Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 522 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Słonimski. Heretyk na ambonie - Joanna Kuciel-Frydryszak

Człowiek o niezwykłym poczuciu humoru. Homo politicus, pacyfista, marzący o świecie bez granic. Samotnik, chłodny intelektualista, ale jednocześnie fighter, żywiołowy buntownik.

„Złapałem poezję i literaturę, jak łapie się katar czy grypę" - napisał Słonimski. I tak zarażony pozostał na zawsze. Żonglował poezją, dramatem, prozą, przeplatając powieść humoreską, recenzję tekstem kabaretowym, komentarz do rysunku felietonem... Od początkowej fascynacji światem malarstwa przeszedł do sztuki słowa, stając się członkiem Skamandra. Dowcipny, boleśnie złośliwy, prowokacyjny - zdobył rzesze fanów oraz grono zawziętych krytyków.

Joanna Kuciel-Frydryszak - obficie cytując materiały archiwalne, w dużej części dotąd niepublikowane - przedstawia koleje życia poety, od narodzin przy Niecałej w Warszawie aż do dnia, w którym trumna z jego ciałem nie zmieściła się do grobu... Poznajemy wybitnych przodków Słonimskiego, przyglądamy się jego dzieciństwu i okresowi edukacji, nigdy niezwieńczonej maturą. Z przymrużeniem oka patrzymy na wybryki młodości, spędzanej w kawiarni Ziemiańskiej oraz Pod Picadorem. Obserwujemy miłosne uniesienia, towarzyszące relacjom z Marią Morską, Ireną Baruch, wreszcie żoną, Janiną Konarską. Śledzimy okres emigracji oraz późniejsze lata trudnego lawirowania i prób odnalezienia się w ojczyźnianej rzeczywistości. Widzimy, jak kontroluje jego poczynania agent SB oraz jak Gomułka na oczach całej Polski każe mu się zastanowić, kim jest - Polakiem czy Żydem.

 

SB pilnuje Słonimskiego wszędzie. Gdy w listopadzie 1964 roku jedzie na spotkanie na Katolicki Uniwersytet Lubelski, jest tam tw „Marek", który notuje, że Słonimski czytał zebranym swoje tłumaczenie aktu III Hamleta i że „ utwór ten w swej treści jest bardzo wredny, można go nazwać śmiało paszkwilem na obecną rzeczywistość i w tym stanie żadne z wydawnictw nie odważyłoby się go przyjąć do opublikowania". Starają się być przenikliwi i czujni. Jeden z anonimowych agentów w okresie wojny arabsko-izraelskiej przekazuje, że Słonimski w sposób aluzyjny wyraża swą solidarność z agresją Izraela, ponieważ „gdy znajomy zauważył, że Słonimski świetnie wygląda i z pewnością dobrze się czuje, ten odpowiedział: «Wyglądam i czuję się tak, jak wyglądają i czują się zwycięzcy»".

(fragment)

 

Opinie o ebooku Słonimski. Heretyk na ambonie - Joanna Kuciel-Frydryszak

Fragment ebooka Słonimski. Heretyk na ambonie - Joanna Kuciel-Frydryszak

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Podczas prac nad książką autorka korzystała ze stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Redaktor serii: Adam Pluszka

Konsultacja historyczna: Andrzej Krajewski

Redakcja: Maria Wiktorowska-Lipowska

Korekta: Ewa Dedo, Sylwia Sandowska-Dobija, Elżbieta Jaroszuk

Indeks zestawiła: Elżbieta Jaroszuk

Redakcja techniczna: Alek Radomski

Projekt okładki i stron tytułowych: StudioPage Graph,

na podstawie koncepcji graficznejmamastudio

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki pochodzi z zasobów Biblioteki Narodowej

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i łamanie:manufaktura

ISBN 978-83-7747-389-4

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Listy i utwory Antoniego Słonimskiego © by Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi

Wydanie I

Warszawa 2012

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Pamięci moich Rodziców

– Barbary i Andrzeja Kuciel

Zamiast wstępu

Tadeusz Konwicki, któremu Antoni Słonimski zapisał w spadku telewizor Sony, nie był zdziwiony, gdy trumna z ciałem przyjaciela nie zmieściła się do grobu i trzeba było poszerzać dół.

– Był większy, niż przewidywały normy. Ale ja o tym wiedziałem – zapisał.

Słonimski nie tylko nie zmieścił się w grobie, ale od zawsze wykraczał też poza wszelkie próby sklasyfikowania go i etykietowania, a było tych prób mnóstwo.

Liberał, pacyfista, antyklerykał, Żyd i mason, wychowawca liberalnej inteligencji, ikona opozycji, guru różowego salonu… On sam lubił myśleć o sobie, że jest „heretykiem na ambonie”, pieniaczem, ale w słusznych sprawach. Przykrym w polemikach, jednak w życiu – optymistą, ulegającym licznym złudzeniom.

Nie próbuję zdemaskować mojego bohatera, nie ma takiej potrzeby. Jest czytelny, także wtedy, kiedy czasem wstępuje na drogę wiodącą na manowce. Staram się zajrzeć w te karty jego biografii, które pozwalają zrozumieć jego życiowe decyzje i uwikłania. Jednak Antoni Słonimski, którego losy próbowałam zrekonstruować, to nie tylko homo politicus, nawet nie przede wszystkim. To szukający dla siebie miejsca w świecie poeta, pełen pasji i wiary w swoją misję felietonista, ale też zakochany nieszczęśliwie młodzieniec, a nade wszystko fascynująca osobowość, jak nikt inny dowcipny, a czasem bardzo boleśnie złośliwy.

Książka nie jest szczegółowym zapisem zdarzeń z życia Słonimskiego ani próbą oceny jego politycznych i ideologicznych uwikłań. To raczej reporterska bezstronna opowieść o życiu jednej z ciekawszych postaci, mającej spory wpływ na życie umysłowe Polski XX wieku.

Ta opowieść byłaby dużo uboższa bez udziału wielu osób, które pomogły mi zrozumieć i lepiej poznać mojego bohatera. Szczególne podziękowania kieruję do Anny Trzeciakowskiej, znakomitej tłumaczki, która zawsze znajdowała dla mnie czas, aby opowiedzieć o przyjacielu z czasów młodości. Dziękuję za opowieść Adamowi Michnikowi, którego fascynacja „szefem” nigdy nie wygasła. Wielkie podziękowania za rozmowę należą się też Julii Hartwig, poetce, której przyjaźń była dla Antoniego Słonimskiego jedną z ważniejszych w ostatnich dwudziestu latach życia.

Katarzynie Herbert dziękuję nie tylko za wspomnienie spotkań u poety, ale też za zgodę na publikację listów męża; Marii Iwaszkiewicz za to, że zechciała opowiedzieć mi o przyjacielu swoich rodziców z czasów ich młodości i o trudnej relacji jej ojca ze Słonimskim.

Za cenne informacje i opinie składam podziękowania profesor Alinie Kowalczykowej, Ricie Marianowicz, Józefowi Tejchmie i Krzysztofowi Muszkowskiemu. Dziękuję profesor Halinie Woyke-Urbanowicz, profesorowi Januszowi Maciejewskiemu, Ryszardowi Matuszewskiemu, Andrzejowi Zalewskiemu i Wojciechowi Siemionowi, którzy nie mogli już zobaczyć tej książki. Bardzo wiele zawdzięczam wysiłkom Karola Estreichera, wiernego przyjaciela Antoniego Słonimskiego, który planował napisać jego biografię i dlatego zapisywał każdą ważniejszą z nim rozmowę, co stanowi bardzo cenne źródło informacji o życiu poety.

Prezesowi Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie Zbigniewowi Witkowi składam gorące podziękowania za udostępnienie mi archiwum Karola Estreichera, które zawiera interesujące materiały dotyczące mojego bohatera.

W kwerendach wsparli mnie: Anna Milewicz i Magdalena Bocheńska z Biblioteki Narodowej w Warszawie, Lidia Bakensztos z archiwum Instytutu Badań Literackich PAN, Adele Torrance z archiwum UNESCO w Paryżu, Danuta Bondaryk z Archiwum Głównego Akt Dawnych w Warszawie, Joanna Krasnodębska z Muzeum Emigracji w Toruniu, a także Tomasz Konieczny z wrocławskiego oddziału IPN, za co jestem im bardzo wdzięczna. Za konsultację jednego z rozdziałów bardzo dziękuję profesorowi Andrzejowi Friszke, a Pawłowi Kądzieli za cenne uwagi i spostrzeżenia. Podziękowania należą się Ministerstwu Kultury za półroczne stypendium z Funduszu Twórczości, które umożliwiło mi spokojniejszą pracę przez pewien czas.

Słowa wdzięczności kieruję do swoich przyjaciółek: Beaty Gigiel za dużą pomoc przy pisaniu, Magdy Skawińskiej i Angeliki Kuźniak za wszelkie wsparcie i rady. Nade wszystko dziękuję mej życiowej podporze, Andrzejowi Frydryszakowi, który był także dobrym duchem tej książki.

I Młodość górna i chmurna

1 Niecała

Dzieci są zakałą ludzkości. Jest to klasa nie produkująca, pasożytnicza, uprzywilejowana, chorowita, samolubna, pozbawiona wychowania i wykształcenia, niegrzeczna i brudna.

Antoni Słonimski, O dzieciach

Gdy pięćdziesięcioletni Słonimski przyjechał z Londynu tuż po wojnie do Warszawy, najpierw poszedł sprawdzić, czy stoi kamienica przy Niecałej, w której się urodził. Potem szukał śladów kawiarni Ziemiańska, w której spędził młodość. Z rodzinnego domu pozostała tylko fasada, a Ziemiańską rozpoznał po zgniecionej balustradzie. Ukochane miasto nie istniało.

Kiedy się rodził na Niecałej, ta niedługa ulica prowadząca do Ogrodu Saskiego w niczym nie przypominała dzisiejszego spokojnego zaułka. Tętniła życiem, rejwachem kupców i klientów mnóstwa sklepików, wytwórni i magazynów. Pod jedynką działała wytwórnia lamp z brązu Karola Burkego, pod piątką laboratorium kosmetyczne, obok zakład wyrobu kapeluszy słomkowych i filcowych, a pod szóstką, gdzie na drugim piętrze mieszkał doktor Słonimski z rodziną, parter zajmowała „Fabryka piór strusich i fantazyjnych oraz kwiatów sztucznych” M. Ciechanowa.

Rodzina Słonimskich: doktor Stanisław, jego żona Eugenia Maria z Goldmanów i dzieci – Halina i Piotr – zajmowała czteropokojowe mieszkanie z ogromną kuchnią. Gdy 15 listopada 1895 roku przyszedł tu na świat Antoni Władysław Słonimski, jego matka miała dwadzieścia sześć lat, ojciec był od żony starszy o lat szesnaście.1

Kiedy pięć miesięcy później rodzice wieźli Antoniego Władysława dorożką do kościoła św. Antoniego przy ulicy Senatorskiej, aby go ochrzcić (ojcem chrzestnym był radca prawny Ludwik Odrowąż-Wilkoński), jego dziad Chaim Zelig Słonimski, ubrany w tradycyjny strój żydowski, modlił się w synagodze. Nie było w tym nic nadzwyczajnego: pod koniec XIX wieku mieszczaństwo żydowskie, a zwłaszcza inteligencja, masowo przechodziło na katolicyzm, zrywając z żydowską tradycją swych ojców, a także manifestując w ten sposób przynależność do polskiego społeczeństwa.

