Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 378 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Słodkie życie - Krystyna Mirek

Kornelia Rudzka wreszcie opuszcza dom rodzinny. Nie jest to łatwe, jeśli spędziło się w nim prawie 30 lat. Kornelia nie wierzy w siebie, wyprowadzka to dla niej trudny krok. Na szczęście dziewczyna ma kilka pięknych marzeń, które dodają jej skrzydeł. Przed nią wielkie wyzwania, kilka trudnych decyzji i walka z własnymi słabościami. Dziewczyna spotyka na swojej drodze życzliwe osoby, dzięki którym to, co wydaje się trudne, staje się możliwe. Okazuje się, że wystarczy otworzyć serce na świat i ludzi wokół, aby wypełnić dojmującą pustkę i poczuć się mniej samotnym.

Tak właśnie wygląda życie. Wszyscy musimy przedrzeć się przez gąszcz życiowych wyborów, by kiedyś wreszcie, w jednej chwili, poczuć słodki smak życia…

Opinie o ebooku Słodkie życie - Krystyna Mirek

Fragment ebooka Słodkie życie - Krystyna Mirek

ROZDZIAŁ 1

Gdyby nie fakt, że tej nocy psu sąsiadów zebrało się na amory, życie Kornelii Rudnickiej potoczyłoby się zupełnie inaczej. Rano poszłaby jak zwykle do pracy i tam odebrała codzienną porcję przykrości. Wszystko, co ważne, swoim zwyczajem odłożyłaby na później, sądząc, jak wielu innych ludzi, że ma jeszcze mnóstwo czasu.

Ale tej pamiętnej nocy pies poczuł wolę bożą i wył jak wściekły w swoim boksie, domagając się wypuszczenia na wolność. Sąsiad wyjechał zapewne do swojej najnowszej narzeczonej, bo też był w romansowym usposobieniu, więc pies nie doczekał się żadnej reakcji ze strony właściciela. Odpowiadali mu tylko inni towarzysze niedoli powiązani na łańcuchach lub zamknięci w sąsiednich ogrodach. Koncert trwał do piątej nad ranem.

Zabiorę cię kiedyś – postanowiła po raz tysięczny Kornelia, słuchając żałosnego ujadania psa, choć dobrze wiedziała, że nie starczy jej odwagi, by zmierzyć się z aroganckim właścicielem zwierzaka. Raz spróbowała i do tej pory na samą myśl o konfrontacji w gardle wiązał jej się supeł nie do przełknięcia.

Kiedy psy w końcu ucichły, Kornelia, umęczona przewracaniem się w pościeli i bezskutecznymi próbami zdystansowania się do sytuacji za oknem, zasnęła stalowym snem.

Śniło jej się, że naprawdę żyje.

Jest szczęśliwa i zakochana. Realizuje marzenia, snuje plany. Ta wizja pochłonęła ją do tego stopnia, że nie usłyszała dzwoniącego kilkakrotnie budzika ani porannego rozgardiaszu na parterze. Rodzina jadła śniadanie, stukały obcasy, szumiała woda w rurach, a pod oknami domu trzaskały drzwiczki samochodów. W końcu i to ucichło.

Kornelia przewróciła się na drugi bok. We śnie każdy może być, kim tylko zechce. Czasem ten senny świat nie zamierza współpracować i funduje człowiekowi jakiś koszmar, ale bywa, że przenosi nas do alternatywnego życia. Tam właśnie znajdowała się Kornelia.

Była szczupłą, atrakcyjną brunetką i mieszkała w domu z drewnianym gankiem, który zaprojektował jej mąż, ozdabiając go jedynymi w swoim rodzaju rzeźbionymi ornamentami. Była absolutnie szczęśliwa. Wykonywała jakiś pasjonujący zawód, miała dwóch synów, cudnie kwitnący ogród i wymarzonego mężczyznę u boku.

Kiedy wreszcie otworzyła oczy, przez chwilę trwała w upojeniu, delektując się tym przyjemnym uczuciem, po czym, mocno rozespana i w związku z tym przekonana, że musi być jeszcze bardzo wcześnie, sięgnęła po telefon. Spojrzała na wyświetlacz i przez chwilę nie mogła zrozumieć odczytanej informacji. Dziesiąta trzydzieści.

Dziwna godzina – pomyślała jeszcze nie całkiem przytomnie.

Jest sobota – uspokoiła się, nie znajdując chwilowo innego wytłumaczenia.

Spojrzała ponownie i momentalnie otrzeźwiała. Szesnaście nieodebranych połączeń z pracy. To nie była żadna sobota, tylko zwyczajna cholerna środa, koniec września.

Kornelia już dawno powinna być w szkole. Od siódmej czterdzieści pięć pełnić dyżur na korytarzu, a potem przez osiem godzin bez wytchnienia prowadzić zajęcia, znosząc ze sztucznym, siłą przyklejonym do twarzy uśmiechem wszystko, co dzień przyniesie, czyli jak zwykle rzeczy nieprzyjemne albo przykre.

Przez moment trwała w apatii, wpatrując się w wyświetlacz smartfona. Nie miała pojęcia, co dalej robić.

Pierwszy raz w życiu spóźniła się do pracy. Od dziecka była punktualna i świetnie zorganizowana. Tego wymagała od niej mama. Martyna Rudnicka, która pracując jako pedagog w miejscowej szkole podstawowej, na własnych dzieciach testowała wszystkie koncepcje wychowawcze i nie akceptowała żadnej skazy na idealnym wizerunku potomstwa. Tylko wygląd Kornelii musiała jakoś przełknąć. Choć nie można jej zarzucić, że nie walczyła. Opowiadała na prawo i lewo, jak wspiera córkę psychicznie i ile kilogramów dziecko schudło w ostatnim miesiącu. A dziecko dostawało gęsiej skórki od tych publicznych wyznań. Połykało w samotności łzy i kolejne batoniki, a waga wbrew zapewnieniom mamy ciągle rosła.

Aktualny wynik wynosił dziewięćdziesiąt pięć kilogramów, co przy wzroście Kornelii oznaczało solidny obwód w talii. A przecież dziewczyna była jeszcze młoda. Do której kreseczki podskoczy strzałka wagi za pięć czy dziesięć lat?

Buka, wieloryb, krążownik, czołg, tankowiec – to były te bardziej eleganckie określenia, jakie słyszała od uczniów. Niestety nie jedyne. Były też takie, jak prosię, beka, wieprz i wiele innych, o których starała się zapomnieć.

Nie bez trudu podniosła ciężkie ciało z łóżka. Usiadła na krawędzi i spuściła głowę.

W szkole pewnie radość – pomyślała.

