Wydawca: Videograf Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 433 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Słynne porwania - Przemysław Słowiński

Opowieść o przebiegu i skutkach najgłośniejszych porwań, które wstrząsnęły opinią publiczną Polski i świata. Poszczególne historie różnią motywy działania sprawców – finansowe, polityczne, seksualne. Autor rozpoczyna książkę od opisu szokującej zbrodni – porwania synka Charlesa Lindbergha, amerykańskiego pioniera lotnictwa. Kilka rozdziałów poświęca akcjom związanym z wojną i polityką, jak chociażby tajemniczemu zniknięciu szwedzkiego dyplomaty Raoula Wallenberga czy uwolnienia Benita Mussoliniego przez niemieckich komandosów. Prezentuje również najbardziej znane przypadki uprowadzenia przez UFO (Antonio Villas Boas) i tzw. syndromu sztokholmskiego (Patricia Hearst). Przedstawia także historie porwań z ostatnich lat – losy więzionej przez pedofi la Nataschy Kampusch oraz kobiet przetrzymywanych przez Ariela Castro, a także głośną i do dziś niewyjaśnioną sprawę Krzysztofa Olewnika.

Opinie o ebooku Słynne porwania - Przemysław Słowiński

Fragment ebooka Słynne porwania - Przemysław Słowiński

Redakcja:

Dariusz Pohl

Anna Seweryn-Sakiewicz

Źródła ilustracji:

Ze zbiorów Wikimedii Commons: Toni Schneiders, Csurla, Milli John, Engelbert Reineke, Ludwig Wegmann, Devilm25, Priwo

Redakcja techniczna, skład i łamanie:

Damian Walasek

Przygotowanie wersji elektronicznej:

Grzegorz Bociek

Korekta:

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2013

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2013

ISBN 978-83-7835-260-0

Najbardziej szokująca zbrodnia dekady. CHARLES LINDBERGH JR.

(1932)

Dzisiejsza młodzież wariuje na punkcie długowłosych śpiewaków, ale w latach dwudziestych i trzydziestych XX stulecia największym wzięciem cieszyli się lotnicy. A co dopiero, kiedy jeszcze w dodatku byli tak przystojni, wytworni i inteligentni, jak Charles Augustus Lindbergh. Nie mówiąc już o podniebnych wyczynach, których dokonywał — zasłynął pierwszym w historii samotnym przelotem z Ameryki do Europy bez międzylądowań. Niezwykle popularny był nie tylko w USA, ale na całym świecie. Nazywany przez ówczesne media „idolem XX wieku”, rozpalał wyobraźnię głodnych podniebnych przygód Amerykanów. Relacje z jego kolejnych lotów przysparzały mu rzesz fanów. Niestety, Lindbergh wyjątkowo boleśnie odczuł także negatywne następstwa popularności.

Urodził się 4 lutego 1902 roku w Detroit. Rodzina Lindberghów była pochodzenia szwedzkiego, a ściślej mówiąc — skańskiego, co nie jest tożsame ze szwedzkim, gdyż Skania przed jej podbojem przez króla Karola X Gustawa należała przez sześćset lat do Danii, i lokalny dialekt używany na tamtejszych wsiach jest bardziej zbliżony do języka duńskiego niż do szwedzkiego. Dziadek Charlesa, August Lindbergh, a właściwie Ola Månsson, pochodził z niezamożnej rodziny chłopskiej z miejscowości Smedstorp koło Simirshamn w prowincji Kristianstad. Do dziś dnia żyje tam zresztą kilkunastu członków rodziny Månsson, z których część również przybrała nazwisko Lindberg (bez „h”).

Zaprzysięgły liberał Ola Månsson, walczący o prawa stanu włościańskiego, o prawa dla kobiet i równouprawnienie Żydów, w 1847 roku został wybrany na posła do szwedzkiego Sejmu stanowego — Ståndriksdagen. Ożenił się z córką sąsiadów ze Smedstorpu, Ingar Jönsdotter, z którą miał ośmioro dzieci (pięć dziewczynek i trzech chłopców). Kilka lat później wdał się w romans ze sztokholmską kelnerką Lovisą Callén, a ta rok później urodziła mu syna, Karola (Charlesa) Augusta.

W 1947 roku Månsson został oskarżony o branie łapówek i sprzeniewierzenie funduszów. Musiał złożyć swój mandat poselski i oczekiwać na proces sądowy. Po przegranej w dwóch instancjach, skazany na utratę praw obywatelskich, nie czekając na ostateczny wyrok Sądu Najwyższego (Högsta Domstolen), przepisał gospodarstwo na najstarszego syna, załatwił sobie papiery na nowe nazwisko August Lindbergh i zwiał ze swą kochanką do Ameryki. Tam, na zakupionej niedaleko Melrose w stanie Minnesota fermie, rozpoczął trudne życie rolnika na tych niebezpiecznych terenach, narażonych na najazdy Indian z plemienia Siuksów, ulewne deszcze i ataki szarańczy.

Ale Ola Månsson, obecnie już August Lindbergh, był prawdziwym twardzielem. Musiał nim być, inaczej nie miałby czego szukać w Ameryce. Tutaj nie było miejsca dla ludzi słabych. W owych czasach często tylko lufa rewolweru potrafiła powstrzymać w przyzwoitej odległości przybyłych z całego świata włóczęgów, obszarpanych poszukiwaczy złota, rozmaitych niebieskich ptaków i outlaws1, którzy uważali cały kraj za swoją własność. August doskonale zdawał sobie sprawę, że w tej wściekle rywalizującej, bezwzględnej społeczności, każdy musi myśleć o sobie i rozpychać się łokciami. Skrupuły nie przynoszą w takich miejscach dywidend. Słabi, pechowi i dobroduszni od razu idą pod ścianę.

W Ameryce złoto wcale nie leżało na chodnikach, jak opowiadano często po drugiej stronie Atlantyku. Większość imigrantów, skuszona relatywnie wysokimi stawkami oferowanymi w fabrykach, kopalniach i innych zakładach przemysłowych, osiedlała się w miastach, które błyskawicznie rozrastały się w aglomeracje przemysłowe. Czekały ich nie bezkresne pola, z których każdy mógł wykroić sobie tyle ziemi, ile zdołał uprawić, ale zbiorowa harówka przy budowie linii kolejowych, w smrodzie rzeźni, w niebezpiecznych czeluściach kopalń i żarze hut. Z pewnością istniała tu demokracja, ale z panującym królem, którym był jego wysokość dolar. Zresztą jedyną naprawdę demokratyczną rzeczą, którą wymyślono w Stanach Zjednoczonych, są dżinsy. Do dziś te same spodnie noszą i czarni, i biali, i żółci, bogaci i biedni, konserwatyści i liberałowie, republikanie i demokraci, kobiety i mężczyźni, bandyci i policjanci, wykształceni i analfabeci, kaci i ofiary, szefowie i podwładni, katolicy, protestanci i mahometanie.

Z Lovisą, w USA zwanąLouise, August dochował się sześciorga dzieci, z których troje przeżyło — w obu małżeństwach miał ich zatem piętnaścioro. Pod koniec życia zalegalizował swój związek, poślubiając ją w 1885 roku.

Najstarszy syn z tego związku, Charles August Lindbergh, prawnik i polityk, poślubił po śmierci pierwszej żony pannę Ewangelinę Lodge Land, córkę znanego stomatologa z Detroit nazwiskiem Charles Henry Land, wynalazcę, zwanego „ojcem porcelanowej koronki”. Na prawym brzegu Missisipi, niedaleko Little Falls zakupił farmę ze 120 morgami ziemi i lasem i osiedlił się tam wraz z żoną oraz dwiema córkami z pierwszego małżeństwa.

W 1901 roku Ewangelina zaszła w ciążę. Dziewczyna z wielkiego miasta nie przyzwyczaiła się nigdy do głębokiej prowincji. Gdy zbliżał się poród, przeniosła się więc do rodzinnego domu w Detroit, gdzie 4 lutego 1902 roku o godzinie 1:30 nad ranem urodziła syna, któremu nadano po ojcu imiona Charles Augustus — z dodatkiem „us”do Augusta.