Rodzinę Słonimskich trudno jednak uznać za zwyczajną – Chaim Zelig Słonimski był Żydem wybitnym, założycielem pierwszej gazety naukowej w języku hebrajskim „Ha-Cefira”, dyrektorem Szkoły Rabinów w Żytomierzu, a przede wszystkim przedstawicielem haskali – żydowskiego oświecenia. Jego wnuk lubił w nim widzieć buntownika zwalczającego żydowską ciemnotę i zabobon, bardziej od religii ceniącego naukę, a przez to wyklętego przez ortodoksyjne gminy. Ale rzeczywistość wyglądała nieco inaczej: Chaim Zelig był Żydem umiarkowanie postępowym, propagował naukę, ale starał się nie drażnić uczuć religijnych i nie walczył z żydowską ortodoksją. Obracał się chętnie wśród Polaków, ale nie tolerował ateizmu i sprzeciwiał się zawieraniu małżeństw mieszanych.2

Mimo to dwaj z trzech jego synów zmienią wyznanie: Stanisław, ojciec Antoniego, ochrzci się w dojrzałym wieku, drugi syn, Ludwik, ożeni się z Rosjanką i przyjmie prawosławie. Jedynie stryj Józef, zwany przez Antoniego Wujagą, pozostanie wierny religii swego ojca.

Odejście Stanisława Słonimskiego od wiary nie spowodowało w rodzinie rozłamu – Chaim Zelig pojawiał się często we wspomnieniach wnuka, który z właściwym sobie poczuciem humoru chwalił się, że jego dziadek pamiętał jeszcze wojska napoleońskie, ale dodawał, że niestety mgliste to były wspomnienia. „Pamiętam – mówił dziadek – że mieli takie wielkie czapy”3.

Chaim Zelig Słonimski urodził się w Białymstoku. Wcześnie się ożenił i przeniósł do małego białostockiego miasteczka Zabłudów, gdzie z upodobaniem zgłębiał astronomię i matematykę i gdzie zaskoczył niemieckich astronomów, którzy właśnie do Zabłudowa przyjechali obserwować zaćmienie słońca. Młody Chaim w chałacie nie odstępował ich na krok, a gdy zapytali, co go interesuje, odpowiedział, że teleskop, i wygłosił naukowy wykład na temat zaćmienia słońca. Niemiecki uczony bardzo się zdziwił i zapytał: „A skąd pan to wie?”. „To wszystko wie każdy Żyd w Zabłudowie”4 – odpowiedział spokojnie Chaim Zelig Słonimski.

Zmarł 15 maja 1904 roku, mając dziewięćdziesiąt cztery lata. Antoni napisze po latach: „Umarł w fotelu, jedząc winogrona i babkę. Chciałbym tak umrzeć”5.

Ale tak się nie stanie.

Najgenialniejszy w rodzie był pradziad Antoniego, a teść Chaima Zeliga Słonimskiego – Abraham Stern. Talent tego skromnego zegarmistrza z Hrubieszowa odkrył ksiądz Stanisław Staszic, właściciel tamtejszych dóbr. Gdy tylko Stern dał się poznać jako człowiek genialny, Staszic natychmiast sprowadził go do Warszawy i wystąpił dla niego o pomoc finansową do cara Aleksandra. Car przyznał Sternowi roczne stypendium – tysiąc dwieście złotych polskich – i jednorazową zapomogę w wysokości tysiąca ośmiuset złotych na udoskonalenie maszyny, nad którą Stern przez wiele lat pracował.6 Była to machina arytmetyczna wykonująca cztery działania z ułamkami.

Kolejna, którą skonstruował po czterech latach, potrafiła wyciągać pierwiastki i była prototypem komputera, jednak nie weszła do powszechnego użycia. Wprawdzie zięć Sterna, Chaim Zelig Słonimski, kontynuował prace nad nią i za jej ulepszony model otrzymał w 1844 roku nagrodę Petersburskiej Akademii Nauk, ale to Szwed Willgott T. Odhner dopiero trzydzieści lat później opatentował w Niemczech maszynę niemal identyczną, i to na jego pomyśle oparta była większość powstałych później arytmometrów.7

Stern pracował równocześnie nad innymi wynalazkami: opracował model żniwiarki, która zastępowała pracę ośmiu osób, i wózek topograficzny do tworzenia map terenowych.8

Stanisław Staszic postanowił zarekomendować zdolnego wynalazcę Towarzystwu Przyjaciół Nauk, co na początku wywołało sprzeciw jego członków. Nie chcieli w swoim gronie Żyda. Dopiero kiedy Staszic zagroził dymisją i kiedy interweniował generał Aleksander Chodkiewicz, sytuacja została opanowana i 30 kwietnia 1817 roku Abraham Stern, w stroju polskiego izraelity, z długą czarno-rudawą brodą, wygłosił swój pierwszy odczyt na temat maszyny do liczenia i wyciągania pierwiastków.

Pismo Stanisława Staszica rekomendujące Abrahama Sterna do Towarzystwa Przyjaciół Nauk.

Zmarł 2 lutego 1842 roku w wieku siedemdziesięciu lat i został pochowany na najstarszym w Warszawie cmentarzu żydowskim na Bródnie. Dziś nie sposób znaleźć jego grobu. Cmentarz został zdewastowany w czasie wojny, a macewy posłużyły do budowy chodników.

Antoni Słonimski był bardzo dumny ze swego pradziada. Po antysemickiej nagonce w 1968 roku napisał list do Władysława Gomułki, gdy ten na oczach całej Polski wypominał mu, że nie wie, kim jest: Polakiem czy Żydem.

W liście do pierwszego sekretarza Słonimski wspomniał o swoim pradziadku, który – zawsze lojalny wobec rodzinnego kraju – nigdy nie skorzystał z licznych propozycji wyjazdu za granicę i pracy na rzecz innego społeczeństwa niż polskie.

List zakończył mocnymi słowami:

Mówię o moim pochodzeniu nie bez pewnej dumy i satysfakcji snobistycznej, ale pragnę tu podkreślić z całą stanowczością, że gdybym był potomkiem żydowskiego bankiera czy śmieciarza, takie samo miałbym prawo uważać się za Polaka, bo Polska nie uznała nigdy terminologii norymberskiej Niemiec hitlerowskich.9

Gdy po Marcu nie mógł publikować i zaczęły mu się kończyć oszczędności, postanowił sprzedać Muzeum Narodowemu swoją najcenniejszą pamiątkę rodzinną: pismo Stanisława Staszica rekomendujące jego pradziada Towarzystwu Przyjaciół Nauk:

Stern, znany dobrze Towarzystwu, ma nadzwyczajną biegłość w mechanice. Wynalazca machiny arytmetycznej czterech działań z ułomkami. Wynalazca machiny do wyciągania pierwiastków kwadratowych z ułomkami. Podaję go za przybranego. Staszic.

Najstarsze ślady rodu Słonimskich odnajdziemy na cmentarzu żydowskim w Warszawie przy ulicy Okopowej, gdzie pochowani są: Chaim Zelig Słonimski, jego żona, a córka Sterna, Sara, oraz stryj Józef.

Babcia Sara była silną, twórczą osobowością, jedną z bardziej ekscentrycznych w rodzinie. Zasłynęła wystawieniem sztuki w jidysz z udziałem uczniów szkoły rabinackiej w Żytomierzu, której Chaim Zelig był wówczas kuratorem. Amerykański kuzyn Antoniego, Nicolas Slonimsky, przytacza rodzinną anegdotę o babce, która była wyjątkową bałaganiarą, i kiedy chciała wyjść za mąż za niezbyt zamożnego mężczyznę, przeciwny temu Abraham Stern podczas proszonego obiadu wrzucił do wazy z zupą niedoprane skarpetki córki, czym skutecznie spłoszył adoratora. Nicolas zastrzega jednak, że tę opowieść zasłyszał od swej matki, która niezbyt lubiła Słonimskich, uważając ich za bardzo niepraktycznych.10

Nicolas Slonimsky także był postacią nietuzinkową. Pochodził z rosyjskiej gałęzi rodu: jego ojciec, Ludwik Słonimski, ożenił się z Rosjanką i wyjechał z Warszawy do Petersburga. Tu był redaktorem czasopisma „Wiestnik Jewropy” i jako pierwszy przybliżył rosyjskim czytelnikom idee Karola Marksa w książce Doktryna ekonomiczna Karola Marksa.

Musiał ją czytać także dwudziestoletni wówczas Lenin. Mój kuzyn, polski poeta Antoni Słonimski zauważył półżartem, że moja rodzina ponosi częściową odpowiedzialność za przewrót bolszewicki, gdyż to z książki mojego ojca Lenin dowiedział się o marksowskiej doktrynie rewolucji proletariackiej.11

Brat Nicolasa, Michaił, zyskał sławę jako radziecki pisarz (autor między innymi wydanej w Polsce powieści Inżynierowie, opiewającej sowiecki system). Sam Nicolas wyemigrował do Ameryki, gdzie poświęcił się muzyce i leksykografii. Przeżył sto jeden lat, a kiedy miał lat osiemdziesiąt siedem, wystąpił na koncercie Franka Zappy w Santa Monica. Ten genialny muzyk bardzo cenił dorobek Słonimskiego, odnalazł go więc w Los Angeles i zaproponował mu, aby zagrał na jego koncercie. Kiedy Słonimski wyszedł na scenę, Zappa powiedział: „To jest nasz narodowy skarb”12.

Nicolas, starszy o rok od swego polskiego kuzyna, podziwiał Antoniego, ale największe wrażenie zrobiła na nim informacja, że pracował dla niego Adam Michnik.

– Teraz więc, kiedy mnie nękają wydawcy z powodu moich wiecznych spóźnień, mówię im: „Tak, przyznaję, spóźniłem się; przyznaję się do wszystkiego, ale mój kuzyn był jak ojciec chrzestny dla «Solidarności». To się na pewno musi jakoś liczyć!”13.

Kolejnym utalentowanym Słonimskim, który rozsławił w świecie to nazwisko, jest rosyjski kompozytor muzyki awangardowej Siergiej Słonimski, syn Michaiła. (Rosyjską gałąź rodziny, jak i w ogóle losy rodu Słonimskich, opisała obszernie Janina Kumaniecka w książce Saga rodu Słonimskich.)

Kiedy w czasach głębokiego PRL-u Siergiej odwiedził swego stryja Antoniego w Warszawie, nie mógł się nadziwić, że tyle czasu można swobodnie spędzać w kawiarniach. Był początkującym kompozytorem i stryj wspomógł go nowymi krawatami, prawdopodobnie przywiezionymi z Anglii, bo w takich gustował najbardziej.

Antoni, zwany w domu Tolkiem, fizycznie podobny był do matki – dorodnej, mało urodziwej kobiety. On sam mówił, że odziedziczył po niej dłonie i szczupłe palce. Ale na ogół niewiele o niej mówił i jeszcze mniej pisał. Matka – dawał do zrozumienia – należała do innego świata niż ojciec, a to świat ojca pociągał go i kształtował.

Eugenia Maria Goldman była neofitką, gorliwą katoliczką pamiętającą z dzieciństwa jidysz. Jej rodzina pochodziła z okolic Radomska, gdzie miała swój majątek. Spokrewniona była z Poznańskimi i właśnie pod nazwiskiem Poznańska występuje w dokumentach po 1945 roku. Natomiast brat matki, Daniel, przyjął nazwisko Iwanow, przeszedł na prawosławie i został pułkownikiem petersburskiej gwardii.14 W związku z tym Stanisław Słonimski – zapamiętał Antoni – nie akceptował szwagra i wyrzucał go z domu, gdy ten chciał się widzieć z siostrą.