Nie ma większego święta w liceum niż choroba nauczyciela fizyki. Na cały rocznik uczniów liczący ponad sto osób fizykę lubiły co najwyżej sześć. Można więc przyjąć, że Kornelię darzyło sympatią niewielu. Wcale się temu nie dziwiła, sama czuła do siebie wyłącznie pogardę, nie przepadała też za swoimi uczniami, a oni odwzajemniali jej uczucia z nawiązką. Byli bandą przemądrzałych, szczupłych i w przeważającej mierze zakochanych nastolatków. Zazdrościła im wszystkiego.

Wsunęła pulchne stopy w wielkie pantofle i owinęła się szczelnie szlafrokiem szerokim niczym płótno namiotowe.

Westchnęła z rezygnacją na samą myśl o konieczności wykonania telefonu do pracy. Potrafiła sobie wyobrazić, co tam się teraz dzieje. Jakby słyszała te wszystkie komentarze: „Taka sensacja. Pani Rudnicka nie przyszła do pracy i, wyobraź sobie, nawet nie zadzwoniła!”.

Dwie wicedyrektorki, wyrywając sobie nawzajem z rąk księgę zarządzeń, zapewne ustalają naprędce zastępstwa, o każdym ruchu długopisu szczegółowo informując dyrektora, żeby wiedział, jak bardzo są niezastąpione. Co drugie napisane słowo robią przerwę na wygłoszenie sążnistego komentarza na temat niekompetencji pani Rudnickiej i licznych zastrzeżeń do jej pracy. A wszystko tylko dlatego, że Kornelia od lat, choć nielubiana przez uczniów, miała najwyższe wyniki egzaminów i każdego roku przynajmniej jednego olimpijczyka z wysoką lokatą. Błąd. Nie do wybaczenia. W niektórych środowiskach bycie najlepszym to niebezpieczne zajęcie.

Na samą myśl, że ma zadzwonić do sekretariatu, cierpła jej skóra. Po krótkim namyśle wysłała więc tylko wiadomość: „Jestem bardzo chora, przepraszam, że dopiero teraz piszę. Dam znać, kiedy już będę wiedzieć, jak długo to potrwa. Po południu mam wizytę u lekarza”.

Nie było to do końca uczciwe, ale co miała zrobić… Musiała jakoś wyjść z tego z twarzą. O pracę teraz trudno, niż demograficzny, likwidacja etatów, a żyć z czegoś trzeba, zwłaszcza kiedy jest się kobietą samotną, mieszkającą kątem u rodziców i zdaną wyłącznie na siebie.

Postanowiła pójść prywatnie do jakiegoś lekarza i wyprosić ze trzy dni tak zwanego lewego chorobowego. Akurat wystarczy do końca tygodnia. Nawet nieźle się składało.

Od miesięcy miała zamiar przebadać się u ginekologa, bo cykle w ostatnim roku dziwnie jej się rozregulowały. Czasem trwały tylko dwa tygodnie, innym razem półtora miesiąca. Nie martwiła się tym zbytnio, wszystkie fizyczne dolegliwości zrzucając, jak zawsze, na karb tuszy. Ale chciała mieć pewność, że jest zdrowa. Wciąż nie traciła jeszcze nadziei, że znajdzie się jakiś desperat, który zechce z nią zamieszkać i dać jej dzieci.

Miała trzydzieści lat. Dziewczyny w jej wieku robiły kariery, chodziły na siłownię i zmieniały partnerów z prawie równą częstotliwością jak wkłady w ekspresie do kawy. One wciąż się bawiły, ale jej zegar biologiczny został wyregulowany według innych standardów. Rozpaczliwie pragnęła prawdziwej miłości. Rodziny.

Gotowa była poślubić kogokolwiek. Niestety, żaden, nawet najbardziej pryszczaty, najmniejszy, najchudszy czy najgłupszy mężczyzna nigdy nie zwrócił na nią uwagi, choć przecież nie sposób było przeoczyć ją w towarzystwie. Wyróżniała się zdecydowanie okazałą posturą.

Powlokła się do łazienki.

Poczuła wielką ulgę na myśl o wolnym dniu. Tym bardziej że była środa.

Na dzisiaj miała zaplanowaną rozmowę z Leonardem Kordasem. Dałaby sobie rękę uciąć, że jego matka wybrała mu to imię na dobrą wróżbę, po najsławniejszym geniuszu wszechczasów. Plotka głosiła, że kiedy chrzczono niemowlę, jego ojciec – sam niespełniony artysta – włożył mu do becika dwa pędzle. W pewnym stopniu sztuczka się udała. Leo – bo tak go wszyscy nazywali – był wziętym malarzem, cenionym artystą i jednocześnie przemądrzałym samotnym ojcem.

Kiedy Kornelia usłyszała, że żona Kordasa wyjechała, zdziwiła się początkowo, choć równocześnie doskonale rozumiała decyzję kobiety. Ten mężczyzna był wyjątkowym oryginałem. Przystojny i czarujący, ale czasem wkurzający do granic. Podejrzewała, że ta mieszanka na co dzień okazywała się nie do zniesienia. Jej opinia nie miała jednak dla tego mężczyzny żadnego znaczenia. Spotykali się wyłącznie służbowo.

Była wychowawczynią jego syna. Swojej klasy i obowiązków wychowawcy nienawidziła, o ile to możliwe jeszcze bardziej niż nauczania fizyki. Kochała swój kierunek studiów, zgłębianie zawiłych kwestii, odkrywanie tajemnic wszechświata. Fizyka była bliższa magii, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Zawiłe obliczenia zbliżały do istoty stworzenia. Ale nie w liceum. Tu wytłumaczenie najprostszego wzoru graniczyło z cudem. Kornelia nie miała cierpliwości dla zbuntowanych lub znudzonych nastolatków, ci odpłacali jej niechęcią, a ona nie wiedziała już, jak przerwać ten zaklęty krąg.

A ze wszystkich uczniów jej klasy najgorszy był Daniel Kordas. To on wiódł prym w wymyślaniu nędznych dowcipów i głupich komentarzy. Nie można go było nawet zostawić na drugi rok w tej samej klasie (żeby choć na chwilę zszedł z oczu), bo niestety był świetny z fizyki. Prócz wrodzonej błyskotliwej inteligencji i ciętego języka Daniel miał jeszcze swojego roszczeniowego, aroganckiego ojca – miejscowego artystę. A Leonard Kordas wiedział, jak korzystać ze swojej popularności. Uważał też, że polski system szkolnictwa jest do niczego i postawił sobie za cel poinformowanie Kornelii o wszystkich jego absurdach, tak jakby sama ich nie dostrzegała.

