Słowo do ciebie - Kandi Steiner - ebook
Opis

Romantyczna powieść Kandi Steiner – specjalistki od „emocjonalnych rollercoasterów”

Lato w małej górskiej miejscowości wydaje się tym, czego potrzebuje Wren Ballard. Niedawno zakończyło się jej małżeństwo, przez co kobieta czuje się zagubiona i nie ma pojęcia, co dalej zrobić ze swoim życiem. Na miejscu poznaje chimerycznego, ale też niezwykle pociągającego mężczyznę – Andersona Blacka. Ich sąsiedzka znajomość rozpoczyna się burzliwie, ale z czasem zaczyna ich łączyć coraz więcej.

Okazuje się, że nie tylko Wren nosi w sercu trudne do zagojenia rany. Dwoje ludzi z bolesną przeszłością wkrótce odkryje, że aby znów zacząć żyć, trzeba najpierw wybaczyć samemu sobie.

__

O autorce

Kandi Steiner jest bestsellerową, amerykańską autorką, która słynie z pisania emocjonalnych rollercoasterów. Żadna z jej książek nie jest podobna do poprzedniej. Jej historie są pełne pięknych, choć czasami trudnych emocji. Kiedy Kandi nie pisze, najczęściej czyta i to książki z każdej półki literackiej. Ponadto lubi rozmawiać ze swoim kotem, spędzać czas z rodziną i znajomymi, a także podróżować i spożywać duże ilości węglowodanów. Aha i uwielbia maratony filmowe i słodkie wino.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 389

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wszystkim, którzy kiedykolwiek czuli się niewystarczający. Nie tylko spełniacie oczekiwania, ale też je przekraczacie.

Jeden

FREE

[ˈfrē]przymiotnik

Cieszący się wolnością osobistą, nieznajdujący się pod niczyją kontrolą, niezdominowany przez nikogo.

Pierwszą rzeczą, jakiej się nauczyłam jako świeżo upieczona dwudziestosiedmioletnia rozwódka, było to, że nikt nie jest mi nic winien.

Mój mąż nie był mi winien przeprosin za wszystkie te okropne rzeczy, które wywrzaskiwał, kiedy pakowałam walizki. Pierwszy facet, z którym się przespałam po spędzeniu dziesięciu lat z tym samym mężczyzną, nie był mi winien esemesa następnego dnia. Znajomi nie byli mi winni całego swojego czasu i niepodzielnej uwagi, mimo że desperacko jej pragnęłam.

Nikt mi nie był winien ani jednej cholernej rzeczy.

A teraz po raz pierwszy w życiu miałam zamieszkać całkowicie sama.

Najpierw mieszkałam z rodzicami, później przeniosłam się do akademika i miałam współlokatorki, aż wreszcie zamieszkałam z, obecnie byłym, mężem Keithem. Ostatnie cztery miesiące spędziłam u najlepszego przyjaciela i partnera biznesowego Adriana, ale nie czułam się u niego jak w domu. On miał własną rodzinę: partnera, w którym był zakochany do szaleństwa, oraz córeczkę, którą adoptowali zaledwie pół roku przed moją przeprowadzką.

Nie miałam pojęcia, co robić, dokąd powinnam się udać ani kim powinnam być – i chyba właśnie dlatego ponownie załadowałam swojego SUV-a i wynajęłam na całe lato domek letniskowy oddalony o godzinę drogi od Seattle. Nawet nie spojrzałam na zdjęcia, tylko zadzwoniłam pod podany numer i poinformowałam, że jestem w drodze, żeby się rozejrzeć.

Wyjazd nie przyszedł mi łatwo. Niemal zmieniłam zdanie, gdy wraz z Adrianem zwołaliśmy zebranie naszego niewielkiego, ale zżytego zespołu z butiku, by powiadomić wszystkich, że robię sobie krótką przerwę. Założyliśmy butik zaraz po skończeniu studiów i od tamtej pory nie opuściłam ani jednego dnia pracy. Pracowałam więcej, niż niektórzy uznają za normalne – i pewnie stanowiło to jedną z przyczyn, dla których znalazłam się w tym miejscu.

Jednak Adrian wyprowadził mnie za drzwi i zapewnił, że wraz z zespołem poradzi sobie ze wszystkim pod moją nieobecność. Potrzebowałam czasu dla siebie – on to widział, a ja to czułam.

– Przywieź nam letnią kolekcję – powiedział z promiennym uśmiechem na twarzy o idealnych rysach. Asortyment Ballard Boutique opierał się na moich projektach, w końcu to moje nazwisko i moja marka. Ale nie tylko ja miałam coś do stracenia; Adrian i zespół również. Nie robiłam tego wyłącznie dla siebie, ale też dla nich, więc wrzuciłam do SUV-a wszystko, co uznałam za niezbędne, i wyruszyłam po inspirację, dzięki której przyszła letnia kolekcja będzie biła inne na głowę.

Nie byłam pewna, czy dam radę dotrzymać tej obietnicy, zwłaszcza że nie udało mi się narysować nic wartego uwagi, odkąd w październiku odeszłam od Keitha. Święta były trudne, a ostatnia rozprawa rozwodowa w styczniu jeszcze trudniejsza. Miałam nadzieję, że kiedy już będzie po wszystkim, dojdę do siebie i wróci mi wena. Ale nadal czułam się rozbita, więc jechałam do domku w Gold Bar.

Byłam już w połowie drogi – jechałam z opuszczonymi szybami, wiatr osuszał moje łzy szybciej, niż płynęły, i zaczęłam się zastanawiać, czy jednak nie jestem stuknięta.

Ostatnio wszyscy tak o mnie mówili.

Mój były mąż stwierdził, że jestem stuknięta, skoro od niego odchodzę. Jego rodzina uważała, że byłam stuknięta od samego początku. Nasi „przyjaciele” powiedzieli, że muszę być stuknięta, skoro rozwiązuję takie „doskonałe małżeństwo”. Wszyscy tak twierdzili, a ja, chociaż powinnam była to robić, nie potrafiłam się z nimi spierać. Ponieważ prawda była taka, że tak właśnie się czułam.

Musiałam być nienormalna, prawda? W końcu zakończyłam dziesięcioletni związek i siedmioletnie małżeństwo – i to z przyczyn, których nikt z zewnątrz nie był w stanie zrozumieć, może poza Adrianem. Keith mnie nie maltretował, nie zdradzał, wszyscy uważali nas za parę idealną. Wrzucaliśmy w mediach społecznościowych wspólne zdjęcia z otwarcia jego pierwszego gabinetu, z Tygodnia Mody w Nowym Jorku, z dzielenia się słodyczami w Pike Place, a nawet z leniuchowania w niedziele na kanapie. Byliśmy zgraną parą.

A przynajmniej takie sprawialiśmy wrażenie.

Nikt nie wiedział, z czym zmagaliśmy się za zamkniętymi drzwiami. Nikt nie miał pojęcia o tym, że mój kochający mąż zaczął mieć do mnie pretensje i miał mi za złe sukces, zwłaszcza że zawsze uważał rysowanie i szycie za hobby. Od samego początku był tak mocno skupiony na własnych marzeniach, że moich nigdy nie brał na poważnie. Nie przeszkadzało mi to przez długi czas – aż zaczął mi wyjeżdżać z „dzienniczkiem żony”, jak to nazwałam.

Co trzy albo cztery miesiące, jak w zegarku, Keith wkurzał się o coś i kłóciliśmy się do świtu. Kiedy mówię „kłóciliśmy się”, chodzi mi o to, że on wymieniał wszystkie moje niedociągnięcia jako żony, a ja płakałam i przysięgałam poprawę, jednocześnie broniąc wszystkiego, do czego się przyczepiał. Długo zajęło mi uświadomienie sobie, że to nie na mnie był wściekły, tylko na siebie. Nigdy nie wyjaśnił mi o co.

Ale nawet po terapii, nawet po podpisaniu papierów rozwodowych nie dostrzegał w tym problemu z kontrolowaniem złości. Nadal uważał, że to moje działania go wkurzają i że jestem egoistką.

Egoistka.

W ciągu ostatnich kilku lat tak często słyszałam to słowo, że równie dobrze mogłabym wypisać je sobie na czole. A może na piersi, jak szkarłatną literę.

Może i byłam egoistką – nie miałam pewności, czy mogę się z tym spierać. Moje marzenia były dla mnie ważne, kariera również, ale i tak kochałam Keitha. Zawsze chciałam, żeby w pełni rozwinął swój potencjał. Zawsze chciałam mu w tym pomóc. Jednak gdzieś po drodze naszą miłość splamiła sadza z płonących pretensji.

Nikt nie bierze ślubu z myślą o rozwodzie, więc skoro już go doświadczyłam, musiałam ponownie ustalić, kim jestem.

Nie miałam pojęcia, od czego zacząć.

Nie wiedziałam, co oznacza całkowita samotność, no i bałam się jej. Powiedziałam Adrianowi, że nic mi nie będzie, że palę się do spędzenia czasu sama ze sobą, że potrzebuję przestrzeni. Ale nigdy tak naprawdę nie zaznałam samotności. Nie znałam osamotnienia tego rodzaju – takiego, które przenika aż do kości, kiedy dosłownie nikt na całym świecie nie odzywa się do mnie, nie zastanawia, co porabiam, ani na mnie nie czeka.

Byłam ciekawa, czy to przeżyję.

Jednak kiedy skręciłam w niedbale wybrukowaną drogę, która miała mnie doprowadzić do miejsca będącego przez kilka następnych miesięcy moim domem, wydarzyło się coś dziwnego. Lęk przed samotnością powoli uleciał przez opuszczoną szybę, a zastąpiło go poczucie, że wszystko jest w porządku. Z każdym mijanym kilometrem ten cichy szept stawał się coraz głośniejszy, aż wreszcie był całkiem donośny. Uśmiechnęłam się i starłam resztki łez, gdy GPS oznajmił, że dotarłam do celu.

Pierwszym pięknem, jakie odkryłam jako świeżo upieczona dwudziestosiedmioletnia rozwódka, było to, że ja też nie byłam nic nikomu winna.