W rodzinie matki także nie brakowało ludzi wybitnych. Jej krewnym był Alfred Poznański, który pod pseudonimem Savoir pisał komedie, bardzo popularne szczególnie we Francji, dokąd wyemigrował.

Eugenia Goldman była druga żoną doktora Stanisława Słonimskiego. Z pierwszą, Idą Korngold, miał Stanisław Słonimski syna Adama, najtragiczniejszą postać w rodzinie, który popełnił samobójstwo w piotrkowskim getcie.

Matka, Eugenia Słonimska.

W ostatnim roku życia osiemdziesięcioletni Antoni Słonimski, owdowiały, często powracał do swego dzieciństwa i domu przy Niecałej.

Anna Trzeciakowska, wybitna tłumaczka z angielskiego, która w tamtym czasie należała do grona przyjaciół poety opiekujących się nim po stracie żony, często wieczorami słuchała jego wspomnień, gdy otulony pledem siedział w niewielkim pokoiku, który wcześniej był sypialnią Janiny.

– Antoni głównie mówił o ojcu, o mamie rzadko. Właściwie nie rozumiał wyboru swego ojca, uważał, że rodzice nie pasowali do siebie. Z jego opowiadań wynikało, że ojca drażniła jej bigoteria, i być może Antoni od niego przejął stosunek do matki. Opowiadał mi, że on i jego brat Piotr dostali imiona po dozorcach w kamienicy, bo tak zdecydował ojciec wbrew matce, która chciała nadać synom imiona bardziej wyrafinowane, mniej pospolite niż „Antoni” i „Piotr” – mówi Anna Trzeciakowska.

W archiwum Słonimskiego znajdujemy kartkę z napisanym przez niego zdaniem: „Portret Matki – b. pospolita”15. To prawdopodobnie część szkicu do wspomnień, które nie powstały, więc nie opisał nigdy swej matki. Poświęcił jej zaledwie jeden wiersz – Hiacynty, ale jest to raczej westchnienie do dzieciństwa niż tęsknota za matką, prawie nieobecną duchowo w jego życiu. „To nieprawda, że latem pachną hiacynty / Najpiękniej pachną w zimie, w imieniny matki / Wtulone między torty słodkie i pomadki / Na oknie, na tle szyby siwo zamarzniętej”16. Prawdopodobnie Eugenia z Goldmanów była prototypem pani Zorn, matki głównego bohatera pierwszej powieści Słonimskiego, Teatr w więzieniu. Jest to gruba, krzykliwa kobieta, także otrzymująca hiacynty na imieniny, także zaniedbująca swego syna. Anatol Zorn nie żałuje jednak, że jej przy nim nie było, bo „gdyby pani Zorn chciała się wtedy zajmować wychowaniem Anatola, z pewnością zabiłaby mu jedyne lata beztroski – troską o rzeczy niegodne uwagi”17. To z pewnością autorefleksja, dosyć gorzka.

Jarosław Iwaszkiewicz twierdził, że także bohaterkę komedii Murzyn warszawski obdarzył Słonimski cechami swojej matki. Jeśli tak rzeczywiście było, to i tym razem jej nie oszczędził – Pola, żona subiekta, to chciwa, poczciwa, nierozgarnięta Żydówka, aspirująca do bycia kobietą światową.

Ojciec Antoniego, dermatolog i internista, był w Warszawie postacią bardzo popularną. Bywalec kawiarń – głównie u Semadeniego pod filarami w budynku Teatru Wielkiego – uwielbiał politykować i zabawiać towarzystwo dowcipami. Deklarował się jako sympatyk PPS-u. Był też – co Antoni lubił podkreślać – znajomym Józefa Piłsudskiego jeszcze wtedy, gdy przyszły marszałek działał w konspiracji, a nawet czasem, ukrywając się, sypiał na ceratowej kanapce u doktora Słonimskiego przy Niecałej. Z tą kanapką przeprowadzać się będą Słonimscy do kolejnych swych mieszkań, traktując ją jak najcenniejszy skarb rodowy.

Ojciec, Stanisław Słonimski, słynny warszawski lekarz.

Antoni Słonimski zapamiętał swego ojca jako człowieka dużego formatu, o wielkiej społecznej wrażliwości, lekarza ludzi biednych i potrzebujących. „Był dobrym człowiekiem” – pisał. Przede wszystkim jednak czuł się z nim ogromnie związany. To ojciec – nie matka – będzie się Antoniemu do końca życia kojarzył z poczuciem bezpieczeństwa. To ojciec będzie kształtował jego postawy życiowe, upodobania, gusta literackie. To prawdopodobnie pod jego wpływem na zawsze pozostanie agnostykiem, wbrew matce. Ojciec też rozbudzi jego wyobraźnię, wspólnie będą wymyślać purnonsensowe zabawy, posługiwać się wspólnymi kodami, do których dopuszczony będzie tylko stryj Józef.

Józef, czyli Wujaga, postawny mężczyzna z płowym wąsem, był prawdopodobnie drugą po ojcu osobą, z którą Antoni czuł się w dzieciństwie bardzo związany emocjonalnie. To jeden z większych ekscentryków w rodzinie: twórca uniwersalnego języka, alternatywnego wobec esperanto, który to język bezskutecznie próbował rozpropagować, co pochłaniało całą jego życiową energię i w związku z czym do końca swych dni pozostawał na utrzymaniu ojca. Antoni z wielką czułością wspominał stryja, który miał według niego „specyficzny wdzięk ludzi nieudanych. Była to mieszanina infantylizmu i wiary w szczęśliwy przypadek, prostej ludzkiej mądrości, naiwności i dobroci. Należał do rodziny oryginałów zaludniających stronice powieści Dickensa”18.

Ciekawe, że nieudacznictwo stryja budziło w chłopcu czułość i podziw, a nie złość i pogardę dla słabości czy też zniecierpliwienie jego nieżyciowym marzycielstwem.

Potem tę postawę widać będzie w jego stosunku do słabszych – uważał, że zawsze trzeba być po ich stronie, siła, przewaga, moc nie pociągały go. Chociaż był snobem, do czego się przyznawał, to imponowały mu nie sukces i dominacja, lecz inteligencja i talent – to były cechy, które cenił w innych. I oczywiście poczucie humoru.

Ojciec Antoniego, jak potem on sam, wtopiony był w Warszawę. Brylował w znanych lokalach, znał wszystkich, których znać było warto. Wieczory spędzał w Dolinie Szwajcarskiej, w teatrzykach, ogródkach, na ostrygach u Stępka, a jeszcze częściej u Semadeniego pod filarkami, wśród malarzy i aktorów. Szczupły pan z bródką uwielbiał świat teatru i polityki, a podziwiany był za dowcip nawet przez Bolesława Prusa.

Syna fascynował świat ojca. Otoczenie matki było dla niego zupełnie nieciekawe. Matka miała swoje zajęcia, zajmowała się dobroczynnością, obracała się w kręgach kościelnych i bardzo dbała o religijne wychowanie dzieci. Postarała się nawet, aby Antoniego uczył katechezy słynny w Warszawie ksiądz Jan Siemiec, ale i to nie pomogło. Słonimski twierdził, że pierwsze zwątpienia religijne przeżył już w wieku lat dwunastu.19

Czy stało się wtedy coś szczególnego?

Raczej nie. Dom był pełen księży i koleżanek matki, dewotek. Być może to wystarczyło, aby chłopiec o przekornej naturze zbuntował się przeciw religijnej atmosferze. Z pewnością jednak decydujący wpływ na Antoniego miała postawa ojca, ateisty uznającego prymat nauki, wyznawcy idei pozytywistycznych, myśli Ludwika Krzywickiego.

Po latach Słonimski zapytany, czy wybiera się na pogrzeb Reymonta, odpowie nonszalancko: Nie, bo nie lubię widoku tylu księży na raz.20

A dużo, dużo później stanie się czołowym felietonistą katolickiego „Tygodnika Powszechnego”.

Słonimski lubił przedstawiać swoje dzieciństwo jako pasmo zdarzeń niezwykłych: opowiadał na przykład, że gdy jego brat zachorował na odrę, rodzice oddali go na pewien czas do dziadka, ale zapomnieli o nim i spędził tam cały rok. W innym miejscu pisał, że Klimcia, służąca dewotka, zamiast na podwórko prowadziła go codziennie do kościoła św. Antoniego przy Senatorskiej i leżała tam krzyżem, a on musiał odmawiać modlitwy. Kiedy indziej twierdził, że rodzice zapomnieli go zapisać do szkoły i dlatego zaczął naukę dopiero w wieku dziesięciu lat.

Musimy być sceptyczni, czytając te barwne wspomnienia poety. To część legendy o samym sobie, którą od zawsze konsekwentnie tworzył, puszczając w obieg rozmaite anegdoty i opowieści. Nikt nie był pewien, czy i w jakim stopniu są prawdziwe.

Już pobieżna lektura jego wspomnień ujawnia niekonsekwencje i skłonność do ubarwień: raz to siostra chorowała na odrę i dlatego trafił do dziadka, a raz brat; w jednym miejscu pisze, że spędzał całe dnie jako dziecko w kościele, a w innym, że w Ogrodzie Saskim, do którego chodził „jak do biura”. Czasem twierdził, że chodził do szkoły krótko, a raz publicznie przedstawił się jako samouk, który naukę pobierał w domu.

Niewiele dowiadujemy się o sześć lat starszej siostrze Antoniego, dużo częściej wspomina brata Piotra, wspólne zabawy w Ogrodzie Saskim, a także jego naukowe zainteresowania, bo to w Piotrze obudziły się geny przodków naukowców. Przyszły lekarz od dzieciństwa pasjonował się przyrodą, dlatego parapety okien przy Niecałej zastawione były terrariami i akwariami pełnymi żab i chrząszczy.

Bracia różnili się bardzo. Podczas gdy starszy o dwa lata Piotr lubił zdobywać wiedzę, Antoni wolał książki i zabawy z ojcem i Wujagą, które polegały na tworzeniu kalamburów, zabawnych wyrażeń i powoływaniu do życia postaci widzianych tylko przez wtajemniczonych.

W naszym umownym świecie był pan Pimper, który mieszkał na suficie, ale znikał, gdy się podnosiło głowę do góry. W kanapach i fotelikach żył Kanapon, który kradł różne drobne przedmioty i umieszczał je między poręcze a siedzenie kanapy. W przedpokoju stało siedmiu braci Polakiewiczów, których funkcja życiowa nie była bliżej określona, ale z którymi wypadało od czasu do czasu porozmawiać.21

Robert Jarocki, biograf Piotra Słonimskiego, przytacza słowa swego bohatera, że „Antoni nie pisze nigdy o Adamie, przyrodnim bracie, synu swojego ojca z pierwszego małżeństwa. Dlaczego?”22.

Adam, jako jedyny z najbliższej rodziny Antoniego, pozostał przy judaizmie. Bardzo zdolny matematyk, po studiach w Getyndze osiadł w Częstochowie, gdzie pracował dla tamtejszej fabryki włókienniczej i zgromadził dość spory majątek. Żenił się dwukrotnie: pierwszą żoną była Niemka, guwernantka zatrudniona przez doktora Słonimskiego, którą Adam uwiódł. Miał z nią córkę Lilkę, niemal rówieśnicę Antoniego, który wprowadził ją w swoje artystyczne kręgi.

