Słonie w ogrodzie - Meral Kureyshi - ebook + książka

Słonie w ogrodzie ebook

Meral Kureyshi

0,0
26,89 zł

lub
Opis

Nominacja do nagrody Swiss Book Prize 2016.

Po niespodziewanej śmierci ojca bohaterka traci grunt pod nogami. Przez rok żyje jak we mgle, chodzi na przypadkowe wykłady na uniwersytecie, jeździ pociągiem po Szwajcarii, aby odwiedzić miejsca, w których dotychczas mieszkała. Wreszcie jedzie na Bałkany do rodzinnego Prizren w poszukiwaniu korzeni i utraconej tożsamości. Wspomnienia idyllicznego dzieciństwa w mieście naznaczonym osmańską przeszłością, które wraz z bliskimi musiała opuścić w wieku dziesięciu lat, wkraczają w jej szwajcarską teraźniejszość z ogromną siłą.

Wciąż żywe w jej wspomnieniach Prizren już nie istnieje, a ona sama bardzo się zmieniła. Szuka więc dla siebie miejsca w nowej ojczyźnie i oswaja nowy język. Jednak z każdym kolejnym poznanym niemieckim słowem uświadamia sobie, że coraz bardziej oddala się od matki. Mimo wszystko bohaterka próbuje wyjść z życiowego impasu.

Słonie w ogrodzie to wspaniała powieść nie tylko o życiu z piętnem emigracji i wyobcowaniu, stracie i stagnacji, lecz także o rozliczeniu z przeszłością i nowym początku.

„W swojej debiutanckiej powieści Kureyshi opowiada o tym, jak wraz z rodziną uciekła z Kosowa do Szwajcarii. Mówi prostym językiem, bez wyciskania łez. Dlatego właśnie jest to tak wspaniała książka”.
„Berner Zeitung”

„Młodej autorce udało się wykorzystać znane autobiograficzne klisze, by stworzyć przystępną, niezwykle aktualną powieść, która zachowuje doskonałe proporcje między powściągliwym stylem i bujnymi środkami poetyckimi”.
„Neue Zürchner Zeitung”

Słonie w ogrodzie to niewielka powieść, w której gęsta fabuła napisana jest powściągliwym językiem”.
„Die Zeit”

Meral Kureyshi (ur. 1983) – pisarka urodzona w Prizren (dzisiejsze Kosowo), od 1992 roku mieszka w Szwajcarii. Absolwentka Szwajcarskiego Instytutu Literatury w Bernie. Założycielka Lyrikatelier, instytucji zajmującej się promowaniem poezji wśród dzieci. Książka Słonie w ogrodzie jest jej debiutem powieściowym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 126




Projekt okładki

Agnieszka Kucharz-Gulis

Fotografia na okładce

Zhelya, Depositphotos

Konsultant terminologii islamskiej

dr Marcin Rzepka

Tytuł oryginału: Elefanten im Garten

© Copyright by Limmat Verlag, Zurich, Switzerland

© Copyright for the Polish Translation and Edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Wydanie I, Kraków 2018

All rights reserved

Publikacja dofinansowana z funduszy The Swiss Arts Council Pro Helvetia

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechnianyw jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy.

ISBN 978-83-233-4412-4

ISBN 978-83-8179-529-6 (e-book)

www.wuj.pl

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków

tel. 12-663-23-80, 12-663-23-82, tel./fax 12-663-23-83

Dystrybucja: tel. 12-631-01-97, tel./fax 12-631-01-98

tel. kom. 506-006-674, e-mail: [email protected]

Konto: PEKAO SA, nr 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325

Twoją trumnę złożyli w ziemi. Chciałeś być pochowanyw Prizren. Od miesiąca w każdy piątek z rana zasłaniam włosy białą chustą i odmawiam za ciebie Ja Sin, modlitwę za umarłych.

