Wydawca: AGORA SA Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 453 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sługi boże - Adam Forman

To nie przeszłość zabija. zabijają ludzie...
Z Mostka Czarownic łączącego wieże wrocławskiego kościoła rzuca się młoda Niemka, milionerka. Samobójstwo? Dla prowadzącego śledztwo komisarza Warskiego to nie jest oczywiste, tym bardziej że wkrótce w podobnych okolicznościach ginie kolejna kobieta.
W śledztwo włącza się policjantka z Berlina Ana Wittesch.
Demoniczna muzyka, niebezpieczny romans, polscy agenci Stasi, duchowni z przeszłością i mroczne kościelne wnętrza – „Sługi boże” to kryminał, który mistrzowsko prowadzi czytelnika po labiryncie intrygi i do końca pozostawia go w niepewności, gdzie bije źródło zła. Dwie nieprzespane noce w kleszczach lęku. Chcecie to przeżyć? Sięgnijcie po „Sługi boże”.

Film „Sługi boże” w kinach od 16 września 2016 roku!
W rolach głównych Bartłomiej Topa, Julia Kijowska, Małgorzata Foremniak, Adam Woronowicz i inni.
Przeczytaj, zanim obejrzysz!

„Mostek Czarownic albo Pokutnic. Wysokość od poziomu ulicy pięćdziesiąt dwa metry. Aż się prosi, by go wykorzystać. Amerykanki rzucają się z Golden Gate, Francuzki z wieży Eiffla. Nawet jakieś siatki musieli tam zamontować, tylu było chętnych na spektakularny skok. Tu na razie nie było takiej potrzeby. Jak dotąd we Wrocławiu z wieży rzucił się zaledwie jeden facet. W 2009, ale nie stąd, tylko ze Świętej Elżbiety, obok Rynku.
To będzie dobry temat dla dziennikarzy, gdy tylko rzecz zwąchają. Mostek Pokutnic pobudza wyobraźnię. Więziono tu rozpustne kobiety. Te, co szukały w życiu uciech zamiast mężów. Odrzucone przez pobożne i pracowite rodziny niemieckich mieszczan, zamiatały po nocach drewniany podest, dając przykład reszcie płci pięknej: lepiej się dobrze prowadzić, niż dać się doprowadzić na mostek. Najbardziej zepsute odlatywały stąd ponoć na włochatych capach i rogatych sukubach wprost na Górę Milczenia, Zobtenberg, obecnie Ślężę. 
Warski sam nie wie, skąd zna tę historię. Może ze szkoły? Na wycieczki z przewodnikiem nigdy nie chodził. Przecież jest stąd. Mniej więcej.
Jeżeli dziewczyna wspięła się na balustradę i mocno wybiła, miała mniej więcej pięćdziesiąt procent szans, że zawiśnie na dachu, a drugie pięćdziesiąt, że poleci dalej, z wiatrem.
Albo ktoś jej pomógł” – fragment książki

Opinie o ebooku Sługi boże - Adam Forman

Fragment ebooka Sługi boże - Adam Forman

Redakcja: Paweł Goźliński

Konsultacje: Robert Schlaffke, Jacek Harłukowicz

Korekta: Danuta Sabała

Projekt okładki: adaptacja wg plakatu filmowego projektu Krzysztofa Aratyka

Zdjęcie na okładce: Michał Mutor/Agencja Gazeta

Opracowanie graficzne i skład: ProDesGraf

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© copyright by Mariusz Gawryś, Piotr Głuchowski, Paweł Goźliński, Maciej Strzembosz, 2016

© copyright by Agora SA 2016

© copyright by Prasa i Film sp. z o.o., 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2016

ISBN: 978-83-268-1884-4 (epub), 978-83-268-1885-1 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

W ciemności nie widzi prawie nic. Coś słyszy, ale nawet jej własne słowa wracają do niej wyciszone i nieostre. Jakby przepuszczone przez warstwę wełny. Chciałaby wbić się paznokciami w tę niewidzialną, miękką ścianę, rozerwać. Ale nie może się ruszyć. Pasy wciskają się w jej szczupłe ręce i łydki. Twarz zasłaniają wielkie czarne gogle. Do odsłoniętych piersi przyklejone ma elektrody. Metalowe leże, stare i zardzewiałe, jest obite filcem – mieszaniną wełny, zwierzęcej sierści i trocin.

– Nein! – krzyczy, kiedy przez jej szczupłe ciało przenika prąd. Zaciska pięści. Wbija paznokcie w poduszki dłoni.

Wcześniej prosiła o litość po niemiecku, po polsku, po angielsku, francusku, włosku. Chciała kupić wolność za swoje ciało albo wszystkie pieniądze ojca. Teraz, po dwunastu, może dwudziestu godzinach bez snu i wody, po niekończących się seriach obrazów, które niewidzialny ktoś wciskał jej seriami pod powieki, po nieudanej próbie połknięcia języka zostało jej tylko to jedno słowo: – Nein!

Edith Kronenberg, piękna, wykształcona i skazana na sukces obywatelka świata, ściśnięta skórzanymi rzemieniami za kostki, nadgarstki i szyję, po raz nie wiadomo który zmierza – w wirtualnym świecie – do niskich czarnych drzwi bez klamki zatopionych w grubym murze z cegieł.

Rozdział 1.
Berlin

„Za późno” – kołacze się w głowie Polizeioberkommissar Any Wittesch, kiedy wysiada z fioletowego kabrioletu Porsche i stukając podeszwami rozsznurowanych martensów, przecina parking Bundeskriminalamt przy Elsenstraße. Idzie tak, jakby chciała się zderzyć z nadciągającą od strony gmachu grupą rosłych mężczyzn w czarnych kamizelkach taktycznych. Ale zderzenia nie będzie. Twardziele rozstępują się przed panią analityk – trochę z szacunku, a trochę zaskoczeni jej stanowczością. Dowodzący pododdziałem Norbert Axelbrodt – trzydziestosześcioletni, przeszło stukilowy dryblas z Kilonii – taksuje wzrokiem niewysoką blondynkę o prostych włosach, wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych i małych ustach bez śladu szminki. Pozdrawia ją, potrząsając hecklerem. W drugiej ręce trzyma kask z zamocowaną kamerą.

Ana nie odpowiada na pozdrowienie. Jest wściekła. Przyspiesza kroku, przeskakuje po dwa stopnie schodów i znika w budynku. W tym czasie grupa mężczyzn pakuje się do zaparkowanych na krańcu placu czterech furgonetek bez żadnych oznaczeń. Ich kierowcy odpalają silniki. Berlińskie Sondereinsatzkommando rusza do akcji.

„Za późno, żeby ich zatrzymać”.

A może jeszcze nie.

