Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 260 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Słynne śledztwa -

Żadna historia nie jest nudna, może być tylko źle opowiedziana. Na szczęście teksty, publikowane na łamach Focusa Historia to teksty fascynujące. Nie tylko dlatego, że wydarzenia z historii, o których pisaliśmy były arcyważne i arcyciekawe, ale przede wszystkim dlatego, że nasi autorzy wykonali tytaniczną pracę, by dotrzeć do nieznanych albo mało znanych źródeł. Dzięki temu wiele z prezentowanych tu histrorii jest szokujących. Zdumiewajacych i kontrowersyjnych. Ale zawsze są to historie prawdziwe. W tym tomiku znajdziesz odpowiedzi na pytania: - czy Apoloniusz z Tiany miał szansę zdetronizować Jezusa? - co wywiad radziecki wiedział o polskiej armii przed wojną? - kim tak naprawdę był Kuba Rozpruwacz? - czy genialny Archimedes zatapiał okręty na odległość? - gdzie się podziała pionierka amerykańskiego lotnictwa? - jaki był polski sekret Sherlocka Holmsa?

Opinie o ebooku Słynne śledztwa -

Fragment ebooka Słynne śledztwa -

WARSZAWA 2012
Front afrontów
Dyplomacja II RP, kierowana przez Józefa Becka, miała nie lada orzech do zgryzienia. Politycy, wywołując żenujące skandale międzynarodowe, co i rusz przysparzali pracy Ministerstwu Spraw Zagranicznych. Być może niektóre gafy ciągną się za nami do dziś.
autor Andrzej Krajewski

Po krótkiej, zakończonej tragiczną śmiercią, kadencji prezydenta Narutowicza, głową państwa polskiego został Stanisław Wojciechowski. Pełen dobrych chęci polityk, choć rautów nie cierpiał, tuż po objęciu urzędu urządził na Zamku Królewskim przyjęcie dla zagranicznych dyplomatów. Zajmujący się jego organizacją dyrektor departamentu kultury Jan Skotnicki zadbał, by wszystko było tak, jak tego wymagał międzynarodowy protokół. Stąd członków korpusu dyplomatycznego zamierzano posadzić przy stole wedle reguły starszeństwa. Im ktoś dłużej przebywał w Polsce, tym siedział bliżej prezydenta. Kiedy wszystko było już zapięte na ostatni guzik, chyłkiem do czekającej na gości sali przemknął prezydent Wojciechowski. Tam zobaczył stojące na stole kartki z nazwiskami zaproszonych gości i jak wspominał Skotnicki: „nie spodobało mu się ich rozmieszczenie”, więc nic nikomu nie mówiąc, kartki pozamieniał. Najstarszego stażem włoskiego posła Tommasiniego wyekspediował na koniec stołu, a koło siebie posadził ambasadora Francji.

„Poseł włoski, senior korpusu dyplomatycznego, wprawdzie zajął miejsce wyznaczone mu przez prezydenta, ale zaraz po skończonym obiedzie wyjechał z Zamku i zażądał w Ministerstwie Spraw Zagranicznych wytłumaczenia przyczyn afrontu, jaki go spotkał” – opisywał Skotnicki. Poinformowany o wszystkim rząd Włoch również domagał się wyjaśnień, dlaczego jego przedstawiciela spotkał tak bolesny afront. Krewcy Włosi grozili nawet wycofaniem z Warszawy swojego poselstwa. Polskie MSZ musiało wielokrotnie uniżenie przepraszać za to faux pas, nim skandal ostatecznie wyciszono. Na szczęście dla młodego państwa na arenie międzynarodowej jego przedstawicielom wybaczano wiele niezręczności, kładąc je na karb braku obycia.