Nie wiadomo, jak bardzo Antoni był zżyty z Adamem, bo wiele ich różniło. A Antoni wspomniał o Adamie, lecz tylko raz, jeszcze przed wojną. Taki zapisek znajdziemy w jednym z reportaży opublikowanych po pobycie w Rosji. Słonimski opisuje tam swoją rozmowę z kuzynem. Michaił Slonimski jest marksistą z przekonania i próbuje Antoniego agitować. Rozmowa się nie klei, ale raptem robi się cieplej, rodzinnie. „Oczy Michała są przecież podobne do oczu mego najstarszego brata Adama” – napisze.23

Ale potem Adam nigdy nie pojawi się ani w utworach, ani wspomnieniach Antoniego. O jego istnieniu nie wiedzieli nawet bliscy przyjaciele poety.

W I roczniku statystycznym z roku 1940 Adam Słonimski widnieje jako jeden z przedstawicieli Rady Starszych w Wyznaniowej Gminie Żydowskiej w Częstochowie.24 Skończył tragicznie: trafił do getta w Piotrkowie Trybunalskim, a gdy Niemcy zaczęli je likwidować, zabił swoją żonę, dzieci, a potem siebie.

Kiedy Piotr, bratanek Słonimskiego, zapytał stryja, dlaczego nie napisał o Adamie w Alfabecie wspomnień, swej sentymentalnej książce, w której przywołuje bliskich, Antoni odpowiedział ostro i z bólem, że o Adamie nigdy nic nie napisze.25

Brat, Piotr Słonimski, lekarz, legionista, powstaniec warszawski. W laboratorium, stoi trzeci od lewej.

Do szkoły Antoni Słonimski chodził krótko. Dlaczego? Sprawa jego edukacji jest dosyć zagadkowa. On sam stworzył uroczą legendę o tym, że matka zapomniała zapisać go do szkoły, a ojciec tego nie zauważył, i gdy po pewnym czasie zapytał, do której Antoni chodzi klasy, okazało się, że do żadnej. „I powstała wielka awantura” – pisał.

Bardziej prawdopodobne wydaje się, że doktor Słonimski, który sam ukończył szkołę rosyjską, nie miał zaufania do tej instytucji i zapisał syna dopiero do jednej z polskich szkół, które zaczęły powstawać po 1905 roku.

Antoni rozpoczął naukę w wieku lat dziesięciu w gimnazjum Jana Kreczmara, renomowanej szkole filologicznej, w której uczyło się sporo chłopców żydowskiego pochodzenia, między innymi Władysław Kopaliński, Leopold Tyrmand czy Romain Gary (wtedy Kacew, potem słynny pisarz francuski, znany też jako Émile Ajar).

W tej samej szkole uczyła się siostra Antoniego, Halina. W rodzinnych archiwach zachowało się zaświadczenie podpisane przez Kreczmara, że Halina posiadła dostateczną znajomość łaciny, nie ma natomiast ani jednego świadectwa Antoniego. Podobnie jak inne rodzinne dokumenty, zaginęły podczas wojny.

Słonimski nie lubił szkoły. Od pierwszego dnia czuł się tam nieszczęśliwy. Bał się, że zostanie wyrwany nagle do tablicy i okaże się, że nic nie umie, bo niczego nie zrozumiał, albo że starsi, silniejsi koledzy będą się nad nim pastwić. „Bałem się okazać tchórzem i bałem się gróźb, biorąc dosłownie zapowiedzi w rodzaju: «Te, wypuszczę ci flaki z brzucha tym scyzorykiem» albo bardziej pomysłowych, a zaczerpniętych z sadystycznych opisów sienkiewiczowskich pogróżek wyrwania oka korkociągiem”26.

W piątej klasie przerwał naukę.27 Jak twierdził, zgubiła go, widoczna już wtedy, pasja satyryczna. Pewnego dnia postanowił zrobić gazetkę z karykaturami nauczycieli. Niestety, najgorzej wypadł nauczyciel historii, „niechlujnie ubrany gbur”, który wykładał po rosyjsku. Jeśli wierzyć relacji Słonimskiego, owemu nauczycielowi poradził, żeby – jeśli już musi dłubać obsadką pióra w nosie, w uchu i zębach – przynajmniej zmienił kolejność.

I to był koniec nauki w gimnazjum Kreczmara. Kazano ojcu zabrać syna i poszukać mu innej szkoły. Ojciec zabrał Tolka z gimnazjum, ale do innej szkoły już go nie zapisał. Postanowił, że sam przygotuje go do matury, a na pocieszenie kupił synowi prawdziwy duży męski rower.28

Przez następne lata Antoni sam uczy się w domu pod nadzorem ojca. Matury nie zrobił nigdy, co nie stanowiło większego problemu: można było wtedy studiować bez matury, można było bez niej – jak się okaże – zostać najbardziej popularnym felietonistą w Polsce. Nigdy nie tłumaczył, dlaczego nie zdawał egzaminu maturalnego. A może zdawał, lecz nie zdał… Trudno to zweryfikować. W każdym razie nie miał kompleksów z tego powodu.

Julia Hartwig, jedna z najbliższych przyjaciółek Antoniego, wielokrotnie słyszała od niego, że nie ma matury, ale była przekonana, że żartował, jak zawsze ze wszystkiego. „Naprawdę jej nie zrobił? Często się z tego śmiał, ale wydawało mi się, że to niemożliwe, że nie ma matury”.

Natomiast Jan Lechoń, wielki przyjaciel z młodości, gdy ich drogi rozeszły się, z satysfakcją wypominał Słonimskiemu braki w edukacji. Uważał, że był to jeden z najbardziej niewykształconych ludzi, jakich w życiu spotkał, i że nie zrobił matury, ponieważ był zarozumiały i nie chciał nikogo słuchać. „Szkoła była dla niego za głupia, już kiedy miał 12 lat. Jego ojciec był taki sam… też złośliwy i zarozumiały…”29 – mówił Estreicherowi. Lechoń nie znał ojca Słonimskiego, więc albo powtarzał plotki, albo zmyślał, nie potrafiąc zapanować nad negatywnymi emocjami wobec byłego przyjaciela.30

Jedyną szkołą, jaką Słonimski ukończył, była Szkoła Sztuk Pięknych, w której studiowała też jego siostra.

Całkiem inaczej wyglądała edukacja jego brata Piotra, który najpierw uczył się w gimnazjach warszawskich: Wojciecha Górskiego i imienia Stanisława Staszica, ale gdy wziął udział w strajku szkolnym w 1905 roku, dostał „wilczy bilet” i nie mógł uczęszczać do żadnej szkoły na terenie rosyjskiego imperium. Ojciec wysłał go wówczas do Lwowa, aby tam zdał maturę. Tam też Piotr Słonimski ukończył medycynę.31

Tym bardziej niejasne – skoro doktorowi Słonimskiemu zależało na edukacji starszego syna – wydają się przyczyny, dla których pozwolił młodszemu przerwać szkołę i nie zrobić matury. Może miało to związek z niezależną, wolną naturą Antoniego, dla którego presja szkoły była nie do zniesienia? Musimy poprzestać na spekulacjach, nie ma żadnych danych, które pozwoliłyby tę sytuację wyjaśnić.

Słonimski jako mały chłopiec nie znał innego świata niż ten, w którym się wychowywał. Dzieci z podwórka przy Niecałej nie zapuszczały się przecież w dzielnice biedoty – na Powiśle czy Wolę.

Na co dzień bawił się w Ogrodzie Saskim. „Chodziłem tam codziennie, jak do biura” – twierdził. W sentymentalnym felietonie napisanym w wieku lat czterdziestu wspominał zabawy w Ogrodzie Saskim, gdzie rywalizowały ze sobą trzy bandy: „Polacy”, „Żydzi” i „Wolniacy”. Mały Słonimski rzecz jasna należał do „Wolniaków”.

Wakacje jako dziecko spędzał w Łomiankach, jeżdżąc konno i pływając w Wiśle, zachwycając się stylem życia przyjaciela ojca, Jakuba Raabego, jednego z braci będących właścicielami miejscowej garbarni. To on na zawsze stanie się dla Antoniego wzorem elegancji. „Tak sobie wyobrażałem Swanna. Nosił kwiat w butonierce i jeździł angielskim kabrioletem”32.

Stanisław Baliński, także syn lekarza, znał Słonimskiego przez niemal całe życie i bardzo sceptycznie odnosił się do jego lewicowych ciągot, twierdząc, że Antoni nie znał świata rzeczywistych problemów społecznych.

Jak moja matka jeździła na wieś na Litwę, brała całą aptekę ze sobą, leczyła całą wieś. Myśmy się bawili z dziećmi białoruskimi, zupełnie na równo traktowanymi, miałem kontakt po prostu w chatach. […] Jakieś tańce były, zabawy w czworakach – znałem ten świat. Inteligencja lewicowa (którą ja znałem) absolutnie tego świata nie znała. To bardzo jest ważne: Słonimski w ogóle nie znał wsi, nie znał robotników – to wszystko było intelektualne.33

„Brak kompleksów, zawiści i skąpstwa dało mi życie domowe. […] Nigdy nie byłem karany, ale przywiązanie do ojca powstrzymywało mnie na granicy zbytniej lekkomyślności” – pisał Słonimski pod koniec życia.34

Znowu: to ojciec był busolą Antoniego. Napawał go dumą, zwłaszcza że budził powszechną sympatię. Był lekarzem Bolesława Prusa i prawdopodobnie posłużył Prusowi za pierwowzór przy tworzeniu postaci doktora Szumana z Lalki. Tak przynajmniej twierdzi Stanisław Baliński, którego ojciec był znajomym i Prusa, i Stanisława Słonimskiego. W liście do Antoniego przesłanym w czasie wojny pisze:

20 czerwca 1944 roku

Antoni drogi i najmilszy, jak się czujesz? Jak bardzo chciałbym Cię widzieć. Siedzę tutaj (w Croft Mouse, Sudbury, Suffock) w spokoju w towarzystwie mego ojca, który mi właśnie cytował swe rozmowy z Prusem, jak Prus mu opowiadał o Twoim ojcu i jak z postaci Twego Ojca zaczerpnął wiele do doktora Szumana. Uważał Prus Twego Ojca za niezwykle szlachetnego człowieka.35

Antoni Słonimski nie bardzo w tę wersję Balińskiego wierzył. Doktor Szuman był jego zdaniem zbyt zgorzkniały, aby przypominać Stanisława Słonimskiego. Ojciec pozostał dla niego na zawsze ideałem, uosobieniem dobroci, zdrowego rozsądku, szlachetności.

Widzę go u siebie w saloniku secesyjnym dyskutującego, a potem siedzimy razem w ogromnej kuchni na ogromnym kuferku Frani. Zatroskany, zawsze w kłopotach finansowych, liczy, jak wykupić cudze weksle, pomóc malarzowi i tej rodzinie z oficyny, państwu Sz., którzy od dwóch lat jadają u nas obiady.36

Wspierał to, co uznawał za słuszne, angażował się, dyskutował, protestował. Wierzył w Polskę niepodległą, ale jej nie doczekał.

Dojrzały Słonimski napisze o sobie: „Moje pisarstwo jest pewnego rodzaju pieniactwem. Stale mi na czymś zależało. Kłóciłem się o mnóstwo spraw w różnych ustrojach”37. I w tej postawie należy dostrzec wpływ ojca.