Jednak najbardziej upokarzający w tym wszystkim był fakt, że wbrew zdrowemu rozsądkowi Kornelia od pierwszego wejrzenia zakochała się w tym mężczyźnie głupią, naiwną, pozbawioną szans miłością. Leo drażnił ją, irytował, a jednocześnie pociągał. I była wobec tego uczucia zupełnie bezradna.

Na szczęście nikt nie znał jej tajemnicy.

Bardzo dobrze się stało, że zaspałam – pomyślała. – Rozmowę przeprowadzi tym razem dyrektor i to on dowie się, jak słabo współczesna szkoła przygotowuje do życia młode pokolenie.

Spotkania z ojcem Daniela, wzywanym ze względu na liczne występki syna dość często, sporo ją kosztowały, a jednak nigdy żadnego nie opuściła. Siadała w jakiejś pustej sali za biurkiem, patrzyła, jak Kordas mości się wygodnie w pierwszej ławce, i słuchała jego słów, z trudem znajdując na nie sensowne odpowiedzi. Leonard nawet na nią nie patrzył, a jeśli już, to jak na istotę pozbawioną zupełnie cech płciowych. Na jej roztargnienie reagował irytacją i wiecznie zgłaszał do jej pracy jakieś zastrzeżenia. Co mu miała powiedzieć? Że nie radzi sobie z jego błyskotliwie inteligentnym synem, który nie przepuści najmniejszej okazji, by jej dokuczyć? Że w konfrontacji z gromadą przemądrzałych i pewnych siebie nastolatków gubi drogę do miejsca, gdzie zgromadzona jest cała jej wiedza? Nie potrafi znaleźć ciętej riposty, choć nie brakuje jej inteligencji, poczucia humoru ani danych? Czy miała mu powiedzieć o tym, jak bardzo ją to boli, i dodać, że czasem nachodzi ją pokusa, by posłużyć się tradycyjnym orężem nauczycieli i dać chłopakowi jedynkę (choć przecież gardziła takimi metodami)? Czy może o marzeniu pielęgnowanym od lat, by Leonard zobaczył w niej kogoś więcej niż nieudolną nauczycielkę… Kobietę godną jego uczuć.

Z oczywistych względów milczała, bo żadna z tych kwestii nie nadawała się do głośnego wypowiedzenia, a on odchodził rozdrażniony i zniechęcony kolejną taką samą, nudną i nic niewnoszącą do sprawy rozmową.

Tym razem wezwała Kordasa, bo od początku nowego roku szkolnego się nie pokazał. A skarg nie brakowało, mimo że był dopiero koniec września. Daniel dostarczał powodów każdego dnia. Mogłaby długo referować zastrzeżenia przekazane ostatnio przez innych nauczycieli. Ale cieszyła się, że spotkanie ją ominie. Nie miała złudzeń co do tego, że przebiegałoby dokładnie tak, jak poprzednie. Leo Kordas z właściwym sobie wdziękiem odparłby wszystkie jej zarzuty.

Przy okazji zwolnienie chorobowe sprawiało, że przepadało jej sporo lekcji i zajęć dodatkowych, dwie godziny kółka, kilkanaście dyżurów na korytarzu, jedna konferencja i poprzedzające ją nudne spotkanie w zespole przedmiotowym.

Trzy dni wyzwolenia od codziennego koszmaru.

Tak właśnie wyglądało jej życie. Toczyło się od jednej przerwy świątecznej do drugiej. W jej sypialni najważniejsze miejsce zajmował kalendarz, a na nim codziennie skreślane okienka. Do kolejnego długiego weekendu. To wcale nie oznaczało, że te wolne dni były jakoś szczególnie fascynujące. Po prostu telewizor, komputer, łzawe powieści i… tony słodyczy. Nieważne, czy święto było kościelne, czy państwowe – wszystkie spędzała według tego samego schematu.

Tę dość nędzną i pełną frustracji wegetację Kornelia pędziła w doskonale zorganizowanym domu rodziców, bez szans na samodzielność. Pracowała od ośmiu lat i co miesiąc próbowała odłożyć coś na mieszkanie. Ale ceny nieruchomości wciąż rosły i kobieta była w tym wyścigu z góry skazana na porażkę, tym bardziej że większość jej dochodów pochłaniało jedzenie.

Mówi się, że zdrowa żywność jest droga, ale niech ktoś spróbuje żywić się naprawdę niezdrowo… Ze zdumieniem przekona się, że koszty są jeszcze wyższe. Jeden marny batonik, który pochłaniała dwoma kęsami, kosztował prawie trzy złote. A żeby wieczorem uspokoić wzburzony żołądek, tęskniące za miłością serce i ciało szarpane nigdy niezaspokojonymi potrzebami, musiała ich zjeść kilka, a do tego ze dwie paczki ciastek i jakąś bułkę. To wszystko oczywiście już po oficjalnej kolacji, którą spożywała na parterze, we wspólnej kuchni, w towarzystwie rodziny. Tam jadła razowy chleb z liściem sałaty i popijała wodą mineralną, okraszoną wyłącznie estetycznym plasterkiem cytryny, lub gorzką herbatą, od której miała mdłości. Plecy trzymała wyprostowane, łokcie przy sobie. Wypowiadała się pełnymi zdaniami i grzecznie słuchała codziennych wieści o sukcesach starszego rodzeństwa i taty. Udawała, że u niej także wszystko w porządku, choć dobrze wiedziała, że nikt jej nie wierzy.

* * *

Poczłapała ciężko w stronę łazienki. Małe pomieszczenie na poddaszu, przeznaczone tylko dla niej, miało jedno malutkie lusterko. Wystarczało, by zobaczyć kawałek twarzy, wykonać makijaż i zwinąć długie włosy w byle jaki węzeł. Lustra, w których widać było coś więcej, wpędzały ją w depresję.

Jak zawsze napełniła wannę do połowy, dodała sporo płynu do kąpieli i weszła do środka. Poziom piany natychmiast podniósł się aż do samych krawędzi.

Oszczędnie – pomyślała z satysfakcją.

Jej szczupła siostra i jeszcze szczuplejsza szwagierka, żeby się w pełni zanurzyć, potrzebowały dużo więcej wody.

Jakie to nieekologiczne – skrzywiła się z nieszczerą przyganą.

Łzy natychmiast pociekły jej po policzkach.

Też zasilą poziom wilgotności w przyrodzie – dodała w myślach.

