Wydawca: Media Rodzina Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 744 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 18 godz. 10 min Lektor: Anna Seniuk

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 18 godz. 10 min Lektor: Anna Seniuk

Opis ebooka Służące - Kathryn Stockett

Służące – wspaniała, budzące duże emocje powieść, szturmem zdobyła serca czytelniczek na całym świecie. Pojawiła się w Stanach Zjednoczonych w lutym 2009 roku, a już latem, przez sześć tygodni, niepokonanie triumfowała na pierwszym miejscu listy bestsellerów „New York Timesa”. Łącznie Służące pozostawały w czołówce tej najbardziej poważanej listy ponad 100 tygodni! Do tej pory egzemplarze powieści trafiły do rąk 5 milionów czytelników w 35 krajach.

Powieść koncentruje się relacjach czarnoskórych kobiet służących w domach białych rodzina na południu Stanów Zjednoczonych w latach 60. XX wieku. Jednak pod warstwą tematyki rasistowskiej autorka ukryła pokłady uniwersalnych rozważań nie tylko o istocie człowieczeństwa i tolerancji, lecz przede wszystkim o zmaganiu się ze stereotypami, o przezwyciężaniu strachu, o ograniczeniach, którym wszyscy podlegamy i które pragniemy znieść. I wreszcie o przyjaźni i solidarności, których siła potrafi zdziałać cuda. Służące to świetnie napisana książka o zaskakująco wyzwalającej mocy!

Opinie o ebooku Służące - Kathryn Stockett

Fragment ebooka Służące - Kathryn Stockett

KATHRYN STOCKETT
SŁUŻĄCE
PrzełożyłaMałgorzata Hesko-Kołodzińska
Tytuł oryginału: THE HELP
Przełożyła: MAŁGORZATA HESKO-KOŁODZIŃSKA
Projekt okładki: DOROTA WĄTKOWSKA
Copyright © 2009 by Kathryn Stockett All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. This edition published by arrangement with G.P. Putnam’s Sons, a member of Penguin Group (USA) Inc. Copyright © for the Polish edition by Media Rodzina, 2010
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Wydanie I elektroniczne
ISBN 978-83-7278-885-6
Harbor Point Sp. z o.o. Media Rodzina ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 60, faks 61 827 08 66www.mediarodzina.plmediarodzina@mediarodzina.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Dla dziadka Stocketta,najwspanialszego gawędziarzapod słońcem

AIBILEEN
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Sierpień 1962

Mae Mobley narodziła się raniuśko w sierpniową niedzielę, roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego. Kościelne dziecko na nią wołamy. Ja jestem od zajmowania się małymi białaskami, sprzątam do tego i jeszcze gotuję. Siedemnaście dzieciaków wychowałam. Wiem, jak je ululać, jak pocieszyć i jak usadzić na nocniku, nim jeszcze ich mamy zwleką się rano z łóżka.

Ale w życiu nie widziałam takiego wrzaskuna jak Mae Mobley Leefolt. W pierszy dzień wchodzę do domu, a ta mała, cała czerwona, wrzeszczy, bo ma kolkę, i odpycha butelkę jak zgniłą rzepę. A pani Leefolt wygląda, jakby własnego dzieciaka się bała.

– Co robię źle? Dlaczego to ciągle wrzeszczy?

To? Od razu wyczułam, że coś jest nie tak.

Wzięłam to małe, krzyczące dziecko w ramiona, pohuśtałam na biodrze, coby gazy odeszły, i ani dwie minuty nie minęły, a Malutka przestała płakać i zaczęła się do mnie uśmiechać, jak to tylko ona potrafi. Ale pani Leefolt przez caluśki dzień nie wzięła na ręce własnego dzieciaka, o nie. Widziałam kupę kobiet, co to po porodzie były w dołku, i pamiętam, jak sobie wtedy pomyślałam, że to dlatego.

Coś wam powiem o pani Leefolt: nie dość, że wiecznie się krzywi, to jeszcze chuda jest jak szczapa. Dwadzieścia trzy lata, a płaskie toto jak czternastoletni chłopak. Nóżki cienkie jak u pająka. Nawet włosy ma cienkie, rzadkie, brązowe. Puszy je i puszy, ale przez to wyglądają jeszcze cieniej. Twarz ma kapkę taką jak ten czerwony diabełek na czerwonej puszce z cukierkami, ze spiczastą brodą, i w ogóle. Nic dziwnego, że nie daje rady uspokoić dzieciaka, taka jest kanciasta i zapadnięta. Dzieciaki wolą tłuszczyk. Lubieją wetknąć człowiekowi nos pod pachę i pospać. Lubieją też wielkie grube nogi – coś o tym wiem.

Mae Mobley roczku jeszcze nie miała, a już łaziła za mną jak psiak. Staję w drzwiach punkt piąta, a ta już czepia się mojego buta od Doktora Scholla, szoruje brzuchem po podłodze i ryczy, jakbym miała nigdy nie wrócić. Pani Leefolt mruży na mnie te swoje oczy, jakbym co złego zrobiła, i odrywa ryczącego dzieciaka od mojej stopy. Myślę sobie, że tak to bywa, jak obcy wychowują maluchy, a nie ich własne matki.

Mae Mobley ma już dwa lata, wielkie brązowe oczy i loczki koloru miodu, ale łysy placek z tyłu głowy wszystko psuje. Jak się martwi, to się jej robi taka sama zmarszczka między brwiami jak jej mamie. Kapkę są nawet podobne, tyle że Mae Mobley to grubas. Oj, królową piękności nie zostanie. Coś mi się widzi, że to martwi panią Leefolt, ale Mae Mobley to moja wyjątkowa dziewczynka.

STRACIŁAM SYNA, Treelore’a, tuż nim się najęłam na służbę u pani Leefolt. Miał dwadzieścia cztery lata, najlepszy wiek. Za krótko był na tym świecie.

Miał własne mieszkanko na Foley Street. Spotykał się z jedną taką miłą Frances i już myślałam, że się chajtną, tyle że jemu nie spieszyło się do żeniaczki. Nie to, coby szukał lepszej partii, ale lubiał sobie podumać. Nosił grube okulary, czytał i czytał, i nawet zaczął pisać swoją książkę o tym, jak to jest być kolorowym i pracować w Missisipi. Oj, ale byłam dumna.

Jednej nocy pracował w młynie Scanlon-Taylor, taszczył bale pięć na dziesięć do ciężarówki, a drzazgi przebijały mu się przez rękawice. Za drobny był na tę robotę, za chudy, ale potrzebował pracy. Zmachany był, padało. Ześlizgnął się z rampy załadunkowej i spadł na podjazd, a traktorzysta go nie dojrzał i zmiażdżył mu płuca, nim Treelore zdążył się ruszyć. Jak się dowiedziałam, to już nie żył.

Tamtego dnia mój świat pogrążył się w ciemnościach. Powietrze poczerniało, i słońce też, a ja położyłam się do łóżka i dalej się gapić na czarne ściany w domu. Minny codziennie wpadała zobaczyć, czy jeszcze oddycham, i mnie karmić, cobym nie umarła. Trzy miesiące przeleciały, nim wyjrzałam przez okno, coby sprawdzić, czy ziemia wciąż się kręci. Zdziwiłam się, że świat dalej jest na miejscu, chociaż mój syn już nie.

Pięć miesięcy po pogrzebie podźwignęłam się wreszcie z łóżka. Ubrałam mój biały mundurek i na powrót zawiesiłam złoty krzyżyk na szyi, a potem poszłam na służbę do pani Leefolt, bo urodziła córeczkę. Szybko się przekonałam, że coś się zmieniło – zakiełkowało we mnie gorzkie ziarno i już się ze wszystkim nie mogłam tak łatwo pogodzić.

DOSPRZĄTAJ DOM, a potem idź przygotować sałatkę z kurczaka – mówi pani Leefolt.

Dzisiej dzień kółka brydżowego, jak to w każdą jedną czwartą środę miesiąca. Jasne jak słońce, że wszystko gotowe – z rana zrobiłam sałatkę z kurczaka, wczorej wyprasowałam obrusy, pani Leefolt wszystko widziała. Tyle że ona lubi słyszeć swój głos, jak mną komenderuje, chociaż ma dopiero dwadzieścia trzy lata.

Już się wystroiła w niebieską sukienkę, co ją rano wyprasowałam i co ma sześćdziesiąt pięć zakładek w pasie, takich wąziutkich, że przy prasowaniu mrużę oczy za okularami. Mało czego w życiu nienawidzę, ale z tą sukienką to my się nie zaprzyjaźnimy.

– Dopilnuj, żeby Mae Mobley nam nie przeszkadzała. Mówię ci, mam jej dosyć – podarła moją piękną papeterię na strzępki, a przecież muszę napisać piętnaście liścików z podziękowaniami dla Ligi Pań, żeby...

Przygotowuję to i owo dla jej koleżanek, wystawiam najlepsze kryształy i wykładam srebrne sztućce. Pani Leefolt nie urządza brydża przy małym stoliczku, jak inne panie, o nie, my nakrywamy do stołu w jadalni. Kładziemy obrus na stół, coby zakryć wielką szparę w kształcie litery L, przesuwamy ten czerwony bukiet na bok, coby zasłonić zryte drewno. Pani Leefolt lubi, jak jest ładnie, jak zaprasza panie na te swoje lunche. Może tak okropnie się stara, coby nie było widać, jaki dom jest mały. Bogaci to oni nie są, co to, to nie. Bogaci nie muszą się tak wysilać.