Z okna ósmego piętra widzę Anne, mamę, wychodzącą z domu. Wiem, że do jej warg przyklejone jest marlboro. W torbie, która na pewno ma więcej lat niż ja, nosi zawsze przynajmniej jedno czerwono-białe pudełko papierosów. Gdy tylko Anne wychodzi z domu, od razu zapala papierosa ogrzaną wcześniej w dłoni zapalniczką. Zaciąga się przy tym, lekko mrużąc oczy, jakby raziło ją światło. Jej pierś faluje. Gdy wydmuchuje dym, znika na krótko w papierosowym obłoku. Nie lubi palić samotnie, nigdy nie lubiła, i teraz stoi na dole jak piec zbędny w lecie.

Baba, mój tata, chciał oduczyć ją palenia. Anne dmuchnęła mu dymem w twarzi odparła, że dobre wino potrzebuje dobrego papierosa, a od kiedy przestała pić alkohol, zaczęła mawiać, że dobra kawa potrzebuje dobrego papierosa.

Torba Anne uszyta jest z czarnej, taniej, świńskiej skóry. Jest to duża torba z długim paskiem, żeby w zimie można ją było zarzucić na ramię okutane paltem. Kiedy szukam w niej pęsetki, zauważam małą wewnętrzną przegrodę. Zamknięcie torby na zamek błyskawiczny wygląda jak rana, rana, która została wprawdzie zaszyta, lecz z której nigdy nie wyciągnięto nici. Ząbek za ząbkiem otwieram torbę i znajduję w niej drewniany grzebień, który należał do ciebie.

Anne wyjmuje z torby składaną laskę. Widzę, jak ją rozsuwa, zawsze z lewej do prawej. Dziś przysłano pocztą dwie nowe laski, stara się z przodu zużyła.

Podobałoby ci się nasze nowe mieszkanie. Podłóg nie wyścielają dywany, a z balkonu ósmego piętra daleko ponad dachami można zaglądać do innych mieszkań. Zawsze lubiłeś Bümpliz. Przychodziłeś tu na zakupy, tu mieszkało wielu twoich przyjaciół, a w meczecieurządzonym w piwnicy wieżowca świętowałeś Bajram z dużą grupą mężczyzn z Albanii.

Przez pięć lat szukaliśmy tego mieszkania. Po twojej śmierci znaleźliśmy je na obrzeżach Berna w budynku, w którym mieszka dwadzieścia siedem rodzin obcokrajowców i trzy rodziny szwajcarskie.

– Ależ pani dobrze mówi po niemiecku – zauważyła głośno i wyraźnie wynajmująca.

– Mieszkamyw Szwajcarii, odkąd skończyłam dziesięć lat – powiedziałam.

Kiedy się tu wprowadzaliśmy, postanowiliśmy powiesić na ścianach obrazy. Do dziś ściany są puste.

Anne sama chodzi do szkoły dla niewidomych, a także do Alimy, tureckiego sklepu, poza tym jeździ pociągiem do Biel w odwiedziny do swojej przyjaciółki Eminy. Raz w miesiącu przychodzi do niej Franz, żeby przećwiczyć z nią nowe trasy, po których ona potem z dumą nas prowadzi – Anne przodem, my za nią. „Kacza rodzina”, woła za nami Maria z piątego piętra. Maria wie, kto z kim pokłócił się w bloku, kto nie oczyścił pralki we wspólnej pralni i kto nie wytarł kurzu z suszarki.

Mój brat skończył dwadzieścia dwa lata, jest ode mnie młodszy o dwa lata. Chciałby zostać grafikiem, pół dnia przesypia, w jego pokoju jest zawsze ciemno i brudno. Moja siostra, której ja bardziej matkuję niż mama – moja mama, nasza mama – jest młodsza ode mnie o dziesięć lat. Anne strzeże jej jak kruchego klejnotu. Nas nigdy tak nie traktowała. Mój brat często obrywał pokrzywami w tyłek, kiedy jako dziecko zsikał się do łóżka.

