Słońce, wiatr i księżyc - Agata Czykierda-Grabowska - ebook
Opis

Kaja zawdzięcza Pawłowi życie jej brata. Pamiętne wakacje u dziadków na wsi są początkiem ich wielkiej przyjaźni, ale też próbą dojrzałości, ponieważ Paweł skrywa tajemnicę, której odkrycie będzie Kaję dużo kosztowało.
Okres dorastania staje się dla Kai i Pawła bardzo burzliwym czasem. Rozkwitające uczucie nie jest w stanie przeciwstawić się zazdrości i nieprzemyślanym słowom. Nim zrozumieją, co tak naprawdę ich łączy, rozstają się na długi czas.
Mija siedem lat. Kaja wraca ze Stanów, żeby spędzić wakacje z ukochaną babcią, która po śmierci męża, zostaje zupełnie sama. Na jej drodze ponownie staje przyjaciel z dzieciństwa.
Czy pierwsza miłość jest w stanie na nowo się odrodzić? Czy jest warta tego, aby zmienić dla niej całe swoje życie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 445

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla babci Galiny i dziadka Edka.

PROLOG

– Za górami, za lasami w niewielkiej wiosce na ziemiach Zielonego Królestwa żył sobie chłopiec… – Dziadek zawiesił na chwilę głos.

– I co było dalej? – zapytała niecierpliwie Kaja.

Dziadek roześmiał się dobrodusznie.

– Jeśli będziesz tak przerywać, to nigdy nie dowiesz się, co było dalej.

– No dobra – odburknęła i okryła się kołdrą po same uszy.

Na dworze sypał śnieg, a wiatr zawodził w kominie.

– Chłopiec mieszkał z matką w małej chacie, tuż nad jeziorem zwanym Smoczym Okiem. Dlaczego tak je zwali, zapytasz?

– Przecież nie pytam – zdziwiła się Kaja, wychylając zmarznięty nos zza przykrycia.

Dziadek parsknął, ale szybko się zreflektował.

– Tak się tylko mówi, Kajtek – odparł z udawaną powagą. – Mówili na nie tak, bo przed wiekami w okolicy mieszkały smoki, które wiły sobie wokół niego gniazda. Legenda głosi, że strzegły trzech potężnych kamieni, które miały władzę nad Zielonym Królestwem. Kamień słońca miał moc uzdrawiania, kamień wiatru rządził żywiołami, a kamień księżyca zamieniał piasek w diamenty.

Złote i srebrne łuski smoków lśniły w blasku księżyca, a fale na wodzie tworzyły się, kiedy wzlatywały na swoich błoniastych skrzydłach. Miejscowi zakradali się niekiedy, żeby podglądać smoki, ale musieli pamiętać o najważniejszej zasadzie – nie można było spoglądać im w oczy, bo powiadano, że smoki w ten sposób skradały duszę i człowiek na zawsze stawał się ich niewolnikiem. Tak mówiono, ale o tych legendach dawno już zapomniano i od wieków nikt nie widział w okolicy smoków. Pozostało po nich jedynie jezioro.

– I co z tym chłopcem? – zapytała zaintrygowana Kaja.

– Pewnego razu, jak co dzień, wypłynął łodzią na Smocze Oko, żeby złowić ryby na obiad.

Nim zarzucił sieci, usłyszał wołanie ze środka jeziora. Ktoś wzywał pomocy. Chłopiec, nie myśląc długo, rzucił się do wody i popłynął topielcowi na ratunek. Po kilku minutach udało mu się wyciągnąć na brzeg dziewczynkę. Chłopiec nie wiedział, że właśnie ocalił Księżniczkę z Zielonego Zamku, która wymknęła się z komnaty, żeby udać się na przechadzkę wokół jeziora. Niestety, potknęła się o swój długi tren i wpadła do wody.

„Dziękuję ci szlachetny panie za uratowanie mi życia” – powiedziała złotowłosa Księżniczka. „Mój ojciec cię ozłoci. Powiedz tylko, czego chcesz, a to otrzymasz” – obiecała.

Chłopiec nie wiedział, czego mógłby sobie życzyć, bo niczego mu w życiu nie brakowało. Miał kochającą mamę, dach nad głową, a na stole ciepłą strawę. Cóż więcej było mu potrzeba? Nie chciał jednak urazić honoru złotowłosej Księżniczki, dlatego obiecał, że któregoś dnia zjawi się u bram jej zamku i odbierze swój dług.

Nie minęło wiele dni, a chłopiec ponownie usłyszał wołanie o pomoc, które dobiegało ze środka jeziora. Matka pospieszyła chłopca: „Nie zwlekaj, biegnij pomóc”.

Ku zdumieniu chłopca, topielicą znowu okazała się Księżniczka, która powtórzyła wcześniejszą historię o przechadzce i wpadnięciu przez pomyłkę do jeziora. Chłopiec pomyślał chwilę i zaproponował, że nauczy ją pływać. Nie mógł przecież co kilka dni wyławiać jej z jeziora, bo to byłoby męczące.

– Jakaś głupia – skomentowała Kaja, ściągając mocno brwi.

– Chcesz słuchać dalej?

Dziewczynka pokiwała skwapliwie głową.

Księżniczka nie zgodziła się, wymawiając się brakiem czasu. Za kilka dni sytuacja znowu się powtórzyła. Tym razem chłopiec nie uwierzył w historię o spacerze i potknięciu. Księżniczka musiała wyznać mu prawdę. Okazało się, że szuka smoczego kamienia słońca, ale nie potrafi pływać i dlatego tak kiepsko jej szło.

„Dlaczego potrzebujesz kamienia?” – zapytał ciekawy. „Moja matka choruje” – wyznała. „Bardzo cierpi i żaden medyk w Zielonym Królestwie nie jest w stanie jej uzdrowić” – powiedziała zasmucona. „Tylko kamień słońca może tu pomóc”.

Tknięty współczuciem chłopiec obiecał udzielić jej wsparcia. Na początek postanowił nauczyć Księżniczkę pływać. Każdego dnia dziewczynka wymykała się z zamkowej wieży i biegła nad Smocze Oko, żeby razem z chłopcem kontynuować poszukiwania kamienia słońca.

Mijały dni. Mijały miesiące. Mijały lata. Poszukiwania nie przynosiły rezultatu. Matka Księżniczki nikła w oczach. Chłopak nie mógł patrzeć na rozpacz dziewczyny. Jej smutek stawał się jego smutkiem, a jej łzy bolały tak, jakby ktoś wbijał w jego serce sztylet.

Matka, widząc zgryzotę syna, zdradziła mu tajemnicę strzeżoną od pokoleń przez jej rodzinę.

– Co to jest zgryzota? – Zainteresowała się Kaja.

– To jest to samo, co smutek – odparł dziadek i wrócił do opowieści.

Wiedząc, że era smoków chyli się ku końcowi, Ostatni Smok o pięknych srebrnych skrzydłach zaklął jednego z rybaków, który był na tyle odważny, że nie bał się spojrzeć mu w oczy. „To był pradziad mojego dziadka” – wyjaśniła – „Smok związał jego życie z życiem kamieni i nakazał mu ich strzec, a gdy przeminą jego dni, miał przekazać tę wiedzę swojemu potomkowi”.

Chłopiec ucieszył się na tę wiadomość, bo mógł nareszcie pomóc Księżniczce, ale matka ostrzegła: „Zdradzenie tajemnicy smoczych kamieni wiąże się ze straszną karą. Zaklęcie wiążące strażnika i kamienie obłożone jest klątwą. Jeśli wydobędziesz kamienie, albo jeśli zdradzisz komuś tajemnicę ich ukrycia, spotka cię straszliwa kara”.

„Nie dbam o klątwy i kary” – powiedział odważnie. – „Największą dla mnie karą jest patrzenie na smutek Księżniczki. Niczego więcej się nie lękam, matko”.

Dumna z odwagi syna i jego postawy, zgodziła się zdradzić mu miejsce ukrycia smoczych kamieni. Chłopiec od razu wyruszył na poszukiwanie, żeby jak najszybciej ulżyć cierpieniom matki Księżniczki. Zanurkował w głębiny jeziora i wydobył szkatułę ze smoczymi kamieniami.

Jak każdego dnia, na brzegu jeziora pojawiła się też Księżniczka. Jej blond włosy i zielona suknia falowały na wietrze jak skrzydła pradawnego smoka. Serce chłopaka drgało z radości, gdy wręczał dziewczynie kamień słońca. Księżniczka ze szczęścia rzuciła się chłopakowi w ramiona, a potem go pocałowała.

– Bleee. – Skrzywiła się Kaja.

Dziadek nie mógł się powstrzymać i zaśmiał się głośno, a potem poczochrał jej blond czuprynkę.

– I co było dalej? – niecierpliwiła się.

– Już, już. No więc, Księżniczka pobiegła do zamku, nie odwracając się za siebie.

W tym samym momencie chłopiec nagle poczuł się źle. Nim dotarł do chaty, padł nieprzytomny. Trawiła go gorączka. Matka obawiała się najgorszego. Złamali przysięgę i teraz czekała ich kara.

Zanim nadeszła noc, przed ich chatą pojawił się zastęp wojska, a na jego czele Król, Władca Zielonego Królestwa. „Oddajcie kamień wiatru i księżyca” – zadudnił. Dowiedziawszy się o kamieniu słońca, który uzdrowił jego żonę, postanowił odebrać wieśniakom pozostałe kamienie, żeby stać się najpotężniejszym i najbogatszym władcą na świecie.

Matka chłopca odmówiła. Dopiero wtedy pojęła, dlaczego Ostatni Smok chciał trzymać kamienie z daleka od ludzkich oczu. Chciwość była silniejsza niż wszystkie inne uczucia.

