Wydawca: Zysk i S-ka Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 404 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Słodkie rozkosze - Christina Lauren

Kiedy trzy przyjaciółki poznają w Las Vegas trzech superatrakcyjnych mężczyzn, wszystko może się zdarzyć…

Po szalonym weekendzie w Las Vegas, będącym uczczeniem zakończenia studiów, przerażona czekającą ją przyszłością Mia Holland podejmuje najbardziej wariacką decyzję w życiu: jedzie za Anselem Guillaumem — bohaterem jej słodkiego, jednonocnego romansu — na lato do Francji, żeby… się pobawić.

Kiedy pod prowokacyjnymi maskami, jakie para przybiera, zaczynają się rozwijać uczucia, a chwilowe Słodkie rozkosze zaczynają przeradzać się w rzeczywistość, Mia będzie musiała zdecydować, czy chce kontynuować życie tam, gdzie wszystko zostawiła i gdzie czuła się nie na miejscu, czy właśnie w nowym miejscu oddalonym od starego o lata świetlne.

Opinie o ebooku Słodkie rozkosze - Christina Lauren

Fragment ebooka Słodkie rozkosze - Christina Lauren

Christina Lauren Słodkie rozkosze Tytuł oryginału Sweet Filthy Boy ISBN Copyright © 2014 by Christina Hobbs and Lauren BillingsAll rights reserved Published by arrangement with Gallery Books, a division of Simon & Schuster, Inc., New York Copyright © for the Polish translation by Zysk i S­‍‑ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017 Redakcja Paulina Wierzbicka Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Rozdział pierwszy

Mia

Dzień absolutorium w niczym nie przypomina tego, co pokazują filmy. Wyrzucam w górę biret, a on spadając, uderza kogoś w czoło. Główny mówca gubi notatki, które porywa mu wiatr, więc olewa sprawę i wygłasza straszliwie drętwą mowę o uczeniu się na błędach dla świetlanej przyszłości, włączając w to nieporadne historyjki o swoim niedawnym rozwodzie. Na filmach nikt nie wygląda, jakby miał za chwilę paść na udar w poliestrowej todze… Zapłaciłabym naprawdę wiele za to, żeby moje zdjęcia z tej uroczystości spłonęły. Ale i tak jest to idealny dzień.

Ponieważ, cholera, to koniec.

Po lunchu przed restauracją Lorelei — albo Lola dla tych nielicznych, którzy dostali się do wewnętrznego kręgu jej znajomych — wyjmuje kluczyki z torebki i brzęczy nimi, jednocześnie triumfalnie kręcąc biodrami. Tata całuje ją w czoło i udaje, że wcale nie ma wilgotnych oczu. Cała rodzina Harlow gromadzi się wokół niej, ściska i gada jeden przez drugiego, wspominając najważniejszą chwilę, w której Harlow przeszła przez scenę i otrzymała dyplom, po czym rzuca się na mnie i w ten sam sposób omawia moje piętnaście sekund sławy. Kiedy mnie puszczają, z uśmiechem przyglądam się zakończeniu ich sympatycznego rodzinnego rytuału.

„Zadzwoń, jak tylko dojedziecie”.

„Harlow, korzystaj z karty kredytowej. Nie, z American Express. Wszystko w porządku, kochanie, to twój prezent na koniec studiów”.

„Kocham cię, Lola. Bezpiecznej jazdy”.

Zrzucamy togi, wbijamy się do starego chevroleta Loli i uciekamy z San Diego w chmurze spalin, wśród entuzjastycznych okrzyków do muzyki, alkoholu i szaleństwa, które czeka nas w ten weekend. Harlow wydobywa listę piosenek na drogę: Britney Spears z pierwszego koncertu, kiedy miałyśmy osiem lat; absolutnie niedostosowana do sytuacji piosenka 50 Cent, którą naszej klasie udało się wynegocjować jako temat główny na jesienne spotkanie absolwentów; piosenka heavymetalowa z ciężkimi basami, która według Loli jest najbardziej seksowną piosenką świata, oraz jakieś pięćdziesiąt innych, które tworzą naszą wspólną historię. Harlow pogłaśnia muzykę, a my wyjemy do wtóru w gorącym, pełnym pyłu powietrzu wpadającym przez wszystkie okna.

Lola odsuwa z karku długie ciemne włosy i podaje mi gumkę, błagając, żebym je związała.

— Boże, skąd ten upał? — krzyczy z fotela kierowcy.

— Stąd, że mkniemy przez pustynię z prędkością ponad stu kilometrów na godzinę w samochodzie z późnych lat osiemdziesiątych, bez klimy — odpowiada Harlow, wachlując się programem uroczystości. — A przypomnijcie mi, dlaczego nie pojechałyśmy moim samochodem?

— Bo czuć go kremem do opalania i podejrzanymi decyzjami?! — wrzeszczę, kiedy odwraca się do mnie gwałtownie z przedniego siedzenia.

— Bierzemy mój samochód — przypomina jej Lola, ściszając Eminema — ponieważ niemal owinęłaś nas na słupie elektrycznym, kiedy na swoim siedzeniu znalazłaś robaka. Nie ufam ci za kierownicą.

— To był pająk — sprzeciwia się Harlow. — Olbrzymi. Ze szczypcami.

— Pająk ze szczypcami?

— Mógł mnie zabić!

— Jasne. Powodując wypadek samochodowy.

Spiąwszy włosy Loli, przechylam się na oparcie; mam wrażenie, jakbym po raz pierwszy od tygodnia mogła swobodnie oddychać i śmiać się z dwiema osobami, które lubię najbardziej ze wszystkich. Upał wyssał ze mnie całą energię, ale dobrze jest odpuścić, zamknąć oczy i usiąść wygodnie, poczuć wiatr targający włosy, zbyt głośny, żeby usłyszeć swoje myśli. Przede mną trzy cudowne tygodnie lata, a potem przeprowadzka na drugi koniec kraju. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie muszę nic robić.

— Miło, że twoja rodzina została na obiedzie — odzywa się Lola swoim wyważonym, ostrożnym głosem, spoglądając na mnie we wstecznym lusterku.

— Ech — wzruszam ramionami, schylam się i grzebię w torebce w poszukiwaniu gumy lub cukierka czy czegokolwiek, co da mi wymówkę i pozwoli uniknąć usprawiedliwiania moich rodziców, którzy nie dotrwali do końca uroczystości.

Harlow obraca się i spogląda na mnie.

— Myślałam, że poszli na obiad ze wszystkimi?

— Chyba nie — odpowiadam po prostu.

Obraca się mocniej, na tyle, na ile pozwala jej pas bezpieczeństwa, i patrzy na mnie uważniej.

— A co powiedział David przed odjazdem?

Mrugając, spoglądam na równinę za oknem. Harlow nigdy w życiu nie nazwałaby po imieniu swojego ojca czy ojca Loli, ale odkąd pamiętam, mój zawsze jest dla niej Davidem, a wypowiada to imię z całą pogardą, na jaką potrafi się zdobyć.

— Powiedział, że jest ze mnie dumny i mnie kocha. I przykro mu, że nie mówił mi tego częściej.

Po tych słowach zapada cisza. Harlow milczy tylko wtedy, kiedy coś ją zaskoczy albo wkurzy.

— Poza tym — dodaję — teraz mogę wybrać sobie prawdziwy zawód i stać się użytecznym członkiem społeczeństwa.

„Nie igraj z niedźwiedziem, Mia” — myślę.

— Jezu — mówi przyjaciółka. — On chyba uwielbia walić tak, żeby najmocniej bolało. Ten facet podniósł bycie palantem do rangi sztuki.

Śmiejemy się wszystkie i bez słów zgadzamy się zmienić temat, bo co jeszcze można powiedzieć? Mój ojciec to faktycznie palant, nawet w chwilach, kiedy podejmuję własne życiowe decyzje zgodnie z jego sugestiami.

Ruch jest mały, z równiny wyrasta przed nami miasto — siateczka świateł lśniących na tle gasnącego słońca. Z każdym kilometrem powietrze się ochładza; czuję, jak samochód na nowo wypełnia energia; Harlow prostuje się i na ostatni odcinek drogi nastawia nową playlistę. Zaczynam się wiercić i chichotać na tylnym siedzeniu; śpiewam chwytliwą piosenkę z płyty, której akompaniuje ciężki bas.

— Czy moje dziewczyny są gotowe zaszaleć? — pyta Harlow, zsuwając w dół osłonę przeciwsłoneczną z popękanym lusterkiem od wewnątrz i malując usta błyszczykiem.

— Nie — Lola skręca w East Flamingo Road. Kawałek dalej rozciąga się przed nami rozjarzony, kolorowy dywan świateł, huczący od klaksonów. Las Vegas Strip. — Ale dla ciebie mogę nawet wypić wielkie drinki i zatańczyć z niezbyt trzeźwymi facetami.