W wannie płakała właściwie zawsze. Chowała się w obłoczkach pachnącej piany, próbując zapomnieć o tym, jak wygląda, ale i tak, żeby się umyć, musiała dotknąć zwalistych ud, dwóch wielkich fałdów skóry na brzuchu, potężnych i obwisłych piersi. Dla niej samej było to nieprzyjemne, a co dopiero dla kogoś obcego. Każda, nawet najbrzydsza kobieta może umówić się z mężczyzną, zgasić światło i ukryć w delikatnym świetle świecy wszelkie mankamenty urody. Ale takiej nadwagi nie dało się zatuszować żadnym sposobem.

Powtarzała sobie każdego dnia, że powinna wziąć się w garść. Tego poranka również, jak przez wszystkie poprzednie lata, postanowiła wreszcie to zrobić. Ale w głębi serca dobrze wiedziała, że nic z tego nie wyniknie. Nie miała nawet pomysłu, od czego można by zacząć. Uprawiać sportu z taką liczbą kilogramów nie była w stanie. Męczyła się po dwóch minutach, a głód sprawiał, że mdlała, więc wszelkie diety też odpadały w przedbiegach.

Westchnęła tylko ciężko i, starając się myśleć o czym innym, umyła się i dokładnie wytarła.

Pół godziny później, ubrana w szeroki czarny podkoszulek i spodnie na gumce, zeszła do kuchni. Na szczęście nikogo już nie było w domu. Siostra pojechała skoro świt kontynuować błyskotliwą karierę w banku, dzięki której już niebawem miała stać się właścicielką własnego mieszkania, brat pilnował ostatnich prac przy budowie swojego domu, a jego żona zawiozła dzieci do przedszkola i w tym samym liceum, w którym pracowała Kornelia, od rana w natchnieniu uczyła polskiego. Bratowa lubiła swoją pracę, ale nie ma się czemu dziwić. Uczniowie patrzyli w nią jak w obraz. Na lekcjach siedzieli grzecznie, chętnie się odzywali, uśmiechali nawet. Jakby to były zupełnie inne dzieci… A przecież obie kobiety uczyły w tych samych oddziałach.

Kornelia po raz tysięczny próbowała zrozumieć ten fenomen. Agnieszka zapominała podstawowych dokumentów, wciąż miała jakieś zaległości, czasem nie wiedziała nawet, jaki jest dzień tygodnia, a wszyscy ją cenili. Tymczasem Kornelia, doskonale realizująca program, wiecznie była na szarym końcu rankingowych list popularności i gdyby nie wyniki nauczania dyrektor pewnie już dawno by ją zwolnił. Bo to jedno ją tylko ratowało. Krwią i blizną wpychała fizykę do głów i była w tym skuteczna. Tylko jakim kosztem?

Usiadła przy stole i podniosła talerz. Na półmisku jak zwykle czekało śniadanie. Mama robiła je, odkąd Kornelia sięgała pamięcią. Wysokokaloryczne, ale pyszne. Mama była zdania, że ludzie, którzy się odchudzają, powinni jeść pożywne posiłki rano, żeby ich w ciągu dnia nie męczyły pokusy. W przypadku Kornelii to się zupełnie nie sprawdzało.

Pochyliła się nad kolorowymi kanapkami i przez ułamek sekundy trwała w postanowieniu, żeby je odłożyć i zmienić coś wreszcie. Ale szybko się poddała. Nie zjeść tego śniadania, oznaczało narazić się na zarzut niewdzięczności – to po pierwsze. Po drugie wymagało to posiadania o wiele większej siły woli niż ta, którą w godzinach porannych dysponowała Kornelia.

* * *

Leonard Kordas klął pod nosem, stojąc w korku na źle zaprojektowanym, beznadziejnie wykonanym i zbyt małym parkingu pod szkołą podstawową. Przed momentem zatrzymał się, by wysadzić młodszego syna, i teraz bezskutecznie próbował wyjechać. Ze zdenerwowania zaciskał dłonie na kierownicy i całą siłą woli powstrzymywał się, by nie trąbić co kilka sekund i nie wrzeszczeć na wszystkich wokół. Był rozdrażniony, jeszcze zanim na dobre się obudził, ale to akurat od jakiegoś czasu stało się u niego normą. Denerwowała go konieczność wstawania o nieludzko dla niego wczesnej porze, irytowały poranne zmagania jego synów, mające na celu pozbieranie wszystkich rzeczy koniecznych do wyjścia z domu. Wciąż czegoś brakowało, więc albo wszyscy szukali w pośpiechu, miotając się po pokojach, albo wrzeszczeli na siebie nawzajem, zrzucając jeden na drugiego winę za ewidentny chaos panujący w domu.

Organizacja codziennych obowiązków szwankowała, to fakt. W tym domu ewidentnie brakowało tak zwanej kobiecej ręki, ale z drugiej strony to nie do uwierzenia, o ilu sprawach musi pamiętać przeciętny siedmiolatek każdego poranka. Dzisiaj na przykład pierwszoklasista Michał musiał zgromadzić przed wyjściem: plakat na angielski na sporym arkuszu papieru, strój na zajęcia wychowania fizycznego, tratwę z patyków, którą wspólnie z bratem robił wczoraj na zadanie domowe, kluczyk do szafki, drugie śniadanie, picie, kurtkę, buty i kamizelkę odblaskową, której brak zawsze był skrupulatnie odnotowywany przez dyżurującego nauczyciela. I tak codziennie.

Prawie nigdy nie udawało się skompletować wszystkiego. Najgorszy był kluczyk do szafki. Mimo iż przywiązywali do niego kolorowe smycze, sporych rozmiarów breloczki i odblaskowe maskotki, wiecznie gdzieś się gubił. Dzisiaj też musieli przekopać cały pokój, żeby go odnaleźć głęboko pod łóżkiem.

Leonard zgrzytnął zębami i ponownie zacisnął dłonie na kierownicy. Musiał się mocno spiąć, żeby nie opuścić szyby i nie powiedzieć dosadnie pozostałym kierowcom, co myśli o tym wszystkim. Spojrzał na zegarek. Dziesięć po ósmej.

Jasna cholera – zaklął po raz tysięczny.

Okropna wychowawczyni jego starszego syna już zapewne zaczęła lekcje i teraz trzeba będzie na nią czekać pół godziny. Nauczyciele zawsze myślą, że rodzice mają czasu jak lodu i o niczym innym nie marzą, jak tylko o tym, żeby wystawać godzinami pod szkołą, a potem dowiadywać się samych przykrych rzeczy o własnym dziecku.

Pani Rudnicka wprawdzie nigdy niczego konkretnego nie miała do zarzucenia Danielowi, ale dziwne aluzje i wiecznie skwaszona mina wyraźnie dawały do zrozumienia, że różne sprawy nie zyskują jej aprobaty, tylko z jakiegoś powodu nie chce o nich głośno mówić. To było właśnie najgorsze. Najbardziej na świecie Leo nienawidził odgadywać, co jakaś kobieta może mieć na myśli.