*

W roku 1906 Charles August Lindbergh uzyskał fotel w Kongresiei od tej pory zaczęła się wędrówka rodziny między Little Falls, Detroit i Waszyngtonem. W związku z powyższym mały Charles Augustus nigdy nie uczęszczał dłużej niż trzy miesiące do tej samej szkoły, co oczywiście odbiło się ujemnie na jego świadectwach. Ponieważ ojciec brał udział w wielu kampaniach wyborczych w różnych miejscowościach i potrzebował szofera dla swego czarnego (a jakże!) Forda T, jedenastoletni Charles zasiadł za kierownicą, obwożąc ojca po całym kraju. W ciągu jednego roku przejechał wtedy ponad cztery tysiące mil. Kariera polityczna Charlesa Augusta, zdecydowanego izolacjonisty, skończyła się w roku 1917 wraz z przystąpieniem Stanów Zjednoczonych do wojny. Rodzina powróciła do Little Fals, gdzie Charles Augustus zajął się rolnictwem.

Po wycofaniu się z polityki Charles August Lindbergh zainwestował w hodowlę krów i owiec, a Charles Augustus zaczął pełnić na farmie rolę parobka, uczęszczając jednocześnie do najwyższej klasy High School, czyli liceum w Little Falls. Chociaż wyniki osiągał raczej mierne, w 1918 roku otrzymał dyplom ukończenia szkoły.

Zgodnie z obowiązującym wtedy prawem, dyplom taki umożliwiał wstęp na wyższe studia. Młody Charles Augustus marzył o szkole oficerskiej lotnictwa, ale wojna właśnie się skończyła, w związku z czym zredukowano liczbę miejsc i jego plany wzięły w łeb. Zapisał się więc na studia inżynieryjne na University of Wisconsin w Madison, ale w lutym 1922 roku oblał egzaminy z matematyki, fizyki oraz chemii, i wyleciał z uczelni z głośnym hukiem.

Chcąc spełnić marzenia syna, tato sięgnął do sakiewki i niecały miesiąc później Charles Augustus był już słuchaczem płatnego kursu mechaników samolotowych w Lincoln. Po dwóch miesiącach (i siedmiu godzinach nauki latania u boku nauczyciela) usiadł po raz pierwszy sam za sterem samolotu. Przez cały następny rok pracował jako kaskader i mechanik samolotowy w wędrownym „cyrku samolotowym”, prowadzonym przez Erolda Bahla. Na wiosnę roku 1923 odłożył już tyle pieniędzy, że wystarczyło mu na kupno na aukcji własnego samolotu. Był to pochodzący z demobilu armii USA ośmiocylindrowy dwupłatowiec Curtiss JN4-D, potocznie zwany „Jenny”, za który zapłacił równe pięćset „baksów”.

W 1924 roku wstąpił do szkoły kadetów lotnictwa w Broak Field, w pobliżu San Antonio. Spośród stu czterech przyjętych kadetów kurs ukończyło zaledwie osiemnastu, a Charles Augustus Lindbergh osiągnął wśród nich najlepszy wynik. Przy okazji niejako uzyskał stopień porucznika rezerwy US Air Force, ale o karierze wojskowej na razie nie myślał. W roku 1925, po nieudanej próbie zatrudnienia się jako jeden z trzech pilotów komandora Richarda Byrda, planującego przelot nad biegunem północnym, podjął pracę w zorganizowanej przez braci Williama i Franka Robertsonów firmie „Robertson Aircraft Corporation”, dostarczającej pocztę z Saint Louis w stanie Missouri do Chicago (Illinois).

Latał samolotem marki de Havilland DH-4, a loty na wspomnianej trasie należały ze względu na fatalne warunki atmosferyczne do najniebezpieczniejszych zadań amerykańskiego lotnictwa. Spośród zatrudnionych tam czterdziestu pilotów, w ciągu zaledwie kilku pierwszych miesięcy po uruchomieniu linii, życie straciło… trzydziestu jeden. Rozbiły się również dwa samoloty Lindbergha, ale z obu wypadków Charles Augustus wyszedł bez szwanku, ratując się za pomocą spadochronu. Nie bał się śmierci. Znał ją zresztą dobrze, niczym własne odbicie w lustrze przy goleniu. Była chuda, wysoka, o dużych silnych dłoniach. Siadywała często w ciasnym kokpicie jego samolotu, tak blisko, że czuł na karku jej oddech. Jeśli lot był długi, zabijał czas rozmowami z nią.

W roku 1927 nowojorski magnat hotelowy Raymond Orteig, wielki entuzjasta lotnictwa, ufundował nagrodę w wysokości 25 tysięcy dolarów za przelot bez lądowania między Nowym Jorkiem a Paryżem lub odwrotnie. Kilku śmiałków spróbowało, między innymi Rene Fonck, admirał Richard E. Byrd oraz Clarence Chamberlain, który później odbył samotnie przelot nad Atlantykiem jako drugi człowiek na świecie, dwa tygodnie po Lindberghu. Tragicznie zakończyła się próba francuskich weteranów I wojny światowej, kapitana Charlesa Nungessera i jego nawigatora Raymonda Coli. 8 maja 1927 roku wystartowali samolotem Levasseur PL 8, nazwanym „L’Oiseau Blanc”(Biały Ptak), z lotniska Le Bourget pod Paryżem. Ostatni zanotowany kontakt nawiązano z nimi podczas przelotu nad Irlandią. Samolot nie dotarł do Nowego Jorku, nigdy nie ustalono miejsca ani przyczyny katastrofy.

Lindbergh również chciał podjąć wyzwanie, ale nie miał 15 tysięcy USD na zakup i przebudowę odpowiedniego samolotu. By zdobyć sponsorów, stroniący dotychczas od ludzi samotnik wstąpił w Saint Louis do loży masońskiej Keystone Lodge Nr 243, do której należało wielu zamożnych bankierów i przemysłowców. Konieczne fundusze zebrano i Lindbergh nabył za 6 tysięcy dolarów w firmie Ryan Aeronautical Company z San Diego lekką, jednoosobową maszynę drewnianej konstrukcji, z wielkim dodatkowym zbiornikiem na benzynę, mieszczącym 1705 litrów paliwa. Dołożył do niej dziewięciocylindrowy silnik Wrighta „Whirlwind J-5” za 4 580 $, uchodzący w tamtym okresie za najbardziej niezawodny silnik lotniczy na świecie, i wykonał kilka koniecznych przeróbek, między innymi dodał ruchomy peryskop, ponieważ wbudowany bezpośrednio przed kokpitem zbiornik zasłaniał pilotowi widok. Gotowy samolot ważył z pełnymi zbiornikami 2230 kilogramy, osiągał prędkość ok. 200 km/h, a silnik miał moc 225 koni mechanicznych.

Próbną trasę z San Diego do Saint Louis (dwa tysiące kilometrów) Lindbergh przeleciał w czasie 14 godzin i 25 minut. Następnie udał się do Nowego Jorku, dokąd przybył po niecałych ośmiu godzinach. Pogoda sprzyjała, więc zdecydował się rozpocząć swój lot ponad Atlantykiem już następnego dnia o godzinie 7.40 rano, po nieprzespanych dwudziestu czterech godzinach. Zabrał ze sobą tylko minimalny bagaż: butelkę wody, parę tabliczek czekolady oraz kanapek z kiełbasą jako prowiant, nadmuchiwaną łódkę gumową, wędkę i parę rakiet sygnalizacyjnych na wypadek awaryjnego lądowania na falach. Nie wziął nawet czystej bielizny, aparatu do golenia i szczotki do zębów, ale — choć obojętny religijnie i niepraktykujący — wziął również w podróż medalik z podobizną świętego Krzysztofa, patrona przewoźników, żeglarzy, podróżników, pielgrzymów i kierowców.

Wieczorem, 20 maja 1927 roku wystartował z Roosevelt Airfield w Garden City w stanie Nowy Jork. Zaledwie kilkanaście osób obserwowało, jak z trudem odrywa samolot od ziemi, tuż ponad stojącym w bruzdach ciągnikiem. Po dwunastu godzinach lotu znalazł się nad Nową Fundlandią, po dwudziestu pięciu, gdy za oknem zobaczył rybacki kuter, wyłączył silnik i przeleciał nad nim lotem ślizgowym z otwartą kabiną, wrzeszcząc: „którędy do Irlandii?”. O godzinie 21 miejscowego czasu osiągnął brzeg Normandii. Zawiadomiony telegraficznie o jego przybyciu rząd francuski, nakazał oświetlić całą drogę z Deauville do Paryża pochodniami, by ułatwić mu nawigację w ciemnościach.

