

* * *

Nie było to trudne, gdyż konspiratorzy, coraz bardziej pewni siebie, zaczęli w końcu całkowicie ignorować zasady bezpieczeństwa. Jako jedna z pierwszych o planie ucieczki dowiedziała się pokojówka Afanazji, której tajemnicę zdradził kochanek, jeden z uczestników spisku. Przekonana, że narzeczony chce ją porzucić tuż przed planowanym ślubem, Afanazja poszła do niego i zalewając się łzami, zażądała wyjaśnień. Beniowski w obawie, by zrozpaczona dziewczyna nie opowiedziała o wszystkim ojcu, postanowił wtajemniczyć ją w sprawę.

– Przysięgam ci, że nigdy bym stąd bez ciebie nie wyjechał – przekonywał. – Tak, chcę stąd uciec. Zamierzałem cię porwać i zabrać ze sobą.

Te słowa zrobiły wrażenie na córce gubernatora. Nie tylko wybaczyła narzeczonemu, że skrywał przed nią tajemnicę, ale obiecała, że ostrzeże go, gdyby miało mu grozić niebezpieczeństwo.

Na tę chwilę nie trzeba było długo czekać. Informacja o spisku dotarła w końcu do gubernatora Niłowa, przekazana przez naczelnika kancelarii. Pułkownik długo nie chciał wierzyć, że człowiek, o którego wolność zabiegał i któremu odczytał akt uwolnienia zaledwie kilkanaście dni wcześniej, a który miał zostać mężem jego córki, mógł zawiązać tajne stowarzyszenie wymierzone przeciwko jego władzy. W pierwszym odruchu sklął donosiciela przekonany, że oczernianie Beniowskiego jest elementem jakiejś intrygi.

– To niemożliwe, by szlachcic mógł być tak przewrotny! – krzyczał Niłow i sam poinformował Maurycego, by uważał na ludzi, którzy próbują go oczerniać.

Gdy jednak ochłonął, pewne odizolowane dotąd zdarzenia zaczęły układać mu się w niepokojącą całość. Zlecił więc dyskretną obserwację zesłańców.

Na rezultat nie trzeba było długo czekać. Wkrótce do Niłowa dotarły informacje o odbywających się u Beniowskiego spotkaniach. Wyglądało na to, że w tajnym sprzysiężeniu bierze już udział cała osada zesłańców. Nie namyślając się, pułkownik kazał wysłać do domu Polaka pięciu żołnierzy z rozkazem doprowadzenia go do twierdzy. Kiedy jednak dowódca oddziału wszedł do środka zaproszony przez Beniowskiego na kieliszek wódki, zobaczył wymierzone w siebie lufy czterech pistoletów. Wyprowadzony do innego pokoju został przesłuchany, a następnie kazano mu po kolei wywoływać stojących przed domem żołnierzy. Tych spiskowcy częstowali na początek wódką, by zaraz powalić, związać i zamknąć w piwnicy. Wiadomo było jednak, że gdy posłańcy nie wrócą z Beniowskim przed zmierzchem, gubernator rozkaże wysłać do osady większe siły wojska. Trzeba było działać, by przejąć inicjatywę.

Jest 26 kwietnia 1771 roku, gdy Beniowski na czele grupy buntowników rusza na pałac gubernatora. Już za potokiem natyka się na oddział żołnierzy; padają pierwsze strzały i pierwsi zabici. Odgłosy walki alarmują kolejnych spiskowców, którzy biegną na pomoc. Wkrótce oddział liczy już kilkudziesięciu uzbrojonych po zęby ludzi. Pułkownik Czernych-Hetman wysyła przeciwko nim żołnierzy z armatą, ci jednak zostają przepędzeni salwą i nie zdążywszy oddać żadnego strzału z działa, uciekają do pobliskiego lasu. To był błąd, który doświadczony partyzant Beniowski od razu wykorzystał. Blokując strzałami możliwość powrotu żołnierzy do twierdzy, kazał swoim ludziom zabrać armatę z powrotem do fortecy. Gdy dotarli pod nią, było już ciemno. Słysząc odgłosy toczonego działa, wartownicy wzięli buntowników za powracający oddział żołnierzy.

– Prowadzicie jeńców? – spytali.

– Tak, otwórzcie! – zawołał jeden ze spiskowców.

Po chwili zwodzony most był już opuszczony. Beniowski na czele grupy wpadł do środka, szybko rozprawiając się ze strażnikami. Wkrótce jednak rozegrał się dramat. Gdy Polak wszedł do pokoju gubernatora, prosząc go o złożenie broni, pułkownik strzelił do niego z pistoletu, raniąc w ramię, a potem rzucił się na niego i zaczął dusić. Przed śmiercią uratował Beniowskiego celny strzał jednego ze spiskowców, Panowa, który pozbawił Niłowa życia. Wszystko to działo się na oczach rodziny gubernatora, w tym Afanazji, która pod wpływem szoku zemdlała.

Jeszcze tej samej nocy Kozacy próbowali odbić fortecę, jednak przyniesione przez nich drabiny były za krótkie, a oddana przez powstańców salwa z kilku dział szybko przepędziła atakujących. Chociaż Beniowski z kompanami był bezpieczny za murami fortu, sytuacja nie wyglądała najlepiej. Żołnierze i zmobilizowani do rozprawy z buntem Kozacy z osady mogli prowadzić oblężenie miesiącami, do momentu, aż buntownikom skończą się zapasy żywności. Zamknięcie w forcie uniemożliwiało też realizację planu ucieczki z półwyspu. Trzeba było znów przejąć inicjatywę.

Beniowski, chociaż osłabiony raną, postanawia zadziałać w bezwzględny sposób. Potajemnie wysyła do miasta oddział dwudziestu ludzi z rozkazem wyciągnięcia z domów wszystkich kobiet oraz dzieci i zamknięcia ich w cerkwi, która ma wcześniej zostać obłożona suchymi gałęziami i na jego rozkaz podpalona. Zadanie zostało wykonane bez problemu; w osadzie nie było ani jednego zdolnego do walki mężczyzny, gdyż wszyscy Kozacy poszli oblegać fort. Gdy tylko dotarła wiadomość, że wszystko jest gotowe, Beniowski kazał zabrać z cerkwi sześć kobiet i wysłać je z poselstwem do obozu Hetmana dowodzącego oblężeniem. Spisane w liście żądania nie podlegały dyskusji – Kozacy mieli uwolnić czterech spiskowców, których wzięli do niewoli, zakończyć oblężenie, złożyć broń i przyjść do fortecy, by spiskowcy mogli wybrać spośród nich zakładników. W przeciwnym wypadku cerkiew z kobietami i dziećmi miała zostać spalona.

Odpowiedź długo nie nadchodziła, Beniowski rozkazał więc rozpalić ognisko pod kościołem. Była już noc i widok ognia wystarczył, by pod twierdzą pojawił się las przytwierdzonych do pik białych flag. Chwilę później Kozacy sami przywlekli do twierdzy rozbrojonego Hetmana. Okazało się, że odpowiedź na ultimatum nie przychodziła tak długo, gdyż dowódca chciał siłą odbić uwięzionych w kościele ludzi. Między oblegającymi wybuchła wówczas wielka kłótnia zakończona aresztowaniem Hetmana. Kiedy oblężenie się skończyło, Beniowski nakazał wypuszczenie kobiet i dzieci z cerkwi oraz opróżnienie fortecznego więzienia, w którym siedziało kilkudziesięciu żołnierzy i urzędników. Zamiast nich w twierdzy miało pozostać pięćdziesięciu zakładników, którzy za każde wymierzone przeciw buntownikom działanie mieli zapłacić głową.