Zatuszować pijacki szał

W tych czasach – radosnej improwizacji – każda wizyta ważnego zagranicznego gościa w Polsce groziła wieloma trudnymi do przewidzenia konsekwencjami. Jako pierwszy z europejskich monarchów odważył się wybrać do Warszawy król Rumunii Karol II. Nad zaplanowaną na czerwiec 1923 roku wizytą od początku zawisło jakieś fatum. W Rzeczypospolitej rządzonej przez gabinet premiera Wincentego Witosa szalała inflacja i wzmagały się niepokoje społeczne. Do tego jeszcze pod koniec maja doszło na Uniwersytecie Warszawskim do zamachu bombowego, a niedługo potem policja wytropiła magazyn ładunków wybuchowych w piwnicy budynku przy ul. Smoczej. Zaniepokojone władze rumuńskie żądały, żeby nadzorowaniem prac służb specjalnych w Warszawie zajęli się fachowcy z Bukaresztu. Oczywiście polskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych kategorycznie odmówiło. Po burzliwym sporze wizyty Karola II jednak nie odwołano. A tymczasem ciąg nieprzewidzianych wypadków trwał. 19 czerwca 1923 roku wysłano z Warszawy na granicę z Rumunią specjalny luksusowy wagon-salonkę dla królewskiej pary. Pociągiem jechała specjalnie dobrana eskorta. Dokonana selekcja okazała się niespecjalnie udana, skoro w drodze jeden z konwojentów nie dość, że się upił, to jeszcze przystąpił do dewastacji salonki. „W pijackim szale zaczął zdzierać obicia, tłuc lustra i szyby” – opisywał adiutant prezydenta Wojciechowskiego por. Henryk Comte. „Po dłuższych dopiero wysiłkach udało się służbie kolejowej szaleńca obezwładnić, wynieść z wagonu i umieścić w posterunku policji w Krasnymstawie” – relacjonował Comte. Tej samej nocy konwojent powiesił się w celi, a miejscowi rzemieślnicy w szaleńczym pośpiechu remontowali zdewastowany wagon. Zdążyli na ostatnią chwilę, unikając kompromitacji, gdy tymczasem już szykowała się nowa.

Mający powitać królewską parę na Dworcu Głównym w Warszawie lider PSL „Piast” premier Witos kategorycznie odmówił założenia fraka i cylindra. „Premier Witos zawsze chodził w swoim charakterystycznym stroju” – wspominał por. Comte. – „Zwyczajna ciemna marynarka, pod nią kamizelka i biała koszula zapięta na guziki, bez krawata, ciemne spodnie wpuszczone w długie buty z cholewami, filcowy kapelusz i ciemny płaszcz”. Perspektywa, że premier RP w takim ubraniu wyjdzie powitać króla, doprowadzała ludzi odpowiedzialnych za przebieg ceremonii powitalnej do stanu przedzawałowego. W ostatniej chwili znaleziono kompromis i dla upartego Witosa uszyto specjalny strój. Czekający w delegacji powitalnej na Dworcu Głównym Henryk Comte opisał we wspomnieniach, z jakim zdziwieniem tłum ludzi obserwował „postać Wincentego Witosa w granatowej, pięknie szamerowanej czamarze (długiej sukmanie zapiętej po szyję, sięgającej kolan – przyp. aut.), stylizowanej na czamarkach powstańców z 1863 roku, w długich lśniących butach, fantazyjnie narzuconym kapeluszu”. Król Karol II nie poczuł się na szczęście urażony strojem polskiego premiera, lecz co najwyżej zaskoczony, bo Witos „prezentował się godnie i okazale” – co z ulgą odnotował Comte.