„Pojmać ich” – usłyszała, ale wtedy z wnętrza chaty rozległ się ryk i po chwili w powietrze wzleciał olbrzymi smok o wielkich srebrnych skrzydłach i paszczy wypełnionej setką ostrych zębów. Zatoczył koło nad Królem oraz jego żołdakami i zaryczał głośno: „Wynoście się!”.

Ludzie rozpierzchli się na wszystkie strony, nie odwracając się za siebie. Smok wylądował przed chatą i przemówił: „Matko”. Kobieta zapłakała. „Przeze mnie już na zawsze zostaniesz smokiem”. „Nie” – odparł. „To nie twoja wina. Zrobiłbym to znowu. Nawet, jeśli wiedziałbym, jaki spotka mnie los”. „Dlaczego?” – zapytała matka. „Bo kocham Księżniczkę i dla niej ukradłbym wszystko. Nawet słońce, wiatr i księżyc”. I po tych słowach odleciał.

Nocą wrócił nad jezioro, żeby strzec dwóch ostatnich kamieni. Gdy stanął w blasku księżyca, ponownie stał się człowiekiem. Klątwa działa bowiem tylko w blasku słońca, którego moc zaklętą w kamieniu wykorzystano do wyleczenia Królowej. Gdy chłopiec myślał już, że spędzi życie w samotności, na brzegu Smoczego Oka pojawiła się Księżniczka.

„Miałeś dług do odebrania” – rzekła i wyciągnęła w jego stronę dłoń, na której leżał kamień słońca. „Wykradłam go ojcu. Ukryj go tak, żeby nikt go nigdy nie znalazł”. „Dlaczego to zrobiłaś?” – zapytał. Księżniczka uśmiechnęła się i powiedziała: „Zrobiłam to z tego samego powodu, dla którego ty zamieniłeś się w smoka”.

Zamknęli kamienie w metalowej szkatule i zatopili na dnie Smoczego Oka, a gdy wstał nowy dzień, Księżniczka wsiadła na grzbiet srebrnego smoka i razem wzbili się w przestworza.

– I to już koniec? – zapytała oburzona Kaja.

– Tak. – Dziadek okrył ją kołdrą po samą szyję i pogłaskał po głowie.

– Ale ja chcę jeszcze. – Próbowała.

– Jutro – obiecał dziadek. – Jutro opowiem ci inną. – Uśmiechnął się i zgasił światło.

Kaja jeszcze długo myślała o chłopcu zamienionym w smoka i Księżniczce, a gdy zasnęła, razem z nimi szybowała w przestworzach.

SŁOŃCE

Kaja

Kaja wyglądała przez okno samochodu, mrużąc oczy przy każdej szparze pojawiającej się w nieskończonej ścianie gęstego lasu. Od wyjazdu z domu nie odezwała się słowem, ponieważ znajdowała się w tej podróży całkowicie wbrew własnej woli i wolała umrzeć niż znowu odezwać się do rodziców. Nie liczyło się to, co myślała i czego chciała. Po prostu została zapakowana do auta z zamiarem wywiezienia jej na wieś do dziadków i to w dodatku z jej głupkowatymi braćmi.

Lubiła babcię i dziadka, ale co ona miała tam robić przez okrągłe dwa miesiące? I to na wsi? Przecież miała dwanaście lat i mnóstwo spraw na głowie. Tyle nowych teledysków i koncertów do obejrzenia na Vivie. Jak ona to przeżyje? Dlaczego rodzice musieli wyjeżdżać właśnie teraz? Nagle w jej głowie pojawiła się przerażająca myśl: przez całe wakacje nie będzie mogła widywać się z Kasią i Anią, jej najbliższymi przyjaciółkami. Kaję zapiekły oczy. Zagryzła zęby i wciągnęła głęboko powietrze. Zdecydowała, że nie rozpłacze się i nie pozwoli na to, żeby Kuba nazywał ją beksą.

Oparła głowę o szybę i z całych sił próbowała nie popaść w najgłębsze otchłanie rozpaczy. Może nie będzie tak źle – pocieszała się w myślach.

Podróż trwała jakieś półtorej godziny, ale dla niej to była wieczność. Wciśnięta w szybę przez kościste łokcie Kuby, który złośliwie szturchał ją nimi co jakiś czas, ledwie mogła się ruszyć. Antek zasnął chwilę po tym, jak ruszyli w drogę i teraz jego głowa kiwała się w takt nierówności na przetykanej dziurami szosie.

Rodzice rozmawiali o tej swojej podróży i pracy gdzieś na końcu świata (dokładnie w Szwecji, ale Kaja miała to gdzieś), więc nie zwracali żadnej uwagi na to, co działo się na tylnym siedzeniu.

Gdy wreszcie wysiedli z ciasnego golfa, Kaja ledwie się poruszała – tak mocno ścierpła jej pupa i nogi. Odwiedzali dziadków ze dwa razy w miesiącu i bardzo lubiła te weekendowe wizyty, ale teraz, patrząc na niewielki ceglany domek, czuła jedynie straszną tęsknotę za swoim pokojem pełnym plakatów i kolekcją kaset, ale przede wszystkim –za przyjaciółkami, z którymi uwielbiała spędzać każdą wolną chwilę. Owszem, kiedyś poznała tu kilka fajnych dziewczyn, ale to było dawno temu i z żadną się tak naprawdę nie przyjaźniła. Teraz na pewno spędzi całe wakacje na wypasaniu krów albo doglądaniu prosiaków w zagrodzie – pomyślała z goryczą i aż zadrżała na myśl o takim strasznym scenariuszu.

Z jej dołujących rozmyślań wyrwały ją ciepłe i pachnące krowim mlekiem ramiona babci, które otworzyły się dla niej na powitanie.

– Kajtek, moja wnusia – usłyszała przy uchu. – Cieszysz się, że spędzisz z nami całe wakacje? – zapytała babcia pełnym entuzjazmu i optymizmu głosem. Tym pozytywnym nastawieniem troszkę zaraziła Kaję.

– Pewnie, babciu – powiedziała, ale jej głos nie zdążył jeszcze przyjąć odpowiedniej ilości babcinego optymizmu i zabrzmiał niezbyt radośnie, co od razu wpędziło ją w poczucie winy.

– No co, Kaja? Nie cieszysz się z wakacji u nas? – zapytała natychmiast babcia, odsuwając dziewczynę na odległość ramienia.

Kaja kochała babcię najbardziej na świecie, dlatego szybko wymyśliła jakąś wymówkę, zanim sprawiłaby jej przykrość.

– No co ty, babciu. Tylko jakoś mnie głowa boli. – Wzruszyła ramionami, żeby zaznaczyć, że to nic wielkiego.

– To pewnie przez podróż. Zaraz zrobię wam herbaty i ci przejdzie. Poza tym upiekłam drożdżówki z serem i jabłkami. – Uśmiechnęła się promiennie, a dziewczyna odwdzięczyła się tym samym.

Babcia była wesołą i żywiołową kobietą. Miała drobną posturę, krótkie, pofarbowane na kasztanowo włosy i niebieskie, łagodne oczy.

Kai poprawił się humor. Oczywiście, wzmianka o drożdżówkach miała tu pewne znaczenie, ale dziewczynka nigdy by się do tego głośno nie przyznała.

Po obiedzie rodzice zaczęli zbierać się do domu, wymuszając na całej ich trójce obietnicę bycia grzecznymi oraz mamiąc ich wizjami prezentów, które przywiozą z wyjazdu. Kaja prychnęła na te obietnice, wciąż czując żal do rodziców, ale odwzajemniła uściski (jak mogłaby tego nie zrobić) i zapewniła, że nie będzie sprawiać kłopotów dziadkom. Przyrzekła też mamie, że zaopiekuje się Antkiem i nie pozwoli, aby stała mu się krzywda. Pożegnawszy się z rodzicami, z wielkim westchnieniem poszła się rozpakować, następnie pomogła w tej czynności także pięcioletniemu Antkowi. Parterowy dom dziadków był niewielki i składał się z dwóch pokoi oraz kuchni na parterze, a także niewielkiego pomieszczenia na strychu, który przypadł Kai.

*

Kilka kolejnych dni minęło jak pędząca strzała, chociaż nie obyło się bez incydentów, w które zamieszany był jej braciszek. Antek strasznie tęsknił za rodzicami i przez trzy dni płakał przed snem, domagając się kontaktu z nimi. Ale kilka wypraw z dziadkiem na łąkę na sianokosy i przebywanie cały dzień na świeżym powietrzu wyssało z niego cały żal i tęsknotę, i Antek zasypiał jak niemowlak w kołysce.

Z kolei Kuba, jej czternastoletni brat, znikał zaraz po obiedzie i pałętał się z chłopakami po wsi. Wracał naprawdę późno, za co niemal za każdym razem dostawał bury od babci albo dziadka. Nic sobie jednak z tego nie robił, bo zarówno babcia Krysia, jak i dziadek Andrzej byli niczym ich pies Hektor – dużo szczekali, ale w ogóle nie gryźli.