Gdy sytuacja została opanowana, przyszła pora na realizację planu. Rozwój wydarzeń był o wiele bardziej nieoczekiwany, niż spodziewali się spiskowcy. Nie tylko byli już wolnymi ludźmi, ale w ich ręku była w praktyce władza nad Kamczatką. Zdobycie twierdzy oznaczało także przejęcie skarbca, magazynów z tysiącami cennych futer, a także tajnych archiwów guberni, w których opisane były szczegółowo wszystkie handlowe i wojskowe wyprawy z tego rejonu oraz transakcje handlowe z sąsiadującymi z Rosją krajami. Buntownik Beniowski musiał teraz szybko przemienić się w administratora. Mimo źle gojącej się rany Polak rozkazał wykonanie spisu wszystkich przejętych w twierdzy dóbr, a także zorganizowanie pogrzebów zabitych, w tym gubernatora Niłowa. Najważniejszą sprawą było jednak przejęcie statku. Odpowiednia jednostka czekała już od paru miesięcy w przystani u ujścia rzeki łączącej Bolszereck z morzem.

Stał tam uwięziony przez całą zimę przez kry żaglowiec „Święty Piotr i Paweł”. Był to nowo wybudowany duży kupiecki statek dowodzony przez podszturmana Kuźmę Chołostiłowa. Jego współwłaścicielem oraz cichym udziałowcem w spółce handlu skórami był sam gubernator Niłow, który nalegał na kapitana, by ten jeszcze przed zimą wypłynął na Wyspy Aleuckie, gdzie zaczynał się sezon polowań na lisy i bobry morskie. Z powodu złej pogody i wcześniejszych uszkodzeń statku Chołostiłow jednak odmówił, za co został przez gubernatora osadzony w twierdzy w Bolszerecku, skąd uwolnili go dopiero ludzie Beniowskiego. Teraz był bezcennym źródłem informacji o wodach wokół Kamczatki, a także nieznanych dotąd, odkrytych w czasie łowieckich rejsów wyspach. 28 kwietnia po skończonych uroczystościach pogrzebowych gubernatora Niłowa i innych ofiar buntu Beniowski kazał zabrać Panowowi wiszącą w cerkwi ikonę świętego Mikołaja i w towarzystwie miejscowego popa udać się z nią na statek, by odprawić na nim mszę, dokonując tym samym uroczystego przejęcia jednostki w imieniu powstańców.

Przez kolejne dni Polak dochodził do zdrowia po postrzale, gdy tymczasem wydelegowani przez niego ludzie przewozili tratwami do przystani przejęte w bolszereckim forcie skóry, archiwa, pieniądze i towary. Samych cennych futer było 12 tysięcy, do tego dochodziło 140 beczek z żywnością, wodą i innymi artykułami niezbędnymi w czasie długiego rejsu, 3 armaty, 848 worków prochu, ołów, kuźnia polowa, strzelby, topory oraz narzędzia stolarskie i ślusarskie, a także pełne podwójne ożaglowanie i olinowanie statku. Zapas żywności stanowiły setki kilogramów suszonej i solonej ryby, solonego mięsa, wielorybiego tłuszczu, dziesiątki worków cukru i herbaty, beczki sera i masła, a także trzydzieści sześć baryłek wódki. Dowodzony przez Polaka zbrojny bunt nie tylko miał przynieść wolność kilkudziesięciu zesłańcom, ale także oznaczał poważny uszczerbek dla majątku rosyjskiego rządu. Nikogo to nie martwiło.

Najważniejsze było jednak skompletowanie załogi „Świętego Piotra i Pawła”. Oprócz Kuźmy Chołostiłowa i jego marynarzy chęć ucieczki z Kamczatki zadeklarowała ogromna liczba ludzi; nie tylko spiskowców, ale także zwykłych mieszkańców Bolszerecka. Statek nie byłby jednak w stanie pomieścić wszystkich. Po starannej selekcji Beniowski zdecydował, że z Kamczatki odpłynie z nim dziewięćdziesiąt pięć osób, w tym dziewięć kobiet. Wśród nich miała być także przebrana w męski strój Afanazja. Chociaż po tragicznej śmierci ojca dziewczynę czekał jeszcze jeden szok: Maurycy wyznał jej, że ma w Polsce żonę, zdecydowała się na rozstanie z rodziną i płynięcie razem z nim, już nie jako narzeczona, ale przyjaciółka.

11 maja 1771 roku Beniowski rozkazał wywieszenie na maszcie przygotowanej wcześniej chorągwi konfederacji barskiej i podniesienie kotwicy. „Święty Piotr i Paweł”, oddając pożegnalne salwy z ośmiu dział, podniósł żagle i popłynął w rejs, jakiego nie odbył wcześniej żaden statek.

* * *

Port, z którego wyruszył statek, znajdował się na zachodnim wybrzeżu Kamczatki, nad Morzem Ochockim. Aby wydostać się na Pacyfik, Beniowski skierował „Świętego Piotra i Pawła” na południe. Kiedy znaleźli się koło przylądka Łopatka, nadeszła pora decyzji. Dalej płynąć można było na dwa sposoby: na południe, okrążając Azję i Afrykę, albo na północ przez nieznane rejony odkryte dopiero niedawno przez duńskiego żeglarza w rosyjskiej służbie, Vitusa Jonassena Beringa. Rosjanie nalegali na rejs drogą północną, twierdząc, że zbyt gorący klimat z pewnością ich zabije. Beniowski zgodził się i po ośmiu dniach od wyjścia w morze uciekinierzy dobili do brzegu Wyspy Beringa.

Część załogi wyszła na ląd i zaczęła poszukiwania ludzkich osiedli. Pierwszego dnia znaleziono jednak tylko pięć krzyży i napis „Na cześć Boga i świętego Mikołaja w roku 1769 28 kwietnia krzyż ten został wystawiony przez Piotra Kreniczyna, komenderującego ekspedycją wysłaną w celu odkrycia Kalifornii”. Dopiero następnego dnia zbiegowie natknęli się na zamieszkały obóz. Jak się okazało, była to tymczasowa siedziba sławnego awanturnika Piotra Ochotyna, zbuntowanego kapitana rosyjskiego statku „Święta Elżbieta”, który razem z załogą osiedlił się na Wyspach Aleuckich, trudniąc się piractwem i pozyskiwaniem cennych skór. Ochotyn, który w rzeczywistości nazywał się Leuchtenfeld i był wcześniej saskim oficerem w służbie rosyjskiej, widząc podobnego sobie awanturnika, natychmiast zaproponował Beniowskiemu wspólny piracki wypad na Kamczatkę i złupienie kilku tamtejszych osad. Polak był jednak zdecydowany płynąć dalej. Po wymienieniu informacji oraz towarów z Ochotynem „Święty Piotr i Paweł” podniósł kotwicę i ruszył na północ.

Minęli Cieśninę Beringa i płynąc wzdłuż wybrzeży Alaski, znaleźli się na Oceanie Arktycznym. Tam jednak statkowi zaczęły zagrażać lodowe góry; kontynuowanie rejsu groziło katastrofą. W końcu Beniowskiemu udało się przekonać Rosjan, że trzeba zawrócić. Zrobili kilka postojów na Alasce, dokupili więcej skór i pożeglowali na południe. Po pięciu tygodniach od ucieczki z Bolszerecka dotarli do wyspy Wielki Kadyk, a potem Umnak, gdzie zrobili dłuższy postój. Był już koniec czerwca, a oni wciąż byli na wysokości Kamczatki.

Tymczasem wśród załogi zaczął się ferment. Po kilku tygodniach na morzu ludzie zaczęli domagać się zwiększenia przydziałów żywności i wódki. Nie pomagały tłumaczenia, że po minięciu archipelagu Aleutów „Święty Piotr i Paweł” znajdzie się na wodach zupełnie nieznanych kapitanowi i jego marynarzom. Pewnego dnia zbuntowani Rosjanie po prostu napadli na magazyn i zabrali wódkę, a potem, by ugasić pragnienie, rozbili beczki z wodą, przy okazji niszcząc część żywności. Kiedy następnego dnia wytrzeźwieli i dotarła do nich groza położenia, w jakim się znaleźli, było już za późno. Z tak uszczuplonymi zapasami nie było szans na długi rejs ku Chinom. Nieprecyzyjne informacje i niedokładne mapy mówiły, że gdzieś po drodze będzie Japonia, nikt nie wiedział jednak, ile czasu zajmie dotarcie do niej.

