Słynne śledztwa - Praca zbiorowa - ebook
Opis

Żadna historia nie jest nudna, może być tylko źle opowiedziana. Na szczęście teksty, publikowane na łamach Focusa Historia to teksty fascynujące. Nie tylko dlatego, że wydarzenia z historii, o których pisaliśmy były arcyważne i arcyciekawe, ale przede wszystkim dlatego, że nasi autorzy wykonali tytaniczną pracę, by dotrzeć do nieznanych albo mało znanych źródeł. Dzięki temu wiele z prezentowanych tu historii jest szokujących. Zdumiewających i kontrowersyjnych. Ale zawsze są to historie prawdziwe.
W tym tomiku znajdziesz odpowiedzi na pytania:
- co wywiad radziecki wiedział o polskiej armii przed wojną?
- kim tak naprawdę był Kuba Rozpruwacz?
- czy genialny Archimedes zatapiał okręty na odległość?
- gdzie się podziała pionierka amerykańskiego lotnictwa?
- jaki był polski sekret Sherlocka Holmsa?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 258

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Informacje o książce

Copyright for the Polish edition © 2011 G+J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa.

G+J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa. 

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Korekta: Maria Dorota Talar

Projekt graficzny okładki: Michał Janicki

Zdjęcia na I stronie okładki: East News

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Redaktor prowadzący: Agnieszka Radzikowska

ISBN: 978-83-7778-82-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.

Front afrontów

Dyplomacja II RP, kierowana przez Józefa Becka, miała nie lada orzech do zgryzienia. Politycy, wywołując żenujące skandale międzynarodowe, co i rusz przysparzali pracy Ministerstwu Spraw Zagranicznych. Być może niektóre gafy ciągną się za nami do dziś.

autor Andrzej Krajewski

Po krótkiej, zakończonej tragiczną śmiercią, kadencji prezydenta Narutowicza, głową państwa polskiego został

Stanisław Wojciechowski. Pełen dobrych chęci polityk, choć rautów nie cierpiał, tuż po objęciu urzędu urządził na Zamku Królewskim przyjęcie dla zagranicznych dyplomatów. Zajmujący się jego organizacją dyrektor departamentu kultury Jan Skotnicki zadbał, by wszystko było tak, jak tego wymagał międzynarodowy protokół. Stąd członków korpusu dyplomatycznego zamierzano posadzić przy stole wedle reguły starszeństwa. Im ktoś dłużej przebywał w Polsce, tym siedział bliżej prezydenta. Kiedy wszystko było już zapięte na ostatni guzik, chyłkiem do czekającej na gości sali przemknął prezydent Wojciechowski. Tam zobaczył stojące na stole kartki z nazwiskami zaproszonych gości i jak wspominał Skotnicki: „nie spodobało mu się ich rozmieszczenie", więc nic nikomu nie mówiąc, kartki pozamieniał. Najstarszego stażem włoskiego posła Tommasiniego wyekspediował na koniec stołu, a koło siebie posadził ambasadora Francji.

„Poseł włoski, senior korpusu dyplomatycznego, wprawdzie zajął miejsce wyznaczone mu przez prezydenta, ale zaraz po skończonym obiedzie wyjechał z Zamku i zażądał w Ministerstwie Spraw Zagranicznych wytłumaczenia przyczyn afrontu, jaki go spotkał" – opisywał Skotnicki. Poinformowany o wszystkim rząd Włoch również domagał się wyjaśnień, dlaczego jego przedstawiciela spotkał tak bolesny afront. Krewcy Włosi grozili nawet wycofaniem z Warszawy swojego poselstwa. Polskie MSZ musiało wielokrotnie uniżenie przepraszać za to faux pas, nim skandal ostatecznie wyciszono. Na szczęście dla młodego państwa na arenie międzynarodowej jego przedstawicielom wybaczano wiele niezręczności, kładąc je na karb braku obycia.

Zatuszować pijacki szał

W tych czasach – radosnej improwizacji – każda wizyta ważnego zagranicznego gościa w Polsce groziła wieloma trudnymi do przewidzenia konsekwencjami. Jako pierwszy z europejskich monarchów odważył się wybrać do Warszawy król Rumunii Karol II. Nad zaplanowaną na czerwiec 1923 roku wizytą od początku zawisło jakieś fatum. W Rzeczypospolitej rządzonej przez gabinet premiera Wincentego Witosa szalała inflacja i wzmagały się niepokoje społeczne. Do tego jeszcze pod koniec maja doszło na Uniwersytecie Warszawskim do zamachu bombowego, a niedługo potem policja wytropiła magazyn ładunków wybuchowych w piwnicy budynku przy ul. Smoczej. Zaniepokojone władze rumuńskie żądały, żeby nadzorowaniem prac służb specjalnych w Warszawie zajęli się fachowcy z Bukaresztu. Oczywiście polskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych kategorycznie odmówiło. Po burzliwym sporze wizyty Karola II jednak nie odwołano. A tymczasem ciąg nieprzewidzianych wypadków trwał. 19 czerwca 1923 roku wysłano z Warszawy na granicę z Rumunią specjalny luksusowy wagon-salonkę dla królewskiej pary. Pociągiem jechała specjalnie dobrana eskorta. Dokonana selekcja okazała się niespecjalnie udana, skoro w drodze jeden z konwojentów nie dość, że się upił, to jeszcze przystąpił do dewastacji salonki. „W pijackim szale zaczął zdzierać obicia, tłuc lustra i szyby" – opisywał adiutant prezydenta Wojciechowskiego por. Henryk Comte. „Po dłuższych dopiero wysiłkach udało się służbie kolejowej szaleńca obezwładnić, wynieść z wagonu i umieścić w posterunku policji w Krasnymstawie" – relacjonował Comte. Tej samej nocy konwojent powiesił się w celi, a miejscowi rzemieślnicy w szaleńczym pośpiechu remontowali zdewastowany wagon. Zdążyli na ostatnią chwilę, unikając kompromitacji, gdy tymczasem już szykowała się nowa.