Kaja powoli wpadała w rutynę letnich dni, które podporządkowane były zwierzętom w gospodarstwie, pogodzie i pracom w polu. Trochę przyzwyczaiła się do tego, co przynosiła wieś, jednak nie przestała tęsknić za miastem i przyjaciółkami, i z każdym kolejnym dniem czuła się coraz bardziej samotna. Jej ulubioną porą dnia stał się wczesny wieczór, kiedy to wraz z dziadkiem i Antkiem wracała z łąki pełnej białych kaszek i żółtych kaczeńców, które zamykały swoje delikatne płatki, tak jak człowiek zamyka oczy, szykując się do snu. W trawie cykały koniki polne, a w oddali słychać było rechot żab, który zapowiadał ciepłą noc. W tej magicznej porze dnia, kiedy świat powoli zasypiał, zapachy kolorowych traw były wyjątkowo słodkie, a czas na chwilę przystawał, pozwalając na wchłanianie tego spokoju i harmonii. Kaja uśmiechała się wówczas do siebie i zastanawiała się, czy istnieje na świecie równie spokojne i piękne miejsce jak ta łąka, te kaszki i koniki polne w trawie. Antek brykał jak źrebak po prerii, ścigając się z Hektorem i przeskakując liczne kretowiska, udawał kowboja na Dzikim Zachodzie. Nie raz i nie dwa zbliżał się do tej postaci bardziej, kiedy to dziadek, oczywiście w tajemnicy przed babcią, pozwalał mu na przejażdżkę na grzbiecie starej klaczy. Jeszcze nigdy nie widziała jego buzi tak roześmianej i tak brudnej, jak podczas tych kilku razy na grzbiecie wiekowego zwierzęcia.

*

Pierwsza niedziela na wsi przywitała ich pięknym słońcem i głośnym śpiewem ptaków. Babcia zapukała do drzwi pokoiku Kai i uśmiechnęła się szeroko na przywitanie. Miała na sobie elegancką bluzkę w kwiatki i granatową spódnicę. Jest niedziela, więc prawdopodobnie razem z dziadkiem wybierają się do kościoła – zauważyła w myślach.

– Wstawaj, Kaja. Śniadanie stoi gotowe, a chłopaczyska już wcinają i nic ci nie zostawią – powiedziała i powiesiła na poręczy jej granatową sukienkę w drobne żółte kwiatki. – Uprasowałam ci sukienkę.

– Ale babciu, nie chcę się ubierać w sukienkę – zawyła, wstając z łóżka.

Nienawidziła sukienek, spódniczek, kokardek i wstążek. Nie żeby była jakąś chłopczycą, chociaż tak właśnie nazywał ją Kuba, ale wszystkie te cudaczne ubrania utrudniały ruchy i były po prostu niewygodne.

– Dziś niedziela i odpust we wsi. Nie możesz iść w spodniach, Kajtuś – rzuciła na odchodnym babcia, drocząc się z nią przezwiskiem, jakim nazywała ją od zawsze.

Oczywiście, że mogła, ale ze względu na babcię postanowiła tego nie robić.

Ubrała się i dołączyła do całej reszty w kuchni. Babcia nie nadążała ze smarowaniem kanapek miodem i dżemem. Kaja postanowiła jej pomóc, ale babcia zbyła ją machnięciem ręki i kazała usiąść ze wszystkimi. Kaja często zastanawiała się, skąd ta drobna kobieta ma tyle werwy. I to od samego rana.

– Dziadku, kupisz mi pistolet na kapiszony? – zapytał Antek z buzią pełną bułki z miodem, którym wysmarował już swój cały nos.

– Pewnie. Co to byłby za odpust bez pistoletu. – Zaśmiał się cichym głębokim głosem dziadek, który jako jedyny przy stole zajadał jakąś konserwę, ponieważ nie uznawał posiłków, które nie zawierały mięsa.

Dziadek Andrzej był cichym i łagodnym człowiekiem. Miał siwiejące na skroniach krótko przystrzyżone włosy, gęste wąsy i jasnobrązowe oczy, które nadawały jego twarzy wyraz ciągłego zamyślenia.

Kuba tylko uśmiechnął się pod nosem na prośbę Antka i zerknął na Kaję z ukosa, a potem wywrócił oczami. Zaskoczona zachowaniem swojego starszego brata, Kaja odpowiedziała mu takim samym uśmiechem, który był niewypowiedzianym porozumieniem i miał być oznaką politowania dla ich młodszego i, co tu dużo ukrywać, głupszego brata.

Ponieważ odległość była niewielka, udali się do kościoła pieszo. Kuba, jak to Kuba, zaraz po mszy czmychnął gdzieś z chłopakami i tyle go było widać. Kai co jakiś czas migała między stoiskami jego jasnobrązowa czupryna i niebieska koszula.

Ona natomiast utknęła z Antkiem i jego oczami jak pięć złotych, którymi chciwie rozglądał się po kolorowych stoiskach pełnych plastikowych zabawek i równie plastikowych słodyczy. Babcia wcisnęła jej kilka banknotów dziesięciozłotowych i wysłała ich między stragany, podczas gdy razem z dziadkiem przystanęli przy niewielkim sklepie spożywczym, gawędząc z dalszymi krewnymi. Kaja trzymała Antka mocno za rękę, obawiając się, że natłok wrażeń i kolorów omami go na tyle, że zaginie pośród tych straganów na zawsze.

Z każdą mijającą minutą Kaję dopadała coraz większa frustracja, znudzenie i przede wszystkim zmęczenie spowodowane ruchliwością i niekończącym się jazgotaniem młodszego brata. Antek ciągał ją od miejsca do miejsca, nie przestając piszczeć z zachwytu nawet nad największym badziewiem, jakie wypatrzył na stoisku. Chcąc go czymś zająć, kupiła mu olbrzymią watę cukrową, którą umorusał się od stóp do głów. Miał ją we włosach, na koszuli w kratę i spodniach uprasowanych w kant. Stwierdziła, że Antek jeszcze nigdy nie był tak brudny, jak przez ten tydzień na wsi. Wyglądało to tak, jakby jej brat chciał dosłownie zjednać się z naturą.

Kiedy zaczęła wycierać jego pyzatą buzię kciukiem, trzymając swoją watę w drugiej ręce, ktoś nagle popchnął ją z całej siły tak, że upadła na swojego brata, który wywrócił się na trawę, a ona obok niego. Trzymana w ręku wata cukrowa stała się jednością z jej włosami. Kaja w pierwszej kolejności rzuciła się na pomoc Antkowi, który na skutek upadku potłukł sobie kolano i był na skraju płaczu. Jego buzia, którą chwilę wcześniej odkopała z białego lukru, była w tej chwili umazana błotem i trawą.

– Przepraszam – usłyszała z boku, jednak nie zareagowała na to. Była zbyt zajęta Antkiem, któremu niebezpiecznie zadrżał podbródek.

– Nic ci nie będzie. To tylko zadrapanie, tak? – Uśmiechnęła się do niego, aby było mu raźniej.

– Odkupię ci tę watę – usłyszała znowu ten głos i wtedy, dogłębnie zirytowana, odwróciła się w jego stronę.

Przed nią stał chłopak o jasnobrązowych włosach i zielonych oczach. Był od niej wyższy o jakąś głowę, ale nie mógł być wiele od niej starszy. Miał na sobie niebieskie dżinsy i granatową koszulkę z kołnierzykiem. Patrzył na nią bez wstydu i jakiejkolwiek skruchy. Miał nawet czelność się do niej uśmiechać po tym, jak przez niego będzie musiała wyszarpywać watę cukrową z własnych włosów. Zmrużyła swoje niebieskie oczy, wiedząc, że to potrafi odstraszyć nawet największego twardziela i odezwała się na pozór bardzo spokojnym głosem:

– Nie chcę od ciebie żadnej waty.

– Chcesz za to coś innego? Może lody? – powiedział niezrażony gromami, jakie miotała w niego wzrokiem.

Włożył ręce do kieszeni spodni i spokojnie czekał na jej odpowiedź. Kiedy już otwierała usta, żeby jakoś spławić tego głupkowatego chłopaka, Antek zainteresował się tematem konwersacji.

– Ja chcę lody. Kupisz mi? – zapytał go, zadzierając wysoko głowę.

– Antek! – krzyknęła na niego zażenowana. – Co ci mówiła mama o nieprzyjmowaniu niczego od obcych ludzi? – przypomniała szybko, żeby na gorąco utrwalić mu tę lekcję, zanim wszystko znowu ulotni się z tej małej główki.

– Jestem Paweł. – Chłopak wyciągnął do Antka rękę i uśmiechnął się, pokazując dołeczki w policzkach, za które Kaja poczuła do niego jeszcze większą niechęć.

Ona zawsze chciała mieć takie dołeczki w policzkach. Na co one chłopakowi? Chłopcy nie potrzebują takich rzeczy. Tak się zatraciła w rozmyślaniach nad tą ważną kwestią, że zapomniała zrugać go za mieszanie w głowie Antkowi, który z dumnym uśmiechem przyjął jego dłoń i też się przedstawił. No pięknie. To tyle, jeśli chodzi o nienawiązywanie rozmowy z nieznajomym –pomyślała, ponownie się nachmurzając.

– Chodź, kupię ci lody. – Złapała Antka za rękę i pociągnęła za sobą w stronę dziadków, których zauważyła na niewielkiej polanie przed kościołem. Jednocześnie próbowała wyplątać watę z długiego warkocza, który zwisał jej luźno na ramieniu.

– Jak masz na imię? – usłyszała za sobą chłopaka.

– Nieważne. – Rzuciła przez ramię.

– Kaja – powiedział jednocześnie jej brat.

Mały zdrajca – pomyślała.

– Teraz nie dostaniesz już żadnych lodów – syknęła cicho.

Antek wyrwał dłoń z jej uścisku i założył ręce na piersi. Naburmuszył się tak, że omal ponownie nie upadł, potknąwszy się o wystający kamień. Nagle wyrósł przed nimi ten upierdliwy chłopak. Wciąż się uśmiechał, jakby przed chwilą nie został spławiony.

– Ładnie. Nie znam nikogo, kto miałby tak na imię – powiedział w ogóle niezrażony jej postawą.