Szukam innych przedmiotów w ranie torby Anne i natykam się na złożoną kartkę papieru. To list, który przysłałeś nam w lecie 1991 roku z Istambułu. Od tego czasu minęło piętnaście lat. W liście donosisz, że chcesz dostać się do Szwajcarii, i prosisz, żebyśmy za tobą przyjechali, zaufali ci. Piszesz drukowanymi literami.

Papier złożony jest w kwadrat, w miejscach złożenia trochę już zbrązowiał, twoje pismo jest staranne. Słyszę, jak mówisz „lekarskie pismo”. Nie byłeś lekarzem, tylko sprzątałeś przychodnie lekarskie, a kiedy przychodziliśmy odwiedzić cię w pracy, wdziewałeś biały fartuch, który wisiał za drzwiami, a my sadowiliśmy się na leżance, przykrytej wcześniej białym papierem, i głęboko nabieraliśmy w płuca powietrza, żebyś mógł nas zbadać.

Kiedy przyszedł ten list, Anne siedziała na sofie w naszym małym mieszkaniu w Prizrenw dzielnicy Kurila i płakała. Mój brat spał pod stołem na poduszce. Stałam w otwartych drzwiach wejściowych. Wiatr wwiewał do mieszkania żółte liście. Był to ciepły wiatr, który łaskotał mnie pod pachami. Kiedy Anne wstała i mijając mnie, przeszła przez próg, mechanicznie obróciłam za nią głowę, a gdy moja głowa wróciła na poprzednie miejsce, spod stołu patrzyło na mnie brązowe oko. Jak z oddali usłyszałam głos Anne:

– Baba nie wróci do domu.

Przejechałam językiem po ustach i poczułam smak soli.

– Ludzie są słoni – powiedział raz Dede, mój dziadek.

– Gdzie jest Baba?

– Nie wiem, nie wiem, nie wiem!

Anne ukryła twarz w dłoniach. Przeczytała nam list od Baby i odpisała mu. Dziś jej słowa wpadają nam jednym, a wypadają drugim uchem, a oczy Anne widzą ponad naszymi słowami.

Anne chodzi, jakby widziała. Więc kiedy nagle gwałtownie się zatrzymuje, wychylam się przez okno:

– Coś się stało? Zejść na dół?

Anne śmieje się, odwraca i znikaw holu wejściowym naszego budynku. Zaniepokojona biegnę do windy.

– Zapomniałaś mnie umalować.

Anne „redukujelaskę”, jak nazywa tę czynność. W mieszkaniu nie potrzebuje laski. Idzie do łazienki, zamyka klapę ubikacji, siada na niej i zamyka oczy. Palcami rozprowadzam po jej twarzy puder, próbując pokryć zaczerwienione miejsca na policzkach. Skóra Anne jest w dotyku trochę szorstka.

– Zamknij oczy.

– Jak wyglądam? Nie widziałam się od dziesięciu lat.

– Wyglądasz jak Fatma Girik.

Anne narzuca białą chustę na swoje czarne loki.

Wstydziłam się tej jej chusty. Nikt w naszej rodzinie nie nosił chusty; dlaczego właśnie teraz, tu, w Szwajcarii, Anne musi nosić tę chustę! Zapytałam ją o to. Anne odparła, że najpierw powinnam się zastanowić, a dopiero potem pytać. Dlatego właśnie zaczęłam pisać. Mogę pisać, co myślę, i nikt mi nie wytknie, że najpierw powinnam pomyśleć, co mówię.

Wstydziłam się już nawet tego, że nie mogliśmy sobie kupić niczego nowego do ubrania, że strzygliśmy sobie nawzajem włosy, że byliśmy jedyni, którzy nie mieli auta ani telefonu, a do tego wszystkiego jeszcze Anne z tą chustą! Już wcześniej byliśmy inni od wszystkich, potem staliśmy się obcy.