W końcu wyjechał spod podstawówki i po chwili stanął na szerokim, o tej porze prawie pustym parkingu pod liceum. Wyłączył silnik. Zaciskał dłonie na kierownicy, po czym prostował palce i znów zaciskał. Próbował się bezskutecznie uspokoić. Trwało to dobrą chwilę. W końcu nie wytrzymał i uderzył pięścią w sam środek. Klakson mocno zatrąbił.

Szlag by to trafił. Zawsze mu się to przydarzało, kiedy pragnął chwili spokoju. Robił łomot na całą okolicę. Kiedy chciał w nocy wejść do domu niepostrzeżenie, by nie obudzić synów, zawsze się napatoczyło jakieś wiadro, w które musiał wleźć, albo pęk kluczy spadający z hukiem i stawiający cały dom na nogi. Teraz też nie było na ulicy człowieka, który by się nie obejrzał. Leo kochał małe miasteczka z ich specyficzną atmosferą, ale w tym momencie wolałby znajdować się w Warszawie, gdzie wszyscy są anonimowi i człowiek ma święty spokój.

Wziął głęboki oddech i policzył do dziesięciu. Niewiele pomogło.

Minuty dłużyły się bardzo, a myśli, jakby ciągnięte niewidzialną liną, wracały do prawdziwej przyczyny jego zdenerwowania. Nie chodziło ani o zakorkowany parking pod szkołą podstawową, ani nawet o zaplanowane na dzisiaj spotkanie z panią Rudnicką. Prawdziwą przyczynę stresu stanowiła jak zwykle jego żona-nie-żona.

W tym temacie jego myśli zachowywały się jak rosyjska wańka-wstańka. Ilekroć próbował naprowadzić umysł na inny temat i na chwilę udawało mu się oderwać od ponurych rozważań, zaraz powracały do punktu wyjścia.

Cholerne weekendowe wesele kuzynki – pomyślał ze złością, w ostatniej chwili powstrzymując dłoń przed kolejnym niekontrolowanym uderzeniem w klakson.

Sprawa była naprawdę okropnie stresująca. Chętnie wcale by nie poszedł, wykręcając się byle pretekstem, ale dobrze widział, że Michaś bardzo czeka na spotkanie z mamą, a i Daniel tylko udaje, zresztą dość nieumiejętnie, totalną obojętność dla sprawy.

Trzeba się będzie stawić na miejscu i to w pełnej zbroi. Tak, żeby nikt się nie zorientował, a w szczególności Lena, bardzo jak bardzo czują się porzuceni i jak okropnie boli ich fakt, że mama i żona pewnego dnia naprawdę to zrobiła. Po prostu spakowała się i odeszła.

Chciała się… realizować.

To takie modne słowo-wytrych. Tak ładnie się nim tłumaczy zwykłe tchórzostwo i brak odpowiedzialności. – Miał ochotę szpetnie zakląć. – Twierdziła, że rodzina i powtarzalna do bólu szara rzeczywistość ją tłamszą. Ponoć potrzebowała chwili wytchnienia. Rozumiał to. Sam znalazł w sieci, a potem zaproponował jej to cholerne szkolenie w zakopiańskim spa na temat odkrywania tajemnic kobiecości i określana życiowej drogi.

Okazało się diabelnie skuteczne. Lena rzeczywiście odnalazła tam pomysł na życie. Spakowała walizki i zostawiła dom, żeby szukać samorealizacji. Cokolwiek miałoby to oznaczać. A teraz, po miesiącu, zamierzała zabrać dzieci.

Leonard zgrzytnął zębami. Kochał swoich synów. Kochał też nadal swoją okropną, kapryśną żonę, która go zostawiła. Naprawdę nie wiedział, jak mogła to zrobić.

Wysiadł z samochodu, trzasnął mocno drzwiczkami i ruszył w stronę wejścia do szkoły. Biada wychowawczyni, jeśli wzywała go dzisiaj z błahego powodu.

Wszedł do środka i znajomym korytarzem skierował się pod pracownię fizyczną.

– Pan do pani Rudnickiej? – zapytała go przechodząca nauczycielka.

– Tak – odparł niechętnie. Miał wrażenie, że wszyscy go tutaj osądzają i z pewnością wiedzą o nim więcej, niż chciałby ujawnić. Gorzej niż w szkole czuł się tylko w urzędzie skarbowym.

– Pani Rudnickiej dzisiaj nie ma – powiedziała nauczycielka uprzejmie. – Zachorowała. Zapraszam do pana dyrektora.

– Dziękuję za informację. – Leonard ucieszył się jak dziecko. – A z zaproszenia na razie nie skorzystam. Nie ma potrzeby zajmowania cennego czasu pana dyrektora – tłumaczył, szybko oddalając się spod drzwi pracowni. – Umówię się z panią Rudnicką, kiedy wróci. Do widzenia – pożegnał się.

Odwrócił się na pięcie i wyszedł, powstrzymując się siłą woli, żeby nie biec w podskokach.

Dzień dobroci dla rodziców. Chora wychowawczyni. To się nazywa prawdziwy prezent od losu.

ROZDZIAŁ 2

Lekarz przyjął ją tuż po dwunastej. Badanie, jak wszystko w jej życiu, było jednym wielkim upokorzeniem. Rozbieranie, wychodzenie zza parawanu, wspinanie się na fotel ginekologiczny. Tym bardziej że wszystko trwało dość długo, bo lekarz w nieskończoność coś sprawdzał, badał, naciskał brzuch i tak w kółko, aż w końcu zrobiło jej się naprawdę słabo. Wreszcie pozwolił jej się ubrać.

Z prawdziwą ulgą usiadła na krześle. Plątała się w zeznaniach, podkreślając, jak bardzo źle się czuje i mętnie motywując konieczność uzyskania zwolnienia z pracy. Ale lekarz wcale jej nie słuchał, zajęty zapisywaniem w komputerze wniosków z badania. Następnie potarł zmęczone oczy i westchnął:

– Pani Kornelio, wypisałem skierowanie do szpitala, ponieważ nie jestem w stanie tutaj w gabinecie dokładnie stwierdzić, co pani dolega, a mam poważne powody do niepokoju. Trzeba będzie wykonać serię koniecznych badań i skonsultować wyniki ze specjalistami.

Kornelia siedziała naprzeciw niego i próbowała zrozumieć, co takie słowa, jak szpital, badania i specjaliści, mają wspólnego z jej zupełnie zwyczajnym życiem, w którym nie było żadnych chorób. W tej chwili dolegało jej jedynie to, że pilnie potrzebuje załatwić, nie do końca legalnie, zwolnienie chorobowe.

Na wszelki wypadek zrobiła delikatnie zbolałą minę, żeby lekarz nie nabrał podejrzeń.

– Myślę, że nie ma takiej potrzeby – odparła, starannie mieszając optymizm z powagą, jaka przystoi osobie chorej, której należy się zwolnienie. – Posiedzę trzy dni w domu, odpocznę i wszystko wróci do normy.

Lekarz spojrzał na nią przenikliwie.

– Pani Kornelio – powiedział. – Na tym świecie są różne choroby. Takie, które dają natychmiastowe objawy, i takie, co rozwijają się latami, zanim dadzą się zauważyć. Tych drugich trzeba się bać szczególnie. Nie chciałbym pani straszyć, ale to może być bardzo poważna sprawa. Proszę natychmiast udać się do szpitala.

– Tak po prostu? – zdumiała się. – Jak stoję? Bez żadnych przygotowań, rzeczy osobistych?

– Nie, oczywiście może pani pójść wcześniej do domu. Spakować się i tak dalej, ale każdy dzień jest w tym przypadku na wagę złota.

– Co mi konkretnie dolega? – zapytała. Słowa lekarza zaczynały powoli przedostawać się przez blokadę niedowierzania.

– Nie wiem na pewno. Jest wyraźna zmiana… dość duża niestety. Pani chyba dawno nie była na kontroli. – Spojrzał na pacjentkę z przyganą.

Jasne, że nie była. Ginekolodzy są dobrzy dla zakochanych narzeczonych albo szczęśliwych matek, ewentualnie kobiet po pięćdziesiątce. A nie dla młodej i zdrowej dziewczyny, która z nikim się nie spotyka.

Lekarz był chyba innego zdania.

– Może to po prostu mięśniak, niegroźna narośl, ale nie można tego lekceważyć – oświadczył poważnym tonem, a w głowie Kornelii natychmiast zalęgły się najgorsze podejrzenia i zaczęły w niezwykle szybkim tempie rosnąć.

Wiadomo, co przychodzi do głowy człowiekowi, kiedy słyszy, że nie wiadomo, co mu jest. Wszystko, co najgorsze.

Z niedowierzaniem obracała w myślach słowa lekarza.

Najróżniejsze możliwe opcje błyskawicznie przebiegały przez jej głowę. Pewnie to nowotwór albo jakieś inne paskudztwo. Cokolwiek słyszała na ten temat, teraz pojawiło się jak na zawołanie. W dzisiejszych czasach trzeba by mieszkać na pustyni, żeby nie znać choć kilku osób, które zachorowały niespodziewanie i źle się to dla nich skończyło. W jednej chwili przypomniała sobie wszystkie znane jej przypadki.

Strach chwycił ją za gardło, ale gdzieś w głębi serca pojawiło się też oburzenie.

Jak to możliwe? – pomyślała. – To ona już ma przejść do takiego etapu? Szpitali, strachu, leczenia i bolesnych zabiegów? Tylko tyle los miał jej do zaoferowania? Życie, które tak naprawdę nigdy się na dobre nie zaczęło, już miałoby się skończyć?

A co z tymi wszystkimi sprawami, które miały się zdarzyć? Właściwe wszystko, co ważne, w jej przypadku miało przecież dopiero nadejść! Miłość, macierzyństwo, skuteczna dieta, inna praca, wolność, przygoda… Niczego jeszcze przecież od losu nie dostała. Inni żyli, ona tylko funkcjonowała. Czy tylko po to się urodziła, żeby przewegetować trzydzieści marnych lat, a potem usunąć się w cień, nie pozostawiając po sobie właściwie niczego?

Czuła wściekłość. Ktokolwiek podjął taką decyzję o jej losie, niech się wstydzi. To naprawdę był chwyt poniżej pasa. Dosłownie i w przenośni.

Pożegnała się pospiesznie z lekarzem, obiecała zastosować się do jego rad, zabrała skierowania i wyszła. Wybiegła z ośrodka, mijając bez słowa nieznajomych, a także tych, którzy grzecznie się z nią witali. Nigdzie nie była anonimowa. W małym mieście znano nauczycieli, a znaczna część mieszkańców wolała pozostawać w dobrych stosunkach z surową nauczycielką fizyki uczącą w liceum, jedynym w okolicy.

Kłaniali się jej, a ona nie odpowiadała. Znowu będą plotki. Wizyta u ginekologa to nośny temat.

Kornelia dopadła samochodu, trzęsącymi się dłońmi otwarła drzwi, wsiadła i oparła głowę o kierownicę. Długo siedziała bez ruchu w bezpiecznym wnętrzu auta. Drobinki kurzu wirowały w powietrzu, wyraźnie widoczne w promieniach coraz mocniej świecącego słońca. Na parkingu panował spory ruch. Przez szybę zaglądały osoby zmierzające na badania, a także poszukujący wolnego miejsca kierowcy. Kiedy jeden z nich piaty raz przejechał tuż obok, wpatrując się w Kornelię intensywnie, jakby pragnął odgadnąć, czy długo zamierza jeszcze tak stać, nie wytrzymała. Zapaliła silnik i ruszyła.

Jechała bardzo powoli. Długo stała przy wyjeździe na główną drogę, zanim zdecydowała się włączyć do ruchu. Bała się, że coś przeoczy. Miała wrażenie, że jej umysł ściął się jak masa na ciasto, do której zbyt szybko dodano świeży sok z cytryny. Przyjmował informacje wolno, interpretował też niezbyt sprawnie, a przecież na drodze czasem trzeba reagować błyskawicznie, dostosowując się do zmieniającej się w okamgnieniu sytuacji.

Chwilę później zaparkowała na szerokim podjeździe przed rodzinnym garażem. Wysiadła i powoli ruszyła w stronę drzwi wejściowych. Świadomość, że dom jest pusty, była źródłem wielkiej ulgi.

Starała się nie myśleć o tym, co przed momentem usłyszała. Usiadła w cichej kuchni i przez kilka minut delektowała się spokojem. Rzadko miała okazję być w domu sama. Liczni członkowie rodziny opuszczali go wspólnie wcześnie rano, a potem wracali mniej więcej w tym samym czasie. Brat z żoną i dzieciakami, starsza siostra Ania, mama i tata. Wciąż ktoś się kręcił, rozmawiał, oglądał w salonie telewizję. Jeżeli chciało się zyskać choć odrobinę prywatności, trzeba było się chować w czterech ścianach swojego pokoju. Choć i tam spokój był sprawą dość względną, bo mama uwielbiała robić niespodziewane naloty pod byle pretekstem, by sprawdzić, co słychać. Trzeba się było zamykać na klucz, bo pukanie do drzwi mama uznawała za zwyczaj, który nie dotyczy jej własnych dzieci. Jakby wciąż mieli po kilka lat.

To wszystko sprawiało, że domownicy chowali się głębiej, mocniej zabezpieczali przed niespodziewaną kontrolą i – choć pod jednym dachem – tak naprawdę żyli zupełnie osobno.

W tym domu nikt nie czuł się swobodnie, a już najmniej Kornelia. Zwłaszcza we wspólnej kuchni. Rodzina jak mogła, walczyła z jej nadwagą. W ciągu ostatnich lat każdy wypracował najlepszą jego zdaniem metodę i, wciąż ją udoskonalając, próbował pomóc Kornelii. W związku z tym była pod stałą obserwacją, a każdy jej kęs stawał się obiektem gorących dyskusji. O tym, żeby mogła sobie przyrządzić coś, na co naprawdę miała ochotę, a potem zjeść to w spokoju, nie było nawet mowy. Pożywiała się więc ukradkiem, w pośpiechu i byle jak. Najczęściej nocami, w swoim pokoju. Jadła to, co można było dyskretnie zakupić w sklepie i przenieść w teczce pomiędzy szkolnymi papierami.

Nie znała się specjalnie na gotowaniu i nie była wybredna, ale uwielbiała piec ciastka. Do tej wstydliwej słabości nikomu się jednak nie przyznawała. Już sobie wyobrażała te reakcje. Gotowanie to dzisiaj modny temat. Kobiety sukcesu z pasją opowiadają o ulubionych przepisach i wspólnych rodzinnych chwilach w kuchni. Ale im wolno. Są szczupłe. Kornelia natomiast w powszechnej opinii o ciastkach nie miała prawa nawet myśleć.

Tylko że ona bardzo to lubiła i była to jedna z tych niewielu rzeczy, w których naprawdę osiągnęła perfekcję. Niezwykle rzadko, w pełnej konspiracji, oddawała się ukochanemu zajęciu, po czym dokładnie zacierała ślady.

Dzisiejszej okazji nie miała zamiaru zmarnować, bez względu na okoliczności. Choroba nie ucieknie, szpital też od lat wciąż stoi na tym samym miejscu, a szansa w postaci wolnej kuchni z pewnością prędko się nie pojawi.

Przelotnie spojrzała na zegarek. Dochodziła pierwsza. Miała najwyżej dwie godziny, aby się spakować i wyjść niepostrzeżenie. Bo co do jednego była absolutnie pewna. Wizytę w szpitalu należało ukryć przed rodziną. Sprawa zapewne szybko się wyjaśni, a gdyby ktokolwiek się dowiedział, że Kornelia ma problemy, ruszyłaby lawina niechcianej opieki. Mama nalegałaby na kolejną dietę, jej koleżanki z pracy przedstawiały autorskie pomysły na leczenie, tata paliłby ze zmartwienia jeden papieros za drugim, oczywiście ukradkiem na tarasie, a rodzeństwo też starałoby się coś wymyślić, choć przecież żadne z nich nie mogło w tej sprawie pomóc. Najgorsza była jednak świadomość, że problem jak zwykle stałby się sprawą publiczną. Mama zawsze konsultowała domowe problemy z koleżankami z poradni pedagogicznej i nauczycielami z podstawówki, w której pracowała. Ci z kolei byli często zaprzyjaźnieni z gronem pedagogicznym liceum. Kornelia z trudem znosiła fakt, że niektóre znajome znały historię jej życia od najwcześniejszego dzieciństwa, ze wszystkimi, nawet najbardziej osobistymi szczegółami.

Lepiej wszystko zachować w tajemnicy – zdecydowała, po czym zostawiła ten nieciekawy temat i zajęła się czymś o wiele piękniejszym. Szybko zaczęła przeglądać wnętrza kuchennych szafek. Większość produktów koniecznych do upieczenia ciasteczek czekała gotowa do użycia. Brakowało tylko jednego: czekolady. Mama starannie pilnowała, by w domu nie przechowywać żadnych słodyczy. A jednak Kornelia miała pod swoim dachem prawdziwy magazyn, który mógłby doprowadzić matkę do skrajnej furii. Gdyby oczywiście o nim wiedziała. Jednak dla jej poukładanego umysłu chowanie smakołyków w pościeli było zbyt abstrakcyjne, by mogło stać się przedmiotem operacji myślowej. Nigdy na to nie wpadła.

Kornelia pobiegła do swojego pokoju i, ciężko oddychając po pokonaniu schodów, z tajnej skrytki pod materacem wydobyła dwie tabliczki czekolady, gorzką i białą. Wróciła do kuchni. Mąka, jajka, olej i inne podstawowe składniki były jak zawsze na swoim miejscu. Umyła ręce i zabrała się do pracy. Mokre składniki do jednej miski, suche do drugiej. Prawdziwa wanilia i wiejskie jajka. Zawsze używała najlepszych składników. Kochała ciastka, a w miłości przecież się nie oszukuje. Gdyby to od niej zależało, nigdy nie tknęłaby gotowych słodyczy ze sklepu.

Wymieszała z czułością składniki, po czym połączyła zawartość obu misek. Starła obie czekolady, łapiąc słodkie okruszki, które opadły na blat, i wkładając je sobie natychmiast do ust. Słodkie, miękkie drobinki rozkosznie rozpływały się na języku.

Szybko wyciągnęła foremkę do muffinów i powkładała w otwory kolorowe papierki. Nalała od serca pachnącej, połyskliwej masy, a na koniec posypała ją jeszcze kawałeczkami czekolady. Piekarnik świecił już przyjemnie rozgrzanym wnętrzem. Kornelia włożyła do niego tacę.

– Rośnijcie pięknie – powiedziała czule do ciastek. Ustawiła zegar i poszła do pokoju spakować rzeczy.

Pojęcia nie miała, co się zabiera do szpitala. Ostatni raz zajrzała tam, kiedy rodziły się dzieci jej brata Marcina, ale to była zupełnie inna sytuacja. Po namyśle wrzuciła do torby piżamę, choć nie sądziła, by miała zostać na noc, podręczną kosmetyczkę i dwie książki. Polska służba zdrowia kojarzyła jej się przede wszystkim z długim oczekiwaniem. Wolała być przygotowana.