– No cóż, nie mogę tego samego powiedzieć o twoim imieniu – powiedziała od razu, w ogóle nie zastanawiając się nad tym, czy sprawi mu tym przykrość, ale ten tylko wzruszył ramionami i wyglądał, jakby nie zrozumiał, że właśnie go obraziła.

– Wiem. Nie ja siebie tak nazwałem.

Kaja zatrzymała się w pół drogi i ponownie złapała za rękę Antka, żeby znowu nie wyrżnął buzią o ziemię.

– Czego chcesz? – zapytała. – Musimy już iść. – Pragnęła jak najszybciej uwolnić się od natrętnego chłopaka, który zagradzał im drogę.

Z oddali słyszała, jak ktoś woła jego imię i miała nadzieję, że chłopak uda się w tamtą stronę.

– Chciałem odkupić watę, bo to ja cię niechcący popchnąłem – powiedział, jakby ona o tym nie wiedziała.

– Nie chcę. Musimy już iść – powtórzyła i pociągnęła za sobą wciąż nadąsanego brata. Szybko zauważył babcię i dziadka, więc pobiegł w ich stronę.

Kaja z ulgą przyjęła to, że chłopak zrezygnował z nękania jej i ruszyła w stronę dziadków.

Godzinę później wszyscy wracali do domu. Nawet Kuba zrezygnował z wałęsania się między straganami i postanowił wracać z nimi. Ze swojego doświadczenia wiedziała, że to nie przywiązanie do rodziny, tylko najprawdopodobniej skłonił go do tego głód.

Kiedy mijali rodzinę mieszkającą po sąsiedzku, starszy brat zrobił coś, co ją zszokowało – uśmiechnął się do jakiejś ciemnowłosej dziewczyny, którą Kaja kojarzyła tylko z widzenia. Dziewczyna zaczerwieniła się po same końcówki włosów i spuściła wzrok, ale tylko na chwilę, po czym też się do niego uśmiechnęła i przyspieszyła kroku, zrównując się ze swoimi rodzicami, którzy szli przodem. Była tak wstrząśnięta tym incydentem, że omal się nie potknęła. Kuba nigdy nie przejawiał zainteresowania jakimikolwiek dziewczynami, a już na pewno nie uśmiechał się do nich takim dziwnym, niezłośliwym uśmiechem. Jej przyjaciółki stwierdziły kiedyś, że Kuba jest przystojny i że większość dziewczyn w szkole się za nim ogląda, ale Kaja uznała to za jakiś żart. Kuba przystojny? To musiał być żart. Teraz jednak zaczynała do niej docierać pewna prawda – siostry nie mają pojęcia, czy ich bracia są przystojni, ponieważ tak to właśnie działało. Dla niej Kuba to tylko wrzód na tyłku i bekający przy obiedzie kaszalot (uwielbiała to przezwisko, które sama mu nadała), a myślenie o nim, jak o kimś przystojnym, byłoby po prostu niemożliwe. Jednak widząc ten uśmiech i spojrzenie tej dziewczyny, musiała przyjąć do wiadomości, że może tak postrzegali go inni.

Po obiedzie Kuba zakomunikował, że wybiera się nad niewielkie jezioro, które znajduje się nieopodal szkoły podstawowej, czyli jedynej szkoły we wsi. Antek prawie wychodził z siebie, kiedy prosił, żeby ten zabrał go ze sobą, ale Kuba był nieugięty.

– Nie mam czasu na pilnowanie cię – prychnął.

– Nie musisz mnie pilnować, po prostu z tobą pójdę i sobie tam posiedzę – powiedział płaczliwym głosem Antek.

– Powiedziałem: nie. I koniec – rzucił Kuba na odchodnym i zatrzasnął za sobą drzwi.

Antek rozpłakał się na dobre, na co Kai zrobiło się go strasznie żal. Mimo że chciała spędzić ten dzień na kołysaniu się w hamaku w sadzie i czytaniu Napowietrznej wioski, to widząc łzy brata, przykucnęła przy nim i powiedziała:

– Obiecaj, że będziesz się mnie słuchał i nie będę musiała za tobą biegać.

Kiedy do Antka dotarło, że siostra chce go zabrać nad jezioro, objął ją mocno w pasie i pisnął przeciągle. Zrobiło jej się ciepło na sercu, bo zdała sobie sprawę, że te otwarte przejawy czułości potrwają jeszcze może ze dwa lata, a potem Antek przemieni się w Kubę – wiecznie naburmuszonego i nieobecnego chłopaka, który w szkole będzie udawał, że jej nie zna.

– Obiecuję – zapewnił i Kaja uwierzyła, że w tej chwili miał najszczersze intencje dotrzymać tej obietnicy.

A kiedy dotrą na miejsce, okaże się, jak to będzie.

Przebrała się, jednak nie chciała rezygnować z możliwości czytania, więc zabrała ze sobą książkę, koc, kilka kanapek i kolejną obietnicę dotyczącą tego, że zaopiekuje się Antkiem.

Zrobiło się już naprawdę gorąco, a droga wiodła przez odsłoniętą piaszczystą ścieżkę bez choćby jednego marnego drzewka i możliwości schowania się pod nim przed palącym, czerwcowym słońcem. Kurz wpadał jej pod odsłonięte sandały, a pot spływał z czoła. Nawet ruchy podekscytowanego Antka stały się powolniejsze. Szurał swoimi trampkami po piaszczystym podłożu, kopiąc przed sobą nieduży kamień.

– Daleko jeszcze? – zapytał zmęczonym głosem.

Zaczyna się – pomyślała zrezygnowana. Dzięki Bogu, docierali już na miejsce. Zboczyli z piaszczystej ścieżki i weszli na zielone pastwisko otoczone drewnianym ogrodzeniem z bali, przez które musieli przecisnąć się, aby wejść na teren jeziora. Już z oddali słychać było głośne krzyki i śmiechy, które sprawiły, że w Antka wstąpiły nowe siły i tylko dlatego, że miał jeszcze w pamięci złożoną siostrze obietnicę, nie rzucił się do szaleńczego biegu w kierunku odgłosów.

Docierali właśnie do olbrzymich drzew, okalających z każdej strony niewielkie jeziorko. Chłód bijący z zacienionych miejsc był niczym szklanka zimnej wody i Kai od razu poprawił się humor.

Rozłożyła koc w pewnej odległości od hałasów i przez chwilę obserwowała dzieci i nastolatków wygłupiających się nad wodą. Do jednego z drzew przymocowali gruby sznur, zakończony podwójnym węzłem, który służył jako podstawka pod nogę podczas brania rozpędu. Co chwilę słychać było głośny krzyk i plusk wody, kiedy ktoś zeskakiwał do jeziora z rozhuśtanego sznura.

Kaję ogarnęło przemożne pragnienie, żeby chociaż raz spróbować czegoś podobnego. Rozbujać się tak wysoko, jak to tylko możliwe i wskoczyć do ciemnej, zimnej wody. Zadrżała z ekscytacji na samą myśl, ale wiedziała, że to tylko marzenie. Nigdy by się na to nie odważyła. Nie była tchórzem, ale po prostu nie mogłaby się do tego zmusić, nie przy tych wszystkich ludziach. A gdyby wszyscy sobie stąd poszli? Może wtedy.

– Czy ja też mogę spróbować? – zapytał niepewnie Antek, na pewno zdając sobie sprawę, że ten pomysł jest z góry skazany na niepowodzenie.

– Taaa. – Tylko tak odpowiedziała na jego niedorzeczne pytanie.

– A mogę chociaż obejść jezioro dookoła? – zapytał z nadzieją. – Nudzę się.

Kaja pomyślała przez chwilę i powiodła spojrzeniem po okolicy, upewniając się, że nie grozi mu z żadnej strony niebezpieczeństwo. Wreszcie kiwnęła głową w geście przyzwolenia. Antek poderwał się z miejsca i już, już miał wzbić się w powietrze (tak to przynajmniej wyglądało z jej perspektywy), ale zatrzymała go, chwyciwszy za rękę.

– Ale masz co dziesięć minut wracać i się meldować.

Antek miał swój mały elektroniczny zegarek. Kaja wyjaśniła mu, że jak zmienią się cyferki na pierwszym miejscu minutnika, ma się u niej zameldować. Braciszek zasalutował i rzucił się biegiem przed siebie.

– Mówię poważnie! – krzyknęła, odprowadzając go wzrokiem.

Położyła się na brzuchu i otworzyła książkę, na którą ostrzyła sobie zęby od kilku dni, ale nie znalazła okazji, żeby się za nią zabrać. Podłożyła sobie łokieć pod brodę, chłodny wietrzyk od jeziora owiewał jej czoło, a śpiew ptaków w pewnym stopniu zagłuszał piski dochodzące znad kąpieliska. Próbowała skupić się na tym, co czytała, ale z jakiegoś powodu litery nie tworzyły wyrazów, a wyrazy zdań. Skupisko porozrzucanych znaków graficznych tańczyło przed jej oczami w jakimś nieskoordynowanym rytmie. Usiadła po turecku, próbując znaleźć najwygodniejszą pozycję, ale żadna nie wydawała się odpowiednia. Ni stąd, ni zowąd poczuła dziwny skurcz w żołądku, tak jakby połknęła ciężki kamień. Zerknęła bezwiednie na zegarek i stwierdziła, że Antka nie ma już od dwudziestu minut i nie widać go na horyzoncie. Odczekała jeszcze pięć minut, licząc na jego brak poczucia czasu, ale to było maksimum, które mogła mu dać. Wstała energicznie z koca i z książką pod pachą ruszyła na obchód jeziora z obietnicą, tym razem złożoną samej sobie, że przetrzepie tyłek temu małemu pędrakowi. Mało tego, będzie musiał spędzić całe wakacje pasąc krowy, albo lepiej – świnie. Już ja tego dopilnuję – denerwowała się w duchu.