Policjantka biegnie korytarzem pomalowanym na odcień uspokajającej zieleni. Identyfikator, bramka, śluza, wymiana spojrzeń ze strażnikami, karta dociśnięta do czytnika, pisk odbezpieczonego zamka.

– Es wird nicht funktionieren! – krzyczy, ale nikt nie odwraca się w jej stronę.

Wnętrze centrum operacyjnego rozświetlają monitory i łysa głowa Jonasa Grubera. Polizeihauptkommissar, wyprostowany jak żołnierz, stoi między rzędami funkcjonariuszy przyklejonych palcami do klawiatur komputerów. Szary garnitur, krawat z dyskretną szpilką. Nie będzie się musiał przebierać, gdy pojedzie odbierać gratulacje w Bundesminister des Innern.

– Es wird nicht funktionieren – powtarza Ana, zatrzymując się obok szefa. Celuje podbródkiem pomiędzy dwa główne monitory. Na lewym widać prostokątne dachy ustawionych w czworobok magazynów i zaparkowane na wewnętrznym placu dwa samochody.

– Powiększ – nakazuje Gruber. Operator drona wykonuje polecenie. Samochody na monitorze rosną coraz bardziej. To czarne toyoty land cruiser. Jest jeszcze trzech ochroniarzy z psami, którzy niespiesznie krążą między magazynami. Od kiedy trzy godziny temu na teren nieczynnej fabryki farb wjechały auta, nie zmienili swoich trajektorii.

– Es wird nicht funktionieren.

– Es erfolgt – Gruber pociera starannie wygolony podbródek. – Już się udało.

Nie patrzy na Anę. Gapi się w prawy ekran. Drugi dron, który sunie czterdzieści metrów nad autostradą, filmuje kolumnę furgonetek. Ruch w sobotni poranek jest minimalny. W ciągu pięciu minut wozy Sondereinsatzkommando miną Britz Neukölln i Rudow.

– Kiedy będą na miejscu? – pyta Gruber.

– Kontakt za dwanaście minut – rzuca skulony nad monitorem policjant.

– Każ im zawracać! – warczy Ana.

– Oszalałaś? – Gruber próbuje ją usadzić.

– Musimy przełożyć akcję. Oni nas tylko badają...

– Przestań! Wcześniej mówiłaś coś innego.

Nie wie, co ma odpowiedzieć.

Może po prostu: „Zmieniłam zdanie”.

Albo: „To ty mnie nauczyłeś, że wątpliwości są naszym obowiązkiem służbowym”.

Powinna też dodać: „Przecież sam wiesz, jak to jest z nowymi gadżetami”.

Gadżet, o którym myśli, zaledwie miesiąc temu trafił do niej dzięki hojności Sojuszu Pięciorga Oczu, podsłuchowego kartelu stworzonego przez największe agencje wywiadowcze Zachodu. Z głównej kwatery amerykańskiej NSA w Fort Meade nowy software został dostarczony do placówki Bundesnachrichtendienst w Wiesbaden-Erbenheim. Amerykanie byli pełni podziwu dla tempa, w jakim nadkomisarz Wittesch opanowała system, który likwidował lukę w systemie globalnej inwigilacji. Jego zadaniem było przechwytywanie transmisji internetowych i rozmów telefonicznych prowadzonych z samolotów. Na przykład kursujących między lotniskami w Belgradzie, Budapeszcie, Berlinie i Grazu. Jankeskim instruktorom wydawało się, że to tylko testy. Ale Ana już pracowała. Trzy miasta wybrała nieprzypadkowo. Od chwili wykrycia niewielki, bałkański kanał przerzutu migrantów, zwany w niepisanej nomenklaturze Bundespolizei „trzynastym korytarzem”, wydawał się jej inny niż pozostałe. W pierwszej chwili trudno było orzec dlaczego. Kanały – jak górskie strumienie po ulewie – wzbierały, krzyżowały się, znikały, odradzały w zmodyfikowanych formach. Od wiosny 2015 roku już mało kto za tym nadążał, a jeszcze mniej ludzi orientowało się, co jest naprawdę grane. Bo niby wszystko jasne: źli ludzie korzystali z chaosu na granicach Unii, żeby przeszmuglować broń, śmiercionośne chemikalia, narkotyki i kobiety. Ale po odcyfrowaniu wiadomości głosowej, którą pasażer lotu Belgrad – Graz ściągnął z sieci razem z trailerem indyjskiego filmu „Serce ze złota” – Ana sądziła, że się przesłyszała. Sądziła, że to z powodu kiepskiej jakości nagrania – wtórnie wygenerowanego z ciągów zer i jedynek. Albo że nadawca informacji, sądząc po akcencie berlińczyk o bośniackich korzeniach, ma kłopoty z niemieckimi liczebnikami. Faktycznie: są długie, szczególnie jeśli chce się opisać bardzo duże sumy pieniędzy. Albo wielkość transportu heroiny. Ale czy Bośniak mógł się pomylić aż o dwa zera? Mało prawdopodobne. Poza tym zarysy planu, który wyłonił się ze strzępów przechwyconych informacji, wydawały się całkiem logiczne. Bo dlaczego nie wykorzystać kolejnej fali nieszczęśników szturmujących kolczaste płoty i próbujących wedrzeć się do Europy, aby przerzucić siedem ton gówna w trzy miesiące. Siedem tysięcy kilogramów. Siedem milionów gramów. Po przesypaniu – trzydzieści milionów działek. Albo i więcej – zależy, jak i z czym się zmiesza.

Ktoś postanowił zapewnić ćpanie całej Belgii, Holandii i Skandynawii na kilka lat.

Pasażer lotu Belgrad – Graz, turecki fan bollywoodzkiego kina, miał na imię Adnan. Z Grazu poleciał zwykłym rejsem do Monachium, potem do Berlina. Dwadzieścia cztery godziny po wylądowaniu tam wszyscy, którzy się z nim zetknęli w ciągu ostatnich tygodni, byli już na podsłuchu. Dwanaście dni później Adnan doprowadził niemiecką policję do dawnego magazynu farb na granicy Waßmannsdorf, blisko lotniska Schönefeld. Trzeba było tylko czekać na pierwszy transport.

* * *

– Es hat geklappt, wszystko idzie zgodnie z planem. Nie denerwuj się.

Anie wystarczył zapach wody West Indian, żeby się zorientować, kto zjawił się za jej plecami. Ale jego obecność wcale jej nie uspokaja.

Kommissaranwärter Georg Romm tak jak Axelbrodt ma prawie dwa metry wzrostu. Tylko że w odróżnieniu od dowódcy grupy uderzeniowej nie jest atletą. Może dlatego wydaje się przystojniejszy? Właściwie jest bardzo przystojny. Ale to – do cholery! – nie znaczy, że wolno mu przy Jonasie trącać kolanami jej tyłek.

Wkłada kciuk do ust i przygryza krótko obcięty paznokieć.

