Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Słoneczna Sycylia - Sarah Morgan

Dla Laurel Sycylia jest miejscem zarówno największego szczęścia, jak i głębokiego rozczarowania. A wszystko to za sprawą jednego człowieka – Cristiana Ferrary, milionera, członka najstarszego sycylijskiego rodu. Choć nadal jest jego żoną, nie widzieli się od dwóch lat, odkąd opuściła wyspę. Teraz wraca, bo obiecała przyjaciółce, że będzie druhną na jej ślubie. Przy okazji chce przyspieszyć rozwód. Lecz Cristiano nie zamierza tak łatwo godzić się na jej plany…

Opinie o ebooku Słoneczna Sycylia - Sarah Morgan

Fragment ebooka Słoneczna Sycylia - Sarah Morgan

Sarah Morgan

Słoneczna Sycylia

Tłumaczenie: Maria

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Szanowni państwo, zaczynamy podchodzić do lądowania na lotnisku w Palermo. W imieniu załogi chciałbym powitać państwa na Sycylii i życzyć miłego pobytu. Prosimy o zapięcie pasów bezpieczeństwa i pozostanie na miejscach aż do zupełnego zatrzymania się samolotu.

Laurel pochyliła głowę i z całej siły zacisnęła powieki. Nie zamierzała wyglądać przez okno i wypatrywać skąpanej w słońcu wyspy, otoczonej szmaragdowymi wodami Morza Śródziemnego; skrawka lądu rosnącego z każdą sekundą, w miarę jak samolot wytracał wysokość. Nie chciała patrzeć, jak ukazują się złote obramowania plaż, zawiłe rysunki dróg i białe konstelacje miasteczek rozłożone u podnóży potężnych, skalistych gór.

Przez dwa lata próbowała wymazać z pamięci tę wyspę i wszystko, co się na niej wydarzyło. Dwa bezbarwne lata, żmudne jak droga przez pustynię. Setki poranków, gdy podnosiła się z łóżka tylko siłą woli, setki dni, przez które przedzierała się z uporem, wierząc, że czas w końcu wyleczy rany. A teraz, kiedy samolot zniżał się, kołując, by wreszcie potoczyć się z głuchym łoskotem po pasie lotniska, czuła, że jedno spojrzenie zniweczy cały ten wysiłek. Znów była na Sycylii. Kiedyś myślała, że odnalazła tutaj swój raj na ziemi. Ale ten raj w końcu okazał się piekłem.

Ktoś łagodnie pogłaskał ją po ramieniu. Drgnęła gwałtownie, ale nie otworzyła oczu.

– Już po wszystkim, moja droga. Może pani się odprężyć, jesteśmy na ziemi. – Miły głos pobrzmiewał współczuciem i lekkim rozbawieniem. – Wiem, co pani przeżywa. Mojej córce też zdarza się panikować w samolocie.

– Panikować…? – Laurel podniosła głowę, mrugając gęsto, jak ktoś nagle obudzony ze snu, i napotkała życzliwe spojrzenie ciemnych, bystrych oczu. Zajmująca sąsiedni fotel kobieta o krótko ostrzyżonych siwych włosach uśmiechała się do niej ciepło.

– Naprawdę nie ma się czego wstydzić. Moja córka kiedyś podczas lotu do Chicago miała taki atak, że musieli dać jej zastrzyk uspokajający. Wiem, jak to jest. Trudno było nie zauważyć, że od samego Heathrow ściska pani kurczowo poręcze fotela. No i nie przewróciła pani ani jednej strony w tej książce, którą trzyma pani na kolanach. Powiedziałam mojemu Billowi, że musi pani cierpieć na tę samą przypadłość co nasza Fiona.

Laurel ze zdumieniem spojrzała na kupioną przed odlotem powieść. Rzeczywiście, wciąż była otwarta na pierwszej stronie… Zakłopotana, uśmiechnęła się do swojej rozmówczyni. Na miłej twarzy starszej pani malowała się matczyna troska.

Matczyna troska?