Kiwam głową, od tyłu oplatam Harlow ramionami i ściskam. Przyjaciółka udaje, że się dławi, ale kładzie mi rękę na dłoni, żebym się nie odsunęła. Nikt nie odrzuca uścisków mniej przekonująco niż Harlow.

— Kocham was, psycholki — mówię; w każdym innym towarzystwie te słowa porwałby wiatr, niosący pył do samochodu, ale Harlow schyla się, cmoka mnie w rękę, a Lola rzuca mi przez ramię uśmiech. Jakby zostały zaprogramowane na ignorowanie długich przerw na milczenie i wyławianie mojego głosu z chaosu dźwięków.

— Musisz mi coś obiecać, Mia — mówi Lola. — Słuchasz?

— Ale nie chodzi o to, że mam uciec i zostać girlsą, prawda?

— Niestety nie.

Od miesięcy planowałyśmy tę wycieczkę — ostatni wyskok przed dorosłym życiem i związaną z nim odpowiedzialnością. Jestem gotowa na każdą propozycję przyjaciółki. Wyciągam szyję, biorę głęboki wdech i udaję, że rozciągam ręce jak przed walką.

— Kiepsko. Nawet nie wiecie, jaka jestem świetna w tańcu na rurze. Ale dobra, wal.

— Dzisiaj wieczorem zostaw wszystko w San Diego — mówi. — Nie przejmuj się ojcem ani tym, którą fankę Luke wypieprzy w weekend.

Na wspomnienie mojego byłego żołądek ściska mi się lekko, chociaż rozstaliśmy się w zgodzie niemal dwa lata temu. Po prostu Luke był moim pierwszym, ja byłam jego pierwszą dziewczyną, razem nauczyliśmy się wszystkiego. Właściwie powinnam zażądać prowizji od jego aktualnych podbojów.

— Nie myśl o pakowaniu się do Bostonu — mówi dalej Lola. — Myśl tylko o jednym: że to już koniec studiów. Koniec, Mia! Resztę zapakuj w pudełko i wsuń pod łóżko.

— Podoba mi się pomysł wsuwania i łóżek — wtrąca Harlow.

W każdej innej sytuacji roześmiałabym się. I chociaż Lola na pewno nie miała takiego zamiaru, jej wzmianka o Bostonie zatrzasnęła maleńkie okno pozbawione niepokoju, które udało mi się wcześniej znaleźć. Natychmiast zmalało moje zażenowanie zachowaniem ojca, który przed czasem wymknął się z największej uroczystości w moim życiu, i osłabła reakcja na nowo odkrytą u Luke’a cechę dziwkarza. Zalewa mnie fala paniki o przyszłość. Teraz, jako absolwentka, już nie mogę jej ignorować. Za każdym razem na myśl o przyszłości żołądek wywraca mi się na lewą stronę, zapala i zamienia w popiół. Ostatnio czuję się tak na tyle często, że może powinnam to jakoś nazwać.

Za trzy tygodnie wyjeżdżam do Bostonu — i to do szkoły ekonomicznej! — najdalej, jak to możliwe, od dziecięcych marzeń. Będę miała mnóstwo czasu na znalezienie mieszkania, pracy, która pozwoli mi opłacić rachunki, oraz na ustalenie sobie pełnego grafiku zajęć jesiennych, kiedy wreszcie spełnię odwieczne marzenie ojca i dołączę do grona biznesowych typów robiących interesy. Ojciec ma nawet płacić za moje mieszkanie. „Dwie sypialnie — postanowił wielkodusznie. — Żebyśmy z mamą i chłopcami mogli cię odwiedzić”.

— Mia? — zagaduje Lola.

— Okej — mówię i kiwam głową, zastanawiając się, kiedy zyskałam największy bagaż życiowy z całej naszej trójki. Ojciec Loli to weteran wojenny. Rodzice Harlow to Hollywood. A ja jestem zwykłą dziewczyną z La Jolla, która kiedyś tańczyła. — Wsuwam pod łóżko — wypowiedziane na głos słowa nabierają większego ciężaru. — Włożę je do pudełka razem z przerażającymi zabawkami Harlow z sex shopu.

Harlow śle mi przesadnego całusa, a Lola z przekonaniem kiwa głową. Z nas trzech ona najlepiej wie, co to stres i odpowiedzialność, ale ona potrafi o nich zapomnieć na weekend. Ja też.

*

Podjeżdżamy przed hotel. Lola i ja gramolimy się z samochodu, wyjmujemy nasze proste worki. Wyglądamy, jakbyśmy właśnie wyszły z burzy piaskowej. Czuję się obrzydliwie brudna. Jedynie Harlow wydaje się całkowicie na swoim miejscu. Wysiada ze starego chevroleta, jakby to była lśniąca czarna miejska bryka. Wciąż wygląda przyzwoicie, a za sobą ciągnie błyszczącą walizkę.

Na piętrze odbiera mowę nam wszystkim, nawet Harlow, która wyraźnie milknie z zaskoczenia. Na piętrze są jeszcze tylko dwa pokoje, a nasz apartament Sky Suite jest ogromny.

Ojciec Harlow, bardzo znany operator filmowy, zarezerwował nam pokój jako prezent na absolutorium. Spodziewałyśmy się standardowego pokoju w hotelu w Vegas, darmowego szamponu, może nawet w przypływie szaleństwa mogłybyśmy spustoszyć minibarek na jego koszt. Snickersy i małpki wódki dla każdej!

Ale tego się nie spodziewałyśmy. W holu wejściowym (bo tu jest osobny hol), wsunięta między obfity kosz owoców a butelkę szampana, tkwi kartka od ojca Harlow z informacją, że mamy do dyspozycji lokaja, na żądanie przyjdzie do nas masażystka, a ojciec Harlow zapłaci za wszystkie posiłki dostarczane do pokoju. Gdyby Alexander Vega nie był ojcem mojej najbliższej przyjaciółki, w dodatku szczęśliwym z żoną, mogłabym w podziękowaniu zaoferować mu seks.

Przypomnijcie mi, żebym powiedziała o tym Harlow.

*

Wyrosłam w ciuchach, które ledwie mnie zakrywały, prezentując się na scenie przed setkami ludzi, udając kogoś innego, niż jestem, więc nawet z długą blizną na nodze czuję się zdecydowanie swobodniej niż Lola w jednej z sukienek, które Harlow dla nas wybrała. Lola nawet nie chce założyć swojej.

— To prezent na absolutorium — mówi Harlow. — Jakbyś się czuła, gdybym nie przyjęła tego czasopisma od ciebie?

Lola wybucha śmiechem i rzuca w nią poduszką.

— Gdybym cię poprosiła, żebyś wydarła z niego strony i przerobiła na sukienkę, która ledwie zakrywa ci tyłek, wtedy mogłabyś bez problemu odmówić przyjęcia prezentu.

Pociągam za brzeg sukienki, w myślach zgadzając się z Lolą i żałując, że nie jest nieco dłuższa. Obecnie rzadko pokazuję aż tyle uda.

— Mia już założyła swoją — zauważa Harlow. Jęczę.

— Mia całe życie nosiła trykoty, ma kieszonkowy rozmiar i jest zbudowana jak gazela — przekonuje Lola. — Poza tym jestem pewna, że po bliższym przyjrzeniu mogłabym zobaczyć jej waginę. Jestem dziesięć centymetrów wyższa od niej, w tej sukience będzie mi widać macicę.

— Co za uparciuch.

— Co za zdzira.

Słucham ich sprzeczki z zadowoleniem, stojąc przy oknie. Obserwuję przechodniów na słynnej ulicy, którzy z wysokości czterdziestego piątego piętra tworzą rząd kolorowych kropek. Nie wiem, dlaczego Lola tak się upiera. Wszystkie wiemy, że to tylko kwestia czasu i będzie musiała się poddać. Harlow to despotka, zawsze musi postawić na swoim. Co dziwne, zawsze bardzo mi się to u niej podobało: ona wie, czego chce i dąży do tego. Lola na swój sposób jest podobna, ale stosuje nieco bardziej subtelne techniki niż obcesowa Harlow.

Lola wydaje z siebie jęk, lecz zgodnie z przewidywaniami w końcu przyznaje się do porażki. Jest na tyle inteligentna, że umie rozpoznać, kiedy nie ma szans na wygraną, i już po paru minutach narzuca sukienkę, wkłada buty, po czym schodzimy na dół.