Twardy jak dyplomata

W pierwszych latach istnienia II RP wśród niezręczności popełnionych przez polskich polityków najistotniejsze okazały się te dotyczące relacji ze wschodnimi sąsiadami. Po serii zamachów bombowych w stolicy (już po wizycie króla Karola II) ujęto sprawców, którymi okazali się oficerowie wojska polskiego Antoni Wieczorkiewicz i Walery Bagiński. Obaj w trakcie śledztwa przyznali się do działania na zlecenie Komunistycznej Partii Polski. Początkowo skazano ich na karę śmierci, lecz później wyszło na jaw, że podczas procesu doszło do nieprawidłowości i za część zamachów odpowiadał ktoś inny. Prezydent Wojciechowski zamienił więc karę śmierci na długoletnie więzienie. Tymczasem za oboma zamachowcami wstawił się Kreml. Po długich negocjacjach Rzeczpospolita i Związek Radziecki ustaliły, że obaj terroryści zostaną wymienieni na przetrzymywanych w Moskwie: polskiego konsula Łaszkiewicza i księdza Bronisława Usasa. Po zawarciu porozumienia w marcu 1925 roku pociąg ze skazańcami wyruszył z Warszawy w kierunku wschodniej granicy. Nim jednak tam dotarł, podczas jazdy jeden z konwojentów – policjant Józef Muraszko zastrzelił obu więźniów, w czym nie przeszkodził mu żaden z siedmiu pozostałych członków eskorty. Przed sądem zabójca zeznał: „Przyznaję się do zabójstwa dwóch wściekłych psów! Zabiłem ich w silnym podnieceniu”. Sąd przyjął to tłumaczenie i wymierzył wyrok dwóch lat domu poprawczego (zakładu zamkniętego o łagodnym rygorze). Te wydarzenia na Kremlu odebrano jako szczególny afront, podejrzewając (być może słusznie), że jakieś wysoko postawione osoby w Polsce postanowiły wymierzyć sprawiedliwość komunistycznym agentom. Oczywiście oskarżono Warszawę o niedotrzymanie umowy, a konsul Łaszkiewicz i ksiądz Usas pozostali w sowieckiej niewoli. Po zamrożeniu kontaktów na rok, w czerwcu 1926 roku minister spraw zagranicznych RP August Zaleski przekonał Kreml do podjęcia negocjacji na temat podpisania paktu o nieagresji. Rozmowy były trudne i kiedy wreszcie zaczęły rysować się pierwsze nadzieje na kompromis, 7 czerwca 1927 roku młody rosyjski emigrant Borys Kowerda zastrzelił na Dworcu Głównym w Warszawie radzieckiego posła Piotra Wojkowa. Wprawdzie sprawcę ujęto i szybko otrzymał wyrok dożywotniego więzienia, jednak Moskwa zerwała negocjacje. Kreml obarczył polski rząd odpowiedzialnością za zamordowanie dyplomaty.

Wbrew przyjętym wcześniej zobowiązaniom nie położono kresu działalności grupom „dywersyjno-białogwardyjskim” na terenie RP. Rozmowy wznowiono po kilku miesiącach, lecz toczyły się bardzo opornie, a Moskwa nigdy nie zaniedbywała okazji, by na Zachodzie prezentować Polskę jako kraj, w którym strzela się do zagranicznych posłów.

Zresztą przywódcy Rzeczypospolitej uczynili wiele, żeby ich państwo zdobyło w Europie sławę dyplomatycznego brutala. Najwięcej na ten temat miała do powiedzenia Litwa, która w 1920 roku po tzw. buncie gen. Żeligowskiego musiała się pogodzić z utratą stolicy i całej Wileńszczyzny. Od tego czasu litewscy politycy odmawiali nawiązania stosunków dyplomatycznych z Rzecząpospolitą i utrzymywali, że oba kraje znajdują się w stanie wojny.