Z początkiem lipca zaczął się rejs przez nieznane wody, bez żadnych wysp. Zabrana z Kamczatki mąka, suchary i mięso dawno się już skończyły. Solona ryba zaczęła psuć się od gorąca, ale najgorzej było z wodą. Dopóki żeglowali przez północne rejony, dla uzupełnienia zapasów mogli zawsze natopić śniegu lub lodu. Teraz takiej możliwości nie było. Część beczek została zniszczona przez pijanych Rosjan, część rozszczelniła się z powodu gorąca. Setce ludzi na statku zaczęła grozić śmierć z pragnienia i głodu. Ratowali się, łowiąc ryby, gotując skóry bobrów i zbierając deszczówkę. W końcu po dwóch tygodniach koszmarnej żeglugi na południowy zachód „Święty Piotr i Paweł” dotarł do wybrzeży wyspy. Beniowski nazwie ją Isle d’Eau – Wyspą Wody ze względu na doskonałe źródła, które uratowały uciekinierów przed niechybną śmiercią.

Bezludną wyspą była najprawdopodobniej Aogashima leżąca kilkaset kilometrów od wschodnich wybrzeży Japonii. Tam też po tygodniowym postoju i naradzie z kapitanem Beniowski skierował statek. Do Japonii dotarli pod koniec lipca. Miejscowy książę przyjął zbiegów gościnnie i zaproponował korzystną wymianę skór na złoto, porcelanę i perły. Beniowski był też dla Japończyków cennym źródłem informacji. Duże wrażenie zrobiło jego „tajne ostrzeżenie” – spisany własnoręcznie przez Polaka dokument zawierający wiele cennych danych o ekspansywnych planach Rosji na Dalekim Wschodzie. Po około dwutygodniowym pobycie w Japonii „Święty Piotr i Paweł” z cennym ładunkiem i uzupełnionymi zapasami popłynął w stronę Chin.

W połowie sierpnia na drodze statku pojawił się zarys lądu, który załoga wzięła początkowo na kontynent. W rzeczywistości była to wyspa Tajwan. Środkową część jej wschodniego wybrzeża zamieszkiwały prymitywne plemiona „łowców głów”. Niestety nieświadoma zagrożenia załoga właśnie w tym miejscu postanowiła zrobić postój. Trzech ludzi, którzy poszli na zwiady – Panow, Popow i Łoginow – zostało wkrótce brutalnie zamordowanych przez krajowców. Beniowski postanowił wziąć za ich śmierć krwawy odwet. Podzielona na trzy oddziały i uzbrojona w broń palną załoga „Świętego Piotra i Pawła” zaatakowała o wiele większą armię tubylców, rozpędziła ją, a następnie spaliła prawie tysiąc chat w wiosce. Wkrótce okazało się, że tym atakiem Beniowski oddał wielką przysługę miejscowemu księciu, Huapie, którego wrogiem było właśnie plemię pokonane przez uciekinierów z Kamczatki. Wdzięczny władca podarował Polakowi 70 cennych pereł, 5 kilogramów złota i około 200 kilogramów srebra, które ten rozdzielił pomiędzy ludzi biorących udział w walkach.

Tajwan pożegnali na początku września, opływając wyspę i kierując się na zachód. Tak dotarli do portugalskiej enklawy Makau. Niestety pierwszy kontakt z europejską cywilizacją nie wyszedł uciekinierom na dobre. Wygłodniali i osłabieni wielomiesięcznym rejsem dosłownie rzucili się na obfite jedzenie, owoce i wino, co spowodowało u wielu z nich tragiczne konsekwencje; tym bardziej, że w kolonii panowała w tym czasie epidemia cholery. Chociaż Beniowski wezwał na pomoc trzech najlepszych lekarzy, zmarło aż dwadzieścia jeden osób z załogi „Świętego Piotra i Pawła”, w tym Afanazja. Śmierć przyjaciółki Polak przeżył głęboko, pochował ją w ogrodach niedaleko miejscowej katedry.

Nie był to jednak koniec dramatu. Makau było znanym w Azji ośrodkiem hazardu, któremu część uciekinierów oddała się bez reszty. Prawdopodobnie właśnie hazardowe długi sprawiły, że swojego przywódcę postanowiło zdradzić kilku zaufanych dotąd ludzi, między innymi major Wynbladth, jeden z pierwszych wtajemniczonych w spisek zesłańców. Podjudzony przez innego uciekiniera, Stiepanowa, Wynbladth skontaktował się z angielskimi agentami, którzy za dostarczenie wszystkich papierów będących w posiadaniu Beniowskiego byli gotowi zapłacić zdrajcom pięć tysięcy funtów szterlingów. Spisek został wykryty dzięki czujności lojalnego wobec Polaka Kuzniecowa. Stiepanow i Wynbladth zostali aresztowani i zamknięci w twierdzy w Makau.

Wokół Beniowskiego i resztek jego załogi zaczęło się jednak robić gorąco. Po wykryciu spisku angielscy agenci zaczęli rozpowszechniać wśród chińskich władz informacje, że Polak jest piratem i dezerterem z rosyjskiej armii. To groziło już poważnymi konsekwencjami z więzieniem, deportacją i karą śmierci włącznie. Chociaż początkowo Beniowski zamierzał wraz z załogą osiedlić się na którejś z wysp archipelagu Marianów lub na Tajwanie i założyć tam europejską kolonię, a nawet chwilowo rozważał sprowadzenie Rosjan na Węgry, teraz musiał porzucić te plany i pomyśleć o szybkiej ewakuacji z Makau. Załoga była przetrzebiona przez choroby, morale upadło z powodu hazardu i zdrad, a sam statek był już mocno zniszczony. O samodzielnym, dalekim rejsie do Europy wzdłuż wybrzeży Azji i Afryki nie było więc sensu myśleć.

Beniowski sprzedał więc „Świętego Piotra i Pawła” oraz część ładunku, a następnie zawarł z dyrekcją francuskiej kompanii handlowej tajną umowę na przewóz wszystkich uciekinierów do Europy za kwotę jedenaście i pół tysiąca liwrów. Pokrył też koszty pogrzebów zmarłych na Makau członków załogi, a pozostałym sprawił nowe ubrania i kupił prowiant na dalszą drogę. Tak wyekwipowani wyruszyli w styczniu 1772 roku do Europy na pokładach statków „Daphin” i „Laverdi”, zatrzymując się po drodze na należącym do Francji Mauritiusie i niepodbitym jeszcze Madagaskarze. Do Europy dotarli po kilku miesiącach morskiej podróży.

* * *

Przyjazd Maurycego Beniowskiego do Francji na czele grupy przybyszów z końca świata stał się ogromną sensacją. Polak przywoził ze sobą nie tylko historię niesamowitej ucieczki, ale też bezcenną wiedzę na temat nieznanych dotąd wód i wysp. Zredagowaniem części pamiętnika Beniowskiego dotyczącej żeglugi przez Pacyfik zajął się Jean Hyacinte de Magellan, potomek słynnego żeglarza, który pierwszy opłynął świat dookoła, a obecnie główny sekretarz pierwszego ministra Francji. Nie mniejszą sensację wzbudziły tajne akta Kamczatki. Wynikało z nich, że miejscem, w którym Rosja pozyskuje zapewniające jej ogromne zyski skóry zwierząt, nie jest wcale Syberia – jak dotychczas sądzono – ale wyspy na Morzu Beringa, do tego leżące blisko kontynentu amerykańskiego. Co więcej, z dokumentów wynikało, że Rosja ukrywała przed światem zarówno ogromne dochody, które przynosił jej handel skórami z Chinami, jak i fakt, że nie dysponowała żadną flotą, która pomogłaby jej strzec cennych terytoriów łowieckich.