Złość w jej sercu zaczęła przeistaczać się w ściskający wnętrzności niepokój.

Zbliżała się właśnie do miejsca, w którym powalone drzewo zwisało nad jeziorem, tworząc coś na kształt pomostu zakończonego koroną gałęzi i liści. W pewnej chwili usłyszała wysoki, chłopięcy głos:

– On nie umie pływać!

Kaja wypuściła z ręki książkę i nie zważając na to, że jest w pełni ubrana, wskoczyła po kolana do wody. Zaczęła krzyczeć ile sił w płucach:

– Antek! Antek! Antek!

– Jest tam, spadł z gałęzi do wody! – Jakaś dziewczynka wskazała miejsce tuż pod koroną drzewa.

Kaja nie zastanawiała się nad tym, co robi. Nie zauważyła zbiegowiska wokół drzewa i tego, że jej przemoczone, dżinsowe ogrodniczki zaczęły przesiąkać i ciągnąć ją w dół. Wciąż trzymając się najpierw konaru, a potem gałęzi, zbliżała się w stronę miejsca, które wskazała dziewczynka. Jednocześnie modliła się, żeby nie było za późno, choć nie bardzo wiedziała, na co mogłoby już być za późno. Nie chciała tego wiedzieć.

Nagle poczuła głośne stąpnięcia tuż nad głową. Ktoś wbiegł na konar i od razu wskoczył do wody, znikając pod koroną. Kaja zatrzymała się tylko na sekundę, obserwując to zdarzenie, po czym nie wyczuwając już stopami dna, próbowała wcisnąć się między gałęzie, które, chociaż pozbawione podłoża, wciąż były bogato obsypane liśćmi. Serce waliło jej jak po intensywnym biegu, a do oczu napływały łzy przerażenia.

– Mam go! – usłyszała, kiedy podniosła dużą gałąź. – Przytrzymaj go za koszulkę.

Przełknęła ślinę, próbując zdusić dławiące ją łzy. Jej braciszek zwisał nieprzytomnie z ramienia chłopaka, który popchnął ją dzisiaj na odpuście. Jasnobrązowe włosy jej braciszka przylgnęły do twarzy, zakrywając zamknięte oczy. W jej głowie pojawiła się absurdalna myśl, że Antkowi przydałoby się strzyżenie. Na pewno dopilnuje tego, gdy tylko wrócą do domu. Ta i inne bezsensowne myśli kołatały się po jej głowie, gdy nagle została przywrócona do rzeczywistości głosem chłopaka, który powtórzył polecenie. Przekazał jej zwiotczałe ciało Antka i upewniwszy się, że Kaja trzyma go mocno, wskoczył na pień drzewa i kładąc się na nim, ponownie sięgnął po chłopca. Dziewczyna, trzęsąc się jak osika, podsadziła Antka i podała go chłopakowi, który wciągnął jego zwiotczałe ciało na pień, a potem wziął go na ręce. Zaniósł go na brzeg, gdzie czekało na nich tłum osób, które przebywały tego dnia nad jeziorem.

Kaja z wielkim trudem wspięła się na pień. Przemoczone ubranie ciążyło na niej i ledwo mogła złapać oddech. Znalazłszy się na konarze, pobiegła ile sił w nogach przed siebie. Kiedy dotarła na brzeg, upadła na kolana przy wciąż nieprzytomnym braciszku, szlochając bez opamiętania. Przez łzy ledwo widziała, jak chłopak schyla się nad Antkiem i robi mu sztuczne oddychanie, po czym uciska mu klatkę piersiową. Nagle poczuła, jak ktoś upada obok niej na kolana.

– Jezu, co mu się stało?

Dopiero po chwili zorientowała się, że to Kuba, który wyglądał na równie przerażonego, co ona.

Otworzyła usta, żeby wyjaśnić mu sytuację, ale w tym momencie Antek zakaszlał głośno i gdy tylko chłopak obrócił go na bok, jej braciszek wypluł z siebie niewyobrażalne ilości wody. Kaszlał tak długo, aż opadł z sił i po chwili rozpłakał się rozdzierająco. Przygarnęła go do siebie i próbowała utulić, ale poskutkowało to tym, że sama rozpłakała się jeszcze bardziej.

Kuba odsunął ją delikatnie od Antka, wziął go na ręce i przyciskając brata mocno do siebie, zaczął iść w stronę domu. Kaja była wciąż w ciężkim szoku, ale trzęsąc się bez opamiętania, ruszyła za nimi. Po chwili zatrzymała się i odwróciła za siebie.

Chłopak wciąż tam stał; w samych spodenkach, z twarzą ociekającą wodą. Nie poruszył się nawet o centymetr, tylko na nią patrzył. Kaja nie mogła ruszyć się z miejsca, nie potrafiła też wydusić z siebie nawet słowa, ani zrobić najmniejszego gestu. Świadomość tego, co mogło się wydarzyć gdyby nie on, paraliżowała ją tak mocno, że jedyną czynnością, jaką mogła wykonać było oddychanie. Spoglądając w jego oczy w jednej chwili zrozumiała, że w tym dniu zaciągnęła niemożliwy do spłacenia dług.

Nigdy mu tego nie zapomni. Nigdy.

Po chwili zmusiła się do ogromnego wysiłku, odwróciła się i ruszyła biegiem za braćmi, czując, jak jej serce znowu zaczyna mocno bić.

*

Minęły prawie dwa dni od tego strasznego wydarzenia, które wyssało z Kai wszystkie siły, a dziadków postarzyło o kilka dobrych lat. Strzegli teraz Antka jak najcenniejszego skarbu, nie pozwalając mu na oddalenie się od nich nawet na krok. Co dziwne, sam Antek w ogóle się temu nie sprzeciwiał, a wręcz z własnej woli ich nie odstępował. Był tylko dzieckiem i po prostu się przestraszył. Tego feralnego dniu babcia zabrała go do lekarza, który mieszkał w sąsiedniej wsi, żeby zbadał chłopca i stwierdził, czy nie stała mu się jakaś trwała krzywda. Na szczęście poza szokiem i strachem, to zdarzenie nie pozostawiło na nim żadnego śladu.

Oczywiście zarówno ona, jak i Kuba zatrzymali dla siebie najstraszniejsze szczegóły tego zdarzenia. Nie wspomnieli o tym, że Antek był chwilę pod wodą i że stracił przytomność. Tylko Kaja miała pełen obraz sytuacji oraz tego, co by się mogło wydarzyć, gdyby nie chłopak, przez którego godzinę czyściła włosy z waty cukrowej.

Tymczasem ona sama miała problemy z zasypianiem. Gdy tylko zamykała oczy, widziała nieprzytomne ciało braciszka i wodę wylewającą się z jego ust. Dwa dni po wypadku miała straszny koszmar. Kiedy w końcu zmęczona zapadła w niespokojny sen, ponownie znalazła się nad jeziorem, ale tym razem nie widziała już tonącego Antka, tylko siebie. Olbrzymie drzewo zwisające nad taflą jeziora, oplatało ją swoimi grubymi gałęziami i próbowało wciągnąć pod wodę. Broniła się z całych sił, ale jak to we śnie, nie mogła się poruszyć ani wydusić z siebie słowa. Kiedy drzewo okryło ją w całości, a woda zaczęła wlewać się do ust, ktoś chwytał ją za rękę i wyciągał na powierzchnię. Obudziła się zlana mokrym potem i nim udało jej się dojść do siebie, ktoś wpadł do jej pokoju. Otworzyła oczy i zobaczyła Kubę, który rozglądał się niespokojnie po pomieszczeniu.

– Krzyczałaś – powiedział, zapewne by wyjaśnić swoje wtargnięcie do jej pokoju bez pukania.

– Śnił mi się koszmar. Śniło mi się, że tonę – odpowiedziała z wciąż walącym sercem.

– Kaja – rzekł w końcu. – To nie była twoja wina, ale przestań wreszcie spełniać jego zachcianki. To jeszcze gówniarz i nie musi robić wszystkiego, na co ma ochotę. To dlatego nie chciałem go zabierać ze sobą, bo on się w ogóle mnie nie słucha i robi co mu się żywnie podoba – powiedział, po czym wyszedł z jej pokoju.

Dziewczyna długo wpatrywała się w drzwi przed sobą i próbowała przemyśleć to, co usłyszała od starszego brata. Do tej pory uważała Kubę za głupiego nastolatka, który po prostu nie znosi Antka, bo ten przeszkadza mu w wygłupach z kolegami. Ale on najwyraźniej bał się o niego i to dlatego nie pozwalał mu na to wszystko, na co zgadzała się ona. To prawda, że Antek jako typowy pięciolatek jest nieposłuszny i bezmyślny. Nie ma sensu litować się nad nim i spełniać każdej jego zachcianki, a już na pewno nie takiej, która mogłaby doprowadzić do podobnej tragedii.

Wygląda na to, że to Kuba okazał się rozsądniejszy od niej. Zabrała Antka nad jezioro i pozwoliła mu się włóczyć wokół niego bez opieki.

Jednak w jednej sprawie brat nie miał racji – to była jej wina. Gdyby Antek utonął, Kaja chyba umarłaby z rozpaczy i poczucia winy. Rodzice nigdy by jej tego nie wybaczyli, a ona nie mogłaby mieć im tego za złe, bo przecież obiecała, że się nim zaopiekuje. Objęła się ramionami i poczuła wdzięczność do tego chłopaka, który uratował nie tylko jej brata, ale także ją. Uratował też jej rodziców i dziadków, i jeden Bóg wie, kogo jeszcze. Wraz z wdzięcznością pojawił się też wstyd i wyrzuty sumienia na wspomnienie ich pierwszego spotkania oraz tego, jak go wtedy potraktowała. Nawet mu nie podziękowała za to, co zrobił nad jeziorem. Przyrzekła sobie, że naprawi to przy najbliższej sposobności, bo inaczej nie zazna spokoju.