Tymczasem z okazji siódmej rocznicy przyłączenia Wilna do Polski w październiku 1927 roku w mieście ze specjalną wizytą zjawili się gen. Lucjan Żeligowski i marszałek Józef Piłsudski. W odpowiedzi litewski premier Augustinas Voldemaras na forum Ligi Narodów oskarżył Rzeczpospolitą o prześladowanie Litwinów oraz chęć pozbawienia jego ojczyzny niepodległości. Warszawie zaognione stosunki z Kownem nie były na rękę, ponieważ z ZSRR stale płynęły sygnały, że Sowieci zamierzają wykorzystać spór do uzależnienia Litwy od siebie. W końcu kłopotliwą sytuację marszałek Piłsudski postanowił rozwiązać osobiście. Pojechał więc do Genewy i tam 10 grudnia 1927 roku na posiedzeniu Rady Ligi Narodów rozprawił się z Voldemarasem. Świadek tego wydarzenia dyplomata Jan Gawroński zapisał, że Piłsudski: „nagle wstał i przerywając mowę (litewskiego premiera – przyp. aut.) wbrew obowiązującym w Genewie i ściśle przestrzeganym manierom, powiedział zebranym, że nie ma czasu na długie dyskusje – i że przyjechał tu tylko, by się dowiedzieć, czy szef litewskiego rządu chce z Polską wojny, czy pokoju”. Na sali zapadło głuche milczenie. „Waldemaras (Voldemaras – przyp. aut.) zahukany, zażenowany, zakłopotany nieprzewidzianym dylematem, wyjąkał: »Pokoju«, na to Piłsudski: »To mi wystarczy. Wobec tego nie będę tu już potrzebny. Do widzenia panom«” – opisywał Gawroński. Po takim „wdeptaniu” premiera Litwy w ziemię marszałek spokojnie opuścił salę. „Teatralna ta scena zrobiła oczywiście ogromne wrażenie na obecnych dyplomatach, nie nawykłych do gwałtownych odruchów” – relacjonował Jan Gawroński. Niestety pokaz siły nie zyskał Polsce sympatii na Zachodzie, zaś poniżeni Litwini jeszcze mocniej zacięli się w swoim uporze i przez następne 10 lat odmawiali nawiązania jakichkolwiek stosunków dyplomatycznych z Polską.

Wróg publiczny: Józef Beck

Tymczasem w 1932 roku marszałek Piłsudski uznał, że w najbliższych latach w Europie skutecznie polską politykę zagraniczną będzie potrafił prowadzić człowiek, który umie grać va banque i potrafi postawić się przywódcom mocarstw. Odwołał więc ze stanowiska ugodowego ministra spraw zagranicznych Augusta Zaleskiego i zastąpił go „jastrzębiem” płk. Józefem Beckiem. Na wieść o tym francuskie służby dyplomatyczne wpadły dosłownie w histerię. W Paryżu natychmiast przypomniano sobie o krzywdach, jakie pułkownik wyrządził Francji. Już dziesięć lat wcześniej szef francuskiej misji militarnej w Polsce gen. Henri Niessel w specjalnym raporcie skarżył się zwierzchnikom: „Mjr Beck był i pozostał jedną z tych osób, które w sposób jawny lub z ukrycia służą polityce wrogiej wpływom francuskim (w Polsce – przyp. aut.). On właśnie był sprawcą aresztowania agentów francuskiej Służby Informacyjnej, w czasie którego skonfiskowano posiadane przez nich dokumenty, a w kilku przypadkach także pieniądze”. Dalej generał donosił: „Dopóki Beck miał wpływ na działalność Drugiego Biura Sztabu Generalnego (wywiad wojskowy – przyp. aut.), nasza Służba Informacyjna napotykała trudności nie do pokonania, podważano sens jej istnienia, czyniono wszystko, aby uczynić ją bezużyteczną”. Pamiętliwi Francuzi, chcąc pokazać Polakom, gdzie ich miejsce, zadbali, by pierwsza oficjalna wizyta Becka w Paryżu miała specjalną, upokarzającą oprawę. Polskiego ministra spraw zagranicznych na paryskim dworcu powitali podrzędni urzędnicy, a nie szef francuskiego MSZ Louis Barthou. Następnie prezydent republiki Albert Lebrun ugościł Becka bardzo skromnym podwieczorkiem, a nie – jak się spodziewał pułkownik – wystawnym śniadaniem. Zaś na pożegnanie polskiego ministra nie pofatygował się nikt. Pracownicy francuskiego MSZ przesłali jedynie informację, że z powodu awarii samochodu nie zdążą dotrzeć na dworzec. Beck z kamiennym spokojem zniósł upokorzenia i poczekał, aż Barthou zjawił się w Warszawie z rewizytą. Wówczas zadbał, aby potraktowano go identycznie. Nic dziwnego, że nad Sekwaną w latach 30. ukazywało się najwięcej prasowych artykułów atakujących szefa polskiego MSZ. Oskarżano go w nich o wszelkie możliwe kompleksy, posądzano o chęć zawarcia sojuszu z Hitlerem, a nawet o współpracę z wywiadem III Rzeszy. Doszło do tego, że podejrzewano Rzeczpospolitą o chęć odebrania Francji Madagaskaru przez akcję osiedlania tam polskich Żydów. Faktycznie w maju 1937 roku na wyspę pojechała tzw. Komisja Studiów pod kierownictwem mjr. Mieczysława Lepeckiego. Po pięciu miesiącach sporządziła raport, uznający że wyspa nadaje się na przyjęcie polskich i żydowskich osadników. Wówczas we francuskiej prasie rozpętała się burza, a na pierwszych stronach gazet królował tytuł: „Nie chcemy polskich Żydów”. Francuski minister spraw zagranicznych Ivon Delbos, goszczący wówczas w Warszawie, został dla poprawienia wzajemnych relacji zaproszony na nieoficjalne śniadanie przygotowane przez Jadwigę Beck. Nieświadoma panujących napięć żona pułkownika, chcąc zrobić niespodziankę uwielbiającemu żeglarstwo mężowi, ułożyła przekąski na naczyniach wyglądających jak żaglówki. „Wśród nich, po jednej lub grupami, rozrzucone były (na niewidocznych spodeczkach z wodą) pąsowe gwiazdy kwiatu poncji” – zapisała we wspomnieniach pani Beck. Na widok stołu, wyglądającego jak reda portu, Delbos popadł w zupełną konsternację, bo uznał, że w ten sposób pułkownik postanowił mu zademonstrować polskie roszczenia kolonialne.