*

To był długi dzień. Wszystkie skończyłyśmy pierwszy etap studiów, zmyłyśmy z siebie kurz i zmartwienia dotyczące prawdziwego życia, a Harlow uwielbia zamawiać drinki. A poza tym? Uwielbia patrzeć, jak wszyscy inni piją. Zanim wybije wpół do dziesiątej, uznaję, że upiłyśmy się akurat tyle, ile trzeba: nieco plączą się nam języki, ale możemy chodzić. Od wieków nie widziałam, żeby Lola i Harlow tak się śmiały: Lola opiera policzek na skrzyżowanych ramionach, które trzęsą się ze śmiechu, a Harlow odrzuca głowę do tyłu; dźwięk jej chichotu niesie się ponad głośną muzyką i ponad barem.

I właśnie w chwili, kiedy Harlow odrzuca do tyłu głowę, moje oczy napotykają wzrok mężczyzny stojącego po drugiej stronie zatłoczonego pomieszczenia. W ciemnym barze nie widzę dokładnie jego rysów, ale mężczyzna jest na pewno o kilka lat starszy od nas; wysoki, ma jasnobrązowe włosy i ciemniejsze brwi oraz błyszczące, filuterne oczy. Przygląda się nam z uśmiechem, jakby w ogóle nie chciał do nas dołączyć, lecz wystarczałoby mu przyglądanie się naszej zabawie. Obok niego stoi dwóch innych, rozmawiają i wskazują coś w kącie, ale on nie odwraca wzroku przed moim spojrzeniem. Wręcz przeciwnie, uśmiecha się jeszcze szerzej.

Ja też nie potrafię oderwać od niego wzroku, co jest dziwne, bo zazwyczaj bardzo dobrze wychodzi mi unikanie spojrzeń obcych ludzi. Serce podskakuje mi w piersi, przypominając, że powinnam się zachować bardziej niezręcznie, może podpowiadając, żebym skupiła się na drinku. Nie wychodzi mi kontakt wzrokowy. Nie wychodzi mi zwykle rozmowa. Mam wrażenie, że jedyne mięśnie, jakich nigdy nie udało mi się porządnie wyćwiczyć, to te odpowiedzialne za swobodną rozmowę.

Jednak z jakiegoś powodu — można winić alkohol — nie odwracając wzroku od ciacha za barem, czuję, jak moje usta same formują słowo „Cześć”.

Mężczyzna odpowiada tym samym, po czym unosi kącik ust i — o rany — przez resztę życia powinien tak robić codziennie i wobec wszystkich napotkanych osób. Ma dołeczek; zapewniam samą siebie, że to tylko kwestia światła i cienia, czyli przypadek, bo niemożliwe, żeby tak prosta cecha była tak wspaniała.

Czuję coś dziwnego wewnątrz; zastanawiam się, czy to mają na myśli ludzie, twierdząc, że topnieją, gdyż w tej chwili doświadczam czegoś takiego. W okolicy poniżej mojej talii czuję wyraźny odruch zainteresowania. Wielki Boże, jeśli tylko jego uśmiech wywołał taką reakcję, wyobraźcie sobie, co jego…

Zanim zdołam dokończyć tę myśl, Harlow łapie mnie za rękę, odrywając od wnikliwego studiowania jego twarzy. Przyjaciółka pociąga mnie w tłum ciał chwiejących się i wijących w rytm seksu bijącego z głośników. Chłopak tego typu zdecydowanie wytrąca mnie z równowagi, zatem całą moją nagłą chęć podejścia do niego wsuwam do pudełka i pod łóżko z całą resztą.

*

Chyba musimy powoli przyzwyczajać się do Vegas, gdyż po tańcach i alkoholu przed północą lądujemy w naszym apartamencie, zmęczone długą ceremonią w upalnym słońcu, jazdą w upale oraz alkoholem pitym bez porządnego posiłku.

Choć apartament jest bardzo przestronny i ma nawet dwie sypialnie, wszystkie gromadzimy się w jednej. Lola i Harlow zasypiają w kilka minut; wkrótce rozlega się znajome mamrotanie Harlow, która gada we śnie. Lola jest niemal wstrząsająco cicha i nieruchoma. Tak głęboko zapada się w pościel, że kiedyś, w dzieciństwie, zastanawiałam się, czy przypadkiem na czas snu nie znika w materacu. Chwilami naprawdę mam ochotę sprawdzić, czy oddycha.

Jednak po drugiej stronie korytarza rozlegają się odgłosy imprezy.

Ciężkie basy wprawiają w drżenie lampę wiszącą dokładnie nad moją głową. Męskie głosy wypełniają pustą przestrzeń między pokojami, krzyczą i śmieją się, słychać kakofonię okrzyków i męskich odgłosów. Gdzieś w oddali piłka uderza o ścianę, a chociaż z zamętu wyławiam tylko kilka pojedynczych głosów, robią tyle hałasu, jakby cały apartament wypełniali podpici chłopcy świętujący weekend w Vegas.

O drugiej w nocy nic się nie zmienia: gapię się na sufit, coraz bardziej rozbudzona, a jednocześnie senna. Kiedy wybija trzecia, jestem już tak wkurzona, że mogłabym wyjść na ulicę i strzelać do przechodniów, żeby tylko złapać kilka godzin snu przed naszymi wczesnymi zabiegami spa.

Wyślizguję się z łóżka — cicho, żeby nie obudzić przyjaciółek — po czym śmieję się z absurdalności mojego postępowania. Skoro dziewczyn nie obudził grzmiący hałas z korytarza, na pewno nie przeszkodzi im szelest moich stóp na wykładzinie dywanowej. Łapię klucz i wychodzę cicho z pokoju.

Walę pięścią w drzwi i czekam, dysząc z irytacji. Hałas nie słabnie; nie jestem pewna, czy zabębniłam na tyle mocno, by w ogóle mnie dosłyszeli. Unoszę obie pięści i znów uderzam. Nie chcę być tą sztywniarą, która w Las Vegas zwraca sąsiadom uwagę na to, że za głośno się bawią, ale oprócz zwrócenia im uwagi pozostało mi jedynie zawiadomić ochronę hotelu.

Tym razem muzyka nie cichnie, a za drzwiami rozlega się odgłos kroków na kafelkach.

Może oczekiwałam starszego, spalonego słońcem palanta na wakacjach lub też grupy bankierów w średnim wieku, którzy wyrwali się na cudzołożny weekend, albo może pokoju pełnego zbratanych facetów popijających wódkę z pępka striptizerki. Nie spodziewałam się jednak, że ujrzę jego — faceta z baru.

Nie oczekiwałam również, że otworzy mi drzwi bez koszulki, jedynie w czarnych bokserkach zwisających tak nisko z opalonego brzucha, że widzę też delikatną linię włosów poniżej.

Nie oczekuję uśmiechu na mój widok i zdecydowanie nie spodziewam się akcentu, z jakim powiedział:

— Znam cię.

— Nie znasz — ripostuję równym głosem, chociaż nieco bez tchu. Teraz już się nie jąkam przy rodzinie ani przyjaciołach, a przy obcych, z którymi czuję się swobodnie, tylko czasami. Jednak w tej chwili czuję gorąco na twarzy, a na rękach i nogach gęsią skórkę, nie mam więc pojęcia, jak rozumieć moje pozbawione jąkania słowa.

Jeśli to możliwe, jego uśmiech jeszcze się poszerza, rumieniec pogłębia, dołeczek staje się wyraźniejszy. Chłopak szerzej otwiera drzwi i robi krok w moją stronę. Jest jeszcze przystojniejszy niż widziany przez całe pomieszczenie, wypełnia swoją obecnością całą framugę drzwi. Jest tak wyrazisty, że robię krok do tyłu, jakby odepchnięta. Facet tchnie swobodą, utrzymuje kontakt wzrokowy, uśmiecha się promiennie, nachylając się ku mnie, i żartobliwie mierzy mnie wzrokiem.

Jestem otrzaskana ze sceną i widziałam już takich magików. Wygląda jak zwykły człowiek, ale ma w sobie nieuchwytną cechę, która sprawia, że wszyscy wodzą za nim wzrokiem, kiedy pojawi się na scenie, niezależnie od tego, jak małą rólkę zagra. To więcej niż charyzma, to magnetyzm, niemożliwy do nauczenia czy wyćwiczenia. Stoję ledwie o dwa kroki od niego… nie mam szans.

— A jednak cię znam — mówi, lekko przekrzywiając głowę. — Już się poznaliśmy, tylko jeszcze się sobie nie przedstawiliśmy — przez moment zastanawiam się, skąd pochodzi jego akcent, po chwili do mnie dociera: to Francuz. Ten dupek jest Francuzem. Jednak akcent ma dość słaby, miękki, delikatny. Nie zawija końcówek wyrazów, lecz starannie je od siebie oddziela i podaje na talerzu.