Dlaczego przyszło jej do głowy to określenie? Jakim cudem mogłaby w ogóle rozpoznać takie uczucie, skoro nigdy nie była jego obiektem? Przecież nie miała matki. Nie pamiętała kobiety, która ją urodziła, ale nie chciała – albo nie była w stanie – zrobić dla niej niczego więcej. Laurel nie miała żadnych wspomnień z tamtego zimnego, jesiennego poranka, gdy znaleziono ją na parkingu przed supermarketem, owiniętą w plastykowe torby i porzuconą w jednym z metalowych wózków na zakupy. Za to wszystkie lata samotnego dzieciństwa zapisały się w jej pamięci aż nazbyt wyraźnie. Tkwiły w niej jak drzazga.

Przez chwilę patrzyła w oczy nieznajomej starszej pani, zaskoczona nagłą chęcią, żeby przytulić się do niej, i w ciepłych objęciach wyznać, że jej atak paniki jest wywołany nie samą podróżą, tylko jej celem. A ten przybliżał się z każdą minutą. Samolot zaraz się zatrzyma, trzeba będzie wstać, wziąć bagaż i zmierzyć się z rzeczywistością, od której przed dwoma laty uciekła.

– Niech pani tylko spojrzy, jak tu pięknie – jej sąsiadka z zachwytem patrzyła w okno. – Warto nawet najeść się strachu, żeby móc zobaczyć te złociste góry pod błękitnym niebem… te cyprysy… i to światło słoneczne, tak intensywne, zupełnie inne niż u nas w Anglii. My z Billem jesteśmy pierwszy raz na Sycylii. A pani?

Laurel odetchnęła głęboko i opadła na oparcie fotela, zmuszając się do rozluźnienia spiętych mięśni. Niezobowiązująca rozmowa była zadaniem, któremu z pewnością mogła sprostać, a życzliwej towarzyszce podróży wypadało odpłacić uprzejmością.

– Drugi raz. Kilka lat temu przyjechałam tu w interesach.

I to był mój pierwszy błąd, dodała w myślach. Pierwszy krok ku katastrofie.

– A teraz? – Nie kryjąc ciekawości, sąsiadka zmierzyła wzrokiem wąskie dżinsy Laurel i dopasowaną ramoneskę z jasnej skóry, pod którą miała prosty biały top.

– Teraz przyjechałam na ślub przyjaciółki – odpowiedziała, gwałtownym ruchem odgarniając z twarzy pasmo włosów. Ręka drżała jej lekko.

– Prawdziwy sycylijski ślub? – rozentuzjazmowała się starsza pani. – Jakież to romantyczne! W Ojcuchrzestnym jest taka scena, z tłumem krewnych i znajomych, muzyką, tańcami… Założę się, że w rzeczywistości wygląda to jeszcze lepiej! Słyszałam, że Włosi są niezwykle rodzinni. Zgrywają macho, ale tak naprawdę małżeństwo i dzieci są dla nich wszystkim.

Małżeństwo. Dzieci…

Ból zaatakował nagle zdradliwym, okrutnym ciosem w samo serce. Znieruchomiała, walcząc z atakiem paniki, który kazał jej zacisnąć palce na inhalatorze w kieszeni kurtki. Głupie, niechciane łzy wezbrały pod powiekami piekącą, oślepiającą mgłą i Laurel poczuła, że panika zamienia się we wściekłość. Nie będzie płakać. Do kroćset, nie jest mazgajem!

Gwałtownym ruchem wepchnęła książkę do małego płóciennego plecaka, który nosiła zamiast torebki, i z całej siły zaciągnęła skórzane rzemyki. Czas zakończyć tę rozmowę, która zmierzała w fatalnym kierunku.

– Dziękuję jeszcze raz – uśmiechnęła się do starszej pani tak szczerze, jak tylko mogła. – Przykro mi, że nie okazałam się ciekawszą towarzyszką podróży. Do widzenia.