Dwudziestego pierwszego maja o godzinie 22.24 samolot Lindbergha „Spirit of St. Louis” (Duch St. Louis) wylądował w stolicy Francji, po 33,5 godzinach lotu i sześćdziesięciu bezsennych godzinach pilota2.

Prezydent Francji, Gaston Doumergue zawiesił na szyi lotnika najwyższe odznaczenie francuskie, Order Legii Honorowej3. W drodze powrotnej bohater „zawadził” o Londyn, gdzie w Buckingham Palace przyjął go sam Jerzy V. W pewnym momencie król odprowadził pilota na stronę i konfidencjonalnym szeptem zapytał po cichu:

— Czy mogę zapytać, jak Pan właściwie dawał sobie radę z oddawaniem moczu przez tyle godzin?

— Używałem papierowych kubków, których zawartość wylewałem do Atlantyku — skłamał gładko Lindbergh.

W rzeczywistości — jak przyznał dużo później: — „Żal mi było tych Francuzów, którzy nieśli mnie na ramionach z lotniska Le Bourget… Miałem kompletnie przemoczone spodnie, siusiałem w nie…”.

W Londynie samolot rozebrano na części i razem z pilotem zapakowano na statek. Amerykańska flota wojenna eskortowała Lindbergha do Stanów, gdzie prezydent Calvin Coolidge odznaczył go Krzyżem Wybitnej Służby Lotniczej (Distinguished Flying Cross) i mianował pułkownikiem sił powietrznych USA.

W jednej chwili, a właściwie w ciągu 33,5 godziny Charles Lindbergh stał się znanym i bogatym człowiekiem. Dziennikarze uczynili z niego gwiazdę. Za przeprowadzenie z nim wywiadu czy sfotografowanie się z produktem jakiejś firmy oferowano mu bajońskie sumy.

*

W grudniu 1927 roku rząd USA wysłał Lindbergha w „misji dobrej woli” do Meksyku. Lot był nowym rekordem — odległość 3500 kilometrów pilot pokonał w ciągu 24 godzin, mając w zbiorniku 1425 litrów benzyny. Warunki atmosferyczne były bardzo trudne, pogoda dżdżysta i mglista, tak że Lindbergh leciał na niewielkiej wysokości, orientując się według biegu torów kolejowych. Zastanowiło go przy tym, dlaczego jedna po drugiej ze stacji kolejowych nazywa sięCaballeros… Dopiero później dowiedział się, że caballeros to męskie ubikacje na dworcach.

Miasto Meksyk nie wywarło na nim pozytywnego wrażenia. Na zewnątrz powietrze drżało aż do bólu źrenic. Wilgotne i lepkie, przypominało przezroczystą masę o nieokreślonej konsystencji. Ta lepkość i gęstość przenikała przez szczeliny opuszczonych żaluzji; wtłaczał ją żar promieniujący od rozpalonej ziemi i bijący z nieba. Nagie i przeraźliwie czerwone słońce zawisło w zenicie nad miastem otępiałym od spiekoty. Kurz wciskał się wszędzie, bezczelnie i natrętnie, jak nachalny agent ubezpieczeniowy.

Niekontrolowane wyziewy niezliczonych, rzygających dymem kominów wisiały nad otoczoną górami metropolią, sprawiając, że powietrzem w największym i najszybciej rozwijającym się mieście świata praktycznie nie dawało się oddychać. Przez cały okres pobytu Lindbergha nieustannie drapało w gardle. Kaszleć zaczął właściwie natychmiast po opuszczeniu hali lotniska. Oczy paliły go od smogu — tak gęstego, że gdyby nie jego kwaśny zapach i gryzący smak, można by pomyśleć, że to mgła. Mieszkańcy upodabniali się tu do skupiska much, które obsiadły wyrzucone na śmietnik wnętrzności kury.

Niedogodności osłodziły jednak zgromadzone na jego powitanie tłumy wiwatujących ludzi. Następnie Lindbergh został zaproszony na przyjęcie do amerykańskiej ambasady. Ambasadorem był wtedy bogaty biznesmen Dwight Morrow, ojciec trzech córek i jednego syna. Druga z córek, Anna,studiowała historię literatury w Nowym Jorku i przyjechała do rodziców na święta Bożego Narodzenia. Miała wielkie oczy i miękki uśmiech. Była cicha, radosna i… nieprzewidywalna jak wulkan.

Między obojgiem tych młodych ludzi wybuchło uczucie od pierwszego wejrzenia. Charles Augustus pozostał na kontynencie jeszcze przez dwa miesiące, odwiedzając szesnaście innych państw Ameryki Łacińskiej, Anna zaś powróciła do USA. Po zakończeniu swej misji Lindbergh poleciał z powrotem do Waszyngtonu, gdzie rozstał się na zawsze ze swoim „Duchem Saint Louis”, darując samolot do muzeum. Można go tam oglądać do tej pory — w Narodowym Muzeum Lotnictwa i Kosmonautyki w Waszyngtonie.

We wrześniu roku 1928 Anna i Charles spotkali się w Nowym Jorku. W prasie zaczęły krążyć pogłoski o „romansie roku”, co oboje tych nieśmiałych młodych ludzi bardzo żenowało. Ambasador Morrow, którego różne insynuacje dziennikarzy zaczęły irytować, zwołał 12 lutego 1929 roku konferencję prasową. Ogłosił na niej oficjalnie „zaręczyny mej córki Anny Spencer Morrow z pułkownikiem Charlesem Lindberghiem”. Para pobrała się 27 maja tego samego roku, biorąc skromny ślub kościelny w letniej rezydencji Morrowów w stanie New Jersey. Charles miał 27 lat, Anna 23. Jak Lindbergh później dał dyskretnie do zrozumienia w swych wspomnieniach, oboje dotąd nie znali życia intymnego, co w owych czasach i protestanckiej, mieszczańskiej klasie społecznej nie było bynajmniej niczym wyjątkowym.

Nauczenie Anny trudnej sztuki nawigacji zabrało Charlesowi parę miesięcy. Na wiosnę roku 1930 zakupił za 20 000 dolarów nowy samolot, Lockheed-Sirius, z silnikiem o mocy 450 KM i z dwoma miejscami w kokpicie. W kwietniu tego roku pobił rekord szybkości w przelocie z wybrzeża zachodniego USA na wschodnie. Z Los Angeles do Nowego Jorku dotarł w ciągu 14,5 godzin — dotychczasowy rekord wynosił 17 godzin. Anna leciała z nim jako nawigator, będąc w zaawansowanej ciąży. Bardzo źle znosiła lot na wysokości 4500 metrów. Potem opisała ich wspólne przygody w książce Z północy na wschód, zaś od National Geographic Society otrzymała prestiżowy Medal Hubbarda, przyznawany za wybitne eksploracje, odkrycia i badania naukowe (Charles Lindbergh dostał to samo wyróżnienie siedem lat wcześniej, w roku 1927).

Dwudziestego drugiego czerwca 1930 roku urodził się pierworodny syn Lindberghów, Charles Augustus Junior, który ze względu na popularność ojca błyskawicznie awansował do roli „ulubionego dziecka Ameryki”.

Jesienią tego samego roku rodzina postanowiła się przenieść do stanu New Jersey, gdzie, uciekając przed ciążącą mu sławą, Charles zakupił w górach Sourland leśną parcelę o powierzchni dwustu hektarów w pobliżu miasta Hopewell. Sourland Mountains rozciągają się od rzeki Delaware w Lambertville do zachodniego końca Hillsborough Township i poprzez Montgomery Township aż do Hopewell w hrabstwie Mercer (Mercer County). Wprawdzie najwyższy szczyt wznosi się zaledwie na wysokość 568 stóp (173 m) nad poziom morza, jednak Sourland Mountains to w sumie prawie 90 mil kwadratowych (233 km2) trudno dostępnych wzniesień i gęstych lasów, pozbawionych prawie zupełnie szlaków i ścieżek. Właśnie ze względu na izolację oraz niedostępność Lindbergh wybrał dla siebie i swojej rodziny to, a nie inne miejsce do życia.

Trzynaście miesięcy po urodzeniu syna Lindberghowie oddali go pod opiekę mieszkających także w New Jersey rodziców Anny i wyruszyli na spotkanie nowej przygody — lot nad Pacyfikiem do Chin, dokąd nigdy jeszcze nie doleciał żaden amerykański pilot. Lindbergh przebudował swego Lockheeda na hydroplani zamontował w nim nowy silnik o mocy 575 KM. Trasa prowadziła do Ottawy w Kanadzie, stamtąd — nad Alaską —na japońską wyspę Hokkaido i dalej do Tokio, gdzie powitało ich sto tysięcy entuzjastów awioniki.