Mrużę oczy i zmuszam się, by spojrzeć mu w twarz. To niełatwe. Klatkę piersiową ma gładką i opaloną, najbardziej idealne sutki, jakie w życiu widziałam — małe i płaskie. Niemal nie ma tłuszczu i jest tak wysoki, że można na nim jeździć jak na koniu. Czuję ciepło bijące od jego skóry. Na dodatek ma na sobie tylko bokserki, co w żaden sposób go nie żenuje.

— Strasznie hałasujecie — mówię, przypominając sobie powód, który mnie tu sprowadził. — Chyba znacznie bardziej mi się podobałeś po drugiej stronie zatłoczonego baru niż po drugiej stronie korytarza.

— Ale nie ma to, jak kontakt twarzą w twarz, prawda? — jego głos przyprawia mnie o drżenie, które rozchodzi się po moich ramionach. Nie odpowiadam, wtedy on obraca się, zerka przez ramię i znów odwraca się do mnie. — Przepraszam za te hałasy. To wszystko przez Finna. Jest Kanadyjczykiem, więc oczywiście to dzikus. Oliver za to pochodzi z Australii i jest okropnie niekulturalny.

— Kanadyjczyk, Australijczyk i Francuz robią sobie dziką imprezkę w pokoju hotelowym? — pytam, mimo woli powściągając uśmiech. Usiłuję sobie przypomnieć, jak powinno się zachować po wejściu na ruchome piaski: walczyć czy wręcz przeciwnie. Właśnie tak się teraz czuję: zapadam się, pochłania mnie jakaś próżnia większa ode mnie.

— Brzmi jak początek dowcipu — przytakuje chłopak, kiwając głową. W zielonych oczach zapala się błysk; ma rację, znacznie lepiej stać twarzą w twarz, niż słuchać się przez ścianę lub nawet obserwować przez ciemny, zatłoczony bar. — Zapraszam.

Jeszcze nigdy nie słyszałam słów jednocześnie tak niebezpiecznych i tak kuszących. Jego wzrok pada na moje usta, zatrzymuje się na nich na moment, po czym przesuwa po moim ciele. Pomimo swojej propozycji sprzed chwili chłopak wychodzi na korytarz, a drzwi się za nim zamykają. Teraz jesteśmy tylko we dwoje, jego naga klatka i… o rany, silne nogi i możliwość odlotowego spontanicznego seksu w korytarzu.

Zaraz. Słucham?

Przypominam sobie również, że stoję przed nim tylko w króciutkich szortach od piżamy i koszulce bez rękawów, za to w małe świnki. Nagle uświadamiam sobie jasność światła w korytarzu, czuję, jak moje palce same z siebie, instynktownie pociągają materiał w dół, żeby zakryć bliznę. Zwykle dobrze się czuję w moim ciele — choć oczywiście jako kobieta zawsze znalazłabym coś do poprawki — ale moja blizna to co innego. Nie chodzi tylko o to, jak wygląda — aczkolwiek, szczerze mówiąc, Harlow wciąż patrzy ze współczuciem na jej widok — ale o to, co mi przypomina: utratę stypendium w Akademii Tańca Joffreya, śmierć marzenia.

Jednak pod wzrokiem chłopaka mam wrażenie, że jestem naga — w dobry sposób — a pod bawełną koszulki czuję, jak napinają mi się sutki.

On to zauważa, podchodzi jeszcze o krok bliżej, przynosząc ze sobą falę ciepła i zapach mydła, a ja nagle nabieram pewności, że on wcale nie patrzy na moją nogę. Chyba nawet jej nie widzi; wystarczająco podoba mu się mój wygląd, by zignorować to, co oznacza blizna. A oznacza traumę i ból. Jednak jego oczy mówią tylko: „tak”, „proszę” oraz „figle”. I to, że chętnie zobaczyłby więcej.

Nieśmiała dziewczyna we mnie krzyżuje ramiona na piersi, usiłuje wyciągnąć mnie stąd do bezpiecznego pokoju. Jednak jego spojrzenie utrzymuje mnie w miejscu.

— Nie byłem pewien, czy jeszcze cię zobaczę — jego głos brzmi bardziej chropowato, przywodząc na myśl wszystkie kosmate rzeczy, które chciałabym usłyszeć z jego ust wywarczane w mój kark. Mój puls szaleńczo przyspiesza i wali jak werbel. Zastanawiam się, czy on to widzi. — Szukałem cię.

Szukał mnie.

Jestem zaskoczona, że mój głos brzmi tak czysto.

— Wyszłyśmy krótko po tym, jak cię widziałam — odpowiadam.

Chłopak wysuwa koniuszek języka i rzuca spojrzenie na moje usta.

— Może… wejdziesz do środka? — w tych czterech słowach zamykają się niezliczone, niewysłowione obietnice. Jakby jakiś nieznajomy proponował mi najwspanialszego cukierka na ziemi.

— Idę spać — udaje mi się w końcu wydukać i unoszę dłoń, żeby nie podchodził bliżej. — A wy, panowie, uciszcie się trochę, bo w przeciwnym razie przyślę do was Harlow. Jeśli i to nie pomoże, obudzę Lolę, a wtedy będziecie się cieszyć, jak zostawi was tylko zakrwawionych i posiniaczonych.

Chłopak śmieje się.

— Naprawdę mi się podobasz.

— Dobranoc — odwracam się w stronę naszych drzwi, a moje nogi lekko drżą.

— Jestem Ansel.

Nie zwracam na niego uwagi, wkładając klucz do zamka.

— Czekaj! Powiedz mi tylko, jak masz na imię.

Zerkam przez ramię. Wciąż się uśmiecha. Poważnie, w trzeciej klasie jeden dzieciak miał dołeczek i nie budził we mnie takiego uczucia. Ten chłopak powinien nosić na stałe naklejkę ostrzegawczą.

— Zamknij się teraz, jutro ci powiem.

Chłopak robi kolejny krok do przodu, bosymi stopami stoi na wykładzinie dywanowej, odprowadza mnie spojrzeniem i mówi:

— Czy to oznacza, że jesteśmy umówieni na randkę?

— Nie.

— I naprawdę nie powiesz mi, jak masz na imię? Proszę.

— Jutro.

— Zatem na razie będę cię nazywał cerise.

— Dla mnie w porządku! — wołam i wchodzę do mojego pokoju. Przypuszczam, że właśnie nazwał mnie sztywniarą, purytanką lub prosiakiem.

Jednak sposób, w jaki wymruczał te dwa słowa, każe mi podejrzewać, że miał na myśli coś zupełnie innego.

Położywszy się do łóżka, sprawdzam w telefonie. „Cerise” oznacza wiśnię. Oczywiście. Nie jestem pewna, co o tym sądzić, przy czym mam wrażenie, że nie jest to aluzja do koloru moich paznokci.

Obie dziewczyny śpią, ale ja nie mogę zasnąć nawet wtedy, gdy hałas w pokoju naprzeciwko już ucichł i w apartamencie panuje cisza. Jest mi gorąco, rumienię się, żałuję, że nie starczyło mi odwagi, żeby jeszcze przez chwilę zostać w korytarzu.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział drugi

Harlow zamawia frytki, po czym wrzuca sobie uboota i wypija.

Wyciera usta przedramieniem i patrzy na mnie. Chyba gapię się na nią z niedowierzaniem, bo pyta:

— Co? Powinnam to zrobić z większą klasą?

Wzruszam ramionami i przesuwam słomkę przez lód w mojej szklance. Po porannym masażu i kosmetyczce popołudnie spędzamy przy basenie, po czym wypijamy kilka drinków, więc jesteśmy już porządnie wstawione. Poza Harlow, która nawet po wypiciu piwa z wódką jak zwykle wygląda stylowo. Mogłaby wskoczyć do plastikowych kulek w McDonaldzie i nie straciłaby nic ze swojej świeżości.

— Po co się męczyć? — pytam. — Przez resztę życia będziemy musiały starać się zachować formę, ale mamy tylko jeden weekend w Las Vegas.

Przyjaciółka słucha moich słów, zastanawia się nad nimi, po czym stanowczo kiwa głową i gestem wskazuje barmana.

— Poproszę jeszcze dwie whisky i to paskudztwo, które ona pije — mówi, wskazując Lolę, która oblizuje bitą śmietanę z krawędzi podświetlanej filiżanki.

Barman marszczy brwi, po czym kręci głową i potwierdza:

— Dwie whisky i jedną dziwkę na trampolinie. Minutka.

Harlow wykrzywia się do mnie, jakby wstrząśnięta, ale zanim zdołam to zarejestrować, czuję, jak ktoś przyciska się do mnie od strony zatłoczonego baru. Duże dłonie na ułamek sekundy łapią mnie za biodra, po czym ktoś szepcze mi gorącym głosem prosto do ucha:

— No i mam cię.