Kaja nie musiała długo czekać na sposobność, bo to sposobność znalazła ją. Kończył się dzień i tak jak każdego wieczora razem z dziadkiem i Antkiem wracali z pastwiska, z którego prowadzili dwie łaciate krowy.

Zbliżali się właśnie do drogi wjazdowej, kiedy go spostrzegła. Siedział na pniu ściętej akacji i opierał łokcie na kolanach, a w rękach trzymał jakiś przedmiot. Antek spostrzegłszy chłopaka, od razu do niego podbiegł. Zapytał go o coś, ale z tej odległości Kaja nie mogła dosłyszeć, o co chodziło. Zwolniła kroku i przepuściła dziadka przodem, aby mógł zagnać krowy do obory.

Chłopak potarmosił włosy Antka w ten znany tylko chłopakom sposób i zwrócił się w jej stronę. Antek podbiegł do dziadka, który wezwał go do siebie gestem ręki.

Paweł, jak zaczęła go już nazywać w myślach, uśmiechnął się do niej szeroko. W ogóle nie wyglądał jak ktoś, kto zaledwie przedwczoraj uratował czyjeś życie. A może robił to na tyle często, że w ogóle go to nie obeszło –pomyślała bez sensu. Z drugiej strony przecież nie wiedziała, jak powinna wyglądać taka osoba. Może właśnie tak, jak on.

– Cześć – powiedział, wciąż się uśmiechając. – Zapomniałaś czegoś zabrać przedwczorajszego dnia nad jeziorem?

Wyciągnął do niej rękę i dopiero wtedy Kaja zorientowała się, że to jej Napowietrzna wioska. Odebrała od niego książkę i przycisnęła ją do piersi.

– Cześć. Dzięki – powiedziała.

– Dobra jest? – zapytał.

Kaja nie zrozumiała jego pytania i zmarszczyła brwi.

– Książka. Czy jest ciekawa? – sprecyzował.

– A! Tak. To znaczy, nie wiem. Nie zdążyłam nawet jej zacząć, ale słyszałam, że jest dobra.

Stali tak chwilę w ciszy. Kaja przetrząsała głowę w poszukiwaniu jakiegoś tematu do rozmowy, bo zaczynało robić się dziwnie, ale jej umysł wypełniała olbrzymia pustka. Bała się, że Paweł zaraz odwróci się i odejdzie, a ona nie zdąży mu nawet podziękować.

– Dziękuję – wypaliła w końcu. – Za Antka – sprecyzowała. – Gdyby nie ty, nie wiem, co by się stało.

Oczy Pawła zrobiły się łagodne. Tak przynajmniej jej się wydawało.

– Nie ma za co – powiedział, wzruszając ramionami. – Wiem, jak to jest mieć młodsze rodzeństwo i musieć mieć oczy wokół głowy. – Zaśmiał się. – Nie da się ich upilnować.

Odpowiedziała mu niemrawym grymasem, przyciskając do siebie książkę.

– Ile masz rodzeństwa? – Zainteresowała się. Cieszyła się, że znaleźli jakiś temat do rozmowy, ponieważ nie chciała, żeby chłopak odchodził.

– Czworo, od takiego do takiego. – Zaznaczył ręką kilka stopni w powietrzu, poczynając od ziemi, a kończąc na swoim pasie.

– Nieźle. Chyba bym zwariowała, gdybym musiała się taką gromadką zająć. – Wyobraziła sobie Antka w czterech egzemplarzach i zrobiło się jej słabo.

Paweł zaśmiał się, ale po chwili spoważniał i włożył ręce do kieszeni szarych dresowych spodni. Dopiero teraz Kaja spostrzegła, że musiał wracać prosto z pola, ponieważ jego ubranie było ubrudzone ziemią. Paweł pochwycił jej spojrzenie i speszył się, odwracając wzrok. No nie – pomyślała spanikowana. – Brakuje tylko tego, żebym go zawstydziła.

– Przepraszam za tę watę – powiedział niespodziewanie, co ją zaskoczyło, bo Kaja już dawno o tym nie myślała.

– Nieważne. Już o tym zapomniałam. – Machnęła niedbale ręką. – Poza tym i tak nie miałam na nią ochoty.

– Będziesz tu całe wakacje? – zapytał, nie spuszczając z niej oczu.

Lekko ją to zawstydziło, bo jego intensywnie zielone oczy wydawały się przewiercać ją na wylot.

– Tak, razem z braćmi. Jesteśmy tu całe lato – powiedziała, ale w jej głosie pojawił się smutek, chociaż próbowała zabrzmieć optymistycznie.

– Nie podoba ci się tu?

– To nie tak. Po prostu się tu nudzę. Nikogo tu nie znam – dodała na swoje usprawiedliwienie.

– Teraz znasz mnie i nie pozwolę ci się nudzić. – Uśmiechnął się szeroko, pokazując dołeczki w policzkach, które tak bardzo ją zafascynowały.

Zaśmiała się, bo mówił, jakby był bardzo pewny swego. Podobało jej się to.

– Teraz muszę wracać. Pomagam ojcu w obrządkach – powiedział, ponownie wkładając ręce do kieszeni. – Ale jutro mogę cię zabrać w fajne miejsce. Urządzamy tam ognisko. Jeśli chcesz.

– Pewnie. – Zgodziła się bez wahania.

– Będę tu na ciebie czekał o szóstej. – Odwrócił się, żeby odejść, ale zanim to zrobił, posłał jej kolejny szeroki uśmiech.

Paweł

Mogłem chociaż przebrać te uwalone spodnie – pomyślał zły na siebie. Miał tylko nadzieję, że nie uznała go za brudasa, bo nim nie był. Ale na wsi przecież nie da się nie pobrudzić –myślał w drodze do domu.

Zgodziła się, kto by pomyślał. Uśmiechnął się sam do siebie. Odkąd ją zobaczył, nie mógł wyrzucić jej z głowy. Chociaż ona myślała, że poznali się dopiero wtedy, gdy on ją „niechcący” potrącił, nie była to do końca prawda. Zwrócił na nią uwagę już w kościele, kiedy co chwilę przywoływała do porządku swojego młodszego brata. Mrużyła groźnie oczy, co w ogóle na niego nie działało. Bardzo go to rozbawiło.

Kiedy tylko skończyła się msza, postanowił, że musi ją za wszelką cenę poznać. Mimo że znał z widzenia jej babcię i dziadka (przecież tutaj wszyscy się znali), nic nie wiedział o ich wnuczce.

Gdy dziewczyna chwyciła za rękę brata i z wielkim westchnieniem zaczęła oprowadzać go po straganach, postanowił, że to idealny moment na to, żeby przypadkiem na nią wpaść, albo niechcący ją szturchnąć i w ten sposób nawiązać znajomość. Niestety, jego plan wymknął się trochę spod kontroli, ponieważ nie wziął pod uwagę tego, że dziewczyna straci równowagę i wywróci się wprost na swojego brata, który chyba się potłukł i prawie rozbeczał. To ją mocno rozzłościło, ale Paweł mimo wszystko próbował ratować sytuację. Nie udało się – jej niebieskie oczy miotały w niego gromy. To były najładniejsze oczy, jakie w życiu widział, chociaż nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad takimi rzeczami.

Wściekła się, więc długo jej nie nagabywał, ale dzięki jej bratu dowiedział się przynajmniej, jak miała na imię. Kaja. Nigdy nie słyszał o takim imieniu, ale pewnie o wielu rzeczach jeszcze nie miał pojęcia. Stwierdził, że było to bardzo ładne imię, prawie tak samo ładne jak jej oczy. Jeśli miałby być naprawdę szczery, to nie było w niej nic, co nie byłoby ładne.

Od razu wypatrzył ją nad jeziorem, chociaż nie spodziewał się jej tam spotkać. Najwidoczniej jej młodszy brat zmusił ją do tego i w tamtej chwili Paweł postawiłby mu za to lody, o które tak go prosił. Obserwował ją niemal bez przerwy, aż raz czy dwa dostał po głowie od Piotrka, który zauważył, jak się na nią gapi i Paweł musiał coś naprędce wymyślić, żeby kumpel się od niego odczepił. Tylko dwa razy spuścił z niej wzrok, a było to wtedy, gdy wskakiwał z liny do wody.

Kiedy zauważył jak wstała z koca i zaczęła okrążać jezioro, ruszył w jej stronę, żeby jeszcze raz spróbować do niej jakoś zagadać. Był tuż za nią, gdy usłyszał krzyk jakiegoś dzieciaka. W pierwszej chwili nie zrozumiał, o co chodzi, ale kiedy Kaja wskoczyła do wody, od razu pojął, co się stało. Bez zastanowienia wbiegł na powalone drzewo i wskoczył do jeziora w miejsce, gdzie najprawdopodobniej wpadł jej brat. Znalazł go niemal natychmiast, bo jego spodnie zaczepiły się o wystającą gałąź. Głowę miał schowaną pod wodą, ale cała reszta znajdowała się na powierzchni.

Paweł szarpał się chwilę z gałęzią, ale w końcu mu się udało i razem z Antkiem podpłynął do konara. Podniósł gałąź i zobaczył Kaję. Przestraszoną i zapłakaną. Na ten widok coś ścisnęło go w sercu. Nie miał jednak czasu na pocieszanie jej i kiedy udało mu się wynieść dzieciaka na brzeg, od razu rozpoczął sztuczne oddychanie. Gratulował sobie, że wziął udział w zajęciach dotyczących pierwszej pomocy, które organizowano podczas ostatnich zawodów strażackich. Zrobił to z ciekawości i nigdy nie spodziewał się, że taka umiejętność kiedykolwiek mu się przyda.