Na koniec dolecieli do Nankinu, gdzie oczekiwał ich sam Czang Kaj-szek, aby nadać Lindberghowi wysokie odznaczenie Republiki Chińskiej — Order Wojskowy Niebieskiego Nieba i Białego Słońca. Dalsza podróż prowadziła do Szang-haju, ale tam samolot został uszkodzony w czasie holowania na wodzie. Jednocześnie nadszedł telegram o nagłej śmierci ojca Anny, tak że Lindberghowie polecili rozmontować i zapakować maszynę na statek, sami zaś udali się do USA drogą morską.

Życie Lindberghów upływało jak w bajce. Zbyt pięknie. Zapomniana nieco śmierć poczuła się widocznie odtrącona i jak zazdrosna kochanka uznała, że czas odświeżyć znajomość z Charlesem…

Do swego nowego i obszernego, ale samotnie położonego na skraju lasu domu Charles i Anna przeprowadzili się w styczniu 1932 roku. 1 marca wieczorem Lindbergh pracował w swoim gabinecie, znajdującym się dokładnie pod pokojem syna. Był zimny, deszczowy wieczór. Wiatr zgarniał cirrusy zakrywające granatowe niebo, ukazując gwiazdy i księżyc w pełni. Za oknem rozciągał się zastygły, pomarszczony, górzysty teren, który nie miał granic. Patrząc przez okno na zewnątrz, doznawało się takiego poczucia zagubienia w przestrzeni, że można było zwariować

Około godziny 21.30 Lindbergh usłyszał dziwny hałas z pierwszego piętra, gdzie spało dziecko, ale na dworze szalała wichura, założył więc, że to ona właśnie jest jego źródłem. Pół godziny później niańka dwudziestomiesięcznego Charlesa, Betty Gow, udała się na górę, by sprawdzić, czy nie trzeba mu zmienić pieluszki. Zastała jedynie puste łóżeczko. Zaniepokojona pobiegła do matki dziecka, a gdy się okazało, że i przy niej go nie ma — do ojca. Małego Charlesa nie było przy żadnym z domowników. W pokoju na piętrze Lindbergh, oprócz pustego łóżeczka, znalazł zaklejoną białą kopertę. Gdy wybiegał z pokoju syna po sztucer, dostrzegł, że okno jest otwarte, a na podłodze znajdują się liczne ślady ubłoconych butów. Przeszukanie okolicznych zarośli nie przyniosło jednak efektu. W zimnych ciemnościach nie było nawet śladu dziecka.

*

Pierwsze, co zrobił Lindbergh, to oczywiście zawiadomił policję, a właściwie zrobił to w jego imieniu dozorca posiadłości, Oliver Whately. Funkcjonariusze pojawili się w domu około 22.30, dowodzeni przez samego szefa Policji Stanowej New Jersey, Herberta Normana Schwarzkopfa, ojca Herberta Normana Schwarzkopfa Juniora, późniejszego (1991 r.) dowódcy międzynarodowych sił koalicji antyirackiej podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej (operacja „Desert Storm” — Pustynna Burza).

Natychmiast zablokowano wszystkie drogi wyjazdowe w okolicy, jednak bez rezultatów. Pisany łamaną angielszczyzną z niemieckimi wstawkami list, którego zrozpaczony ojciec nie otwierał, aż do przybycia stróżów prawa, zawierał żądanie okupuw wysokości pięćdziesięciu tysięcy dolarów w niskich nominałach oraz standardowe niejako w tego rodzaju przypadkach ostrzeżenie, by o sprawie nie dowiedziała się policja:

Dear Sir!

Have 50000$ redy with 2500$ in 20$ bills 1500$ in 10$ bills and 1000$ in 5$ bills. After 2—4 days we will inform you were to deliver the Mony. We warn you for making anyding public or for notify the polise the child is in gute care. Indication for all letters are singnature and 3 holes.

Na końcu listu, w prawym dolnym rogu, znajdował się dziwny rysunek złożony z kilku okręgów o średnicy mniej więcej jednego cala. Obszar, na którym okręgi się przecinały, został pomalowany na czerwono. Od tego momentu owo specyficzne malowidło stało się podpisem porywacza, dzięki czemu masę nieprawdziwych listów z instrukcjami dotyczącymi przekazania pieniędzy można było odrzucić jako działanie oszustów.

Z błędów gramatycznych i ortograficznych dało się wywnioskować, że porywacz nie zna dobrze języka angielskiego oraz że jest z pochodzenia Niemcem. Niewyrobiony charakter pisma świadczył z kolei, że jest to jakiś słabo wykształcony imigrant. Dalsze listy i inne błędy potwierdziły tezę, że nie była to „maska” mająca sprowadzić policję na fałszywy trop.

Porwanie potomka narodowego bohatera, „Orlątka” — jak ochrzciła go prasa, stało się największą sensacją 1932 roku, doniosły o nim wszystkie gazety i programy radiowe. Większość obywateli była oburzona, niektórzy jednak uznali sprawę za świetną okazję do promocji siebie i zapewnienia sobie sławy oraz wdzięczności całego społeczeństwa. Narodową histerię potęgowały dodatkowo wiadomości radiowe, zawierające apel do porywaczy, by karmili dziecko według przygotowanej przez lekarza diety, chłopczyk miał bowiem kłopoty z przewodem pokarmowym. Z pewnością jadłospis Charlesa Linbergha Juniora znała na pamięć cała Ameryka. Socjologowie oceniają, że od czasów zabójstwa Abrahama Lincolna Ameryka nie przeżyła większego niż ten szoku. Do rodziny przychodziły setki listów z wyrazami współczucia, w całym kraju odprawiano msze i nabożeństwa w intencji odnalezienia małego Karolka. W Sourland Mountains atmosfera przypominała tę sprzed wielu lat, zwaną „gorączką złota”. Poszukiwacze dziecka, wiedzeni swoją intuicją i chęcią pomocy, zatarli wszelkie ślady, które mogłyby doprowadzić policję do sprawcy.

Sprawa małego Charlesa Lindbergha Juniora, nazwana później „najbardziej szokującą zbrodnią dekady”, bądź też „największym wydarzeniem od czasu Zmartwychwstania”, przeszła do historii kryminalistyki ze względu na spore zainteresowanie opinii publicznej, zaangażowanie wielu zwykłych ludzi, masy oszustów żerujących na tragedii rodziców, błędy policji i agentów FBI, a przede wszystkim przez skazanie na śmierć najprawdopodobniej niewinnego człowieka…

Poszukiwaniami uprowadzonego chłopczyka zajął się sam John Edgar Hoover, wszechwładny szef FBI, rzucając do pracy sto tysięcy agentów w mundurach i cywilu. Jedynym rezultatem tych zabiegów było znalezienie drabiny z ułamanym szczeblem, której użył porywacz, by dostać się do pokoju dziecka. Za informacje, mogące pomóc w znalezieniu dziecka, władze New Jersey wyznaczyły dwadzieścia pięć tysięcy dolarów nagrody. Charles Augustus Lindbergh powiększył ją o dalsze pięćdziesiąt tysięcy, co na ówczesne czasy było ogromną sumą.

Kidnaper odezwał się ponownie dopiero 4 marca, przesyłając list z żądaniem zapłaty tym razem 70 000 $. Podobnie jak pierwszy, także i ten list napisany był kulawą angielszczyzną, z licznymi błędami gramatycznymi i ortograficznymi. Zamiast podpisu figurowało kilka dziwnych okręgów. Po kilku dniach do rezydencji w Hopewell przyszedł trzeci list — jego autor „za karę” za zawiadomienie policji podwyższył okup do stu tysięcy. Pieniądze należało przekazać na jednym z nowojorskich cmentarzy, Woodlawn Cemetery w Bronksie. W imieniu rodziny miał się tym zająć emerytowany nauczyciel, John F. Condon. Kilka dni wcześniej człowiek ów zgłosił się do Lindbergha, deklarując chęć pomocy, i z własnej kieszeni dołożył jeszcze tysiąc dolarów — wszystkie swoje oszczędności — do nagrody za wskazanie miejsca pobytu dziecka.