To były informacje o wielkim strategicznym i handlowym znaczeniu. Nic więc dziwnego, że gdy wiadomość o przybyciu zbiegów z Kamczatki do Francji dotarła na dwór w Petersburgu, rosyjskie służby natychmiast rozpoczęły operację zmierzającą do zdyskredytowania Polaka i przywiezionych przez niego rewelacji. Agenci przekupili kilku uciekinierów z Kamczatki, skłaniając ich do powrotu do Rosji i opublikowania zaprzeczającego wersji Beniowskiego opisu wydarzeń. O skali akcji dezinformacyjnej świadczy fakt, że rosyjskie służby ingerowały nawet w złożone w kilku wydawnictwach rękopisy pamiętników Beniowskiego, dokonując w nich fałszerstw i przekłamań.

Tymczasem trzydziestojednoletni Polak pławił się w sławie przyjęty na dworze francuskiego króla Ludwika XV. Tam zaproponowano mu, by wrócił na znany już sobie Madagaskar na czele zbrojnej ekspedycji i zajął dla Francji tę czwartą co do wielkości wyspę świata. W lutym 1774 roku dowodzony przez Polaka statek z 367 żołnierzami na pokładzie przybił do brzegów wyspy. Gdy obiecane przez władze posiłki nie nadeszły, dowódca wyprawy, by uniknąć krwawych starć z o wiele liczniejszymi Malgaszami, postanowił się z nimi dogadać.

Ta część życiorysu Beniowskiego jest dziś lepiej znana niż historia jego brawurowej ucieczki z Kamczatki. Polak przekonał bowiem część plemion, że jest potomkiem starożytnego rodu Ramini, który w przeszłości władał Madagaskarem. Jesienią 1774 roku na liczącym trzydzieści tysięcy ludzi zgromadzeniu Malgaszów został wybrany przez wodzów kilku plemion królem wyspy – Ampansakabe. Swoją władzę na wyspie zaczął od powołania centralnego rządu i policji oraz podzielenia Madagaskaru na województwa. Rozpoczął też budowę nowej stolicy nazwanej na cześć króla Francji Louisbourgiem. Karczowano lasy, osuszano bagna, budowano mosty, drogi i kanały, postawiono pierwszy na wyspie szpital oraz fabrykę tkanin. Docierające do Wersalu informacje o tych działaniach wzbudziły konsternację; wyglądało na to, że Polak zamiast zająć wyspę dla Francji mianował się jej władcą. Wkrótce do Beniowskiego dotarła niepodlegająca dyskusji decyzja: ma jechać do Francji, by uzyskać od króla akceptację dla swoich działań na Madagaskarze.

W rzeczywistości był to jedynie pretekst, by pozbyć się nieobliczalnego Polaka. Beniowski nie dostał już zgody od Francuzów, aby powrócić na Madagaskar. Pojechał więc do Stanów Zjednoczonych, gdzie spędził kilka lat. Jakiś czas mieszkał też na Węgrzech. W Paryżu zaprzyjaźnił się z Benjaminem Franklinem, wówczas ambasadorem USA we Francji, także zapalonym szachistą. Namawiał go do akcji mającej na celu zdobycie Madagaskaru dla Stanów Zjednoczonych. Chociaż oficjalnej zgody nie dostał, w końcu przy wsparciu Amerykanów powrócił na wyspę po dziesięciu latach, w czerwcu 1785 roku. Dla Malgaszów wciąż był legalnym królem, jednak Madagaskar był już w większości podbity przez Francuzów. Nie przejmując się tym, zajął francuską faktorię handlową w zatoce Antongila oraz stolicę kraju. Zaczął też budować kilka fortów, tworząc konkurencyjną kolonię. Co pewien czas wybuchały potyczki między jego ludźmi a francuskimi oddziałami i właśnie w czasie jednej z nich, 23 maja 1786 roku, Beniowskiego śmiertelnie raniła zbłąkana kula. Czterdziestopięcioletni polski powstaniec, żołnierz, awanturnik, podróżnik i autor brawurowej ucieczki został pochowany na wyspie, która już na zawsze kojarzyć się będzie z jego nazwiskiem.

Ucieczka z Syberii, o której mówiła cała Europa

Rufin Piotrowski, 1846

Była jasna, księżycowa noc, lato 1845 roku. Trzydziestoparoletni polski zesłaniec, Rufin Piotrowski, niezauważony przez nikogo przekradł się nad rzekę Irtysz, gdzie w gęstych zaroślach czekała przygotowana wcześniej łódka. Mijał właśnie rok, od kiedy z wyroku rosyjskiego sądu znalazł się tu, na Syberii, w guberni omskiej, gdzie – prawie cztery tysiące kilometrów od rodzinnych stron – miał spędzić resztę życia. Polak nie zamierzał pogodzić się z wyrokiem. Myśl o ucieczce powziął od razu, gdy tylko sędzia w Kijowie odczytał mu wyrok za działalność polityczną: dożywotnie zesłanie wspaniałomyślnie darowane mu przez cara zamiast kary śmierci. Teraz, w lipcową noc, zamierzał wydostać się z syberyjskiego więzienia, płynąc Irtyszem na zachód aż do Tobolska albo i dalej, do któregoś z portów nad Morzem Białym, gdzie miał nadzieję wsiąść na jakiś europejski statek.

Piotrowski nie był szaleńcem, chociaż niektórzy go za takiego uważali. Doskonale znał z lektur niesamowity wyczyn Maurycego Beniowskiego, który zesłany na Kamczatkę – ówczesny koniec świata – wzniecił tam bunt, porwał rosyjski statek i wrócił nim do Europy, budząc nieopisaną sensację – oraz wściekłość rosyjskiego ambasadora. Od tamtych czasów minęło już ponad siedemdziesiąt lat, a w tym czasie tysiące Polaków trafiło na syberyjskie pustkowia, z których ucieczka też wydawała się niemożliwa. A jednak Rufin Piotrowski był zdeterminowany, by przynajmniej spróbować.

Mógł co prawda, tak jak inni, czekać na łaskę cara, gdyż rosyjski władca, chcąc osłabić wolę Polaków, wprowadził system stopniowego łagodzenia reżimu zesłania. Po kilku latach dobrego sprawowania można było liczyć na przeniesienie w bardziej cywilizowane miejsce i zamianę strażników na łagodniejszy dozór policyjny. Potem można było uzyskać prawo do osiedlenia się w wybranym przez siebie miejscu, a po wielu latach – kto wie – może nawet prawo powrotu w rodzinne strony... Piotrowski wiedział jednak, że nawet w takiej sytuacji wróciłby do Polski jako starzec. Miał już prawie czterdzieści lat i nie zmierzał biernie czekać, przystosowywać się do narzuconych mu reguł ani tym bardziej porosić o łaskę. Był człowiekiem walki, a tą z rosyjskim państwem rozpoczął już kilkanaście lat wcześniej.

Urodził się we wsi Malina na Ukrainie, w powiecie radomyskim, ale jego rodzice pochodzili z warszawskiej Pragi. Musieli z niej uciekać, gdy pod koniec powstania kościuszkowskiego zdobywające Warszawę rosyjskie wojska Suworowa dokonały masakry ludności, mordując dwadzieścia tysięcy cywilów. Rufin, od kiedy pamiętał, chciał walczyć z Rosjanami. Okazja trafiła się, gdy skończył dwadzieścia cztery lata.