Nawykłam do roboty u młodych państwa, ale coś mi się widzi, że to najmniejszy dom, w jakim pracowałam, tylko parter i tyle. Pokój państwa z tyłu to nawet całkiem spory jest, ale pokój Malutkiej – maciupeńki. Jadalnia i salon tak się jakby łączą, i są tu tylko dwie łazienki, szczęściem dla mnie, bo pracowałam w domach, gdzie mieli po pięć czy sześć. Cały boży dzionek schodził mi na czyszczeniu ubikacji. Pani Leefolt płaci ledwie dziewięćdziesiąt pięć centów za godzinę, mniej niż dostawałam przez te wszystkie lata. Po śmierci Treelore’a musiałam wziąść, co wpadło w ręce, bo właściciel domu nie chciał dłużej czekać na czynsz.

Chociaż dom nieduży, pani Leefolt ładnie go urządziła. Dobrze sobie radzi z maszyną do szycia. Jak nie może kupić czego nowego, to bierze taki niebieski materiał i, dawaj, szyje narzutę.

Słyszę dzwonek i otwieram drzwi.

– Witam, Aibileen – mówi panienka Skeeter, bo jest z tych, co gadają ze służbą. – Co słychać?

– Witam, panienko Skeeter. U mnie dobrze. O rety, ale gorąc!

Panienka Skeeter jest mocno wysoka i chuda. Włosy ma żółte i krótkie, nawet ramion nie sięgają, bo przez okrągły rok się jej strasznie kręcą. Ma coś dwadzieścia trzy lata, jak pani Leefolt i cała reszta. Kładzie torebkę na krześle i chwilę się coś tak wierci w swoim ubraniu. Ma dzisiej bluzkę z białej koronki, zapiętą po szyję jak u zakonnicy, i płaskie buty, coby nie być jeszcze wyższa. Niebieska spódnica jest za luźna w pasie. Panienka Skeeter zawsze wygląda tak, jakby kto inny jej mówił, co ma wciągnąć na grzbiet.

Słyszę, jak panienka Hilly i jej mama, pani Walterowa, wjeżdżają na podjazd i trąbią. Panienka Hilly mieszka rzut beretem stąd, ale zawsze zajeżdża autem. Wpuszczam ją, a jak mnie mija bez słowa, myślę sobie, że pora budzić Mae Mobley.

Jak tylko wchodzę do jej pokoju, Mae Mobley uśmiecha się do mnie i wyciąga tłuste łapki.

– Już wstałaś, Malutka? Czemuś na mnie nie wrzasnęła?

Śmieje się i przebiera nóżkami, cobym ją wyciągnęła. Ściskam ją od serca, bo jak pójdę do domu, to pewno nikt już jej tak nie wyściska. Często przychodzę do pracy i widzę, jak mała drze się w łóżeczku, a pani Leefolt siedzi nad maszyną i oczami przewraca, jakby to nie jej dziecko krzyczało, a kocur-przybłęda, co wziął i utknął w drzwiach.

Pani Leefolt dzień w dzień ładnie się ubiera. Zawsze jest umalowana, i garaż też ma, i wielką lodówkę z kostkarką do lodu. Jakby ją kto zobaczył w sklepie, w życiu by nie pomyślał, że taka pani mogłaby zostawić płaczące dziecko w łóżeczku. Ale służba wie takie rzeczy.

Za to dzisiej jest dobrze, moja dziewczynka się uśmiecha.

– Aibileen – mówię.

– Ai-bee – mówi ona.

– Kocham – mówię.

– Kocham – powtarza.

– Mae Mobley – mówię.

– Aib-ee.

Śmieje się i śmieje, przestać nie może, taka zadowolona, że mówi. Najwyższy czas, myślę sobie. Treelore też nic nie gadał przez piersze dwa lata, za to w trzeciej klasie podstawówki nawijał lepiej niż sam prezydent Stanów Zjednoczonych. Wracał do domu i używał takich słów jak koniugacja i parlamentarny. Jak poszedł do liceum, tośmy wymyślili taką specjalną grę – ja mówiłam jakieś proste słowo, a on zamieniał je na fikuśne wyrażenie. Na przykład mówiłam „kot”, a on na to udomowiony drapieżnik z rodziny kotowatych. Mówiłam „mikser”, a on na to zmotoryzowany propeller. Jednego dnia mówię mu „crisco”, a ten się tylko drapie po głowie. No uwierzyć nie mógł, że wygrałam czymś tak zwyczajnym jak crisco. To było takie nasze śmieszne słówko na to, czego nie da się upięknić, choćby się człowiek nie wiadomo jak starał. Zaczęliśmy mówić „crisco” na jego tatę, bo nie da się ładnie nazwać gościa, co dał nogę i zostawił rodzinę. A poza tym to najgorsze beleco, jakie chodziło po tym świecie.

Niosę Mae Mobley do kuchni i sadzam w wysokim krzesełku. Myślę o dwóch rzeczach, co je muszę dzisiej zrobić, nim się pani Leefolt wścieknie – odłożyć na bok wystrzępione serwetki i wyczyścić srebrne sztućce w komodzie. Ech, pewno będę musiała to zrobić w czasie wizyty pań.

Biorę tacę z faszerowanymi jajkami i niosę do jadalni. Pani Leefolt siedzi u szczytu stołu, po lewo ma panienkę Hilly Holbrook i jej mamę, panią Walterową, co to do niej panienka Hilly nie ma za grosz szacunku. A po prawo pani Leefolt siedzi panienka Skeeter.

Podaję paniom jajka, zaczynając od starej pani Walterowej, bo ma najwięcej lat. Ciepło jest, a ta zarzuciła na ramiona gruby brązowy swetr. Podnosi jajko i mało go nie upuszcza, tak się jej ręce trzęsą. Potem podchodzę do panienki Hilly, a ona się uśmiecha i bierze dwa jajka. Panienka Hilly ma okrągłą twarz i ciemnobrązowe włosy, utapirowane na czubku głowy, a skórę oliwkową, pełno na niej piegów i pieprzyków. Panienka Hilly nosi od metra czerwonej kratki i ma dużą pupę. Dzisiej gorąco, więc włożyła czerwoną sukienkę bez rękawów i wcięcia w pasie. To jedna z tych dorosłych pań, co to się stroją jak małe dziewczynki, w wielkie kokardy, dopasowane kapelusiki i tak dalej. Nie za bardzo ją lubię.

Podchodzę do panienki Skeeter, ale ona marszczy nos i mówi: „Nie, dziękuję”, bo nie jada żadnych jajek. Ciągle to przypominam pani Leefolt, jak ma się zebrać jej kółko brydżowe, ale i tak mi każe robić te jajka. Boi się, że panience Hilly to nie będzie w smak.

Na koniec obsługuję panią Leefolt, bo gospodyni ostatnia wybiera. Potem, jak odchodzę, panienka Hilly mamrota: „Nie zwracajcie na mnie uwagi” i zgarnia jeszcze dwa jajka, co mnie za bardzo nie dziwi.

– Zgadnijcie, na kogo wpadłam w salonie piękności? – mówi panienka Hilly do pań.

– No na kogo? – pyta pani Leefolt.

– Na Celię Foote. I wiecie, o co mnie zapytała? Czy mogłaby pomóc przy naszym tegorocznym balu dobroczynnym.

– To dobrze – mówi panienka Skeeter. – Potrzebujemy pomocy.

– Wcale nie tak bardzo. Powiedziałam jej: „Celio, żeby pomagać, trzeba być członkinią Ligi albo sponsorem”. Czy im wszystkim się wydaje, że Liga Pań to pospolite ruszenie?

– Czyżbyśmy w tym roku nie uwzględniały osób spoza Ligi? Mimo że impreza tak bardzo się rozrosła? – pyta panienka Skeeter.

– No tak – przyznaje panienka Hilly. – Ale tego nie zamierzałam jej mówić.

– Nie mogę uwierzyć, że Johnny poślubił tak nieciekawą dziewczynę jak Celia – mówi pani Leefolt, a panienka Hilly kiwa głową i zaczyna rozdawać karty do brydża.

Kuchenną łyżką nakładam zmrożoną sałatkę, a obok kładę kanapki z szynką, i nic nie poradzę na to, że słyszę, co mówią. Te panie gadają tylko o trzech rzeczach: o dzieciach, strojach i przyjaciółkach. Słyszę słowo „Kennedy” i z miejsca wiem, że nie chodzi o politykę, tylko o to, w czym pani Jackie paradowała w telewizorze.

Jak podchodzę do pani Walterowej, bierze ode mnie tylko maciupką połówkę kanapki z szynką.

– Mamo! – drze się panienka Hilly. – Weź jeszcze jedną kanapkę, jesteś chuda jak patyk. – Panienka Hilly rozgląda się po reszcie pań. – Ciągle jej powtarzam, że skoro ta cała Minny nie umie gotować, to trzeba ją zwolnić.

Strzygę uszami, bo mowa o służbie. Minny to moja najlepsza przyjaciółka.

– Minny dobrze gotuje – mówi stara pani Walterowa. – Po prostu nie mam już takiego apetytu jak dawniej.