Nim doszło do przekazania okupu, Condon spotkał się na cmentarzu z porywaczem w celu ustalenia szczegółów wymiany. Mężczyzna — który prosił, by zwracać się do niego „John”, i oświadczył, że pochodzi ze Skandynawii — zapewniał również, że Charles Junior jest bezpieczny i obiecał przysłać dowód swojej prawdomówności. Porywacz nie był śledzony, ponieważ Lindbergh nie poinformował policji o spotkaniu.

Zgodnie z obietnicą, 16 marca Condon otrzymał paczkę ze śpioszkami, które Lindbergh bez trudu rozpoznał. Dwa tygodnie później przyszedł kolejny list — porywacze byli gotowi do przyjęcia okupu. Na innym nowojorskim cmentarzu, St Raymond’s, Condon spotkał się z mężczyzną, który mógł być „Johnem” z poprzedniego spotkania, chociaż siedemdziesięciodwuletni emeryt takiej pewności nie miał. Charles Lindbergh czekał na niego w zaparkowanym przed bramą nekropolii samochodzie, uzbrojony w gotową do strzału „czterdziestkę piątkę” — potężnego Colta typu „Government 1911 A1”.

Condon poinformował mężczyznę, że rodzina była w stanie zebrać tylko połowę kwoty ustalonego okupu. Oddawszy pieniądze (wycofywane już z obiegu banknoty wymienne na złote dolary, tzw.gold certificates, które bank lotnika skrzętnie ponumerował), pośrednik Lindbergha otrzymał list ze wskazówką, że dziecko ukryte jest na stateczku „Nelly”w pobliżu wybrzeża w Massachusetts. Policja wodna skontrolowała wszystkie statki, ale żadnej „Nelly” wśród nich nie było. Nie było — oczywiście — także dziecka. Rodzice odchodzili od zmysłów.

Zrozpaczone małżeństwo zamieściło w gazecie ogłoszenie skierowane do porywaczy, że nie obstaje przy ukaraniu kidnaperów, okup zapłaci, i pragnie tylko powrotu swojego ukochanego syna, instrukcji dotyczących dostarczenia żądanych sum oraz jakiegokolwiek dowodu, że ich maluch żyje. Swoją pomoc Lindberghom zaoferowali nawet nowojorscy gangsterzy, oferując pośrednictwo w negocjacjach, przekazaniu pieniędzy oraz przywiezieniu chłopca do jego rodziców.

Jako pierwszy odezwał się notowany przez policję przemytnik alkoholu, Mickey Rosner, obiecując odnaleźć dziecko w ciągu tygodnia. Skasował od Lindbergha dwa i pół tysiąca dolarów tytułem zaliczki na koszta, lecz nie udało mu się odnaleźć malca ani w ciągu tygodnia, ani w ciągu dwóch. Nie udało mu się nigdy.

Z więzienia federalnego w Atlancie podobną propozycję wysunął skazany na 12 lat pobytu za kratkami Al Capone. Bo któż może szybciej złapać przestępcę, jeśli nie ich niekwestionowany król. Licząc na złagodzenie wyroku, „Człowiek z blizną” zasłaniał się tym, że sam ma dzieci, więc doskonale rozumie tragedię rodziny.

Kilka dni później w mieszkaniu Lindbergów zadzwonił telefon:

— Mam go, panie Lindbergh, mam go!

— Kto mówi i kogo pan ma? — zapytał spokojnie Charles. Funkcjonariusze FBI gwałtownie usiłowali namierzyć numer.

— No jak to kogo? Pańskiego syna przecież.

— Pan jest porywaczem?

— Diabła tam, porywaczem. Jestem szeryfem. Mówię panu przecież, że odnalazłem pańskiego syna. Jest cały i zdrowy. Słyszy pan?

Serce nieustraszonego lotnika zabiło żywiej, z nadzieją. Wkrótce jednak okazało się, że jakiś małomiasteczkowy szeryf aresztował małżeństwo spacerujące z jasnowłosym chłopczykiem i nie chcąc się dzielić sławą, zadzwonił bezpośrednio do pułkownika. Powiadomiono miejscowego lekarza, żeby zidentyfikował chłopca. Charles Junior miał zdeformowane paluszki u stóp. Okazało się, że znalezione dziecko było synkiem aresztowanego małżeństwa, bo palce miało rozwinięte wzorcowo dla swojego wieku. Małżeństwo zrekompensowało sobie straty moralne, podróżując po całych Stanach i pokazując za piętnaście centów sobowtóra porwanego Juniora.

Oczywiście, jak zawsze w tego typu przypadkach, pojawiły się całe zastępy hien i naciągaczy, usiłujących zarobić parę dolarów na czyimś nieszczęściu. Niejaki Gaston Bullock Means na przykład, były agent FBI, wyrzucony z firmy przez Hoovera w 1924 roku. Kreatura ta, zdobywszy zaufanie przyjaciółki Lindberghów, Evalyn Walsh McLean, dotkniętej wcześniej podobną tragedią, wyłudziła od niej ponad sto tysięcy dolarów, które miały jakoby zostać dostarczone porywaczom za uwolnienie chłopca. Pieniądze pochodziły z oszczędności i sprzedaży biżuterii pani McLean. Oszust mamił nieszczęśliwą kobietę perspektywą spotkania z porywaczami, na które wyjeżdżała wielokrotnie w różne części Stanów, do Teksasu i Południowej Kalifornii. W końcu, poradziwszy się najpierw znajomego adwokata, powiadomiła o sprawie policję. Pan Gaston B. Means został aresztowany i 13 czerwca 1932 roku skazany na piętnaście lat pozbawienia wolności, za to i kilka innych przestępstw, jednak z wyłudzonych pieniędzy nie udało się odzyskać nawet dolara.

Mijały dni i tygodnie. Śledztwo nie przynosiło żadnych rezultatów, porywacz przestał kontaktować się z rodziną. Cała Ameryka wstrzymała oddech, oczekując na najgorsze.

I to najgorsze wkrótce nastąpiło.

*

Dwunastego maja zniekształcone i częściowo zjedzone przez dzikie zwierzęta zwłoki dziecka (bez lewej nogi i obu rąk), odkrył przypadkowo kierowca ciężarówki, który zatrzymał się za potrzebą. Przykryte niedbale ściółką ciałko, przy którym brakowało odzyskanych wcześniej śpioszków, leżało w lesie, twarzą w dół, około dwustu metrów od posesji Lindberghów. Niewiele więcej niż szkielet, zarys ludzkiej formy w ciemności, w mrocznej stercie igliwia. Rozkład zwłok był tak daleko posunięty, że początkowo nie dało się nawet stwierdzić, czy to chłopiec czy dziewczynka.

Wezwany do kostnicy ojciec natychmiast rozpoznał swojego synka po zniekształconych paluszkach u nóg, uzębieniu i charakterystycznym dołku na podbródku. Siedemdziesiąt trzy dni dramatycznego oczekiwania dobiegło końca. Gubernator stanu New Jersey, A. Harry Moore, oznajmił światu smutną dla całego kraju wiadomość, że porwane dziecko Linberghów nie żyje.

Po dokonaniu sekcji Lindbergh kazał zwłoki natychmiast spalić, a prochy rozsypał nad morzem. Do końca życia nie chciał rozmawiać o tej sprawie.

Sekcja wykazała, że dziecko zostało zabite w noc porwania uderzeniem w głowę, które spowodowało złamanie podstawy czaszki oraz krwotok wewnętrzny. A porywacz (porywacze?) jakby zapadł się pod ziemię. Pomimo prowadzonego nadal intensywnie śledztwa ani policjanci, ani agenci Federalnego Biura Śledczego nie mogli natrafić na choćby jeden, najmniejszy ślad. Jedyną korzyścią stał się fakt otrzymania przez organy ścigania dodatkowych i stałych kompetencji w wypadku kidnapingu — porwanie stało się odtąd zbrodnią o charakterze federalnym (tzw. Casus Lindbergh).

Śledztwem kierowało z ramienia policji i FBI dwóch doświadczonych funkcjonariuszy, James Finn i Frank McCartyhe. Z wielką energią (lepiej późno niż wcale) zabrali się za służbę Lindberghów. Podejrzenie padło na piękną pokojówkę, 28-letnią Violettę Sharp, służącą w domu bez zarzutu przeszło rok. Okazało się mianowicie, iż w dniu porwania Violetta wraz ze swoją siostrą, również pokojówką, wyszły na randkę z nieznajomymi, poznanymi w karczmie mężczyznami, których nazwisk nie znały do tej pory.