– Ależ moja droga, nie słyszała pani, że musimy zaczekać? Był przecież komunikat, że najpierw ma wysiąść ta jakaś ważna osobistość, która, jak się okazuje, leciała naszym samolotem. Dopiero potem mogą zacząć się gramolić zwykli śmiertelnicy. – Sąsiadka urwała nagle i zapatrzyła się w okno, a jej ciemne oczy zrobiły się okrągłe jak spodki. Z urywanym okrzykiem przechyliła się przez siedzenie Laurel i niemal przykleiła nos do szyby. – Jedzie ku nam ogromna czarna limuzyna! – zaraportowała. – Z obstawą sześciu ochroniarzy na motocyklach! Założę się, że są uzbrojeni. Coś niesamowitego, zupełnie jak w filmie. Limuzyna zatrzymuje się… dokładnie u stóp trapu. Drzwi się otwierają, i… och! Wysiada zabójczo przystojny młody człowiek! Niech pani tylko spojrzy… Ależ jest wysoki, ma chyba prawie dwa metry wzrostu! I jak zbudowany! A do tego smoliście czarne włosy i wspaniały rzymski profil.

Jakaś przemożna siła kazała Laurel wyjrzeć przez okno. Ciekawość? Nie. Wiedziała przecież, kogo zobaczy. Z uczuciem pustki w sercu, tak dojmującym, że aż przyprawiającym o zawrót głowy, spojrzała na mężczyznę, który właśnie wysiadł z samochodu, i stał teraz oparty o karoserię czarnego samochodu. Fakt, że pozwolono mu wjechać na płytę lotniska, równie dobitnie świadczył o jego ogromnych wpływach, co asysta ochroniarzy z bronią. Cóż, należał do jednego z najstarszych i najmożniejszych sycylijskich rodów; nosił nazwisko Ferrara, a ono na wyspie otwierało wszystkie drzwi.

Tamtego dnia, kiedy naprawdę cię potrzebowałam, byłeś nieuchwytny. A teraz, gdy nie chcę cię widzieć, zjawiasz się nieproszony, pomyślała gorzko, zaciskając usta, które nagle zaczęły drżeć.

– Jak pani myśli, kim może być ten osobnik? – Starsza pani ściszyła konfidencjonalnie głos. – Bo chyba tutaj nie mają królewskiej dynastii? To na pewno nie byle kto, skoro mógł wjechać sobie na pas startowy, jak gdyby nigdy nic. Ciekawe, na kogo czeka? – dodała, wyciągając szyję, żeby rozejrzeć się po wnętrzu samolotu w poszukiwaniu „ważnej osobistości”.

– Czeka na mnie. – Laurel z determinacją podniosła się z miejsca. Nie było sensu odwlekać nieuniknionego. – Ten osobnik to Cristiano Domenico Ferrara. Mój mąż.

I mój błąd numer dwa, dodała w myślach. Ten błąd jednak już niebawem zostanie naprawiony. W programie najbliższych dni miała ślub… i rozwód.

– Życzę pani udanego pobytu na Sycylii – dodała, uśmiechając się do swojej towarzyszki podróży, która wpatrywała się w nią z wyrazem osłupienia na twarzy. – Proszę koniecznie spróbować tutejszej granity. Jest najlepsza pod słońcem.

Zarzuciła plecak na ramię, wyjęła torbę podróżną ze schowka nad fotelem i ruszyła ku wyjściu, świadoma, że dziesiątki par oczu śledzą każdy jej ruch. Gwar rozmów cichł przed nią, a wybuchał w rzędach, które mijała, jak gdyby idąc, podkładała ogień. Stawiając długie, pewne kroki, z wdzięcznością myślała o swoich ulubionych kowbojkach, których szerokie cholewki miękko układały się wokół kostek. Byli tacy, którzy mówili, że wygląda w nich jak kot w butach, ale ona uważała, że ten rodzaj obuwia jest cudownym lekarstwem na tremę, i dodaje pewności siebie nawet w najtrudniejszych sytuacjach. A obecna sytuacja do takich właśnie należała.

Dlaczego Cristiano przyjechał odebrać ją z samolotu? Po co mu to było? Dlaczego uparł się, żeby narazić ich oboje na jeszcze więcej bólu? Czy chciał jej coś udowodnić? W każdym razie, pojawiając się oficjalnie na lotnisku, zrobił potężne zamieszanie, utrudniając życie wszystkim wokół i sprawiając, że Laurel znalazła się w centrum zainteresowania. A nie znosiła tego.