2 Narodziny poety. Picador. Miłość

W czasach Picadora, a później Skamandra, byliśmy straszni. Młodzi, dowcipni, okrutni, a do tego z forsą. Po prostu ohyda.

Antoni Słonimski,Załatwione odmownie

W roku 1911 Słonimski w wieku szesnastu lat, bez matury, zostaje studentem warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, w pracowni Edwarda Trojanowskiego. Początkowo jest wolnym słuchaczem, potem dopiero staje się pełnoprawnym studentem. Wybór szkoły jest w pewnym sensie przypadkowy; Słonimski nie do końca wie jeszcze, jaką drogą chce pójść, nie rozeznaje swoich wszystkich zdolności, ale na pewno umie rysować. Doktor Słonimski pokazuje prace syna znajomemu malarzowi – Stanisławowi Lentzowi. Okazuje się, że Antoni na studenta malarstwa jak najbardziej się nadaje. W tym czasie sytuacja finansowa rodziny pogarsza się, dlatego Antoni studiuje na kredyt. W spisie studentów warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych odnajdujemy jego nazwisko, a obok dwie adnotacje: „10 rubli” (czyli tyle zapłacił, a czesne wynosiło wówczas sto rubli) oraz „Profesor ręczy” (co oznacza, że cieszył się zaufaniem swego wykładowcy i dostał pozwolenie studiowania na kredyt).1

Po dwóch latach zostaje gospodarzem pracowni, co świadczy o jego mocnej pozycji i zwalnia go z obowiązku opłaty za studia. Jeszcze na pierwszym roku publikuje w piśmie „Złoty Róg” swój pierwszy utwór poetycki Wiersz o poecie z własnymi rysunkami, ale robi to bez przekonania. Imponują mu koledzy malarze – to jest świat jego pierwszych fascynacji.

Byłem wtedy młodym malarzem, uczniem warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, miałem bujne, jedwabiste włosy i binokle na nosie. Tylko ten nos został podobny. Lekceważyłem wtedy poezję, powieść, jak również dramaty pisane prozą i wierszem. Uznawałem temperę, grunt kazeinowy i tak zwane walory dekoracyjne pejzażu.2

W pracowni malarskiej poznaje Piotra Wodzińskiego, który się stanie jego wielkim przyjacielem. O żadnej swojej przyjaźni nie napisał z takim zaangażowaniem jak o tej pierwszej. Razem pojadą na Kresy malować portrety gospodarzy w majątku pod Tołoczynem. I tam z powodu zawodu miłosnego Wodziński popełni samobójstwo. Znajomość z Wodzińskim była tak czysta i bezinteresowna, jak jest to możliwe tylko między bardzo młodymi ludźmi. Łączyły ich pasje i wspólna praca: razem odnawiali kamieniczkę Baryczków na warszawskiej Starówce, razem chodzili do teatru i cukierni. Jeszcze u schyłku życia wspominać będzie Słonimski tego przyjaciela z czasów młodości:

Niewiele o nim umiem powiedzieć, ale i nie umiem go zapomnieć. Pamięć o każdym z nas minie po latach kilku czy kilkudziesięciu. Nie na stulecia nas mierzyć. Ale chciałbym, aby w drobnym ułamku, w nikłej cząstce pamięci, która po mnie zostanie, był ze mną pierwszy przyjaciel mojej młodości, Piotr Wodziński.3

Latem 1914 roku rodzice wysyłają Antoniego pod opieką siostry Haliny, która już ukończyła szkołę plastyczną, do Bretanii. Przyszły artysta ma poznać ulubione pejzaże impresjonistów, ale wybucha wojna. Tego dnia Słonimski czeka na małej wysepce na prom. Nagle słyszy bicie dzwonów i płacz kobiety, która woła, że nadchodzi wielkie nieszczęście. Prom nigdy nie przypłynął. Po latach poeta uzna, że „mimo całej okropności wojny i ciężkich lat, które oczekiwały Europę, była to wciąż planeta tej samej konstelacji, podlegająca dawnym prawom i kanonom. Dopiero z dymów Hiroszimy, getta i ruin Warszawy zrodziła się noc”4.

Siostra, Halina Słonimska.

Przygody, które przydarzyły się Słonimskiemu w tych pierwszych miesiącach wojny, brzmią nieprawdopodobnie: próbuje we Francji zaciągnąć się do wojska, a kiedy okazuje się to niemożliwe, wraca do Warszawy przez Londyn, Oslo i Petersburg z biletem kredytowym, który dostał tylko dlatego, że urzędnik w ambasadzie w Paryżu skojarzył nazwisko jego wuja, prezydenta Piotrkowa Trybunalskiego, którego żoną była siostra matki Antoniego.

Po roku przerwy związanej z wojną uczelnia wznawia zajęcia, a kiedy ojciec zapada na hiszpankę, Antoni jako student musi poszukać płatnego zajęcia i tak zostaje rysownikiem pisma „Sowizdrzał”. Początkowo robi tylko ilustracje, głównie karykatury, ale pewnego dnia, gdy redaktor pisma choruje, Słonimski w jego zastępstwie pisze dowcipne komentarze do rysunków. Ten dzień jest początkiem jego literackiej kariery. Jest zachwycony atmosferą redakcji, magicznym sposobem powstawania gazety, a podpisy do ilustracji wychodzą mu doskonale.

Redakcja „Sowizdrzała” mieści się przy ulicy Żelaznej. Pismu szefuje Władysław Nawrocki, ekscentryczny tłumacz literatury francuskiej i niemieckiej. To on udzieli Słonimskiemu pierwszej lekcji dziennikarstwa: „Mój panie, albo się w pliszki gra, albo się pismo redaguje”5.

Nawrocki był też znany z tego, że nie lubił płacić. Jerzy Zaruba, karykaturzysta, wspominał współpracę z Nawrockim jako koszmar, a o nim samym pisał, że był to skąpiec i spryciarz niegardzący szantażem. Raz na tydzień urządzał zebrania współpracowników, na których omawiany był przyszły numer. Częstował bigosem i piwem, a sam jadł befsztyk i pił koniak, mówiąc, że kapusta mu szkodzi. Bardzo trudno było wyegzekwować zarobione w „Sowizdrzale” pieniądze, ponieważ Nawrocki ukrywał się skutecznie przed wierzycielami, a kiedy się do niego dzwoniło, tubalnym głosem po rosyjsku udawał generała-gubernatora albo piszczał, podszywając się pod własną służącą Kasię.6

Był też wynalazcą „reklam ujemnych”. Zamieszczał na przykład wierszyk: „Strzeżcie się Wolańskiego, bo to prawda szczera, że przy kupnie losów okropnie nabiera”. Po pewnym czasie w miejsce wierszyka pojawiało się ogłoszenie firmy Wolańskiego.

„Sowizdrzał” otwierał przed Słonimskim świat elity, do której niebawem on sam dołączy. W cukierni Dakowskiego przy placu Napoleona przy redakcyjnym stole zasiadają współpracownicy czasopisma, a wśród nich: Bruno Winawer, Adolf Nowaczyński, Wincenty Rzymowski.

Wkrótce młodziutki Słonimski przesiądzie się do „wielopokoleniowego” stolika Bronisławy Ostrowskiej w Astorii, do którego czasami dołącza Stefan Żeromski i skąd obserwować można „stolik endeków” pod oknem: Nowaczyńskiego, Perzyńskiego, Makuszyńskiego.

To w „Sowizdrzale” Słonimski poznaje Jana Lechonia. Odtąd przez dwadzieścia lat będą nierozłączni. Spotykają się na jednej z premier teatralnych i ten dzień zapamiętają dokładnie: „Lechoń podpisywał się «Pawie Pióro», a ja się kryłem pod pseudonimem «Prorok». Redakcje pism miały wtedy stałe miejsca w teatrze. Gdy siadłem na swoim fotelu, nachylił się nade mną chudy młodzieniec w przekrzywionych binoklach i zapytał: «Czy pan Prorok? Jestem Pawie Pióro»”7.

Słonimski ma dwadzieścia jeden lat, gdy 24 lutego 1916 roku po długiej chorobie umiera w jego objęciach ukochany ojciec. Wkrótce w „Przeglądzie Porannym”8 ukazuje się notatka o tym, że Warszawa straciła jednego ze swych najbardziej znanych obywateli: wybitnego lekarza, naukowca, popularnego w kręgach literacko-artystycznych, słynącego ze swojej bezinteresowności i literackiego talentu.

Antoni już od kilku lat pisze wiersze, ale na razie jeszcze do szuflady. Po pogrzebie w portfelu ojca znajduje trzy swoje sonety: Leonardo, Botticelli i Michał Anioł, które dwa lata później ukażą się drukiem w „Kurierze Warszawskim”. I dopiero wtedy sam siebie uzna za poetę.

Potem napisze bardzo osobisty wiersz, w którym stworzy obraz ojca całkiem inny od wizerunku mitycznej postaci, w której kulcie żył. Może dlatego nie włącza Testamentu do żadnego tomiku?

O tym wierszu wspomina Anna Iwaszkiewicz w swoich Dziennikach, bo to w Aidzie, pierwszym domu Iwaszkiewiczów w Podkowie Leśnej, przy naftowej lampie młody Słonimski napisał z tęsknoty za ojcem: „Pokazałeś mi ojcze całą swoją mękę / W ostatnim Twym spojrzeniu zawartą udrękę / całego życia bezowocny trud”9.

I może prawdziwszy to obraz, ale zbyt intymny, aby dzielić się takim wyznaniem. Ojciec ma przecież pozostać optymistą wierzącym w przyszłość, którego życie nie mogło być bezowocne.

W powstałej u schyłku życia Spowiedzi emigranta Słonimski napisze: „Trzeba być wiernym tym, których kochamy. To znaczy książkom, które razem czytaliśmy w szkole, to znaczy memu ojcu, warszawskiemu lekarzowi, którego życie było bez skazy”10.

A w czasie wojny w nostalgicznym poemacie Popiół i wiatr powróci do momentu pożegnania z ojcem:

Sam jeden byłem przy nim, gdy zasnął snem wiecznym.

I sam byłem w pokoju, gdy kres kładąc męce,

Żegnając mnie ostatnim uściskiem serdecznym,

Syn jego umarł, rękę trzymając w mej ręce.

I choć wiem, że gdy przyjdzie ostatnia godzina,

Nie będę miał tej wiernej, młodej ręki syna –

Ty, ojcze, dłoń mi podasz. Wiem, że spotkam ciebie

Na polach elizejskich pod gwiazd blaskiem drżącym.

Na kuferku zielonym – i on będzie w niebie –

Siądziemy ręka w rękę w uścisku gorącym

I osądzisz łaskawie wszystkie dobre czyny,

A błędy mi wybaczysz i rozgrzeszysz winy.11

Po śmierci ojca sytuacja finansowa rodziny znacznie się pogarsza. Choroba pochłonęła wszystkie oszczędności. Antoni z matką muszą opuścić komfortowe mieszkanie przy Niecałej i przeprowadzają się na Krakowskie Przedmieście 6, do mieszkania na parterze kamienicy w podwórzu.

Po latach pamiętał zapach kawy, który pozostał tam po sklepie kolonialnym.

Materialnie było im ciężko. Z tego czasu pochodzi jedyny zachowany obraz Słonimskiego, znajdujący się od 1970 roku w Muzeum Narodowym w Warszawie. To akwarela z roku 1917 zatytułowana Portret dziewczynki. Jak wynika z opisu, Słonimski oddał wówczas ten obraz w zastaw, aby otrzymać pożyczkę z funduszu dla artystów.

Już wtedy dobrze sobie radził w sprawach finansowych, w pewien sposób był zapobiegliwy, ale też dosyć oszczędny. I taki pozostanie na zawsze.

W trudnych czasach korzystał z każdej możliwości zarobkowania, zdobił kamieniczki (między innymi Baryczków na Starym Mieście), robił ilustracje do książek i korzystał z finansowego układu „Sowizdrzała” z cukiernią Dakowskiego: w zamian za ogłoszenia raz na tydzień mógł się tam posilić bez płacenia.

Potem będzie już tylko lepiej. Inni skamandryci zazdrościli mu zarobków i nieraz żyli na koszt przyjaciela. To Słonimski finansował nocne eskapady (o czym napisze potem: „nie wypominając”) z Lechoniem. Anna Iwaszkiewicz będzie go za tę zaradność podziwiać, o czym czytamy w liście do Jarosława: „Żeby do ciebie chciały tak pieniądze lecieć jak do Tolka, on ma zawsze flotę”12.

Kiedy dwudziestojednoletni Słonimski odkrywa dla siebie sonety Mickiewicza, postanawia zostać poetą naprawdę. „Złapałem poezję i literaturę, jak się łapie katar czy grypę”13 – wyzna potem.

Miałem zdolności aktorskie, dobrze czytałem wiersze (i dziś mi to przyznają i nawet myślałem o wstąpieniu do szkoły dramatycznej). Była więc na początku taka urocza mieszanina, piękno klasycystyczne, upojenie własnym głosem i pierwsze przeżycia miłosne.14

Rzeczywiście, ci, którzy znali Słonimskiego, zwracali uwagę na ciepłą, głęboką barwę jego głosu. Według Iwaszkiewicza to głosowi zawdzięczał Tolek powodzenie u kobiet.

W tym czasie pisze cykl sonetów. Planuje zebrać je w pierwszym tomiku wierszy, ale jeszcze jest skupiony na malarstwie. W 1916 roku dwukrotnie wystawia swoje prace na zbiorowej wystawie w Zachęcie, i ponownie na dwóch ekspozycjach w 1918 roku. Są to gwasze, akwarele i rysunki. Nie osiąga wielkiego sukcesu, ale zostaje zauważony, choć recenzent „Pro Arte et Studio”, Tadeusz Cieślewski, uznaje jego pracę We dworze za „chłodną”. Ale gdy w tym samym roku poznaje Juliana Tuwima, który tak jak on pisze teksty dla kabaretu Czarny Kot, czuje się już poetą. Tuwim jest studentem prawa i filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, publikuje pod pseudonimem „Pekiński” i robi wielkie wrażenie na Antonim, gdy mówi: „Cóż mi się pan tak przygląda? Jeśli dziwi pana, że mam taką dużą «myszkę» na twarzy, to mogę pana zapewnić, że gdybym się bez niej urodził, odebrałbym sobie życie”. „Facet nie jest zły – pomyślałem. – Warto z nim iść na kolację. Poszliśmy do «Cristalu», a spór o to, kto za kogo zapłacił, trwał kilkadziesiąt lat”15.

Jeszcze tego samego wieczoru czytali sobie nawzajem swoje wiersze, bo obaj nosili je zawsze przy sobie. Miały to być ich debiuty: Tuwim znał już tytuł swego pierwszego tomiku, Czyhanie na Boga, Słonimski wiedział, że jego tomik będzie nosił tytuł Sonety. I tak się stało.

Ich wiersze różniły się – Tuwim był poetą wybitniejszym i od początku bardziej popularnym. To, co ich połączyło, to zamiłowanie do purnonsensu, zgrywy, wymyślania kalamburów i rzeczy niestworzonych. Napiszą razem kalendarz dla rolników zatytułowany Pracowita pszczółka, zbiór nonsensów na każdy miesiąc. „Pisaliśmy ją dwa dni, a potem trzy dni jeździliśmy razem dorożką po całej Warszawie szukając wydawcy” – wspomniał Słonimski.16

Tuwim to jedyny ze ścisłej czołówki skamandrytów, z którym Słonimski będzie się przyjaźnił do końca życia i po którego śmierci głośno zapłacze.

Niedługo po tym, jak Słonimski poznaje Tuwima, przychodzi do niego Mieczysław Grydzewski, wówczas sekretarz pisma młodzieży akademickiej „Pro Arte et Studio”, z propozycją, aby opublikował w piśmie swój tekst. Słonimski jest już rozpoznawalnym satyrykiem i ma poczucie własnej wartości.

Zjawił się u mnie studencik nieco sepleniący i spytał, czy nie dałbym jakiegoś wiersza do „Pro Arte et Studio”. Wiersz dałem, ale na uwagę Grydzewskiego, że pismo nie płaci honorariów, poprosiłem, żeby wiersz oddał, bo ja za darmo nie drukuję. Popatrzył na mnie z pogardą, żalem i bólem swych bardzo wymownych oczu i powiedział nie bez obrzydzenia: „Dobrze. Zapłacimy panu”.17

***

Ojczyzna moja wolna, wolna…

więc zrzucam z ramion płaszcz Konrada.

Antoni Słonimski,Czarna wiosna

Rok 1918 przynosi Polsce niepodległość, a Słonimskiemu szczęście: to będzie czas miłości i intensywnych przyjaźni. Napisze wtedy swoje najlepsze wiersze.

Potem o tych latach powie: „Pierwszy okres niepodległości to było jak happy end z książki dla młodzieży. Byliśmy tym olśnieni”18.

W tej euforycznej atmosferze Słonimski i Tadeusz Raabe, wtedy poeta publikujący pod pseudonimem „Kruk”, a później prokurator, postanawiają otworzyć kawiarnię. Będzie to najsłynniejsza i pierwsza w Warszawie kawiarnia poetów – Pod Picadorem przy Nowym Świecie 57 (dziś przypomina o niej tablica zamontowana dzięki staraniom Marii Iwaszkiewicz).

To Raabe podsunął Słonimskiemu pomysł kawiarni, gdy latem 1918 roku wrócił z Rosji i opowiadał o niezwykłych tamtejszych lokalach, w których poeci czytają publiczności swoje wiersze. Obaj potem utrzymywali, że pomysł, aby taki lokal otworzyć w Warszawie, powstał w tramwaju, niezgodność dotyczyła jedynie tego, której linii był to tramwaj. Słonimski twierdził, że jechali wtedy siódemką, a według Tadeusza Raabe była to trzynastka, kursująca między placem Krasińskich a placem Unii Lubelskiej. Ten ostatni zapamiętał nawet, że hasło utworzenia kawiarni poetów padło gdzieś w okolicy Ogrodu Saskiego.19

Słonimski natychmiast zapala się do pomysłu i zaczyna działać. Najpierw próbuje nim zainteresować starszych pisarzy z sekcji literackiej Klubu Artystycznego, ale zostaje wyśmiany przez „godnych i mało płodnych niedobitków dawnej Młodej Polski”20. Nic dziwnego, to nie była propozycja dla starszego pokolenia pisarzy. To coś absolutnie nowego, świeżego, jakby stworzonego na tamten czas: czas entuzjazmu po odzyskaniu niepodległości, otwarcia na nowe trendy, ożywienia intelektualnego.

Nie oglądając się na „starych”, młodzi stworzyli zarząd kawiarni, do którego weszli: Słonimski, Tuwim, Lechoń i Raabe. Operatywny Lechoń zajął się szukaniem lokalu i wkrótce znalazł niedużą mleczarnię Karola Życkiego przy Nowym Świecie 57. Układ z właścicielem był prosty: on im lokal, oni mu klientów.

Szybko znaleźli się też sponsorzy – ojciec Tadeusza Raabego, fabrykant, i J. Kubin, właściciel sklepu w Hotelu Europejskim (w którego podziemiach, po przenosinach z Nowego Światu, jeszcze przez kilka miesięcy działał tak zwany Duży Pikador). Wsparcie pikadorczycy otrzymali nawet od American Joint Distribution, a także pośrednio od ówczesnej władzy w osobie porucznika legionisty Felsztyńskiego z Wydziału Prasowego Komendy Miasta Warszawy, który pomógł poetom zdobyć zezwolenie na otwarcie kawiarni.21

Tuż przed inauguracją opłacili anonse w gazetach i ułożyli surowy regulamin: „Poeci z Pod Picadora udzielają w przerwach między poszczególnymi występami audjencji. Odnośne podania należy składać dzień wcześniej w kancelarji Kawiarni”22.

„Opłata za audiencję z prawem podania ręki” wynosiła pięćdziesiąt marek, za objaśnienie przeczytanego utworu trzeba była zapłacić siedemdziesiąt pięć marek, za dodanie do dedykacji słowa „kochanemu” płaciło się sto marek. Propozycje matrymonialne przyjmowane były w czwartki. Tylko poeta Tuwim takowych nie przyjmował. Odgadywanie rymów podczas czytania wierszy było surowo wzbronione.

Przed otwarciem wszystko starannie przygotowali. Słynny plakat Picadora zaprojektował Słonimski, a sam lokal wymalowało dwóch zaprzyjaźnionych malarzy formistów: Kamil Witkowski i Aleksander Świdwiński, których malowidło budziło podziw i zgorszenie.

Witkowski wymyślił postać mecenasa Kuśmidrowicza będącego symbolem kołtuństwa, konserwy i złego smaku. Głowa i szyja mecenasa zdobiły sufit, brzuch spływał po ścianie, nogi ciągnęły się przez podłogę. Jedna ręka sięgała za okno i palce tej ręki wymalowane były na zewnątrz, na fasadzie domu. Autor malowidła w Picadorze co wieczór wygłaszał dłuższą filipikę na temat Kuśmidrowicza spływającego ze ścian.

29 listopada 1918 roku o godzinie dwudziestej pierwszej na uroczystym otwarciu Picadora swoje wiersze deklamują: Julian Tuwim, Jan Lechoń, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz. Nie ma jeszcze wtedy z nimi Wierzyńskiego. Siedzi po stronie publiczności, jako poeta ujawni się kilka tygodni później i od stycznia dołączy do ścisłej grupy picadorczyków. Tak powstanie „wielka piątka”, zalążek Skamandra, „piękna plejada”, jak powie o nich Czesław Miłosz.

Największą furorę robiła poezja Lechonia. Nieswojo natomiast czuł się w tych pierwszych dniach Jarosław Iwaszkiewicz, który niedawno przyjechał do Warszawy z Kijowa i od razu – za namową Grydzewskiego – wpadł w towarzystwo pewnych siebie prowokujących poetów.

– Był inny, nie pasował do nich, nie dorównywał im. Wydawał się prowincjonalny, nie znał warszawskich dowcipów, nie rozumiał ich żartów. Skamandryci śmiali się z niego – opowiada Maria Iwaszkiewicz, córka Jarosława.

Po pierwszym występie Iwaszkiewicz przestał się pokazywać Pod Picadorem. Pełni niepokoju napisali wtedy do niego list na romantycznym papierze w kolorze lila z niezapominajkami w rogu.

Szanowny Panie i kochany Poeto!

Jesteśmy bardzo zmartwieni, że nas Pan opuścił, i przykro nam niezmiernie, że może czuje się Pan dotknięty naszą natarczywością. Możeśmy Pana czymś urazili, więc najmocniej przepraszamy i prosimy, aby Pan zechciał koniecznie być razem z nami. Mamy premierę ze świetnym muzykiem.

Czekamy, Panie Jarosławie!

(Ten miłosny papier otrzymaliśmy od kelnerki, na razie nie mamy własnego).

Przesyłamy serdeczne pozdrowienia i uściski dłoni!

Julian Tuwim

Antoni Słonimski

T. Raabe23

Iwaszkiewicz wraca i powoli wtapia się w grupę, co nie jest łatwe.

Ze Słonimskim na przykład trudno było mi się zbliżyć, ale w krótkim czasie potrafiłem odnaleźć w nim pod maską aroganta, tak antypatyczną dla wielu – prawdziwą twarz doskonałego poety i bardzo dobrego i nie bardzo szczęśliwego człowieka. Odkrycie prawdziwego Słonimskiego pozwoliło mi dobrze go poznać, ujrzeć wszystkie jego plusy i wszystkie minusy, przygotować się na jego małostki, zrozumieć wszystkie odruchy – i w sumie bardzo wysoko ocenić wartość tego człowieka. Ze wszystkich poetów „Picadora” z nim żyłem najbliżej i aczkolwiek nieraz zderzaliśmy się ostro i nieraz odpłacał mi pogardą za pewną ironię, z którą traktowałem jego zapędy, jednak zawsze wracaliśmy do siebie, jak człowiek do człowieka, przeświadczeni nawzajem o swojej inności, ale także wiedząc, co każdy z nas jest wart.24

Dużo później Słonimski przestanie tolerować Iwaszkiewicza, obaj będą mówić o sobie: „mój były przyjaciel”. A Iwaszkiewicz po czterdziestu latach, które miną od początków ich przyjaźni, zanotuje w Dzienniku: „Powierzchowność i dowolność sądów, dowcipasy – a właściwie nieuctwo Tuwima i Tolka (Słonimskiego) – ogarnęły mnie zbyt ścisłą siecią, abym mógł kształcić moje myślenie”25.

W czasach Picadora Słonimski mieszka z matką na ulicy Wspólnej. Jego siostra Halina pracuje w dyplomacji, a potem w misji de Gaulle’a w Warszawie, brat po studiach we Lwowie zakłada rodzinę i rozpoczyna w Warszawie praktykę lekarską.

Relacje Antoniego z matką są złe, znacznie gorsze niż za życia ojca. Iwaszkiewicz, bardzo związany ze swoją, ze zgorszeniem obserwuje, w jaki sposób Słonimski odnosi się do matki.

Zapamiętał szczególnie wizytę u Antoniego, gdy ten podczas wycieczki w Łomiankach spadł z konia (było to w roku 1919) i potem unieruchomiony przyjmował gości w mieszkaniu matki na Wspólnej. Iwaszkiewicz wspomina, że wtedy Tolek złagodniał, był zwyczajny, „nie stawiał się”, ale matka go irytowała. Odnosił się do niej nieprzychylnie, zupełnie inaczej niż do ojca, Iwaszkiewicz dostrzegał jednak, że matka Antoniego była kobietą ograniczoną i nie okazywała synowi serca.26

Na początku lat dwudziestych Antoni wyprowadza się od matki. Umawia się z bratem Piotrem, że będzie partycypował w jej utrzymaniu, ale robi to bardzo niechętnie i z tego powodu bracia często się kłócą. Bratanek Antoniego, Piotr, twierdził, że Antoni wówczas w ogóle zrywał relację z matką.27

Kiedy wybucha wojna polsko-bolszewicka, zgłasza się do wojska, ale zostaje oddelegowany do Biura Prasowego Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego, gdzie pracuje z Wierzyńskim pod kierownictwem Juliusza Kadena-Bandrowskiego. W dokumentach znajduje się informacja, że zwolniony był ze służby wojskowej z powodu krótkowzroczności i choroby dwunastnicy. W tym czasie prowadzi dział sztuki w „Kurierze Polskim” i tam odnajdujemy adnotację o tym, że chwilowo Antoni Słonimski jest nieobecny, ponieważ musiał się udać na front.

Na początku lat dwudziestych przeprowadza się do Hotelu Wiedeńskiego na rogu ulic Widok i Marszałkowskiej, po którym dziś nie ma śladu, a który na długie lata stał się jego domem. Według Iwaszkiewicza Słonimski mieszkał tam aż do swojego ślubu w 1934 roku. Czyli kilkanaście lat żył w hotelu? Utrzymuje się z honorariów, i choć pisze w tym czasie sporo, żyje dosyć skromnie. Jada zwykle w Astorii przy Nowym Świecie, gdzie Iwaszkiewicz przypatruje się ze zdumieniem, jak zamawia na obiad: pół porcji flaków, pół porcji bigosu i małe piwo, i dziwi się, że Słonimski nigdy nie choruje, a jeszcze stać go na pożyczki dla kolegów i płacenie rachunków za Lechonia w Ziemiańskiej.28

***

Łotrem jest, kto w młodości znosi kompromisy,

Kogo nęci brzuch pełny lub wypchana kiesa…

Łotrem jest, kto nie marzy, jak ten z Cervantesa,

Aby słońca dosięgnąć złotym ostrzem spisy.

Godzien wzgardy, kto jeno pełnej szuka misy

I kto iskier mieczami śmiałości nie krzesa,

Kogo wstrzyma w zapędzie ostrożności kresa,

Kto nie lata jak orły – lecz stąpa jak lisy.

Młodość winna być nagła i ostra jak klinga.

Fale życia pruć chyżo jak łódka wikinga,

Śmiałym okiem w najdziksze przenikać ostępy,

Nim przezornej starości wiek nadejdzie tępy,

Zanim los, orle skrzydła łamiący na strzępy,

Nie zmieni piór skrzydlatych na pióra flaminga.29

Pierwszy tomik poetycki Słonimskiego – Sonety – jest zapowiedzią jego zamiłowania do kunsztownych form, poezji tradycyjnej i wymagającej twórczej samodyscypliny.

Już niedługo w sztandarowym utworze z lat młodości – Czarnej wiośnie – „zrzuci płaszcz Konrada” w reakcji na odzyskanie niepodległości, uwalniając się w ten sposób od zobowiązań tworzenia poezji patriotycznej. Na razie w jednym nurcie swojej poezji komentuje współczesność, czasem w sposób prowokacyjny, jak w humoresce Sonet.

O, poeto, Konradzie, ty cożeś rozstrzygał,

Że Polska to są światu płonące ogniska,

Żebyś z bliska zobaczył dzisiaj te bagniska,

Tobyś pewnie do trumny znowu się wymigał.

Widząc kramarski lud, co ślinę leje z pyska,

Plułby Gustaw i Konrad, Anhelli by rzygał!30

Ten komentatorski styl będzie na zawsze obecny w jego poezji, równolegle z innym, artystowskim. Jak wszyscy skamandryci należy bowiem Słonimski do spadkobierców parnasistów Młodej Polski. Ale jest również ekspresjonistą. Retorem, ale i chłodnym, a czasem czułym lirykiem. Słowem – trudno znaleźć jeden nurt, jeden prąd, któremu byłby wierny.

Od początku dominującą cechą jego poezji jest komunikatywność. Zarówno wiersze, jak i inne utwory pisze po to, aby coś bardzo ważnego swojemu czytelnikowi powiedzieć. Jan Marx, autor monografii o skamandrytach, twierdzi nawet, że spośród skamandrytów Słonimski był najbardziej komunikatywny: przekazując to, co najistotniejsze, zmierzał najprostszą drogą do pointy.31 Marx zwraca też uwagę, że wierszy Słonimskiego chętnie uczono się na pamięć, gdyż ich bardzo czytelna forma wpadała w ucho jak refren piosenki, a sprzyjały temu wysoka temperatura liryczna i retoryczna oraz pewna oczywistość racji, myśli i przekonań.

Szczytowym osiągnięciem poetyckich umiejętności młodego Słonimskiego jest wieniec sonetów opublikowanych w tomiku Harmonia (1920), jedna z trudniejszych i rzadziej uprawianych form poezji, polegająca na zestawieniu czternastu sonetów w taki sposób, że ostatni wers każdego sonetu stanowi pierwszy wers kolejnego.

Eksperymentuje z formą, czasami kosztem sensu. W wierszu Słowo wykorzystuje romantyczną strofę Théophile’a Gautiera – wersy zawierają niejednakową, ale z góry wyznaczoną liczbę sylab przy zachowaniu rygoru toku rytmicznego.32

Poeci! Bądźcie jak ci mówce,

Którzy na krwawy wiedli łów

Swe hufce

Płomienną żagwią wielkich słów33.

Tymczasem Picador robi furorę. Codziennie od dziewiątej do jedenastej w nocy kawiarnia jest pełna, a wśród publiczności zobaczyć można Stefana Żeromskiego, Andrzeja Struga, Wacława Sieroszewskiego. Przychodzą tu przedstawiciele warszawskiej elity, a wśród nich i belwederczycy, i endecy.

To nie jest kabaret, tu się prezentuje poważną poezję – Lechoń czyta Mochnackiego, czym oczarowuje publiczność, Słonimski Carmagnolę, Tuwim wiersze z tomu Czyhanie na Boga, a Iwaszkiewicz z łagodnym zaśpiewem Oktostychy i tłumaczenia z Rimbauda.

Wśród deklamujących jest jedna kobieta. W czarnej aksamitnej sukni à la Maria Stuart recytuje manierycznie, patrząc rozszerzonymi błękitnymi oczami. To Maria Morska, zwana Niutą. Jej występ jest głównym punktem programu.

Oklaskiwana, magnetyzująca, mówi się o niej od momentu, gdy tylko się pojawiła Pod Picadorem. Dotąd nieznana, dopiero przyjechała z Łodzi.

Boy opisuje ją w ten sposób:

Oryginalna fizjonomia interesuje od pierwszej chwili, a utwierdza w tym zainteresowaniu głos, dziwny w istocie, wysoki, metaliczny, jakby umyślnie sztuczny. Bo byłbym niezręcznym pochlebcą, gdybym chwalił p. Morską za prostotę, kiedy ona świadomie jej unika. Przeciwnie, dąży – mam wrażenie – do tego, aby wywołać uczucie niepokoju: aby za pomocą ciągłego fortissimo akcentu, gestu gwałcić wrażliwość słuchaczy, nie pozwolić im ani na chwilę zdrzemnąć się na poduszce łatwej deklamacji. Są utwory, w których daje to znakomity efekt: np. Podróż Słonimskiego, Garbus Tuwima, albo owe śliczne dróbka Marii Pawlikowskiej; w innych, jak na przykład w wierszu Bez tytułu Lechonia, ta jaskrawa instrumentacja kłóci się z tekstem wzdychającym do prostoty. W każdym razie, tęsknię za tym, by usłyszeć panią Morską znowu, lubiłbym słuchać tego drapieżnego głosu.34

Według Iwaszkiewicza była podobna „do sztucznego kwiatu”, wytwarzała „atmosferę przesyconą orientalnym zapachem cynamonu i mirry”35.

Czy Słonimski zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia? Nie wiadomo. Wiadomo jednak, że od początku pozostawał pod jej ogromnym wpływem. Iwaszkiewicz twierdził nawet, że Antoni istniał jak gdyby tylko w świetle tej kobiety, poruszał się po orbicie zakreślającej łuk tylko wkoło niej, był echem jej zdań, gustów, powiedzeń i przekonań.36

Dzięki niej napisze swoje najpiękniejsze wiersze i pokaże całkiem inną twarz niż ta, którą prezentował na co dzień – dumny, złośliwy, bardzo pewny siebie.

Gdy cię spotkałem raz pierwszy,

Mokre pachniały kasztany.

Zbyt długo mi w oczy patrzałaś –

Ogromnie byłem zmieszany.37

Miłość Słonimskiego nie może być spełniona. Maria jest mężatką. Już od kilku lat jej mężem jest wybitny matematyk Bronisław Knaster, słynący nie tylko z genialnego umysłu, ale i z poczucia humoru. Jest powszechnie lubiany, także przez skamandrytów. Musi wiedzieć o afekcie Słonimskiego, mówią przecież o tym wszyscy.

Słonimski spotyka się z Morską niemal codziennie. Rytuałem jest jego wizyta o godzinie szesnastej w mieszkaniu Knasterów przy Żurawiej, gdzie mieszkają w kamienicy zaprojektowanej przez męża siostry Marii – Ebera. Nie są to więc potajemne schadzki, tylko wizyty oficjalne, podwieczorki, niby dyskusje o literaturze i sztuce. Początkowo za przyzwoleniem Knastera.

Tymczasem Morska wywiera na Antoniego coraz większy wpływ. To ona – twierdzili skamandryci – decydowała o tym, co Słonimski cenił w literaturze. Ich zdaniem on sam czytał niewiele, ale właśnie Maria pozwalała mu nadrabiać braki. Grydzewski półżartem lubił powtarzać, że Morska opowiada Słonimskiemu książki. I to przez telefon. „Nic dzisiaj nie wiemy. Morska ma zepsuty telefon”38 – mówił.

Po tragicznej śmierci Morskiej w 1945 roku niemal zupełnie o niej zapomniano. Pamięć o niej przywołała dopiero w 2008 roku historyk sztuki Hanna Faryna-Paszkiewicz, która w monografii zatytułowanej Opium życia zrekonstruowała jej losy i której udało się odnaleźć na Powązkach grób Morskiej, całkiem zaniedbany i trudny do zidentyfikowania.

Maria Morska, Niuta – z domu Frenkiel – córka żydowskiego lekarza (jak Słonimski i Knaster) i wnuczka rabina z Sochaczewa, prawdopodobnie była rówieśnicą Słonimskiego. Swojego przyszłego męża poznała w Paryżu, gdzie studiował matematykę.

W archiwum Słonimskiego niewiele jest śladów świadczących o tym, jak wielką rolę odegrała w jego życiu.

– O tym się nie mówiło, ale wiadomo, że Morska była wielką miłością Antoniego – potwierdza Julia Hartwig i dodaje: – Myślę, że Jankę musiało to boleć.

Po Marii Morskiej pozostały najpiękniejsze liryki Słonimskiego – wielki dla niej hołd i świadectwo tego, jak bardzo była dla niego ważna. Prawdopodobnie jedyną osobą, której Słonimski zwierzał się z miłości do Marii, była żona Jarosława Iwaszkiewicza, Anna. Z samym Iwaszkiewiczem nie rozmawiał o tym nigdy, choć wiadomo było, że przeżywa wielkie uczucie.

Czy była to sprawa dla niego za wielka, czy zbyt bolesna, czy zbyt upokarzająca, ta ślepa, bezsensowna i tragiczna miłość – z której za jego plecami podrwiwał tylko Grydzewski; nawet cyniczny Lechoń, o ile pamiętam, nigdy o niej nie mówił, a przecież zabarwiała całą jego młodość; powiedziałbym nawet, całą naszą młodość, gdyż tak często wszystko, o czym się mówiło, wszystkie mody literackie pochodziły „od pani Marii”.39

Dzienniki Anny Iwaszkiewicz są właściwie jedynym opisem relacji łączącej Morską ze Słonimskim, a także świadectwem niespełnienia i cierpienia, które zupełnie nie pasowało do jego wizerunku. Żona Iwaszkiewicza nie miała wątpliwości, że Morska odwzajemniała uczucie Słonimskiego:

Opowiadał mi od początku całą tę nieznaną nikomu, bolesną i cudowną historię miłości, miłości dwojga ludzi, stojących na tym poziomie, że dla osiągnięcia szczęścia nie byliby w stanie przejść ponad czyjąś krzywdą. Mówił mi, jak łudzili się możliwością przyjaźni, tylko przyjaźni, potem jakie męki wycierpieli, czując, że należą do siebie na życie. Wiedzieli oboje, że dla niego, jej męża, człowieka skądinąd nadzwyczajnego, który ją młodą dziewczynę oczarował swoim wybitnym umysłem i chwilowo opanował swoją bezgraniczną miłością, wyrzeczenie się jej równałoby się śmierci.

Podobno nawet mieli już sposobność przekonania się o tym, kiedy ona chciała go już porzucić dla Tolka. A potem znowu nieskończona męka jej powrotu do męża, potem rozstanie długoletnie, teraz zerwanie korespondencji.40

Listy Bronisława Knastera do Antoniego Słonimskiego z lat siedemdziesiątych świadczą o tym, że byli rywale na zawsze zachowali dla siebie szacunek i serdeczne uczucia. W archiwum Słonimskiego zachował się między innymi list, w którym Knaster przesyłał mu wyrazy współczucia po śmierci żony.

14 czerwca 1975

Kochany Tolku!

Dowiedziałem się zupełnie przypadkowo o wielkiej stracie, jaka Cię spotkała. Jest to strata dla nas wszystkich. Boleję z Tobą całym sercem i chciałbym, żeby Ci było choć trochę mniej smutno, ale nie umiem.

Gorąco Cię proszę, jak będziesz w pobliżu, żebym Cię mógł jeszcze zobaczyć. Sam nie ruszam się z Wrocławia z powodu nieuleczalnej choroby serca. Od wielu lat mam Twoją świetną i wzruszającą płytę gramofonową. Jest mi ona ulgą i pociechą w wolnych chwilach (szczególnie Liryka, którą ja nazywam „Powrót”). Ściskam Cię serdecznie i zawsze pamiętam o Tobie.

Bronisław41

Po wojnie, już po śmierci żony, Knaster przyjedzie do Wrocławia, gdzie obejmie katedrę matematyki na tamtejszym uniwersytecie i ponownie się ożeni. Wcześniej jednak przejdzie wojenną gehennę, ukrywając się we Lwowie w jednym mieszkaniu z Marią i jej kochankiem Hermanem Rubinrautem.

***

Drżyjcie, burżuje, przyszedł czas

I twarde pięści jako głaz

Spadną na białe wasze pyski!

Antoni Słonimski, Carmagnola, z poematu Czarna wiosna

Wspominając spotkanie z Józefem Piłsudskim, Słonimski napisał, że Bolesław Wieniawa-Długoszowski przedstawił go Marszałkowi w Belwederze, mówiąc: „A to nasz komunista”.

Stąd ten tytuł, bo skonfiskowano mi kiedyś poemat Czarna Wiosna. Wyjaśniłem Piłsudskiemu, że to pomyłka, że nie jestem komunistą, ale anarchistą-syndykalistą, bo istotnie za takiego się wówczas uważałem.

Piłsudski się uśmiechnął: – Co za różnica? Jeden diabeł.42

Słonimski odżegnywał się od komunizmu, a przyznawał do fascynacji we wczesnej młodości Piotrem Kropotkinem, rosyjskim „księciem anarchizmu”, którego wizja idealnego świata i człowieka z gruntu dobrego, samodoskonalącego się, bliska była jego tęsknotom. Te tęsknoty długo Słonimskiego nie opuszczą i zaprowadzą go na manowce, aż wreszcie uzna je za mrzonkę.

Fascynację anarchizmem wyrazi właśnie w poemacie Czarna wiosna, którego fragment niemal wykrzykiwał Pod Picadorem, a którego prawie cały nakład – czterysta egzemplarzy – na początku 1919 roku został skonfiskowany w drukarni i spalony na podwórzu gmachu sędziowskiego. Do sprowokowania cenzury przyznawał się Mieczysław Grydzewski, ówczesny redaktor „Pro Arte et Studio”, który pochwalił się drukarzom mającym składać poemat, że będzie wydawał „coś mocnego”43. Kilka dni później aresztowano cały nakład Czarnej wiosny, o czym „Pro Arte” poinformowało w notatce o zapowiedziach wydawniczych: „Antoni Słonimski, poemat rewolucyjny, czterysta numerowanych egzemplarzy, okładka projektu autora (cały nakład aresztowany)”. Ze stosu książek przygotowanych do spalenia udało się uratować zaledwie kilka egzemplarzy. Niedługo potem Słonimski został wezwany przez sąd pod zarzutem propagowania komunizmu, a gdy usiłował wytłumaczyć różnicę między komunizmem a anarchizmem i syndykalizmem, sędzia uznał jego wyjaśnienia za błahe wykręty. Udało mu się jednak uniknąć kary, po pierwsze dlatego, że przestępstwo jednak nie zostało dokonane, skoro utwór zarekwirowano przed rozpowszechnieniem, a po drugie dlatego, że, jak podejrzewał Słonimski, zainterweniował któryś z przyjaciół ojca.44

Czarna wiosna obrosła mitami i sprawiła, że do Słonimskiego przylgnęła opinia komunisty i rewolucjonisty. Zwłaszcza że poemat jest echem rewolucji radzieckiej i wyraża fascynację krwawą rozprawą z burżujami.

Za bukieciki fiołków, róż,

Talerzyk tuż, widelczyk, nóż…

Za wina, kwiaty i platery,

Za owe wszystkie: „Ach, pardon…”.

(Dyskretny uśmiech) – wasz bon-ton

Na zbitą mordę, do cholery!

Za dobroczynnej pracy trud

Zemści się lud, co cierpiał głód,

Za samochody, konie, dryndy,

Za buteleczki lekkich win –

Rachunek ciężkich win jak klin

Wbije wam w piersi, gachy, pindy!45

Tymczasem Czarna wiosna, a szczególnie najbardziej rewolucyjna część poematu – Carmagnola – którą recytował Słonimski Pod Picadorem, to tylko incydent w jego twórczości, niemający kontynuacji. Ponadto o ile rzeczywiście Carmagnolę można traktować jako zapowiedź rozprawy z burżujami, o tyle trudno byłoby udowodnić autorowi propagowanie komunizmu. Z całą pewnością jest to wizja anarchistyczna bez programu alternatywnego – nie wiadomo, co przyniesie zniszczenie starego porządku, nie ma mowy o walce klas czy oddaniu władzy proletariatowi.

Choć pierwsza wersja może być uznana za manifest popracia dla rewolucji, już w roku 1920 Słonimski łagodzi jej wymowę i usuwa z niej wersy:

Tu do nas puka już do bram,

niech jeden z drugim pójdzie cham.

Niech drzwi otworzą: salve Lenin.

Nie minie przecie wiele dni,

Jak wszędzie się otworzą drzwi,

Od gór Kaukazu do Apenin!46

Piotr Pietrych w obszernej pracy „Czarna wiosna” jako „poemat rewolucyjny” twierdzi, że poemat można odczytywać na kilka sposobów, między innymi jako utwór antyrewolucyjny, skoro poeta pokazuje, że rewolucja jest tylko „anarchią w potocznym znaczeniu tego słowa: żywiołowym i do niczego nieprowadzącym niszczeniem”47. Taka interpretacja wydaje się kontrowersyjna, biorąc pod uwagę jawną fascynację Słonimskiego anarchizmem w tym czasie.

Nabrzękłe tłuszcze lepkich warg

I zapocony, ciężki kark

Żydówy, strojnej w karakuły,

Do ziemi twardą ręką giąć.