Kiedy Antek się ocknął, Paweł chyba jeszcze nigdy w życiu nie poczuł takiej ulgi. Nie mógłby spojrzeć Kai w oczy, gdyby nie udało mu się go uratować. Zrobił to dla niej. Nie, żeby nie zrobił tego dla innego dziecka. Zrobiłby, ale w tej chwili w głowie miał tylko jedną myśl: Ona nigdy mi nie wybaczy. To było strasznie głupie, bo przecież to nie była jego wina. Prawie się nie znali, a mimo to w tamtej chwili tak właśnie czuł.

Kopnął przed sobą kamień, wchodząc na kamienny podjazd, który prowadził do drewnianego domu. Zamiast do drzwi, skierował się wprost na podwórze, żeby zająć się obrządkami, zanim ojciec zacznie drzeć gębę. Pewnie i tak zacznie, ale przynajmniej Paweł będzie czymś zajęty i nie będzie musiał na niego patrzeć. Ciemne i puste oczy ojca oraz jego wykrzywiona gniewem twarz to ostatnie rzeczy, o jakich chciał teraz myśleć, dlatego sięgnął po widły i zaczął wydzierać snopy siana z wielkiego stogu położonego na granicy z sąsiadami.

Kiedy skończył z obrządkami, na dworze zrobiło się już ciemno. Ojciec pojawił się na podwórzu, ale ku zaskoczeniu Pawła, nie odezwał się do niego. Paweł przyjął to jednocześnie z ulgą i niepokojem. Skoro nie przyczepił się o coś związanego z gospodarstwem, to na pewno wymyśli coś innego.

Gdy skończył pracę w oborze, wrócił do domu. Już w sieni poczuł smakowite zapachy. Nic nie jadł od śniadania i teraz umierał z głodu.

– Paweł, zrobiłeś wszystko? – zapytała od progu mama.

Jak zawsze wyglądała na umęczoną i smutną.

Odkąd tylko chłopak sięgał pamięcią, matka zawsze wyglądała na zmęczoną. Rzadko się uśmiechała i prawie nigdy nie widział jej naprawdę szczęśliwej. Zastanawiał się czasem, jaka była, kiedy miała tyle lat co on albo kiedy była dzieckiem. Podejrzewał, a właściwie miał pewność, że zaczęła być smutna, gdy poznała jego ojca. Jak inaczej wytłumaczyć to, że przy nim nigdy się nie uśmiechała albo że robiła to tylko wtedy, gdy znikał na kilka dni, kiedy wpadał w cug. Po jego powrocie nikt już się nie uśmiechał.

Paweł w takich chwilach znikał mu z oczu, bo dobrze wiedział, jak się to dla niego kończyło. Nie raz i nie dwa przekonał się o tym boleśnie. Matka dzwoniła wtedy do szkoły i informowała wychowawczynię, że Paweł jest chory i że nie będzie go przez tydzień na lekcjach. Tydzień, ponieważ w takim czasie zdążą zejść siniaki z twarzy, a po co dawać ludziom powód do gadania. Paweł podejrzewał, że i tak nikt by się tym nie zainteresował, ale jeśli miałoby to uchronić matkę przed dodatkowymi zmartwieniami, to niech tak będzie.

– Tak – odpowiedział krótko, siadając przy stole i biorąc na kolana trzyletnią Madzię, która wyciągała do niego małe rączki.

– A kury? – zapytała, odwracając się na moment od patelni, na której smażyły się naleśniki.

Zwabieni zapachami przybiegli do stołu siedmioletni Krzysio, pięcioletnia Agnieszka i najstarszy z tej trójki, dziewięcioletni Wojtek. Usadowili się na krzesłach i z niecierpliwością czekali na kolację. Każde miało widelec podniesiony w górę, jakby trzymało miecz. Pawła rozbawił ten widok. Wszyscy uwielbiali naleśniki.

– Tam, gdzie być powinny, czyli w kurniku – odpowiedział.

Zaskrzypiały drzwi i do domu wszedł ojciec. Zrzucił gumowce w przedsionku i skierował się prosto do łazienki, nie odzywając się słowem do nikogo.

Po kolacji Paweł umył się i padł zmęczony na łóżko. Chciał już zasnąć, bo nie mógł się doczekać jutrzejszego dnia, kiedy będzie mógł się zobaczyć z Kają. Oczywiście nie było żadnego zaplanowanego ogniska, bo był środek tygodnia i nikt nie miał na to czasu, ale to wcale nie oznaczało, że ognisko się nie odbędzie. Musi tylko podpuścić Piotrka i wszystko da się załatwić – pomyślał.

Kaja

Kaja obudziła się wraz z pierwszym pianiem koguta, a była to godzina piąta rano. Na zewnątrz świtało i nie było możliwości, żeby dziewczyna mogła ponownie zasnąć. Nie pomagało jej w tym także rozpamiętywanie wczorajszego spotkania z Pawłem, które zniwelowało jej poczucie winy za to, jak potraktowała go wcześniej i że mu nie podziękowała za uratowanie brata. Teraz czuła się już o wiele lżej i spokojniej. Nie mogła się także doczekać dzisiejszego ogniska, na które ją zaprosił.

Tej nocy nie nawiedziły jej już koszmary i mimo wczesnej pory była wypoczęta, a w tej chwili nawet podekscytowana możliwością poznania nowych osób. Pomimo tego, że trudno było jej zaprzyjaźniać się z rówieśnikami, czekała z niecierpliwością na wieczór.

Dzień wlókł się niemiłosiernie, czas prawie zatrzymał się w miejscu. Kaja skwapliwie wykonywała zajęcia powierzone jej przez babcię, takie jak zbieranie truskawek na ciasto, karmienie kur czy pomoc w sprzątaniu domu. Co chwilę zerkała jednak na zegarek, pospieszając w myślach jego wskazówki, ale te uparcie poruszały się w żółwim tempie, czym doprowadzały dziewczynę do szału.

Po okropnie długim dniu, nareszcie nadszedł wieczór. Kaja zapewniła babcię, że nie idzie na ognisko sama i że będzie jej towarzyszył Paweł, czym ją uspokoiła.

Wybiegła z domu, ale zanim wyłoniła się zza budynku, opanowała swój entuzjazm i wolnym krokiem pomaszerowała do miejsca przy ściętej akacji. Paweł już tam na nią czekał i gdy ją spostrzegł, jego twarz rozpromienił szeroki uśmiech. Kaja zaczynała lubić ten jego uśmiech.

– Cześć – przywitał się.

– Cześć – odpowiedziała, czując podekscytowanie.

– Gotowa? – zapytał.

– Pewnie. Gdzie idziemy?

– Pójdziemy do sadu kumpla. Tam, gdzie zawsze urządzamy ogniska.

Ruszyli szosą pozbawioną pobocza. Minęli zakręt oznakowany powyginaną barierką, z której wytarły się kolory ostrzegawcze. Wciąż było jasno i ciepło, ale wieś pomału szykowała się do snu. Ich przemarszowi towarzyszyło wściekłe ujadanie przydomowych psów.

Co chwilę mijały ich stada krów, traktory i zaprzęgnięte w konie wozy. Kaja wiedziała, że niedługo na tych samych wozach będą się piętrzyć snopy ze słomą, a jesienią – worki z ziemniakami i burakami. Życie na wsi płynęło zgodnie z prawami przyrody, na które składały się pory roku i zmieniająca się w okamgnieniu pogoda. Było im podporządkowane bezwarunkowo i ostatecznie. Nikt się temu nie sprzeciwiał i każdy poddawał się im bez walki. Tak zawsze było, i tak już pozostanie.

Skręcili w polną drogę, która biegła wśród sadów i pól. Dziewczyna wiedziała, że wiosną to miejsce było jak z baśni. Obsypane kwiatami drzewa tworzyły wtedy piękny, pachnący tunel, który wyglądał, jakby miał się nigdy nie skończyć.

– Jak tam twój brat? – zapytał nagle Paweł, wytrącając ją z tych romantycznych rozmyślań.

– Dobrze. Trochę się przestraszył i nie ma co się mu dziwić. Ale mam nadzieję, że szybko o tym zapomni – powiedziała, rozglądając się dookoła.

– To dobrze – odparł.

– Czy ktoś jeszcze będzie na ognisku? – zapytała, żeby podtrzymać rozmowę.

– Moi kumple Piotrek i Adam, i chyba Lidka, siostra Adama, ale tego nie jestem pewny – odpowiedział, wzruszając ramionami.

Kaja ucieszyła się, że nie będzie zbyt wielu osób, ale w jednej chwili przyszła jej do głowy myśl, że przecież nie wzięła niczego na ognisko. Ani kiełbasek, ani chleba, ani ziemniaków. Powiedziała o tym Pawłowi, gotowa zawrócić do domu i przynieść jedzenie, ale on złapał ją za rękę i zapewnił, że ma wszystko i wystarczy dla nich dwojga.

Poprowadził ją w stronę kolejnej ścieżki. Przecinała ona piaszczystą drogę, z której właśnie zbaczali. Przechodząc pod olbrzymią jabłonią, musieli się pochylić, żeby nie dostać gałęziami po oczach. Paweł przytrzymywał dla niej prawie każdą gałązkę, czym ją trochę rozbawił. Pewnie myślał, że Kaja jest strasznym mieszczuchem, który nie umie sobie poradzić z odrobiną przyrody.

Już z daleka zauważyła ogień i palenisko rozstawione na niewielkiej polanie w samym środku sadu. Gdzieniegdzie polanę porastały krzaki porzeczek i agrestu, a w oddali na pagórku w równych rządkach rosły krzaki malin, wciąż czekające na zbiory.

Kiedy zbliżyli się do ogniska, Kaja przyjrzała się towarzystwu. Dwóch chłopaków pochylało się nad płonącymi polanami i trącało je długimi kijami niczym znawcy. Nieopodal siedziała dziewczyna o brązowych włosach, związanych w krótki mysi ogon.

Znalazłszy się blisko ogniska, Paweł zaanonsował przybycie głośnym „jesteśmy”, a wtedy wszystkie oczy zwróciły się w ich stronę. Chłopacy podnieśli się z kolan i z krzywymi uśmiechami podeszli się przywitać.

Wyższy, szczupły chłopak o krótkich, brązowych włosach miał na imię Adam, a nieco niższy, o ciemnych, niemal czarnych włosach Piotrek. Dziewczyna, która przyglądała się jej w tej chwili z nieukrywaną wrogością okazała się siostrą Adama. Kaja, będąc pod ostrzałem nieprzyjemnego spojrzenia Lidki, miała przeczucie, że chyba jednak nie zostaną przyjaciółkami.

Paweł wskazał Kai miejsce na niewielkim pieńku i włączył się do ogradzania paleniska cegłówkami. Chłopcy dorzucali drewno i gałęzie, które zbierali nieopodal. Poszukiwali też odpowiednich patyków na kiełbaski. Paweł co chwilę odwracał się do niej, za co dostawał od chłopaków szturchańca w bok. Kaja nigdy tak naprawdę nie przyjaźniła się z chłopakami, co nie oznaczało, że nie chciała. Po prostu nigdy nie nadarzyła się ku temu okazja i teraz, przypatrując się wygłupom tych trzech, była pewna, że mogłaby się z nimi kumplować.

Lidka nie odezwała się do niej słowem, rzucała jej tylko ukradkowe spojrzenia. Kaja próbowała się nawet do niej uśmiechnąć, ale ona albo tego nie zauważyła, albo całkowicie to zignorowała. No cóż, nie będzie próbowała na siłę się z nią zaprzyjaźnić, skoro ona tego nie chciała.

– Upiec ci kiełbaskę? – zapytał uczynnie Piotrek, który przysiadł się do niej.

Kaja pokręciła głową.

– Dzięki, dam sobie radę.

Dołączył do nich Paweł. W ręku trzymał dwa zaostrzone na końcach kijki.

– To moje miejsce, spadaj. – Szturchnął Piotrka w kolano.

Piotrek udał, że się zasmuca i w odpowiedzi kopnął kolegę w trampka, ale chłopak nic sobie z tego nie zrobił.

Paweł zajął miejsce obok Kai i wręczył jej jeden z kijków, a potem otworzył przed nią foliowy woreczek z pokrojonymi kiełbaskami. Dziewczyna nadziała swoją i wsadziła ją w ogień. Oczywiście, od razu została pouczona przez wszystkich chłopaków, że źle robi, bo powinna trzymać ją wysoko nad ogniskiem, a nie w samym środku ognia. Przyjęła to z westchnieniem, ale zastosowała się do wskazówek.

Śmiali się i gawędzili aż do zmroku. Kaja nawet nie zauważyła, że zrobiło się ciemno. Poczuła za to na swoich obutych w sandały stopach chłodną, wieczorną rosę. Nikt nie chciał jeszcze wracać do domu, może z wyjątkiem Lidki, która odezwała się ze dwa razy i za każdym razem zwracała się jedynie do Pawła. Jednak robiło się już późno. Zanim zdecydowali się zagasić i tak już ledwie tlące się ognisko, wyciągnęli z niego przypieczone ziemniaki i zjedli je, co do jednego. Piotrek wymazał sobie całą twarz sadzą i udawał czarnoskórego. Paweł z Adamem śmiali się z tego do rozpuku, a Lidka nazwała go debilem.

Pożegnawszy się z resztą, Kaja i Paweł skręcili na asfaltową drogę. Chłopak co chwilę upominał ją, żeby trzymała się pobocza, bo nie było tu latarni. Opowiedział jej o kilku spektakularnych wypadkach, które wydarzyły się w tym miejscu, co wyjaśniało pogiętą barierkę ochronną na zakręcie.

Kiedy dotarli na podjazd domu dziadków Kai, przystanęli na chwilę przy ściętej akacji. Zapadła między nimi cisza, chociaż przez całą drogę śmiali się i opowiadali sobie zabawne historie.

– Chyba muszę już iść. Dzięki za zaproszenie. Było fajnie. – Przerwała w końcu milczenie.

– Super, że zgodziłaś się przyjść – odpowiedział, wciskając ręce w kieszenie spodni. – Przepraszam za Lidkę. Jest dziwna – powiedział po chwili.

Wyglądał na skrępowanego.

– Chyba mnie nie polubiła. – Kaja wzruszyła ramionami.

– Nie przejmuj się nią. Ona mało kogo lubi – powiedział zdecydowanie.

– Ciebie chyba lubi – powiedziała i w myślach kopnęła się za to w tyłek.

Nie chciała, żeby zabrzmiało to jak oskarżenie albo żeby wyszła na zazdrosną, albo coś równie głupiego. Paweł uśmiechnął się jedynie i kopnął jakiś kamień przed sobą.

– Niestety – powiedział w końcu.

Zaskoczyła ją ta odpowiedź, ale nie miała odwagi ciągnąć dalej tematu.

– Muszę już iść do domu, bo babcia będzie się martwiła – powiedziała, odwracając się w stronę budynku. – To cześć, Paweł.

– Cześć, Kaja – powiedział i wyglądał, jakby chciał coś dodać, ale zamknął usta.

Kiedy pchnęła drewnianą furtkę, usłyszała za sobą swoje imię i odwróciła się w tamtą stronę.

– Może znowu się spotkamy? Może jutro? – zapytał, a wyglądał przy tym, jakby był zdyszany albo przestraszony.

– Jasne, tylko o której? – powiedziała, próbując okiełznać zadowolenie.

– Jutro spróbuję się szybciej ze wszystkim wyrobić i przyjdę po ciebie tak około piątej, okej? – zapytał.

Przytaknęła skinieniem głowy i zamknęła za sobą furtkę, pokonując biegiem odległość do drzwi i szczerząc się przy tym od ucha do ucha.

*

Dni mijały z szybkością wyrzuconego z procy kamienia. Antek całkowicie zapomniał o zdarzeniu, przez które omal nie stracił życia, ale ani razu nie poprosił Kai o to, żeby zabrała go nad jezioro.

Niemal każdą wolną chwilę spędzała z Pawłem i jego kolegami. Razem organizowali ogniska, biegali po łące, zbierając o świcie pieczarki, szwendali się po pobliskim lesie i robili wycieczki rowerowe do sąsiednich wsi. Kaja starała się też poświęcać czas Antkowi, który nie miał tu żadnych przyjaciół, więc chodził znudzony i osowiały. Ożywiał się jedynie, gdy dziadek brał go ze sobą w pole i pozwalał mu jeździć na wozie.

Kaja chciała, żeby zaprzyjaźnił się z jakimiś dziećmi. W związku z tym zaproponowała Pawłowi, by w najbliższą niedzielę zabrał ze sobą rodzeństwo nad jezioro, gdzie dzieci będą mogły się razem pobawić. Chciała w ten sposób na nowo oswoić braciszka z tym miejscem. Bała się, że Antek do końca życia będzie miał traumę i nigdy nie wejdzie do wody. Miała również nadzieję, że sama oswoi się z jeziorem, ponieważ od tego feralnego dnia nie spojrzała w jego stronę, chociaż Paweł i reszta usilnie ją do tego namawiali.

Nawet Kuba zaoferował się, że potem dołączy do nich i będzie próbował nauczyć małego pływać. Musiał sobie doskonale zdawać sprawę z tego, że gdyby Antek posiadał taką umiejętność, zapewne nie doszłoby do tego wypadku. Babcia i dziadek nie byli nastawieni zbyt pozytywnie do tego pomysłu. Ostatecznie zgodzili się, ale babcia nakazała, że bez Kuby i Pawła, Kaja i Antek mają trzymać się z dala od wody.

Umówili się w samo południe i, kiedy Kai udało się w końcu przekonać Antka do wyjścia, zgarnęła pod pachę koc, placki sodowe nasmażone przez babcię i ruszyli w drogę.

Na miejscu zjawili się jako pierwsi i chociaż jak zwykle roiło się tu od dzieci, Kaja nie mogła nigdzie dostrzec ani Pawła, ani Kuby. Z daleka zauważył ją jednak Piotrek i podbiegł do niej.

– Cześć – przywitał się wesoło.

Podał rękę jej bratu, a tamten omal nie pękł z dumy, że został potraktowany tak poważnie przez niemal dorosłego chłopaka. Kaja zachichotała dyskretnie z wyrazu jego twarzy i mrugnęła porozumiewawczo do Piotrka, który zachował spokój.

– Nie mówiłaś, że będziesz nad jeziorem – powiedział Piotrek, gramoląc się obok niej na koc.

– Nie pytałeś – odpowiedziała przekornie. – Umówiłam się z Pawłem, który miał przyprowadzić rodzeństwo, żeby mały mógł się z kimś pobawić – dodała.

– Aha – skomentował. – A gdzie on w ogóle jest? Nie widziałem go od czwartku – powiedział.

– Nie wiem. Też ostatni raz widziałam go w czwartek – odpowiedziała i zaczęła się niepokoić.

Paweł nie