W kuchni Anne wyjmuje z lodówki butelkę coli. Mówi, że przybiera na wadze, choć niczego nie je, kilogramy na jej biodrach podwajają się chyba od samego patrzenia.

Myślę o zdjęciach, które nosi ze sobą w torebce. Nie muszę się przed nią kryć, kiedy w niej grzebię, mogę to robić na jej oczach, które mnie nie widzą, kiedy Anne się śmieje i popija colę z butelki. Wstydzę się tego.

Zdjęcia pokazują Annew tańcu, w ciasnym objęciu, na stole stoi sporo butelek wina, pod jednym okiem Anne widać rozmazaną mascarę. Anne. Czerwone usta. Czerwone paznokcie. Na jednym zdjęciu całujesz się z nią. Na innym Anne siedzi na twoich kolanach i śmieje się z głową przechyloną w tył, jedną ręką obejmuje cię za szyję. Teraz policzki Anne się nadymają. Z jej lekko uchylonych ust wydobywa się odgłos czkawki.

– To okropne, nie rób tak więcej – mówię.

Idę do swojego pokoju i zamykam drzwi. Słyszę za sobą jej śmiech.

Po chwili dochodzi do mnie odgłos zatrzaskiwanych drzwi wejściowych. Od razu wstaję i podchodzę do okna. Zima prowadzi właśnie swoją coroczną walkę z jesienią, wkrótce ją wygra. Czekam, aż Anne wyjdzie z budynku, zapali papierosa, znajdzie w torebce laskę. I rozłoży ją – z lewej na prawą, z lewej na prawą. Przed ostatnim zakrętem Anne ogląda się i szeroko się uśmiecha. Wie, że do niej macham.

Niekiedy pierwszy września wydaje mi się tak odległy, że niczego nie pamiętam, nie pamiętam twojej twarzy, zapachu ani twoich rąk.

Coraz słabiej słyszę twój głos.

Boję się, że pewnego dnia całkiem znikniesz. Z moich wspomnień, ust, z mojej twarzy.

Aga mówi, że jestem do ciebie podobna.

Kiedy indziej znowu jest tak, jakbyś dopiero co umarł.

Leżysz bez ruchu na łóżku.

Żadnego uśmiechu na twojej twarzy.

Żadnego ruchu w twoich dłoniach.

Żadnego spojrzenia spod opadłych powiek.

Twoja broda jest podwiązana różowoczerwonym szalikiem.

Anne stała u boku Baby.

Moja siostra siedziała obok niego na krześle, z opuszczoną głową. Włosy zasłaniały jej twarz. Od czasu do czasu z czubka jej nosa skapywały na dłonie łzy.

Mój brat starał się być twardy, starał się nie patrzeć mi w oczy, starał się milczeć, regularnie oddychać. Starał się być mężczyzną.

Widziałam, jak drży mu broda, moja też drżała.

Dłoń Baby spoczywała w mojej dłoni. Nie wiem, jak długo.

W pewnym momencie ściemniło się, a w szpitalnym pokoju rozbłysło jasne światło. Ręka Baby stała się zimna i blada. Pochyliłam się i pocałowałam ją trzy razy, prowadząc ją przy tym od ust do czoła i z powrotem.

– Wybaczam ci, co było na ziemi i proszę, ty też mi wybacz.

Czasami w piekarni w Neuenegg Baba robił zakupy na zeszyt. Raz przy tym byłam. Stałam za nim przy kasie, kiedy on, lekko pochylony, cicho zapytał kasjerkę, którą znał tylko przelotnie, a która zawsze się do mnie uśmiechała, której z ust pachniało kocim jedzeniem, która miała męża Serba prowadzącego tę piekarnię, bardzo dla nas miłego, czy może wziąć te zakupy na zeszyt. Potem z uśmiechem podziękował i skłonił głowę. Po chwili pakowałam już chleb, masło, nutellę, trochę warzyw i mleko. Pudełko papierosów Baba chwycił od razu sam. Zapalił, gdy tylko wyszliśmy na zewnątrz. Wydmuchiwał w górę kółka dymu i uśmiechał się. W tym właśnie momencie – miałam wtedy dwanaście lat, a Baba stał obok mnie z błyszczącymi oczami – przysięgłam sobie, że kiedyś będę mieć tyle pieniędzy, że on i Anne nigdy nie będą musieli kupować niczego na zeszyt.