– To się nie uda – powtarza coraz bardziej zirytowana.

Całą noc nie mogła zasnąć. Wszystko przez to, że przygotowania do akcji szły zbyt gładko. Odbiorcy składali zamówienia, jakby kupowali stalowe pręty – a nie heroinę. Umawiali się otwartym tekstem, wymieniali adresy, konkretne godziny.

Kilka minut po czwartej Ana poszła do łazienki i patrząc bez zainteresowania w swoje podkrążone oczy, zadzwoniła do Jonasa. Ale szef przerwał jej w połowie trzeciego zdania. Kazał wracać do łóżka. Dwa razy powtórzył, że wykonała świetną robotę. Że teraz czas na występ chłopców z Sonderneinsatz. A potem będzie przecież jeszcze masa do zrobienia, także dla Any. Właściwie ciekawa praca dopiero się zacznie. Kiedy uchwycą oba końce przemytniczego łańcucha.

– Ty już zrobiłaś swoje...

Czy jej się zdawało, czy rzeczywiście słyszy w słowach Georga protekcjonalny ton? Chyba postanowił od rana sobie u niej nagrabić.

– Jestem pewna, że oni tylko testują nową trasę – Ana odkleja się od Georga. Okrąża Grubera i staje pod ekranami twarzą do szefa. – To nie jest prawdziwy transport. To symulacja.

– Towar jest w autach – Gruber pokazuje jej, żeby przestała zasłaniać monitor. – Od dziewięciu godzin nagrywamy każdego gołębia, który sra w tej okolicy. Towar tu był, tu jest, a za godzinę będzie u nas w piwnicy. Za to ty powinnaś odpocząć. Spałaś w ogóle?

– Jadą! – Georg trąca Anę. Chyba naprawdę chce wywołać między nimi wojnę domową.

– Dwa pojazdy, granatowy ford pikap i czarny mercedes – pochylony nad klawiaturą operator drona jeszcze bardziej przybliża obraz. Wyostrza się na ochroniarzach, którzy właśnie otwierają bramę. Ford parkuje między kałużami. Z szoferki wyskakuje dwóch mężczyzn. Z mercedesa kolejnych trzech. Zaczynają przerzucać między samochodami ciężkie kartonowe pudła.

– Informuj drogówkę – Jonas znów gładzi żuchwę.

– Kogoś mi tutaj brakuje – Ana unosi dłoń. – Chyba nie zapłacą za transport ochronie?

– Nie mamy pewności, czy to ochroniarze.

– A kto może łazić dookoła posesji przez dziewięć pieprzonych godzin w deszczową noc? – ręka Any wskazuje faceta, który dźwiga paczki, omijając kałuże. Operator zrobił już tak bliski najazd, że widać zakola na czole kierowcy pikapa. – Kto to, do cholery, jest? Pablo Escobar? Czy jakiś burak na wynajem? Gdzie jest nasz Adnan? Dlaczego tu nikogo ważnego nie ma?! To jest podpucha, falsche Spur.

– Nie ma Adnana, ale towar jest – Jonas zwraca się do Georga. – Każ siódemce przyspieszyć.

Kolumna przejeżdża właśnie przez most nad kanałem Teltow. Gdy polecenie dociera, kierowcy dodają gazu i furgonetki szybko nikną w tunelu. Ci w Waßmannsdorf – przeciwnie – załadowują granatowego pikapa tak powoli i bez nerwów, jakby przerzucali kartony z makaronem. Dopiero po dziesięciu minutach naciągają brezent na pakę. Załadowany mercedes rusza pierwszy, ford za nim. Dron nad samochodami. Ochrona zamyka bramę.

– Nie było przekazania pieniędzy.

– Siódemka, trzymamy się planu.

Axelbrodt i jego ludzie już wynurzyli się z tunelu przed Schönefeld. Od forda i mercedesa dzieli ich półtora kilometra. Kontakt nastąpi na drodze numer dziewięćdziesiąt sześć. Odcinek między żwirownią a magazynami Dachsera – z jednej strony bariera, rów i pole, z drugiej nasyp i tory. Pusto, żadnego ruchu. Chłopcy z Verkehrspolizei zrobili swoje.

Niecała minuta do kontaktu.

Obrazy z obu dronów zaczynają się nakładać. Dwadzieścia sekund. Dziesięć. Pięć. Pierwsza furgonetka mija się z mercedesem, druga już zwalnia, trzecia hamuje, czwarty policyjny wóz staje w poprzek drogi. Kierowca mercedesa reaguje błyskawicznie: dodaje gazu – z góry widać czarny obłok spalin – i taranuje przydrożną bandę. Gdyby miał większy impet, może udałoby mu się pokonać także i rów. Ale go nie miał.

Pikap nie może zawrócić. Odbija w lewo. Wali między drugi i trzeci furgon komanda. W sali operacyjnej nie słychać zgrzytu rwanej blachy – ale snop iskier trudno przeoczyć. Specjalsi Axelbrodta już się wysypali z samochodów, na lewym ekranie zamiast widoku z kamery drona widać teraz skaczący obraz z hełmu dowódcy. Pojawia się i dźwięk. Krzyki, śniadolicy mężczyźni na kolanach, kajdanki w ruchu. Przekleństwa. Kamera na forda. Brezent z paki na bok, długi nóż w paczce heroiny, obraz znika, potem przez chwilę widać tylko zachmurzone niebo. Trzaski na łączach.

Głosy wśród trzasków:

– Sprawdź drugą.

– Schwindel! Meine Fresse!

– Nie rzucaj tego!

– Sprawdź!

Nadal bardzo zły obraz. Axelbrodt musiał zdjąć hełm. Niebo i ziemia na monitorze wirują.

– Fake! To samo gówno.

Cały ekran zajmuje teraz twarz Norberta Axelbrodta. Zbliża usta do kamery. Obiektyw zachodzi parą.

– Przejęliśmy bez strat jakieś czterysta kilogramów ziemi do kwiatów.

* * *

Ramię z nożem zatacza w półmroku ciasny łuk. Cios jest niesygnalizowany i perfidny – w szyję. Ana robi półobrót, schodzi z linii ataku. Jednocześnie schyla się i podbija nadgarstkiem łokieć napastnika. Kopie go w piszczel. Mężczyzna chwieje się, ale utrzymuje na nogach. Jednak zanim udaje mu się powtórzyć cios, Ana skacze na niego. Powala na ziemię. W parterze przygniata kolanem przedramię. Chwyta dłoń napastnika. Wykręca do wewnątrz i odgina w swoją stronę. Jeszcze mocniej. Wydaje się jej, że słyszy trzeszczące stawy.

– Zwariowałaś! – krzyczy mężczyzna. Ana odpuszcza.

– Przepraszam.

Krótkie buczenie, a potem rozbłysk halogenów nad ringiem. Policjantka mruży oczy.