Minny jest chyba najlepszą kucharką w Hinds County, a kto wie, czy nie w całym Missisipi. W każdą jedną jesień, jak się odbywa bal dobroczynny Ligi Pań, panie zawsze chcą, coby Minny upiekła dziesięć ciast karmelowych na aukcję. Każden jeden dom w tym stanie by się o nią zabijał, jakby Minny nie była taka pyskata. Zawsze się odszczekuje – jednego dnia białemu kierownikowi w sklepie Jitney Jungle, drugiego własnemu mężowi, a raz to nawet nagadała białej pani, co się u niej najęła. Pracuje tak długo u pani Walterowej tylko dlatego, że pani Walterowa głucha jest jak pień.

– Moim zdaniem jesteś zwyczajnie niedożywiona, mamo! – wrzeszczy panienka Hilly. – Ta cała Minny nie daje ci jeść, bo chce ukraść wszystkie rodzinne pamiątki, które zostawiłam. – Nerwuje się, zrywa z krzesła. – Idę przypudrować nos. Uważajcie na nią, bo jeszcze tu wykituje z głodu.

Jak panienka Hilly wychodzi, pani Walterowa mamrota cichutko pod nosem:

– Zakład, że byś się ucieszyła.

Wszystkie panie udają, że nic a nic nie słyszały. Lepiej zadzwonię dzisiej do Minny i powtórzę jej, co panienka Hilly wygadywała.

Malutka siedzi na wysokim krzesełku w kuchni, całą buzię wysmarowała fioletowym sokiem. Jak wchodzę, uśmiecha się do mnie. Nie kwęka, że tkwi tu sama jak palec, ale i tak nie cierpię jej tak zostawiać na długo. Wiem, że caluśki czas cichutko patrzy się na drzwi, póki nie wrócę.

Klepię ją po główce i wracam nalać herbaty z lodem. Panienka Hilly siedzi już na swoim miejscu i chyba wkurza się na co innego.

– Och, Hilly, szkoda że nie skorzystałaś z łazienki dla gości – mówi pani Leefolt, przekładając swoje karty. – Przed lunchem Aibileen nie sprząta łazienki na tyłach domu.

Hilly unosi brodę, a potem mówi to swoje „u-hm”. Umie naprawdę cicho pochrząkiwać, a wtedy wszyscy zwracają na nią uwagę i ani się połapią, że ich do tego zmusiła.

– Ale przecież z łazienki dla gości korzysta służba – mówi.

Przez chwilę panie milczą, a potem pani Walterowa kiwa głową, jakby to wszystko wyjaśniało.

– Jest zdenerwowana, bo czarnoskóra korzysta z łazienki w domu, i my też.

Nie, nie znowuż. Wszystkie się patrzą, jak porządkuję szufladę ze srebrami w komodzie i wiem, że na mnie pora. Nim odłożę ostatnią łyżeczkę, pani Leefolt posyła mi te swoje spojrzenie i mówi:

– Przynieś jeszcze herbaty, Aibileen.

Robię, co każe, chociaż w filiżankach pań herbaty jest po brzegi.

Chwilę stoję w kuchni, ale nic tu po mnie, muszę iść do jadalni, coby dokończyć porządki. Dzisiej mam się jeszcze zająć komodą z serwetkami, ale stoi w holu, tuż za jadalnią. Nie bardzo mi się widzi siedzenie dłużej w robocie, bo pani Leefolt akurat gra w karty.

Czekam parę minut, czyszczę kuchenną ladę. Daję Malutkiej więcej szynki, a ona zajada, aż jej się uszy trzęsą. W końcu wymykam się do holu i modlę się, coby nikt mnie nie zobaczył.

Wszystkie cztery panie trzymają w jednym ręku po papierosie, a w drugim karty.

– Elizabeth, gdybyś miała wybór – słyszę głos panienki Hilly – nie wolałabyś, żeby załatwiali się na zewnątrz?

Cichutko otwieram szufladę z serwetkami i bardziej się przejmuję, coby mnie pani Leefolt nie przyłapała, niż tym, co mówią. Ich gadanina to dla mnie żadna nowość. W mieście wszędzie są osobne ubikacje dla kolorowych, w większości domów też. Zerkam do jadalni i widzę, że panienka Skeeter patrzy się na mnie, więc zamieram i myślę sobie, że wpakowałam się w kłopoty.

– Licytuję jeden kier – mówi pani Walters.

– Sama nie wiem. – Pani Leefolt marszczy się i patrzy się w karty. – Raleigh rozkręcił własną firmę, pora rozliczeń podatkowych dopiero za pół roku... Teraz naprawdę musimy liczyć się z pieniędzmi.

Panienka Hilly mówi powoli, jakby kusiła dziecko słodyczami.

– Powiedz Raleighowi, że przy sprzedaży domu odzyska każdy grosz włożony w tę łazienkę. – Kiwa głową, jakby się zgadzała sama ze sobą. – Te wszystkie domy, które budują bez wygódek – toż to niebezpieczne! Każdy wie, że oni roznoszą inne choroby niż my. Podwajam.

Biorę stosik serwetek. Sama nie wiem czemu, ale nagle chcę usłyszeć, co pani Leefolt na to. To moja szefowa, no a pewno każden jeden lubi wiedzieć, co szefostwo o nim myśli.

– Byłoby miło, gdyby nie korzystała z łazienki w domu – mówi pani Leefolt, i zaciąga się papierosem. – Licytuję trzy pik.

– Właśnie dlatego przygotowałam Inicjatywę Sanitarną dla Pomocy Domowych – mówi panienka Hilly. – Jako środek zapobiegawczy.

Dziwne, że tak okropnie mnie w gardle ściska. Szkoda, że już lata temu nauczyłam się siedzieć jak mysz pod miotłą.

Panienka Skeeter chyba nie bardzo rozumie.

– Jaką inicjatywę?

– Ustawę, która wymaga, żeby w każdym domu białych była osobna łazienka dla kolorowej służby. Nawet powiadomiłam naczelnego lekarza Missisipi, żeby przekonać się, co on na to. Pasuję.

Panienka Skeeter marszczy czoło i patrzy się na panienkę Hilly. Kładzie karty koszulkami do dołu i mówi poważnym tonem:

– Może wybudujemy ubikację na zewnątrz dla ciebie, Hilly?

O rety, w pokoju cicho jak makiem zasiał.

– Moim zdaniem nie powinnaś stroić sobie żartów z sytuacji z kolorowymi, jeśli nadal chcesz być redaktorką w Lidze, Skeeter Phelan – mówi panienka Hilly.

Panienka Skeeter niby się chichra, ale słychać, że wcale nie jest jej do śmiechu.

– Co? Wywaliłabyś mnie za to, że się z tobą nie zgadzam?

Panienka Hilly unosi brew.

– Zrobię, co konieczne, żeby chronić nasze miasto. Twoja kolej, mamo.

Idę do kuchni i nie wychodzę, póki za panienką Hilly nie zamkną się drzwi.

JAK JUŻ MAM PEWNOŚĆ, że panienka Hilly wyszła, sadzam Mae Mobley w kojcu i wystawiam pojemnik ze śmieciami na ulicę, bo dzisiej przyjeżdża śmieciarka. Mało brakło, a przy końcu podjazdu panienka Hilly i jej mama-wariatka stuknęłyby mnie swoim autem. Wrzeszczą, że to niby niechcący, a ja idę do domu i cieszę się jak głupia, że nie dorobiłam się połamanych nóg.

Jak wchodzę do kuchni, widzę panienkę Skeeter. Opiera się o ladę, a minę ma poważną, nawet bardziej niż zwykle.

– Hej, panienko Skeeter, podać co?

Patrzy się na podjazd, gdzie pani Leefolt rozmawia z panienką Hilly przez okno w samochodzie.

– Nie, ja tylko... czekam.

Wycieram tacę ścierką, a jak zerkam na panienkę Skeeter, widzę, że wciąż się patrzy przez okno i czymś się gryzie. Nie wygląda jak inne panie, taka jest wysoka, i kości policzkowe jej widać. Ma niebieskie oczy i wciąż opuszcza wzrok, przez co wydaje się nieśmiała. Jest cicho, tylko radyjko na ladzie pogrywa, nastawiłam na stację z pieśniami gospel. Chciałabym, coby sobie poszła.

– Czy to kazanie pastora Greena w radiu? – pyta.

– Tak, psze pani.

Panienka Skeeter jakby się uśmiecha.

– To mi przypomina czasy dzieciństwa z moją pomocą domową.

– Znam Constantine – mówię.

Panienka Skeeter patrzy się tera na mnie.

– Wiedziałaś, że to ona mnie wychowała?

Kiwam głową i żałuję, że nie trzymałam języka za zębami. Wiem aż za dużo o tej całej sprawie.

– Próbowałam zdobyć adres jej rodziny w Chicago, ale nikt nie chce mi niczego powiedzieć – ciągnie.

– Ja też go nie mam, psze pani.

Panienka Skeeter znowuż patrzy się przez okno, na buicka panienki Hilly. Lekuchno kręci głową.

– Aibileen, ta rozmowa... To znaczy to, co mówiła Hilly...

Podnoszę filiżankę i zaczynam ją bardzo porządnie wycierać.

– Chciałabyś czasem... coś zmienić? – pyta.

Nie mogę się powstrzymać, patrzę się prosto na nią. To chyba najgłupsze pytanie, jakie w życiu słyszałam. Ma zawstydzoną, pełną niesmaku minę, jakby posoliła sobie kawę zamiast posłodzić. Wracam do zmywania, coby nie zobaczyła, jak przewracam oczami.

– O nie, psze pani, wszystko w porządku.

– Ale ta rozmowa o ubikacji... – Przerywa, bo do kuchni wchodzi pani Leefolt.