Przesłuchanie Violetty prowadził inspektor Harry W. Walsh z departamentu policji w New Jersey. Pokojówka zeznawała chętnie, rzeczowo i ze szczegółami, jednak po wielogodzinnym „maglowaniu” zaczęła się coraz bardziej denerwować. Jej odpowiedzi stały się dużo mniej precyzyjne i opryskliwe, co tylko utwierdziło Walsha w przekonaniu, że trafił na właściwy trop. Niegrzeczne, obcesowe pytania sugerowały, że nawet jeśli panna Sharp nie współpracowała z porywaczami, to jest nielojalna, plotkuje o rodzinie, dla której pracuje, a jej moralność jest wątpliwa.

Dla młodej kobiety było to zbyt wiele. Kilka godzin później popełniła w swoim pokoju samobójstwo, spożywając cyjanek zawarty w proszku używanym do czyszczenia srebra. Pozostał jednak jeszcze jej tajemniczy narzeczony, marynarz, w samochodzie którego znaleziono pustą butelkę po mleku. Ponadto mężczyzna ten był Norwegiem, co mogło tłumaczyć germanizmy w listach, oraz nie miał prawa pobytu w USA, był więc podwójnie podejrzany. Ale po dokładniejszym sprawdzeniu okazało się, że narzeczony ma niepodważalne alibi na tamten wieczór, więc tylko deportowano go do ojczyzny, jako nielegalnego imigranta.

Reszta służby była czysta jak łza i FBI mogło liczyć jedynie na schwytanie mordercy dzięki zapisanym numerom banknotów. Jak wspomniano wcześniej, okup za małego Charlesa został przekazany w postaci dziesięciodolarowych gold certificates (mających pokrycie w złocie), które do 1 maja 1933 roku należało wymienić na zwykłe dolary. Policja miała nadzieję, że porywacze postanowią wymienić większą ilość pieniędzy za jednym razem, co dawałoby szanse ich zidentyfikowania. Ale banknoty, owszem, wypływały co jakiś czas w różnych miejscach, lecz płacono nimi za drobne zakupy w sklepach spożywczych, tak że sprzedawcy nie potrafili powiedzieć, kto się nimi posłużył.

Dopiero prawie trzydzieści miesięcy od porwania, dokładnie 15 września 1934 roku, na stacji benzynowej w Bronksie, północnej dzielnicy Nowego Jorku, właściciel niebieskiego Dodge’a uregulował rachunek dziesięciodolarowym gold certificate. Widząc ten jakże rzadki banknot, właściciel interesu, Walter Lyle, zanotował numer rejestracyjny samochodu płacącego. Bank, przyjmując od niego dzienny utarg, stwierdził, że banknot pochodzi z okupu Lindbergha i zaalarmował policję.

Ustalenie adresu posiadacza samochodu i dziesięciodolarowych „złotych certyfikatów” zajęło funkcjonariuszom niewiele czasu. Po kilkunastu minutach w jego domu przy 1279 East 222nd Street w Bronksie rozległo się głośne pukanie…

*

Człowiekiem, który odwiedził stację benzynową w Bron- ksie, płacąc banknotami z okupu, okazał się Bruno Richard Hauptmann, 34-letni stolarz, nielegalny imigrant z Niemiec, który przybył do Stanów w roku 1923. Jako siedemnastolatek wziął udział w I wojnie światowej, zaś krótko po jej zakończeniu został skazany za kradzież pieniędzy z mieszkania, do którego dostał się po drabinie! Po czterech latach pobytu za kratkami udało mu się uciec i wyjechać do Ameryki. W 1925 roku ożenił się z niemiecką kelnerką, Anną Schoeffler, z którą miał syna o imieniu Manfred — na cześć niemieckiego lotnika Manfreda Albrechta von Richthofena, największego asa myśliwskiego okresu I wojny światowej, nazywanego „Czerwonym Baronem”, który odniósł osiemdziesiąt oficjalnie uznanych zwycięstw powietrznych.

Przeszukanie domu Hauptmanna ujawniło kolejnych piętnaście tysięcy dolarów, którymi zapłacono za wolność syna Lindbergha. Podejrzany zarzekał się wprawdzie, że pieniądze odnalazł przypadkowo w rzeczach swego zmarłego niedawno wspólnika, niemieckiego Żyda, Isidora Fischa, ale nie uchroniło go to od aresztowania. Wspomniany Fisch zmarł na białaczkę 29 marca 1934 roku w Lipsku, w Niemczech, dokąd wyjechał kilka tygodni wcześniej, ścigany w USA wyrokiem sądowym za liczne kradzieże.

Podczas przesłuchania okazało się, że na dzień porwania Hauptmann ma murowane alibi. Spędził go mianowicie ze znajomym małżeństwem piekarzy, którzy potwierdzili ten fakt w każdym szczególe. Śledczy jednak nie dali zbić się z pantałyku. Zbadali złamany szczebel drabiny odnalezionej na miejscu przestępstwa i odkryli, że strop chaty podejrzanego był wykonany z tego samego drewna! Poza tym biegli grafolodzy wykazali niezbicie, że charakter jego pisma zgadza się z charakterem osoby piszącej listy z żądaniami okupu. Bruno Hauptmann stanął przed obliczem sądu oskarżony o zbrodnię pierwszego stopnia.

Z nieznanych bliżej przyczyn na miejsce procesu wyznaczono Flemington, małe miasteczko w New Jersey, gdzie podczas jego trwania liczebność przybyłych dziennikarzy i gapiów przekroczyła znacznie liczbę stałych mieszkańców. Rozprawie przewodniczył sędzia Thomas W. Trenchard, oskarżał David T. Willentz, 38-letni prawnik o uśmiechu filmowej gwiazdy i manierach portowego rzezimieszka, z nieodłącznym cygarem w ustach i czarnej fedorze4 na głowie. Hauptmana bronił Edward J. Reilly, znany adwokat z Brooklynu, któremu asystował lokalny mecenas z Flemington, C. Lloyd Fischer, specjalizujący się jednak na co dzień raczej w sprawach cywilnych. Taktyka Reilly’ego polegała głównie na ataku na niedociągnięcia w śledztwie i nieudolność policji. Metoda ta okazała się wprawdzie skuteczna, ale… dopiero sześćdziesiąt lat później, w wykonaniu Johna Cohrana, obrońcy O.J. Simpsona. W przypadku Bruno Hauptmanna zawiodła na całej linii.

Chociaż w trakcie całego procesu niemiecki imigrant zaprzeczał, że to on porwał, a następnie zabił dziecko Lindberghów, to dowody i zeznania świadków wskazywały właśnie na niego. Dodatkowo, sam się pogrążał, nie potrafiąc wyjaśnić racjonalnie wielu faktów. Zapewne ciążąca nad procesem olbrzymia presja społeczna — chodziło przecież o porwanie i zabójstwo potomka największego supermana Ameryki — spowodowała, że sąd pominął zupełnie dowody wskazujące na niewinność oskarżonego. Opinia publiczna chciała kary, opinia publiczna chciała głowy winnego, więc troska o praworządność i realne dowody spadła na plan dalszy. Biorąc to wszystko pod uwagę, werdykt nie mógł być inny. Po odbyciu 29 sesji sądowych i przesłuchaniu 162 świadków, w środę, 13 lutego 1935 roku Bruno Hauptmann został skazany na śmierć na krześle elektrycznym. Wydanie decyzji o winie oskarżonego zabrało sędziom przysięgłym jedenaście godzin.

Wyrok wykonano 3 kwietnia 1936 roku. Dźwignię włączającą prąd pociągnął Robert G. Eliott, ten sam kat, który dziewięć lat wcześniej usmażył na krześle elektrycznym Sacco i Vanzettiego5.

Dziś mówi się o nim jako ofierze sądowego zabójstwa. Niemiecki stolarz do samego końca utrzymywał, że jest niewinny. Nie zmienił zdania nawet wtedy, gdy proponowano mu, że za przyznanie się do winy jego kara zostanie zamieniona na dożywocie. Gdy po latach zbadano sprawę ponownie (uczyniło to kilka niezależnych od siebie osób), okazało się, że Hauptmannowi udowodniono na dobrą sprawę tylko to, że posługiwał się pieniędzmi, którymi zapłacono okup. Pozostałe dowody bez trudu można by podważyć.