W powstaniu listopadowym walczył z korpusem Dwernickiego pod Ostrołęką, potem w obronie Warszawy. Po przejściu Dwernickiego do Austrii i złożeniu przez niego broni wyjechał do Francji. Tam zaangażował się w działalność Towarzystwa Demokratycznego, biorąc udział w gorących dyskusjach, jak wzniecić w Polsce kolejne powstanie. Był radykałem, uważał, że pierwszym krokiem jest likwidacja pańszczyzny i uświadomienie ludu, że jego wrogiem jest nie szlachcic, a obca władza. Piotrowski był jednak zbyt niespokojnym duchem, aby poprzestać na słowach. Kiedy poczuł, że ma już dość jałowych dyskusji paryskich emigrantów, postanowił samotnie przekraść się na polskie ziemie i rozpocząć konspiracyjną pracę. To właśnie wtedy niektórzy ze znajomych uznali go za szaleńca.

W 1843 roku Piotrowski, z fałszywym angielskim paszportem na nazwisko Józef Catharo i niewielką kwotą w kieszeni, wyjechał z Paryża i przedostał się przez Niemcy oraz Austrię do węgierskiego Pesztu. Tam skończyły mu się pieniądze, więc dalej ruszył na piechotę. Po kilku tygodniach dotarł na Podole, niedaleko rodzinnych stron, i zatrzymał się na dłużej w Kamieńcu. Pracował trochę jako nauczyciel francuskiego, trochę jako księgowy, ale szybko zaczął szukać ludzi, których mógłby wciągnąć w konspiracyjną robotę. Miał pecha – miasto było pełne rosyjskich szpiclów i o podejrzanym Polaku szybko dowiedziały się miejscowe władze. Kiedy policja ustaliła, że Piotrowski posługuje się fałszywym paszportem i dotarł na Podole z Francji, aresztowano go ostatniego dnia 1843 roku i przewieziono do Kijowa, gdzie rozpoczęło się trwające siedem miesięcy śledztwo. Wyrok, który zapadł w lipcu 1844 roku, był bezwzględny: kara śmierci przez rozstrzelanie zamieniona w akcie łaski na dożywotnie roboty na zesłaniu. Dalsza droga wiodła z Kijowa na Syberię, aż do niewielkiej osady położonej w guberni omskiej koło miasta Tara. Była to kolonia skazanych na przymusową pracę przestępców, w tym morderców, do której carskie władze zsyłały również takich politycznych więźniów jak Piotrowski. Kiedy tam dotarł, natychmiast sobie poprzysiągł – musi wydostać się na wolność lub zginąć.

Teraz siedział w małej łódce, którą samotnie zamierzał popłynąć najdalej, jak się da. Trasę ucieczki miał w głowie. Przez ostatnie miesiące na pamięć uczył się pożyczonej od kogoś mapy Rosji. Zdobył dwa komplety fałszywych dokumentów, jedne z nich były całkiem dobrze podrobione. Zgromadził też trochę rubli i zapuścił brodę, by bardziej przypominać miejscowych syberyjskich mużyków. Wiedział, że broda jest traktowana przez prostych Rosjan jako symbol mądrości, a starsi ludzie – a takiego właśnie zamierzał udawać – traktowani są z szacunkiem nawet przez policjantów, co pomogłoby mu uniknąć ryzykownej kontroli dokumentów. Rosyjski znał dobrze, miał zamiar podawać się za idącego w poszukiwaniu pracy syberyjskiego chłopa, Ławrientija Kuźmę. Liczył też na łut szczęścia. „Odważnym Bóg dopomaga” – to była jego maksyma.

Jeden z rosyjskich strażników śmiał się, widząc coraz dłuższą brodę polskiego zesłańca.

– Kiedy ją zgolisz? – pytał przy każdej okazji.

– Kiedy będę wolnym człowiekiem! – odpowiadał Piotrowski.

– To nie zgolisz jej nigdy! – mówił z przekonaniem Rosjanin.

To jeszcze bardziej motywowało Polaka. Brodę zamierzał zgolić, gdy tylko opuści granice Rosji.

* * *

Pierwsza próba była jednak nieudana. Rzekę spowiła w nocy gęsta mgła. Gdy nad ranem Rufin zorientował się, że wciąż błądzi, postanowił zawrócić. Spróbował kolejny raz, ale mgła znów pokrzyżowała mu plany. W końcu doszedł do wniosku, że trzeba wybrać inny sposób ucieczki. Ale jaki?

Był w środku wielkiego, dzikiego syberyjskiego pustkowia. Od najbliższego portu, w którym mógłby dostać się na jakiś statek płynący do Europy, dzieliły go ogromne odległości. Wariantów drogi ucieczki opracował aż pięć. Pierwszy – iść prosto na północ i próbować złapać tam jakiś amerykański statek wielorybniczy płynący przez Morze Karskie. Drugi – iść na południe, do Indii. Trzeci – dostać się nad Morze Kaspijskie, a stamtąd statkiem do Iranu i dalej do Turcji. Czwarty – przejść przez Ural do jakiegoś portu nad Morzem Czarnym. I w końcu piąty wariant – iść do Archangielska, ruchliwego portu nad Morzem Białym, i tam dostać się na statek do Anglii, Francji, Holandii lub Skandynawii. Ta ostatnia droga wydała mu się najlepsza. Chociaż była też jedną z najkrótszych, Tarę od Archangielska i tak dzieliło ponad trzy tysiące kilometrów.

Kiedy ucieczka łodzią przez Irtysz się nie powiodła, Piotrowski postanowił całkowicie zmienić sposób dotarcia do celu. Teraz uciekać zamierzał już nie latem, nie jesienią, ale w środku zimy. Na pierwszy rzut oka plan, by uciekać samotnie o takiej porze roku mógł wydać się szaleństwem, ale zesłaniec przemyślał wszystko dokładnie. Błotniste i grząskie drogi Syberii zimą zamieniały się w prawdziwe autostrady. Rosyjscy woźnice zwani „jaszczykami” potrafili pędzić saniami po ubitym śniegu z prędkością, z jaką nikt nie byłby w stanie podróżować latem. A do tego na przełomie stycznia i lutego w oddalonym o niespełna tysiąc kilometrów od Tary mieście Irbit odbywał się wielki, trwający miesiąc targ. Z całej Syberii i nie tylko z niej zmierzały tam tłumy ludzi, wśród których łatwo się było ukryć. W okolicy Tary nie brakowało też „jaszczyków” chętnych do podwiezienia podróżujących.

Przez kolejne miesiące Piotrowski znów oszczędzał pieniądze, zdobył kilka kompletów ciepłych ubrań, a nawet perukę, aby trudniej go było rozpoznać, ponieważ zdradzić mogła go charakterystyczna łysina. Na początku lutego 1846 roku, po ponad szesnastu miesiącach syberyjskiej niewoli, Polak podjął decyzję: Uciekam!

Rachuby go nie zawiodły. Kiedy w mroźną, księżycową noc wyszedł na drogę z Tary do Irbitu, nie musiał długo czekać, aż trafi się pierwszy „jaszczyk”. Potem był następny i następny… Podróż nie była tania, mogła pochłonąć większość odłożonych rubli, trzeba się było czasem mocno targować. Ale za to tempo, w jakim zaprzężone w małe, ale piekielnie silne i wytrzymałe syberyjskie koniki sanie pokonywały kolejne etapy trasy, było imponujące. Drogę do Irbitu Polak pokonał zaledwie w trzy dni, podróżując z ogromną jak na tamte czasy prędkością 300 kilometrów dziennie! W ruchliwym targowym mieście wmieszał się w tłum ludzi. Dla bezpieczeństwa obwiązał sobie część twarzy chustą, jak często robili ci, których bolały zęby. Potem jednak zrezygnował z tego: nikt tu nie zwracał na niego uwagi.

Nie wszystko szło zgodnie z planem. Do Irbitu ściągnęło też wielu złodziei. Siedział właśnie w karczmie, gdy zaczęło się jakieś zamieszanie – ktoś go potrącił, ktoś popchnął – i kiedy potem Piotrowski sięgnął do kieszeni, okazało się, że został właśnie okradziony. Stracił czterdzieści rubli, jeden z dwóch paszportów i narysowany plan trasy. Szczęśliwie resztę pieniędzy i drugi dokument miał schowane w innym miejscu, a trasę ucieczki znał na pamięć. Jednak siedemdziesiąt pięć rubli, które mu zostały, to było o wiele za mało, by jechać dalej saniami lub ukryć się w mieście do wiosny. Te pieniądze musiały mu teraz starczyć aż do samego Archangielska. Trzeba było czym prędzej ruszać w drogę przez mroźną syberyjską tajgę – na własnych nogach.