Nie byłam winna byłemu mężowi jeszcze jednego roku, jeszcze jednej minuty ani nawet sekundy swojego życia. Nie byłam nikomu winna wyjaśnień, dlaczego rozpadło się nasze małżeństwo. Nie byłam winna innemu mężczyźnie czy w ogóle innej osobie telefonu, żeby się zameldować. Nikomu nie byłam winna przeprosin za to, że kocham coś, z czym ten ktoś się nie zgadza.

Po raz pierwszy w moim życiu nikt mi nie był nic winien i ja nie byłam nic nikomu winna.

Może i czekała mnie samotność, ale na pewno byłam wolna.

Wyłączyłam silnik swojej kii sportage i natychmiast otoczyła mnie cisza. Nie taka, do jakiej przywykłam, mieszkając w mieście, gdzie nieustannie towarzyszył mi szum samochodów i głosów. Nie, to była spokojna cisza, w której dał się słyszeć słabiutki dźwięk płynącej w pobliżu wody i ptaków śpiewających swoje melodie nowo przyjezdnej.

Maj dobiegał końca, ale wraz z nadejściem wieczoru temperatura powietrza spadła do rześkich siedemnastu stopni. Wetknęłam ręce do kieszeni lekkiej skórzanej kurtki i zaczęłam się przyglądać frontowi domku. Miał trzy kondygnacje – pierwsza wydawała się składać wyłącznie z niewielkiego garażu i schodów prowadzących na piętro. Wzdłuż ściany garażu ułożono drewno na opał, a na małej werandzie stały dwa proste krzesła bujane i wyściełana ława.

Powiodłam wzrokiem po ciemnym drewnie do czerwonego dachu i wykończeń, a później na lewo, gdzie było widać kawałek rzeki. Czułam, że z tyłu domu widok będzie jeszcze wspanialszy. Połączenie podekscytowania i stresu ścisnęło mi żołądek. Teraz, gdy tak stałam przed domkiem, czułam się idiotycznie, że postanowiłam spędzić lato tutaj, godzinę drogi od miasta. A jednak miałam nieodparte wrażenie, że to właściwa decyzja.

Ruszyłam przed siebie. Żwir na podjeździe chrzęścił mi pod sięgającymi do kolan kozakami od Gianvito Rossiego. Ledwo dotarłam do pierwszego stopnia, a drzwi domku stanęły otworem.

– Czyli nie żartowała pani, mówiąc, że będzie tu za godzinę – stwierdził mężczyzna z mocnym akcentem, obserwując mnie ciepłymi oczami ze zmarszczkami w kącikach, gdy wchodziłam po schodach. Zdecydowanym ruchem uścisnął moją dłoń, a ja poczułam wypływające z domku rozgrzane powietrze. Pachniało cynamonem i sosną, kusiło do wejścia. – Jestem Abdiel.

– Wren – odpowiedziałam, kiedy puszczał moją rękę. – Dziękuję za możliwość spotkania w tak krótkim czasie.

Abdiel przez chwilę z zaciekawieniem mierzył mnie wzrokiem, po czym machnął ręką.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Proszę wejść i się rozejrzeć.

Po wejściu do ciepłego wnętrza zdjęłam kurtkę i szal, przewiesiłam je sobie przez ramię i popatrzyłam dookoła. W środku było zaskakująco dużo miejsca – tuż po lewej znajdowała się pełnowymiarowa kuchnia, a na wprost kominek z płonącym drewnem. Usytuowany centralnie mały stół jadalniany był zasypany listami – swojski akcent, który okazał się dziwnie kojący. Rozluźniłam się trochę i podążyłam za Abdielem.

– Wszystko w kuchni działa, chociaż lodówka czasami szwankuje, wtedy wystarczy odrobina czułości. Kominek pięknie grzeje w zimie. Kilka tygodni temu zepsuły się drzwiczki, ale można je domknąć pogrzebaczem albo zostawić otwarte, wówczas dół jeszcze szybciej się nagrzeje. Nie ma klimatyzacji, lecz nawet w najgorętsze dni lata otwarcie okien i drzwi daje przeciąg, który ochłodzi wnętrze. Po południu może się zrobić ciepło, wieczorem jednak znowu będzie chłodniej.

Pokiwałam głową, kiedy weszliśmy do gustownie urządzonego pokoju dziennego, w którym przed płaskim ekranem telewizora stała kanapa modułowa. Następnie Abdiel wyprowadził mnie na werandę z tyłu domu, znacznie większą od frontowej. Znajdowała się tam druga kanapa modułowa, wyłożona odpornymi na warunki atmosferyczne poduszkami w kolorze złamanej bieli, i ciemnobrązowy stolik do kawy. Po przeciwnej stronie dostrzegłam zakryte jacuzzi, ale to zapierający dech w piersi widok na rzekę sprawił, że zamarłam w drzwiach, podczas gdy Abdiel mówił dalej:

– Wspaniały widok na góry i rzekę, można tam też łatwo dojść ścieżką, którą wyciąłem. – Wskazał na przecinkę w krzakach. – Jacuzzi działa bez zarzutu. – Odwrócił się do mnie i uśmiechnął lekko na widok mojego bez wątpienia osłupiałego wyrazu twarzy. Widziałam zarys gór z miasta, kilka razy w drodze na wakacje przejeżdżałam przez obszar zachwycającego Wybrzeża Północno-Zachodniego, ale najczęściej mogłam oglądać tylko beton, cegły i światła neonów. – Oszałamiające, prawda?

– Mało powiedziane.

Abdiel przechylił nieznacznie głowę, jakby próbował się domyślić mojej historii: kim jestem i dlaczego przyjechałam. Odpowiedziałabym na te pytania, gdybym sama wiedziała.

Potem poprowadził mnie na trzecią kondygnację, gdzie można było znaleźć przytulną sypialnię i prostą łazienkę. Sypialnia miała kolejny balkon, usytuowany dokładnie nad werandą, którą dopiero co opuściliśmy. Położyłam ręce na balustradzie, a Abdiel wyjaśnił, że na wszystkich balkonach jest kilka desek, które trzeba wymienić, więc muszę uważać, gdzie stąpam. Rozwodził się na temat domku i wspólnoty, na terenie której się znajdował, ale ja nie odrywałam oczu od wody. Wyobrażałam sobie, jak bym się czuła, budząc się tu co rano, pijąc kawę na tylnej werandzie, obserwując słońce, które powoli dochodzi do szczytu każdej góry, zanim leniwie dotrze do rzeki.

– Biorę – przerwałam Abdielowi w pół zdania.

– Naprawdę?

Pokiwałam głową i poczułam ekscytację. Po raz pierwszy od czasu wyprowadzki od Keitha miałam wrażenie, że jestem w domu. Ten domek, ta rzeka, te góry: właśnie tu miałam się znaleźć.

– Ile?

– Chciałbym dwieście tysięcy, ale jeżeli porozmawia pani ze swoim agentem nieruchomości, jestem gotów trochę zejść z ceny ze względu na wymagane prace.

Mrugnęłam i odwróciłam się gwałtownie w jego stronę.

– Za trzy miesiące?

– Co?

Tym razem obydwoje mrugnęliśmy.

– Aż tyle za wynajem na lato?

„Chyba nie oszalałam, prawda?” Wiedziałam, że nieruchomości w Seattle trudno nazwać tanimi, ale setki tysięcy dolarów za trzy miesiące zupełnie nie miały sensu.

– Bez obrazy, domek jest piękny i w ogóle, ale ta cena jednak szokuje.

Abdiel zmrużył oczy i zmarszczył brwi.

– On nie jest do wynajęcia, panno Wren, tylko na sprzedaż.

Ekscytacja, która dopiero co we mnie wezbrała, pękła jak balon i wyparowała wraz z długim wydechem.

– Och – powiedziałam, opuszczając oczy na kurtkę. – Oczywiście, przepraszam. Źle zrozumiałam ogłoszenie.

Szczerze mówiąc, nie poświęciłam ani chwili na jego uważne przeczytanie. Wyskoczyło mi jako pierwsze i zarejestrowałam tylko słowa „domek letniskowy”.

Potrząsnęłam głową, ubrałam się szybko i weszłam do sypialni.

– Bardzo przepraszam za zmarnowanie pana czasu. – Uśmiechnęłam się z nadzieją, że nie widać po mnie, jak żałośnie się czuję. – Nie musi pan odprowadzać mnie do wyjścia.

Policzki płonęły mi ze wstydu, gdy zbiegałam ze schodów, ale zanim wypadłam za drzwi, zatrzymał mnie głos Abdiela.

– Proszę zaczekać! – zawołał, ostrożnie schodząc po stopniach. Ciężko oddychał, ale się uśmiechał, kiedy dotarł do mnie i wyrzucił ręce w powietrze. – Może uda nam się dogadać.

– Naprawdę? – zapytałam, z całą pewnością zbyt niecierpliwie, bo jego uśmiech tylko się poszerzył.

– Chciałem sprzedać dom przed wyjazdem do rodziny w Portoryko. Przeprowadzam się tam, ale nigdzie mi się nie spieszy. Jestem już na emeryturze, co oznacza, że ustalam własne zasady – dodał i puścił do mnie oko. – Więc zróbmy tak. Zapłaci mi pani za trzy miesiące z góry i może tu mieszkać przez lato. Ale będzie pani musiała sama naprawiać wszystko, co się w tym czasie zepsuje, bo ja będę na wyspie. I jeśli pod koniec lata postanowi pani go jednak kupić, wtedy omówimy szczegóły.

Znowu poczułam ekscytację, ale mój realizm ją zdusił.

– A jeżeli nie zechcę?

Wzruszył ramionami, lecz wciąż ciepło na mnie patrzył.

– To jeszcze raz dam ogłoszenie, a pani przekaże dar czasu komuś innemu, gdy sama będzie go miała pod dostatkiem.

Wtedy nauczyłam się drugiej lekcji jako świeżo rozwiedziona dwudziestosiedmiolatka.

Może i nikt nie był mi nic winien, a już zwłaszcza nikt nie był mi winien życzliwości, ale to nie znaczy, że i tak ktoś nie mógł mnie nią obdarować.

Rozpakowanie nie zajęło mi dużo czasu, zwłaszcza że zostawiłam za sobą niemal wszystkie rzeczy zebrane przez dekadę. Mianem „rzeczy” określałam wszystko – meble, zdjęcia, wspomnienia, majątek małżeński. Interesujące, że przez tyle lat je kolekcjonowałam, ale kiedy nadszedł czas, żeby odejść, nie miałam ochoty zabrać ze sobą ani jednej.

