Ślub pod chupą - Sylwia Borowska - ebook

Ślub pod chupą ebook

Sylwia Borowska

4,4

Opis

Podobał ci się serial „Unorthodox”? Przeczytaj tę książkę.

Poznaj historie Polek, które zakochały się nie tylko w Żydach, ale i w żydowskiej religii oraz kulturze. Ślub pod chupą, peruka, koszerowanie mięsa, Tora – oto słownik pojęć żydowskich, które często pojawiają się w tej książce.

Jej bohaterki wybrały judaizm, a więc w świetle prawa religijnego są Żydówkami. Noszą dwa imiona – dawne polskie i nowe żydowskie. Mówią o tym, jak wygląda ich codzienność, miłość, wychowywanie dzieci, relacje z rodzinami mieszkającymi w Polsce. Ich historie zaskakują, wciągają i zabierają czytelnika w podróż nie tylko do innego Izraela, ale wręcz do innego świata. Miriam, Rachel, Batya, Ruth, Tamar, Or, Keren i Avigail to kobiety, które uciekają – od liberalnej społeczności pozbawionej jasnych reguł do miejsca, gdzie obowiązują tradycja, twarde zasady i ścisłe instrukcje. Dlaczego? O tym jest ta książka. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 220

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (164 oceny)
84
58
19
3
0

Popularność



Kolekcje



Au­tor: Syl­wia Bo­row­ska
Re­dak­cja: Mag­da­le­na Bin­kow­ska
Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak
Pro­jekt ma­kie­ty i skład: Iza­be­la Kruź­lak
Pro­jekt okład­ki: Piotr Ma­jew­ski
Fo­to­gra­fie: Ra­che­la Ba­tya Le­vi­tan (9, 35), Jo­an­na Blum (159, 177, 178, 180, 184, 189), Syl­wia Bo­row­ska (47, 98, 110, 112, 135, 225, 226, 236), Eph­ra­im Da­gan (39 g.), Ma­ciej Dry­ża­łow­ski (36, 39 d., 109), Ka­ro­li­na van Ede-Tze­nvirt (191, 204, 207), Hila Gu­tray­man (219), Anna Kna­fo (105), Jan Kir­schen­baum (48), Olga Mie­lesz­czuk (228, 230), Alek­san­dra Ra­cha­mim (71, 97, 101), Cha­im Sha­char (43), To­masz Ter­li­kow­ski (232)
Fo­to­gra­fie na okład­ce: Ro­nen Bo­idek (I stro­na okład­ki), Syl­wia Bo­row­ska (lewe skrzy­deł­ko), Edler von Ra­ben­ste­in/Shut­ter­stock.com (tła IV stro­ny okład­ki i skrzy­de­łek)
Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy: Ro­man Ksią­żek
Re­dak­tor pro­jek­tu: Agniesz­ka Fi­las
Kie­row­nik re­dak­cji: Agniesz­ka Gó­rec­ka
© Co­py­ri­ght by Syl­wia Bo­row­ska © Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal
Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, z wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.
Biel­sko-Bia­ła 2020
Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o. ul. Za­po­ra 25 43-382 Biel­sko-Bia­ła tel. 338282828, fax 338282829pas­[email protected]­cal.plwww.pas­cal.pl
ISBN 978-83-8103-714-3
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.

Po­lkom w Izra­elu

Od Au­tor­ki

Wio­sną ze­szłe­go roku spo­tka­łam się z mo­imi przy­ja­ciół­ka­mi z Izra­ela na śnia­da­niu u jed­nej z nich, a po­tem wy­ru­szy­ły­śmy z Mo­ni­ką, Mi­ran­dą, Ju­sty­ną i Ka­ro­li­ną na prze­jażdż­kę do Haj­fy. Po wi­zy­cie w słyn­nych Ogro­dach Ba­ha­itów za­czę­ły­śmy szu­kać re­stau­ra­cji przy alei Ben Gu­rio­na. Może jed­nak tym ra­zem da­ruj­my so­bie fa­la­fel i hum­mus, co? Wy­bra­ły­śmy kuch­nię taj­ską. I wła­śnie tam, nad ta­le­rza­mi z pi­kant­nym pad tha­iem, roz­go­rza­ła go­rą­ca dys­ku­sja na te­mat wy­cho­wa­nia dzie­ci z mał­żeństw mie­sza­nych i tego, czy nie le­piej być jed­nak w Izra­elu kon­wer­tyt­ką niż goj­ką. Jej punk­tem za­pal­nym była hi­sto­ria syna Ju­sty­ny, któ­ry jako syn goj­ki nie może mieć bar mi­cwy. Nie za­ło­ży po raz pierw­szy te­fi­li­nu, jak każ­dy ży­dow­ski chło­piec w wie­ku trzy­na­stu lat, nie prze­czy­ta Tory i nie zo­sta­nie jed­nym z dzie­się­ciu w min­ja­nie w sy­na­go­dze. Nie sta­nie się w świe­tle pra­wa re­li­gij­ne­go „doj­rza­łym”. Choć jest Izra­el­czy­kiem, bo w tym kra­ju się uro­dził, to nie jest Ży­dem, bo ży­dow­skie po­cho­dze­nie dzie­dzi­czy się po mat­ce. A więc bar mi­cwy nie bę­dzie! Z tego po­wo­du Itay po­pła­kał się i wy­krzy­czał w zło­ści: „Nie chcę mieć mat­ki goj­ki!”. Kil­ka­na­ście lat temu Ju­sty­na też mo­gła­by pła­kać, bo jako goj­ka za­ko­cha­na w Ży­dzie nie mo­gła wziąć z nim ślu­bu pod chu­pą. Wte­dy zwy­cię­ży­ła mi­łość, ale gdy na świat przy­cho­dzą dzie­ci, to trze­ba sto­czyć wal­kę z izra­el­ską rze­czy­wi­sto­ścią, bo to w niej syn goj­ki żyje na co dzień.

Ta hi­sto­ria ma szczę­śli­wy fi­nał: syn Ju­sty­ny miał jed­nak swo­ją bar mi­cwę, bo w Izra­elu wszyst­ko jest do ne­go­cja­cji. Do ce­re­mo­nii przy­go­to­wał go ra­bin re­for­mo­wa­ny, jed­nak by ofi­cjal­nie stał się Ży­dem, w przy­szło­ści i tak musi przejść kon­wer­sję na ju­da­izm. Czy ży­cie musi być aż tak skom­pli­ko­wa­ne?

Tam­te­go po­po­łu­dnia w Haj­fie zro­zu­mia­łam, że do tej pory li­za­łam tego cu­kier­ka (czy­taj: Izra­el) przez pa­pie­rek. Opi­su­jąc ro­man­tycz­ne hi­sto­rie Po­lek w książ­ce „Mój mąż Żyd”, po­ka­za­łam tyl­ko jed­ną twarz tego kra­ju – świec­kie­go i ko­smo­po­li­tycz­ne­go Tel Awi­wu, w któ­rym z moim uko­cha­nym świę­to­wa­li­śmy sza­bat na pla­ży albo w re­stau­ra­cji, a z kipą na gło­wie wi­dzia­łam go tyl­ko raz, kie­dy po­je­cha­li­śmy pod Ścia­nę Pła­czu. Tam, w Je­ro­zo­li­mie, spa­ce­ru­jąc po dziel­ni­cach Mea Sze­arim czy Geu­la, gdzie miesz­ka­ją ul­tra­or­to­dok­syj­ni, czu­łam się jak na pla­nie fil­mu ko­stiu­mo­we­go. Ukrad­kiem ro­bi­łam zdję­cia ko­bie­tom w pe­ru­kach oraz męż­czy­znom z dłu­gi­mi bro­da­mi i w czar­nych ka­pe­lu­szach. To był nie­zna­ny, obcy mi Izra­el.

Żad­na z bo­ha­te­rek mo­jej po­przed­niej książ­ki nie była żoną męż­czy­zny z bro­dą i w czar­nym ka­pe­lu­szu. Kil­ka osób uzna­ło na­wet, że ty­tuł „Mój mąż Żyd” wpro­wa­dzał czy­tel­ni­ków w błąd. Być żoną Izra­el­czy­ka, a być żoną Żyda to róż­ni­ca, sły­sza­łam od osób orien­tu­ją­cych się w me­an­drach kul­tu­ry i re­li­gii ży­dow­skiej. Aż się pro­si­ło, bym do­pi­sa­ła dal­szy ciąg lo­sów Po­lek, ale tym ra­zem tych, któ­re są żo­na­mi Ży­dów i ży­dów – męż­czyzn o se­mic­kim po­cho­dze­niu i wy­znaw­ców ju­da­izmu. Za­pew­niam, że tym ra­zem są one żo­na­mi Ży­dów i ży­dów na sto pro­cent. Roz­róż­nie­nie, któ­ry wy­raz pi­sać małą, a któ­ry wiel­ką li­te­rą, to nie­ma­ły pro­blem dla la­ika, ale w tym na­zew­nic­twie kry­je się wła­śnie cała esen­cja – żad­na inna re­li­gia nie de­fi­niu­je tak moc­no toż­sa­mo­ści czło­wie­ka jak ju­da­izm. I tego nie da się wy­ma­zać, bo na­wet mój Izra­el­czyk o ko­smo­po­li­tycz­nych am­bi­cjach za­py­tał mnie ostat­nio: „Czy by­ła­byś skłon­na zro­bić kon­wer­sję?”. A jed­nak! To wi­sia­ło w po­wie­trzu od za­wsze... Le­piej że­bym była ży­dów­ką niż goj­ką.

Ślub pod chu­pą, Tora, pe­ru­ka, ko­sze­ro­wa­nie, a tak­że Misz­na, Ge­ma­ra i bejt din – oto po­ję­cia, któ­re będą się czę­sto po­ja­wiać w tej książ­ce, a w po­przed­niej pra­wie ich nie było. Moje roz­mów­czy­nie wy­bra­ły ju­da­izm, a więc w świe­tle pra­wa re­li­gij­ne­go są już ży­dów­ka­mi. Te­raz mo­że­my dys­ku­to­wać o tym, czy przez wiel­kie czy małe ż, bo wy­zna­ją ju­da­izm, ale nie mają ży­dow­skie­go po­cho­dze­nia. No­szą w każ­dym ra­zie dwa imio­na – daw­ne pol­skie i nowe ży­dow­skie. Któ­re bar­dziej do nich dzi­siaj pa­su­je? Bo­ha­ter­ki tej książ­ki za­bio­rą was w po­dróż nie tyl­ko do in­ne­go Izra­ela, lecz rów­nież do in­ne­go świa­ta. Ja, słu­cha­jąc ich, chwi­la­mi zno­wu czu­łam się jak na pla­nie fil­mu ko­stiu­mo­we­go lub se­ria­lu...

Oglą­da­li­ście izra­el­ski „Shti­sel” na Net­fli­xie o lo­sach or­to­dok­syj­nej ro­dzi­ny miesz­ka­ją­cej w Je­ro­zo­li­mie? Nie­daw­no fu­ro­rę na tej plat­for­mie zro­bił też inny se­rial – „Unor­tho­dox”, któ­re­go bo­ha­ter­ka po­rzu­ca męża i za­mknię­tą spo­łecz­ność or­to­dok­syj­nych Ży­dów z No­we­go Jor­ku, leci do Ber­li­na, a po wy­lą­do­wa­niu z ulgą zdej­mu­je pe­ru­kę, ścią­ga dłu­gą spód­ni­cę, za­czy­na na­ukę śpie­wu i pierw­szy raz w ży­ciu ma­lu­je szmin­ką usta. Esty ucie­ka ze świa­ta, któ­rym rzą­dzą twar­de re­gu­ły, gdzie lu­dzie funk­cjo­nu­ją we­dle ści­słej in­struk­cji. Moje roz­mów­czy­nie też ucie­ka­ją, ale w prze­ciw­nym kie­run­ku – od świa­ta po­zba­wio­ne­go re­guł i in­struk­cji. Dla­cze­go? Sama by­łam cie­ka­wa.

.

RA­CHE­LA / BA­TYA (HEBR. „CÓR­KA BOGA”)

Je­steś Po­lką z po­cho­dze­nia?

Tak, uro­dzi­łam się w No­wym Mie­ście Lu­baw­skim. W Izra­elu je­stem od trzech lat. Po ślu­bie za­miesz­ka­łam w Bet Sze­mesz pod Je­ro­zo­li­mą.

Czy mąż po­zwo­lił ci na tę roz­mo­wę?

Dla­cze­go mia­ła­bym pro­sić Aro­na o zgo­dę? Nie po­tra­fię zro­zu­mieć, skąd bio­rą się te le­gen­dy o cha­sy­dach. Dzie­więć­dzie­siąt pro­cent lu­dzi ni­g­dy nie mia­ło stycz­no­ści z na­szą spo­łecz­no­ścią, a są prze­ko­na­ni, że ży­je­my jak ami­sze lub ja­cyś za­co­fań­cy z XVIII wie­ku. De­ner­wu­ję się, gdy sły­szę coś ta­kie­go. To nie­praw­da. Moi ro­dzi­ce też byli prze­ra­że­ni, gdy się do­wie­dzie­li, że wy­cho­dzę za mąż za cha­sy­da. Uwa­ża­li, że po­peł­niam ży­cio­wy błąd: Aron pew­nie każe mi zgo­lić gło­wę, za­mknie w domu na klucz i już ni­g­dy nie wró­cę do Pol­ski. Na ślub na­wet nie przy­je­cha­li. Było mi smut­no i na­dal jest, tym bar­dziej że nie znam tu­taj ani jed­nej ko­bie­ty, któ­ra go­li­ła­by gło­wę. Być może re­li­gij­ne Ży­dów­ki nie są ta­ki­mi fe­mi­nist­ka­mi jak te eu­ro­pej­skie, któ­re cho­dzą na de­mon­stra­cje, ale nie moż­na o nas po­wie­dzieć, że zo­sta­ły­śmy ubez­wła­sno­wol­nio­ne. Je­ste­śmy sil­ny­mi ko­bie­ta­mi. Więk­szość z nas pro­wa­dzi swo­je in­te­re­sy, upra­wia sport i po­dą­ża za modą. Pro­szę mi wie­rzyć, że ja nie mu­szę pro­sić męża o zgo­dę na wy­wiad czy wyj­ście na spa­cer. Aron uro­dził się w No­wym Jor­ku w ży­dow­skiej, ale świec­kiej ro­dzi­nie. Jako dziec­ko nie był tak re­li­gij­ny jak te­raz. Ow­szem, ob­cho­dził ży­dow­skie świę­ta, by­wał w sy­na­go­dze, za­czął na­wet na­ukę w re­li­gij­nej szko­le śred­niej w No­wym Jor­ku, ale to było za mało... Wy­cho­wy­wa­li go dziad­ko­wie. Kie­dy zmar­li, miał sie­dem­na­ście lat i to wte­dy pod­jął de­cy­zję, że chce wy­je­chać do Izra­ela, aby uczyć się w je­szi­wie[1]. Mój przy­szły mąż stał się wte­dy ba’al te­shu­vah (hebr. „po­sia­dacz od­po­wie­dzi”), czy­li Ży­dem, któ­ry był kie­dyś świec­ki, a po­tem, gdy zna­lazł w To­rze od­po­wiedź, jak chce żyć, stał się re­li­gij­ny. Te­raz żyje ina­czej niż kie­dyś, tak jak na­ka­zu­je mu ha­la­cha[2].

Do ja­kiej dy­na­stii cha­sydz­kiej na­le­ży­my? Kar­lin-Sto­lin. Jej za­ło­ży­cie­lem w XVIII wie­ku był ca­dyk Aron Per­łow Wiel­ki. Pierw­si cha­sy­dzi z tej dy­na­stii miesz­ka­li na te­re­nach dzi­siej­szej Li­twy i Bia­ło­ru­si, ale już w XIX wie­ku część z nich do­tar­ła do Pa­le­sty­ny i Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Czym się wy­róż­nia­ją spo­śród in­nych? Cha­sy­dzi Kar­lin-Sto­lin pod­czas mo­dli­twy gło­śno wo­ła­ją do Boga. Są też nie­zwy­kle go­ścin­ni i otwar­ci, no­wo­cze­śniej­si w po­rów­na­niu z in­ny­mi, ale to może dla­te­go, że w na­szej spo­łecz­no­ści w Bet Sze­mesz jest wie­lu Ame­ry­ka­nów. W grun­cie rze­czy są tu­taj wszy­scy – cha­sy­dzi z dzia­da pra­dzia­da, ba’al te­shu­vah i tacy jak ja, czy­li kon­wer­ty­ci. Tak, do­sko­na­le wiem, co mó­wią lu­dzie: że my, kon­wer­ty­ci, je­ste­śmy tacy gor­si ży­dzi. Ale mó­wią tak tyl­ko ci, któ­rzy nie wie­dzą, że ju­da­izm za­bra­nia wy­po­mi­nać ko­muś kon­wer­sję. Kon­wer­ty­tę trze­ba trak­to­wać na rów­ni, a może na­wet i le­piej, bo to jego do­bro­wol­ny wy­bór. Nikt mnie prze­cież nie zmu­szał do kon­wer­sji i wca­le nie czu­ję się gor­sza w Izra­elu, mimo że nie uro­dzi­łam się Ży­dów­ką. Zresz­tą nikt ni­g­dy nie dał mi tego od­czuć w mo­jej spo­łecz­no­ści. Nasz sy­nek, uro­dzo­ny osiem mie­się­cy temu, do­stał imię Cha­im Abra­ham po rebe Kar­lin-Sto­lin, któ­ry zmarł nie­daw­no w Bo­sto­nie. Mąż mówi, że bę­dzie­my mieć tyle dzie­ci, ile Bóg da. Nie pla­nu­je­my kon­kret­nie – czwór­ki, szóst­ki, ósem­ki, dzie­siąt­ki. Po­ży­je­my, zo­ba­czy­my. W cią­żę za­szłam trzy mie­sią­ce po ślu­bie, a Aron był moim pierw­szym męż­czy­zną.

Nie, nie by­łam wcze­śniej z ni­kim in­nym. Pol­skim chłop­com wy­da­wa­łam się tro­chę dziw­na. Nie bie­ga­łam za nimi, nie cho­dzi­łam na dys­ko­te­ki. By­łam nie­śmia­ła, in­te­re­so­wa­łam się re­li­gią, czy­ta­łam Torę, a to pew­nie ich od­stra­sza­ło. Nikt nie chciał ry­zy­ko­wać by­cia z taką dziew­czy­ną. Bo ja już w li­ceum za­czę­łam się skrom­nie ubie­rać i no­sić na szyi łań­cu­szek z ma­leń­ką gwiaz­dą Da­wi­da. Po mo­ich sie­dem­na­stych uro­dzi­nach ani razu nie za­ło­ży­łam spodni. Ko­le­żan­ki py­ta­ły, cze­mu ja la­tem i zimą w spód­ni­cy za ko­la­no cho­dzę. Nie wy­cho­dzi­łam też na pla­żę w ko­stiu­mie ką­pie­lo­wym. Czu­łam się tam tak, jak­bym wy­szła w sa­mej bie­liź­nie i prze­szka­dza­ły mi spoj­rze­nia in­nych. Dla­te­go dzi­siaj jako or­to­dok­syj­na ży­dów­ka mam wresz­cie wy­tłu­ma­cze­nie, bo my, cha­sy­dzi, nie mo­że­my cho­dzić ro­ze­bra­ni po pla­ży. Duża ulga.

Nie mam sło­wiań­skiej uro­dy, to praw­da. Mam ciem­niej­szą skó­rę i oczy. W Pol­sce mó­wi­li, że wy­glą­dam jak Hin­du­ska albo Cy­gan­ka. Na­wet w Izra­elu my­ślą, że je­stem per­ską Ży­dów­ką. Raz na­wet usły­sza­łam: „Ty wca­le nie wy­glą­dasz na Po­lkę, i do­brze”. Zro­bi­ło mi się wte­dy tro­chę przy­kro i wy­szłam ze łza­mi w oczach, bo na­dal mam po­czu­cie pol­sko­ści, ni­g­dy nie ukry­wam swo­ich ko­rze­ni. Sło­wo „Po­lka” naj­wy­raź­niej bar­dziej razi w Izra­elu niż „kon­wer­tyt­ka”. Cóż, przy­wy­kłam już do tego, że od za­wsze je­stem... inna. W li­ceum ko­le­dzy da­wa­li mi to od­czuć, a kie­dy za­czę­łam stu­dio­wać we Wro­cła­wiu na ju­da­isty­ce i cho­dzić do tam­tej­szej sy­na­go­gi, zna­jo­mi z roku pod­py­ty­wa­li mnie, ści­sza­jąc głos: „To ty je­steś Ży­dów­ką?”. Nie by­łam, ale cho­dzi­łam już wte­dy ubra­na tak, jak na­ka­zu­je ha­la­cha. Spód­ni­ca za­kry­wa­ła ko­la­na, bluz­ka mia­ła rę­kaw trzy czwar­te, lek­ko za łok­cie, a na nią za­kła­da­łam jesz­cze swe­te­rek, na­wet gdy było bar­dzo cie­pło. Na dłu­go przed kon­wer­sją za­czę­łam wpro­wa­dzać zmia­ny do sty­lu ubie­ra­nia się, a na­wet ży­cia, jak na przy­kład dwu­krot­ne my­cie rąk przed każ­dym po­sił­kiem. Nie dało się nie za­uwa­żyć, że wy­glą­dam i za­cho­wu­ję się ina­czej niż więk­szość stu­den­tek.

Skąd się wzię­ła moja eg­zo­tycz­na uro­da? To ro­dzin­na za­gad­ka. Nie je­stem po­dob­na do ro­dzi­ców, no może tro­szecz­kę do taty. Je­śli już, to naj­bli­żej mi do bab­ci, mamy mo­je­go taty. Nie po­zna­łam jej, bo zmar­ła na dłu­go przed moim uro­dze­niem, ale mia­łam jej zdję­cie i pa­trząc na nie, ktoś mógł­by po­my­śleć, że to ja. Był taki czas, że chcia­łam się wię­cej o bab­ci do­wie­dzieć, w ogó­le o swo­jej ro­dzi­nie, jed­nak tata uni­kał roz­mów na ten te­mat. „Ja nic nie wiem”, po­wta­rzał. Po­ja­wi­ły się wów­czas po­dej­rze­nia, a może bab­cia była Ży­dów­ką. Ni­g­dy jed­nak nikt tego nie po­twier­dził, co jesz­cze bar­dziej pod­sy­ca­ło moją cie­ka­wość i pcha­ło w stro­nę ju­da­izmu.

Znasz po­ję­cie „ży­dow­skiej du­szy”? Wie­lu kon­wer­ty­tów wie­rzy w to, że byli w po­przed­nim ży­ciu Ży­da­mi i dla­te­go te­raz sil­nie i pod­świa­do­mie to czu­ją, mimo że nie mają do­wo­dów na ży­dow­skie po­cho­dze­nie. W ju­da­izmie wie­rzy­my w re­in­kar­na­cję, w to, że od­ra­dza­my się w in­nych oso­bach. Ja wie­lo­krot­nie mia­łam w Izra­elu uczu­cie déjà vu, jak­bym to wszyst­ko już do­sko­na­le zna­ła, choć wi­dzia­łam po raz pierw­szy. Jak­bym kie­dyś już tu­taj była. Szcze­gól­nie zna­jo­ma wy­da­ła mi się Je­ro­zo­li­ma – te za­pa­chy na uli­cy, domy, lu­dzie... Moje pierw­sze chwi­le w Izra­elu? Do dzi­siaj to do­sko­na­le pa­mię­tam. Po wy­lą­do­wa­niu w Tel Awi­wie po­czu­łam się jak w domu. Kie­dy prze­szłam już przez wszyst­kie bram­ki na lot­ni­sku, wy­szłam na ze­wnątrz i wzię­łam głę­bo­ki od­dech, to jak­bym umar­ła i na­ro­dzi­ła się na nowo. Po­czu­łam, że je­stem we wła­ści­wym miej­scu. Pa­ra­nor­mal­ne, co? Nie wiem, czy ktoś jadł, czy było tam obok drzew­ko po­ma­rań­czo­we, ale wy­czu­łam w po­wie­trzu za­pach po­ma­rań­czy. I ten za­pach bę­dzie mi to­wa­rzy­szył już za­wsze. Moja zie­mia obie­ca­na. By­łam pew­na, że Bóg to wszyst­ko za­pla­no­wał. Mam mu tyl­ko za­ufać, a on mnie po­pro­wa­dzi. Tak sta­ło się chwi­lę póź­niej. Wiesz, że Tora jest po­dzie­lo­na na czę­ści? Każ­da z nich jest na­zy­wa­na par­szą. Na ka­len­darz he­braj­ski skła­da się pięć­dzie­siąt czte­ry lub pięć­dzie­siąt pięć ty­go­dni w roku i na każ­dy ty­dzień przy­pa­da jed­na par­sza. Moja ulu­bio­na to Lech Le­cha (hebr. „wyjdź, idź na­przód”), któ­ra mówi o Abra­ha­mie z Ka­na­an: „I rzekł Wie­ku­isty do Abra­ha­ma: «Wyjdź z zie­mi two­jej, i z oj­czy­zny two­jej, i z domu ojca two­je­go, do zie­mi, któ­rą ci wska­żę»”. Kie­dy Abra­ham uwie­rzył w je­dy­ne­go Boga, po­sta­no­wił opu­ścić swój dom i swój kraj, aby żyć zgod­nie z nową wia­rą. Lech Le­cha moż­na też prze­tłu­ma­czyć jako: „Po­dą­żaj ze sobą”. Cza­sa­mi mu­si­my wy­rzec się prze­szło­ści, aby zbu­do­wać przy­szłość. To jest par­sza o mnie. Wia­ra w Boga tak mnie zmie­ni­ła, że po­sta­no­wi­łam z jed­ną wa­liz­ką wy­je­chać do kra­ju, gdzie ni­ko­go nie zna­łam. Za­ufa­łam Bogu w ciem­no, bo uwie­rzy­łam.

Nie po­cho­dzę z re­li­gij­ne­go domu, nie cho­dzi­łam z ro­dzi­ca­mi do ko­ścio­ła. Oni uwa­ża­li, że nie ma Boga, że to ja­kieś wy­my­sły. Moż­na po­wie­dzieć, że wy­szłam z du­cho­wej pust­ki. Uwa­ża­łam, że tak się nie da żyć, czło­wiek musi mieć ja­kiś punkt za­cze­pie­nia. Ja, szu­ka­jąc go, za­czę­łam sama zgłę­biać Sta­ry Te­sta­ment, a im bar­dziej ro­dzi­ce pró­bo­wa­li mnie od tego od­cią­gnąć, tym bar­dziej mnie do tego cią­gnę­ło. Naj­pierw wy­je­cha­łam na stu­dia ju­da­istycz­ne do Wro­cła­wia, a stam­tąd do Izra­ela z za­mia­rem kon­wer­sji. W Pol­sce nie było o nią ła­two. Moż­na się przy­go­to­wy­wać z ra­bi­nem w gmi­nie ży­dow­skiej, ale nie ma bejt din, czy­li sądu ra­bi­nac­kie­go, a tyl­ko on może po­twier­dzić za­koń­cze­nie pro­ce­su i wy­dać cer­ty­fi­kat. Wy­bra­łam więc Izra­el, bo gdzie le­piej zro­bić kon­wer­sję? Prze­rwa­łam stu­dia, ma­jąc nie­speł­na dwa­dzie­ścia lat, i wy­je­cha­łam. Na po­czą­tek tra­fi­łam na far­mę pod Je­ro­zo­li­mą, gdzie mia­łam się opie­ko­wać ko­za­mi. Tak, nie prze­sły­sza­łaś się... Ko­za­mi. Szu­ka­łam ja­kiej­kol­wiek dro­gi, bo bar­dzo chcia­łam być w Izra­elu. Sko­ro nie mia­łam udo­ku­men­to­wa­nych ży­dow­skich ko­rze­ni, nie mo­głam sko­rzy­stać z po­mo­co­wych pro­gra­mów dla mło­dzie­ży, ta­kich jak Masa Isra­el. Za­czę­łam więc szu­kać in­nych moż­li­wo­ści i zna­la­złam w In­ter­ne­cie ogło­sze­nie go­spo­dar­stwa pod Je­ro­zo­li­mą, któ­re ofe­ro­wa­ło za­kwa­te­ro­wa­nie i wy­ży­wie­nie w za­mian za pra­cę. Zgło­si­łam się.

Ci go­spo­da­rze przy­ję­li mnie na­wet cie­pło, ale na miej­scu oka­za­ło się, że się roz­mi­ja­my, bo oni nie byli re­li­gij­ni. Po pew­nym cza­sie za­czę­li­śmy się na­wza­jem draż­nić po­dej­ściem do wie­lu spraw. Cho­dzi­łam ubra­na skrom­nie i chcia­łam prze­strze­gać sza­ba­tu, a oni nie­ko­niecz­nie. Po­czu­łam, że nic z tego nie bę­dzie i trze­ba po­my­śleć co da­lej. Bóg mi pod­po­wie­dział. Na far­mie po­zna­łam dziew­czy­nę, któ­ra opo­wie­dzia­ła mi, że była nie­daw­no w sta­rej Je­ro­zo­li­mie w ho­ste­lu pro­wa­dzo­nym przez pew­ną sym­pa­tycz­ną ma­dri­chę (hebr. „li­der­ka”, „prze­wod­nicz­ka”) Ne­ha­mę. Po­sta­no­wi­łam, że za­ry­zy­ku­ję i po­ja­dę na sza­bat do tej Ne­ha­my. Po­ło­ży­łam wszyst­ko na jed­nej sza­li, od­cho­dząc z go­spo­dar­stwa, i do tej pory je­stem w szo­ku, że się na to od­wa­ży­łam. By­łam jed­nak zde­ter­mi­no­wa­na, bo bar­dzo pra­gnę­łam no­we­go ży­cia. „Nie znasz tu­taj ni­ko­go? Na­praw­dę je­steś z Pol­ski i chcesz zro­bić kon­wer­sję? My­śla­łam, że w Pol­sce nie ma już Ży­dów, że o ju­da­izmie nikt nie ma po­ję­cia” – Ne­ha­ma nie mo­gła się na­dzi­wić. Z ta­kim przy­pad­kiem jak mój ni­g­dy wcze­śniej się nie spo­tka­ła. Po­nie­waż mia­łam mało pie­nię­dzy, za­pro­po­no­wa­łam, że za­pła­cę za po­kój tyle, ile mam, do­dat­ko­wo po­ma­ga­jąc w sprzą­ta­niu. Do­ga­da­ły­śmy się. Ne­ha­ma mia­ła oko­ło trzy­dzie­stu lat, więc była star­sza ode mnie o dzie­sięć, i uważ­nie jej słu­cha­łam. Była moją pierw­szą praw­dzi­wą prze­wod­nicz­ką po no­wym ży­ciu i bar­dzo dużo jej za­wdzię­czam. To za jej radą za­pi­sa­łam się na pań­stwo­wy kurs kon­wer­sji w ra­bi­na­cie, otwie­ra­ją­cy for­mal­ną dro­gę do uzy­ska­nia izra­el­skie­go oby­wa­tel­stwa. Przede wszyst­kim jed­nak Ne­ha­ma po­le­ci­ła mi re­li­gij­ną szko­łę dla nie­za­męż­nych ko­biet i na­wet za­pła­ci­ła za tak­sów­kę, któ­ra pew­ne­go dnia mnie tam za­wio­zła.

Szko­ła She­arim (hebr. „bra­my”) mie­ści­ła się w dziel­ni­cy Har Nof na gra­ni­cy z Je­ro­zo­li­mą. Uczęsz­cza­ły do niej dziew­czy­ny, któ­re przy­je­cha­ły z ca­łe­go świa­ta w po­dob­nym celu: chcia­ły stać się re­li­gij­ne. Cho­dzi­łam do tej szko­ły przez rok i miesz­ka­łam na miej­scu w in­ter­na­cie. Mie­sięcz­ne cze­sne było sym­bo­licz­ne, bo pła­ci­łam sto sze­kli. Tyle co nic na izra­el­skie wa­run­ki. Nikt nie wy­wie­rał na mnie pre­sji, że­bym pła­ci­ła wię­cej. Nie­pi­sa­nym zwy­cza­jem jest to, że ab­sol­went­ki, gdy już wyj­dą za mąż, a ich sy­tu­acja ma­te­rial­na się po­pra­wi, na­dal fi­nan­so­wo wspie­ra­ją szko­łę, wpła­ca­jąc drob­ne kwo­ty co mie­siąc przez wie­le lat. Mo­głam rów­nież za­ra­biać, pra­cu­jąc w szko­le. Po­ma­ga­łam w pral­ni albo w kuch­ni, a za wy­ko­na­ne pra­ce do­pi­sy­wa­no mi okre­ślo­ne kwo­ty do cze­sne­go. Pro­wa­dzi­ły­śmy ze­szyt, gdzie wpi­sy­wa­ły­śmy, co zro­bi­ły­śmy; na przy­kład roz­wie­sza­nie pra­nia wy­ce­nia­no na dwa­dzie­ścia sze­kli. W in­ter­na­cie dzie­li­łam po­kój z dziew­czy­ną z Mek­sy­ku. Co ro­bi­ły­śmy po za­ję­ciach? To, co ro­bią dziew­czy­ny w na­szym wie­ku: cho­dzi­ły­śmy na piz­zę, gra­ły­śmy w plan­szów­ki, go­to­wa­ły­śmy, nie­któ­re oglą­da­ły fil­my na te­le­fo­nach lub ta­ble­tach, bo w szko­le nie było te­le­wi­zo­ra. Dużo roz­ma­wia­ły­śmy i jeź­dzi­ły­śmy do Je­ro­zo­li­my pod Ha-Ko­tel[3], aby ra­zem się mo­dlić.

Czy ta szko­ła oka­za­ła się moją bra­mą do no­we­go ży­cia? O tak! Pod­sta­wą na­ucza­nia było po­zna­nie ha­la­chy, na któ­rą skła­da się dwie­ście czter­dzie­ści osiem na­ka­zów i trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć za­ka­zów. Uczy­łam się, jak sto­so­wać to pra­wo re­li­gij­ne w kon­kret­nych ży­cio­wych sy­tu­acjach. Dużo lek­cji było rów­nież po­świę­co­nych Księ­dze Psal­mów, bo re­li­gij­ne ko­bie­ty po­win­ny re­cy­to­wać psal­my przy wie­lu oka­zjach. Uczy­łam się ich po he­braj­sku. Po­tem po­zna­wa­łam mo­dli­twy: w ja­kiej ko­lej­no­ści są umiesz­czo­ne w si­du­rze, czy­li mo­dli­tew­ni­ku, któ­re z nich są obo­wiąz­ko­we i ja­kie mają zna­cze­nie. Ha­la­cha zo­bo­wią­zu­je mię­dzy in­ny­mi do osiem­na­stu bło­go­sła­wieństw co­dzien­nie. Męż­czyź­ni wy­po­wia­da­ją je trzy razy dzien­nie, a ko­bie­ty co naj­mniej raz. Ro­bię to od tam­tej pory. Czy­ta­ły­śmy też par­sze i ko­men­ta­rze do nich.

Ju­da­izm prze­ma­wia do mnie, bo jest re­li­gią, któ­ra ro­zu­mie na­tu­rę czło­wie­ka, jego nie­do­sko­na­łość. Sta­ry Te­sta­ment to nie są baj­ki o anio­łach, tyl­ko opo­wie­ści o praw­dzi­wych lu­dziach, któ­rzy po­peł­nia­ją błę­dy. Kon­cept te­shu­va za­kła­da... Tak, to sło­wo już się po­ja­wi­ło, ale jak wie­le słów w ję­zy­ku he­braj­skim ma kil­ka zna­czeń. W tym kon­tek­ście to skru­cha. No więc w ju­da­izmie, je­śli ktoś ni­sko upad­nie, zro­bi coś złe­go, to musi zdać so­bie z tego spra­wę, wy­ra­zić skru­chę i wró­cić na wła­ści­wą dro­gę. To jest wła­śnie kon­cept te­shu­va. Ju­da­izm jest li­to­ści­wy, wy­ro­zu­mia­ły i mo­ty­wu­je nas do pra­cy nad sobą. Czy znam Nowy Te­sta­ment? My, ży­dzi, go nie uzna­je­my. Jest tyl­ko jed­na część, któ­rą Bóg po­dyk­to­wał czło­wie­ko­wi: Sta­ry Te­sta­ment. Wie­rzę w to, co zo­sta­ło w nim na­pi­sa­ne.

W szko­le She­arim kła­dzio­no głów­nie na­cisk na re­li­gię, a tak zwa­ne bab­skie te­ma­ty były na mar­gi­ne­sie. Zda­rza­ły się cza­sa­mi za­ję­cia prak­tycz­ne na te­mat ubio­ru lub za­kry­wa­nia wło­sów, bo są prze­cież róż­ne sty­le: ka­pe­lusz, czap­ka, be­ret, chu­s­ta, pe­ru­ka. Pro­wa­dzo­no też za­ję­cia dla dziew­czyn, któ­re są za­rę­czo­ne. Na ja­kie te­ma­ty? Jak bu­do­wać re­la­cje mał­żeń­skie. Wte­dy jesz­cze nie by­łam za­rę­czo­na, więc nie mo­głam w tych za­ję­ciach uczest­ni­czyć. Za to Mal­ka, na­uczy­ciel­ka, któ­ra je pro­wa­dzi­ła, zo­sta­ła moją men­tor­ką, a gdy po­zna­ły­śmy się bli­żej, po­wie­dzia­ła mi: „Znam chło­pa­ka, z któ­rym cię wi­dzę”. To ona wy­swa­ta­ła mnie z Aro­nem, ale do­pie­ro po kon­wer­sji. Z tego po­wo­du She­arim była moją bra­mą do no­we­go ży­cia.

W su­mie zro­bi­łam dwie kon­wer­sje: jed­ną tak zwa­ną pań­stwo­wą, w ra­bi­na­cie, czy­li urzę­dzie, a dru­gą or­to­dok­syj­ną u ra­bi­na Ka­re­lit­za w Bnei Brak na pół­noc od Tel Awi­wu, gdzie miesz­ka­ją wy­łącz­nie re­li­gij­ni i gdzie swo­je sie­dzi­by mają re­no­mo­wa­ne je­szi­wy. Mal­ka po­wie­dzia­ła, że bę­dzie le­piej po­strze­ga­ne, je­śli zro­bię kon­wer­sję or­to­dok­syj­ną u zna­ne­go ra­bi­na w cha­sydz­kiej spo­łecz­no­ści, bo taka ma o wie­le więk­szą wagę. Pa­mię­tam, że na bejt din, w skład któ­re­go wcho­dzi­ło trzech ra­bi­nów, przed któ­ry­mi zda­wa­łam eg­za­min koń­co­wy, za­py­ta­no mnie, kie­dy re­li­gij­ny żyd ob­my­wa ręce. Cho­dzi­ło o ry­tu­al­ne oczysz­cze­nie. Myje się więc przed je­dze­niem chle­ba każ­dą rękę po dwa razy, i to spe­cjal­nym kub­kiem z dwo­ma uchwy­ta­mi. Myje się po prze­bu­dze­niu, bo pod­czas snu mo­gło coś nie­czy­ste­go wejść do na­sze­go cia­ła, dla­te­go ran­kiem nie po­win­ni­śmy ni­cze­go do­ty­kać, za­nim nie ob­my­je­my rąk. Nie­któ­rzy myją ręce po re­la­cjach mał­żeń­skich, po ścię­ciu wło­sów lub ob­cię­ciu pa­znok­ci. Ręce na­le­ży umyć, kie­dy do­tknie się tej czę­ści cia­ła, któ­ra jest za­kry­ta ubra­niem. Je­śli po­dra­pię się po ple­cach, to mu­szę po­tem umyć ręce. No i oczy­wi­ście na­le­ży je ob­myć przed mo­dli­twą. Pro­ces kon­wer­sji koń­czy ry­tu­al­na ką­piel ko­bie­ty w my­kwie, czy­li ży­dow­skiej łaź­ni dla re­li­gij­nych osób. Moja pierw­sza my­kwa? To nie było aż tak du­żym prze­ży­ciem, trak­to­wa­łam to jako pro­ces czy­sto tech­nicz­ny, żeby inni uwie­rzy­li, że od te­raz je­stem ży­dów­ką i Ży­dów­ką, nie tyl­ko w sen­sie re­li­gij­nym, pi­sa­ną małą li­te­rą, lecz rów­nież w sen­sie przy­na­leż­no­ści do na­ro­du, pi­sa­ną przez wiel­kie ż, bo na do­ku­men­cie kon­wer­sji jest to wy­raź­nie na­pi­sa­ne: „Twój lud to mój lud, twój Bóg to mój Bóg”. Już po wszyst­kim, gdy trzy­ma­łam w ręku do­ku­ment pod­pi­sa­ny przez bejt din, i to z sa­me­go Bnei Brak, po­pła­ka­łam się. Po­czu­łam, że do­szłam wresz­cie, do­kąd chcia­łam. Szczę­ście ogrom­ne.

Czy ja­koś spe­cjal­nie to uczci­łam? Po­szły­śmy z ko­le­żan­ką ze szko­ły She­arim, bo tyl­ko ona ze mną przy­je­cha­ła, zjeść fa­la­fel. I tyle. Wie­czo­rem wró­ci­ły­śmy au­to­bu­sem do Je­ro­zo­li­my. Trzy ty­go­dnie po kon­wer­sji umó­wi­łam się na pierw­szą rand­kę z Aro­nem. Mal­ka do­trzy­ma­ła sło­wa.

Chcia­łaś, aby two­je mał­żeń­stwo było za­aran­żo­wa­ne?

Ma­rzy­łam wręcz o tym, aby ta­kie było. Szi­duch, czy­li swa­ta­nie dziew­czy­ny i chło­pa­ka, to bar­dzo sta­ra i po­wa­ża­na tra­dy­cja w re­li­gij­nych krę­gach. Oso­ba zaj­mu­ją­ca się szi­du­chem ma wy­so­ką po­zy­cję w spo­łecz­no­ści i cie­szy się za­ufa­niem. Swat­ka po­le­ca ci oso­bę, dla­te­go że uwa­ża, iż do sie­bie pa­su­je­cie. Dużo przy tym wie o kan­dy­da­cie, o jego ro­dzi­nie, i nie­ja­ko rę­czy, że on cię nie skrzyw­dzi. Po­zna­nie męża w ten spo­sób uwa­żam za bez­piecz­niej­sze niż po­zna­nie ko­goś przez por­tal rand­ko­wy. W In­ter­ne­cie czę­sto prze­cież nie wiesz, z kim masz do czy­nie­nia. Sły­sza­łam, że są por­ta­le rand­ko­we de­dy­ko­wa­ne Ży­dom, ale nie są­dzę, żeby cha­sy­dzi z nich ko­rzy­sta­li, no chy­ba że cze­goś nie wiem. Czy bez swa­ta­nia też zna­la­zła­bym męża? To tak nie dzia­ła w mo­jej spo­łecz­no­ści. Zresz­tą nie chcia­łam przy­szłe­go męża po­znać na uli­cy. Chcia­łam mieć pew­ność, że to po­rząd­ny czło­wiek.

Ty na­praw­dę uwa­żasz, że ja wy­glą­dam atrak­cyj­nie i bar­dzo sty­lo­wo? Aż się za­czer­wie­ni­łam... Dzię­ku­ję bar­dzo za te sło­wa. My, re­li­gij­ne ko­bie­ty, też chce­my ład­nie wy­glą­dać. Nie myśl so­bie, że nie śle­dzi­my naj­now­szych tren­dów. To, co jest mod­ne w da­nym mo­men­cie w nie­ży­dow­skim świe­cie, od razu zo­sta­je skon­wer­to­wa­ne, zgod­nie z ha­la­chą, tak, aby mie­ści­ło się w gra­ni­cach skrom­nej mody w ży­dow­skim świe­cie. W Je­ro­zo­li­mie więk­szość re­li­gij­nych ko­biet ubie­ra się w skle­pie Zoya: to taka Zara, tyl­ko że dla nas. Jest też sklep Mo­da­sti, ale tam są już na­praw­dę dro­gie stro­je wy­so­kiej ja­ko­ści. W tym se­zo­nie są mod­ne mo­ty­wy kwia­to­we, więc wi­dzia­łam w skle­pach dużo ubrań z mo­ty­wem róży.

Tak, to praw­da, że my, re­li­gij­ne ko­bie­ty, la­tem w Izra­elu cier­pi­my. Jest go­rą­co, więc nam cięż­ko w tych ubra­niach, ale tak chce­my żyć. Sta­ram się za­wsze no­sić raj­sto­py, tyl­ko kie­dy by­łam w za­awan­so­wa­nej cią­ży w środ­ku lata i było mi już na­praw­dę cięż­ko, po­zwa­la­łam so­bie wyjść na uli­cę z go­ły­mi no­ga­mi. No­szę buty za­kry­wa­ją­ce pal­ce, pła­skie ba­le­ri­ny, spód­ni­cę za­kry­wa­ją­cą ko­la­na, ko­szul­kę bia­łą lub czar­ną przy cie­le, za­kry­wa­ją­cą oboj­czy­ki i łok­cie. Mę­żat­ka ma obo­wią­zek za­kry­wa­nia wło­sów, więc na swo­je dłu­gie wło­sy za­kła­dam chu­s­tę w ty­go­dniu, a na sza­bat pe­ru­kę.

Pe­ru­ka jest wy­znacz­ni­kiem luk­su­su, a taka z na­tu­ral­nych wło­sów kosz­tu­je kil­ka ty­się­cy sze­kli. Nie­któ­re ko­bie­ty ce­lo­wo wy­bie­ra­ją wy­glą­da­ją­ce na syn­te­tycz­ne, bo chcą, aby było wi­dać, że to pe­ru­ka. Inne z ko­lei chcą mieć te droż­sze, wy­glą­da­ją­ce jak praw­dzi­we wło­sy. Aby spo­tę­go­wać na­tu­ral­ny efekt, trze­ba o taką pe­ru­kę dbać, od­da­wać ją re­gu­lar­nie do she­itel ma­her, czy­li ko­bie­ty, któ­ra zaj­mu­je się wy­ro­bem, sty­li­za­cją i pie­lę­gna­cją pe­ruk. Tym wła­śnie za­mie­rzam się i ja wkrót­ce za­jąć. Chcia­ła­bym otwo­rzyć w Bet Sze­mesz swój mały biz­nes, bo na ta­kie usłu­gi jest ogrom­ny po­pyt. Na­by­łam już do­świad­cze­nia, gdy w cią­ży pra­co­wa­łam u she­itel ma­her. Klient­ki przy­no­si­ły pe­ru­ki, a moim za­da­niem było uzu­peł­nie­nie bra­ku­ją­cych wło­sów lub sty­li­zo­wa­nie fry­zur. Mia­łam wło­sy po­ukła­da­ne ko­lo­ra­mi i mu­sia­łam zna­leźć od­po­wied­nie pa­sma, aby je do­szyć. Nie­któ­re ko­bie­ty ści­na­ją wła­sne wło­sy na swo­je pe­ru­ki, jed­nak nie wszy­scy ra­bi­ni na to po­zwa­la­ją. Le­piej, żeby na­tu­ral­na pe­ru­ka była zro­bio­na z cu­dzych. Bar­dziej od sa­me­go ro­bie­nia pe­ruk in­te­re­su­je mnie ich sty­li­za­cja. Na czym to po­le­ga? Pe­ru­kę myje się szam­po­nem, po­tem na­kła­da od­żyw­kę, su­szy i cze­sze. Nie­któ­re klient­ki pro­szą o pa­sem­ka, inne o loki, więc pe­ru­kę rów­nież far­bu­je się, przy­ci­na i ukła­da fry­zu­rę we­dle ży­cze­nia. Nie, nie na gło­wie, tyl­ko na ma­ne­ki­nie. (śmiech) Trze­ba to ro­bić bar­dzo de­li­kat­nie, żeby nie uszko­dzić pe­ru­ki. Co ile dni trze­ba od­wie­dzać she­itel ma­her? To za­le­ży, jak czę­sto ko­bie­ta nosi pe­ru­kę. Ja za­kła­dam ją tyl­ko na sza­bat, więc do my­cia i cze­sa­nia za­no­szę co trzy ty­go­dnie.

Pra­cu­jąc u she­itel ma­her, zo­rien­to­wa­łam się, że go­le­nie gło­wy to mit. Je­śli część ko­biet to robi, a ja oso­bi­ście nie znam żad­nej, to tyl­ko z wy­go­dy, gdy jest cięż­ko za­kryć praw­dzi­we wło­sy. Wi­dzia­łam ko­bie­ty, któ­re mają pod pe­ru­ka­mi dłu­gie wło­sy, ści­na­ją je na krót­ko lub ewen­tu­al­nie pod­ga­la­ją de­li­kat­nie tył gło­wy lub boki, żeby nic nie wy­sta­wa­ło i żeby pe­ru­ka ład­niej się pre­zen­to­wa­ła.

Czy oglą­da­łaś se­rial „Unor­tho­dox” na Net­fli­xie?

Nie, bo my nie oglą­da­my se­ria­li, w ogó­le nie mamy w domu te­le­wi­zo­ra. Jed­nak wiem, o co cho­dzi z tym „Unor­tho­dox”. Mam do­stęp do In­sta­gra­ma i wi­dzia­łam dys­ku­sję mię­dzy zna­jo­my­mi na jego te­mat. Wiem, że po­wstał na pod­sta­wie książ­ki De­bo­rah Feld­man, któ­ra opu­ści­ła ul­tra­or­to­dok­syj­ną spo­łecz­ność Sat­mar w No­wym Jor­ku. Z tego, co wiem, są oni dwo­rem cha­sydz­kim, któ­ry nie ak­cep­tu­je in­nych cha­sy­dów i nie uzna­je pań­stwa Izra­el. O Sat­mar mówi się nie­mal jak o sek­cie. Jak wi­dzisz, na­wet cha­sy­dów nie moż­na sta­wiać w jed­nym rzę­dzie. Co ja są­dzę o uciecz­ce bo­ha­ter­ki se­ria­lu? Naj­wy­raź­niej nie chcia­ła żyć zgod­nie z ha­la­chą i w za­mknię­tej spo­łecz­no­ści Sat­mar. To nie jest prze­cież wię­zie­nie i każ­dy ma wy­bór. Kie­dy jed­nak opusz­czasz ja­ką­kol­wiek spo­łecz­ność cha­sydz­ką, to mu­sisz się li­czyć z tym, że jest to bi­let w jed­ną stro­nę. Je­śli zmie­niasz ra­dy­kal­nie spo­sób ży­cia i nie je­steś w sta­nie prze­strze­gać ha­la­chy, to kto ze spo­łecz­no­ści za­ufa ci po raz dru­gi? Wiem, że oso­by, któ­re od­cho­dzą, czu­ją się po­tem po­krzyw­dzo­ne i chcą się ode­grać, opo­wia­da­jąc, jak źle im się wcze­śniej żyło. Mnie aku­rat moje ży­cie w spo­łecz­no­ści Kar­lin-Sto­lin się po­do­ba, bo ja wła­śnie tak chcia­łam żyć. Mnie nic nie razi, a je­śli już, to złe opi­nie o nas. Je­ste­śmy nie­ustan­nie oce­nia­ni, wręcz wy­szy­dza­ni przez świec­kich, któ­rzy nie mają czę­sto po­ję­cia, o czym mó­wią. Poza tym nie lu­bię po­pa­da­nia w skraj­no­ści i prze­sa­dy. Py­ta­łaś mnie o te ży­dów­ki z dziel­ni­cy Mea Sze­arim, któ­re cho­dzą w czar­nych bur­kach po uli­cach. Dla mnie to już jest za dużo, za bar­dzo. Za­kry­wa­nie twa­rzy nie po­cho­dzi z ży­dow­skiej re­li­gii ani tra­dy­cji. Ha­la­cha o tym nie mówi. Mój Aron po­dob­nie jak ja uwa­ża, że trze­ba za­cho­wać umiar, a naj­le­piej spraw­dza się me­to­da ma­łych krocz­ków. On ma sta­ry te­le­fon na gu­zicz­ki i nie wy­sy­ła SMS-ów, a ja mam smart­fon i kon­to na In­sta­gra­mie. Sama zde­cy­du­ję, kie­dy będę go­to­wa z tego zre­zy­gno­wać. Sta­ram się ko­rzy­stać ze zdo­by­czy tech­no­lo­gii – dzię­ki temu po­zna­łam cie­bie. Czy­li są plu­sy. Nie sie­dzę jed­nak ca­ły­mi dnia­mi w In­ter­ne­cie, a w cza­sie sza­ba­tu w ogó­le nie uży­wam te­le­fo­nu. Z In­sta­gra­ma ko­rzy­stam głów­nie dla­te­go, że to źró­dło kon­tak­tu z wie­lo­ma oso­ba­mi, no i ob­ser­wu­ję pro­fi­le ku­li­nar­ne, bo to mnie in­te­re­su­je. Nie wiem jed­nak, czy nie wy­co­fam się z tego ma­ły­mi krocz­ka­mi, jak mówi Aron. Za­czy­na mnie tam ra­zić zbyt wie­le rze­czy. Co kon­kret­nie? Na przy­kład czę­sto wi­dzę coś, cze­go nie chcia­ła­bym wi­dzieć – zdję­cia na­gich ko­biet, i na­wet do­sta­ję od nich wia­do­mo­ści. Czy na­praw­dę je­dy­ne, co ko­bie­ta ma do za­ofe­ro­wa­nia świa­tu, to uro­da? Czy musi być trak­to­wa­na jak to­war? Świat zmie­rza w nie­cie­ka­wym kie­run­ku. Wszę­dzie wi­dać na­gość i roz­luź­nie­nie w re­la­cjach ko­biet i męż­czyzn. Po­zna­jesz ko­goś i od razu przy­tu­la cię, ca­łu­je, nie mó­wiąc o sek­sie. Nie wy­obra­żam so­bie ta­kie­go ży­cia. W moim świe­cie kon­tak­ty mię­dzy ko­bie­tą a męż­czy­zną, któ­rzy nie są spo­krew­nie­ni, są za­bro­nio­ne. To nie jest do­brze wi­dzia­ne, kie­dy ko­bie­ta za­męż­na idzie z ob­cym męż­czy­zną uli­cą. My tu­taj nie mamy ko­le­gów, żeby nie pro­wo­ko­wać dwu­znacz­nych sy­tu­acji. Żad­na z nas nie utrzy­mu­je kon­tak­tów z męż­czy­zną, poza swo­im mę­żem. Ko­bie­ty nie są na­ra­żo­ne na nie­po­żą­da­ny do­tyk i trak­tu­je się je z sza­cun­kiem. Kie­dy idzie­my z Aro­nem od­wie­dzić zna­jo­mych w sza­bat, on może ze dwa sło­wa za­mie­ni z żoną przy­ja­cie­la. Roz­wo­dy w cha­sydz­kich spo­łecz­no­ściach zda­rza­ją się, ale są to ra­czej ni­skie sta­ty­sty­ki. Ślub jest na całe ży­cie. Żeby się roz­wieść, trze­ba mieć na­praw­dę po­waż­ny po­wód, jak na przy­kład prze­moc w domu. Nie­zgod­ność cha­rak­te­rów? To nie jest ża­den po­wód! Nad związ­kiem trze­ba pra­co­wać, to nie za­wsze jest sie­lan­ka, ale war­to się po­sta­rać. Wiem, co mó­wię, bo moi ro­dzi­ce się roz­wie­dli i ro­zu­miem, ile dzie­ci po­tem mu­szą za­pła­cić za „nie­zgod­ność cha­rak­te­rów”. W Bet Sze­mesz nie po­zna­łam żad­nej roz­wód­ki. Po pro­stu ich nie ma. Dla­te­go tak waż­ny dla ro­dzi­ny jest sza­bat. Mój mąż w ty­go­dniu dużo pra­cu­je, ale od piąt­ku wie­czo­rem do so­bo­ty wie­czo­rem mamy czas dla sie­bie. Ubie­ra­my się ele­ganc­ko, sia­da­my przy sto­le, pi­je­my wino i jemy do­brą ko­la­cję. Nie spie­szy­my się i cie­szy­my sobą. To jest coś, cze­go ni­g­dy nie do­świad­czy­łam w ro­dzin­nym domu. Tej uwa­gi, obec­no­ści dru­giej oso­by.

Wra­ca­jąc jesz­cze do tego In­sta­gra­ma... Pa­trzę i cza­sa­mi się za­sta­na­wiam, po co czło­wie­ko­wi tyle rze­czy. Lu­dzie ocze­ku­ją dzi­siaj od ży­cia tak dużo. Będą szczę­śli­wi tyl­ko wte­dy, kie­dy sfo­to­gra­fu­ją się w mar­ko­wym ubra­niu lub po­ja­dą na eg­zo­tycz­ne wa­ka­cje. Ja je­stem szczę­śli­wa w moim ma­łym świe­cie – z mę­żem, dziec­kiem i w gro­nie kil­ku ko­le­ża­nek. To ju­da­izm uczy nas do­ce­niać małe rze­czy, przy­po­mi­na cią­gle, ja­kim wiel­kim są da­rem. Po prze­bu­dze­niu od­ma­wia­my mo­dli­twę: „Dzię­ku­ję ci Boże, że zwró­ci­łeś mi moją du­szę, że się obu­dzi­łam i prze­ży­ję ko­lej­ny dzień”. Jest na­wet mo­dli­twa po użyt­ko­wa­niu z to­a­le­ty: jaki to dar, że je­stem zdro­wa i mogę z niej sko­rzy­stać. Mam tyle po­wo­dów, żeby być wdzięcz­ną i szczę­śli­wą, że nie po­trze­bu­ję do tego wca­le tych po­dró­ży i wy­cho­dze­nia do re­stau­ra­cji. My­ślę, że mo­gła­bym spo­koj­nie żyć bez In­ter­ne­tu i tej ca­łej po­pkul­tu­ry. Czy my z mę­żem cho­dzi­my do re­stau­ra­cji? Rzad­ko. Cza­sem wy­cho­dzi­my na ka­wa­łek piz­zy lub lody. Wyj­ście na su­shi, oczy­wi­ście ko­szer­ne, trak­tu­je­my jak świę­to. Mamy swo­je ulu­bio­ne miej­sce, bo by­li­śmy tam kie­dyś z Aro­nem na jed­nej z ran­dek jesz­cze przed ślu­bem.

Po­roz­ma­wiaj­my o mi­ło­ści. Gdzie się umó­wi­li­ście na pierw­szą rand­kę?

Na Dwor­cu Głów­nym w Je­ro­zo­li­mie. Aron spóź­nił się go­dzi­nę i by­łam na nie­go tro­chę zła, bo na­wet mnie nie prze­pro­sił. Po­tem, gdy już usie­dli­śmy w ka­wiar­ni, tłu­ma­czył się, że nie mógł mnie zna­leźć, bo dwo­rzec jest taki duży. Po­my­śla­łam wte­dy, że to by­ło­by głu­pie, gdy­bym nie dała mu szan­sy, sko­ro Mal­ka mó­wi­ła, że do sie­bie pa­su­je­my. Wie­rzy­łam, że je­ste­śmy so­bie prze­zna­cze­ni, bo cze­ka­łam na to spo­tka­nie po­nad osiem mie­się­cy. Nic pew­nie z tego by nie wy­szło, gdy­by Aron mi się nie spodo­bał. Miał w so­bie to coś! Na pierw­szej rand­ce za­zwy­czaj trze­ba się za­pre­zen­to­wać: kim je­steś, skąd po­cho­dzisz i jak so­bie wy­obra­żasz wspól­ną przy­szłość. Jaki chcesz pro­wa­dzić dom, jaki po­ziom ko­szer­no­ści ak­cep­tu­jesz, do ja­kich szkół chcesz po­słać dzie­ci. Wy­szło na to, że mamy po­dob­ną wi­zję, że zga­dza­my się w wie­lu spra­wach. Obo­je by­li­śmy wy­cho­wy­wa­ni na spo­sób za­chod­ni, ale cią­gnę­ło nas do cze­goś bar­dziej kon­ser­wa­tyw­ne­go. Ani Aron, ani ja nie mie­li­śmy ro­dzi­ny w Izra­elu. Tak na­praw­dę to nie mie­li­śmy ni­ko­go i ni­cze­go, więc ra­zem mo­gli­śmy coś od pod­staw zbu­do­wać. Jak się ubra­łam na pierw­szą rand­kę? Za­ło­ży­łam czar­ną bluz­kę i zło­tą pli­so­wa­ną spód­ni­cę, a Aron był w bia­łej ko­szu­li i czar­nych spodniach.

Na dru­gą rand­kę umó­wi­li­śmy się w ho­te­lu w Je­ro­zo­li­mie, bo tra­dy­cją wśród re­li­gij­nych jest to, że na rand­ki uma­wia­ją się wła­śnie w ho­te­lach. Nie, nie w po­ko­jach, no gdzież! Prze­cież w trak­cie ran­dek dziew­czy­na i chło­pak nie mogą być sami. Spo­ty­ka­ją się w lob­by ho­te­lo­wym albo ka­wiar­ni. Pod­czas dru­giej rand­ki po­czu­łam się przy Aro­nie bar­dzo swo­bod­nie. Nie mu­sia­łam my­śleć nad te­ma­ta­mi do roz­mo­wy, bo one same przy­cho­dzi­ły. Sie­dzie­li­śmy przy jed­nej ka­wie aż trzy go­dzi­ny. Ode­bra­łam to jako do­bry znak, bo z trud­no­ścią na­wią­zu­ję nowe kon­tak­ty. Po pię­ciu ty­go­dniach za­rę­czy­li­śmy się, a ślub wzię­li­śmy po trzech mie­sią­cach. Gdy za­dzwo­ni­łam do ro­dzi­ców w Pol­sce, zła­pa­li się za gło­wę. Ale moje re­la­cje z nimi za­wsze były skom­pli­ko­wa­ne... Rzad­ko mamy ze sobą kon­takt, co naj­wy­żej wy­mie­ni­my kil­ka zdań na What­sAp­pie. Nikt z mo­jej ro­dzi­ny nie przy­je­chał ani na ślub, ani kie­dy uro­dzi­łam Cha­ima. Mama przy­sła­ła tyl­ko śpiosz­ki. „Kie­dy przy­je­dziesz?” – py­tam cza­sem, a ona za­wsze od­pi­su­je to samo: „Chcę”. I na tym się roz­mo­wa koń­czy. Nie mam wy­tłu­ma­cze­nia, nie wiem dla­cze­go tak się dzie­je. To jest trud­ne. Je­śli się nie ode­zwę pierw­sza do ro­dzi­ców, to oni do mnie ni­g­dy.

Tata raz nas od­wie­dził w Izra­elu, ale był na dy­stans. Zresz­tą ni­g­dy nie umiał oka­zy­wać uczuć. W cza­sie pan­de­mii ko­ro­na­wi­ru­sa, gdy Aron nie mógł pra­co­wać, po­mógł nam fi­nan­so­wo. To pierw­szy taki gest z jego stro­ny. Na nasz ślub to spo­łecz­ność ze­bra­ła pie­nią­dze, nic nie do­sta­łam od ro­dzi­ców. To przy­kre, w koń­cu to moja ro­dzi­na, no ale co zro­bić. Jest jak jest. Te­raz mamy z Aro­nem wła­sną ro­dzi­nę. Chcia­ła­bym po­je­chać z mę­żem i syn­kiem do Pol­ski. Zo­ba­czy­my, czy nam się uda jesz­cze w tym roku. Za­sta­na­wiam się, jak za­re­agu­ją na nas lu­dzie w ma­łym mie­ście. Wy­glą­da­my prze­cież ina­czej niż wszy­scy. My­ślę, że nie mam się cze­go wsty­dzić, bo moim zda­niem żyję wła­ści­wie. Od­na­la­złam swo­ją dro­gę. Tyl­ko czy lu­dzie w Pol­sce też tak uwa­ża­ją? Nie wiem, jak mie­li­by­śmy się spa­ko­wać na taką po­dróż. Ile wziąć ze sobą wa­li­zek? Od zna­jo­mej sły­sza­łam, że mu­sie­li wziąć aż pięć. Trzy wa­liz­ki z sa­mym ko­szer­nym je­dze­niem, jed­ną z ko­szer­ny­mi garn­ka­mi, jed­ną z ubra­nia­mi. Mam jesz­cze czas, żeby się przy­go­to­wać. W Izra­elu jest te­raz dru­ga fala ko­ro­na­wi­ru­sa i za­pa­no­wa­ła po­wszech­na pa­ni­ka. Zno­wu ata­ku­ją nas, re­li­gij­nych, że mamy zbyt licz­ne ro­dzi­ny, że miesz­ka­my gę­sto i dla­te­go czę­ściej się za­ra­ża­my. Wi­dzisz, my prze­szka­dza­my na­wet Izra­el­czy­kom. Świec­cy nas nie ko­cha­ją, a my prze­cież nie mamy nic do nich, nie kry­ty­ku­je­my ich sty­lu ży­cia, nie na­rzu­ca­my im ni­cze­go. Niech każ­dy żyje po swo­je­mu. Nie­po­trzeb­nie się zno­wu de­ner­wu­ję... Może le­piej roz­ma­wiaj­my o mi­ło­ści.

Ile osób przy­szło na wasz ślub?

Trzy­sta, choć za­pro­si­li­śmy sto pięć­dzie­siąt. Ślu­by w na­szej spo­łecz­no­ści or­ga­ni­zu­je się w tak zwa­nych ha­lach. Nam halę po­le­ci­ła Mal­ka, w do­brej ce­nie i do­brej lo­ka­li­za­cji. Gdy się po­bie­ra­li­śmy, mia­łam dwa­dzie­ścia dwa lata, a Aron dwa­dzie­ścia sie­dem. We wszyst­kim po­mo­gła nam spo­łecz­ność. Po suk­nię ślub­ną po­je­cha­łam z ko­le­żan­ką do sa­lo­nu w Je­ro­zo­li­mie. Tu­taj do wy­bo­ru są za­zwy­czaj suk­nie kla­sycz­ne, bia­łe typu „beza”, wy­szy­wa­ne pe­reł­ka­mi albo ka­mycz­ka­mi. Dla nas, re­li­gij­nych, bez żad­nych głę­bo­kich de­kol­tów i z za­sło­nię­ty­mi ra­mio­na­mi. Wszyst­kie, któ­re po­do­ba­ły mi się na wie­sza­ku, nie le­ża­ły na mnie do­brze. Ko­le­żan­ka wy­pa­trzy­ła taką, na któ­rą z po­cząt­ku nie zwró­ci­łam uwa­gi. Wy­da­wa­ła mi się nud­na, bez wy­ra­zu, ale w koń­cu na­mó­wi­ła mnie na przy­mie­rze­nie. Strzał w dzie­siąt­kę! Oka­za­ło się, że leży ide­al­nie, co wię­cej, to w niej czu­ję się naj­le­piej. Mia­ła dłu­gi rę­kaw, górę bez de­kol­tu, do­szy­wa­ne pe­reł­ki, a pod spód­ni­cą dużo tiu­lu, aby dół był roz­klo­szo­wa­ny. Ani no­wo­cze­sna, ani sta­ro­świec­ka. Kla­sycz­na. Nie ku­pi­łam jej, tyl­ko ją wy­po­ży­czy­łam. Uzna­łam, że prze­cież nie za­ło­żę suk­ni ślub­nej dru­gi raz w swo­im ży­ciu.

Przy­go­to­wa­nia do ślu­bu to nie tyl­ko spra­wy or­ga­ni­za­cyj­ne, lecz rów­nież lek­cje mał­żeń­skie. Cho­dzi­li­śmy z Aro­nem od­dziel­nie. Męż­czy­zna uczy się z ra­bi­nem, a ko­bie­ta z re­be­cyn, czy­li żoną ra­bi­na, któ­ra jest upraw­nio­na do na­ucza­nia ko­biet. Nie każ­da żona ra­bi­na jest re­be­cyn. Przy­szli mał­żon­ko­wie są ucze­ni, jak bu­do­wać re­la­cję, jak sie­bie na­wza­jem trak­to­wać, jak uni­kać kon­flik­tów w mał­żeń­stwie. Oma­wia­ne są rów­nież za­sa­dy współ­ży­cia, bo ha­la­cha na­ka­zu­je mał­żon­kom ta­ha­rat ha-mi­sh­pa­cha (hebr. „czy­stość w ro­dzi­nie”). Cho­dzi o to, że kie­dy żona ma mie­siącz­kę, to nie mogą się z mę­żem do­ty­kać, a po za­koń­cze­niu mie­siącz­ki obo­wią­zu­je ich jesz­cze kil­ka do­dat­ko­wych „czy­stych dni”. W su­mie może być ich dwa­na­ście. Do­pie­ro kie­dy ko­bie­ta idzie do my­kwy, daje sy­gnał mę­żo­wi, że mogą się już do sie­bie zbli­żać. Czy w ju­da­izmie mówi się wprost o sek­sie? Jak naj­bar­dziej. Moja re­be­cyn była bar­dzo otwar­ta i kon­kret­na, co mnie na­wet za­sko­czy­ło. Mó­wi­ła mi o pierw­szej wspól­nej nocy po ślu­bie albo o tym, że kie­dy ko­bie­ta wra­ca z my­kwy, to para po­win­na upra­wiać seks. Oma­wia­ła ze mną cykl ko­bie­ty, jak dzia­ła or­ga­nizm, kie­dy są naj­bar­dziej płod­ne dni. Nie po­dej­rze­wa­łam, że od re­be­cyn usły­szę: „Kup so­bie od cza­su do cza­su ze­staw no­wej i po­cią­ga­ją­cej bie­li­zny”. Czy uży­wa­my prze­ście­ra­dła z dziur­ką w trak­cie zbli­że­nia? To ko­lej­ny mit o cha­sy­dach! Ha­la­cha wręcz za­ka­zu­je, aby w trak­cie zbli­że­nia było coś do­dat­ko­we­go po­mię­dzy mę­żem a żoną. To musi być cia­ło do cia­ła.

Ce­re­mo­nia ślub­na za­czy­na się od po­wi­ta­nia go­ści i bło­go­sła­wieństw. Pan­na mło­da sie­dzi na ka­na­pie i przyj­mu­je ko­bie­ty, a po dru­giej stro­nie hali pan mło­dy przy sto­le przyj­mu­je męż­czyzn. Go­ście bło­go­sła­wią, czy­li ży­czą pa­rze mło­dej, aby żyła w zgo­dzie, w zdro­wiu, w do­bro­by­cie, aby mia­ła dzie­ci, a po­nie­waż uwa­ża się, że pan­na mło­da i pan mło­dy mają nad­zwy­czaj­ną siłę w mo­dli­twie, to go­ście pro­szą ich o bło­go­sła­wień­stwo dla sie­bie. Na re­li­gij­nym we­se­lu ko­bie­ty i męż­czyź­ni sie­dzą od­dziel­nie i tań­czą od­dziel­nie. Po przy­wi­ta­niu po stro­nie męż­czyzn spi­sy­wa­na jest ke­tu­ba (ke­tu­bah), czy­li kon­trakt mał­żeń­ski. Kie­dy nasz był go­to­wy, przy­szedł do mnie ra­bin, abym go prze­czy­ta­ła i pod­pi­sa­ła. Ke­tu­ba mówi o tym, że mąż od tej chwi­li ma za­pew­nić żo­nie dach nad gło­wą, je­dze­nie, a na świę­ta ku­pić jej nowe ubra­nia i bi­żu­te­rię. Męż­czy­zna de­kla­ru­je tym sa­mym, że utrzy­ma­nie żony spo­czy­wa na jego bar­kach. Pod­pi­sa­łam, że się na to zga­dzam. Ke­tu­ba to gwa­ran­cja tego, że mąż bie­rze od­po­wie­dzial­ność za żonę i dzie­ci. Ha­la­cha mówi, że ko­bie­tę na­le­ży po­ślu­bić trze­ma rze­cza­mi: do­ku­men­tem (ke­tu­ba), pie­niędz­mi (ob­rącz­ka dla ko­bie­ty) i ak­tem sek­su­al­nym (chwi­la od­osob­nie­nia w trak­cie ce­re­mo­nii). Te trzy ele­men­ty sym­bo­li­zu­ją za­war­cie mał­żeń­stwa i dają sto pro­cent pew­no­ści, że ko­bie­ta zo­sta­ła żoną tego kon­kret­ne­go męż­czy­zny. W ju­da­izmie ko­bie­ta stoi jak­by wy­żej od męż­czy­zny, bo to on musi bie­gać wo­kół niej. Moż­na na­wet po­wie­dzieć, że ży­dow­ska żona jest trak­to­wa­na przez męża jak księż­nicz­ka. Przy­naj­mniej tak mnie trak­tu­je mój Aron.

Ra­che­la Ba­tya i Aron zo­sta­li wy­swa­ta­ni i po­bra­li się po sied­miu ty­go­dniach...

Za­pra­sza­my do za­ku­pu peł­nej wer­sji książ­ki

Przy­pi­sy

[1] Je­szi­wa – wyż­sza szko­ła tal­mu­dycz­na dla nie­żo­na­tych stu­den­tów [wszyst­kie przy­pi­sy po­cho­dzą od au­tor­ki].
[2] Ha­la­cha – wy­kład­nia pra­wa Moj­że­szo­we­go, mó­wią­ca o tym, jak sto­so­wać to pra­wo w kon­kret­nych sy­tu­acjach ży­cio­wych.
[3] Ha-Ko­tel – he­braj­ska na­zwa Ścia­ny Pła­czu.