W przeprowadzonej na użytek postępowania ekspertyzie grafologicznej pominięto zupełnie możliwość, że pismo, jakim posługiwał się autor listów z żądaniami okupu, tylko naśladowało charakter pisma Hauptmanna. Jak stwierdzono niezbicie dużo później, pismo było nienaturalnie pogrubiane i zaokrąglane — dokładnie tak, jakby ktoś chciał się na kimś wzorować. Drabina użyta przy porwaniu zrobiona była z takiego samego drewna jak strop domu stolarza, co nie znaczy bynajmniej „tego samego”. Poza tym… miał on szopę pełną różnego drewna, jak to stolarz…

Zeznania świadków także w gruncie rzeczy były diabła warte i z łatwością można by je podważyć. Charles Lindbergh zeznał na przykład, że głos osoby, która odbierała okup, to głos Hauptmanna. Ale jedyne słowa, jakie usłyszał od mężczyzny odbierającego okup, to: „Hey, doctor” (Lindbergh przyglądał się Condonowi przekazującemu okup). Co więcej, od czasu wręczenia pieniędzy tajemniczemu mężczyźnie, do chwili, gdy po raz pierwszy Lindbergh usłyszał głos Hauptmanna, upłynęły dwa lata.

John F. Condon, który jako jedyny widział przestępcę, grzmiał w sądzie, że to właśnie stolarz uprowadził i zabił dziecko. Wcześniej jednak, podczas policyjnego okazania nie potwierdził bynajmniej, że Bruno Hauptmann i tajemniczy „John”, któremu wręczył na cmentarzu walizkę z pieniędzmi, to ta sama osoba.

— Niby posturą podobni, ale głos zupełnie nie ten — powiedział dokładnie emerytowany nauczyciel.

Inny świadek, który rzekomo widział Hauptmanna w pobliżu rezydencji Lindberghów, okazał się człowiekiem… od urodzenia niewidomym…

*

Mając dość policji i dziennikarzy, Charles i Anna wyprowadzili się na pewien czas do Europy. Ona pisała, on planował kolejne wyprawy. Ona płakała, on wydawał się nieporuszony. Siedemdziesiąt lat później prasa zacznie spekulować, że to właśnie wówczas w jego psychice coś pękło z tęsknoty. Coś, co zmuszało go do tego, żeby dzieci mieć jak najwięcej. Anna urodziła mu ich jeszcze sześcioro, do tego doszły nieślubne…

W roku 1936 przyjaciel Lindbergha, major Truman Smith otrzymał stanowisko attaché wojskowego przy ambasadzie amerykańskiej w Berlinie. Ten znakomity oficer wywiadu już od dłuższego czasu obserwował z niepokojem rosnącą potęgę militarną trzech europejskich dyktatur: niemieckiej, włoskiej i sowieckiej. Doszedłszy do wniosku, że podziwiany na całym świecie i witany wszędzie z otwartymi ramionami as lotnictwa może być bardzo użyteczny dla jego służby, Smith zachęcił Charlesa — w tym czasie już pułkownika rezerwy armii USA — do odwiedzenia Berlina. Osobiste zaproszenie wystosował sam szef Luftwaffe, Hermann Göring.

Po uroczystym powitaniu na lotnisku Tempelhoff, Lindberghowi przedstawiono całą czołówkę niemieckich pilotów, z osławionym weteranem I wojny światowej, Ernstem Udetem na czele. Pozwolono mu wypróbować dumę Göringa, samolot Junkers Ju52, pokazano też najnowsze myśliwce i bombowce. Będący pod wrażeniem pokazu Amerykanin, natychmiast doniósł w tajnym raporcie rządowi USA, że jeśli nawet Niemcy nie są jeszcze pierwszą potęgą powietrzną Europy, to w każdym razie są już bardzo blisko osiągnięcia tej pozycji. Zaproszono go także jako gościa honorowego na otwarcie berlińskiej olimpiady — „Ten fanatyzm mnie mierzi — napisał potem — ale niewątpliwie Niemcy są najbardziej interesującym krajem świata”.

Podczas kolejnego pobytu w Niemczech, w roku 1937 Charles Lindbergh odwiedził zakłady produkcyjne Messerschmitta i Dorniera. O swoich spostrzeżeniach natychmiast poinformował Trumana Smitha: „Niemcy są znów potęgą światową w lotnictwie, prawie równą Anglii i o wiele przewyższającą Francję”. Podczas trzecich odwiedzin, w roku 1938 otrzymał od Göringa Order Orła Niemieckiego oraz szablę honorową niemieckich sił powietrznych, zaprojektowaną przez samego marszałka. Nie bardzo rozumiejąc, jakież to zasługi ma dla III Rzeszy, Lindbergh trochę się zawahał, w końcu jednak przyjął wyróżnienia, co z czasem stało się jedną z przyczyn oskarżania go przez koła lewicowe o sympatie nazistowskie.

Z Niemiec udał się w kolejnej misji wywiadowczej do ZSRR, odwiedzając po drodze Polskę i Czechosłowację. Przyjęty w Moskwie morzem wódki i kubłami kawioru, zdołał jednakowoż zachować umysł na tyle trzeźwy, żeby wysłać rządowi USA kolejny raport. Stwierdził w nim, że flota powietrzna Sowietów jest o wiele słabsza od niemieckiej i że państwo Stalina odznacza się „azjatyckim despotyzmem”. Napisał też, że Niemcy są mimo wszystko bastionem Europy przeciwko bolszewickiej nawale i że w chwili decydującej wolałby jednak dyktaturę Hitlera od dyktatury proletariatu. W oczach niektórych stanowiło to poważną zbrodnię. Fragmenty raportu jakimś cudem wyciekły do amerykańskiej prasy, w dużej części lewicowej, wywołując prawdziwą burzę. Zaczęło się odsądzanie dotychczasowego bohatera od czci i wiary.

Po dwuletnim pobycie w Anglii, dokąd przenieśli się po śmierci syna, wiosną 1939 roku Lindberghowie powrócili do USA. Dowódcy amerykańskiej Air Force, generałowi Henry’emu H. Arnoldowi, Charles złożył raport, w którym podkreślił olbrzymią przewagę Luftwaffe nad siłami powietrznymi Anglii i Francji. Uzupełnił go o dwa swoje osobiste przekonania: konieczność szybkiej i masywnej rozbudowy amerykańskich sił powietrznych oraz utrzymanie za wszelką cenę neutralności Stanów Zjednoczonych w zbliżającym się konflikcie światowym. Tego ostatniego punktu widzenia nie zmienił nawet po osobistej rozmowie z Franklinem Delano Rooseveltem, który bezskutecznie usiłował go przekonać do zaprzestania antywojennej agitacji. W zamian prezydent zaproponował mu nowo utworzone stanowisko ministra lotnictwa w swym gabinecie, ale Lindbergh nie przyjął oferty. Z kolei znajdujący się początkowo w obozie izolacjonistów Republikanie chcieli wysunąć jego kandydaturę na prezydenta USA, lecz także spotkali się z odmową.

W jednym z przemówień Roosevelt nazwał Lindbergha defetystą, porównując go ze zdrajcami z czasów amerykańskiej wojny secesyjnej, a minister spraw wewnętrznych Harold L. Ickes zarzucił mu wprost współpracę z Niemcami (jako dowód przytoczył fakt, że Lindbergh nie odesłał do Berlina swego niemieckiego orderu po rozpoczęciu II wojny światowej). Wkurzony lotnik, czujący się zawsze amerykańskim patriotą, odesłał w odpowiedzi prezydentowi swój oficerski patent, a 11 września 1941 roku stwierdził w Des Moines, że głównymi podżegaczami wojennymi są rząd Roosevelta, brytyjskie Secret Serviceoraz wielki kapitał żydowski i jego potęga medialna, którzy dla swych interesów chcą poświęcić życie milionów młodych Amerykanów. Zaznaczył przy tym wyraźnie, że nie jest antysemitą i że potępia brutalny antysemityzm III Rzeszy.

Pośród większości amerykańskiego społeczeństwa jeszcze pod koniec 1941 roku istniała głęboka obawa przed wciągnięciem do wojny w obronie — jak uważało wielu — imperialnych interesów Wielkiej Brytanii. Znana była podejrzliwość i rezerwa, z jaką bardzo wielu ludzi odnosiło się do Roosevelta, widząc w nim człowieka, który za swe posłannictwo uważał poskromienie Hitlera i Mussoliniego. Amerykanie nie chcieli wojny i starali się pogodzić uczucie nienawiści do napastników z pragnieniem utrzymania własnego spokoju. Izba Reprezentantów zaledwie jednym głosem większości uchwaliła ustawę o przywróceniu obowiązkowej służby wojskowej. Tak jak dwa lata wcześniej Francuzi nie chcieli ginąć za Gdańsk, tak teraz Amerykanie nie mieli najmniejszego zamiaru umierać za Paryż czy Londyn.