W otwartych drzwiach kokpitu stał wyprężony na baczność pilot, a reszta załogi tłoczyła się za nim jak stadko spłoszonych kuropatw, zerkając lękliwie na facetów w czerni stojących na pasie startowym.

– Signora Ferrara, to dla nas ogromny zaszczyt, móc gościć panią na pokładzie. – Kapitan zdjął czapkę i otarł spocone czoło. – Mamy nadzieję, że lot z nami upłynął pani przyjemnie.

– Oczywiście, że tak. Bardzo dziękuję – uśmiechnęła się, choć miała ochotę miotać przekleństwa. Gdyby przywleczono ją tutaj zakutą w dyby, czułaby się pewnie niewiele gorzej, ale nikt nie musiał o tym wiedzieć.

Wyprostowała ramiona i uniosła głowę, a potem stanęła w drzwiach samolotu. Dokładnie naprzeciwko mężczyzny, który kiedyś był jej cudownie bliski, ale pewnego dnia stał się nieznośnie, boleśnie obcy.

Nie widzieli się od tamtej pory. Od tamtego koszmarnego dnia, którego wspomnienie ciągle jeszcze wywoływało w niej mdłości. Mimowolnie odnotowała, że Cristiano zeszczuplał, a w jego ciemnej czuprynie pojawiły się siwe nitki. Choć oczy krył za ciemnymi szkłami stylowych, lotniczych okularów, grymas zaciśniętych ust świadczył o tym, że nie jest tak spokojny, za jakiego chciałby uchodzić. Dlaczego? Nie, stanowczo nie powinna się nad tym zastanawiać. Wciąż uśmiechając się samymi wargami, Laurel zacisnęła zęby aż do bólu i przestąpiła próg. Muszę przez to przebrnąć, powiedziała sobie. Dla Danieli.

Przyjaciółka wykazała się godną podziwu inwencją i nie lada uporem, zdobywając jej nowy, prywatny numer telefonu. I pewnego pięknego dnia zadzwoniła, żeby przypomnieć Laurel o dawno złożonej obietnicy – że przyjedzie na jej ślub, i, co więcej, będzie jej druhną. Laurel zgodziła się bez wahania, choć perspektywa powrotu na Sycylię i spotkania twarzą w twarz z własnym mężem przerażała ją. Zawsze jednak sądziła, że nie ma takiej rzeczy, której nie zrobiłaby w imię prawdziwej przyjaźni. Wierzyła, że jest dość silna, dość twarda. Łudziła się tak aż do chwili, kiedy stanęła twarzą w twarz z Cristianem. Teraz zaczynała rozumieć, że się przeliczyła. Nie miała pojęcia, jak przeżyje najbliższe dni.

Wiedziała jedno – że nie ma już odwrotu. Sięgnęła do kieszeni plecaka po ciemne okulary i wsunęła je na nos ruchem, który wydawał się niewymuszony, wręcz nonszalancki. Cristiano powinien pamiętać, że w grę, która polegała na ukrywaniu emocji, jego żona potrafi grać o wiele lepiej od niego.

Po raz ostatni zaczerpnęła chłodnego powietrza z klimatyzowanego wnętrza samolotu, i ruszyła schodami w dół, w otchłań sycylijskiego upału. Kilka kolejnych kroków kosztowało ją więcej wysiłku niż start w ostatnim londyńskim maratonie. Spuściła wzrok, żeby nie widzieć mężczyzny, który czekał u stóp trapu, wysoki, milczący, zastygły w nienaturalnym bezruchu. Mimo to nogi plątały jej się i byłaby upadła, gdyby kurczowo nie zaciskała palców na poręczy.

Jakże inaczej się czuła, kiedy po raz pierwszy wysiadała z samolotu na tym lotnisku! Wtedy kipiała radosną niecierpliwością – wolna, swobodna, spragniona słońca, morza i odrobiny szaleństwa. Miała wrażenie, że życie leży przed nią jak dojrzały, soczysty owoc, po który mogła po prostu sięgnąć, wgryźć się w niego i raczyć niezrównanym smakiem. Niewiele czasu potrzebowała, żeby zakochać się w tej wyspie i w jej mieszkańcach. A zwłaszcza w jednym z nich…

– Witaj, Cristiano – rzuciła, siląc się na lekki ton. Nie musiała zaglądać mu w oczy, żeby zgadnąć, w jakim był nastroju. Napięcie zdawało się promieniować z niego rozedrganymi falami. Zdradziecki wir wspomnień porwał go, tak jak i ją, i wciągnął w mroczną głębię rozterki i bólu.

– Witaj, Laurel – odpowiedział cicho, bez uśmiechu.

Miał najpiękniejszy głos, jaki kiedykolwiek słyszała. Niski i śpiewny, o lekko gardłowych nutach, które przejął ze swojego ojczystego, sycylijskiego dialektu. Po dwóch latach rozłąki jego dźwięk był jak nagłe olśnienie. Laurel poczuła, że tama obojętności, którą z uporem budowała, drży pod naporem potężnej fali uczuć. Niechcianych, przerażających uczuć. Nie wiedziała, którego z nich boi się bardziej: rzewnej, dojmującej tęsknoty czy bardzo fizycznego pragnienia, które budziło się w niej, nieposłuszne nakazom woli.

Wbiła ręce w kieszenie i zacisnęła pięści. Decyzja, żeby zakończyć małżeństwo z Cristianem była logiczna i zdroworozsądkowa. Dlaczego jej głupie uczucia nie mogły umrzeć razem z tym związkiem, który okazał się totalną pomyłką? Przecież Cristiano Ferrara to arogancki, zimny…

Nie, poprawiła się w myślach. Drań, owszem, ale nie zimny. Gdyby był zimny, wszystko byłoby o wiele prostsze. Wiedziałaby od początku, czego się po nim spodziewać, i swoim zwyczajem zachowałaby emocjonalny dystans. Ale Cristiano, ze swoim żywym, pełnym ekspresji temperamentem Sycylijczyka, stanowił niebezpieczeństwo, przed którym nie umiała się obronić. Był bezpośredni i szczery, nie wstydził się okazywania uczuć, a przy tym emanował męską siłą i pewnością siebie. Dla kogoś tak ostrożnego i skrytego jak ona, był fascynujący. Kiedy zaczął z nią flirtować, podjęła grę, coraz bardziej zauroczona. Cristiano był błyskotliwie inteligentny i miał cudowne poczucie humoru, a jego niezwykła, męska uroda budziła w niej czysty zachwyt. Wysoki i mocny, miał piękną, śmiałą linię ramion i smukłą sylwetkę, a jego ruchy, miękkie jak u wielkiego kota, świadczyły o sile drzemiącej w potężnych mięśniach. Twarz miał pociągłą, o wysokim czole, szlachetnych rysach i ustach, które potrafiły uśmiechać się rozbrajająco i zmysłowo całować, a także zaciskać się w twardym, nieprzejednanym grymasie. Urzekł ją – wyniosły i dumny, błyskotliwy i zabawny, o złocistej karnacji, oczach pełnych żaru i ognistym temperamencie. Aż wreszcie pewnego dnia zrozumiała, że ona, kobieta z dżdżystej północy, zakochała się w synu słońca.

Nie miała nic przeciwko flirtowi, a może nawet krótkiej i niezobowiązującej, wakacyjnej przygodzie. Ale on chciał więcej. Chciał jej serca i duszy. Zdobywał ją, a ona mu się wymykała. Atakował, a ona go zwodziła; to było jak zmysłowy taniec, do którego grały im rozgorączkowane cykady, pod gwiaździstym niebem sycylijskiego lata. Zatraciła się w tym tańcu, w jego coraz doskonalszej harmonii. Pozwoliła, żeby ją poprowadził; zapomniała o unikach, przestała się chronić. Wreszcie zebrała się na odwagę i zaufała mu do końca, powierzyła mu swoje życie. Kiedy taniec połączył ich w jedno, była niewiarygodnie szczęśliwa.

A potem melodia urwała się raptownie, z przeraźliwym zgrzytem. Cristiano zawiódł jej zaufanie, potraktował ją tak, jak gdyby nagle przestała się dla niego liczyć albo nawet gorzej – jak gdyby w rzeczywistości nigdy się nie liczyła. Odrzucona i samotna, bezradna wobec obezwładniającego bólu, zrozumiała, że nie powinna była opuszczać gardy. I obiecała sobie, że więcej tego nie zrobi.

– Chodź, wsiadaj. – Wyciągnął rękę, ale ona zwinnie się odsunęła. Musiała znosić jego obecność, ale nie miała zamiaru pozwolić, żeby jej dotykał.

O ucieczce jednak nie było mowy. Sześciu cerberów, od stóp do głów odzianych w czerń, zastępowało jej drogę. Jeden z nich bez słowa otworzył drzwi limuzyny. Oczekiwano, że karnie i bez ociągania wykona polecenie pana Ferrary. W świecie Cristiana takie właśnie panowały zasady – on rozkazywał, a wszyscy wokół okazywali posłuszeństwo. On decydował, co się wydarzy. I kiedy.

Najwyraźniej zapomniał, że ona nie należała już do jego świata. Stanęła na szeroko rozstawionych nogach, splotła ramiona na piersi i dumnie uniosła głowę.

– Dziękuję, ale nie skorzystam. W samolocie było duszno i rozbolała mnie głowa. Chciałabym się trochę przespacerować, zanim zamelduję się w hotelu.

Cristiano zdjął ciemne okulary gestem tak gwałtownym, jakby chciał cisnąć nimi o ziemię. Spojrzenie jego zmrużonych oczu płonęło gniewem.

– Wsiądziesz do tego samochodu – powiedział powoli, nie podnosząc głosu. – Albo, Bóg mi świadkiem, wsadzę cię do niego siłą. Jeżeli jeszcze raz publicznie mnie upokorzysz, przysięgam, że gorzko tego pożałujesz.

Jeszcze raz go upokorzy…?

Czyli do tego sprowadzała się, w jego oczach, klęska ich małżeństwa. Ona odczuła to jak operację na otwartym sercu przeprowadzoną bez znieczulenia; kiedy przekonała się, że miłość, w którą uwierzyła, po prostu nie istnieje, o mało nie oszalała z bólu. Dla niego natomiast istotne było tylko to, że został upokorzony przez kobietę, która nie chciała przyjąć do wiadomości, gdzie jest jej miejsce. Przez żonę, która pewnego dnia spakowała manatki i uciekła od niego za morze, choć przecież przysięgała, wobec Boga i wobec świadków, że nie opuści go aż do śmierci.

Zraniła męską dumę Cristiana Ferrary. Nic więc dziwnego, że teraz w jego zmrużonych oczach dostrzegała nienawiść, a w zwodniczo spokojnym głosie słyszała pogardę. Nie liczyła na to, że mąż kiedykolwiek jej wybaczy. I dobrze. Bo i ona nie była usposobiona do zgody. Nie mogła wybaczyć krzywdy, którą jej wyrządził. Zostawił ją samą w najczarniejszej godzinie jej życia.

Otrząsnęła się z tego wspomnienia, gwałtownie i z odrazą, jak człowiek, który zrzuca skorpiona z ubrania. Nie przyjechała tu, żeby rozpamiętywać przeszłość, nie miała w planach długich rozmów z Cristianem, wyjaśniania swoich racji i odpierania jego zarzutów. Nie przyjechała tu ze względu na niego. Zrobiła to na prośbę jego siostry. Były przyjaciółkami na długo przed tym, zanim Laurel poznała starszego brata Danieli Ferrary.

Myśląc o Danieli, wesołej, łagodnej i ślicznej Włoszce, z którą dzieliła pokój w akademiku, i która przez lata była jedyną naprawdę bliską osobą, jaką miała na świecie, Laurel schyliła głowę i zanurkowała w półmrok wnętrza limuzyny. Dobrze przynajmniej, że przyciemniane szyby ukryły ją przed spojrzeniami pasażerów lotu z Heathrow, którzy, wciąż unieruchomieni w fotelach, przykleili nosy do okien i umilali sobie czas oczekiwania, obserwując rozwój wydarzeń na płycie lotniska.

Cristiano osobiście zamknął za nią drzwi samochodu. Zatrzasnęły się z głuchym łoskotem, który wymowniej niż słowa przypieczętował jego wygraną. Laurel patrzyła, jak jej mąż obchodzi samochód długimi, zdecydowanymi krokami. Gdy w następnej chwili rozsiadł się na skórzanej kanapie tuż obok niej, zastygła w bezruchu, przyczajona jak gazela w obecności drapieżnika. Jego bliskość obudziła w niej wir skłębionych emocji, odbierając siły i pozbawiając tchu. Dławiła ją tęsknota za tym, co kiedyś ich łączyło, ale okazało się o wiele zbyt piękne, żeby przetrwać w niedoskonałym, ludzkim świecie. Wspomnienie krzywdy, którą jej wyrządził, wzbierało w sercu lodowatym żalem. A ciało, wbrew wszystkiemu, zaczynało wibrować pożądaniem.

Zmusiła się, żeby patrzeć prosto przed siebie. Wdech, wydech, wdech, wydech – komenderowała w myślach, zaciskając palce na ukrytym w kieszeni inhalatorze. Samochód ruszył powoli, a w jego wnętrzu cisza gęstniała, zamykała się wokół dwojga pasażerów tężejącą obręczą, niczym stygnąca lawa.

– Skąd wiedziałeś, którym samolotem przylecę? – Laurel powiedziała pierwszą rzecz, jaka przyszła jej do głowy. Miała wrażenie, że jeżeli nie przerwie milczenia, za chwilę się udusi.

– Pytasz serio? – Cristiano uniósł brew i posłał jej lekko rozbawione spojrzenie.

Oczywiście, że nie pytała serio. Doskonale wiedziała, że rodzina Ferrara ma na Sycylii dostęp do wszystkich informacji. Ten niepisany przywilej pochodził prawdopodobnie z czasów, kiedy niezbyt legalne zajęcia przodków Cristiana zapewniały zatrudnienie i dobrobyt znacznej części ludności wyspy. Choć Cristiano nie prowadził interesów w dawnym, rodzinnym stylu – był praworządnym i nowoczesnym, międzynarodowym biznesmenem – na Sycylii traktowany był niemal jak potomek bogów. Kiedy Laurel poznała dziedzica fortuny Ferrarów, nie potrafiła uwierzyć, że jeden człowiek może skupiać w swoim ręku tak ogromne wpływy. Nic zresztą dziwnego – w końcu sama była osobą znikąd. Nie miała domu ani rodziny, nawet nazwisko nadali jej pracownicy społeczni. Wszystko, do czego w życiu doszła, zawdzięczała sobie, swojemu twardemu charakterowi i wytrzymałości długodystansowca. Kiedy zakochała się w Cristianie, uległa pokusie zaufania. Wyobraziła sobie, że będą iść przez życie ramię w ramię, każdy ciężar dzieląc na pół, a każdą radość pomnażając dwukrotnie. Ale gdy zwaliło się na nią nieszczęście, on zostawił ją samą. Cóż, małżeństwo z Cristianem nauczyło ją jednego – że zawsze powinna liczyć tylko na siebie. Miłość na dobre i na złe po prostu nie była jej pisana.

– Nie musiałeś po mnie przyjeżdżać, nie trzeba było robić sobie kłopotu – odezwała się, nie patrząc na niego. – Jestem dorosła i samodzielna. Potrafię sama podróżować, a nawet wynająć pokój w hotelu. Miałam zamiar zadzwonić do Dani, gdy tylko się zamelduję.

– Jesteś moją żoną – powiedział głucho. – Nie ma mowy, żebyś błąkała się po hotelach.

– Po co uprawiać fikcję? – skrzywiła się. – Póki co, jestem najwyżej złym wspomnieniem, a bardzo niedługo, kiedy podpiszemy papiery rozwodowe, nie będę już dla ciebie nikim.

– Póki co, nazywasz się Ferrara. – Niski głos Cristiana drgał od tłumionego napięcia. – Należysz do rodziny tak długo, aż atrament wyschnie na tych przeklętych papierach.

Nie