Zeszła na dół i już na schodach poczuła zapach, który zupełnie zmienił wnętrze eleganckiego, ale dość zimnego domu. Czekoladowy aromat wypełnił ogromną przestrzeń salonu, złagodził ostre rysy nowoczesnych mebli i sprawił, że przez chwilę zrobiło się ciepło i przytulnie.

Kornelia wyciągnęła ciastka i ułożyła na metalowej kratce. Wyrosły mocno ponad foremkę i pyszniły się teraz błyszczącą, lekko popękaną powierzchnią okraszoną gorącymi kawałkami czekolady. Dała im chwilkę czasu, żeby doszły do siebie, a sama zajęła się zacieraniem śladów przestępstwa. Dokładnie umyła i wytarła wszystkie naczynia, których używała, po czym starannie odłożyła je na swoje miejsca. Posprzątała okruszki i uchyliła piekarnik. Wyczyściła zlew, blaty kuchenne, przetarła podłogę. Następnie otworzyła na oścież drzwi wejściowe, wyjście na taras i kilka okien. Przeciąg wdarł się do domu i powoli wyganiał wszystkie zapachy.

Kornelia usiadła i wreszcie wzięła do ręki jedno ciastko. Było jeszcze bardzo ciepłe, ale nie miała zamiaru dłużej czekać. Ogryzła ostrożnie kęs z samego wierzchu i z lubością przymknęła oczy. Błogość rozlała się po jej ciele, a myśli automatycznie przeniosły się w przyjemniejsze rejony, pozostawiając daleko w tyle realia codzienności.

Jadła z zamkniętymi oczami i udawała, że jest kimś zupełnie innym. Nie ubraną w spodnie na gumce i rozciągnięty sweter, otyłą, nielubianą nauczycielką o samotnie bijącym sercu, ale miłą, spełnioną kobietą, która ma pełne prawo usiąść we własnej kuchni, by zjeść ciastko. Ulga, która zawsze towarzyszyła takim chwilom, teraz też spłynęła na udręczoną zmartwieniami Kornelię i otuliła ją szczelnie niczym delikatny koc.

Odkąd Kornelia pamiętała, słodycze zawsze stanowiły dla niej pomost pomiędzy brzydką rzeczywistością a światem marzeń. Odkryła ich tajną moc bardzo wcześnie i korzystała z niej chętnie, czasem może zbyt obficie. Ale cóż, skoro były jej jedynym ratunkiem.

Otworzyła oczy. Dokładnie wydłubała okruszki z papierków, po czym zwinęła je i schowała do torebki. W workach na śmieci nie były bezpieczne, bo mama miała okropny zwyczaj zaglądania do nich przed wyrzuceniem. Kornelia wstała, schowała resztę ciastek do pudełka, po czym włożyła je do szpitalnej torby.

Teraz pozostało już tylko pozamykać okna. Postanowiła zostawić tylko jedno w kuchni lekko uchylone. Będzie o to awantura, ale wolała tłumaczyć się z roztargnienia niż z łakomstwa. Mama i tak za chwilę wróci, a Kornelia musiała mieć pewność, że w domu nie zachowa się resztka upojnej woni, na przykład gdzieś na zasłonach. Pani Martyna Rudnicka była pod tym względem niezwykle wyczulona.

Kornelia rozejrzała się jeszcze raz, po czym weszła na górę i zamknęła pokój na klucz.

Pół godziny później z lekkim poczuciem nierealności całej sytuacji przekroczyła progi szpitala. Szybko okazało się, że, pakując książki, wykazała się przenikliwością i znajomością realiów. Trzy godziny musiała czekać na izbie przyjęć, aż lekarz dyżurny znalazł czas, by zdecydować, co należy zrobić w jej sprawie.

Było jej słabo z głodu, ale wstydziła się wyciągnąć ciastko z pudełka i zjeść tak dorodny okaz na oczach wszystkich zgromadzonych. Kobieta ze znaczną nawagą i ciastkiem czekoladowym w ręku zawsze wzbudza zainteresowanie. Zwłaszcza w miejscu, w którym wszyscy się nudzą i rozglądają na boki, szukając czegoś, na czym można by zawiesić wzrok. Kornelia starała się zatem czekać cierpliwie i tylko przyciskała złożone dłonie do brzucha, żeby nikt nie usłyszał monotonnego burczenia. W końcu się poddała.

Wyszła szybko do szpitalnego barku, prosząc siedzącą obok starszą panią o przypilnowanie kolejki, kupiła dwa tłuste hamburgery i zjadła je w wielkim pośpiechu, odwrócona do ściany. Popiła colą z dużego kubka, po czym wróciła na miejsce. Głód odrobinę zelżał.

Lekarz w końcu ją poprosił i zaczął się szybki proces zmiany światów. Z realnego, dobrze znanego, na zupełnie abstrakcyjny. Kiedy już się nią zajęto, zrobiono to naprawdę sprawnie. Została ponownie zbadana, pobrano jej krew, mocz, wymaz i kto wie, co jeszcze. Spodziewała się, że zostanie odprawiona do domu, ale stało się inaczej. Skierowano ją na oddział. Zanim się obejrzała, pielęgniarka wskazała jej trzyosobowy pokój, w którym dwa łóżka były już zajęte. Kornelia szybko przebrała się w piżamę, schowała swoje rzeczy do szafki i w większym zdumieniu niż strachu położyła się na wolnym łóżku. Rozglądała się wokół niepewnym wzrokiem, nie bardzo wiedząc, czego się teraz spodziewać. Lekarz nie udzielił jej żadnych dodatkowych informacji. Wiedziała tylko, że coś jest nie w porządku, ale trzeba zrobić szczegółowe badania.

– Nie bój się, kochana – przywitała się z nią blondynka w średnim wieku leżąca obok. – To już i tak nic nie pomoże. Co los daje, trzeba przyjąć. Nie ma rady.

Kornelia milczała, bo w rzeczy samej nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. Niewiele w tych słowach było pociechy.

– A co ci jest właściwie? – z ciekawością zapytała kobieta, nie zrażając się brakiem reakcji.

– Jeszcze nie wiedzą – odparła Kornelia z trudem.

– No tak. – Blondyna pokiwała głową, jakby coś jej się spodobało. – Zawsze tak mówią, kiedy sprawa jest bardzo poważna.

– Niechże pani da dziewczynie spokój – odezwała się staruszka leżąca po drugiej stronie.

– Ja przecież nic nie mówię – oburzyła się kobieta. – Ale sama pani pamięta tę rudą, co tu była ostatnio. Też ją tak zwodzili, a potem wywieźli do Rabki na onkologię. A to wiadomo, co oznacza…

Kornelia nie miała pojęcia, co to oznacza, spojrzała więc tylko pytająco w stronę ciekawskiej sąsiadki.

–