Zorganizowaną opozycję wobec prezydenckiej polityki tworzył komitet o nazwie „Przede Wszystkim Ameryka” (America First Commitee — CAM), który zawiązał się na dwa dni po podaniu do publicznej wiadomości informacji o podpisaniu układu „okręty za bazy”6. Wspomagany finansowo przez chicagowskich biznesmenów, kierowany był przez takie osobistości jak były prezydent Herbert Hoover, i znanych z izolacjonistycznych poglądów senatorów Geralda P. Nye oraz Burtona K. Wheelera. Jednym z przywódców Komitetu został również Charles Augustus Lindbergh. Ruch nie był związany z określoną partią polityczną czy klasą społeczną. Większość jego zwolenników pochodziła ze Środkowego Zachodu, gdzie ze względu na znaczną odległość od wybrzeża panowało poczucie bezpieczeństwa. Poza tym największe wpływy posiadała tam Partia Republikańska, krytycznie odnosząca się do polityki Roosevelta i to zarówno wewnętrznej, jak i zagranicznej.

Wierząc, że Hitler nie stanowi zagrożenia dla amerykańskiego bezpieczeństwa narodowego, Komitet zamierzał nie dopuścić do wciągnięcia Stanów Zjednoczonych do wojny i aby to osiągnąć, pragnął unieważnienia wszystkich umów dotyczących Wielkiej Brytanii. Na jego niekorzyść przemawiało jednak zdecydowane poparcie ze strony takich środowisk jak zwolennicy ojca Coughlina i inne antysemickie ugrupowania, komuniści (tylko do momentu inwazji na Związek Radziecki), czy sympatycy nazizmu w rodzaju Związku Niemiecko-Amerykańskiego GAB (German-American Bund).

Wszystko zmieniło się 7 grudnia 1941 roku, kiedy to pod osłoną mgieł i burz japoński admirał Chuichi Nagumo zaatakował amerykańską bazę wojskową Pearl Harbor na wyspie Oaku na Hawajach, gdzie stacjonował główny trzon sławnej Floty Pacyfiku. Około godziny dziesiątej bitwa była już zakończona. Nad Pearl Harbor zamilkł ryk silników, świst i wybuchy bomb, serie karabinów maszynowych. Słychać było tylko wycie syren ambulansów, eksplozje pocisków w kadłubach płonących okrętów i łoskot załamujących się hangarów oraz magazynów. Nieprzyjaciel wycofał się, pozostawiając za sobą morze płomieni i chmury dymu. I jeszcze coś. Gorące uczucie zemsty Stanów Zjednoczonych, które zostały wystawione na pośmiewisko świata. Nawet najzagorzalsi krytycy Roosevelta nie kwestionowali konieczności odwetu.

Japońska agresja wybitnie ułatwiła Rooseveltovi sytuację i przyczyniła się do pełnego zjednoczenia narodu amerykańskiego w dążeniu do ukarania napastników i zapobieżenia zagrożeniu życiowych interesów Ameryki na przyszłość. Dzień po ataku prezydent zwrócił się do Kongresu z żądaniem wypowiedzenia wojny Japonii i nazwał dzień 7 grudnia 1941 roku „hańbą”. Kongres zatwierdził deklarację o rozpoczęciu działań wojennych zaledwie przy jednym głosie wstrzymującym się. Nie powiadomieni uprzednio o japońskich planach Niemcy i Włosi wypowiedzieli Ameryce wojnę 11 grudnia. W ten sposób Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny po stronie koalicji.

*

Charles Lindbergh zgłosił się jako ochotnik do wojska, ale na osobisty rozkaz Roosevelta odmówiono mu przyjęcia do US Air Force. W tej sytuacji Henry Ford zatrudnił go w charakterze pilota — oblatywacza przy lotach próbnych bombowca B-24, produkowanych przez jego zakłady w Detroit. Później został doradcą przy konstrukcji kolejnej superfortecy, B-29.

Od lata roku 1944 Lindbergh — jako cywil — brał udział w nalotach US Air Force na pozycje japońskie na Pacyfiku. Latał na samolotach F4U Corsair w jednostkach VMF-222 oraz P-38 Lighting, był również doradcą w zakresie dalekich przelotów. W sumie wziął udział w pięćdziesięciu atakach bombowych i osobiście zestrzelił samolot zwiadowczy Mitsubishi Ki-51. Za duszę japońskiego pilota, który stracił przy tym życie, modlił się później przez wiele lat.

Śmierć Franklina D. Roosevelta (12 kwietnia 1945 r.) diametralnie odmieniła sytuację Charlesa Lindbergha. Już niespełna miesiąc później nowy prezydent Harry Truman wysłał go w tajnej misji do Niemiec w celu zbadania, jak daleko posunęły się prace uczonych III Rzeszy w dziedzinie rakiet i samolotów odrzutowych. Został również obarczony zadaniem zwerbowania do współpracy z USA jak największej liczby niemieckich specjalistów, spośród których wielu znał osobiście z lat przedwojennych. „Rosjanie nigdy się nie wahali mianować hitlerowskich specjalistów od rakiet antyfaszystami, jeśli to odpowiadało ich interesom — napisał kilka lat później. — Musieliśmy temu zapobiec”.

W roku 1947 Lindbergh został powołany do „Strategic Air Command”, gdzie pracował w sztabie ekspertów rozwijających broń rakietową oraz testował wszystkie nowe myśliwce i bombowce amerykańskie. W roku 1948, w czasie blokady Berlina współorganizował most powietrzny do Berlina Zachodniego, biorąc jednocześnie udział w lotach jako pilot, pasażer i doradca. Pracował również jako główny doradca szefa linii lotniczych „Pan American”, Juana Trippe, przy zmianie floty przedsiębiorstwa ze śmigłowców na odrzutowce.

W kwietniu 1954 roku prezydent Dwight Eisenhower mianował Charlesa Lindbergha generałem brygady oraz swym osobistym konsultantem w sprawach dotyczących struktur NATO w Europie. W celu prowadzenia swej misji sławny lotnik otrzymał własne biuro z siedzibą w Rzymie, podporządkowane bezpośrednio Eisenhowerowi. Jako sekretarka pracowała tam pewna pruska arystokratka o imieniu Valeska…

W latach powojennych małżeństwo Charlesa z Anną Morow zaczęło się rozpadać, choć Lindberghowie nigdy nie wnieśli o rozwód. Jeszcze podczas wojny Anna nawiązała romans z francuskim lotnikiem i pisarzem nazwiskiem Antoine de Saint-Exupéry, autoremMałego Księcia,Twierdzyi Poczty na Południe, który zaginął w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach 31 lipca 1944 roku podczas misji fotografowania niemieckich wojsk w okolicach Lyonu. Charles natomiast, który w związku ze swą misją wywiadowczą przebywał przez większą część roku poza USA, założył w Niemczech i Szwajcarii aż trzy nieoficjalne rodziny.

W 1957 roku związał się z uciekinierką z Rumunii, Brigitte Hesshaimer, którą wraz z trojgiem ich wspólnych dzieci umieścił w willi zakupionej pod Monachium. Jednocześnie kontynuował romans z siostrą Brigitte, Mariettą. Tę z kolei obdarzył dwoma synami i umieścił w Szwajcarii, w kantonie Valais. Trzecią rodzinę stworzył ze wspomnianą wcześniej pruską arystokratką, której nazwisko nigdy nie przedostało się do publicznej wiadomości. Valeska urodziła mu syna i córkę i mieszka do dzisiaj (2012 r.) w Baden-Baden.

Dużą sztuką ze strony Lindbergha było niewątpliwie utrzymanie każdej z wymienionych pań w przekonaniu, że to właśnie ona jest tą jedną jedyną. Utrzymanie całej czeredki pochłaniało jednak olbrzymie kwoty, w związku z czym bohaterski lotnik zmuszony został do prowadzenia bardzo oszczędnego trybu życia. W trakcie swych podróży po Niemczech i Szwajcarii nigdy na przykład nie spał w hotelach, spędzając noce zgięty w czworo we swym maleńkim volkswagenie garbusie.