Rozglądając się po nowym domu, uświadomiłam sobie, że mam multum ciuchów, butów, biżuterii i kosmetyków, ale niewiele ponadto. Oczywiście zabrałam ze sobą laptop, tablet i szkicownik – głównie dlatego, że potrzebowałam ich do pracy. Maszyna do szycia stała już na biurku na dole. W SUV-ie zostało jedno nietknięte pudło z rzeczami z dzieciństwa, o wartości sentymentalnej. Zdołałam też zabrać od Keitha trzy najczęściej używane kubki do kawy i ulubioną kołdrę.

To nie było dużo, ale przekonałam się, że nie potrzebuję wiele.

Właśnie miałam schować siedem kostiumów kąpielowych, które ze sobą wzięłam, kiedy zobaczyłam swoje odbicie w lustrze komody, co sprawiło, że się zatrzymałam i wyprostowałam. Jedynym jasnym akcentem były moje platynowe włosy, związane w kok tuż nad szyją, jakbym zdążyła zapomnieć, że kiedyś należały do rozrywkowej dziewczyny. Nie miałam makijażu, przez co moja twarz wydawała się blada. Duże oczy były ciemne jak przeszłość, którą za sobą zostawiłam, a pełne różowe usta wyglądały dokładnie tak samo, jak po wyjściu Abdiela.

Teraz rzadko się uśmiechałam, a zespół w butiku żartował, że to dobrze. W końcu oznacza to mniej zmarszczek. Brakowało mi jednak mojego uśmiechu – tego prawdziwego – i zastanawiałam się, kiedy znów zagości na moich ustach. Czy w ogóle to nastąpi?

Rozmyślałam nad tym, czekając na dźwięk, który miał się rozlec lada chwila. Byłam tego tak pewna, jak wędrówki słońca po niebie. I równo o dwudziestej drugiej rozległ się dzwonek mojego telefonu.

To dzwonił Keith – jak każdego wieczoru, odkąd odeszłam. Przez pierwsze parę tygodni popełniałam ten błąd i odbierałam, ale jego prośby i wyparcie z czasem zmieniły się w złość i nienawiść. Ostatnia rozmowa skończyła się na tym, że nazwał mnie chujową żoną i stwierdził, że nikt mnie już nigdy nie pokocha.

Od tamtej pory ani razu nie odebrałam.

Myślałam, że Keith przestanie wydzwaniać, kiedy już złożymy papiery rozwodowe, i z całą pewnością uznałam, że się nie odezwie po spotkaniu w sądzie, ale dzwonił nawet po sfinalizowaniu rozwodu. Czasami łamało mi to serce, bo mnie kochał, a ja zabiłam go swoim odejściem. Miałam tego pełną świadomość. Wiedziałam, że obydwoje przeszliśmy przez piekło – w zasadzie jeszcze z niego nie wyszliśmy – i żadne z nas nie uniknie blizn na całe życie.

Ale jego miłość się zmieniła, tak jak i moja, i jedyne, co między nami pozostało, to sprzeczne wartości, które działały jak trucizna i sprawiały, że jego przepełniała złość, a mnie uraza. Różnica polegała na tym, że ja nadal życzyłam mu szczęścia, a on pragnął jedynie, żebym była jego, bo uważał, że powinnam.

Kiedy telefon umilkł, policzyłam do ośmiu, a wtedy znowu się odezwał. Tym razem jednak się uśmiechnęłam.

– O, super – powiedział Adrian, gdy odebrałam. – Chciałem się tylko upewnić, że zignorowałaś połączenie od Dupka.

– Robię tak już od wielu tygodni, dziecino.

– Wiem, ale i tak wolę się upewnić.

Kiedy Adrian na chwilę zamilkł, włączyłam tryb głośnomówiący, żeby złożyć ostatnią parę krótkich spodenek i schować je do najniższej szuflady jedynej komody na górze.

– Jak się czujesz? – zapytał. – Jesteś… w lesie?

– Tak, jestem w domku letniskowym i czuję się dobrze – skłamałam, co skłoniło mnie do refleksji. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz powiedziałam, że się dobrze czuję, i rzeczywiście tak było.

– Niemal żałuję, że kazałem ci jechać i zapewniłem, że zajmę się wszystkim tutaj. Nie zrozum mnie źle, z butikiem wszystko będzie w porządku, ale już za tobą tęsknię – powiedział, po czym westchnął. – Dobrze ci to zrobi, Wren. Twojemu sercu. Twojej duszy.

– Wiem – odparłam, podniosłam telefon z komody i ponownie przyłożyłam go do ucha. – Czuję fizyczny ból na myśl, że już od tak dawna nie jestem w stanie szkicować. Mam tylko nadzieję, że poskładam się tu na nowo czy coś takiego.

– Zrobisz to. Poddawanie się nie leży w naturze Wren Ballard.

Uśmiechnęłam się. Adrian wierzył we mnie mocniej, niż ja ostatnimi czasy wierzyłam w siebie.

– Tak przy okazji, nie podziękowałam ci za to, że mogłam tak długo u ciebie mieszkać – rzuciłam, schodząc powoli do pokoju dziennego. – Mam ogromny dług wobec ciebie i Oskara za przyjęcie pod swój dach płaczliwej osoby dorosłej, gdy mieliście już niemowlę.

– Daj spokój, dobrze wiesz, że zawsze przyjmiemy cię z otwartymi ramionami. Poważnie – podkreślił. – W każdej chwili.

– Wiem. Dziękuję.

Po drugiej stronie linii Adrian westchnął i wyobraziłam sobie, jak przesuwa ręką po starannie przystrzyżonym jeżu. Mimo że było już późno, domyślałam się, że nadal jest ubrany tak, jakby właśnie miał wyjść do butiku: w wyprasowany garnitur i buty pasujące do torby na ramię. Bez wątpienia miał też na sobie idealnie ułożony szal albo kapelusz trilby. Odznaczał się świetnym gustem i bardzo dobrze wiedział, jak dobierać ubrania do odcienia skóry i budowy ciała. Był wysoki, czarny jak noc i cholernie przystojny – i miał tego świadomość.

– Proszę, obiecaj, że będziesz do mnie często dzwonić.

– Obiecuję.

– A ja obiecuję, że będę informował cię o tym, co się dzieje w butiku pod twoją nieobecność. Chyba…

Nagle po drugiej stronie usłyszałam zduszone dźwięki i zakłócenia.

– Adrianie?

Znowu szum i trzaski.

– Halo?

Do moich uszu dotarły dwie sylaby, zanim głos Adriana znowu zanikł. Odsunęłam telefon od ucha i spojrzałam na wyświetlacz – w lewym górnym rogu migała pojedyncza kreska zasięgu.

– Chyba tracę zasięg.

Wydawało mi się, że słyszę, jak mówi, żebym zadzwoniła do niego później, ale nie zdążyłam się upewnić, zanim połączenie zostało całkowicie przerwane. Zmarszczyłam brwi i napisałam mu krótką wiadomość, że zadzwonię później. Odłożyłam telefon wyświetlaczem do dołu na blat w kuchni, zrobiłam długi wydech i się rozejrzałam.

Zostawiłam otwarte drzwi i po przebraniu się w kombiszorty poczułam się głupio. Były z gładkiej, mięciutkiej bawełny, ozdobione piękną koronką. Przewiewny i lekki błękitny materiał doskonale nadawał się na noc w mieście, ale teraz żałowałam, że nie mam czegoś cieplejszego.

Nie miałam też bladego pojęcia, co ze sobą począć.

„Mogłabym obejrzeć telewizję – pomyślałam. – Albo rozpalić w kominku”. Potarłam zmarznięty nos i pociągnęłam nim, a ten drobny dźwięk wydał mi się donośny.

Cisza ogłuszała. Przeszukałam szafki, znalazłam szklankę i nalałam sobie wody z kranu, co wydawało się za głośne w całkowitej ciszy panującej w domku. Byłam sama. Naprawdę sama. Zaczęłam się zastanawiać, jak daleko ode mnie znajdowali się sąsiedzi i czy po okolicy nie biegają szaleni górale.

Zapewne właśnie dlatego wrzasnęłam jak ostatnia pozostała przy życiu osoba w jakimś horrorze, gdy rozległo się za mną ochrypłe miauknięcie.

Podskoczyłam i poślizgnęłam się na drewnianej podłodze, jako że miałam skarpetki na stopach. Z trudem udało mi się odzyskać równowagę i nie upuścić szklanki. Wreszcie odzyskałam przyczepność i stabilną postawę i z sercem bijącym w szaleńczym tempie spojrzałam w dół, gdzie zobaczyłam kota. Winny mojego ataku paniki zwierzak siedział spokojnie i na mnie patrzył. Zamiótł podłogę ogonem.

Po czym znowu zamiauczał, drań jeden.

Zamknęłam oczy i nadal przyciskając dłoń do walącego serca, zaśmiałam się słabo.

– Witaj, mały. – „Zaraz”. – Mała?

Kot ponownie miauknął, wstał, obrócił się wokół własnej osi i znów opadł na podłogę. Wystarczająco długo jednak prezentował swoje wdzięki, bym się przekonała, że to na pewno kocur, który w dodatku już od jakiegoś czasu nic nie jadł. Jak na komendę odezwał się mój brzuch, przypominając, że nie zrobiłam przerwy na posiłek.

– Jesteś głodny? – zapytałam, zerkając na kota przez ramię, kiedy przeszukiwałam szafki i lodówkę.

Miał szarą sierść i jasnozielone oczy, którymi patrzył na mnie leniwie, liżąc łapę w odpowiedzi.

Znalazłam mnóstwo garów i innych naczyń, ale nic do jedzenia. Chyba powinnam się była tego spodziewać. Wiedziałam, że domek nie będzie zaopatrzony w wino Merlot Veneto i ser brie na całe lato, ale chętnie poprosiłabym teraz jakiegoś dżina, żeby to załatwił. Westchnęłam, kiedy w ostatniej szafce znalazłam małą puszkę tuńczyka.

– Ohyda – powiedziałam, marszcząc nos, natomiast kot na jej widok aż podskoczył. Uniosłam brew i sięgnęłam do szuflady obok zlewu po otwieracz, który zauważyłam tam wcześniej. – No tak, ty pewnie w tej chwili nie jesteś aż tak wybredny jak ja, co?