Podskakuję, obracam się i odskakuję.

Ansel.

Ucho mam wciąż ciepłe i wilgotne, jednak spoglądając na niego, widzę w jego oczach ten sam figlarny błysk, co zeszłej nocy. To ten typ, który zatańczy jak robot, żeby cię rozbawić, który poliże się po nosie, za jeden uśmiech zrobi z siebie głupka. Na pewno, gdybym spróbowała zapasów, pozwoliłby mi wygrać i cieszyłby się każdą minutą.

— Za blisko? — pyta. — Miałem zamiar być uwodzicielski, ale subtelny.

— Nie wiem, czy dałoby się podejść bliżej — przyznaję, tłumiąc uśmiech i pocierając sobie ucho. — Czułam cię praktycznie w głowie.

— Byłby z niego okropny ninja — odzywa się jeden z jego towarzyszy, puszczając oko.

— Oliver, Finn — mówi Ansel, wskazując najpierw wysokiego kolegę z rozczochranymi brązowymi włosami, trzydniowym zarostem i błyszczącymi niebieskimi oczami za okularami w grubej oprawie, a potem tego, który się odezwał — szatyna z krótko przyciętymi włosami i błyszczącymi ciemnymi oczami oraz pewnym siebie, zapewne permanentnym, uśmieszkiem. Ansel ponownie kieruje swój wzrok na mnie. — Panowie, oto wisienka. Wciąż czekam, aż zdradzi mi swoje imię — pochyla się lekko. — W końcu będzie musiała to zrobić — mówi.

— Mia — odpowiadam, ignorując wyzywający wdzięk Ansela. Jego spojrzenie zsuwa się po mojej twarzy i zatrzymuje na ustach. To takie uczucie, jakbyśmy mieli za chwilę się pocałować, lecz stoi za daleko. Pochyla się lekko do przodu, ogarnia mnie wrażenie, jakbym obserwowała samolot lecący kilometrami zaledwie trzy metry nad ziemią.

— Miło przyporządkować wrzaski do twarzy — mówię, żeby przerwać to seksualne napięcie. Przenoszę wzrok na Olivera i Finna, po czym wskazuję na moje przyjaciółki, przyglądające się nam z wytrzeszczonymi oczami. — To Lorelei, a to Harlow.

Wymieniają uściski dłoni, ale zachowują podejrzane milczenie. To do mnie niepodobne, żeby tak sobie poznać facetów. Zwykle to ja odciągam Harlow od uprawiania seksu przy stole parę minut po tym, jak poznała faceta, podczas gdy Lola ma ochotę pobić każdego gościa, który odważy się do nas odezwać. Może po prostu przyjaciółkom odjęło mowę ze zdziwienia.

— Szukaliście nas? — pytam.

Ansel wzrusza ramionami.

— Powiedzmy, że zajrzeliśmy w kilka miejsc, tak sobie.

Za jego plecami Oliver — ten w okularach — unosi w górę siedem palców. Wybucham śmiechem.

— Kilka?

— Nie więcej niż trzy — odpowiada Ansel, mrugając.

Za jego plecami dostrzegam ruch i zanim zdołam powiedzieć słowo, Finn występuje naprzód, próbując pociągnąć Ansela za spodnie w pasie. Ansel nawet nie mruga okiem.

— Co pijesz? — pyta mnie, poprawiając spodnie, bez śladu zaskoczenia czy irytacji.

Jakbym nie zauważyła całkiem sporego fragmentu szarych bokserek.

Jakbym nie gapiła się bezpośrednio tam, gdzie bawełna powinna się wybrzuszyć.

Czy to właśnie robią chłopcy?

— Miło znów cię widzieć w bieliźnie — odzywam się, starając się powstrzymać szeroki uśmiech.

— Prawie — uściśla. — Przynajmniej tym razem spodnie mi nie spadły.

Rzucam spojrzenie w dół, żałując, że nie dojrzę już wysportowanych ud.

— Kwestia do dyskusji.

— Ostatnio, kiedy Finn zrobił mi takiego psikusa, faktycznie spadły. W tym tygodniu pobiłem go na drodze i od tego czasu usiłuje mnie dopaść — przerywa, unosi brwi i dopiero w tej chwili wydaje się uświadamiać sobie znaczenie moich słów. Pochyla się nieco i pyta cicho, niskim głosem:

— Czyżbyś do mnie uderzała?

— Nie — przełykam ślinę pod ciężarem jego skupionej uwagi. — A może…

— Może jeśli moje spodnie spadną, twoja sukienka podjedzie do góry — szepcze; jeszcze nigdy żadne zdanie wypowiedziane w jakiejkolwiek sytuacji nie zabrzmiało tak sprośnie. — To by wyrównało szanse w grze.

— Ona jest dla ciebie o wiele za dobra — odzywa się Finn zza jego pleców. Ansel sięga za siebie, kładzie dłoń na twarzy kolegi i odpycha go. Głową wskazuje mojego drinka, bez słów pytając, co znajdowało się w mojej obecnie pustej szklance.

Wpatruję się w niego, czując dziwną falę ciepłej swojskości. Zatem tak wygląda chemia. Czułam to z innymi wykonawcami, ale to zupełnie inny rodzaj chemii. Tamta chemia zwykle znika za kulisami lub po przedstawieniu staramy się wrócić do rzeczywistości. Ale z Anselem moglibyśmy chyba naładować niejedno urządzenie energią, która między nami przeskakuje.

Ansel bierze moją szklankę, mówi: „Zaraz wracam”, po czym zerka na Lolę, która odsuwa się od reszty. Przygląda się Anselowi wzrokiem jastrzębia, krzyżuje ramiona na piersi i przybiera minę surowej matki.

— Z drinkiem — dodaje Ansel dobrodusznie.

— Przepłacony, rozcieńczony alkohol, zapewne z jakimś podejrzanym owocem — rzuca Lola.

— Nic podejrzanego — zapewniam. — Chcesz iść ze mną?

— Nie, ale będę cię obserwować — ostrzega przyjaciółka.

Ansel obdarza ją swoim najbardziej czarującym uśmiechem, po czym odwraca się do mnie.

— Masz ochotę na coś konkretnego?

— Na niespodziankę — mówię mu.

Po kilku minutach Ansel wraca z nową szklanką pełną lodu i limonki oraz czystego płynu.

— Gin z tonikiem, prawda? Spodziewałam się czegoś bardziej nietypowego. Czegoś w ananasie lub z brokatem.

— Powąchałem twoją szklankę — odpowiada, wzruszając ramionami — wolałem nie mieszać ci alkoholi. Poza tym — wskazuje na moje ciało — masz w sobie urok dziewczyny z lat dwudziestych w krótkiej sukience i z tymi — palcem wskazującym zatacza koło wokół mojej głowy — te lśniące czarne włosy tak równo przycięte. I czerwone usta. Patrzyłem na ciebie i pomyślałem „gin” — przerywa, drapie się w brodę i dodaje: — właściwie patrzę na ciebie i myślę…

Śmiejąc się, podnoszę rękę.

— Nie mam pojęcia, co z tobą zrobić.

— Mam kilka propozycji.

— Z pewnością.

— Masz ochotę je usłyszeć? — odpowiada znów ze swoim szerokim uśmiechem.

Oddycham głęboko dla uspokojenia; zdecydowanie ten chłopak to dla mnie o wiele za dużo.

— Może opowiedz mi najpierw o swoich przyjaciołach. Wszyscy mieszkacie w Stanach?

— Nie. Poznaliśmy się kilka lat temu na programie dla wolontariuszy. Jeździliśmy rowerami od miasta do miasta, budując po drodze tanie domy. To było po studiach, kilka lat temu, przejechaliśmy od Florydy po Arizonę.

Teraz spoglądam na niego uważniej. Nie zastanawiałam się dotąd, kim jest ani co robi, lecz to znacznie ciekawsze niż grupa dupków z zagranicy przepuszczająca kasę w hotelu w Vegas. A jazda rowerem wyjaśnia te umięśnione uda.

— Nie spodziewałabym się tego po tobie.

— Zbliżyliśmy się do siebie we czwórkę: Finn, Oliver, ja i Perry. W tym roku umówiliśmy się na jazdę szlakiem wspomnień, ale tylko z Austin do Las Vegas. Staruszkowie z nas.

Rozglądam się w poszukiwaniu czwartego, wymownie unoszę brwi, ale Ansel jedynie wzrusza ramionami.

— Tym razem tylko nasza trójka.

— To świetny pomysł.

Popija drinka i kiwa głową.

— Było super. Boję się powrotu do domu we wtorek.

— A dokąd wracasz? Do Francji?

Uśmiecha się szeroko.

— Tak.