Mający powitać królewską parę na Dworcu Głównym w Warszawie lider PSL „Piast" premier Witos kategorycznie odmówił założenia fraka i cylindra. „Premier Witos zawsze chodził w swoim charakterystycznym stroju" – wspominał por. Comte. – „Zwyczajna ciemna marynarka, pod nią kamizelka i biała koszula zapięta na guziki, bez krawata, ciemne spodnie wpuszczone w długie buty z cholewami, filcowy kapelusz i ciemny płaszcz". Perspektywa, że premier RP w takim ubraniu wyjdzie powitać króla, doprowadzała ludzi odpowiedzialnych za przebieg ceremonii powitalnej do stanu przedzawałowego. W ostatniej chwili znaleziono kompromis i dla upartego Witosa uszyto specjalny strój. Czekający w delegacji powitalnej na Dworcu Głównym Henryk Comte opisał we wspomnieniach, z jakim zdziwieniem tłum ludzi obserwował „postać Wincentego Witosa w granatowej, pięknie szamerowanej czamarze (długiej sukmanie zapiętej po szyję, sięgającej kolan – przyp. aut.), stylizowanej na czamarkach powstańców z 1863 roku, w długich lśniących butach, fantazyjnie narzuconym kapeluszu". Król Karol II nie poczuł się na szczęście urażony strojem polskiego premiera, lecz co najwyżej zaskoczony, bo Witos „prezentował się godnie i okazale" – co z ulgą odnotował Comte.

Twardy jak dyplomata

W pierwszych latach istnienia II RP wśród niezręczności popełnionych przez polskich polityków najistotniejsze okazały się te dotyczące relacji ze wschodnimi sąsiadami. Po serii zamachów bombowych w stolicy (już po wizycie króla Karola II) ujęto sprawców, którymi okazali się oficerowie wojska polskiego Antoni Wieczorkiewicz i Walery Bagiński. Obaj w trakcie śledztwa przyznali się do działania na zlecenie Komunistycznej Partii Polski. Początkowo skazano ich na karę śmierci, lecz później wyszło na jaw, że podczas procesu doszło do nieprawidłowości i za część zamachów odpowiadał ktoś inny. Prezydent Wojciechowski zamienił więc karę śmierci na długoletnie więzienie. Tymczasem za oboma zamachowcami wstawił się Kreml. Po długich negocjacjach Rzeczpospolita i Związek Radziecki ustaliły, że obaj terroryści zostaną wymienieni na przetrzymywanych w Moskwie: polskiego konsula Łaszkiewicza i księdza Bronisława Usasa. Po zawarciu porozumienia w marcu 1925 roku pociąg ze skazańcami wyruszył z Warszawy w kierunku wschodniej granicy. Nim jednak tam dotarł, podczas jazdy jeden z konwojentów – policjant Józef Muraszko zastrzelił obu więźniów, w czym nie przeszkodził mu żaden z siedmiu pozostałych członków eskorty. Przed sądem zabójca zeznał: „Przyznaję się do zabójstwa dwóch wściekłych psów! Zabiłem ich w silnym podnieceniu". Sąd przyjął to tłumaczenie i wymierzył wyrok dwóch lat domu poprawczego (zakładu zamkniętego o łagodnym rygorze). Te wydarzenia na Kremlu odebrano jako szczególny afront, podejrzewając (być może słusznie), że jakieś wysoko postawione osoby w Polsce postanowiły wymierzyć sprawiedliwość komunistycznym agentom. Oczywiście oskarżono Warszawę o niedotrzymanie umowy, a konsul Łaszkiewicz i ksiądz Usas pozostali w sowieckiej niewoli. Po zamrożeniu kontaktów na rok, w czerwcu 1926 roku minister spraw zagranicznych RP August Zaleski przekonał Kreml do podjęcia negocjacji na temat podpisania paktu o nieagresji. Rozmowy były trudne i kiedy wreszcie zaczęły rysować się pierwsze nadzieje na kompromis, 7 czerwca 1927 roku młody rosyjski emigrant Borys Kowerda zastrzelił na Dworcu Głównym w Warszawie radzieckiego posła Piotra Wojkowa. Wprawdzie sprawcę ujęto i szybko otrzymał wyrok dożywotniego więzienia, jednak Moskwa zerwała negocjacje. Kreml obarczył polski rząd odpowiedzialnością za zamordowanie dyplomaty.

Wbrew przyjętym wcześniej zobowiązaniom nie położono kresu działalności grupom „dywersyjno-białogwardyjskim" na terenie RP. Rozmowy wznowiono po kilku miesiącach, lecz toczyły się bardzo opornie, a Moskwa nigdy nie zaniedbywała okazji, by na Zachodzie prezentować Polskę jako kraj, w którym strzela się do zagranicznych posłów.

Zresztą przywódcy Rzeczypospolitej uczynili wiele, żeby ich państwo zdobyło w Europie sławę dyplomatycznego brutala. Najwięcej na ten temat miała do powiedzenia Litwa, która w 1920 roku po tzw. buncie gen. Żeligowskiego musiała się pogodzić z utratą stolicy i całej Wileńszczyzny. Od tego czasu litewscy politycy odmawiali nawiązania stosunków dyplomatycznych z Rzecząpospolitą i utrzymywali, że oba kraje znajdują się w stanie wojny.