– Rozumiem, że chciałaś odreagować, ale to nie powód, żeby ze sparingpartnera zrobić kalekę. – Jonas Gruber nadal ma na sobie koszulę ze sztywnym kołnierzykiem, ale krawata i marynarki się pozbył. Rękawy podwinął. Zamiast odbierać pochwały w ministerstwie, wisiał ostatnią godzinę na telefonie. Zamiennie kajał się i przeklinał.

– Ostrzegałam cię, że będzie wtopa.

– To już nie ma znaczenia.

– Gdybyś mi pozwolił wyjść zza biurka... – Ana bez skrępowania ściąga bawełnianą koszulkę. Zostaje w ciasnych spodniach od dresu i sportowym biustonoszu. Ramiona okrywa ręcznikiem. Ściąga gumkę frotkę. Kosmyk jasnych włosów przykleja jej się do spoconego policzka.

– Niczego by to nie zmieniło.

– Mam dosyć bycia białkowym interfejsem! Zasłużyłam na to, by samodzielnie...

– Pogadamy o tym innym razem. Dziś raczej wszyscy zasłużyliśmy na urlop – znaczące spojrzenie, którym Gruber częstuje sparingpartnera Any, sprawia, że młody policjant natychmiast znika w szatni. Zatrzaskuje za sobą drzwi.

– Nasz Adnan urwał się grupie i zniknął z eteru – ciągnie Gruber. – Dokładnie wtedy, gdy wjechaliśmy...

– Więc miałam rację. Gdybyś zaczekał, dopadlibyśmy następny transport. Prawdziwy.

– Teraz to nie ma znaczenia. Oberrat szuka już kozła ofiarnego i gwarantuję ci, że go znajdzie.

Ana próbuje złapać spojrzenie Grubera, ale on unika jej wzroku.

– Jesteś pierwsza na linii strzału. Nie sądzę, żebym był w stanie cię ochronić.

– Czy to znaczy... – Ana podchodzi do Grubera i w końcu ich spojrzenia krzyżują się.

– Nadal chcesz jechać do Wrocławia?

Ana milczy.

– Chcesz czy nie?

– Chcę.

– Also... Więc załatwione. Zadzwoniłem półprywatnie do sufragana Berlina. On powiadomi kogo trzeba, żeby cię dobrze przyjęli. Wyjedziesz pojutrze, znikniesz z radaru do czasu, aż Oberrat i dyrektor o tobie zapomną. A my spróbujemy naprawić, co się da. Nie patrz tak, poradzimy sobie bez ciebie. Tylko...

– ...tylko co?

– Potraktuj, proszę, sprawę zawodowo. Jasne? Twoja przeszłość to zamknięta sprawa. Nie grzebie się kijem w zaschniętym szambie, bo znów będzie śmierdziało.

– Chcesz mnie obrazić, Jonas?

– Chcę ci tylko powiedzieć tyle, że najgorsze, co mogłabyś teraz zrobić, to wracać... Sama zresztą wiesz, ile nas kosztowało, żeby nikt już nie pytał o tamte sprawy. Więc po prostu postaraj się tego nie spieprzyć.

* * *

Przez uchylone okno z widokiem na U-Bahn Hallesches Tor wpada zapach przypalonej pizzy. Ana nawet go nie wyczuwa. Zbyt jest zajęta opróżnianiem szafy i ładowaniem zawartości do dwóch rozłożonych na łóżku waliz.

Zgarnia z półki stertę T-shirtów i układa obok upchniętych byle jak dżinsów. Podnosi wzrok na wiszącą nad łóżkiem starą fotografię w nowej antyramie. Sielanka w wyblakłych kolorach ORWO: uśmiechnięty mężczyzna w marynarce z klapami wielkości żagli, młoda kobieta w sukience z Kaufhalle przy Alexanderplatz, między nimi czteroletnia na oko dziewczynka oparta o plastikowe drzwi wartburga zaparkowanego tuż przed wejściem do bloku z wielkiej płyty.

Zdejmuje zdjęcie ze ściany. Waży je w dłoniach, jakby chciała sprawdzić ciężar swojego dzieciństwa. Nie pamięta, kiedy zostało zrobione. Te lepsze wspomnienia z dwupokojowego mieszkania na trzecim piętrze znikły krótko po tym, gdy zniknęli jej rodzice. Teraz pamięta głównie ciężką ciszę przy stole, nerwowe rozmowy za gipsową ścianką, trzaskające drzwi i płacz matki.

Wciska fotografię między T-shirty. Zamyka klapę walizy i ciągnie za suwak. Za mocno. Zawleczka zostaje jej w palcach.

– Scheiße!

Wzbogaciłaby wiązankę przekleństw, ale nie pozwala jej gwałtowne stukanie do drzwi. Trzy razy szybko, dwa razy wolno. Georg. Wrócił dwa dni po ostatniej kłótni. Nie ma klucza do jej mieszkania. Żaden z partnerów Any go nie miał.

– Wchodź – ona otwiera drzwi i cofa się bez uśmiechu w głąb przedpokoju.

Chociaż wrześniowe popołudnie jest słoneczne – za oknem, na Mehringplatz, młodzi ludzie chodzą jeszcze w krótkich gatkach i klapkach – jej chłopak ma na sobie dżinsy i do połowy zapiętą kurtkę przeciwdeszczową. W ręku kask.

– Co jest grane? – pyta. – Wyjeżdżasz gdzieś?

– Widzisz przecież – ona już jest w pokoju. – Pakuję się.

– Ale dokąd?

– Nie pytaj. Decyzja Jonasa. Nagła sprawa. Wyjeżdżam zaraz.

– Dokąd?

Milczenie. Ana zasuwa zamek mniejszej walizki. Georg podchodzi bardzo blisko, lecz jej nie dotyka.

– Czemu się wściekasz? Przecież tamto, ta wtopa... to nie moja wina. Twoja też nie. A zresztą... Scheiß drauf! To jest tylko praca, a my... – dłoń Georga kroi powietrze. – Muszą być jakieś granice.

– Jakie granice? – Ana robi dwa kroki w tył, zamyka okno i zgarnia z parapetu torbę listonoszkę, pęk kluczy i token na łańcuszku, który wiesza na szyi. – Jeśli chcesz zamykać za sobą drzwi o szesnastej i nie myśleć o pracy, zatrudnij się na poczcie!

Georg próbuje zamknąć jej usta pocałunkiem, ale Ana pcha go na walizki. On od razu odzyskuje równowagę, robi groźną minę, klepie dłonią we własną skroń, choć ma wielką ochotę klepnąć Anę.

– Odbiło ci? Jeśli masz mnie dość, nie musisz uciekać. Wystarczy powiedzieć.

Ona przygląda mu się, jakby nie do końca zrozumiała sens jego słów.

– Głupek – uśmiecha się w końcu. Staje na palcach i całuje chłopaka w ucho. – Pomożesz mi z bagażami czy będziesz tak sterczał do mojego powrotu?

Jonas nie rusza się z miejsca.

– Dobra. Poradzę sobie.

– Przecież tak wolisz. Sama.

Rozdział 2.
Wrocław

Intensywnie purpurowa szminka powoli wysuwa się z oprawki. Męska dłoń ostrożnie maluje małe usta.

Dziewczynka ma rude włosy i piegi, które równomiernie obsiadły jej twarz. Ma osiem, może dziewięć lat i przerażenie w oczach. Drżą jej powieki i bose stopy. Pomalowane na cynober paznokcie u stóp jeszcze schną. Siedzi sztywno na taborecie pośrodku pokoju z resztkami oliwkowej lamperii obłażącymi ze ścian. Kiedyś była tu szwalnia. Ale po maszynach zostały tylko połamane stoliki.

Na jednym z nich przysiadł szczupły blondyn o ostrym nosie i głęboko osadzonych stalowych oczach. Pochyla się nad dziewczynką. Trudno ocenić, ile ma lat. Jest upudrowany, usta pociągnął błyszczykiem, ogolił dziś rano pachy i genitalia. Teraz ma na sobie tylko szary szlafrok, klapki i czarne gumowe rękawiczki.

– Wiła wianki... – nuci pod nosem.

Jeszcze jedno pociągnięcie szminki. Prawie gotowe. Trzeba tylko zetrzeć nadmiar czerwieni, która wylała się na lewy policzek. Mężczyzna łagodnie uśmiecha się do dziecka.

– Wiła wianki i wrzucała je do wody... – śpiewa i wyrywa z saszetki wilgotną chusteczkę.

Przez chwilę wydaje mu się, że słyszy za drzwiami jakiś dźwięk. Milknie na chwilę.

Nie, tylko mu się wydawało.

Albo nie wydawało.

* * *

Za metalowymi, pokrytymi złuszczoną farbą drzwiami, na ciemnej klatce schodowej, czai się sześciu mężczyzn. Pięciu – w jednakowo czarnych polowych mundurach, w hełmach i okularach balistycznych – to chłopy na schwał. Grube szyje, osłonięte rękawicami wielkie dłonie, w których trzymają glauberyty, a jeden – taran do wyważania drzwi.

Szósty mężczyzna jest niższy, wręcz drobny. Wciąż młodzieńcza, choć pobrużdżona twarz. Szatyn z początkami siwizny na skroniach. Nie ma na sobie munduru, tylko czarną kurtkę z kołnierzem, pod nią ciemną bluzę, dżinsy i sznurowane trekkingowe buty. Jego ruchy są czujne, gdy cała grupa posuwa się ostrożnie wzdłuż obdrapanych ścian. Pierwszy, który dociera do metalowych drzwi, klęka na jedno kolano. Wsuwa w szparę nad progiem wizjer na sztywnym kablu. Ten w dżinsach pochyla się nad ekranem. Ruch światłowodu, zielonkawy obraz powoli się przesuwa. Dotknięcie monitora – zbliżenie. Za progiem i szerokim korytarzem, za czymś, co może być wypełnionym lalkami koszem na zakupy, za niską stalową komodą – stoi zgarbiony blondyn w szlafroku i podłączoną do gniazdka lokówką układa rude włosy dziewczynki. Równie dobrze może być to prostownica. Ale oglądający mają to w dupie – wystarczy, że urządzenie jest gorące, pod napięciem i skurwiel trzyma je przy twarzy dziecka.

– Wiła wianki i wrzucała je do falującej wody... wiła wianki i wrzucała je... i przyszedł do niej rycerzyk młody... rycerzyk młody – nucenie przechodzi w cichy śpiew. Blondyn właśnie wchodzi w fazę plateau. Ostatnie przygotowania są dla niego piękniejsze od samego aktu. Szczególnie kiedy warunki pozwalają na to, aby wszystko przeciągać w nieskończoność. Tak jak teraz. Jeszcze jeden kosmyk miedzianych włosów. W oczach ośmiolatki – łzy. Dotyka ich językiem. Są gorzkie i trochę kwaśne. Ta kwaśna nuta to strach. Strach zmienia wszystko: smak skóry, woń potu, nawet konsystencję płynów ciała. Wywołuje galopadę serca, duszność, ból jak po niespodziewanym ciosie w mostek, zawroty głowy, dreszcze i mdłości. Skleja organy zimną galaretą. Niewysoki mężczyzna w kurtce, który ogląda scenę na ekranie wizjera, wie to z autopsji.

* * *

Drzwi są zbyt mocne nawet dla tarana. Trzeba założyć ładunki. Kiedy pirotechnik kończy, reszta facetów upchniętych na klatce odsuwa się od drzwi.

Trzy, dwa, jeden!

Równoczesne eksplozje rozrywają stalową futrynę. Stalowe skrzydło wpada do środka, krzesząc iskry na betonowej posadzce.

– Gleba, kurwa! Gleba!

Antyterroryści rozpełzają się w kłębach dymu poprzecinanego przez błyski latarek.

Koniec podniecających planów, koniec pieśni o wiankach, rycerzyk młody łapie dziecko wpół.

Obchodzą go z trzech stron, celują w jego stronę, krzyczą. Osaczony przyciska dziewczynkę do siebie. Przykłada lokówkę do wilgotnej szyi. Robi dwa kroki w tył – opiera plecy o odarty z tynku filar.

– Postaw dziecko na ziemi! – drżąca czerwona plamka z kolimatorowego celownika kładzie się na ustach blondyna. On podciąga w górę dziewczynkę i chowa twarz za jej głową. Przez moment światełko błyska na czole dziecka – i gaśnie.

– Odsuń się! Postaw dziecko na ziemi!

– Postaw dziecko na ziemi!

– Na ziemi!

Policjanci wrzeszczą jeden przez drugiego. Dziewczynka piszczy. Blondyn coś szepce jej do ucha. Zbliża lokówkę do policzka. Jeszcze bliżej...

Strzał pada z końca zaczadzonej sali, zza pleców ludzi w hełmach, z kłębów poderwanego w ciemności kurzu.

Komisarz Waldemar Warski wynurza się z cienia. Głowa pochylona, nieco przekrzywiona w prawo, ramiona wyciągnięte, zgięte łokcie. Wciąż trzyma glocka na wysokości oczu. Od postrzelonego blondyna, który mimo czarnej dziury tuż nad lewą brwią wciąż stoi na obu nogach, dzieli go już tylko nadłamany stół. Policjanci łapią dziewczynkę.

Lokówka upada na podłogę.