Piotrowski kupuje chleb, sól i rusza z Irbitu na północny zachód, w stronę odległego o ponad pół tysiąca kilometrów pasma Uralu, za którym zaczyna się już Europa. Nocuje w lasach, w wykopanych w śniegu jamach. Dopiero gdy łapie przeziębienie i gorączkę, wchodzi do wsi. Pierwszy od dawna nocleg w ciepłej chacie wydaje mu się rajem, ale chociaż ludzie są w większości gościnni i pomocni, trzeba uważać. W tej pierwszej chacie omal nie padł ofiarą donosu, szczęśliwie udało mu się zniknąć, zanim przybyła policja. W leśnych zakamarkach nikt go nie szukał, szedł więc dalej na zachód, starając się omijać wioski i jak najrzadziej korzystać z gościny przypadkowych ludzi. Przyzwyczaił się do nocowania po lasach, kiedy już jednak nie było innego wyjścia, kończyło się jedzenie lub był tak słaby, że po prostu bał się, że w nocy zamarznie, prosił o pomoc. Gospodarzom mówił wtedy, że jest chłopem, który idzie szukać pracy w fabryce w odległym o kilkaset kilometrów mieście Wierchoturje.

Tak zbliżał się do Uralu. Mijał już drugi tydzień jego wędrówki z Irbitu. W tym czasie tylko trzy razy jadł coś ciepłego i dwa razy nocował pod dachem. Mimo to wciąż był zdeterminowany iść dalej. Kolejny gospodarz, u którego poprosił o gościnę, podsunął mu pomysł.

– Wielu ludzi idzie teraz do sołowieckich świętych monastyrów. Wy też? – zagaił w rozmowie.

– Ja też – odpowiedział Polak.

Słynący z cudów klasztor na Wyspach Sołowieckich, święte miejsce religii prawosławnej, w Wielkanoc przyciągał tłumy wiernych z całej Rosji. Chociaż do świąt był jeszcze ponad miesiąc, już teraz w tamtym kierunku ruszały setki pielgrzymek. W tłumie pątników łatwo się było ukryć, można też było liczyć na to, że policjanci nie będą zbyt skrupulatni przy kontrolowaniu ich dokumentów. A poza tym na Wyspy Sołowieckie kursowały statki z Archangielska, można więc było dostać się do ruchliwego portu, nie budząc niczyich podejrzeń.

* * *

Póki co wciąż był jednak na Syberii. Aby się z niej wydostać, musiał przejść Ural i dotrzeć do leżącego na jego zachodnich stokach Solikamska. Pasmo górskie, które pojawiło się na horyzoncie, było potężne, a drogę pokrywał coraz głębszy śnieg. Miało to jednak swoje dobre strony: wożący towary „jaszczycy” gubili czasem drogę i wypadali poza trakt. Wtedy sanie zapadały się w zaspy tak głęboko, że czasem koniom ze śniegu wystawały tylko głowy. Żeby je wydobyć, potrzebna była każda rąk i Piotrowski chętnie ruszał z pomocą. Wdzięczni woźnice podwozili go za to do najbliższej miejscowości, a czasem i dalej.

Większość trasy Polak musiał jednak wciąż pokonywać na własnych nogach, sam wśród dzikiej, surowej przyrody. W końcu poczuł, że droga zaczyna schodzić w dół. Kończyła się Syberia. Po trzech tygodniach ucieczki i pokonaniu półtora tysiąca kilometrów schodził z powrotem do Europy.

W Solikamsku Piotrowski z radością zauważył, że miasto jest pełne pielgrzymów zmierzających do świętego monastyru. Od Wysp Sołowieckich, drogą przez leżące niedaleko Morza Białego miasto Kiem, dzieliło go prawie dwa tysiące kilometrów, co oznaczało co najmniej czterdzieści dni drogi piechotą. Była też jednak trasa o wiele szybsza. Niespełna 900 kilometrów na zachód od Solikamska leżało bogate, handlowe miasto Wielki Ustiug. Stamtąd można było popłynąć ponad 600 kilometrów rzeką Dwiną aż do Archangielska. Wymiana towarów między oboma miastami – jak zapewniali doświadczeni podróżni – jest tak duża, że nie ma żadnego problemu ze znalezieniem płynącej do Archangielska łodzi, statku lub tratwy. Pod warunkiem oczywiście, że rzeka nie jest skuta lodem. Ale ponieważ wiosna była już blisko, można było liczyć na to, że do momentu dotarcia pielgrzymów do Wielkiego Ustiuga lody puszczą.

Z Archangielska na Wyspy Sołowieckie kursowały statki i chociaż podróż morzem była dłuższa niż z Kiemu, ten kierunek obierała właśnie większość pątników. Piotrowski postanowił ruszyć z nimi. Szybko zorientował się, że daje to wiele korzyści. Policjanci nie zwracali uwagi na pielgrzymów, nikt nie pytał ich o dokumenty, miejscowa ludność traktowała ich z szacunkiem, pomagała i gościła. Po tej stronie Uralu, wzdłuż dróg prowadzących do Wielkiego Ustiugu, było też wiele tak zwanych „izbuszek” – małych chat pełniących funkcję schronisk dla podróżnych. Można się było w nich ogrzać, ugotować coś ciepłego, uprać ubranie, wyspać pod dachem, a nawet – co za luksus po tygodniach spania w śnieżnych jamach – wziąć kąpiel w ruskiej bani, znanej tu od wieków łaźni, w której na rozgrzane kamienie wylewało się wiadro wody i siedziało godzinami w gorącej parze.

Jednak towarzystwo pielgrzymów zaczęło szybko doskwierać Piotrowskiemu. Przyzwyczaił się do samotności, w tłumie ludzi czuł się nieswojo. Bał się, że ktoś może w końcu rozpoznać, iż nie jest rdzennym Rosjaninem, za jakiego się podawał. Pewnego dnia odłączył się więc od grupy i – nie zważając na śnieżną zamieć – ruszył w drogę. Szybko tego pożałował. Zabłądził i przez wiele godzin próbował bezskutecznie znaleźć drogę powrotu, aż w końcu – wyczerpany głodem i mrozem – stracił przytomność gdzieś w lesie.

Życie uratował mu myśliwy. Półprzytomnego, z odmrożeniami okrył ciepłymi skórami, dał jeść i napoił jakąś piekielnie mocną miksturą.

– Kto wychodzi sam w taką zamieć? – dziwił się Rosjanin. – Mogłeś zginąć.

Piotrowski w duchu przyznał mu rację. Postanowił, że odtąd będzie trzymał się grup pielgrzymów aż do Wielkiego Ustiugu.

Zima powoli się kończyła. Jednak im cieplejsze były dni, tym gorsze stawały się drogi. Równe, śnieżne trakty powoli zamieniały się w grząskie i śliskie, pełne błota i lodu bajora. Wygodnie można było iść tylko korytami zamarzniętych jeszcze rzek, takich jak Kama, jednak były to krótkie odcinki. Piotrowski szedł z grupą pielgrzymów, której nieformalnym przywódcą był Maksym. Pod koniec marca, ubłoceni i brudni, dotarli wreszcie do Wielkiego Ustiugu. Tam mogli liczyć na opiekę i gościnę – dla miejscowych, bogatych kupców była to już wieloletnia tradycja – jednak ku rozczarowaniu pielgrzymów rzeka Dwina była wciąż skuta lodem i wcale nie wyglądało na to, by kry szybko miały ruszyć. Wielkanoc Piotrowski musiał więc spędzić w mieście. Mimo gościnności miejscowych nie były to wesołe święta. Powoli topniały też fundusze: z siedemdziesięciu pięciu rubli, które miał jeszcze w Irbicie, zostało mu pięćdziesiąt. Chociaż wydawał niewiele, czekała go jeszcze daleka droga do Archangielska.

Coraz bardziej zniecierpliwiony przymusową bezczynnością Piotrowski chodził codziennie nad Dwinę patrzeć, czy lody w końcu puszczają. Dzięki tym wycieczkom zorientował się szybko, że w rzecznym porcie jest wielkie zapotrzebowanie na flisaków. Na nabrzeżu stały już wielkie barki – prawdziwe pływające spichlerze – które zaraz po ruszeniu rzeki należało spławić do Archangielska. Gdy lody puściły, Piotrowski zatrudnił się na jednej z nich jako sternik i tak – po kilkunastodniowej żegludze Dwiną – w maju dotarł do położonego nad Morzem Białym miasta.

Plan, by w Archangielsku dostać się na europejski statek i w ten sposób uciec z Rosji, okazał się jednak niemożliwy do zrealizowania. Statków pod banderami Francji, Holandii, Szwecji, Wielkiej Brytanii czy Niemiec stały przy nabrzeżu dziesiątki. Piotrowski chciwym wzrokiem patrzył szczególnie na jednostki francuskie. Mogły go zabrać do kraju, z którego wyjechał trzy lata wcześniej, rozpoczynając swoją dramatyczną przygodę, która doprowadziła go aż tu – nad Morze Białe. Jednostki te były jednak dobrze strzeżone przez policję, by nikt niepowołany nie dostał się na ich pokłady; najwyraźniej chętnych do opuszczenia Rosji tą drogą nie brakowało.

Piotrowski dobrze znał francuski i niemiecki, mógł więc próbować nawiązać w mieście kontakt z załogami obcych żaglowców. Szybko jednak zorientował się, że taka akcja mogła skończyć się wielką wpadką. Kto by uwierzył, że pielgrzym, wyglądający jak syberyjski chłop i podający się za niego, zna obce języki? W najlepszym wypadku zagraniczni marynarze mogli go wziąć za szpicla lub prowokatora i po prostu spławić. W najgorszym – ktoś mógł donieść policji, a to oznaczałoby powrót na syberyjskie pustkowia.

Plan ucieczki trzeba było więc zmienić. Pozostawała znów droga na piechotę. W rozpoczynający się właśnie długi, polarny dzień Rufin Piotrowski ruszył wzdłuż Morza Białego na zachód, w stronę odległego o 200 kilometrów miasta Onega. Droga był prosta, ale smagana przez polarne wichry i sztormy. W Onedze zatrzymał się na krótko, by rozważyć warianty dalszej trasy. Mógł stąd iść na północ do będącej pod rosyjskim panowaniem Finlandii, a z niej przedostać się do Szwecji. Drugi wariant był krótszy, ale o wiele bardziej ryzykowny. Była to droga nad wybrzeże Bałtyku, na Litwę, z której mógł przedostać się do Prus. To wymagało jednak przejścia przez sam Petersburg, stolicę rosyjskiego imperium, siedzibę znienawidzonego przez jego samego i Polaków cara. I właśnie ten wariant postanowił wybrać.

* * *

Dalsza droga prowadziła na południe, do oddalonego o niespełna 600 kilometrów miasta Wytiegra nad wielkim jeziorem Onega. Stamtąd kursują już barki do samego Petersburga. Zdobyte na Dwinie doświadczenie przydało się – Piotrowski znów zatrudnia się na jednej z nich i tak – płynąc jeziorem Onega, a potem rzeką Świr – dociera do drugiego wielkiego jeziora Rosji – Ładogi. Przygód po drodze nie brakuje. Raz ratuje tonącego chłopca, co zapewnia mu wdzięczność pasażerów. Są też chwile pełne napięcia.

– Mówiłeś dziś w nocy w jakimś dziwnym języku – zaczepił go pewnego ranka jeden z podróżnych.

Piotrowski zbył go:

– Pewnie coś tam bełkotałem.

Zorientował się jednak, że musiał mówić przez sen po polsku. Podróż na przepełnionej barce w towarzystwie obcych ludzi była cały czas ryzykowna.

W końcu, płynąc od jeziora Ładoga rzeką Newą, dotarł do Petersburga. Miasto było uroczyście udekorowane na zaręczyny księżniczki Olgi, dwudziestoczteroletniej córki Mikołaja I Romanowa, która miała poślubić wirtemberskiego księcia Karola. Gdy Piotrowski chodził po ulicach rosyjskiej stolicy, nagle naszła go myśl, że w czasie uroczystości mógłby przecież spróbować zabić znienawidzonego cara! Pokusa była tak wielka, że uciekinier przestraszył się własnych myśli. „Do serca Polaka żadna zbrodnia, nawet usprawiedliwiona, przystępu mieć nie może” – tłumaczył się sam przed sobą, starając się oddalić palące go pragnienie zemsty.

Była już połowa czerwca, mijał miesiąc, od kiedy wyruszył z odległego o 1200 kilometrów Archangielska. Z Petersburga, idąc wzdłuż wybrzeża Bałtyku, miałby piechotą do Prus prawie 900 kilometrów. Była jednak lepsza możliwość: popłynąć z rosyjskiej stolicy statkiem do Rygi. Wtedy pozostała do przebycia trasa skróciłaby się do zaledwie 250 kilometrów. Tylko jak dostać się na statek, mając fałszywe dokumenty? Gdzieś na Syberii policjanci zapewne nie przyglądaliby się długo jego paszportowi, ale tu, w samej „jaskini lwa”, mogli być o wiele bardziej skrupulatni, a kontrole bardziej dokładne. Było się czego obawiać, bo w coraz cieplejsze dni nie można już było skryć się, jak wcześniej, pod grubymi zimowymi ubraniami, a w czasie liczącej już ponad cztery tysiące kilometrów eskapady Piotrowski zgubił też perukę.

W Petersburgu był już piąty dzień, korzystając z poleconej mu przez znajomych z barki kwatery i wciąż nie wiedział, co robić dalej. Podjąć decyzję pomogła wizyta w porcie i szczęśliwy traf. Marynarz fińskiego statku, który następnego dnia miał odpływać z Petersburga do Rygi, z nieznanych powodów postanowił pomóc Polakowi, chociaż Piotrowski uprzedził go, że może mieć problem z dokumentami. Być może zadziałała tu wspólnota losów dwóch zniewolonych przez Rosję narodów? Fin za niewielkie pieniądze zdobył bilet do Rygi i następnego dnia rano kazał Piotrowskiemu stawić się na nabrzeżu. Kiedy rozpoczęła się kontrola dokumentów, dosłownie przepchnął go przed sobą na pokład, udając, że prowadzi jakiegoś spóźnionego członka załogi. Następnego dnia uciekinier był już w Rydze.

Dalej na zachód znów szedł pieszo. Na drodze do Mitawy jacyś dwaj ludzie zaproponowali mu, że podwiozą go powozem. Kiedy Piotrowski usłyszał, że rozmawiają między sobą po polsku, opanowało go wielkie wzruszenie. Opowiedział swoją historię, ale odmówił skorzystania z podwózki z obawy o bezpieczeństwo rodaków.

– Gdyby złapali was, kiedy mnie podwozicie, wysłaliby was tam, skąd ja uciekam – ostrzegł.

Podróżni zbledli, słuchając jego słów, nie wiedzieli, co mają powiedzieć. W końcu odjechali, życząc mu szczęśliwego zakończenia niesamowitej podróży.

Dalsza droga wiodła przez łotewską Kurlandię. Coraz częściej słyszał tam polską mowę, był już przecież w granicach dawnej Rzeczpospolitej. Kiedy wszedł na Litwę, wyrzucił w końcu stare, zużyte ubrania. Stąd do granicy z Prusami było już bardzo blisko. Tylko gdzie ją przekroczyć? Początkowo chciał to zrobić, idąc nad samym morzem, plażą od Połągi na zachód. Szybko jednak zrozumiał, że ten odcinek wybrzeża jest wyjątkowo dobrze pilnowany. Powodem byli przemytnicy. Z rozmowy z jednym z pilnujących granicy żołnierzy Piotrowski dowiedział się, że patrole w nocy są rozstawiane bardzo gęsto. Ryzyko wpadki było zbyt duże. Należało szukać innego miejsca.

Ruszył więc na południe, minął Niemen i 3 lipca 1846 roku dotarł do jakiejś posiadłości z małym dworkiem. Mijały właśnie cztery miesiące, od kiedy uciekł z Tary i fakt, że wolność była tak blisko, powodował, że Piotrowski działał niemal jak w gorączce. Nie namyślając się długo, poszedł do dworku i wprost spytał, gdzie jest rosyjsko-pruska granica. Właściciele okazali się Polakami. Ich odpowiedź zaszokowała zbiega: granica przebiegała tuż za dworkiem, przez sąsiednie pole! Patrolowali ją uzbrojeni żołnierze, ale Rufin nie zamierzał czekać ani chwili. Wybiegł jak szalony i ukrył się w małym lasku tuż przy samej granicy.

Przez chwilę obserwował krążące wzdłuż pasa granicznego patrole. W głowie miał gonitwę myśli, serce biło mu jak młot. W pewnym momencie wstał, zebrał siły i jak szalony ruszył pędem przed siebie, przeskakując dzielący oba kraje rów. Nigdy w życiu nie biegł tak szybko. Żołnierze nie zdążyli nawet podnieść karabinów, kiedy zbieg był już po drugiej stronie granicy. Wszystko trwało może dwadzieścia sekund. Najważniejsze dwadzieścia sekund z liczącej pięć tysięcy kilometrów i trwającej cztery miesiące ucieczki.

W Prusach ukrył się w lesie. I wtedy nadeszła ta chwila. Piotrowski wyjął zakupioną wcześniej brzytwę i – korzystając z jakiejś kałuży – zgolił hodowaną przez ponad rok brodę. Był wolny, chociaż wciąż nie wiedział, co może go spotkać. Nie miał miejscowych dokumentów, postanowił więc udawać Francuza, który przyjechał do pracy i zgubił paszport. Tak miał zamiar dostać się na jakiś statek płynący z Prus do Francji. Z tą myślą ruszył w stronę Królewca.

* * *

Cztery miesiące ucieczki przez rosyjskie pustkowia pozostawiły jednak na nim wyraźny ślad. Wymizerowany, chudy, blady, w zniszczonym ubraniu budził podejrzenia i zwracał na siebie uwagę. Zahartowany w ukrywaniu się, omijał niebezpieczne dla siebie miejsca, jednak w Królewcu w końcu wpadł w oko żandarmów. Został aresztowany. Na przesłuchaniu prowadzonym przez dwóch starszych oficerów wyznał w końcu, że uciekł z Syberii. Ci omal nie spadli z krzeseł.

W mieście wybuchła sensacja. Jak temu Polakowi udało się pokonać pięć tysięcy kilometrów przez wrogi kraj? Dziennikarze natychmiast wyczuli rewelacyjny temat. Eskapada Rufina Piotrowskiego trafiła na pierwsze strony gazet, o sensacyjnej ucieczce z syberyjskiego zesłania stało się głośno w całej Europie. Chociaż Prusy i Rosja miały zawartą umowę o wydawaniu zbiegów, mieszkańcy Królewca nie dopuścili, by Piotrowski został deportowany i wrócił na Syberię. Pod naciskiem opinii publicznej rząd podjął decyzję, że nie wyda Polaka Rosjanom. Dzięki zbiórce pieniędzy zorganizowanej przez królewieckich mieszczan Piotrowski kupił bilet na statek do Gdańska, a stamtąd – przez Szczecin, Berlin i Lipsk – w końcu udało mu się dotrzeć do Francji.

W tej swojej drugiej ojczyźnie mieszkał jeszcze przez dwadzieścia lat. Napisał pamiętniki, które szybko stały się bestsellerem. Pracował jako nauczyciel w Szkole Narodowej Polskiej – polskim liceum działającym w paryskiej dzielnicy Batignolles z inicjatywy tamtejszej emigracji. Ale bojowy duch go nie opuszczał. Już w grudniu 1848 roku Piotrowski przybył na Węgry, gdzie z rozkazu generała Józefa Bema brał udział w organizowaniu polskich oddziałów w Marmaros i Bereg. Klęska węgierskiego powstania sprawiła, że znów musiał wrócić do Francji. Gdy jednak w 1853 roku wybuchła wojna krymska między Rosją a Wielką Brytanią i Francją, czterdziestosiedmioletni wówczas Piotrowski udał się do Stambułu. Tam dzięki finansowemu wsparciu księcia Adama Jerzego Czartoryskiego, kluczowej postaci polskiej emigracji, formował pułk kozaków sułtańskich, zbrojną formację walczącą po stronie Francji i Anglii składającą się z ochotników polskich, ukraińskich i bułgarskich.

Tęsknota za krajem nie opuszczała go jednak. W końcu, w wieku ponad sześćdziesięciu lat, Rufin Piotrowski postanowił wrócić na polskie ziemie. Został nauczycielem w majątku Adolfa Jordana w Błoniu pod Tarnowem. W 1871 roku rozpoczął nauczanie języka francuskiego w tarnowskim gimnazjum. W tym czasie w jego pamiętnikach, w których opisał ucieczkę z Syberii, zaczytywała się już cała Europa. Dla Polaków była to lektura obowiązkowa. Przydała się, gdy po następnych powstaniach i wojnach kolejne tysiące polskich zesłańców zaczęły trafiać na syberyjskie pustkowia. Mieli już w głowach opis brawurowej podróży Piotrowskiego i wiedzieli, że ucieczka stamtąd jest możliwa.

Rufin Piotrowski żył w Tarnowie otoczony powszechnym szacunkiem do śmierci w 1872 roku. Zmarł w wieku sześćdziesięciu sześciu lat i został pochowany na tamtejszym cmentarzu.

Z bolszewickiego piekła przez Mongolię i Chiny do Polski

Ferdynand Ossendowski, 1920–1921

Mieszkał w jamie pod korzeniami ogromnego, obalonego przez wichurę cedru. Jedną ścianę i dach schronienia tworzył kilkumetrowej średnicy pień, dwie boczne – gęsta siatka korzeni uszczelniona gałęziami, mchem, wzmocniona kamieniami i przysypana grubą warstwą śniegu. Z przodu przy wejściu tliła się bez przerwy najda, syberyjski „kominek” z rozłupanego częściowo pnia, w który wetknięte były żywiczne, modrzewiowe gałęzie. Środek jamy wymościł sobie skórami upolowanych jeleni, a poroże największego z nich służyło mu za wieszak na karabin, worki z amunicją, sucharami, herbatą i cukrem.

Był początek 1920 roku. Mijały już dwa miesiące, od kiedy polski uciekinier zamieszkał w tajdze w bezpiecznej odległości od opanowanego przez bolszewików Krasnojarska i daleko od najbliższej zamieszkałej osady. Tu, żyjąc jak pierwotny człowiek, ukrywał się przed tajną policją Czeka, która polowała na niego od prawie dwóch lat. Samotny myśliwy nazywał się Ferdynand Ossendowski. Był pisarzem, dziennikarzem i antykomunistycznym działaczem politycznym, a z wykształcenia chemikiem, absolwentem paryskiej Sorbony, gdzie w 1900 roku poznał Marię Skłodowską-Curie. Polka robiła właśnie badania, które doprowadziły ją do odkrycia radioaktywnego radu i nagrody Nobla.