Kot był wobec mnie nieufny i trzymał się na dystans, kiedy otworzyłam puszkę i postawiłam ją na podłodze. Nie rzucił się na tuńczyka od razu, tylko patrzył to na mnie, to na swój posiłek. Dopiero gdy wzięłam szklankę z wodą i usiadłam na stołku po drugiej stronie blatu, powoli podszedł do jedzenia, powąchał je i z gracją zaczął jeść.

– Grzeczny kotek. Jedz na zdrowie.

Uśmiechnęłam się, ale gdy znowu zaburczało mi w brzuchu, dotarło do mnie, że sama nadal miałam kłopot.

Stuknęłam ikonę notatek na telefonie i zaczęłam robić listę zakupów, łącznie z legginsami, których nie miałam na sobie, odkąd Tim Gunn stwierdził, że nadają się wyłącznie na siłownię albo do sypialni. Moje piękne kombiszorty zaczęłyby głośno protestować, gdyby miały usta, ale zmarznięte nogi westchnęłyby z ulgą. Było zbyt chłodno na modny strój do spania. Przypomniałam sobie wszystkie rzeczy, które wypakowałam na górze, i zaczęłam się zastanawiać, czy zabrałam cokolwiek praktycznego. Wykorzystałam ten wyjazd jako pretekst, żeby kupić sobie urocze kalosze firmy Hunter, ale poza tym chyba byłam w dupie.

Wnioskując z drogi przebytej w tę stronę i tego, co powiedział Abdiel, rano czekała mnie przejażdżka do najbliższego miasteczka po zakupy. Wydawała się idealnym początkiem pierwszego pełnego dnia pobytu w domku.

Nie zamykałam drzwi, dopóki mój nowy przyjaciel nie skończył posiłku, na wypadek gdyby chciał wyjść na zewnątrz. Ale kiedy zlizał ostatni kawałek ryby z pyszczka, opadł z powrotem na podłogę i zamiauczał w podzięce. Zaśmiałam się pod nosem, nalałam mu miseczkę wody i zamknęłam drzwi na noc.

Wspinając się po schodach i wchodząc do obcego łóżka z pościelą, która nigdy wcześniej nie dotykała mojej skóry, czułam się surrealistycznie. Miałam przynajmniej swoją ulubioną kołdrę – gęsie pierze w poszewce koloru jasnej mięty, którą uszyłam na studiach – więc podsunęłam ją pod brodę i wciągnęłam znany, choć nikły zapach domu.

Otoczyła mnie cisza, a ja wpatrywałam się w ciemność. Kiedy próbowałam zasnąć w miejscu, które jednak nie było moim domem, poczułam ukłucie samotności. Ciążyły mi nie tylko powieki, ale także myśli. Podobnie było podczas pobytu u Adriana, kiedy to spędziłam wiele bezsennych nocy, zastanawiając się, która myśl wygra.

To wtedy najmocniej odczuwałam swoją stratę – w chwili, gdy nie miałam co robić, z kim rozmawiać, czym oderwać myśli od wspomnień. Nie miałam prawa tęsknić za starym łóżkiem ani mężczyzną, który spał w nim ze mną przez wszystkie te lata, ale i tak tęskniłam – to była kara za odejście. To ja byłam czarnym charakterem, a takim nie wolno cierpieć.

Mimo to cierpiałam.

Nagle poczułam, że przy moich stopach ugina się materac. Bezdomny kot oznajmił swoje przybycie cichym miauknięciem i mruczeniem, które brzmiało jak zepsuty silnik motorówki. Wyciągnęłam rękę w jego stronę. Chociaż w świetle księżyca ledwo mogłam go dostrzec, wydawał się taksować mnie wzrokiem, jakby rozważał, czy może mi zaufać. Może zawdzięczałam to tuńczykowi, a może zwierzęcemu zmysłowi, w każdym razie kot trącił mnie łebkiem, dając mi pozwolenie na pogłaskanie go po grubym futrze, po czym zwinął się w kłębek za moimi kolanami.

– Ależ głośno mruczysz – powiedziałam, drapiąc go za uszami.

Obrócił się i podstawił mi brzuszek, więc pomasowałam go delikatnie, zanim się rozmyślił i znowu podłożył łepek pod moją rękę.

– Chyba nazwę cię Rev, od zwiększania obrotów silnika.

Miauknął, co potraktowałam jako zgodę.

Zabrakło mi słów, żeby wyrazić mu wdzięczność za ukojenie poczucia samotności tej pierwszej nocy. Uśmiechnęłam się szeroko, podrapałam go jeszcze kilka razy za uchem i położyłam się z powrotem, a mruczący silniczek od razu utulił mnie do snu.

Dwa

LACONIC

[lə-ˈkä-nik]przymiotnik

Wykorzystujący albo obejmujący minimalną liczbę słów; zwięzły do tego stopnia, że wydaje się niegrzeczny bądź tajemniczy.

Każdy dzień był taki sam jak poprzedni.

Budziłem się co rano, gdy tylko słońce przebijało się nad górami. Nie potrzebowałem budzika, mój organizm już przywykł. Prosto z łóżka szedłem pod prysznic. Woda zawsze była zbyt gorąca i za każdym razem wychodziłem spod niego czerwony, a później przecierałem zaparowane lustro tylko na tyle, żeby zobaczyć swoje oczy. Były martwe już od sześciu lat.

A przynajmniej tak twierdził kalendarz. Z mojego punktu widzenia mogło minąć zaledwie sześć dni. Moje poczucie czasu było spaczone, dni zlewały się ze sobą, a noce stanowiły niekończący się potok ciemności.

Ten dzień nie różnił się od wczorajszego ani od zeszłej soboty, a jutro będzie dokładnie takie samo.

Ubrałem się, nie zwracając uwagi na ciuchy – po prostu sięgałem na ślepo do garderoby i szuflad, aż miałem na sobie dżinsy i ciepły podkoszulek z długimi rękawami. Następnie włożyłem buty, a one tupały tak samo, jak zawsze, gdy schodziłem po schodach do kuchni. Kawa czekała już gotowa, bo ekspres każdego dnia był zaprogramowany na tę samą godzinę, więc napełniłem termos i pociągnąłem z niego łyk ciemnego naparu, zanim schowałem go do skrzynki z narzędziami.

To była najtrudniejsza część dnia.

Wstanie z łóżka zawsze okazywało się trudne, rozmowa przez telefon z ciotką, która próbowała udawać, że nadal jej zależy, za każdym razem wywoływała ból; życie tak, jakby cokolwiek miało sens, nie było łatwe, ale nic nie przysparzało mi więcej cierpienia niż patrzenie na jej zdjęcie.

Stało tuż przy drzwiach – moje ulubione zdjęcie kuzynki Danielle. Siedziała na nim na frontowej werandzie naszego starego domku, w okularach z grubymi oprawkami na nosie, z ciemnymi włosami zebranymi na czubku głowy i w gigantycznym swetrze zwieszającym się z ramion i obciągniętym za kolana. Obok siebie położyła otwartą książkę i ręką powstrzymywała ją od zamknięcia się, a sama wystawiała język do aparatu. Pamiętałem ten dzień, jakby to było wczoraj. Pamiętałem, jak to było budzić się w domu wypełnionym dźwiękami, słyszeć donośny śmiech Dani i mojej ciotki. Pamiętałem jej książki, słowa dnia, marzenia o studiach i niezachwianą wiarę we mnie.

Ale żadna z tych rzeczy już się nie liczyła, bo ona nie żyła.

I to wyłącznie z mojej winy.

Za każdym razem, kiedy patrzyłem na jej zdjęcie – a robiłem to codziennie, bez wyjątku – czułem zardzewiały nóż wbijający mi się między żebra. Dzisiaj nie było inaczej i patrząc na fotografię, zadławiłem się ostatnim oddechem, jaki wziąłem, zanim chwyciłem kapelusz i wyszedłem na chłodne powietrze poranka.

Dni powoli się wydłużały i wiedziałem już, że nie uda mi się uciec przed latem. Nienawidziłem go i wspomnień, które ze sobą przynosiło. Znacznie bardziej wolałem ciemne zimowe dni, szare niebo i śnieg leżący na ziemi. Chociaż pora roku nie miała znaczenia, bo w moim życiu każdy dzień wyglądał dokładnie tak samo.

Nie chciałem się uwalniać od poczucia winy, od jego ciężaru i bólu. Każdego ranka patrzyłem na rzekę i wszystko sobie przypominałem. Większość ludzi pewnie postąpiłaby odwrotnie – chciałaby przestać cierpieć, ułożyć sobie życie na nowo, znaleźć w nim nowy cel. Ale mój cel umarł razem z Dani i nie miałem ochoty tworzyć sobie nowego życia, w którym jej nie było.

Zatem każdy dzień spędzałem tak samo, jak poprzedni. Pomagałem staremu Ronowi pracować nad samochodami, naprawiałem nieszczelne rury, uprzątałem zalane garaże, reperowałem jacuzzi i balkony, zajmowałem się konserwacją nieruchomości do wynajęcia w okolicy. W czasie pracy niemal traciłem świadomość i nim się spostrzegałem, znowu stałem pod prysznicem, a później znów leżałem w łóżku.

Jednak dzisiaj w połowie dnia ta rozmazana plama mojego życia niespodziewanie się wyostrzyła.

– Zobaczymy się jutro o tej samej porze – rzuciłem do Rona, spakowałem swoje narzędzia i przetarłem czoło tym samym wystrzępionym ręcznikiem, którego używałem od lat, po czym schowałem go do tylnej kieszeni spodni.

Ron nadal leżał pod chevy silverado z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego ósmego roku i w nim dłubał. Pewnie miał zamiar spędzić w tej pozycji cały dzień, chyba że poszedłby do Mamy Von na piwo. To mi się w nim podobało. Jego dni też wyglądały tak samo i obydwaj woleliśmy taką kolej rzeczy. W odpowiedzi na moje pożegnanie jedynie mruknął, a ja wyszedłem, chrzęszcząc butami po żwirze, aż dotarłem do szosy.

Nogi same niosły mnie do Morrisonów tą samą trasą, co zwykle, obok tych samych domków, tych samych samochodów. Trzeba było położyć nowy dach na ich szopie, a z tyłu zamontować nowe panele, co miałem robić aż do zmierzchu.