Wykrzyczałam to w niebo, przez kłęby papierosowego dymu, ile sił w płucach.

Wychodzimy z Anne z domu towarowego Globus, gdzie naoglądałyśmy się pięknych naczyń, nawąchałyśmy się perfum, nagłaskałyśmy się sweterków z kaszmiru. Zrobiło się zimno.

Anne pyta, czy mam ciepły sweter, ja odpowiadam, że tak, ona pyta, ile kosztował. Anne zawsze pyta, ile coś kosztuje. Mówi, że pieniądz pochodzi od diabła. Pieniędzmi można człowieka odciągnąć od życia,omamić, oszukać, uszczęśliwić, zabić.

Pojechaliśmy do miasta i chodziliśmy po sklepach. Najpierw byliśmy w Loeb, potem w Vögele, potem w C&A, a na końcu jeszcze w EPA. Każdy mógł coś dla siebie wybrać. Ja zawsze oglądałam najpierw wywieszkę z ceną. Dość miałam chodzenia wiecznie w tych samych ubraniach, w tych samych butach, więc wybrałam fioletowe legginsy i duży T-shirt w kwiatowy wzór. Chciałam od razu w tych rzeczach wyjść, już ich nie zdejmować. Mój brat kupił sobie słodycze i perukę i od razu ją włożył. Anne kupiła lalkę o blond włosach dla mojej siostry, a Baba pierścionek dla Anne, który po kilku dniach zafarbował jej skórę na palcu na zielono i stracił złoty kolor. Anne nigdy go jednak nie zdjęła. Plastikowy kamyk wypadał kilka razy, Baba zawsze go przyklejał.

Co miesiąc, gdy na koncie Baby pojawiała się wypłata, jeździliśmy do miasta. Wszyscy wiedzieliśmy, że nie możemy za dużo wydać, ten dzień był jednak najpiękniejszy. Szliśmy do McDonald’s, czasem też do pizzerii, Baba lubił pizzę. Obserwowałam, jak kroił ją na małe kawałki i jeszcze zwijał widelcem, zanim włożył do ust. Próbowałam go naśladować, ale byłam zbyt łakoma i duże kawałki pakowałam sobie do ust ręką.

Kiedy mieliśmy pieniądze, Baba i Anne często się śmiali. Kiedy nie mieliśmy pieniędzy, palili mnóstwo papierosów i siedzieliśmy w domu. Oni się kłócili, a my płakaliśmy w pokoju. Mój brat i ja mówiliśmy: „jeśli teraz zapali się światło, będziemy bogaci” albo „jeśli teraz zacznie padać”. Albo „jeśli Baba wygra w lotto”.

Anne wspiera się mocno na moim ramieniu; kiedy przy niej jestem, nie potrzebuje laski. W miejscu, gdzie kładzie swoją dłoń, moje ramię staje się ciepłe. Pierścionek z zielonym kamieniem, który jej ofiarowałeś, nosi na serdecznym palcu. Pierścionek już nie farbuje, zapewnia mnie, kiedy wielokrotnie okręcam go na jej palcu. Anne ma zawsze ciepłe ręce. Mówi, że ci, którzy mają ciepłe ręce, dostają dużo miłości. Bardzo ją kochałeś. Kiedy mówię, że mam zawsze zimne ręce, ujmuje moją rękę w swoją, ogrzewa ją i mówi:

– To nieprawda, nie mów takich bzdur.

Pyta mnie, czy jej ręce są pomarszczone.

– Nie – mówię – wcale, na twarzy też nie masz zmarszczek. Anne uśmiecha się, wie, że kłamię.

Nie wiedziałam, że to było pięć ostatnich minut z Babą. Baba siedział na sofie i słuchał muzyki. Rozmawialiśmy o mieszkaniu, które chciał obejrzeć z Anne. Następnego ranka zaczął się skarżyć na ból w plecach, Anne postanowiła więc przełożyć oglądanie mieszkania. Baba chciał jednak koniecznie tam pojechać. Wsiedli do czerwonego mercedesa i pojechali w kierunku Bümpliz. Po pięciu minutach serce Baby przestało bić. Anne strasznie krzyczała.

W dniu kąpieli prowadzono nas wszystkich najpierw do szatni sali gimnastycznej w szkole przy Effingerstraβe. Do pomieszczenia z natryskami kobiety wchodziły z dziewczynkami, mężczyźni z chłopcami.

Kiedy kobiety i dziewczęta się rozbierały, uciekałam na korytarz. Anne szła za mną i siadała koło mnie na zimnej podłodze. Siedziałyśmy tam tak długo, aż wszyscy się umyli i opuścili przebieralnię.

Wtedy wstawałyśmy i wchodziłyśmy do pustej szatni. Anne odwracała się do mnie plecami i szukała czegoś w swojej torbie, dopóki się nie rozebrałam i nie owinęłam ręcznikiem. Szybko brałam prysznic. Kiedy byłam gotowa, pod natrysk wchodziła Anne, owinięta ręcznikiem. Ubierałam się, czesałam włosy i pakowałam rzeczy do torby. Po chwili Anne wychodziła spod prysznica, a ja szłam do toalety. Kiedy wracałam, Anne była już ubrana. Świeżo umyte, wracałyśmy do naszego bunkra. Bunkier to było nasze pierwsze mieszkanie w Szwajcarii. Fosforyzujące zielono światło bijące z budynków szpitala uniwersyteckiego oślepiało, kiedy przechodziłyśmy przez ciemne szkolne podwórze.

Jadąc autobusem z Bümpliz do miasta, prawie codziennie przejeżdżam koło bunkra, w którym mieszkaliśmy przez dwa tygodnie. Myślę o tobie. Wszystko jest tu jeszcze takie samo. Przyciskam czoło do szyby, na próżno usiłując coś rozpoznać. Wysiadam z autobusu, schodzę w dół do wejścia do bunkra. Po raz pierwszy od piętnastu lat.

Brama jest zamknięta. Obiema rękami trzymam się jej krat, wciągam w płuca zapach wilgotnych ścian, wciskam twarz między dwa żelazne pręty. Jest ciemno.

Światło paliło się tylko w mieszkaniach naprzeciwko. Obserwowałam, jak obcy ludzie wspólnie oglądali telewizję. Niektórzy stali w otwartych oknach i palili papierosy, inni pili herbatę i rozmawiali przez telefon. Podglądałam ich godzinami, nadawałam im imiona. Palacza z naprzeciwka nazwałam Księżycową Twarzą – jeszcze nigdy nie widziałam tak okrągłej twarzy – a kobietę przed telewizorem – Elisabeth, bo była podobna do królowej angielskiej ze zdjęć w gazetach, które wertowałam przy kiosku. Mężowi tej kobiety nadałam imię Transfer. Tak często słyszałam to słowo, że uważałam, że to imię jakiegoś króla. Kiedy pewnego wieczoru Księżycowa Twarz zaczął coś do mnie krzyczeć z otwartego okna w swoim obcym języku, przestraszyłam się i wróciłam do sali, w której spało dwadzieścia czworo obcych ludzi.

Bałam się Księżycowej Twarzy. Księżycowa Twarz mógł­by nas zdradzić przed wartownikami, a ci wsadziliby nas do więzienia i spędzilibyśmy tam pewnie wiele lat. Nie mogłabym już chodzić do szkoły. Mojego brata, słodkie stworzenie, oddaliby z pewnością jakiejś bezdzietnej rodzinie.