W Paryżu w latach 30. ukazywało się najwięcej prasowych artykułów atakujących szefa polskiego MSZ. Oskarżano go w nich o wszelkie możliwe kompleksy, posądzano o chęć zawarcia sojuszu z Hitlerem, a nawet o współpracę z wywiadem III Rzeszy

„Chcąc od początku zwrócić uwagę na polskie ambicje, użyto dość nieoczekiwanego sposobu. Na śniadaniu wydanym przez państwa Becków dla naszego ministra tylko okręty i morskie emblematy znajdowały się na stole” – napisał w raporcie świadek tej sceny ambasador Francji w Warszawie Leon Noël. Dodając, że szef polskiego MSZ znów wykazał się brutalnością i brakiem taktu. Jednym słowem, w relacjach z Francją nawet najlepsze chęci obracały się przeciw pułkownikowi. A przecież, jak uważał podwładny ministra, urzędnik z MSZ Jan Meysztowicz, Beck po prostu: „nie znosił protekcyjnego stosunku do Polski”. Inna rzecz, że wierny wskazówkom Piłsudskiego, nawet po śmierci marszałka nie zamierzał zmienić sposobu działania polskiej dyplomacji. Istotę tej doktryny najlepiej oddawała instrukcja dla członków delegacji na Zgromadzenie Ligi Narodów we wrześniu 1937 roku. Pułkownik zalecał w niej: „Ponieważ skłopotany obecnie świat boi się państw dynamicznych i chętnie się z nimi układa, by nie dopuścić do awantury – podkreślajmy te elementy, które świadczą i czynią wrażenie, że jesteśmy dynamiczni”. W praktyce zdaniem Jana Gawrońskiego, podwładnego Becka: „Antypatia, jaką wszędzie wzbudzał (Beck – przyp. aut.), mściła się na żywotnych interesach kraju. Najzagorzalsi polonofile tracili ochotę służenia Polsce, byle upokorzyć jej antypatycznego ministra”. Kiedy bowiem języka siły używały mocarstwa, budził on respekt; gdy jednak czyniła to słaba Polska, owocowało to zwykle skandalami lub narażało państwo na śmieszność.

Andrzej Krajewski
Historyk, publicysta. Autor książki Między oporem a współpracą.
Copyright for the Polish edition © 2011 G+J
Korekta: Maria Dorota Talar
Projekt graficzny okładki: Michał Janicki
Zdjęcia na I stronie okładki: East News
Redakcja techniczna: Mariusz Teler
Projekt i skład: IT WORKS, Warszawa
Redaktor prowadzący: Agnieszka Radzikowska
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wydanie I elektroniczne
ISBN 978-837-778-824-0
Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa.
ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa
Dział handlowy: tel. 22 360 38 41-42
Konwersja i edycja publikacji