Tyle że jeden domek nie był taki sam. Pewien samochód przykuł moją uwagę. Wystarczyła jedna chwila, jedno spojrzenie i po zamroczeniu, w którym żyłem od lat, nie pozostał ani ślad.

Ponieważ każdy dzień był taki sam.

A później zobaczyłem ją.

Przejażdżka do Gold Bar, gdzie znajdowało się kilka sklepów i punktów usługowych, była krótka – cieszyłam się nią w obie strony przy opuszczonych szybach i głośnej muzyce. Podobał mi się zapach powietrza, orzeźwiający i sosnowy, niosący obietnicę nadejścia gorących letnich dni. I chociaż w sklepie powiedziałam sobie, że wcale nie kupuję za dużo, po otwarciu bagażnika pod domkiem zdałam sobie sprawę, że skłamałam.

Wpatrywałam się w sterty toreb, rozważając, za które zabrać się w pierwszej w kolejności, aż w końcu zaczęłam je zarzucać jedna po drugiej na każde ramię, na koniec zostawiając sobie nową kuwetę Reva. Kiedy z wysiłku zrobiłam się już czerwona na twarzy i pogodziłam się z faktem, że nie mam szans na zabranie wszystkiego naraz, odwróciłam się od samochodu, żeby wejść do domku. I zamarłam.

Na końcu mojego podjazdu stał jakiś mężczyzna.

Trwał tak bez ruchu i wpatrywał się we mnie; w jednej dłoni trzymał dużą zardzewiałą skrzynię z narzędziami, a w drugiej zwiniętą kartkę papieru. Miał zdecydowane rysy: wyraźnie wygięte brwi i mocną szczękę, do tego silny kark. Od razu zwróciłam uwagę na jego strój – i po raz pierwszy od bardzo dawna ujrzałam kogoś, kto się ubiera praktycznie, a nie modnie. Miał znoszone, ale czyste dżinsy z mnóstwem kieszeni, z których każda miała własne zastosowanie. Długie rękawy prostego podkoszulka w kolorze głębokiej czerwieni, z plamami biegnącymi przez pierś i brzuch, podciągnął do łokci. Grafitowy kapelusz osłaniał mu oczy przed słońcem.

Mężczyzna był opalony i nawet z tej odległości widziałam, że jego oczy błyszczały na tle ciepłego odcienia skóry. Były jasne – może niebieskie? Albo zielone? Nie byłam pewna. Przez chwilę dawałam się hipnotyzować jego sugestywnemu wyglądowi, zanim zmieniłam pozycję i podciągnęłam torby na prawym ramieniu tak, żeby spróbować zamachać.

Zmarszczył brwi i po prostu odszedł – w kilka sekund mój podjazd znowu był pusty.

Skrzywiłam się.

– No witam równie serdecznie.

„To tyle, jeśli chodzi o przyjazne miasteczko”.

Poprawiłam torby, gotowa ruszyć z pierwszą turą do domu, kiedy któraś z nich pękła i kilka puszek wypadło z niej jedna po drugiej prosto na moją stopę, zanim stoczyły się na ziemię. Krzyknęłam z bólu i upuściłam resztę pakunków, po czym rzuciłam pod nosem taką wiązankę, że zawstydziłaby nawet Adriana.

– Ojej – usłyszałam zza pleców.

Odwróciłam się, utykając na jedną nogę, i zobaczyłam zmierzającą w moim kierunku starszą kobietę. Czerwieniąc się, oparłam się o tylny zderzak swojego samochodu i potarłam stopę w miejscu, na które spadły puszki.

– Wszystko w porządku, kochana? – zapytała nieznajoma, spiesząc ku mnie.

– Tak. Ofiara losu ze mnie, ale nic mi nie jest.

Zaśmiała się pod nosem i gdy tylko do mnie dotarła, schyliła się po kilka toreb. Pomogłam jej i wstałam, gdy nasze cztery ręce były już zajęte.

– Zraniłaś się?

– Ucierpiała tylko moja duma.

Jeszcze raz się uśmiechnęła.

– Zabawna rzecz ta duma, prawda? Nawet nie wiadomo, że się ją ma, dopóki nie zostanie zraniona. Chodźmy – ciągnęła, kiwając głową w stronę domku. – Pomogę wnieść torby.

Ruszyłam przodem, starsza kobieta z łagodnymi oczami szła tuż za mną. Po drugim kursie wszystkie torby stały już na blacie w kuchni, a ja się odwróciłam, żeby podziękować nieznajomej.

– Bardzo doceniam pani pomoc.

– Drobiazg. Jestem Vonnie, ale wszyscy nazywają mnie Mama Von.

Uśmiechnęłam się i uścisnęłam wyciągniętą dłoń.

– Wren.

– Miło mi cię poznać, Wren.

Wzięła się pod boki i rozejrzała po pomieszczeniu, odrzucając jasnoblond grzywkę z czoła. Krótkie włosy, siwiejące odrobinę na czubku, okalały jej okrągłą opaloną twarz. Nie miała ani odrobiny makijażu i była uderzająco piękna, a jasnoniebieskie oczy i zmarszczki mimiczne mówiły mi o jej życiu więcej, niż przekazałyby słowa. Była drobna i chociaż to jej letnia sukienka powinna przykuć moją uwagę w pierwszej kolejności, zrobił to brak obrączki na palcu.

Uświadomiłam sobie, że teraz częściej zwracam na to uwagę, i zaczęłam się zastanawiać dlaczego. Może szukałam przyjaciółki, kogoś, kto by mnie zrozumiał, a może po prostu miło było się przekonać, że można żyć bez męża. Ale skąd miałam wiedzieć, czy jest singielką z wyboru, czy tak potoczyły się koleje jej losu?

– Czyli kupiłaś stary domek Abe’a, co?

Automatycznie sięgnęłam ręką do szyi.

– Och, nie… Tylko wynajmuję go na lato.

Raptownie odwróciła się w moją stronę.

– Naprawdę? Wydawało mi się, że go sprzedaje.

– Bo tak jest – wyjaśniłam. – Ale… tak jakby oddaje mi przysługę i pozwala pomieszkać tu przez kilka miesięcy, gdy będzie u rodziny. Na jesieni chyba znowu wystawi go na sprzedaż.

Mama Von zmierzyła mnie wzrokiem takim samym jak Abdiel, jak gdyby również się zastanawiała, kim jestem i co robię w jej miasteczku. Ale w jej spojrzeniu było coś jeszcze – cień zrozumienia. Uśmiechnęła się łagodnie.

– Cóż, wybrałaś doskonały czas na pobyt tutaj. Latem jest przepięknie. Może pomogę ci to wszystko wypakować, a później zabiorę na przechadzkę i przedstawię kilku osobom?

– Och, nie trzeba, naprawdę. Nie musisz tego robić.

– Oj tam. – Machnęła rękami i zaczęła rozpakowywać pierwszą torbę. – Chcę to zrobić. Nie ma sensu przez całe lato siedzieć samej w domku. Poza tym dzięki temu ta starsza pani będzie miała do kogo otworzyć usta.

No i otworzyła.

W ciągu tych dwudziestu minut, jakie zajęło nam porządkowanie mojej kuchni, dowiedziałam się o niej więcej niż o większości moich znajomych przez całe życie. Szybko się przekonałam, że jest bardzo otwarta i bezpośrednia, a ja niezmiernie doceniam obie te cechy. W końcu przez większość dorosłego życia mieszkałam z mężczyzną, który wolał nigdy nie mówić o swoich uczuciach, a wcześniej dorastałam w rodzinie, która komunikację uważała za słabość.

Za to Mama Von uwielbiała mówić i opowiedziała mi dokładnie, jak to się stało, że zamieszkała w tej społeczności, mając dziesięć lat więcej niż ja teraz. Wcześniej przemierzyła cały świat, w żadnym kraju nie zatrzymując się na dłużej niż rok czy dwa i pracując tam, gdzie udało jej się znaleźć jakieś zajęcie, zwykle w charakterze niani albo barmanki. I chociaż to jej ogromna wiedza o świecie oraz płynne posługiwanie się trzema językami powinny fascynować mnie najbardziej, ja zwróciłam uwagę na pięć małżeństw.

– Och, złociutka, dlaczego człowiek miałby brać ślub tylko raz? – zapytała, wkładając kilka słoików sosu do makaronu do jednej z szafek. – Miłość jest zdecydowanie zbyt przyjemna, żeby w całym życiu doświadczyć jej wyłącznie z jednym człowiekiem. Choć ja jestem uzależniona od romansów. – Wzruszyła ramionami. – Lubię być pijana drugą osobą. A któż może mówić, co jest słuszne, a co nie, w odniesieniu do związków?

– Wszyscy – wtrąciłam. – A przynajmniej tak wynika z mojego doświadczenia.

Zebrała puste torby foliowe z blatu i związała je razem, po czym wrzuciła pod zlew do późniejszego wykorzystania.

– No tak, a zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego tak wiele osób ma jakieś zdanie o tym, co powinnaś robić ze swoim życiem? Czy naprawdę uważają, że postępujesz niewłaściwie, czy może próbują przekonać siebie, że sami zachowują się tak, jak trzeba? – Nie dała mi czasu na odpowiedź, tylko otrzepała ręce i wzięła mnie pod ramię. – Przejdźmy się.

Popołudnie było piękne, wiał lekki wietrzyk. Jeszcze nie było gorąco, ale wystarczająco ciepło na krótkie spodenki. Włożyłam ręce do kieszeni szortów, kiedy przechodziłyśmy z Mamą Von koło sąsiedniego domku.

– Ten należy do Marthy i Lou, poznasz ich na corocznym pieczeniu świni.

– Pieczeniu świni?

– Tak, tak, to w tych okolicach ważne letnie wydarzenie. Wszyscy mieszkańcy schodzą się na imprezę uliczną. Są zawody w rzucaniu podkową, liczne beczki piwa, zabawy dla dzieci i sporo rozrywek dla dorosłych do późnej nocy. Mnóstwo frajdy, mnóstwo kłopotów – dodała, puszczając do mnie oko. – A wracając do Marthy i Lou, są małżeństwem niemal od dnia narodzin. Na zimę wyjeżdżają na Florydę, ale w lecie zawsze wracają na pieczenie świni.