Tymczasem z okazji siódmej rocznicy przyłączenia Wilna do Polski w październiku 1927 roku w mieście ze specjalną wizytą zjawili się gen. Lucjan Żeligowski i marszałek Józef Piłsudski. W odpowiedzi litewski premier Augustinas Voldemaras na forum Ligi Narodów oskarżył Rzeczpospolitą o prześladowanie Litwinów oraz chęć pozbawienia jego ojczyzny niepodległości. Warszawie zaognione stosunki z Kownem nie były na rękę, ponieważ z ZSRR stale płynęły sygnały, że Sowieci zamierzają wykorzystać spór do uzależnienia Litwy od siebie. W końcu kłopotliwą sytuację marszałek Piłsudski postanowił rozwiązać osobiście. Pojechał więc do Genewy i tam 10 grudnia 1927 roku na posiedzeniu Rady Ligi Narodów rozprawił się z Voldemarasem. Świadek tego wydarzenia dyplomata Jan Gawroński zapisał, że Piłsudski: „nagle wstał i przerywając mowę (litewskiego premiera – przyp. aut.) wbrew obowiązującym w Genewie i ściśle przestrzeganym manierom, powiedział zebranym, że nie ma czasu na długie dyskusje – i że przyjechał tu tylko, by się dowiedzieć, czy szef litewskiego rządu chce z Polską wojny, czy pokoju". Na sali zapadło głuche milczenie. „Waldemaras (Voldemaras – przyp. aut.) zahukany, zażenowany, zakłopotany nieprzewidzianym dylematem, wyjąkał: »Pokoju«, na to Piłsudski: »To mi wystarczy. Wobec tego nie będę tu już potrzebny. Do widzenia panom«" – opisywał Gawroński. Po takim „wdeptaniu" premiera Litwy w ziemię marszałek spokojnie opuścił salę. „Teatralna ta scena zrobiła oczywiście ogromne wrażenie na obecnych dyplomatach, nie nawykłych do gwałtownych odruchów" – relacjonował Jan Gawroński. Niestety pokaz siły nie zyskał Polsce sympatii na Zachodzie, zaś poniżeni Litwini jeszcze mocniej zacięli się w swoim uporze i przez następne 10 lat odmawiali nawiązania jakichkolwiek stosunków dyplomatycznych z Polską.

Wróg publiczny: Józef Beck

Tymczasem w 1932 roku marszałek Piłsudski uznał, że w najbliższych latach w Europie skutecznie polską politykę zagraniczną będzie potrafił prowadzić człowiek, który umie grać va banque i potrafi postawić się przywódcom mocarstw. Odwołał więc ze stanowiska ugodowego ministra spraw zagranicznych Augusta Zaleskiego i zastąpił go „jastrzębiem" płk. Józefem Beckiem. Na wieść o tym francuskie służby dyplomatyczne wpadły dosłownie w histerię. W Paryżu natychmiast przypomniano sobie o krzywdach, jakie pułkownik wyrządził Francji. Już dziesięć lat wcześniej szef francuskiej misji militarnej w Polsce gen. Henri Niessel w specjalnym raporcie skarżył się zwierzchnikom : „Mjr Beck był i pozostał jedną z tych osób, które w sposób jawny lub z ukrycia służą polityce wrogiej wpływom francuskim (w Polsce – przyp. aut.). On właśnie był sprawcą aresztowania agentów francuskiej Służby Informacyjnej, w czasie którego skonfiskowano posiadane przez nich dokumenty, a w kilku przypadkach także pieniądze". Dalej generał donosił: „Dopóki Beck miał wpływ na działalność Drugiego Biura Sztabu Generalnego (wywiad wojskowy – przyp. aut.), nasza Służba Informacyjna napotykała trudności nie do pokonania, podważano sens jej istnienia, czyniono wszystko, aby uczynić ją bezużyteczną". Pamiętliwi Francuzi, chcąc pokazać Polakom, gdzie ich miejsce, zadbali, by pierwsza oficjalna wizyta Becka w Paryżu miała specjalną, upokarzającą oprawę. Polskiego ministra spraw zagranicznych na paryskim dworcu powitali podrzędni urzędnicy, a nie szef francuskiego MSZ Louis Barthou. Następnie prezydent republiki Albert Lebrun ugościł Becka bardzo skromnym podwieczorkiem, a nie – jak się spodziewał pułkownik – wystawnym śniadaniem. Zaś na pożegnanie polskiego ministra nie pofatygował się nikt. Pracownicy francuskiego MSZ przesłali jedynie informację, że z powodu awarii samochodu nie zdążą dotrzeć na dworzec. Beck z kamiennym spokojem zniósł upokorzenia i poczekał, aż Barthou zjawił się w Warszawie z rewizytą. Wówczas zadbał, aby potraktowano go identycznie. Nic dziwnego, że nad Sekwaną w latach 30. ukazywało się najwięcej prasowych artykułów atakujących szefa polskiego MSZ. Oskarżano go w nich o wszelkie możliwe kompleksy, posądzano o chęć zawarcia sojuszu z Hitlerem, a nawet o współpracę z wywiadem III Rzeszy. Doszło do tego, że podejrzewano Rzeczpospolitą o chęć odebrania Francji Madagaskaru przez akcję osiedlania tam polskich Żydów. Faktycznie w maju 1937 roku na wyspę pojechała tzw. Komisja Studiów pod kierownictwem mjr. Mieczysława Lepeckiego. Po pięciu miesiącach sporządziła raport, uznający że wyspa nadaje się na przyjęcie polskich i żydowskich osadników. Wówczas we francuskiej prasie rozpętała się burza, a na pierwszych stronach gazet królował tytuł: „Nie chcemy polskich Żydów". Francuski minister spraw zagranicznych Ivon Delbos, goszczący wówczas w Warszawie, został dla poprawienia wzajemnych relacji zaproszony na nieoficjalne śniadanie przygotowane przez Jadwigę Beck. Nieświadoma panujących napięć żona pułkownika, chcąc zrobić niespodziankę uwielbiającemu żeglarstwo mężowi, ułożyła przekąski na naczyniach wyglądających jak żaglówki. „Wśród nich, po jednej lub grupami, rozrzucone były (na niewidocznych spodeczkach z wodą) pąsowe gwiazdy kwiatu poncji" – zapisała we wspomnieniach pani Beck. Na widok stołu, wyglądającego jak reda portu, Delbos popadł w zupełną konsternację, bo uznał, że w ten sposób pułkownik postanowił mu zademonstrować polskie roszczenia kolonialne.