Warski podchodzi do nieboszczyka tak blisko, że widzi grudki pudru, który tamten położył sobie na twarz. Chwilę trzyma lufę na jego czole, tuż obok rany wlotowej, z której dopiero teraz zaczyna sączyć się brunatna krew. Ma ochotę zrobić drugą dziurę. Ale jeden z funkcjonariuszy w czerni kładzie mu rękę na ramieniu.

– Nie trzeba, panie komisarzu.

Gdy oficer odwraca głowę, wielki natychmiast cofa swoje ramię. W szarych oczach Warskiego dostrzega coś, czego nie chce widzieć.

Martwy blondyn osuwa się na posadzkę i przewraca na bok.

* * *

Pół godziny później komisarz wsiada sam do granatowego saaba, który już ledwo pamięta lata swej świetności. Wciąż drżą mu dłonie. Nie potrafi też zapanować nad rozdygotaną powieką. Ze schowka w podłokietniku wyciąga srebrny termos. Wciska guzik na wklęsłym wieczku. Pije łapczywie. Przerywa mu dopiero stukanie w szybę.

Warski krztusi się. Płyn pryska na spodnie. Ma ochotę posłać intruzowi wiązankę. Ale na widok niezdrowo opuchniętej twarzy za oknem tę ochotę traci. Temu facetowi akt zgonu wystawią jeszcze przed pięćdziesiątką. A szkoda. Bo Jacek Hryniewicz to w gruncie rzeczy porządny chłop.

Jest dziennikarzem tutejszej „Wyborczej” i prezentuje się równie niewyjściowo jak dwudziestoletni fiat siena, którym przyjechał. Sztruksowa marynarka w kolorze zleżałego ziemniaka, sprana arafatka na szyi, popielata cera. Woń czterdziestu wypalonych od rana fajek wdziera się do samochodu, gdy tylko Warski uchyla okno.

– Widzę, że ma pan wolną chwilę – redaktor chrypi jak świętej pamięci Jan Himilsbach.

– A pan co tu robi?

– Podziwiam spektakularne zakończenie śledztwa w sprawie łowcy dzieci.

– Kto ci nadał, że to tutaj? – gliniarz chowa termos, zamyka schowek, palcami lewej ręki zaczyna bębnić po kierownicy.

– Paaanie komisarzu. Przecież pan mi nawet nie powinien takich pytań zadawać. Ochrona źródła rzecz święta.

– Tajemnica służbowa rzecz święta.

– Ale ja o nic pana nie zamierzam pytać. Już wszystko wiem. Dziura w czole, tradycja... Ja z tym problemu nie mam, jak dla mnie – chuj zwyrolowi na grób. Info już pchnąłem do sieci. Przychodzę w innej sprawie.

– Najpierw śpiewaj, kto ci daje cynki? Ktoś od nas czy...

– Chcę pisać o panu, a nie o łowcy.

– O mnie? A po co?

– Woli pan czytać o sobie „kowboj”, „pogromca” i te inne bzdury czy coś poważniejszego? Pański przypadek to temat na duże story.

– Moje życie to nie jest żaden temat, Jacek.

* * *

Na pierwszym piętrze rozpartego na rogu Podwala i Muzealnej ciężkiego gmachu komendy wojewódzkiej policji – w pokojach od sto piętnaście do sto dwadzieścia jeden – od rana panuje atmosfera jak po wygranym meczu Śląska Wrocław. Koledzy Waldemara Warskiego – na co dzień mrukliwa zgraja gburów i cyników ze skłonnością do nadużywania wszystkiego, co się da – tym razem mogliby zagrać w reklamie banku albo sieci komórek z abonamentem lub bez. Szerokie uśmiechy na ustach, eksplozje entuzjazmu, przybijanie piątek. Brakuje tylko kieliszków z szampanem. Ale wypitka jeszcze się zdarzy: wszyscy zainteresowani już wiedzą, co Warski odstawił w starej szwalni. Wiedzą też, o której i gdzie godziną hałasu zostanie zbezczeszczona pamięć skurwysyna, którego posłał do piekła. Tylko inspektor Andrzej Konarski, ich szef, nie zna ani adresu, ani godziny. Domyśla się, że pójdą na ubaw bez niego – co go wkurwia i zmusza do zdjęcia munduru oraz poluzowania krawata.

– To się robi jakaś pieprzona seria, kapujesz? – syczy, gdy Warski zamyka drzwi jego gabinetu. Wszystko jest tu powycierane, brzydkie i nie od kompletu. Z wyjątkiem pięknego widoku na fosę i dachy Starego Miasta. – Ciebie to może bawi?

– Tam było dziecko. Jego życie było bezpośrednio zagrożone... – komisarz prostuje kolejne palce – ...artykuł siedemnasty.

– Ty mnie nie będziesz uczył regulaminu, Waldek! I nie mnie będziesz się tłumaczył – „Konar” sapie, kiedy unosi siedzenie z obrotowego fotela. Przez wpółotwarte okno słychać jadącą na sygnale karetkę pogotowia. – To nie będzie jakaś rutynowa dyscyplinarka, tylko postępowanie wyjaśniające. On nie był uzbrojony.

– Miał...

– Lokówkę? Jaja sobie robisz? Ubiłeś go, zanim prokurator zrobił z niego podejrzanego, więc nie licz, że wszystko samo przyschnie...

Wygląda żałośnie ten stary pierdziel, który się boi, że podwładny ze skłonnością do strzelania podpiłuje mu krzesło. Dlatego Warski unika spojrzenia szefa, gdy zaczyna gestykulować.

Szkoda go. Był naprawdę niezłym gliną, zanim przyspawali mu fotel do dupy. Pięćdziesiątka stuknęła mu dawno, swoje wypił, o czym zaświadcza każdy skrawek jego skóry. Pod oczami już nawet nie worki, ale kowalskie miechy. Dawno minęły czasy, kiedy obracał na służbowej kanapie stażystki, młode funkcjonariuszki i pewną panią prokurator. Było, minęło... wszystko oprócz kanapy.

– Jeśli zaczną wyciągać twoją historię, powiążą tę dziewczynkę ze... Czy ty mnie w ogóle słuchasz?!

Warski robi gwałtownie w tył zwrot. Rusza w stronę drzwi.

– Ja nie skończyłem z tobą! Wracaj!

Obite wołową skórą drzwi na szczęście nie trzaskają zbyt głośno. Jeszcze tego brakowało, żeby na całym piętrze dawnego prezydium Kriminalpolizei miasta Breslau słyszeli, w jaki sposób podwładny żegna się z pierwszym zastępcą komendanta dolnośląskiej policji.

* * *

– Twoja kula zniszczyła mu układ limbiczny. Nawet gdyby przeżył, nigdy by się już nie zakochał.

– Myślisz, że mógł kochać ośmiolatkę?

– Jestem patologiem, a nie filozofem, ale chyba musielibyśmy zdefiniować na nowo słowo „miłość”. Tylko że ty miałbyś z tym kłopot – w migdałowych jasnych oczach Magdaleny Batorzyńskiej jest coś, co każe Warskiemu zrobić pół kroku w tył. I odwrócić spojrzenie od platynowych loków, jasnej karnacji, długiej szyi. Jego wzrok ląduje na sino-bladej twarzy zaszytego przed godziną trupa.

– Jeżeli połączenie pociągu seksualnego z uczuciami bliskimi opiekuńczości nazwiemy miłością... – pani patolog podchodzi do cofającego się Warskiego tak blisko, że znów może poczuć zapach kardamonu i limonki. Bright Crystal. Jej ulubione perfumy. Jeszcze całkiem niedawno różowy flakon z korkiem jak przerośnięty diament stał na półce w jego łazience. – ...To może i ją kochał.

– Słowne gierki. On by zabił zaraz po wszystkim. Wcześniej już tak robił. Przynajmniej dwa razy.

Lekarka obserwuje policjanta. Widzi zmarszczki, niestarannie zgolony zarost na zapadniętych policzkach i cofniętej brodzie, czuje przywleczoną z komendy woń papierosowego dymu.

– Ja go nie usprawiedliwiam, tylko próbuję zrozumieć, co się dzieje w mózgu psychopaty. Tobie też by nie zaszkodziło.

– I cóż odkryłaś?

Magdalena Batorzyńska nauczyła się ignorować ironiczne uwagi Warskiego, podobnie jak jego wielogodzinne seanse milczenia, nagłe eksplozje złości i gwałtowne przebudzenia w środku nocy. Tylko że to wciąż było za mało. Musiałaby się jeszcze nauczyć życia z człowiekiem, od którego co jakiś czas oddzielała ją pancerna szyba. Szyba zapadająca nagle, pozornie bez przyczyny.

– Myślę, że on chciał się z tą małą fizycznie zjednoczyć.

– Jasne.

– Chyba nie rozumiesz. Seks z małoletnimi to jedynie sposób, żeby samemu stać się znowu dzieckiem. Dlatego się wydepilował i umalował. Zrobił sobie nawet lewatywę. Chciał być czysty. Niewinny. Jak jego ofiara. Z jego punktu widzenia zabójstwo to tylko niechciana, lecz nieunikniona konsekwencja.

– Czego?

– Jego sytuacji, że tak powiem, prawnej. I oczywiście że nie da się cofnąć tego, co zrobił. Podobnie jak twojej kuli. I wypowiedzianych słów.

Patolożka niemal ociera się o policjanta, lecz w jej bladoniebieskich oczach nie ma żadnych „uczuć bliskich opiekuńczości”. Przeciwnie: zapalają się zimne ognie, które Warski słusznie odbiera jako sygnały alarmowe.

– Kiedyś mózgi zwyrodnialców preparowano do badań... – zmiana tematu i jednoczesne okrążenie stołu z nieboszczykiem wydaje się teraz komisarzowi jedynym rozsądnym posunięciem. Nie będzie flirtu, nie będzie powtórki.

– Nadal się to niekiedy robi... – Magdalena zmienia ton na profesjonalny, co może oznaczać gotowość do rozejmu. Albo przyczajenie się przed atakiem. – Powstają wciąż nowe teorie. Dwaj panowie z Los Angeles doszli do wniosku, że mózg psychopaty działa podobnie jak mózg epileptyka. Z kolei pewien neurobiolog z Uniwersytetu Kalifornijskiego utrzymuje, że przyczyną dewiacji jest hormon wydzielany przez ciało migdałowate...

– A o tym skurwielu co mi możesz powiedzieć? – policjant przygląda się dziurze w wypukłym czole leżącego.

– Na razie nic ciekawego. Dopiero wyjęłam podroby. Wstępny raport będzie gotowy za tydzień, najwcześniej. Mam mnóstwo innych zajęć.

Zabolało. Jednak.

– Gratuluję – Warski przeciska słowa przez zęby. – Zawsze byłaś bardzo, że tak powiem, aktywna. Ale nie ma sprawy, mnie też się nie spieszy. Też mam co robić.

Odwraca się i wychodzi bez pożegnania. Doktor Batorzyńska uśmiecha się do zamykanych drzwi. Potem nakłada rękawiczki i okulary. Przechodzi do przeszklonego dygestorium, gdzie w niklowanych kuwetach spoczywają trzewia pedofila.

* * *

– Nooo, Warski, wreszcie! – na widok wchodzącego do sali komisarza inspektor Konarski wali otwartą dłonią w przykryty popielatym suknem blat. Za mocno. Jego własna czapka podskakuje na stole, jakby miała czkawkę, a jedna z plastikowych butelek z mineralną bez gazu przewraca się i stacza na podłogę. Nikt się po nią nie schyla. Troje pozostałych członków komisji dyscyplinarnej siedzi sztywno w plastikowych krzesłach.

– Pan się spóźnił, komisarzu, czekamy na pana od siedmiu minut.

Barbara Jachranicka zwana Bachą jest młodsza od Warskiego, ale dosłużyła się już podinspektora i naczelnika wewnętrzniaków. Ma szczurzą twarz z wymalowaną na niej służbową obojętnością, ufarbowane na burgund włosy spięte w koński ogon i piersi spoza skali, które rozpychają się pod mundurem. – Spotkaliśmy się tutaj, aby ocenić...

– Aby porozmawiać... – „Konar” ma ochotę na szybki finał, więc rozkłada dłonie dobrotliwym gestem proboszcza, który ma do powiedzenia już tylko tyle, że ofiara spełniona.

– ...aby ocenić zasadność kroków, które zostały podjęte podczas nieudanej próby zatrzymania podejrzewanego... – podinspektorka nie pozwala sobie przerwać.

– Wolałbym, żebyśmy mówili o udanej akcji odbicia małoletniej... – próbuje prostować Konarski. Bez skutku.

Warski odkasłuje.

– Może przynieść panu spluwaczkę? – Jachranicka wyciąga pod stołem masywne kończyny.

Komisarz prycha.

– Może najpierw wyjaśni nam pan, dlaczego nie zaczekaliście na negocjatora?

– Nie było czasu.

– Dlaczego nie użyto innych środków?

– Nie było czasu.

– To jednoznacznie wynika z raportu. Chyba nie zaprzeczymy? – trzeba „Konarowi” przyznać, że przynajmniej się stara. Ale zołza, choć młodsza stopniem, ignoruje zastępcę komendanta – nawet mu nie odpowiada. Rozsznurowuje teczkę o pozaginanych rogach. Grubą i już słynną w jej dziale teczkę Warskiego.

– Rozumiem, że strzelał pan, aby zabić. Tak jak przed miesiącem... – podinspektorka ślini palec i kartkuje zawartość teczki – ...i przed sześcioma miesiącami – stuka palcem w stronę z raportem.

Warski pociera czoło rozłożonymi palcami.