— Do domu do Francji. Co za nuda — mówię sarkastycznie.

— Powinnaś pojechać ze mną do Paryża.

— Ha. No dobra.

Przez dłuższą chwilę świdruje mnie wzrokiem.

— Mówię poważnie.

— Z pewnością.

Znów upija łyk i unosi brwi.

— Prawdopodobnie jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu widziałem. Podejrzewam, że również najbardziej inteligentną — pochyla się lekko i szepcze: — Umiesz żonglować?

Wybucham śmiechem.

— Nie.

— Szkoda — mruczy, uśmiechając się do moich ust. — No cóż, przez jakieś pół roku będę musiał zostać we Francji. Będziesz musiała trochę ze mną pomieszkać, zanim uda nam się kupić amerykański dom. Wtedy mogę cię nauczyć.

— Nie znam nawet twojego nazwiska — odpowiadam, śmiejąc się jeszcze głośniej. — Nie możemy omawiać lekcji żonglerki i wspólnego mieszkania, jeszcze za wcześnie.

— Nazywam się Guillaume. Ojciec jest Francuzem, a matka Amerykanką.

— Żiiii… co? — powtarzam, walcząc z akcentem. — Nawet bym nie wiedziała, jak to napisać — marszczę brwi, przez kilka minut obracając słowo w ustach. — Właściwie nawet nie wiem, jak się to zaczyna.

— Będziesz musiała nauczyć się je pisać — odpowiada, ukazując dołeczek. — W końcu będziesz podpisywać się na czekach.

Muszę odwrócić wzrok. Muszę odpocząć od jego uśmiechu i flirtu na poziomie red alert. Potrzebuję tlenu. Kiedy jednak spoglądam w prawo, napotykam szeroko otwarte oczy stojących niedaleko przyjaciółek.

— Co? — pytam, rzucając Loli spojrzenie mówiące „nie przesadzaj”.

Lola skupia się na Anselu.

— Zaczęła gadać.

Czuję jej zaskoczenie; nie chcę się mu poddać. Jeśli uświadomię sobie, jak swobodnie się przy nim czuję, w reakcji na to wpadnę w panikę.

— Ona? — pyta, wskazując mnie kciukiem. — Buzia jej się nie zamyka, prawda?

Harlow i Lola wybuchają śmiechem, ale to raczej śmiech potwierdzający „tak, oszalałaś”. Lola odciąga mnie lekko na bok i kładzie mi dłoń na ramieniu.

— Słuchaj.

— Słucham?

— Właśnie udało ci się zakochać w jednej sekundzie — syczy. — To przerażające. Czy nadal masz na sobie majtki? — schyla się teatralnie, jakby chciała sprawdzić.

— Poznałam go wczoraj wieczorem — szepczę, ciągnąc ją z powrotem i starając się, by ściszyła głos, gdyż nie odsunęłyśmy się aż tak daleko. Cała trójka mężczyzn przysłuchiwała się naszej wymianie zdań.

— Poznałaś go i nie powiedziałaś nam?

— Boże, mamo. Rano byłyśmy zajęte i zapomniałam, w porządku? Wczoraj w nocy urządzili imprezę w pokoju naprzeciwko. Też byście ich słyszały, gdybyście nie wlały w siebie tyle wódki, że koń by padł. Poszłam do nich i poprosiłam, żeby się uciszyli.

— To nie było nasze pierwsze spotkanie — wtrąca Ansel ponad moim ramieniem — poznaliśmy się wcześniej.

— Wcale nie — upieram się, starając się przekazać mu miną, żeby się przymknął. Nie zna jeszcze Loli jako matki-kwoki, ale ja owszem.

— Ale wtedy po raz pierwszy zobaczyła Ansela w bieliźnie — wtrąca uczynnie Finn. — Zaprosił ją do pokoju.

Brwi przyjaciółki unoszą się aż do włosów.

— O mój Boże. Czyżbym się upiła? Co w tym jest? — pyta, wskazując swoją obrzydliwie migoczącą filiżankę.

— Daj spokój — mówię do niej z rosnącą irytacją. — Nawet nie weszłam do pokoju. — Nie przyjęłam cukierka od superatrakcyjnego obcego, chociaż naprawdę chciałam. — Spójrzcie tylko na niego — dodaję, chcąc ją jeszcze podjudzić. — Powinnyście go zobaczyć bez koszulki.

Ansel kołysze się na piętach, popijając drinka.

— Nie krępuj się, mów dalej, jakby mnie tu nie było. Cudownie.

Wreszcie Lola litościwie decyduje się porzucić temat. Wszystkie znów wsuwamy się w półkole utworzone przez facetów i w pełnej napięcia ciszy popijamy drinki.

Ansel albo nie zdaje sobie sprawy z kłopotliwej sytuacji, albo się nią nie przejmuje.

— Zatem co świętujecie w ten weekend? — pyta.

Wymawiając te słowa, składa usta w dzióbek, jak do pocałunku. Nigdy dotąd nie miałam takiej ochoty dotknąć palcami czyichś warg. Podczas gdy Harlow wyjaśnia, co robimy w Vegas, popijając kiepskie drinki i nosząc najbardziej wyzywające sukienki świata, ja wędruję spojrzeniem w kierunku jego podbródka i policzków. Z bliska widzę, że ma idealną skórę. Nie tylko czystą, ale też gładką i równą. Jedynie policzki są lekko zaczerwienione permanentnym chłopięcym rumieńcem. Ujmuje mu to lat. Na scenie nie potrzebowałby niczego: ani podkładu, ani szminki. Nos ma ostry, oczy idealnie rozstawione, w niemal onieśmielająco zielonym kolorze. Mam wrażenie, że dojrzałabym ten kolor z ostatniego rzędu siedzeń w teatrze. Niemożliwe, żeby był tak idealny, jak się wydaje.

— Co robisz poza jazdą na rowerze i żonglowaniem? — pytam; wszyscy jednocześnie odwracają się ku mnie. Czuję pulsowanie w gardle, ale siłą woli zmuszam się, by patrzeć w oczy Ansela w oczekiwaniu na odpowiedź.

Ansel kładzie łokcie na ladzie obok i świdruje mnie spojrzeniem.

— Jestem adwokatem.

Moja wyobraźnia rusza z kopyta. Ojciec byłby wniebowzięty, gdyby się dowiedział, że podrywam prawnika.

Śmieje się chrapliwie.

— Przykro mi, że cię rozczarowałem.

— Wszyscy adwokaci, których poznałam, byli starzy i obleśni — przyznaję, nie zwracając uwagi na spojrzenia, które wbijają w mój policzek Harlow i Lola. Zdaję sobie sprawę, że już zaczęły liczyć, ile słów wypowiedziałam przez ostatnie dziesięć minut. Biję życiowy rekord.

— Czy praca w organizacji non profit poprawi moje notowania?

— Niezupełnie.

— Dobrze. W takim razie powiem ci prawdę: pracuję w największej, najbardziej drapieżnej kancelarii w Paryżu. Mam paskudny grafik. I właśnie dlatego powinnaś przyjechać do Paryża. Chciałbym mieć powód, żeby wcześniej wracać do domu.

Próbuję udawać spokojną, ale on mnie obserwuje. Praktycznie czuję jego uśmiech, który zaczyna się w kąciku ust i poszerza coraz bardziej, w miarę jak przeciągam moją udawaną obojętność.

— No dobrze, opowiedziałem ci o sobie, teraz twoja kolej. Skąd pochodzisz, cerise?

— Powiedziałam ci, jak mam na imię, nie musisz mnie tak nazywać.

— A jeśli chcę?

Naprawdę trudno się skupić przy tym uśmiechu.

— Nie jestem pewna, czy powinnam ci się przyznawać. Wiesz, nie podaje się obcym swoich danych.

— Mogę ci pokazać mój paszport. Co ty na to?

— Jeśli chcesz.

— Możemy zadzwonić do mojej mamy — mówi, sięgając do tylnej kieszeni. — Jest Amerykanką, spodobałaby ci się. Cały czas mi powtarza, jaki jestem słodziak. Właściwie dość często to słyszę.

— Nie wątpię — odpowiadam i, szczerze, mam wrażenie, że pozwoliłby mi zadzwonić do swojej matki. — Jestem z Kalifornii.

— Tak po prostu? Nie jestem Amerykaninem, ale wiem, że to spory stan.

Przyglądam mu się zmrużonymi oczami i w końcu dodaję:

— Z San Diego.

Szczerzy się, jakby wygrał los na loterii, jakbym właśnie opakowała tę informację w błyszczący papierek i upuściła mu na kolana.

— Aha. A co robisz w San Diego? Koleżanka mówiła, że świętujecie absolutorium. Co dalej?