W Paryżu w latach 30. ukazywało się najwięcej prasowych artykułów atakujących szefa polskiego MSZ. Oskarżano go w nich o wszelkie możliwe kompleksy, posądzano o chęć zawarcia sojuszu z Hitlerem, a nawet o współpracę z wywiadem III Rzeszy

„Chcąc od początku zwrócić uwagę na polskie ambicje, użyto dość nieoczekiwanego sposobu. Na śniadaniu wydanym przez państwa Becków dla naszego ministra tylko okręty i morskie emblematy znajdowały się na stole" – napisał w raporcie świadek tej sceny ambasador Francji w Warszawie Leon Noël. Dodając, że szef polskiego MSZ znów wykazał się brutalnością i brakiem taktu. Jednym słowem, w relacjach z Francją nawet najlepsze chęci obracały się przeciw pułkownikowi. A przecież, jak uważał podwładny ministra, urzędnik z MSZ Jan Meysztowicz, Beck po prostu: „nie znosił protekcyjnego stosunku do Polski". Inna rzecz, że wierny wskazówkom Piłsudskiego, nawet po śmierci marszałka nie zamierzał zmienić sposobu działania polskiej dyplomacji. Istotę tej doktryny najlepiej oddawała instrukcja dla członków delegacji na Zgromadzenie Ligi Narodów we wrześniu 1937 roku. Pułkownik zalecał w niej: „Ponieważ skłopotany obecnie świat boi się państw dynamicznych i chętnie się z nimi układa, by nie dopuścić do awantury – podkreślajmy te elementy, które świadczą i czynią wrażenie, że jesteśmy dynamiczni". W praktyce zdaniem Jana Gawrońskiego, podwładnego Becka: „Antypatia, jaką wszędzie wzbudzał (Beck – przyp. aut.), mściła się na żywotnych interesach kraju. Najzagorzalsi polonofile tracili ochotę służenia Polsce, byle upokorzyć jej antypatycznego ministra". Kiedy bowiem języka siły używały mocarstwa, budził on respekt; gdy jednak czyniła to słaba Polska, owocowało to zwykle skandalami lub narażało państwo na śmieszność.

Andrzej Krajewski

Historyk, publicysta. Autor książkiMiędzy oporem a współpracą.

Zgubne skutki banalnych rozmów

Im wyższe stanowisko dyplomaty, tym większą moc rażenia mają wypowiadane przez niego bzdury. W XX wieku skandale dyplomatyczne doprowadziły do kilku wojen.

autor Kazimierz Pytko

Gafy, błędy oraz przestępstwa dyplomatów europejskich i amerykańskich często miały konsekwencje, które wstrząsały całym światem. W XX wieku najbardziej brzemienna w skutki okazała się mieszanina lekkomyślności i bezczelności, jaką wykazali się szef dyplomacji cesarskich Niemiec i ich ambasador w Stanach Zjednoczonych.

Bombowa depesza

Po wybuchu I wojny światowej jedną z pierwszych operacji brytyjskich sił specjalnych było przecięcie podwodnego kabla telekomunikacyjnego łączącego Niemcy z Ameryką. W tej sytuacji Berlin zwrócił się o pomoc do państw neutralnych. Pozytywnie odpowiedziała Szwecja, a następnie – po osobistej zgodzie prezydenta Woodrow Wilsona – Stany Zjednoczone. Odtąd wszystkie depesze za Atlantyk niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wysyłało z ambasady amerykańskiej. Oczywiście wcześniej starannie je szyfrowano.

Trasa tego kabla również przebiegała w pobliżu Wysp Brytyjskich, więc Anglicy przechwytywali telegramy. Ich kryptolodzy nie potrafili jednak złamać niemieckich kodów. Po trzech latach pracy, głównie dzięki dokumentom znalezionym na zatopionych U-Bootach, potrafili odczytywać niektóre nazwiska, nazwy państw i pojedyncze słowa, ale sens całości pozostawał niezrozumiały.

16 stycznia 1917 roku na biurko szefa wywiadu morskiego kpt. Reginalda Halla trafił długi szyfrogram wysłany przez szefa niemieckiej dyplomacji Arthura Zimmermanna do ambasadora w Waszyngtonie hrabiego Johanna Bernstorffa. Specjalne oznakowania nie pozostawiały wątpliwości, że jest to dokument objęty najściślejszą tajemnicą. Kryptologom udało się ustalić nadawcę i adresata oraz kilka kluczowych słów: wojna podwodna, Meksyk, sojusz, Teksas. Analitycy wywiadu sugerowali, że Niemcy zamierzają podjąć działania wojenne wobec Stanów Zjednoczonych i wciągnąć do nich Meksyk.

Hall miał więc w ręku dokument o trudnym do przecenienia znaczeniu. Amerykanie od początku konfliktu udzielali bowiem Brytyjczykom pomocy materialnej, jednak ze względu na silne nastroje izolacjonistyczne, żaden polityk nie odważył się zaproponować wysłania do Europy żołnierzy. Teraz wszystko mogło się zmienić. Ale by tak się stało, Londyn musiał zdobyć niepodważalny dowód wrogich intencji Niemiec wobec Stanów. Czyli odczytać pełny tekst depeszy Zimmermanna.

Hall wpadł na prosty pomysł. Skoro chodziło o Meksyk, niemiecki ambasador musiał przesłać depeszę z Waszyngtonu do swojego odpowiednika w mieście Meksyk i – co szczególnie ważne – raczej nie zaszyfrował jej kodem najtajniejszym z tajnych. Natychmiast uruchomiono więc brytyjską siatkę wywiadowczą za Oceanem. Agent usadowiony na poczcie w stolicy Meksyku bez większego trudu wykradł kopię depeszy i błyskawicznie przekazał ją do Anglii. Tak jak podejrzewano, hrabia Bernstorff posłużył się prostszym szyfrem, już złamanym przez Brytyjczyków.

„W dniu 1 lutego 1917 roku planujemy rozpoczęcie nieograniczonej wojny podwodnej – pisał Zimmermann. – Mimo to będziemy zabiegali o utrzymanie Stanów Zjednoczonych przy polityce neutralności. Jeżeli ten zamiar się nie powiedzie, przedstawimy rządowi Meksyku propozycję zawarcia sojuszu na następujących zasadach: wspólne prowadzenie wojny, udzielenie dużego wsparcia finansowego, uznanie prawa Meksyku do odzyskania Teksasu, Nowego Meksyku i Arizony".

Trzeba było wyjątkowego tupetu, by korzystając z uprzejmości ambasady amerykańskiej wysłać z niej projekt napaści i częściowego rozbioru Stanów Zjednoczonych. Brytyjczycy nie zmarnowali okazji do skompromitowania Niemców i odwrócenia biegu wojny. Natychmiast przekazali telegram Zimmermanna Amerykanom. Prezydent Wilson początkowo nie chciał uwierzyć w jego prawdziwość. Podejrzewał prowokację Anglików, którym zależało na wciągnięciu Stanów do wojny. Gdy jednak agenci jego wywiadu zdobyli kopię depeszy wysłanej przez hrabiego Bernstorffa z Waszyngtonu do Meksyku, zrozumiał, że Niemcy potraktowali go jak naiwniaka. Polecił opublikować treść depeszy w gazetach. Groźba inwazji na Teksas i Arizonę diametralnie zmieniała nastroje amerykańskiej opinii publicznej.

6 kwietnia 1917 roku obie izby Kongresu przegłosowały uchwałę o przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny. Zmieniło to układ sił na korzyść aliantów i zadecydowało o klęsce Niemiec. Gdyby nie błąd ich dyplomatów, losy świata mogły się potoczyć zupełnie inaczej.

Światło dla Saddama

Zgodnie z wszelkimi regułami dyplomacji zachowała się natomiast ambasador Stanów Zjednoczonych w Iraku April Glaspie. Można wręcz powiedzieć, że zbyt zgodnie, czym pośrednio przyczyniła się do wybuchu innej wojny.

25 lipca 1990 roku wezwał ją na pilną rozmowę Saddam Husajn. Dyktator, który miał już wówczas fatalną reputację, zaczął się jej żarliwie tłumaczyć. Przez kilkadziesiąt minut mówił o historii Iraku, o sztucznym oderwaniu od niego Kuwejtu, o wciąż odczuwanych przez Irakijczyków skutkach wyniszczającej wojny z Iranem, w której sympatia Zachodu była po stronie Bagdadu.

Protokół nie pozwala dyplomatom, którzy nie uzyskali specjalnych pełnomocnictw, na podejmowanie polemiki z przywódcami państw. Pani Glaspie uprzejmie więc wysłuchiwała tyrady, od czasu do czasu zdawkowo przytakując. „Mamy wielkie problemy, ale nie zamierzamy podnosić ceny ropy. Nie możemy się jednak godzić na to, że Kuwejt sztucznie je zaniża, co zagraża naszej gospodarce – kontynuował Saddam Husajn. – Zmniejszenie wpływów budżetowych o 6–7 miliardów dolarów będzie katastrofą".

Gdy skończył, ambasador wygłosiła kilka gładkich słów. „Mieszkam tu od lat i sądzę, że rozumiem wasze problemy. Podziwiam wysiłek, jaki wkładacie w odbudowę kraju. Rozumiem, że potrzebujecie na to środków i powinniście mieć szansę odbudowy. Nie mamy opinii na temat konfliktów arabsko-arabskich, na przykład waszych sporów granicznych z Kuwejtem. Ten problem nie jest związany z Ameryką".

Osiem dni po tej rozmowie wojska Iraku zaatakowały Kuwejt. Gdy świat jednomyślnie zaprotestował, a George Bush senior zapowiedział zbrojną interwencję, Saddam kazał ujawnić stenogram rozmowy. Gładkie formułki wypowiedziane przez dyplomatkę nabrały nagle innego znaczenia. Można je bowiem było odczytywać jak deklarację zrozumienia dla polityki Husajna, a nawet braku zainteresowania Waszyngtonu jego działaniami wobec Kuwejtu. Tak przedstawiała to nie tylko propaganda iracka, ale również wielu komentatorów amerykańskich. Niektórzy wręcz sugerowali, że nie wyrażając jednoznacznego sprzeciwu wobec planów inwazji i chroniąc się za dyplomatycznymi frazesami, April Glaspie zapaliła dla niej zielone światło.

Saddam Husajn zapewne i tak zrobiłby to, co zaplanował, ale dwuznaczne, niekompetentne zachowanie dyplomatki mocno zaszkodziło George’owi Bushowi.

Skazani na sprzątanie

Największym skupiskiem dyplomatów jest ONZ. Według Ronalda Kesslera, autora książki Spy versus Spy (Szpieg kontra szpieg) w okresie zimnej wojny 30 proc. spośród nich pracowało również na drugim etacie jako agenci tajnych służb.

W 1986 roku Ronald Reagan zażądał wyjazdu 105 pracowników przedstawicielstwa ZSRR przy Organizacji Narodów Zjednoczonych. Złamał w ten sposób niepisaną zasadę, że podobne sprawy załatwia się po cichu. Opinia publiczna była informowana co najwyżej o jednym na dziesięć przypadków wydalenia dyplomatów, gdyż powodowało to dodatkowy wzrost napięcia międzynarodowego. Reagan miał jednak odwagę rzucić wyzwanie „imperium zła", a gdy Moskwa oskarżyła go o nieuzasadnione szykany, dodał do listy jeszcze 75 rosyjskich urzędników z konsulatów w San Francisco i Waszyngtonie. Dzięki informacjom dostarczonym przez FBI i CIA dobrał ich tak umiejętnie, że pozbawił wywiad radziecki niemal wszystkich szyfrantów i oficerów łącznikowych, co sparaliżowało jego pracę na kilka miesięcy.

Rosjanie nie zdecydowali się na typową w takich sytuacjach odpowiedź, czyli wydalenie identycznej liczby dyplomatów amerykańskich. Zrewanżowali się w bardziej złośliwy sposób i odwołali wszystkich swoich obywateli pracujących dla ambasad i konsulatów Stanów Zjednoczonych w ZSRR. W rezultacie Amerykanie sami musieli się zatroszczyć o sprzątanie, transport i gotowanie.

W kuluarach ONZ na przemian oburzano się i pokpiwano z dyplomatycznej wojny na szczycie, ale emocje szybko opadły. Wszyscy zdawali sobie bowiem sprawę, że szpiegostwo jest od samego początku wpisane w naturę tej organizacji.

Dyniowe dokumenty

26 sierpnia 1939 roku dziennikarz magazynu „Time" Whittaker Chambers poprosił o poufną rozmowę z szefem służby bezpieczeństwa departamentu stanu Adolfem Berle.

Poinformował go, że jest członkiem partii komunistycznej i łącznikiem radzieckiego wywiadu wojskowego GRU. Zdecydował się na ujawnienie swojej działalności, gdyż uznał podpisany dwa dni wcześniej pakt Ribbentrop-Mołotow za zdradę ideałów, w które szczerze wierzył.

Nie to było jednak powodem, dla którego wybrał na spowiednika osobę odpowiedzialną za ochronę kontrwywiadowczą amerykańskiej dyplomacji. Chambers wyznał, że jednym z agentów, który przekazywał mu tajne dokumenty z departamentu stanu, był ceniony dyplomata Alger Hiss.

Berle zgodnie z procedurą przekazał notatkę z rozmowy przełożonym, ale ci zbyli go wzruszeniem ramion. Wobec braku reakcji trzy lata później Whittaker skontaktował się z szefem FBI Edgarem Hooverem. Usłyszał, że Rosjanie są sojusznikami i nie należy zadrażniać z nimi stosunków. Hiss mógł więc spokojnie kontynuować karierę, którą zwieńczyło stanowisko sekretarza konferencji założycielskiej ONZ w San Francisco!

Uparty dziennikarz nie dawał jednak za wygraną i wciąż dobijał się do różnych drzwi w Waszyngtonie. Gdy zaczęła się zimna wojna, jego rewelacje potraktowała wreszcie poważnie Komisja ds. Działalności Antyamerykańskiej. Wezwany na przesłuchania Hiss kategorycznie zaprzeczył, że kiedykolwiek należał do Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych i był informatorem Moskwy. Następnie oskarżył Chambersa o zniesławienie i pozwał go do sądu.

Amerykanom nie mieściło się w głowach, że jeden z ich najważniejszych dyplomatów, współautor statutu ONZ, może być bohaterem skandalu szpiegowskiego. Prasa przedstawiała go jako ofiarę polowań na czarownice. Niewiele pomogły przedstawione przez Chambersa kopie tajnych dokumentów, które miał otrzymać od Hissa. Co prawda badania kryminalistyczne wykazały, że napisano je na maszynie należącej do dyplomaty, ale zdaniem obrony ktoś przed analizą celowo wymienił w niej czcionki. Kiedy wydawało się, że sprawa skończy się niczym, do akcji wkroczył młody członek Komisji Richard Nixon. Oświadczył, że skoro zeznania dwóch osób tak bardzo się różnią, jedna z nich kłamie i powinna zostać skazana za krzywoprzysięstwo. Wówczas Chambers zdecydował się ujawnić swój ostatni atut – mikrofilmy dokumentujące całą działalność jego siatki szpiegowskiej. Ukrywał je w ogrodzie, w wydrążonej dyni, więc prasa nazwała je „dyniowymi aktami" (Pumpkin Papers). Eksperci firmy Kodak potwierdzili, że błony filmowe pochodziły z końca lat 30., więc o żadnej manipulacji już nie mogło być mowy. Hiss miał szczęście, że od tego czasu minęło ponad 10 lat i z powodu przedawnienia nie mógł być sądzony za szpiegostwo.

Oskarżono go jednak o złożenie fałszywych zeznań przed Komisją – i skazano na pięć lat więzienia. Resztę życia, a zmarł w 1996 roku, w wieku 92 lat, poświęcił na przekonywanie o swojej niewinności. Chambers pracował nadal jako dziennikarz, zmarł na atak serca w 1961 roku. Richard Nixon wyznał, że gdyby nie rola, jaką odegrał w ujawnieniu największego skandalu w historii amerykańskiej dyplomacji, prawdopodobnie nigdy nie zostałby prezydentem.

Sterowane porozumienie

Podobna historia przytrafiła się dyplomacji RFN. Głównym negocjatorem historycznych układów normalizacyjnych z Polską i ZSRR był Egon Bahr. Po podpisaniu porozumień zyskał olbrzymi szacunek na Wschodzie i Zachodzie, obwołano go jednym z najwybitniejszych architektów europejskiego bezpieczeństwa. Tymczasem w 1995 roku niemiecki tygodnik „Focus" ujawnił, że w latach 70. współpracował z… KGB.

Po rytualnych zaprzeczeniach Bahr przyznał, że wielokrotnie kontaktował się z Wiaczesławem Kieworkowem, ale nie zdawał sobie sprawy, że jest to… generał KGB. Uważał go za wpływowego dygnitarza z najbliższego otoczenia Leonida Breżniewa, dzięki któremu uzyskiwał ważne informacje prosto z Kremla. W rewanżu przekazywał mu wieści z najwyższych kręgów władzy w Bonn.

DYPLOMATA ŁAPOWNIK

Szef francuskiej dyplomacji Roland Dumas przez kilka lat sprzeciwiał się wszelkim planom sprzedaży broni Tajwanowi, dowodząc, że zaszkodzi to stosunkom z Chinami. W 1991 roku nagle zmienił zdanie. Zgodził się na gigantyczny, szacowany na 3 miliardy dolarów, kontrakt i dostawę sześciu okrętów wojennych. Wyjaśnił, że wynegocjował zgodę Pekinu, a transakcja przyniesie korzyści całej gospodarce. Kilka lat później okazało się jednak, że nie działał bezinteresownie.

Za kulisami zaskakującej decyzji kryła się jego kochanka Christine Deviers-Joncour, która pośredniczyła w kontaktach między światem biznesu i polityki. Intryga była bardzo misterna, przedsiębiorcy z koncernu naftowego ELF swoimi sposobami „uciszyli" Chińczyków, a producent okrętów firma Thomson za pośrednictwem pani Christine – ministra Dumasa. Środkiem uciszającym były sowite prowizje, kochankom przypadł w udziale m.in. 320-metrowy apartament w centrum Paryża. Dumas oczywiście wszystkiemu zaprzeczył, ale chociaż starannie pozacierał ślady, sąd skazał go na rok więzienia. Christine Deviers-Joncour była bardziej szczera i ujawniła prawdę w książce o wymownym tytule Dziwka republiki.

„Stworzyliśmy system szybkiego kontaktu, podobny do tego, jaki RFN utrzymywała z Amerykanami" – tłumaczył reporterom tygodnika „Der Spiegel". Tej wersji nie zmienił. Pozostał przy niej nawet po ujawnieniu zapisków kanclerza Brandta podejrzewającego, że w jego otoczeniu działają radzieccy agenci. Dyplomatę chroniła również jego partia – socjaldemokratyczna SPD, która nie umiała pogodzić się z myślą, że stanowiąca jej dumę polityka wschodnia (Ostpolitik) mogła być sterowana przez Moskwę. Dlatego partyjni urzędnicy zataili niewygodne notatki Brandta. Gdy odkryto tę manipulację, wdowa po kanclerzu na znak protestu wystąpiła z SPD.

Rajd na cyku

Żadnych wątpliwości co do swojej winy nie pozostawili natomiast dwaj wysokiej rangi dyplomaci brytyjscy. W 1951 roku Guy Burgess, drugi sekretarz ambasady w Waszyngtonie, urządził samochodowy rajd przez kilka stanów. Trzykrotnie zapłacił mandaty za przekroczenie prędkości, zionąc alkoholem – naubliżał policjantom. Sprawa dotarła do gubernatora Wirginii, który wystosował oficjalny protest do ambasadora Wielkiej Brytanii. Burgess został w trybie natychmiastowym odesłany do domu.

Nikt nie podejrzewał, że było to celowe działanie. Dyplomata chciał koniecznie wrócić do kraju, by skontaktować się z kolegą po fachu Donaldem Macleanem. Obaj należeli do siatki radzieckich szpiegów, nazywanej potocznie „piątką z Cambridge". Maclean był w ostatnich miesiącach II wojny światowej pierwszym sekretarzem ambasady w Stanach Zjednoczonych, następnie wszedł w skład Połączonego Komitetu Rozwoju Atomowego, dzięki czemu uzyskał dostęp do najściślejszych tajemnic. Przekazał Moskwie m.in. informacje o programie budowy brytyjskiej broni jądrowej i liczebności sił amerykańskich przygotowywanych do misji w Korei.

Kontrwywiad przechwytywał jego depesze już od 1946 roku, ale dopiero po pięciu latach udało się złamać szyfr. Pierwszą osobą, która dowiedziała się o tym sukcesie kryptologów, był szef sekcji specjalnej koordynującej walkę wywiadowczą ze Związkiem Radzieckim – Kim Philby. Kilka lat później odkryto, że zwalczaniem radzieckich szpiegów kierował… radziecki szpieg. Philby był bowiem nieformalnym szefem „piątki z Cambridge".

Gdy Philby dowiedział się, że Maclean lada dzień zostanie zdekonspirowany, polecił Burgessowi przeprowadzenie operacji ratunkowej. Ten po umiejętnie sprowokowanym odesłaniu do Anglii skontaktował się telefonicznie z kolegą. Domyślając się, że rozmowa jest podsłuchiwana, przekazał mu niewinne zaproszenie na obiad. Zamiast do restauracji obaj popędzili do portu, wsiedli na prom i zanim ktokolwiek się zorientował, dotarli do Szwajcarii. Tam w ambasadzie radzieckiej otrzymali fałszywe paszporty i przez czeską Pragę dotarli do Moskwy. Dwa lata później tą samą drogą Rosjanie przemycili żonę Macleana, w 1963 roku dołączył do nich Philby. Pikantną puentą największego skandalu w historii współczesnej dyplomacji brytyjskiej stała się zdrada, ale już nie polityczna, lecz małżeńska. Pani Maclean porzuciła męża i związała się z… Kimem Philbym. W 1979 roku uznała, że ma dość ich obu, i wróciła na Zachód.

DYPLOMATA ROZTRZEPANY

Obowiązkowym elementem wizyt na najwyższym szczeblu we Włoszech jest złożenie wieńców na Ołtarzu Ojczyzny – monumentalnym pomniku i grobie nieznanego żołnierza w centrum Rzymu. W 2007 roku udał się tam prezydent Słowacji Ivan Gašparovič. Po oddaniu hołdu poległym usłyszał dźwięki melodii granej przez orkiestrę wojskową. Towarzyszący mu Włosi stanęli na baczność; nie bardzo wiedząc, o co chodzi, prezydent zrobił to samo. Gdy dźwięki ucichły, dowiedział się, że nieznana melodia była… hymnem jego kraju. Okazało się jednak, że to nie słowacki polityk stracił nagle słuch, lecz szef włoskiego protokołu dyplomatycznego popełnił skandaliczny błąd. Zamiast hymnu Słowacji orkiestra odegrała hymn Słowenii.

Słodkie pułapki

„Odwiedzał mnie co sobota. Był elegancki, zadbany, miły, ale miał nietypowe zachcianki. Lubił zabawy sadomasochistyczne" – zeznawała w 1989 roku wiedeńska prostytutka Tina Jirousek.

Bohater jej opowieści nazywał się Felix Bloch i do niedawna pełnił funkcję zastępcy ambasadora Stanów Zjednoczonych w Austrii. Jako jeden z najbardziej sprawnych dyplomatów udzielał się także w innych krajach, organizował wizyty Ronalda Reagana w instytucjach europejskich i NATO-wskich.

Dwa lata wcześniej agenci francuskiego wywiadu obserwujący agenta KGB występującego pod nazwiskiem Pierre Bart sfilmowali jego spotkanie z mężczyzną, który przekazał mu pokaźną torbę. Gdy zidentyfikowali nieznanego im osobnika jako wysokiej rangi amerykańskiego dyplomatę, podzielili się zdobytą wiedzą z CIA. Bloch został objęty obserwacją. Ewidentnych dowodów zdrady nie udało się uzyskać, ale odkryto jego preferencje seksualne. Został więc wezwany do Waszyngtonu na przesłuchanie. Bronił się, przekonując, że jest filatelistą i w torbie, z którą go sfotografowano, znajdowały się klasery ze znaczkami.

Ponieważ Bloch był znany z kolekcjonerskiej pasji i nigdy wcześniej nie wzbudził najmniejszych podejrzeń, pozwolono mu wrócić do Departamentu Stanu. Ale już nie spuszczano go z oka. I okazało się, że w czasie przygotowań wizyty prezydenta George’a Busha seniora w Brukseli ponownie spotkał się z Bartem, a następnie odebrał od niego dziwny telefon.

„Chyba złapałem wirusa, mam nadzieję, że pana nie zaraziłem" – mówił radziecki agent. Brzmiało to jak ostrzeżenie. Jednocześnie CIA ustaliła, że kilkanaście lat wcześniej, podczas pracy w Berlinie Wschodnim, Bloch również korzystał z usług prostytutek. Nie mogło to ujść uwadze wszechobecnej NRD-owskiej bezpiece, Stasi, która o delikatnych sprawach związanych z Amerykanami informowała KGB. Prawdopodobnie wtedy Bloch został zaszantażowany i zwerbowany. Chociaż wszystkiemu zaprzeczał, został wyrzucony z dyplomacji „ze względu na zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego". Z braku jednoznacznych dowodów zdrady nie stanął przed sądem, ale stracił wszystko, nawet prawo do emerytury. Wyjechał na prowincję, utrzymywał się z pracy pakowacza w hipermarkecie, w 1993 roku został oskarżony o kradzież żywności i skazany na 100 dolarów grzywny.

Nie wiadomo, czy Bloch z własnej inicjatywy nawiązał kontakt z NRD-owską prostytutką, czy też wpadł w tzw. słodką pułapkę zastawioną przez tajne służby. Nie ma bowiem lepszego sposobu na skłonienie dyplomatów do zdrady niż podsunięcie powabnej kobiety, sfotografowanie w czasie uprawiania seksu i zaszantażowanie groźbą ujawnienia kompromitujących zdjęć.

DYPLOMATA CZAROWNIK

Zaledwie pięć miesięcy po objęciu stanowiska Gildas Le Lidec, francuski ambasador na Madagaskarze, musiał opuścić ten kraj. Powodem wydalenia nie były jednak afery szpiegowskie czy obyczajowe, lecz podejrzenie o… czary. Prezydent Marc Ravalomanna kategorycznie odmówił przyjęcia dyplomaty na audiencji, obawiając się, że rzuci na niego zły urok. Wcześniej Le Lidec pracował w Kongo i zamordowano tam prezydenta Laurenta-Desire Kabilę; gdy objął placówkę w Wybrzeżu Kości Słoniowej – dokonano tam zamachu stanu. Przywódca Madagaskaru wolał nie ryzykować i zmusił Paryż do odwołania „czarownika".

By dyplomatów przed tym chronić, na placówki zagraniczne wysyła się zazwyczaj małżeństwa, ale nie zawsze jest to wystarczającym zabezpieczeniem przed skokiem w bok. Czasem dochodzi do sytuacji humorystycznych, czasem poważnych. W 2007 roku policja w Salwadorze znalazła na podwórzu rezydencji ambasady Izraela pijanego mężczyznę, ze związanymi rękoma, półnagiego, ubranego jedynie w strój do igraszek fetyszystów. Zdumieni funkcjonariusze ustalili, że jest to we własnej osobie jego ekscelencja ambasador Tzuriel Rafael. Formalnie nie popełnił żadnego przestępstwa, ale – jak podano w oficjalnym komunikacie izraelskiego MSZ – ze względu na zachowanie niegodne dyplomaty został w trybie natychmiastowym odwołany.

W 2005 roku w podobną historię wplątał się pracownik ambasady Japonii w Pekinie. Jej finał był jednak tragiczny, gdyż dumny potomek samurajów po ujawnieniu skandalu popełnił samobójstwo.