Zaśmiałam się, bo koncepcja wydarzenia skupionego wokół pieczenia zwierzęcia gospodarskiego wydawała mi się całkowicie niedorzeczna. Ale Mama Von miała śmiertelnie poważną minę i z każdym kolejnym krokiem przekonywałam się, że była zdeterminowana, abym wzięła w tym udział. Zastanawiała się właśnie, jak mogłabym pomóc w planowaniu, gdy na drogę wytoczył się całkowicie nagi chłopczyk.

– Sisi, sisi, sisi! – pokrzykiwał i kiedy przebiegł przed nami na pulchnych nóżkach, zobaczyłam biegnącą za nim kobietę mniej więcej w moim wieku.

– Zatrzymaj się natychmiast, Benjaminie, albo przetrzepię ci skórę!

Mama Von wybuchnęła śmiechem.

– Mówiłam ci, że będziesz miała problem, gdy tylko mały zacznie chodzić.

– Nie teraz, Mamo Von – odpowiedziała pospiesznie kobieta, mijając nas. Długie czarne włosy powiewały za nią, a na jej twarzy dostrzegłam cień uśmiechu.

Wreszcie złapała Benjamina i zarzuciła go sobie na ramię, a on chichotał z radości. Odwróciła się i wracając w naszą stronę, klepnęła go żartobliwie w nagi tyłeczek.

– Miałam właśnie położyć tego potworka na drzemkę i przygotować lemoniadę dla dorosłych. Chcesz szklaneczkę? – zapytała z Benjaminem wijącym się jej w rękach.

– Nigdy nie odmawiam twojej mikstury, Yvette.

– Może pewnego dnia zyska uznanie jak twój samogon.

Kobieta się uśmiechnęła, po czym przeniosła spojrzenie ciemnobrązowych oczu na moją osobę. Zlustrowała mnie tak samo, jak wcześniej Abdiel i Mama Von – szybko dotarło do mnie, że ta niewielka społeczność nie nawykła do przybyszów.

– Cześć, chyba się jeszcze nie znamy – powiedziała, wyciągając do mnie rękę.

– To jest Wren – odrzekła za mnie Mama Von. – Zatrzymała się na lato w domku Abdiela.

– Tak? Wydawało mi się, że chce go sprzedać.

– Nadal ma taki zamiar, ona jest tu tylko na lato. – Wymieniły się spojrzeniami, które powiedziały mi, że omówią dokładnie tę kwestię później, kiedy już będą same.

– Miło mi cię poznać. Chodźcie, zrobię nam coś dobrego.

Podążyłyśmy za nią. Szłam na samym końcu i rozglądałam się po dużym ogrodzie okalającym ich domek i ciągnącym się prosto do rzeki. Wszystkie drzewa zostały wycięte, nie tak jak u Abdiela, i widok na wodę oraz góry zapierał dech w piersi.

W domu było jeszcze kilka osób, więc kiedy Yvette poszła na górę, żeby położyć Benjamina, ja zaczęłam ściskać wyciągające się w moją stronę dłonie, mając nadzieję, że zapamiętam wszystkie imiona, ale dotarło do mnie, że to mało prawdopodobne. Zupełnie nie miałam do nich pamięci, co często dawało mi się we znaki w pracy. Skupiłam się na powtarzaniu tych imion, przyswajaniu cech charakterystycznych dla każdej osoby i słuchaniu opowieści Mamy Von na ich temat.

Yvette i Davie to młode małżeństwo w moim wieku – tak jak ja i Keith zostali parą jeszcze w szkole średniej. Kiedy usłyszałam ich historię, poczułam ukłucie w sercu, które co prawda szybko minęło, jednak pozbawiło mnie tchu. Przypominali dzień i noc: ona miała ciemną karnację i rysy rdzennych Amerykanów, on z kolei był blady jak światło księżyca i miał jasnorude włosy. Obserwował żonę, gdy robiła nam drinki, jakby na całym świecie nie było wspanialszego widoku, a ona rzucała mu potajemne spojrzenia przez ramię. Składali sobie obietnice i byłam pewna, że nie chcieli, by ktokolwiek to zauważył.

Keith też kiedyś tak na mnie patrzył, z taką iskrą w oku. Nie potrafił zbyt długo utrzymać rąk z dala ode mnie i prawił mi czułe słówka, składając wraz z pocałunkami obietnice, gdy tylko miał okazję. Patrząc na Daviego i Yvette, zatęskniłam za nim, czy może raczej za jego wyobrażeniem, bo ta wersja Keitha już nie istniała.

Była tam jeszcze jedna para w moim wieku, ale szybko się dowiedziałam, że nie są razem.

Sarah miała wysokie kości policzkowe i włosy wysoko związane w kucyk, co idealnie pasowało do jej nosa, który zadzierała, rzucając mi oceniające spojrzenie. Wszyscy inni się uśmiechali i zadawali mi pytania, ona natomiast tylko patrzyła na mnie spod zmrużonych powiek – nie tak, jakby się czuła przeze mnie zagrożona, raczej jakby była poirytowana i pragnęła, żebym zniknęła.

Tucker z kolei spoglądał na mnie jak na parujący kawałek pizzy.

Był atrakcyjny, doskonale zbudowany, miał stuwatowy uśmiech i chłopięcą fryzurę, ale coś w nim wywoływało we mnie lekki niepokój. Może chodziło o to, że byłam nową błyszczącą zabawką, na którą gapili się wszyscy obecni, a może to konkretnie jego spojrzenie sprawiało, że czułam się tak, jakbym zostawiła połowę stroju w domu. W pewnej chwili nawet przygładziłam szorty, tak dla pewności.

Rozmowa toczyła się gładko, głównie prowadziła ją Mama Von. Nie miałam nic przeciwko przysłuchiwaniu się jej i sączeniu drinka, który okazał się dość mocny jak na owocową różową lemoniadę. Najwięcej pytań zadawał mi Tucker, który nie spuszczał ze mnie wzroku na dłużej niż kilka minut, i chociaż powinno było mi to schlebiać albo może mnie intrygować, czułam się raczej jak jego ofiara.

– Mogę coś powiedzieć? – zapytała Yvette, sięgając po szklankę Daviego, żeby ponownie ją napełnić. – Jesteś taka ładna, Wren. No wiesz, twój makijaż jest fantastyczny, ale te ubrania? Jakbyś wyszła z czasopisma. – Odstawiła dzbanek na stół i podała mężowi drinka. – Nawet nie pamiętam, kiedy się ostatni raz malowałam. Ani kiedy nosiłam ubrania, które nie pachniały dziecięcym jedzeniem.

Davie się zaśmiał i łagodnie ścisnął jej udo pod stołem.

Zatknęłam włosy za ucho i czując pieczenie policzków, zerknęłam na swój strój. Był prosty: cienka biała bluzka z głębokim wcięciem i delikatnymi paskami obejmującymi barki, wsunięta w moje ulubione plisowane beżowe szorty z wysoką talią, które zaprojektowałam z myślą o linii wiosennej. Na stopach miałam wygodne brązowoszare rzymianki, a na szyi te same trzy naszyjniki, które noszę zawsze: delikatne zawieszki i łańcuszki różnej długości, z których najdłuższy znikał pod bluzką w ledwo zarysowującym się rowku między piersiami. Całość była schludna i swobodna, ale kiedy się przyjrzałam zebranym i ich dżinsom oraz letnim sukienkom, zorientowałam się, że się wyróżniam.

Odchrząknęłam i posłałam Yvette nieśmiały uśmiech.

– Mając twoją skórę i włosy, też nie nosiłabym makijażu.

– Rzeczywiście, jakby twoja skóra miała jakieś skazy. Wyglądasz jak laleczka.

– Mimo wszystko to trochę za dużo, nie sądzisz? – wtrąciła Sarah, ledwo obrzucając mnie spojrzeniem i od razu przenosząc je na słomkę, którą mieszała lód w drinku, jakby był znacznie bardziej interesujący ode mnie. – Jesteś w górach. Tu nie ma centrów handlowych.

– Nie przejmuj się nią – rzuciła od razu Mama Von. – Cholerny sęp najwyraźniej od dawna nie widział świeżego mięska na oczy.

Yvette parsknęła śmiechem, Davie i Tucker pospiesznie łyknęli ze swoich szklanek, ale Sarah pozostała niewzruszona. Przewróciła oczami i ściągnęła nogi ze stojącego obok krzesła, po czym wstała.

– Nieważne. Idę sprawdzić, czy Anderson jest w domu.

– Pracuje nad szopą Morrisonów – zauważył Davie twardym głosem, wpatrując się w tył głowy oddalającej się niespiesznie Sarah.

– To grzecznie poczekam na jego powrót – wypaliła, odwracając się akurat na tyle, żebyśmy dostrzegli jej przesadzony uśmiech, po czym zniknęła za drzwiami.

– Przepraszam za nią – powiedziała uprzejmie Yvette. – Nie jest aż taką suką, jaką może się wydawać, po prostu broni swoich.

– W porządku, rozumiem.

Mama Von mierzyła mnie teraz wzrokiem od stóp do głów i nagle wszystko, co poprzedniego wieczoru wypakowałam z walizek, wydało mi się całkowicie nie na miejscu.

– Rzeczywiście ubierasz się jak gwiazda filmowa.

– Tak, cóż… – Ręka znowu poderwała mi się w kierunku karku, ale zdołałam utrzymać ją na kolanach. – Tak właśnie zarabiam na życie. To znaczy modą.

– Naprawdę? – podchwyciła Yvette, przenosząc nasze szklanki do zlewu. – Ależ musisz nam o tym opowiedzieć. Przygotuję lancz. Może być burrito?

– Och, nie, wrócę już do siebie – powiedziałam i odsunęłam się od stołu, szurając nogami krzesła po drewnianej podłodze. – Mam trochę pracy i jeszcze kilka rzeczy do rozpakowania.

Mina Yvette zrzedła, a ja po raz kolejny zirytowałam się na niepokój, jaki odczuwam w takich sytuacjach. Nie miałam zupełnie po co wracać do domku, ale byłam już wyczerpana dzisiejszymi interakcjami towarzyskimi. Wiedziałam, że powinnam zostać, przyjąć to ciepłe powitanie, z którym mnie przyjęto, nawiązać przyjaźnie, ale po prostu nie byłam gotowa.

Niepokój stanowił dla mnie nowość. Słynęłam z tego, że byłam żartownisią, rozświetlałam pomieszczenie, w którym się znalazłam, ale kiedy usiadłam na kanapie terapeutki obok Keitha, on opisał tę cechę jako najgorszą z możliwych.

„Ona jest jak jądro atomu – powiedział, kręcąc głową. Tuż obok ja załamywałam ręce i obserwowałam siedzącą na wprost nas kobietę, która robiła notatki w grubym zeszycie leżącym na jej kolanach. – Mogliśmy pójść na czyjeś przyjęcie urodzinowe, ale i tak wszyscy nieruchomieli na jej widok. Każdy chce się znaleźć blisko niej i to ona staje się centrum uwagi. Zawsze”.

Jego zdaniem to nie był komplement.

Tylko wada.

– Następnym razem, dobrze? – dodałam, wypierając Keitha z umysłu. – Chętnie ci o wszystkim opowiem.

Twarz Yvette znowu pojaśniała, a Tucker, który od chwili poruszenia kwestii mojego wyglądu siedział zaskakująco cicho, teraz zerwał się z krzesła.

– Odprowadzę cię – zaproponował z entuzjazmem.

– Naprawdę nie musisz – próbowałam się wykręcić, ale on już kierował mnie do drzwi. Obejrzałam się przez ramię na Mamę Von, żeby mnie wybawiła, ale ona tylko szeroko się uśmiechnęła i puściła do mnie oczko.

„Zdrajczyni”.

Kiedy schodziliśmy po schodkach i szliśmy podjazdem, czułam, jak skręca mi się żołądek. Mój domek znajdował się zaledwie kilka działek dalej, ale każdy krok wydawał się ciągnąć na kilometr.

– Czyli pracujesz w przemyśle modowym? To raczej niespotykane.

Pokiwałam głową z uśmiechem, licząc na to, że Tucker załapie, iż nie mam ochoty na pogawędkę, ale on mówił dalej:

– Czym dokładnie się zajmujesz?

– Projektuję ubrania. Ze swoim najlepszym przyjacielem prowadzę mały butik w Seattle.

– Czyli… szyjesz ubrania?

– W pewnym sensie – odpowiedziałam. – Najpierw je szkicuję, w miarę postępu projektu dodaję szczegóły, a później wraz z zespołem realizuję zamysł. Większość pracy wykonuję na papierze, a potem przerabiam na formę cyfrową na tablecie albo laptopie, następnie razem szukamy odpowiedniego materiału i bierzemy się do szycia. Kiedy już widzę ubranie na manekinie albo modelce, zawsze trzeba wprowadzić jakieś zmiany. Szycie jest pod tym względem wymagające. Chodzi w nim o idealne cięcie, nadawanie kształtu i dobieranie wszystkiego tak, żeby osiągnąć to, czego się chce.

– Nie gadaj – rzucił z absurdalnie szerokim uśmiechem na twarzy.

Doskonale podkreślał swój chłopięcy wygląd. Zaczesane blond włosy, niewielkie dołeczki po obu stronach białego uśmiechu. Gdyby był trochę wyższy, świetnie nadawałby się na wybieg.

– Czyli jesteś jak te dziewczyny z Project Runway?

„Jeszcze tylko dwa domki”.

– Coś w tym rodzaju – odparłam beznamiętnie, po raz ostatni próbując zakończyć rozmowę.

Tak naprawdę byłam jedną z najbardziej znanych projektantek w Seattle. Marzyliśmy z Adrianem, żeby z naszym małym butikiem wyjść na swoje po pięciu latach, ale wystarczyło, że pewnego dnia zajrzała do nas blogerka modowa, a wszystko się zmieniło. Ubrania znikały z wieszaków szybciej, niż byliśmy w stanie je projektować, dwuosobowy zespół szybko stał się pięcioosobowym, a biznes rozkwitł już w pierwszym roku istnienia.

Jednak przez te wszystkie lata moja linia pozostała skromna, głównie przez to, że Keith nie chciał się przeprowadzić do Nowego Jorku i podjąć ryzyka związanego z otrzymywanymi ofertami jej rozwinięcia. Udało mi się go namówić na towarzyszenie mi na Tygodniu Mody tylko raz, a on naśmiewał się z każdego projektanta i z każdej linii. Nie rozumiał mody, uważał, że jest niepotrzebna i dziwna. Nigdy nie sądził, że „hobby”, które tak bardzo lubiłam, kiedy się poznaliśmy w szkole średniej, rozwinie się w moją karierę.

Ale tak właśnie było. A jego to wkurzało.

Zmarszczyłam brwi. Keith zbyt często pojawiał się w moich myślach – częściej, niż się tego spodziewałam, skoro przeniosłam się tutaj, żeby odzyskać kontakt ze sobą. On jednak stanowił dużą część mnie, od zawsze, i zaczęłam sobie uświadamiać, że niemyślenie o nim nie będzie łatwe.

Docieraliśmy z Tuckerem do celu i mówienie o sobie było ostatnią rzeczą, na którą miałam ochotę, więc skupiłam się na nim.

– A ty? Czym się zajmujesz?

Nigdy nie lubiłam tego pytania, bo sugerowało, że wybrana przez nas kariera definiuje każdy aspekt naszej istoty. Była to pierwsza rzecz, o którą pytano mnie na każdym przyjęciu – pierwsze pytanie, jakie przychodziło mi do głowy, kiedy poznawałam kogoś nowego. Pewnego dnia zapytam o coś ważnego, o coś wartego poznania.

– Ja? Studiuję prawo na Uniwersytecie Waszyngtońskim. Zrobiłem sobie letnią przerwę – zdusił śmiech – chociaż oczywiście trudno mówić o przerwie, kiedy się przygotowuje do egzaminu do palestry. – Mrugnął do mnie, taki dumny z siebie, tak wyczekujący miny świadczącej o tym, że jestem pod ogromnym wrażeniem.

Zmusiłam się do przyjęcia takiego wyrazu twarzy.

– Ojej! Założę się, że jest naprawdę trudny.

– O tak – potwierdził pospiesznie. – Ale warto się namęczyć. Będę ustawiony do końca życia, wiesz?

Pokiwałam głową, ale znowu poczułam skurcz żołądka. Kolejny mężczyzna motywowany pieniędzmi. Ten sam wyraz twarzy widziałam u Keitha, kiedy skończył stomatologię, tuż przed rozpoczęciem własnej praktyki. Stracił swój chłopięcy urok, figlarny uśmiech i żądne przygód serce, zastępując je symbolami dolara i oczekiwaniami.

– Tutaj mieszkam – oznajmiłam, machając w stronę podjazdu. – Zobaczymy się później, Tuckerze.

Uśmiechnął się szeroko.

– Mam taką nadzieję.

Stanął pewnie i swobodnym gestem włożył ręce do kieszeni szortów kroju stanton firmy J. Crew. Nie ruszył się, dopóki nie weszłam do domku, a zanim się odwrócił i udał z powrotem do Daviego i Yvette, pomachał mi, kiedy wyjrzałam przez okno.

Przewróciłam oczami i zrobiłam głośny wydech, opierając głowę o drzwi. Rev wskoczył na blat w kuchni z niewzruszoną miną i wydał z siebie chrapliwe miauknięcie.

Zaśmiałam się.

– Wiem coś o tym.

Trzy

MINUSCULE

[ˈmi-nəs-ˌkyül]przymiotnik

Bardzo mały.

Przetrwałem kolejny dzień.

Kolejny ptaszek na kalendarzu, kolejna miara czasu, życia. Przeżyłem, a to jedyne, na co mogłem liczyć.

Mięśnie bolały mnie pod strumieniem gorącej wody, kiedy zmywałem z siebie dzień. Lata schylania się, podnoszenia różnych rzeczy i harówki coraz bardziej dawały mi się we znaki, ale nie przeszkadzało mi to. Ból mi nie przeszkadzał, co innego odrętwienie.

Osuszyłem się, przewiesiłem ręcznik przez ramię, włożyłem spodnie od dresu, wziąłem patyczek do uszu i zszedłem na dół, żeby zrobić sobie herbatę. To był rytuał Dani przed snem: nastawiała czajnik, wybieraliśmy sobie różne smaki, siadaliśmy na werandzie z tyłu domu i rozmawialiśmy. W końcu ona wyciągała książkę, a ciotka Rose kładła się do łóżka. Ja często piłem herbatę z prądem i wkurzałem Dani albo upijałem się na tyle, żeby wyjść z domu i poszukać kłopotów. Nigdy nie sprawiało mi to trudności.

Teraz jednak robiłem sobie napar, bo przypominał mi o kuzynce, o tamtym życiu, o tym, co miałem – chociaż wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy – a co straciłem i za czym każdego dnia tęskniłem.

Kiedy wstawiłem już wodę, wytarłem włosy ręcznikiem i wyczyściłem uszy patyczkiem, po czym wyrzuciłem go do kosza. To był tylko kolejny dzień, kolejny wieczór, a wkrótce miałem zasnąć i zacząć od zera. Nawet ta nowa blondynka nie mogła tego zmienić, chociaż wsadziła mi kij w szprychy.

Nie wiedziałem, co w ogóle sprawiło, że się zatrzymałem. Mnóstwo turystów wynajmuje tu domki, pojawia się wiele dziewczyn w postrzępionych szortach i butach nienadających się do życia w tym miejscu. Ale to nie o jej ubraniach ani włosach myślałem, kiedy czajnik gwizdem oznajmił zagotowanie wody, tylko o oczach.

To były oczy, które dużo przeżyły, które cierpiały.

Wiedziałem o tym, bo moje były takie same.

W chwili, gdy zdjąłem czajnik z palnika, rozległo się pukanie do drzwi. Zmarszczyłem brwi, spoglądając na zegar.

„Kto, do cholery, mógłby się zjawić u mnie o tej porze? Albo jakiejkolwiek innej?”

Kiedy okrążyłem lodówkę i zobaczyłem znajomy kucyk oraz równie znajomą kurtkę, mars na moim czole tylko się pogłębił.

– Sarah? – powitałem ją po otwarciu drzwi. – Co się stało?

Na jej zaczerwienionej z zimna twarzy pojawił się uśmiech, kiedy mimo braku zaproszenia przemknęła koło mnie do środka.