— E… ekonomia. Uniwersytet Bostoński — odpowiadam, zastanawiając się, czy te słowa kiedykolwiek stracą swój sztywniacki i zardzewiały wydźwięk. Brzmią, jakbym odczytywała je z kartki.

On chyba też odnosi podobne wrażenie, bo po raz pierwszy poważnieje.

— Nie wpadłbym na to.

Zerkam na bar i machinalnie dopijam resztę drinka. Alkohol pali, ale czuję, jak ciepło rozlewa się po moich kończynach. Słowa, które chcę powiedzieć, bulgoczą mi w gardle.

— Kiedyś tańczyłam. Balet — po raz pierwszy przyznałam się do tego.

Ansel unosi brwi, przesuwa spojrzeniem po mojej twarzy, potem w dół.

— Teraz rozumiem.

Harlow rzuca mi spojrzenie z ukosa, potem patrzy na Ansela.

— Co za cholerne skowroneczki.

— Obrzydliwe — przytakuje Finn pod nosem. Ich oczy spotykają się na dłuższą chwilę. Nawiązuje się między nimi nić porozumienia, jakby należeli do tej samej drużyny — naszych przeciwników — i próbowali, który bardziej może upokorzyć przyjaciela. A przecież za półtorej godziny Harlow będzie ujeżdżać Finna w stylu kowbojskim gdzieś na podłodze. Lola przechwytuje mój wzrok. Wiem, że myślimy o tym samym.

Jak mogłam przewidzieć, Harlow unosi swoją szklankę w kierunku Finna, przy okazji przechyla ją i wylewa sporo płynu sobie na rękę. Jako kobieta z klasą pochyla się, przesuwa językiem po grzbiecie dłoni i rzuca w powietrze:

— Prawdopodobnie dzisiaj wieczorem go przelecę.

Finn uśmiecha się, przysuwa się do niej i szepcze coś na ucho. Nie mam pojęcia, co powiedział, ale na pewno nigdy jeszcze nie widziałam Harlow aż tak zarumienionej. Przyjaciółka sięga dłonią do kolczyka i zaczyna nim kręcić. Stojąca obok Lorelei jęczy.

Jeśli Harlow patrzy ci w oczy, zdejmując kolczyk, czeka cię bzykanko albo śmierć. Finn uśmiecha się — rozumiem, że już odczytał tę zasadę i wie, że to jego będzie na wierzchu.

— Harlow — mówię ostrzegawczo.

W końcu Lola nie może już znieść tych podtekstów, łapie Harlow za rękę i ciągnie ją, by wstała z krzesła.

— Burza mózgów w łazience dla pań.

*

— Dlaczego on mnie nazywa wisienką? — mrugam do swojego odbicia w lustrze. — Uważa mnie za dziewicę?

— Na pewno ma na myśli twoje usta idealne do loda — Harlow puszcza do mnie oko. — A jeśli można, to chciałabym zauważyć, że walnęłaś tego Francuza jak obuchem. Jego akcent to chyba najsłodsza rzecz, jaką w życiu słyszałam, nie uważasz?

Lorelei już kręci głową.

— Mia chyba nie jest najlepszą osobą do jednonocnej przygody.

Przesuwam błyszczykiem po ustach i zaciskam wargi.

— Co to ma znaczyć? — nie planowałam jednonocnej przygody z Anselem. Planowałam gapić się na niego przez całą noc, po czym pójść do łóżka sama i oddać się fantazjom, w których jestem kimś innym, a on uczy mnie wszystkiego o seksie w korytarzu. Jednak na słowa Loli czuję buntownicze szarpnięcie pod żebrami.

Harlow przygląda mi się przez moment.

— Chyba ma rację. Trudno cię zadowolić — wyjaśnia.

— Naprawdę, Harlow? — pytam. — Możesz tak twierdzić z poważną miną?

Lola odwraca się do mnie z równie szeroko otwartymi oczami.

— Nie to miałam na myśli.

— Och, mnie nie da się zadowolić — przyznaje Harlow. — Ale uwielbiam się przyglądać, jak faceci próbują. Lecz Mia przez pierwsze dwa tygodnie rozmawia z nimi przez grubą warstwę zakłopotania.

— Ale nie dzisiaj — mamrocze Lola.

Wkładam błyszczyk do kopertówki i rzucam spojrzenie na Harlow.

— Może lubię zaczynać powoli i wolę przeczekać tę dziwną potrzebę gadania bez przerwy. Ty lubisz zaczynać od razu, bez gry wstępnej. Mnie to nie przeszkadza, nie osądzam.

— No właśnie — ciągnie Harlow, jakbym w ogóle się nie odzywała — Ansel jest słodki, a sądząc z jego spojrzeń, nie będzie wymagał od ciebie długich rozmów.

Lorelei wzdycha.

— Wydaje się naprawdę słodki, widać, jak ciągnie ich do siebie. I co dalej? — wrzuca rzeczy do torebki i odwraca się do nas, opierając się o blat z umywalkami. — On mieszka we Francji, ona przenosi się do Bostonu, skąd do Francji jest tylko odrobinę bliżej niż z San Diego. Jeśli pójdziesz z Anselem do łóżka — mówi do mnie — czeka was przyzwoita pozycja na misjonarza, ciągła gadka i kontakt wzrokowy. To nie jest jednonocna przygoda.

— Naprawdę mnie przerażacie — rzucam.

— Jak będzie chciała, może zażądać pozycji na pieska. Co za problem? — pyta zdziwiona Harlow.

Najwyraźniej nie jestem potrzebna przy rozmowie, więc przepycham się między nimi, wychodzę z łazienki i wracam do baru. Niech same omówią resztę mojej nocy. Beze mnie.

*

Początkowo mam wrażenie, jakby koledzy Anselma i moje przyjaciółki wtopili się w tło, gdyż rozluźnili się (a może to alkohol), a z ich śmiechu wnioskuję, że nie przysłuchują się już każdemu naszemu słowu. W końcu idą w kierunku stołów do blackjacka tuż przed barem. Zostawiają nas samym sobie, rzuciwszy uprzednio znaczące spojrzenia w rodzaju „bądź ostrożna” do mnie i „nie popędzaj jej” do Ansela.

On zaś dopija drinka i odstawia pustą szklankę na bar.

— Co ci się najbardziej podobało w tańcu?

Gin lub Ansel dodają mi odwagi. Biorę go za rękę i stawiam na nogi. Chłopak odsuwa się od baru i idzie za mną.

— Zatracenie się w nim — mówię, opierając się o niego. — Możliwość bycia kimś innym.

W ten sposób mogłam zamienić się w kogokolwiek — myślę. W ciele tej osoby mogłam robić to, czego być może nie zrobiłam sama, gdybym miała czas się nad tym zastanowić. Na przykład pociągnięcie Ansela w ciemny korytarz — co właśnie robię, chociaż najpierw musiałabym wziąć głęboki oddech i policzyć do dziesięciu.

Ansel mruczy coś, a ja zaciskam usta — na wydawany przez niego dźwięk czuję w piersi ścisk. Cieszę się tym. Niemożliwe, żeby moje nogi, płuca i mózg jednocześnie odmówiły posłuszeństwa.

— Możesz udawać, że to scena — odzywa się Ansel cicho, opierając dłoń o ścianę obok mojej głowy. — Możesz udawać, że jesteś kimś innym. Możesz udawać dziewczynę, która mnie tu wciągnęła i całuje.

Przełykam ślinę i starannie układam sobie w głowie to, co powiem.

— Kim więc będziesz dzisiaj w nocy?

— Facetem zdobywającym dziewczynę, której pragnie, i nie musi przy tym gasić w domu pożarów.

Nie odwraca wzroku, więc ja też nie powinnam tego robić, chociaż kolana mi miękną. Mógłby mnie pocałować w tej sekundzie i za chwilę przestałoby mi to wystarczać.

— Dlaczego odciągnęłaś mnie na bok, z dala od wszystkich? — pyta, a jego uśmiech powoli gaśnie.

Spoglądam za niego, nad jego ramieniem, na klub, jedynie odrobinę jaśniejszy od miejsca, w którym stoimy.

Nie odpowiadam, a wtedy on pochyla się i spogląda mi w oczy.

— Zadaję ci zbyt wiele pytań?

— Trochę czasu zajmuje mi poskładanie odpowiedzi — odpowiadam. — Tu nie chodzi o ciebie.

— Nie, nie. Możesz kłamać — mówi, przysuwając się i znów olśniewająco uśmiechając. — Chcę udawać, że kiedy jesteśmy sami, jak teraz, to z mojego powodu brakuje ci słów.