– Nie dostrzegł pan innych możliwości zakończenia akcji?

– A pani jakieś dostrzega? Bo ja w tamtym momencie widziałem i nadal widzę jedno rozwiązanie – przesłuchiwany próbuje przejąć inicjatywę. Konarski już otwiera usta, żeby przerwać, ale spojrzenie komisarza natychmiast zatrzaskuje mu szczękę.

„Nie potrzebuję twojego łaskawego wsparcia” – komunikuje Warski bez słowa.

„Nie bądź taki kozak. Chyba że chcesz, żeby cię Bacha zjadła” – odpowiada Konarski, również bez użycia słów.

– A gówno byś sobie beze mnie poradził – dziesięć minut później obaj stoją naprzeciw siebie w gabinecie z widokiem na fosę i czerwone dachy. – Jachranicka wciąż chce cię upierdolić po całości. A w tym budynku są tylko dwie osoby, które mogą ją powstrzymać. „Stary” i ja. Nikt więcej.

– Tylko że ona ma ciebie głęboko w dupie.

– Nie pierdol. I zapamiętaj sobie, że czasy kozakowania minęły. Mundur to nie panterka. Teraz jesteś funkcjonariuszem państwa prawa. Czyli jesteś zwyczajnym łapsem... i to już niemłodym. Spróbuj w końcu zapamiętać... – palec wskazujący Konarskiego wędruje w górę – ...że w mojej komendzie nie ma miejsca dla kozaków. Zadaniem moich ludzi jest, po pierwsze, glansowanie wizerunków swoich szefów, a po drugie i trzecie, to samo.

– Wszyscy dostali, co chcieli.

– Ale nie tak, jak chcieli. Miałeś być grzeczny, nie spóźniać się, nie chrząkać i nie parskać jak koń. Szczególnie przy Jachranickiej. Się umówiliśmy – nie?! Teraz ładnie posprzątasz ten bardak, odwalisz biurową robotę i skierujesz akta do archiwum. A potem zgłosisz się do psychologa, tak jak ci kazali.

– Nie mam zamiaru.

– Mam w dupie twoje zamiary. Swoją drogą źle ci to nie zrobi. Już dawno powinieneś skorzystać. Możesz odmaszerować lub spierdalać, jak wolisz.

* * *

W mieszkaniu przy Świdnickiej – pełnym nierozpakowanych kartonów i niedopasowanych do siebie starych mebli – pali się tylko jedna, stojąca lampa. Słychać przejeżdżający tramwaj i szuranie krzeseł piętro wyżej. Sąsiedzi z trzeciego mają gości. Pół godziny temu na klatce schodowej Warski minął rozbawione towarzystwo. Panie wspinały się po stopniach z kwiatami w folii i sałatkami w plastikowych miskach. Panowie nieśli flaszki w reklamówkach z dyskontu. Komisarz niósł tylko swój termos.

Teraz przegląda winyle, jedyny uporządkowany wycinek swojego życia. Od A jak Allman Brothers do Z jak Zappa. Jazz, blues, rock and roll... Pół tysiąca płyt. Przeszło trzydzieści lat myszkowania po muzycznych sklepach i antykwariatach. Zaczął jeszcze w podstawówce – od reedycji klasyki rocka z Jugotonu.

Wybiera płytę, którą kupił jako ostatnią. Album brytyjskiego bluesowego bandu Miraculous Mule ukazał się w 2013 roku. Na okładce pięciu facetów w ekstazie kładzie dłonie na głowie klęczącej blondynki.

Policjant ostrożnie przeciera lśniącą powierzchnię płyty kawałkiem weluru. Kładzie na talerzu zabytkowego soundmastera. Spuszcza igłę, podtrzymując głowicę opuszkiem kciuka. Wraca na wytartą wersalkę, rozpina szarą koszulę i próbuje słuchać, pociągając z termosu.

– ...I’ve never, I’ve never been satisfied... – skanduje wokalista. W wersji Warskiego tekst brzmiałby raczej I’ve been once. It seems to me that it was long time ago, even if it was like yesterday. But I failed, I failed, I failed.

Nie wie, dlaczego wybrał tę płytę. A właściwie wie, tylko nie chce się przed sobą przyznać, że odpowiada mu ten stan nieustannego dygotu, w który go wprawia „Deep Fried”. Wbrew radom wykrzykiwanym przez Konarskiego i wyszeptywanym przez kobiety wcale nie chce się uspokoić. Nie chce, żeby w jego głowie zgasł pożar. Chce być wściekły. Chce pamiętać, co mu się stało.

Zgrzytliwy głos wokalisty i rytmiczne werble mieszają się z hałasami imprezy nad sufitem. Warski zaciska źrenice, próbując wytłumić ich drżenie. Bez skutku. To nieomylna oznaka, że zbliża się eksplozja. Mógłby zacząć odliczać. Osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa... Wdech-wydech-wdech.

Dzwonek do drzwi.

Zrywa się z kanapy. Po drodze do przedpokoju chwyta ze stołu glocka. Wejście otwiera szarpnięciem. Przystawia lufę do niskiego czoła młodego faceta za progiem.

Jasna cholera.

Pizza.

Zamówił ją jeszcze w drodze z pracy i zapomniał. Szynka, salami, bekon, ser. Bez sosów.

– Przepraszam najmocniej – skonfundowany chowa pistolet za pasek. Cofa się do przedpokoju. Wraca po chwili i nerwowo odlicza banknoty z czarnego portfela, który Magda Batorzyńska podarowała mu na urodziny rok temu.

– Jestem policjantem... tu były ostatnio... włamania... – próbuje tłumaczyć blademu jak śmierć kurierowi. – Reszty nie trzeba.

Chłopak się waha: przyjąć pięćdziesiąt złotych czy spieprzać? Wybiera pierwsze rozwiązanie. Warski ma ochotę poklepać go na odchodnym po plecach.

– Jeszcze raz przepraszam.

Zamyka drzwi, wraca do pokoju, kładzie pudełko z pizzą na nierozpakowanym kartonie z książkami. Już nie jest głodny. Wyciąga z kąta sportową torbę, zapina koszulę, narzuca kurtkę. Glocka wtyka za pasek na plecach. Schodzi na parter. W połowie schodów zatrzymuje się. Zawraca pod drzwi. Sprawdza, czy je zamknął.

Zamknął.

Wyprowadza saaba z placu Kościuszki. Jedzie Świdnicką przez plac Teatralny, Dominikański i Powstańców Warszawy. Dalej most Grunwaldzki. Dwadzieścia minut później parkuje pod krytą pływalnią przy Stadionie Olimpijskim.

Z termosem w ręce wchodzi na szerokie stopnie wiodące do wyłożonego klinkierem wejścia. Rozgląda się. Pusto. Ostrożnie otwiera drzwi.

[...]