– Nic się nie stało. Przyszłam cię odwiedzić. Co robisz?

Stałem przez moment z ręką na klamce i wyglądałem na ciemny las za werandą, zmuszając się do wypuszczenia wstrzymywanego oddechu, zanim zamknąłem drzwi i się odwróciłem.

– To, co każdej nocy, i mam zamiar położyć się do łóżka.

Sarah wyjęła drugi kubek z górnej szafki i postawiła go tuż obok tego, który właśnie sobie przygotowałem, po czym nalała do obu wrzącej wody.

– Och, nie bądź takim gburem. – Puściła do mnie oko przez ramię i sięgnęła po słój, w którym trzymałem herbatę. – Jaką chcesz?

– Nie mam ochoty na towarzystwo.

– Może być mięta?

Nie czekając na odpowiedź, rozerwała dwie saszetki i zanurzyła torebki we wrzątku. Podała mi mój kubek, zdjęła z siebie granatową kurtkę, powiesiła ją na oparciu krzesła barowego i usiadła.

Trzymałem swój kubek i tylko na nią patrzyłem.

Westchnęła.

– Revie, proszę. – Jej spojrzenie złagodniało.

– Nie nazywaj mnie tak – rzuciłem twardo, ale ona nie spuszczała ze mnie wzroku, więc w końcu westchnąłem jak ona i usiadłem obok niej. – Pięć minut.

Natychmiast się ożywiła i zaczęła nawijać o swoim dniu, a ja, nie wypuszczając kubka z rąk, próbowałem się cieszyć jej towarzystwem i przypomnieć sobie czasy, kiedy te wszystkie lata temu niemal każdego wieczoru lądowała w moim łóżku.

Była równie szalona jak ja. Imprezowaliśmy co noc, wraz z Daviem i Yvette, przed ich ślubem i obowiązkami, które zaczęły się po przyjściu na świat ich potomka. Sarah była najlepszą przyjaciółką Yvette, a ja najlepszym przyjacielem Daviego, ale podczas gdy Davie i Yvette się w sobie zakochali, Sarah i ja tylko używaliśmy sobie, kiedy mieliśmy na to ochotę. Czasami ona spotykała się z innym chłopakiem, czasem ja byłem z inną dziewczyną, zdarzało się, że pogrywaliśmy ze sobą, żeby się powkurzać nawzajem. Nigdy jej nie kochałem, chociaż przez długi czas wydawało mi się, że jest inaczej. Nigdy nikogo nie kochałem.

I czułem, że nigdy nie pokocham.

– Chyba pójdę jutro wieczorem na imprezę – oznajmiła i dotarło do mnie, że to jedyne, co tak naprawdę usłyszałem z całej jej wypowiedzi. – Powinieneś pójść ze mną.

Popatrzyła mi w oczy, po czym zjechała spojrzeniem na mój nagi brzuch, a ja pożałowałem, że nie włożyłem koszuli. Ale nie spodziewałem się towarzystwa, o czym przypomniałem sobie, kiedy wyciągnęła rękę i koniuszkami palców dotknęła zwisającego mi z ramienia ręcznika.

– Byłoby fajnie… jak za starych czasów.

– Nie – powiedziałem po prostu, po czym zabrałem jej kubek i razem z moim odstawiłem do zlewu. Był niemal pełen.

– Jeszcze nie skończyłam pić.

– Właśnie skończyłaś.

– Jezu, dlaczego jesteś takim pieprzonym dupkiem, Anderson? – Stołek głośno przejechał po podłodze, kiedy się z niego zerwała, ściągając jednocześnie kurtkę z oparcia. – Czy zwykłe posiedzenie wieczorem z drugim człowiekiem by cię zabiło? Jesteś tak wściekły na świat, że już nie pamiętasz, jak się bawić?

– Jestem zmęczony, Sarah. – Tylko taką miałem odpowiedź, zresztą prawdziwą: rzeczywiście byłem zmęczony. Minionym dniem, jej obecnością w moim domu, moim życiem.

– Jasne. – Gwałtownie wbiła najpierw jedną, później drugą rękę w kurtkę, a jej kucyk majtał przy każdym ruchu. Nagle zamarła, bo jej wzrok padł na zdjęcie Dani. – Wiesz, twoje życie nie musi się kończyć tylko dlatego, że jej się skończyło.

Te słowa przypominały lodowatą wodę, której każdą kroplę poczułem na plecach – najpierw napływającą powoli, a później rwącą jak rzeka. Zatrząsłem się od ich mocy, zacisnąłem zęby i zwinąłem dłonie w pięści.

– Wynoś się – syknąłem, wymijając ją pospiesznie, żeby otworzyć drzwi.

– Kurna – westchnęła. – Przepraszam, ja tylko…

– WYNOCHA!

Zacisnęła usta i czekała, aż na nią spojrzę. Nie zrobiłem tego, więc fuknęła i wypadła bez słowa.

Trzasnąłem za nią drzwiami i z warknięciem opróżniłem jej kubek do zlewu, po czym cisnąłem nim przez kuchnię. Uderzył w kominek i się roztrzaskał – jasnoniebieskie kawałki porcelany spadły na podłogę. Przez blondynkę, a później Sarah moja codzienna rutyna została wyrzucona na śmietnik.

Przeczesałem włosy obiema rękami i zakląłem.

Nie było szans, żebym teraz zasnął.

W myślach słyszałem słowa Sarah, wspomnienia starego życia uderzały z każdym ruchem, gdy biegłem na górę, narzucałem na siebie podkoszulek i kurtkę. Nieważne, że już zdążyłem wziąć prysznic ani że zwykle o tej porze już spałem. Najwyraźniej ten dzień chciał być inny, więc mu na to pozwoliłem: złapałem skrzynię z narzędziami i wróciłem do Morrisonów. Skoro nie mogłem spać i nie chciałem myśleć, zamierzałem pracować.

Tylko to miało sens.

W braku konieczności tłumaczenia się ze wszystkiego innym było coś absolutnie wyzwalającego.

Do tej pory nigdy w życiu nie mogłam robić tego, co chciałam, bez zastanawiania się, jak to wpłynie na kogoś innego. Na początku na moich rodziców, później na współlokatorki, a przez ostatnich siedem lat – odkąd wzięliśmy ślub i razem zamieszkaliśmy – na Keitha.

A dziś wieczorem? Dzisiaj nie musiałam nigdzie iść, nikt nie mówił mi, jak mam spędzić wolny czas, i chyba właśnie dlatego tańczyłam przy rozpalonym kominku, absurdalnie ubrana w ulubione body z siateczki od Free People i najdroższe szpilki, jakie miałam.

Próbowałam już spędzić ten wieczór produktywnie: usiadłam na balkonie z tyłu domu ze szkicownikiem w dłoni, żeby popracować, ale prawda była taka, że nie czułam inspiracji. Nie odczuwałam też braku natchnienia – miałam wrażenie, że zawisłam gdzieś pomiędzy. Żyłam, oddychałam, słuchałam tego, co mówi mi dusza, czego oczekuje ode mnie w danej chwili.

Najwyraźniej potrzebowała rhythm and bluesa z lat dziewięćdziesiątych i butelki wina.

Z przenośnego głośnika Boyz II Men dudnili ze skandaliczną siłą dźwięku, a ja nuciłam razem z nimi, w jednej dłoni trzymając kieliszek z winem, a drugą wodząc w górę i w dół ciała. Odznaczałam się drobną budową, miałam wąską talię i małe piersi, z których byłam niezmiernie dumna, gdyż moja matka była w tym miejscu bardziej płaska od ojca. Ale co w sobie uwielbiałam najbardziej? Nogi. Kiedy byłam młodsza, tańczyłam przez lata, co idealnie ukształtowało mięśnie i chyba dlatego nogi tak bardzo podobały mi się w niebotycznych louboutinach. Przywdzianych nie dla Keitha, nie dla jakiegoś innego mężczyzny, ale dla mnie.

Kiedy Color of Love zastąpił End of the Road, opadłam na kanapę, dysząc, zgarnęłam włosy z karku i związałam je w kucyk. Siedzący na podłokietniku Rev popatrzył na mnie, mrugając leniwie, po czym znowu opuścił łepek.

– To było super – powiedziałam, ściągając buty, które spadły na podłogę z łomotem. Mówiłam do kota czy do prawie pustego kieliszka? Nie byłam pewna. – A co teraz?

Pociągnęłam łyk wina i uważnie się rozejrzałam. Mogłabym ponownie spróbować poszkicować, zwłaszcza że miałam już po swojej stronie dwa kieliszki merlota. Albo mogłabym zadzwonić do Adriana i w pewnym stopniu ukoić jego troskę o mnie. Wiedziałam, gdzie mieszka Mama Von, byłam zaproszona w każdej chwili…

„Albo…”

– Tak, zdecydowanie to – oznajmiłam Revovi.

Tym razem nawet nie otworzył oczu, gdy się zerwałam i ruszyłam po schodach na górę. Zgarnęłam czysty ręcznik z łazienki i podbiegłam do komody, z której wyciągnęłam czarną górę od kostiumu kąpielowego z miseczkami w kształcie trójkąta, zanim coś do mnie dotarło.

Byłam całkiem sama. Na co mi kostium kąpielowy?

Odpowiedź była prosta: na nic.

Roześmiałam się, ciut za głośno i ciut za wysokim tonem, ale miałam to gdzieś. Dopiłam wino i zbiegłam na dół z ręcznikiem przewieszonym przez ramię, rozbierając się jeszcze na schodach. W butelce znalazłam akurat tyle wina, żeby napełnić ostatni kieliszek, więc to zrobiłam, po czym minąwszy drzemiącego Reva, wyszłam na balkon.

Zostawiłam otwarte drzwi, żeby z głośnika dopływały do mnie dźwięki – w tej chwili SWV śpiewały o mięknących kolanach. Śpiewałam razem z nimi, sama nie czując się zbyt pewnie na nogach, gdy telepałam się z zimna. Uśmiech nie zniknął mi z twarzy, kiedy się okazało, że światło na tylnej werandzie nie działa, tak samo jak oświetlenie w jacuzzi. Doszłam do wniosku, że wystarczy mi blask księżyca i gwiazd. Zdjęłam pokrywę, postawiłam kieliszek na krawędzi i z rozkoszą zanurzałam się w wodzie centymetr po centymetrze.