– A, tu jesteś, Skeeter. – Dziwnie się na nas patrzy. – Przepraszam, czy coś... przerwałam?

Obie stoimy i główkujemy, co mogła usłyszeć.

– Muszę lecieć – mówi panienka Skeeter. – Do zobaczenia, Elizabeth. – Otwiera drzwi z tyłu, dodaje: – Dziękuję za lunch, Aibileen – i już jej nie ma.

Wchodzę do jadalni i zaczynam sprzątać stół po brydżu. Tak jak się spodziewałam, pani Leefolt włazi tam za mną z tym swoim krzywym uśmieszkiem i wyciąga szyję, jakby się gotowała, coby mnie o co spytać. Nie lubi, jak gadam z jej przyjaciółkami bez niej, nigdy nie lubiała. Zawsze chce wiedzieć, co mówimy. Mijam ją, wchodzę do kuchni i sadzam Malutką w wysokim krzesełku, a potem biorę się do czyszczenia piekarnika.

Pani Leefolt wchodzi do kuchni za mną. Gapi się na pojemnik z crisco, odstawia go. Malutka łapki wyciąga do mamy, chce na ręce, ale pani Leefolt otwiera szafkę i udaje, że nic a nic nie widzi. Potem trzaska drzwiczkami i otwiera następną, a potem to już tylko stoi. Ja, na czworakach, tkwię z głową w piekarniku, jakbym się chciała zagazować.

– Ty i panna Skeeter wyglądałyście tak, jakbyście rozmawiały o okropnie poważnych sprawach.

– Nie, psze pani... Tylko się pytała, czy chcę stare ubrania. – Mój głos brzmi tak, jakbym siedziała w studni. Mam tłuszcz na rękach, śmierdzi tu jak spod pachy. Pot w mig spływa mi po nosie, a za każdym jednym razem, jak się podrapię, brudzę twarz. Piekarnik to chyba najpaskudniejsze miejsce pod słońcem – albo je czyścisz, albo się w nim pieczesz. Na pewno dzisiej mi się przyśni, że tu utknęłam i ktoś włączył gaz. Nie wystawiam głowy z tego okropnego piekarnika, bo już wolę być tu, czy diabli wiedzą gdzie, niż odpowiadać na pytania pani Leefolt o to, co panienka Skeeter próbowała mi powiedzieć, i mówić o tym, że pytała, czy chciałabym coś zmienić.

W końcu pani Leefolt wzdycha i idzie do garażu. Pewno się zastanawia, gdzie wybudować ubikację dla kolorowych.

ROZDZIAŁ DRUGI

Mało kto pewno wie, ale w Jackson w stanie Missisipi mieszka dwieście tysięcy ludzi. Jak czytam o tym w gazecie, to się zara zastanawiam, gdzie niby oni wszyscy się podziali. Mieszkają pod ziemią? Bo znam chyba każdego jednego po mojej stronie mostu, i całkiem sporo białych rodzin, i głowę daję, że do dwustu tysięcy to im daleko.

Sześć dni w tygodniu jeżdżę autobusem przez most Woodrowa Wilsona tam, gdzie mieszka pani Leefolt i jej białe przyjaciółki, do okolicy zwanej Belhaven. Tuż koło Belhaven jest śródmieście i siedziba władz stanu. Budynek władz jest wielki jak nie wiem co, na zewnątrz ładny, a w środku nigdy nie byłam. Ciekawe, ile tam płacą za sprzątanie.

Za Belhaven jest białe Woodland Hills, a dalej Sherwood Forest, czyli kilometry wielgachnych dębów, co z nich zwiesza się mech. Nikt tam jeszcze nie mieszka, ale to właśnie do Sherwood Forest biali chcą się przenosić na nowe. Za nim jest już wieś, co na niej mieszka panienka Skeeter, na plantacji bawełny Longleaf. Ona o tym nie wie, ale zbierałam tam bawełnę w trzydziestym pierszym roku, za kryzysu, jak do jedzenia był tylko ser rozdawany przez władze.

No i tak Jackson to jedna biała okolica za drugą, a trzecia je pogania, za to kolorowa część miasta jest jak wielkie mrowisko otoczone przez rządową ziemię, nie na sprzedaż. Przybywa nas, ale nie możemy się rozrastać, więc w naszej części robi się coraz ciaśniej.

W ten wieczór wsiadam w autobus numer sześć, co jedzie z Belhaven na Farish Street. Dzisiej w autobusie są tylko wracające do domów pomoce domowe w białych mundurkach. Gadamy i śmiejemy się do siebie, jakby autobus był tylko nasz. Nie cobyśmy miały coś naprzeciwko białym, jakby z nami jechali – dzięki pani Parks[1] możemy siadać, gdzie nam się żywnie podoba – po prostu nam miło.

Pośrodku ostatniego rzędu widzę Minny, siedzi z rozwalonymi nogami, ręce założyła na piersi. Ma błyszczące kręcone włosy, jest niska, duża i o siedemnaście lat młodsza ode mnie. Pewno jakby chciała, podniesłaby ten autobus nad głową. Taka staruszka jak ja Bogu powinna dziękować za taką przyjaciółkę.

Siadam w rzędzie przed nią, odwracam się i słucham. Wszyscy lubieją słuchać Minny.

– ...a ja jej na to, pani Walters, świat nie ma ochoty oglądać pani gołego białego tyłka, tak samo jak nie ma ochoty oglądać mojego czarnego. A tera proszę wejść do domu, włożyć majtki i jakieś ubranie.

– Na werandzie? Goła? – pyta Kiki Brown.

– Tyłek sięgał jej do kolan.

Cały autobus parska, chichocze i kręci głowami.

– O rety, ale wariatka – mówi Kiki. – Nie wiem, dlaczego wciąż trafiasz na wariatki, Minny.

– Tak jakby twoja pani Patterson nie była wariatką – odgryza się Minny. – A niech mnie, powinna zostać samą prezeską klubu wariatek.

Autobus znowuż pęka ze śmiechu, bo Minny nie lubi, jak kto inny źle mówi o jej białej pani. To jej działka, tylko ona ma takie prawo.

Autobus mija most i zatrzymuje się na pierszym przystanku w kolorowej dzielnicy, co na nim wysiada z tuzin pomocy domowych. Zajmuję wolne miejsce obok Minny, a ona się uśmiecha i szturcha mnie na powitanie. Potem siada wygodniej, bo przede mną nie musi się zgrywać.

– Jak się masz? Musiałaś dzisiej prasować plisy?

Śmieję się i kiwam głową.

– Półtorej godziny mi zeszło.

– Czym karmiłaś dzisiej panią Walters na spotkaniu kółka brydżowego? Całe rano jak głupia urabiałam się po łokcie z ciastem karmelowym, a ta nie przełknęła ani okruszka.

To mi przypomina dzisiejszą paplaninę panienki Hilly. Nikt by sobie głowy nie zawracał jakąś inną białą panią, ale wszystkie chciałybyśmy wiedzieć, jakby panienka Hilly się nas czepiała. Nie wiem tylko, jak to powtórzyć Minny.

Patrzę przez okno na mijany szpital dla kolorowych, na kram z owocami.

– Coś chyba słyszałam, jak panienka Hilly mówi, że jej mama robi się chuda – zaczynam najostrożniej jak się da. – I że może jest nie-do-żywiona.

Minny patrzy się na mnie.

– Tak powiedziała? – Na sam dźwięk imienia Hilly mruży oczy. – Co jeszcze mówiła?

Lepiej już wszystko powiem.

– Chyba ma na ciebie oko, Minny. Uważaj... Uważaj na nią.

– To ona powinna na mnie uważać. Niby co gada – że nie umiem gotować? Że ten wór starych kości nie je, bo go nie karmię? – Minny wstaje i zarzuca sobie torebkę na ramię.

– Przepraszam, Minny, mówię ci tylko po to, cobyś na nią...

– Jak mi to kiedy powie prosto w oczy, to jej zaserwuję kawałek Minny na lunch. – Złazi po schodkach.

Patrzę się przez okno, jak ciężkim krokiem idzie do domu. Z panienką Hilly się nie zadziera.

O rety, może jednak trzeba było trzymać język za zębami?

RANO PARĘ DNI PÓŹNIEJ wysiadam z autobusu i idę ulicą do pani Leefolt. Przed domem stoi stara ciężarówka z tartaku. W środku jest dwóch kolorowych, jeden popija kawę, a drugi kima na siedząco. Mijam ich i wchodzę do kuchni.

Dzisiej rano pan Raleigh Leefolt jest jeszcze w domu, rzadka sprawa. Co go widzę, wygląda tak, jakby doczekać się nie mógł powrotu do swojej pracy w księgowości, nawet w soboty.

Ale dzisiej chyba jest czym zajęty.

– To mój cholerny dom i płacę za wszystko, co w nim jest, do cholery! – wrzeszczy.

Pani Leefolt łazi za nim z tym uśmiechem, co go ma na twarzy, jak nie jest za bardzo szczęśliwa. Chowam się w pralni. Minęły dwa dni od tej całej gadaniny o ubikacji i miałam nadzieję, że już po ptakach. Pan Leefolt otwiera drzwi z tyłu, coby popatrzyć się na ciężarówkę, i znowuż zamyka je z hukiem.

– Znoszę nowe ubrania, wszystkie te przeklęte wyprawy do Nowego Orleanu z twoimi przyjaciółkami z korporacji studentek, ale tym razem przesadziłaś.

– Dzięki temu wartość domu wzrośnie, Hilly tak powiedziała! – Wciąż tkwię w pralni, ale niemal słyszę, jak przyklejony uśmiech pani Leefolt zaczyna się jej odklejać od twarzy.

– Nie stać nas na to! A Holbrookowie nie będą nam rozkazywać!

Na moment zapada cisza, a potem słyszę szuru-szuru piżamki.

– Ta-ta?

Wychodzę z pralni do kuchni, bo Mae Mobley to moja działka.

Pan Leefolt już klęczy obok niej, uśmiech ma jak z gumy.

– Wiesz co, kochanie?

Mała uśmiecha się do niego, czeka na niespodziankę.

– Nie pójdziesz na studia, bo przyjaciółki twojej mamusi nie chcą korzystać z tej samej ubikacji, co nasza pomoc.

Wychodzi, tupiąc, i trzaska drzwiami tak mocno, że Malutka aż mryga. Pani Leefolt patrzy się na nią i grozi jej palcem.

– Mae Mobley, wiesz, że nie wolno wychodzić z łóżeczka!

Malutka patrzy się na drzwi, co nimi trzasnął jej tatuś, i na mamę, co się do niej krzywi. Moje maleństwo przełyka ślinę, jakby okropnie nie chciało się popłakać.

Mijam panią Leefolt i podnoszę Malutką.

– Chodźmy do salonu pobawić się gadającą zabawką – szeptem. – Co mówi osiołek?

– Ciągle wstaje. Dziś odnosiłam ją już trzy razy.

– Komuś tu trzeba zmienić pieluszkę. Juuuupi!

Pani Leefolt cmoka i mówi:

– Hm, nie pomyślałam... – Ale już wygląda przez okno na ciężarówkę z drewnem.

Idę na tyły domu, tak wściekła, że aż tupię. Malutka siedziała w łóżku od ósmej we wieczór, chyba jasne, że trzeba jej zmienić pieluszkę! Niech sobie pani Leefolt poleży przez bite dwanaście godzin i nie siusia!

Kładę Malutką na przewijaku i próbuję się uspokoić. Malutka patrzy się na mnie, jak ściągam jej pieluszkę, a potem łapkę wyciąga i leciutko dotyka moich ust.

– Mae Mo niedobra – mówi.

– Nie, kochanie, nie jesteś niedobra. – Głaskam ją po włoskach. – Jesteś dobra, bardzo dobra.

MIESZKAM NA GESSUM AVENUE, od czterdziestego drugiego wynajmuję tu mieszkanie. Można powiedzieć, że Gessum jest trochę jak ludzie. Wszystkie domy są małe, ale każden jeden ogródek wygląda inaczej – niektóre są paskudne i łyse jak stary dziad, w innych rosną azalie, róże i gęsta trawa. Mój to jest taki pół na pół.

Przed domem mam kilka krzaków czerwonych kamelii. Na trawie jest trochę łysych placków i wielka pożółkła kępa trawy, tam gdzie pickup Treelore’a stał trzy miesiące po wypadku. Drzew brakuje, ale z tyłu normalnie mam rajski ogród, bo to tam moja sąsiadka Ida Peek uprawia swoje warzywa.

Ida nie ma przyzwoitego ogródka, bo jej mąż trzyma tam swoje śmiecie, silniki samochodów, stare lodówki i opony. Ciągle powtarza, że je ponaprawia, i nic nie naprawia. Powiedziałam Idzie, że może sadzić po mojej stronie i tera nie muszę kosić trawy, a ona pozwala mi brać, co mi trzeba, i tak oszczędzam ze dwa, trzy dolary na tydzień. Zbiera to, czego nie zjemy i daje mi słoiki na zimę. Mam całkiem przyzwoitą rzepę, bakłażany, okry od metra i różniste dynie. Nie wiem, jak się pozbyła robactwa z pomidorów, ale wzięła się pozbyła, i pomidory są smaczne.

W ten wieczór leje jak z cebra. Wyciągam słój z kapustą i pomidorami Idy, zjadam ostatnią kromkę kukurydzianego chleba, a potem siadam przeliczyć gotówkę. Dwie rzeczy się zmieniły: autobus podrożał do piętnastu centów za kurs, a czynsz wzrósł do dwudziestu dziewięciu dolarów za miesiąc. Robię dla pani Leefolt od ósmej do czwartej sześć dni w tygodniu, soboty mam wolne. Co piątek dostaję czterdzieści trzy dolary, to będzie sto siedemdziesiąt dwa na miesiąc. Jak zapłacę za światło, wodę, gaz i telefon, zostaje mi trzynaście i pół dolara na jedzenie, ubrania, fryzjera i na tacę w kościele. Już nie mówię, że wysłanie tych rachunków to kolejne pięć centów, a moje buty do pracy są takie cienkie, jakbym je zagłodziła na śmierć. Nowa para kosztuje siedem dolarów, co znaczy, że będę jadła kapustę i pomidory, póki się nie zmienię w królika. Bogu niech będą dzięki za Idę Peek, bo bez niej to bym sobie mogła jeść co najwyżej powietrze.

Telefon dzwoni, aż podskakuję. Nim zdążę się przywitać, słyszę głos Minny, pracuje dzisiej do późna.

– Panienka Hilly wysyła panią Walters do domu starców, a ja muszę znaleźć sobie nową pracę. Wiesz, kiedy wyjeżdża? W przyszłym tygodniu.

– O nie, Minny...

– Szukałam, dzwoniłam dzisiej do dziesięciu pań. Psu na budę się to zdało.

Wstyd się przyznać, ale nic a nic się nie dziwię.

– Jutro z samiusieńkiego rana spytam się panią Leefolt, czy zna kogo, komu trzeba pomocy domowej.

– Czekaj no – mówi Minny. Słyszę głos starej pani Walterowej, a potem Minny: – Co ja, szofer jestem? Nie jadę do żadnego country clubu w taką ulewę.

Poza kradzieżą odszczekiwanie się pracodawcy to najgorsza rzecz u służby. Szczęściem Minny tak dobrze gotuje, że czasem tym nadrabia.

– Nic się nie martw, Minny. Znajdziemy ci jakiegoś głucholca, jak pani Walterowa.

– Panienka Hilly coś tam napomykała, że miałabym pracować dla niej.

– Co? – Mówię najsurowiej jak się da: – Słuchaj no, Minny. Wolę cię sama utrzymywać, niż cobyś pracowała dla tej okropnej pani.

– Niby z kim ty gadasz, Aibileen, z małpą? Równie dobrze mogłabym się nająć u Ku-Klux-Klanu. A zresztą wiesz, że w życiu nie odebrałabym pracy Yule May.

– Przepraszam, o ja głupia. – Po prostu okropnie się nerwuję, jak gadanina schodzi na panienkę Hilly. – Zadzwonię do panienki Caroline w Honeysuckle, zobaczę, czy kogo zna. I do pani Ruth, jest taka miła, że serce się ściska. Sprzątała rano w domu, cobym nie miała nic do roboty poza siedzeniem przy niej. Jej mąż zmarł na szkarlatynę, ojoj.

– Dziękuję, Aibileen. No dobra, pani Walters, pani zje tę malutką zieloną fasolkę, za moje zdrowie. – Minny żegna się i odkłada słuchawkę.

W NASTĘPNE RANO znowuż widzę starą zieloną ciężarówkę. Już tłuką młotkami, ale dzisiej pan Leefolt nie tupie. Pewno wiedział, że przegrał na samym wstępie.

Pani Leefolt w grubym niebieskim szlafroku siedzi przy stole w kuchni i gada przez telefon. Malutka wysmarowała sobie buzię jakąś czerwoną paciają i czepia się kolan mamy, coby się nią zajęła.

– Dzień dobry, Malutka – mówię.

– Mama! Mama! – krzyczy i próbuje wdrapać się na kolana pani Leefolt.

– Nie, Mae Mobley. – Pani Leefolt spycha ją na podłogę. – Mama rozmawia przez telefon. Daj mamie porozmawiać.

– Mama, podnieś – jęczy Mae Mobley i rączki wyciąga do mamy. – Podnieś Mae Mo.

– Ciii – szepcze pani Leefolt.

Szybciutko łapię Malutką i lecę z nią do zlewu, ale wciąż wykręca szyję i stęka: „mama, mama”, coby wzięła się nią zainteresowała.

– To, co kazałaś mi powiedzieć. – Pani Leefolt kiwa głową do słuchawki. – Że kiedy zdecydujemy się na przeprowadzkę, to podniesie wartość domu.

Malutka wciąż się wyrywa. Chcę namydlić jej palce, ale wierci się i odwraca, i w końcu wyślizguje z moich ramion. Biegnie prosto do mamy, wysuwa brodę i z całej pary szarpie za sznur od telefonu. Słuchawka wypada z ręki pani Leefolt i wali o podłogę.

– Mae Mobley! – wołam.

Biegnę do niej, ale pani Leefolt jest szybsza. Rozciąga usta w paskudnym uśmiechu i tłucze Malutką w gołe nóżki tak mocno, że aż podskakuję. Potem łapie ją za ramię i szarpie przy każdym jednym słowie.

– Nigdy więcej nie dotykaj telefonu, Mae Mobley! – syczy. – Aibileen, ile razy mam powtarzać, żebyś trzymała ją z dala ode mnie, kiedy rozmawiam przez telefon?

– Przepraszam. – Podnoszę Mae Mobley i chcę ją przytulić, ale, cała czerwona, wrzeszczy i mnie okłada. – No chodź, Malutka, już dobrze, wszystko...

Mae Mobley krzywi się paskudnie, odchyla – i łup! – wali mnie prosto w ucho. Pani Leefolt wskazuje na drzwi, a potem wrzeszczy:

– Aibileen, wynoście się obie!

Wynoszę małą z kuchni. Jestem taka wściekła na panią Leefolt, że przygryzam język. Jakby głupia baba poświęciła dziecku chwilę, nic by się nie stało!

Idziemy do pokoju Mae Mobley, sadzam ją w fotelu na biegunach. Popłakuje na moim ramieniu, a ja głaskam ją po pleckach i się cieszę, że nie widzi mojej miny. Nie chcę, coby myślała, że to na nią się wściekam.

– Już dobrze, Malutka? – szeptam. Ucho mnie boli od jej piąstki. Dobrze, że to mnie łupnęła, a nie swoją mamę, Bóg jeden wie, co by zrobiła ta kobieta. Patrzę się na nóżki Malutkiej i widzę czerwone ślady palców.

– Jestem tutej, Aibee tu jest. – Kołyszę ją i uspokajam, kołyszę i uspokajam.

Ale Malutka wciąż płacze.

W PORZE LUNCHU, jak w telewizorze lecą moje seriale, koło garażu robi się cicho. Mae Mobley siedzi mi na kolanach i pomaga łuskać groszek. Od rana ma fumy. Ja chyba też, ale zepchnęłam to gdzieś w głąb, coby nie zawracać sobie głowy.

Idziemy do kuchni i robię Malutkiej kanapkę z kiełbasą. Na podjeździe robotnicy siedzą w ciężarówce i wsuwają lunch. Dobrze, że jest cicho. Uśmiecham się do Malutkiej, daję jej truskawkę i cieszę się, że byłam tu przy awanturze z jej mamą, nawet nie chcę myśleć, co by się stało beze mnie. Malutka wpycha truskawkę do buzi i się uśmiecha. Chyba też się cieszy.

Nie ma pani Leefolt, no i myślę sobie, że zadzwonię do Minny u pani Walterowej, sprawdzę, czy znalazła jaką robotę. Już miałam wziąść słuchawkę, a tu słychać pukanie do drzwi z tyłu. Otwieram i widzę jednego z robotników, strasznie jest stary. Ma białą koszulę z kołnierzykiem i ogrodniczki.

– Witam panią. Dałoby się załatwić trochę wody? – pyta się.

Nie znam go, pewno mieszka gdzieś w południowej części miasta.

– Jasne – mówię.

Wyciągam z kredensu papierowy kubek w baloniki, z drugich urodzin Mae Mobley. Wiem, że pani Leefolt nie życzyłaby sobie, cobym mu wlała wody do szklanki.

Wypija jednym wielkim haustem i oddaje mi kubek. Chyba jest bardzo zmęczony i oczy ma jakieś takie samotne.

– Jak tam? – pytam.

– Robota jak robota – odpowiada. – Ale nie ma wody. Chyba przyłączymy wodę z rur pod drogą.

– Ten drugi też chce pić?

– Byłoby miło. – Kiwa głową, a ja napełniam wodą z kranu drugi śmieszny kubek dla jego kolegi.

Nie od razu ją zanosi.

– Przepraszam – mówi. – Ale gdzie... – Stoi i gapi się na swoje stopy. – Gdzie mógłbym się odpompować?

Podnosi wzrok, a ja patrzę się na niego i moment tylko tak stoimy. To jedna z tych dziwnych chwil, niby śmiesznych, ale tak naprawdę ani trochę – dwie łazienki w domu, trzecia się buduje, a ten człowiek nie ma gdzie iść za potrzebą.

– No więc... – Jeszcze nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Młody Robert, któren co dwa tygodnie przychodzi do ogrodu, pewno załatwia się wcześniej. Ten gość jednak ma już swoje lata i takie pomarszczone ręce. Siedemdziesiąt lat trosk zostawiło mu zmarszczki na twarzy, jest jak mapa. – Chyba musisz pan iść w krzaki za domem – słyszę swój głos, chociaż wolałabym tego nie mówić. – Pies się tam kręci, ale nie będzie przeszkadzał.

– Dobrze – mówi. – Dziękuję.

Patrzę się, jak się wlecze z wodą dla kolegi.

Walenie i kopanie ciągnie się przez całe popołudnie.

CALUŚKI NASTĘPNY DZIEŃ znowuż słychać stukot młotka i odgłosy kopania. O nic się nie pytam pani Leefolt, a ona nic mi nie mówi, tylko co jakąś godzinę wygląda przez drzwi z tyłu i sprawdza, co się dzieje.

O trzeciej koniec stukania, a robotnicy wskakują do ciężarówki i odjeżdżają. Pani Leefolt patrzy się za nimi i głośno wzdycha. Potem wsiada w samochód i jedzie robić to, co robi, jak się nie gryzie z dwoma kolorowymi kręcącymi się pod domem.

Za jakiś czas dzwoni telefon.

– Dom państwa Lee....

– Rozpowiada po mieście, że kradnę i dlatego nie mogę znaleźć pracy! Ta wiedźma robi ze mnie bezczelną złodziejską służącą z Hinds County!

– Czekaj no, Minny, odetchnij głęboko...

– Dzisiej przed robotą poszłam do państwa Renfroe w Sycamore i pani Renfroe mało mnie nie pogoniła z posiadłości. Podobnież panienka Hilly powiedziała jej o mnie i wszyscy już wiedzą, że zwinęłam świecznik pani Walters!

Słyszę, że ściska słuchawkę, jakby chciała ją zmiażdżyć. Kindra wrzeszczy, a ja się zastanawiam, czemu Minny jest w domu. Zwykle nie wychodzi z pracy przed czwartą.

– Nic tylko karmiłam tę starą smakołykami i się nią opiekowałam!

– Minny, ja wiem, żeś uczciwa, i Bóg to wie.

– Wchodzę do pani Walters, a panienka Hilly już tam jest i próbuje mi wcisnąć dwadzieścia dolarów – ciągnie Minny głosem ostrym jak brzytwa. – Weź, mówi, wiem, że potrzebujesz, a mnie korci, żeby jej napluć w twarz. Nie naplułam, o nie. – Zaczyna dyszeć i mówi: – Zrobiłam gorzej.

– Co zrobiłaś?

– Nie powiem. Nikomu nie powiem o cieście. Ale na to zasłużyła! – Tera prawie wyje, a mnie ściska w dołku ze strachu. Zadzieranie z panienką Hilly to nie przelewki. – Nigdy nie znajdę żadnej roboty, Leroy mnie zabije...

Kindra płacze w oddali, a Minny bez pożegnania odkłada słuchawkę. Nie wiem, o co chodzi z tym ciastem, ale znając Minny, nie może to być nic dobrego.

W TEN WIECZÓR sprawiam sobie sałatkę ze szkarłatki i pomidorów z ogródka Idy. Smażę ociupinę szynki i robię sos pieczeniowy, będą na kanapkę. Czeszę perukę, zakręcam na różowe wałki i pryskam na włosy lakierem. Całe popołudnie zamartwiałam się Minny i tera muszę wyrzucić ją z głowy, jak mam choć trochę pospać.

Siadam przy stole, coby zjeść, włączam radio w kuchni, mały Stevie Wonder śpiewa Fingerprints. Czarna skóra ani trochę nie wadzi temu chłopcu. Ma dwanaście lat, jest ślepy i wyśpiewał radiowy przebój. Jak kończy, przeskakuję z pastora Greena śpiewającego kazanie i nastawiam stację WBLA. Grają tam rytmicznego bluesa.

Lubię takie przepalone, przepite dźwięki, jak robi się ciemno, bo czuję się wtedy tak, jakby w moim mieszkaniu była kupa ludzi. Prawie ich widzę, jak się kołyszą w kuchni, tańczą w rytm muzyki. Jak gaszę górne światło, to udaję, że siedzę w Pod Krukiem przy jednym ze stolików z czerwonymi lampkami. Jest ciepły maj czy czerwiec, mój Clyde błyska białymi zębami i pyta się mnie: „Skarbie, chcesz drinka”?, a ja mówię: „Czarną Mary z lodem” i chichram się sama z siebie, jak tak siedzę w kuchni i sobie marzę, bo w życiu nie piłam nic mocniejszego niż fioletowy napój Nehi.

Minny z Memphis śpiewa w radiu, że chude mięso się nie chce usmażyć, a miłość długo nie potrwa. Od czasu do czasu przychodzi mi do głowy, że mogłabym sobie znaleźć nowego chłopa, kogo od nas z kościoła. Problem w tym, że chociaż kocham Pana, mężczyźni, co chodzą na msze, nigdy mnie zbytnio nie pociągali. Ci, co wpadają mi w oko, zmywają się, jak już przepuszczą moją forsę. Popełniłam taki błąd dwadzieścia lat temu. Jak mój mąż Clyde zostawił mnie dla latawicy z Farish Street, tej, co na nią wołają Czekoladka, postanowiłam raz na zawsze dać sobie spokój z tym całym rozgardiaszem.

Kot skrzeczy za oknem i znowuż jestem w swojej zimnej kuchni. Gaszę radio, zapalam światło, wyciągam modlitewnik z torebki. Ten modlitewnik to zwykły niebieski notes z taniego sklepu sieci Ben Franklin. Piszę ołówkiem, coby móc potem wymazać to, co nie jest dobrze. Od gimnazjum wymyślam własne modlitwy. Kiedy w siódmej klasie powiedziałam nauczycielce, że nie wracam do szkoły, bo muszę pomagać mamie, pani Ross mało się nie pobeczała.

– Jesteś najbystrzejszą dziewczynką w klasie, Aibileen – powiedziała. – Jedyny sposób na to, żeby zachować świeży umysł, to codziennie czytać i pisać.

No to zaczęłam pisać modlitwy, zamiast je klepać z pamięci, ale i tak już nikt nigdy nie nazwał mnie bystrą.

Przewracam kartki modlitewnika, coby zobaczyć, na kogo dzisiej padnie. Parę razy w tym tygodniu pomyślałam sobie, że może wpiszę panienkę Skeeter na listę, sama nie wiem, czemu. Jak przychodzi, zawsze jest miła, a ja się przez to nerwuję, ale i tak nie mogę przestać myśleć o tym, dlaczego spytała mnie wtedy w kuchni, czy chciałabym coś zmienić. Już nie mówię o tym, że próbowała wyciągnąć ode mnie coś o Constantine, pomocy, co ją wychowywała. Wiem, co zaszło między Constantine a mamą panienki Skeeter i za nic jej tego nie powiem.

Problem w tym, że jak się rozpocznę modlić za panienkę Skeeter, to na pewno znowuż będziemy rozmawiać przy następnym spotkaniu, i jeszcze później, bo tak to już jest z modlitwami. Są jak elektryka, wprawiają w ruch różne rzeczy. A wcale mi się nie widzi rozmowa o tej sprawie z ubikacją.

Patrzę się na listę modlitw. Moja Mae Mobley jest na pierszym miejscu, potem Fanny Lou z kościoła, co jej reumatyzm daje w kość. Dalej moje siostry Inez i Mable w Port Gibson, bo razem mają osiemnastkę dzieciaków, w tym szóstkę zagrypionych. Jak lista się skraca, dopisuję starego białego śmierdziela, co mieszka za spożywczakiem, tego, co to rozum stracił od chlania płynnej pasty do butów. Ale dzisiej lista jest zapełniona.

No proszę, kogo tam wpisałam – Bertrinę Bessemer, coś takiego! Każden jeden, kto zna Bertrinę i mnie, wie, że za sobą nie przepadamy, odkąd wieki temu, jak wychodziłam za Clyde’a, nazwała mnie głupią czarnuchą.

– Minny? – pytam się w zeszłą niedzielę, jak wracamy z mszy o pierszej. – Dlaczego Bertrina chce, cobym się za nią modliła?

– Podobnież masz jakieś mocarne modlitwy, lepiej działają od zwykłych – mówi Minny.

– Kto tak powiedział?

– Eudora Green. Jak złamała biodro, trafiła na twoją listę, a tydzień później już biegała. Isaiah zleciał z ciężarówki z bawełną, wieczorem był na twojej liście i na następny dzień polazł do pracy.

Słysząc to, od razu sobie pomyślałam, że nie zdążyłam pomodlić się za Treelore’a. Może dlatego Bóg w mig go zabrał, coby się ze mną nie wykłócać.

– Snuff Washington – mówi Minny. – Lolly Jackson. A niech mnie, Lolly była na twojej liście a dwa dni później zerwała się z wózka, jakby ją sam Pan Jezus uzdrowił. Wszyscy w Hinds County to wiedzą.

– Przecie to nie ja – protestuję. – To modlitwa.

– Ale Bertrina... – Minny parska śmiechem. – Znasz Czekoladkę, co to do niej zwiał twój Clyde?

– Też coś! Jej nie zapomnę.

– Tydzień po tym, jak cię zostawił, Czekoladka ponoć obudziła się z cipką jak zgniła ostryga. Trzy miesiące się jej paprała. Bertrina przyjaźni się z Czekoladką i po prostu wie, że twoje modlitwy działają.

Szczęka mi opada. Dlaczego wcześniej słowem nie pisnęła?

– Niby ludzie myślą, że się wyznaję na czarnej magii?

– Wiedziałam, że się będziesz tym gryzła, jak ci powiem. Myślą tylko, że masz chody. Każden jeden stoi w kolejce do Boga, ale ty – ty siedzisz tuż przy jego uchu.

Imbryk podskakuje na kuchence i się otrząsam. O rany, chyba jednak idzie wpisać panienkę Skeeter na listę, ale co z tego wyjdzie, to ja nie wiem. Co mi przypomina coś, o czym nie chcę myśleć – że pani Leefolt buduje mi ubikację, bo uważa, że roznoszę choróbska. A panienka Skeeter się pyta, czy nie chcę niczego zmienić, całkiem jakby zmiana w Jackson to była taka sama łatwizna jak zmiana żarówki.

ŁUSKAM GROSZEK w kuchni pani Leefolt, jak telefon dzwoni. Mam nadzieję, że to Minny i że coś sobie znalazła. Zakręciłam do wszystkich, co dla nich dawniej pracowałam, ale mówiły to samo: „Nikogo nam nie potrzeba”. Tak naprawę to chciały powiedzieć: „Nie potrzeba nam Minny”.

I chociaż to już trzy dni, jak Minny nie pracuje, wczorej pani Walterowa zadzwoniła do niej w tajemnicy i poprosiła, coby Minny dzisiej przyszła, bo w domu pusto, panienka Hilly zabrała z połowę mebli. Dalej nie wiem, o co się rozchodzi z Minny i panienką Hilly, i cosik mi się widzi, że wcale nie chcę wiedzieć.

– Dom Leefoltów.

– Hm, witam. Mówi... – Pani cichnie, odchrząkuje. – Mogę... Czy mogę mówić z panią Elizabeth Leefolt?

– Nie ma jej w domu. Coś przekazać?

– Hmmmm. – Jakby kto spuścił z niej powietrze.

– Mogę spytać, kto mówi?

– Celia... Celia Foote. Mąż dał mi ten numer, bo właściwie nie znam Elizabeth, ale... mąż mówi, że ona podobno wie wszystko o balu dobroczynnym na rzecz dzieci i Lidze Pań.

Kojarzę nazwisko, ale nie wiem, skąd. Ona mówi, jakby była z głębokiej wsi, siłą od pługa oderwana, ale głosik ma słodki, wysoki. Tyle że nie brzmi jak głosy tutejszych pań.

– Przekażę – mówię. – Pani numer?

– Jestem tu nowa i... Właściwie to nie, w zasadzie trochę tu już mieszkam, będzie ponad rok. Tyle że nie znam wielu ludzi, bo... rzadko wychodzę z domu.

Znowuż chrząka, a ja się zastanawiam, po kiego mi to wszystko mówi. Jestem pomocą domową, nic jej nie przyjdzie z takiego gadania.

– Tak sobie pomyślałam, że nawet z domu mogłabym pomóc przy tym balu – mówi.

Wtedy przypomina mi się, kto to taki. To przecie na niej panienka Hilly i pani Leefolt wiecznie psy wieszają, bo wyszła za dawnego narzeczonego panienki Hilly.

– Przekażę. Może pani podać numer?

– Ale właśnie wychodzę. No to może jeszcze posiedzę i poczekam.

– Jak pani nie zastanie, to zostawi wiadomość pani pomocy domowej.

– Nie mam pomocy. Właściwie o to też miałam zapytać Elizabeth – czy mogłaby mi polecić kogoś zaufanego?

– Szuka pani pomocy?

– Mam problem ze znalezieniem kogoś, kto chciałby jeździć taki kawał drogi do Madison County.

No proszę, coś takiego...

– Znam jedną naprawdę odpowiednią osobę. Wszyscy wiedzą, że świetnie gotuje, może się też opiekować dziećmi. Ma nawet własne auto, coby do pani dojeżdżać.

– Hm... Wolałabym jednak porozmawiać o tym z Elizabeth. Podałam ci już mój numer?

– Nie, psze pani – wzdycham. – Poproszę.

Pani Leefolt w życiu nie poleci jej Minny, nie po tych kłamstwach panienki Hilly.

– Jestem pani Johnowa Foote, a numer to Emerson dwa sześćdziesiąt sześć zero dziewięć.

– A ona ma na imię Minny, numer to Lakewood osiem cztery cztery trzy dwa – mówię na wszelki wypadek. – Zapisała pani?

Malutka ciągnie mnie za spódnicę.

– Boli brzu-sio. – Głaszcze się po brzuszku.

Mam pomysł. Mówię:

– Chwileczkę. Co takiego, pani Leefolt? Dobrze, przekażę. – Na powrót przykładam słuchawkę do ust. – Panienko Celio, pani Leefolt właśnie weszła do domu i źle się czuje, ale mówi, coby pani zadzwoniła do Minny. I jeszcze, że zadzwoni do pani, jak będzie potrzebowała pomocy przy balu.

– Och! Powiedz, że dziękuję i że życzę jej zdrowia. Może do mnie zadzwonić, kiedy tylko zechce.

– To Minny Jackson, Lakewood osiem cztery cztery trzy dwa – powtarzam. – Chwileczkę, co takiego?

Biorę ciasteczko i podaję je Mae Mobley. Bardzo mnie to cieszy, że mam diabła za skórą – kłamię i nic a nic mi nie wstyd.

– Ma pani nikomu nie mówić, że poleciła pani Minny, bo wszystkie jej przyjaciółki chcą ją nająć i by były smutne, jakby się dowiedziały, że poleciła ją komu innemu.

– Dotrzymam jej tajemnicy, jeśli ona dotrzyma mojej. Nie chcę, żeby mój mąż się dowiedział, że zatrudniam pomoc domową.

Jak to nie jest idealna sytuacja, to ja już nie wiem, co jest.

Po odłożeniu słuchawki czym prędzej chcę dzwonić do Minny, no ale akurat wchodzi pani Leefolt.

No to klops. Dałam tej całej panience Celii domowy numer Minny, tyle że dzisiej Minny pracuje, bo pani Walterowej się cni. Jak panienka Celia zadzwoni, ten głupek Leroy da jej numer do pani Walterowej, a jak pani Walterowa odbierze telefon panienki Celii, będzie po ptakach. Pani Walterowa powtórzy wszystko, co rozpowiada panienka Hilly. Muszę wcześniej złapać Minny i Leroya.

Pani Leefolt idzie nazad do sypialni i, tak jak myślałam, od razu łapie za telefon. Najsampierw dzwoni do panienki Hilly, potem do fryzjerki, potem do sklepu w sprawie prezentu ślubnego, gada i gada, przestać nie może. Jak już się nagada, przychodzi i pyta się, co będzie w tym tygodniu na kolację. Wyciągam notes i patrzę się na listę. Nie, nie chce wieprzowych kotletów, męża trzeba odchudzić. Chce stek z patelni i zieloną sałatkę. I jak uważam, ile kalorii mogą mieć bezy? I nie wolno dawać więcej ciastek Mae Mobley, bo jest gruba i... i... i...

Rety! Jak na kobietę, co to mówi mi tylko, co mam zrobić i gdzie do ubikacji chodzić, nagle gada ze mną jak z najlepszą psiapsiółką. Mae Mobley tańcuje, coby ją mama zauważyła. I jak już pani Leefolt ma się schylić i nią przez chwilę zająć, oho! Pani Leefolt wybiega, bo właśnie sobie przypomina, co miała zrobić.

I tak mija przeklęta godzina.

Ledwie udaje mi się wykręcić numer, tak się śpieszę.

– Minny! Nagrałam ci robotę, ale musisz wziąść i zadzwonić...

– Już dzwoniła. – Głos Minny brzmi głucho. – Leroy dał jej ten numer.

– Czyli odebrała pani Walterowa – domyślam się.

– Normalnie kompletny głuszec, a tu cud boski, słyszy dzwonek telefonu. Biegam z kuchni do pokoju i z pokoju do kuchni, nie zwracam uwagi, aż nagle słyszę swoje imię. Potem dzwonił Leroy i już wiedziałam, co jest.

Mówi, jakby była bardzo zmęczona, a ona z tych, co to są nie do zdarcia.

– Może pani Walterowa nie powtórzyła tych kłamstw, co je panienka Hilly rozpowiada. Nigdy nie wiadomo. – Nawet ja nie jestem aż tak głupia, coby w to wierzyć.

– Nawet jak nie, to pani Walters wie wszystko o mojej zemście na panience Hilly. Ty nic nie wiesz o Potwornym Okropieństwie, co je zrobiłam, i nie chcę, żebyś się kiedykolwiek dowiedziała. Na bank pani Walters powiedziała tej kobiecie, że ze mnie diabeł wcielony. – Dziwnie mówi, jakby z płyty, co się za wolno kręci.

– Przykro mi. Szkoda, że nie mogłam cię wcześniej uprzedzić, żebyś to ty podniosła słuchawkę.

– Zrobiłaś, co mogłaś. Mnie już nikt nie pomoże.

– Będę się za ciebie modliła.

– Dziękuję – mówi i nagle głos się jej łamie. – I dziękuję, że próbowałaś mi pomóc.

Odkładam słuchawkę i łapię za mop. Głos Minny mnie przeraził.

Zawsze była silna, zawsze walczyła. Po śmierci Treelore’a co wieczór przynosiła mi kolację, równiuśkie trzy miesiące. I dzień w dzień powtarzała: „O nie, nie zostawisz mnie samej na tym paskudnym świecie”, chociaż mówię wam, nieraz o tym myślałam.

Już miałam przygotowaną pętlę, ale Minny ją wywęszyła. Sznur był Treelore’a, jeszcze z czasów, jak robił szkolny projekt naukowy z wielokrążkami i pierścieniami. Nie wiem, czy chciałam go użyć, bo to przecie grzech przeciwko Bogu, ale nie byłam wtedy przy zdrowych zmysłach. Minny nie zadawała żadnych pytań. Po prostu wyciągnęła sznur spod łóżka, wsadziła do kosza na śmieci i wyniosła na ulicę, a jak wróciła, poszła umyć ręce, jakby po sprzątaniu. Konkretna z niej babka. Ale dzisiaj miała kiepski głos. Korci mnie, coby zajrzeć pod jej łóżko.

Odstawiam pojemnik z płynem do czyszczenia Sunshine, co tak go chwalą panie w telewizorze. Muszę usiąść. Podchodzi do mnie Mae Mobley, trzyma się za brzuszek.

– Zrób, żeby nie bolało – mówi.

Opiera buzię o moją nogę. Gładzę ją po główce, aż prawie mruczy z zadowolenia, czuje miłość w moich palcach. Myślę o wszystkich moich przyjaciółkach, o tym, co dla mnie zrobiły, i o tym, co dzień w dzień robią dla białych kobiet, co się u nich najęły. I o bólu w głosie Minny, i o Treelorze głęboko w ziemi. Patrzę się na Malutką i czuję w głębi serca, że choćbym nie wiem jak się starała, i tak wyrośnie taka jak jej mama. To wszystko wali się na mnie, więc zamykam oczy i modlę się do Pana za samą siebie. Nic nie pomaga.

Niech Bóg ma mnie w swojej opiece, ale coś z tym trzeba zrobić.

MALUTKA CZEPIA SIĘ mojej nogi przez całe popołudnie, aż parę razy się potykam i mało nie fiknę, ale nic mi to nie robi. Pani Leefolt od rana nie odzywa się ani do mnie, ani do Malutkiej, cały czas siedzi nad maszyną do szycia w sypialni. Pewno znowuż chce zakryć w domu coś, co się jej nie widzi.

Niezadługo ja i Mae Mobley idziemy do dużego salonu. Mam stertę koszul pana Leefolta do wyprasowania, a potem muszę zająć się pieczenią. Już wysprzątałam łazienki, zmieniłam pościel i odkurzyłam dywaniki. Zawsze staram się zrobić wszystko jak najprędzej, coby usiąść i pobawić się z Malutką.

Przychodzi pani Leefolt i patrzy się, jak prasuję. Czasem tak robi, marszczy brwi i się patrzy. Jak na nią zerkam, prędziutko się uśmiecha, a potem poprawia włosy z tyłu, coby je napuszyć.

– Aibileen, mam dla ciebie niespodziankę.

Tera uśmiecha się szeroko. Nie pokazuje zębów, ale człowiek jakoś tak musi wpatrywać się w jej usta.

– Pan Leefolt i ja postanowiliśmy wybudować dla ciebie twoją własną ubikację. – Klaska w ręce i wysuwa brodę. –Jest tam, w garażu.

– Tak, psze pani. – Zapomniała, że tu byłam, jak ją stawiali?

– Od teraz, zamiast korzystać z łazienki dla gości, będziesz korzystała z własnej. Miło, prawda?

– Tak, psze pani. – Dalej prasuję. Telewizor gada, zara będzie leciał mój program. Ona jednak dalej stoi i się na mnie gapi.

– Czyli będziesz korzystała z tej w garażu, rozumiesz?

Nie patrzę się na nią. Nie chcę robić kłopotów, ale przecie już powiedziała, co wiedziała.

– Nie chcesz wziąść chusteczek i iść skorzystać z ubikacji?

– Pani Leefolt, nie muszę w tej chwili.

Mae Mobley w kojcu pokazuje na mnie palcem i pyta:

– Mae Mo soku?

– Przyniosę ci soczku, skarbeńko – mówię.

– Och. – Pani Leefolt parę razy oblizuje wargi. – Ale kiedy będziesz musiała, pójdziesz za dom i skorzystasz z tamtej łazienki. To znaczy... będziesz korzystała tylko z tamtej, dobrze?

Pani Leefolt ma dużo podkładu na twarzy, takiego kremowego, gęstego. Usta też wypaćkała tą żółcią, ledwo widać, że w ogóle ma jakieś usta. Mówię to, co chce usłyszeć.

– Od tera będę korzystała z mojej ubikacji dla kolorowych. Pójdę i jeszcze raz porządnie wyczyszczę cloroksem łazienkę białych państwa.

– Nie ma pośpiechu. Masz to zrobić dzisiaj, ale może być później.

Tylko że dalej stoi i bawi się obrączką, i widzę, że mam iść czyścić już tera.

Powolutku odstawiam żelazko i czuję, jak ziarno goryczy, to zasiane po śmierci Treelore’a, kiełkuje mi w piersi. Pali mnie twarz, język stanął mi kołkiem, nie wiem, co jej powiedzieć. Tego, co wiem, nie mówię, a i ona nie mówi tego, co chce powiedzieć. Dzieje się tu coś dziwnego, bo żadna nic nie mówi, a i tak prowadzimy rozmowę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Przypisy

[1] Rosa Parks – czarnoskóra amerykańska działaczka na rzecz praw człowieka, symbol walki z segregacją rasową. 1 grudnia 1955 w akcie obywatelskiego nieposłuszeństwa nie ustąpiła w autobusie miejsca białemu mężczyźnie (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).