Mimo to czeka, aż ułożę sobie odpowiedź. Jednak, prawdę mówiąc, nawet z pełnym naręczem słów nie umiałabym chyba powiedzieć, dlaczego wyciągnęłam go tutaj, z dala od bezpiecznego towarzystwa przyjaciółek, które zawsze umieją przełożyć moje monosylaby na zdania albo przynajmniej zmienić temat rozmowy.

Nie jestem zdenerwowana ani onieśmielona. Po prostu nie wiem, jak wejść w rolę, którą chciałabym zagrać: otwartej, odważnej kokietki. Na czym polega chemia, która przyciąga nas do drugiej osoby? Przy Anselu czuję się tak, jakby moje serce chciało nadążyć za biciem jego serca. Chcę zostawić na jego szyi i ustach odciski moich palców. Chcę possać jego skórę, sprawdzić, czy jest tak ciepła, na jaką wygląda, i spróbować jego języka, żeby odkryć, co pił. Chcę porozmawiać z nim tak, żebym nie musiała zgadywać, o co mu chodzi, ani walczyć o wydobycie z siebie słowa, a potem chcę zabrać go ze sobą do pokoju i już nie potrzebować żadnych słów.

— Zapytaj mnie znów — mówię.

Na moment marszczy brwi, ale po chwili pojmuje.

— Dlaczego zaciągnęłaś mnie tutaj?

Tym razem odpowiadam bez namysłu:

— Dzisiaj wieczorem chcę innego życia.

Wydyma odrobinę wargi, namyślając się; mimo woli wbijam w nie wzrok.

— Ze mną, cerise?

Kiwam głową.

— Wiesz, sprawdziłam to słowo. Oznacza wiśnię. Perwersyjne.

Oczy błyskają mu rozbawieniem.

— Owszem.

— I na pewno odgadłeś, że nie jestem dziewicą.

Kręci głową.

— Widziałaś swoje usta? Nigdy nie widziałem tak pełnych i czerwonych warg.

Mimowolnie zagryzam dolną wargę i zaczynam ją ssać.

Powieki opadają mu na oczy; pochyla się nade mną.

— Podoba mi się, jak tak robisz. Teraz moja kolej.

Głos mi drży ze zdenerwowania, kiedy szepczę:

— To tylko wargi.

— To nie tylko wargi. I proszę — mówi już tak blisko, że czuję jego wodę kolońską. Pachnie świeżym powietrzem i zielenią, jest jednocześnie ostra i orzeźwiająca, nigdy dotąd nie czułam takiego zapachu u mężczyzny. — Twoja czerwona szminka jest po to, żeby faceci nie zauważali twoich ust? Z pewnością wiesz, co takie usta wyczyniają w naszych marzeniach.

Nie zamykam oczu, kiedy Ansel pochyla się i chwyta ustami moją wargę; on jednak opuszcza powieki. Zamyka oczy, a ja całą sobą chłonę jego chrapliwy pomruk; smakuję go, czuję, słyszę, widzę, jak przy mnie drży.

Ansel łagodnie przesuwa językiem po mojej wardze, ssie delikatnie, po czym przerywa. Uświadamiam sobie, że nie był to właściwie pocałunek, raczej próba smaku.

— Nie smakujesz wiśnią — potwierdza mój domysł.

— A czym?

Wzrusza lekko ramionami, z namysłem zaciska wargi.

— Nie potrafię znaleźć dobrego określenia. Słodko. Jak kobieta i wciąż jeszcze dziewczyna.

Nadal trzyma dłoń obok mojej głowy, lecz drugą ręką bawi się moim kardiganem. Uświadamiam sobie, że jeśli pragnę innego życia, będę musiała to zrobić, nie mogę wciąż stać na krawędzi urwiska. Muszę skoczyć. Muszę się dowiedzieć, jaka dziewczyna zrobiłaby z nim to, co ja chcę zrobić i udawać, że nią jestem. To ona jest na scenie, a Mia przygląda się jej z widowni.

Kieruję jego palce w dół mojej sukienki, a potem pod spód.

Ansel już nie patrzy na moje usta; patrzymy sobie prosto w oczy, a ja przesuwam jego palce po moim udzie, w górę. Korytarz wydaje się pusty — ciemny i nieruchomy — ale bar za rogiem rozbrzmiewa głosami podpitych ludzi i grzmi od ciężkich basów muzyki. Ukryliśmy się, ale z łatwością można nas znaleźć, jeśli się zechce. Bez mojej dalszej zachęty Ansel wsuwa palec pod materiał mojej bielizny. Zamykam oczy, głowa opada mi do tyłu i opiera się o ścianę, a on delikatnie przesuwa palcem po najwrażliwszym obszarze mojej skóry.

Nie wiem, co i dlaczego zrobiłam — nagle zaczynają mną targać sprzeczne emocje. Pragnę jego dotyku — Boże, jak bardzo go pragnę — a jednocześnie czuję się upokorzona. Od czasu Luke’a byłam z dwoma innymi chłopakami, ale zawsze zaczynaliśmy od jakiegoś wstępu: pocałunki, obściskiwanie się od góry i schodzenie w dół ciała. Bliskość Ansela sprawiła, że stałam się kłębkiem żądzy.

— Nie jestem pewny, kogo bardziej zaskoczyłaś tym, co właśnie zrobiłaś — mówi, po czym całuje mnie w szyję. — Siebie czy mnie.

Wysuwa palec, ale niemal natychmiast powraca pod jeszcze lepszym kątem, tym razem wsuwa całą dłoń pod moją bieliznę. Tracę oddech, gdy gładzi mnie delikatnie dwoma palcami. Jest ostrożny, ale pewny siebie.

— Toutes ces choses que j’ai envie de te faire…

Tłumię jęk.

— Co powiedziałeś? — szepczę.

— Myślę o tym wszystkim, co chciałbym z tobą zrobić — całuje mnie w dół policzka. — Mam przestać?

— Nie — mówię, po czym dławi mnie panika. — Tak — jego szerokie palce nieruchomieją, a mnie natychmiast zaczyna brakować ich równego rytmu. — Nie. Nie przerywaj.

Śmieje się chrapliwie, schyla się, całuje mnie w szyję, a moje oczy uciekają do góry, po czym zamykają się, podczas gdy on znów zaczyna mnie głaskać.

*

Otwarcie oczu zajmuje wieki; w głowie mnie łupie. Całe ciało boli. Mocno przyciskam dłonie do skroni; kładę je płasko po obu stronach, jakbym w ten sposób zdołała powstrzymać głowę przed rozpadnięciem się na kawałki. Na pewno się rozpadła. Tylko tak mogę wytłumaczyć ten ból.

W pokoju panuje ciemność, lecz wiem, że za ciężkimi hotelowymi zasłonami świeci oślepiające letnie słońce Las Vegas.

Nawet jeśli spałam przez tydzień, potrzebuję jeszcze dwóch tygodni snu.

Wracają do mnie urywane, chaotyczne wspomnienia zeszłej nocy. Alkohol. Ansel. To, jak zaciągnęłam go do pustego korytarza, jego język na moim. A potem rozmowa, długa rozmowa. Błyski nagiej skóry i bezwładne kończyny — skutek nocy pełnej orgazmów, jednego po drugim.

Krzywię się, czuję mdłości.

Każdy ruch jest torturą. Czuję się obolała, wyczerpana, tak bardzo, że w pierwszej chwili nie zauważam jeszcze czegoś: jestem całkowicie naga. I sama. Na żebrach, szyi i ramionach czuję delikatne ukłucia bólu. Kiedy udaje mi się usiąść, stwierdzam, że większość pościeli leży na podłodze, a pode mną jest goły materac, jakby ktoś mnie uniósł z tego chaosu i celowo tu położył.

Przy moim biodrze leży złożona na pół kartka. Staranne pismo, w którym widać rękę cudzoziemca. Otwieram ją drżącymi rękami i szybko czytam.

„Mia,

próbowałem cię obudzić, ale mi się nie udało, więc zostawiłem cię, żebyś pospała. I tak mamy chyba tylko dwie godziny. Idę pod prysznic, potem na śniadanie na dół, do restauracji naprzeciwko windy. Przyjdź, proszę.

Ansel”.

Ogarniają mnie nieopanowane dreszcze. Nie chodzi tylko o kaca ani o świadomość, że spędziłam noc z nieznajomym i w większości nie pamiętam, co się działo. Nie chodzi o stan pokoju: pękniętą lampę, lustro poznaczone śladami dłoni, rozrzucone na podłodze ubrania, poduszki i — dzięki Bogu! — opakowania prezerwatyw. Nie chodzi o upokorzenie wywołane ciemną plamą na dywanie po jakimś napoju. Nawet nie o lekkie siniaki na żebrach ani uporczywy ból między nogami.

Trzęsę się na widok wąskiej złotej obrączki na palcu lewej dłoni.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki