Wydawca: Świat Książki Kategoria: Poradniki Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 175 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Słodkie pieczone kasztany - Aleksandra Król-Seghi

Wielu z nas marzy się Toskania: wspaniały, ciepły klimat, niezapomniane krajobrazy i spokojne, małe miasteczka, w których czas jakby się zatrzymał. Kto pojedzie tam choć raz, będzie chciał powracać i odkrywać coraz głębsze zakamarki tej krainy.

Autorka książki mieszka w Toskanii od czternastu lat. Zatrzymała ją miłość, tu założyła rodzinę i osiedliła się na stałe.

W przeciwieństwie do klasycznych przewodników, w tej książki znajdziesz barwne opowieści z życia autorki, jej obserwacje i doświadczenia, o tym, jak wygląda codzienność w tym regionie, jak obchodzi się różne święta i uroczystości i co się wtedy jada. A do tego wiele przepisów na ulubione potrawy i mnóstwo kolorowych zdjęć.

Aleksandra Seghi - absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, filolog włoski. Od wielu lat mieszka w Toskanii. Pracuje w Radio Diffusione Pistoia, przygotowuje i przekazuje wiadomości dla Polaków. Autorka książki Smaki Toskanii oraz trzech blogów: Moja Toskania, Smaki Toskanii, Toskańskie wakacje. Oprócz gotowania jej pasją jest tworzenie drewnianej biżuterii. Pisze artykuły dla portali: Cooklet oraz Bobyy. Współpracuje ze stroną Student-gotuje.pl oraz gazetą "W piekarni. W cukierni". Na co dzień mama małej Julii.

Opinie o ebooku Słodkie pieczone kasztany - Aleksandra Król-Seghi

Fragment ebooka Słodkie pieczone kasztany - Aleksandra Król-Seghi

AleksandraSeghi

Słodkie pieczone kasztany

TOSKAŃSKIE OPOWIEŚCI ZE SMAKIEM Fragment

Mojemu mężowi Alessandro

Podziękowania

Podziękowania dla wszystkich znajomych, których zaangażowałam w poszukiwania dotyczące Toskanii i którzy udzielili odpowiedzi na setki moich pytań. Dziękuję przede wszystkim:

Costanzy i Tommiemu za wspaniałą toskańską lekturę,

Lindzie za książkę o florenckim dialekcie i kolacje przy domowej pizzy u mamy Fiorenzy i taty Grazioso,

Laurze za odnalezienie w swoim domu wszystkich książek na temat Toskanii oraz za pomoc w niektórych tłumaczeniach dialektu,

Paolo za wyśmienite florenckie wypieki,

Danieli za wyczerpujący opis crostini – toskańskich grzanek z masą wątróbkową,

Robercie, mieszkającej piętro wyżej, za udostępnienie mi swojej obszernej biblioteczki kulinarnej,

dziewczynom z księgarni Giunti za wieloletnią przyjaźń, informowanie mnie o nowościach oraz wyszukiwanie najtrudniejszych do znalezienia tytułów,

Mamie Ani za czytanie rozdziałów i obiektywną krytykę,

Julci za jej popołudniowe drzemki pozwalające mi na pisanie książki i za to, że oszczędziła połowę klawiszy komputerowej klawiatury.

Płynące z serca grazie dla mojego męża Alessandro, bez którego książka w ogóle by nie powstała.

Myślę, że mój dziadek, świętej pamięci Teofil Lemański, założyciel pierwszego powojennego wydawnictwa w Łodzi, byłby ze mnie teraz dumny.

Wstęp

Od kilku lat Polacy interesują się Toskanią. Podbija ich serca nie tylko malowniczymi krajobrazami, lecz także dobrą regionalną kuchnią. Kiedy jestem w Polsce, czasem ktoś mnie zapyta, gdzie mieszkam. Słysząc odpowiedź: „W Toskanii”, zazwyczaj otwiera szeroko usta i mówi: „Ale ci zazdroszczę!”. Być może stają mu wtedy przed oczami przepiękne wzgórza, na których stoją stare wiejskie domy, obecnie przekształcone w wille bogaczy (i należące w większości do obcokrajowców). Może myśli, że jedno z takich domostw należy do mnie. Jest jednak trochę inaczej. Mieszkam w małym bloku (tak, w Toskanii również są bloki!) na obrzeżach miasta. Nie jeżdżę alfa romeo, tylko korzystam ze środków transportu miejskiego albo po prostu wyciągam z piwnicy rower (pamiętający jeszcze moje szkolne lata). Zajmuję się małą córeczką i domem, starając się także pracować. I oczywiście marzę o wiejskim domu z kominkiem w salonie i piecem w kuchni, służącym do wypieku pizzy oraz chleba, o gajach oliwnych, winnicach i stadzie zwierząt. Podpisuję się obydwiema rękami pod słowami Idilio Dell’Era, który pisze w swojej książce: „Gdybym kiedykolwiek miał się narodzić ponownie, chciałbym miasteczko całe dla siebie: jedną z tych okolic toskańskich, które na milę śmierdzą oborą, stojącą na pagórku z drzewami oliwnymi i młodymi dębami”[1].

Z pewnością moje życie w Toskanii nie jest nudne. Natłok obowiązków sprawia, że dni, tygodnie i miesiące mijają szybko. Przebywając od wielu lat w tym regionie, miałam okazję poznać miejscowe tradycje i zwyczaje, jednym słowem: toskańską codzienność. Zmieszałam się z tutejszą społecznością. Rzecz jasna, nie wyparłam się swojego pochodzenia. Życie upływa mi jakby pod podwójną banderą. Na co dzień jestem matką Polką (czy raczej Włoszką). Staram się wychowywać córkę w duchu obu krajów: mówimy, czytamy i oglądamy filmy w dwóch językach. Szanujemy tradycję polską i włoską. Obchodzimy po dwa razy Dzień Ojca, Dzień Matki, Dzień Dziecka. Uznajemy Mikołajki oraz Święto Befany, które wypada szóstego stycznia, w Trzech Króli. Jak widzicie, przynależność do dwóch krajów ma wiele zalet.

Sądzę, że również mój mąż się nie nudzi. Tak jak ja przejął i zaakceptował tradycje (oraz kuchnie) dwóch narodów. Związek z Polką gwarantuje mu przynajmniej dwa razy do roku wyjazdy samochodem do Polski (nie licząc lotów) i atrakcje w stylu: (cierpliwe) pakowanie auta po sam sufit (zaznaczam, dzieje się tak w obie strony). Mąż przymyka oko na różne moje pomysły i dziwactwa, takie jak kolekcjonowanie gąsiorów po winie czy dachówek lub nieustanne zatrzymywanie się wzdłuż toskańskich dróg i fotografowanie pól, łąk, mgieł, cyprysów itd. Przypomina mi się Mario, narzeczony mojej koleżanki Zosi. Pamiętam, jak spotkaliśmy się po raz pierwszy i mój mąż chciał poznać opinie Mario na temat związku z Polką. Mario odpowiedział wtedy: „Wiesz, do tego trzeba się po prostu przyzwyczaić!”.

Polskie kobiety są wszechstronne i aktywne. Nie zajmujemy się tylko i wyłącznie jedną rzeczą. Potrafimy się skupić na wielu obowiązkach i próbujemy pogodzić różne dziedziny w naszym życiu. Kiedy znajdujemy czas na relaks? Myślę, że odpoczywamy przy pracy, którą lubimy.

Książka, którą trzymacie w ręku, opowiada o moim życiu w Toskanii. Mam nadzieję, że czytając kolejne rozdziały, spędzicie miło czas, a w wyobraźni przeniesiecie się choć na chwilę w atmosferę włoskiego toskańskiego życia. Zapraszam do lektury.

[1] Idilio Dell’Era, La mia Toscana, Lucio Pugliese Editore, Firenze 2007.

1Pierwsze wyjazdy do Włoch

Moje pierwsze wyjazdy do Włoch sięgają czasów, kiedy biura podróży dysponowały nie najnowszymi autokarami, rzecz jasna, pozbawionymi klimatyzacji. Zamykano nas w takiej puszce i serwowano objazdowe wycieczki. Pamiętam, że zawsze miałam przy sobie notes, w którym prowadziłam zapiski. Podróż zazwyczaj nie miała końca, wydawało się, że Włochy leżą na innej półkuli. Dopiero pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy zaczęłam jeździć tam samochodem, zdałam sobie sprawę, że tak nie jest. Razem z mężem potrafimy pokonać całą trasę w jeden dzień (wyjeżdżamy z Warszawy o czwartej rano, a o godzinie dwudziestej pierwszej, dwudziestej drugiej jesteśmy we Florencji). W starych notatkach znajduję opisy niekończącej się jazdy autokarem. Oto fragmenty zapisków w ich dosłownym brzmieniu (a że byłam wtedy nastolatką, młodzieżowy język nie powinien dziwić):

„Czwartek:

godzina 7.10 Odjechaliśmy spod Pałacu Kultury w stronę granicy czechosłowackiej.

godzina 7.20 Pierwszy piętnastominutowy postój na gazetę. Ludzie, którzy zostali w autokarze, przewalają butelkami (tymi, które jeszcze zostały, bo niektórzy już jedli i pili pod Pałacem Kultury, obierali jabłka). A po cóż ten postój? A bo jeden pan poddał myśl zakupu porannej prasy. (...) Wszyscy jak za złotem wyfrunęli po gazetki. Osoby palące skoczyły, korzystając z okazji, na jednego skręta.

godzina 7.35 Odjechaliśmy z miejsca krótkiego odpoczynku. Wszyscy zadowoleni (...).

godzina 9.05 (...) Autokar wylądował na parkingu. Wszyscy wysypali się z wozu na (przeważnie) kawę, piwo (od rana), ciastka z cukrem, prince polo. Teraz wtoczyliśmy się i jedziemy. Przejechaliśmy 120 km, do granicy jeszcze 300 (...).

godzina 10.30 (...) Towarzystwo z wesołego autobusu błaga panią przewodniczkę o klimatyzację. Ktoś mówi, żeby wyważyć tylne drzwi.

Godzina 10.45 Podobno jest tu tani bar, w którym można zjeść...

Tak swym romantycznym głosem poinformowała nas Aga, przewodniczka, o tutejszym parkingu. Tak, tak, znów na trawie odpoczynek. (...) Stanęliśmy przy schludnym «restaurancie». Każdy musi obowiązkowo zwiedzić ten lokal. (...) Ciekawe, kto weźmie schaboszczaka na wynos. (...) Do Wrocławia jest 139 km (...).

– Ela, będziecie teraz jeść, tylko że masła nie wzięłam.

– Ja mam.

– To, Robert, będziesz musiał na sucho zjeść. Robert, zjesz 3 kanapki.

– Nie.

– To 2 małe. Może chcesz kubki? (...) 1, 2, 3, 4... o, to nam wystarczy.

– Ala, zrób Marcinowi kanapkę, to nie będę już wyjmować.

– To co, będziecie sobie obiady pitrasić?

– Co tak pompujecie? (...)

– Ela, masz, Ela, bo to wszystko trzeba zjeść. Spytaj się, czy Tomek nie chce.

– Kanapkę dostanę, gdzie są moje?

– W Warszawie zostały.

– Marcin, macie, trzymaj.

Inni państwo mówią:

– Niedługo na plażę zajedziemy. (...)

godzina 11.05 Spokojnie wszyscy wchodzą do autokaru. (...) Pani przede mną wyjęła:

1) całą margarynę

2) szynkę już pokrojoną

3) deseczkę plastikową

Mówi:

– Już nie kroję, dajcie spokój. Ala, oddaję masło. Z powrotem nakupujemy piwa.

godzina 12.31–12.32 Stanęliśmy przy sklepie Akcesoria, części zamienne, sprzedaż. Jak widać na załączonym obrazku, nasz jelcz potrzebuje «porady medycznej» w sklepie. Najwidoczniej coś jest grane. Ludzie porozkładali się dosłownie na trawie. Korzystają z chwil, wypełniając je paleniem. (...) Do granicy jeszcze około 4 godzin.

godzina 14.36 (...) Wyobraźcie sobie, że właśnie stajemy na stacji benzynowej. Do granicy 60 km.

godzina 14.55 Ruszamy w dalszą żmudną drogę. (...) Pani przede mną wyjęła zielone pudełko z 3 kg pomidorów i serem białym w przemokłym papierze. W powietrzu unosi się zapach pasztetowej z puszki.

– Robert, starczy ci, dać ci napoju?

godzina 15.05 Ludzie krzyczą:

Obiad! I wszyscy mają godzinę. (...) Połowa wycieczki ślęczy na dworze, a połowa zażera się frytosami pieczystymi. Już ludzie (ci najgłodniejsi) wychodzą z gorącym prowiantem. (...)

godzina 15.51 Odjechaliśmy. (...)

godzina 17.05 (...) Usłyszeliśmy: «Chować korony! »”.

Takich podróży odbyłam kilka i muszę przyznać, że mimo absolutnego braku komfortu, wspominam je bardzo miło. W pamięci pozostały mi wspaniałe miejsca, które odwiedziliśmy, jak również osoby, z którymi dzieliłam wspólne dni. Z wycieczki szkolnej wspominam panią pielęgniarkę, która zafascynowana takim zjawiskiem jak McDonald (pamiętajmy, że pod koniec lat osiemdziesiątych w Polsce nikomu nie śniły się McDonaldy ani żadne inne fast foody), wyniosła z niego reklamowe baloniki oraz gadżety i porozdawała dzieciom. Inną zapamiętaną postacią jest pan Bolek, przewodnik chyba z przypadku. Opowiadał bowiem, że był architektem i projektował McDonaldy w Polsce.

Albo pani Basia z Poznania – starsza pani, wdowa po kapitanie, która podróżowała po całym świecie. Wysoka, szczupła osoba o niesamowitej energii. Miałam wtedy najwyżej dwadzieścia lat, ona z pewnością dobiegała siedemdziesiątki. Po całodziennym zwiedzaniu w czterdziestostopniowym upale miała zawsze ochotę na wieczorny spacer i dalsze poznawanie miasta.

Nawiasem mówiąc, jeśli chodzi o gorąco panujące w Toskanii mniej więcej od maja do września, stary włoski poradnik domowy poleca, by do dzbanka wypełnionego wodą dodać trzy łyżki miodu i trzy łyżki octu winnego i zamieszać. Wystarczy jeden łyk i pragnienie zniknie.

Ponieważ pierwsze podróże objazdowe obejmowały prawie całe Włochy (zaczynały się w Wenecji, a kończyły w Neapolu), wizyty w Toskanii były ledwie zauważalne. Plan wycieczki przewidywał tylko jeden dzień zwiedzania Florencji. Z zegarkiem w ręku przebiegaliśmy przez główne punkty wyznaczonej trasy, ostatecznie lądując na targu San Lorenzo, o który zresztą nieustannie pytali ludzie z autokaru. Uliczki z kolorowymi stoiskami wydawały nam się nadzwyczajnym odkryciem. Przypominało to bazar Różyckiego w Warszawie (jak się miało trochę odłożonych pieniędzy, jechało się tam i kupowało niedostępne w sklepach zagraniczne towary). Na targu San Lorenzo regułą było nabycie skórzanej torebki albo kurtki, a najlepiej jednej i drugiej, wtedy autokar miał o czym plotkować podczas dalszej podróży.

Tak naprawdę do Toskanii pojechałam dopiero na pierwszym roku studiów. Florencja jest kolebką języka włoskiego, dlatego wybrałam na jego naukę właśnie to miasto.

Szkoła i mieszanie we Florencji

Każdego, kto chce się nauczyć języka obcego, zachęcam do wyjazdu na kurs językowy. Jest to bardzo przyjemne i ciekawe doświadczenie. Przede wszystkim uczymy się języka. Chodzimy do szkoły z ludźmi różnych narodowości, mówiącymi różnymi językami.

Uczęszczając na kurs, zmuszeni jesteśmy mówić po włosku, w przeciwnym razie nikt się między sobą nie dogada (choć oczywiście angielski służy jako podpora, gdy zabraknie słów po włosku). Lekcje są prowadzone w przyjaznej atmosferze, a materiał dydaktyczny jest łatwy do przyswojenia. Nauczyciel skupia się na dialogu, co jest bardzo ważne. Zajęcia odbywają się nie tylko w szkole, lecz także na przykład w parku, na świeżym powietrzu. Szkoła organizuje wycieczki, spotkania i wieczorne wyjścia do restauracji.

Moja klasa we florenckiej szkole (druga od lewej to nauczycielka Letizia).

Moje pierwsze wyjście do trattorii wiąże się właśnie z okresem nauki we florenckiej szkole. Nie zapomnę tego widoku: ogromna sala, pełno długich biesiadnych stołów, głośne stukanie sztućcami w talerze, gwar przekrzykujących się osób. A, jeszcze drzwi do kuchni, które nieustannie otwierały się i zamykały, wypuszczając kelnerów niosących dymiące potrawy. Pomyślałam: gdzie oni nas przyprowadzili? Przy tej okazji po raz pierwszy zasmakowałam klusek gnocchi. Były tak mięciutkie i pyszne, że rozpływały się w ustach. Do tego sos z czterech rodzajów sera. Istna poezja! Takich przeżyć nigdy się nie zapomina.

Gnocchiznane były od dawnych czasów. Przygotowywano je z mąki pszennej i ryżowej, otrębów, ziemniaków, suchego chleba lub warzyw.

Pod koniec XIX wieku gnocchi rozpowszechniły się we Włoszech. Początkowo kluski, podawane w okresie odrodzenia na bankietach w Lombardii, wyrabiane były z miąższu chlebowego, mleka i zmielonych migdałów. Nazywały się zanzanelli. W XVII wieku nosiły nazwę malfatti, a zamiast migdałów i chleba dodawano mąkę, wodę i jaja.

Obecnie we Włoszech najczęściej wyrabia się je z ziemniaków i odrobiny mąki lub z grysiku (gnocchi alla romana – gnocchi po rzymsku) oraz mąki kukurydzianej. W Rzymie są potrawą czwartkową, gdyż jak mówią popularne powiedzonka:

Giovedì gnocchi, Venerdi pesce (o anche ceci e baccalà), Sabato Trippa

W czwartek gnocchi, w piątek ryba (lub ciecierzyca i dorsz), w sobotę flaki

lub

Ridi, ridi, che mamma ha fatt’ i gnocchi

Śmiej się, śmiej, mama zrobiła gnocchi

Widać, jak ważny był czwartek (z obfitym daniem), który poprzedza piątek – według tradycji chrześcijańskiej chudy, rybny dzień.

W poszczególnych włoskich regionach istnieją różne tradycje przygotowywania gnocchi. Na południu w niedzielę podaje się je z sosem mięsnym i kawałkami roztopionej mozzarelli (na przykład w Neapolu gnocchi alla sorrentina).

Mieszkać we Florencji to wspaniałe doświadczenie i niepowtarzalne przeżycie, zwłaszcza że szkoły językowe zapewniają uczniom zakwaterowanie w centrum miasta. Moje mieszkanie mieściło się przy placu Santa Croce, a jedna ze znajomych Greczynek mieszkała przy samym Ponte Vecchio (Moście Złotników)!

Jednym z miast partnerskich Florencji jest Kraków.

Dino Compagni, trzynastowieczny polityk, pisarz i historyk włoski urodzony we Florencji, w Cronica delle cose occorrenti ne’ tempi suoi (Kronika rzeczy potrzebnych w swoich czasach) z około 1312 ro-ku pisał: „Florencja, o której mowa, jest bardzo zaludniona i przywraca siły z powodu dobrego powietrza; dobrze ubrani mieszkańcy oraz piękne i strojne kobiety; przepiękne budynki, pełne nieodzownych ornamentów, przewyższające inne włoskie miasta. Dlatego wiele osób z dalekich krajów przybywa, by ją zobaczyć, nie z konieczności, lecz z powodu dobrej jakości rzemiosła i sztuki oraz dla piękna i zdobień miasta”.

Ponte Vecchio w piękny słoneczny dzień.

Florentyńczycy zdają sobie doskonale sprawę z tego, w jak pięknym mieście przyszło im żyć. Są z tego bardzo dumni, tak jak autor piosenki Niech Pan ucałuje ode mnie Florencję, śpiewanej przez Odoarto Spadaro, który nazywa miasto Ojczyzną (od dużej litery). To coś więcej niż kraj, miasto odgrywa naprawdę bardzo istotną rolę w życiu każdego Włocha. Znajduje to wyraz w campanilismo (dosłownie: „wierności wobec miejscowej dzwonnicy”). Otóż wystarczy zapytać Włocha za granicą, skąd pochodzi, by wskazał konkretne miasto, zamiast wymienić nazwę kraju.

17 grudnia 1982 roku zabytkowe centrum Florencji zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO z następującym wyjaśnieniem: „Ta wyjątkowa wartość kulturowa słusznie powinna znajdować się na pierwszej liście Światowego Dziedzictwa, jakiekolwiek uzasadnienie byłoby zuchwałe i zbyteczne (...)”.

Z mojego doświadczenia wynika, że Florencję najlepiej zwiedzać z samego rana. Ulice starego miasta są puste, gdzieniegdzie przejeżdża tylko niewielki samochód zbierający śmieci lub czyszczący jezdnie. O tej porze turystów można spotkać jedynie przy drzwiach wejściowych do Muzeum Uffizi. Od wczesnych godzin porannych ustawiają się w kolejce po bilety. Moim ulubionym miejscem w mieście jest Ponte Vecchio. Zafascynował mnie tak bardzo, że kolekcjonuję przedstawiające go pocztówki, zdjęcia, obrazki itp.

W XIII wieku zaczęły się pojawiać na nim pierwsze sklepy (handlarzy ryb i mięsa, później garbarzy). W 1593 roku książę Ferdynand I nakazał usunięcie sklepów, a na ich miejscu powstały warsztaty jubilerów i złotników (książę nie przepadał za mało szlachetnym handlem i bijącą od towarów wonią). Jedną z ciekawostek jest to, że nad kramami zbudowano korytarz, który łączy Pałac Vecchio z Pałacem Pitti. Dzięki niemu rodzina Medyceuszy poruszała się swobodnie między swoimi domami oraz siedzibami administracji, bez konieczności uczestniczenia w codziennym ruchu ulicznym. Na szczęście podczas drugiej wojny światowej Niemcy nie zdążyli zbombardować mostu.

W którymkolwiek punkcie miasta się znajdziemy, z pewnością natrafimy na niejedną lodziarnię. Lody, wylewając się wręcz z pojemników, kuszą tysiącami smaków. I jak tu w czterdziestostopniowym upale przejść obojętnie obok tych słodkości! Ale jakie smaki wybrać, jest ich przecież nieskończenie wiele! Otóż ja postępuję w ten sposób: przede wszystkim oglądam całą witrynę, szukając wzrokiem pojemników, w których jest mało lodów. Oznacza to, że są często kupowane, co wskazuje, że lodziarnia zrobiła je niedawno i z pewnością są świeże. Natomiast mam pewne wątpliwości co do wielkich gór lodowych. To, że nikt ich nie wybiera, oznacza, że leżą tam już jakiś czas... I jeszcze jedno: we Włoszech lodów nie kupuje się na kulki, miarą jest łopatka. Zamiast zamawiać tak jak w Polsce, dwa, trzy smaki lodów (co dla nas oznacza dwie, trzy kulki), prosimy o wafelek lub pojemniczek za półtora, dwa, dwa i pół euro i dopiero wtedy wymieniamy smaki. Jeśli nie będziemy przestrzegać tej reguły, może się zdarzyć, że dostaniemy lód w dwóch, trzech smakach, ale w gigantycznym rozmiarze, za który słono zapłacimy!

Kiedy zjemy pyszne lody, możemy się przejść na słynny targ San Lorenzo, który nie zmienia się od lat. Te same szale, torby, kurtki, gadżety. Muszę przyznać, że nie robi już na mnie tak wielkiego wrażenia jak dawniej. Wtedy wszystko było takie egzotyczne, bo niedostępne w Polsce. Teraz mamy to na wyciągnięcie ręki. Dlatego na targu warto rozglądać się tylko za towarami Made in Italy, wspaniale skrojonymi skórzanymi torebkami albo skórzaną odzieżą. Polecam także odwiedzenie hali mieszczącej targ spożywczy. Na parterze są sklepiki, w których sprzedaje się makaron, sery, wino, pieczywo lub mięso. A na pierwszym piętrze – warzywa i owoce. Giovanni Piscolla tak pisze o tym miejscu w okresie przedświątecznym: „Najlepiej przyjść między siódmą a dziewiątą rano lub wczesnym popołudniem, by zrobić zakupy bez tłoku i przy większym wyborze: odnotowuje się widoczne wyspecjalizowanie straganów. Niektóre stały się prawdziwie delikatesowe”[2].

Przed dokonaniem jakiegokolwiek zakupu w hali należy zrobić rozeznanie, bo jest duża rozpiętość cen. Gdy tylko jestem we Florencji, wybieram się na targ po wspaniałe pieczywo i suszone pomidory. Te ostatnie to istna kulinarna poezja! Można włożyć je do słoika, zalać oliwą, dodać posiekany ząbek czosnku i trochę oregano. Po kilku dniach pomidory nabiorą specyficznego aromatu i będą stanowić wspaniałą przystawkę, podawane na kromkach chleba.

Zwiedzając Florencję, warto na koniec wejść lub wjechać na Piazzale Michelangelo, z którego rozpościera się najpiękniejszy widok na miasto. Plac jest nie tylko atrakcją turystyczną. Ze względu na wspaniałą panoramę młode pary wybierają to miejsce na poślubne sesje fotograficzne. I nie ma się czemu dziwić, każdy pozazdrościłby zdjęć w tak urokliwym otoczeniu!

Lubię zaglądać na ten plac. Można podziwiać stąd wszystkie zabytki Florencji i wzgórza Fiesole, na których podobno Leonardo da Vinci wypróbowywał swoją latającą maszynę.

Nie zamierzałam opisywać całego miasta, poszczególnych zabytków, muzeów ani innych atrakcji. Chciałam tylko, żebyście poczuli atmosferę tego cudownego miejsca, zechcieli tu przyjechać i je zwiedzić. Florencja ma w sobie coś magicznego. Wystarczy zobaczyć ją raz, aby zawsze pragnąć tu powrócić. Jeśli co jakiś czas nie pojadę do Florencji, by poczuć jej atmosferę, jeśli nie przejdę się głównymi uliczkami i po raz kolejny nie obejrzę tych samych zabytków, czegoś mi brak, tęsknię za nią...

Kurs gotowania

Szkoły organizujące kursy językowe proponują również zajęcia innego rodzaju. Ja wybrałam miesięczny kurs gotowania. Wspaniałe przeżycie dla obcokrajowca: poznawanie potraw danego kraju. Przyglądałam się dosłownie wszystkiemu, każdemu drobiazgowi, którego używał nauczyciel. Bardzo interesujące było odkrycie mezzaluny. Tym nożem o półkolistym kształcie kroi się bazylię, pietruszkę, orzechy na drobne kawałki. Jest bardzo ostry, dlatego zazwyczaj sprzedawany w etui.

Przeglądając przepisy ze szkoły gotowania, zdałam sobie sprawę, że nauczyciel raczej nie był Toskańczykiem. Przygotowywaliśmy makaron z pesto (Liguria), gnocchi z Piemontu, ryż po neapolitańsku, spaghetti po sycylijsku. Uczestnicy kursu byli tak zafascynowani gotowaniem po włosku, że nikomu nie przyszło do głowy spytać o typową potrawę toskańską.

Mezzaluna

Jedno jest pewne, zobaczyliśmy, jak się przyrządza potrawy ze świeżych produktów. Nauczyliśmy się używania świeżych ziół, takich jak bazylia czy szałwia, oraz dodawania do potraw oliwy.

Ten przepis na gnocchi też pochodzi ze szkoły gotowania. Z proponowanej ilości składników wynika, że najlepiej zaprosić kogoś na obiad lub kolację.

GNOCCHI AL POMODORO

(GNOCCHI Z POMIDORAMI)

Składniki

3 kg ziemniaków

3 ząbki czosnku

750 g mąki pszennej

kilka łyżek oliwy

3 jaja

sól i pieprz

500 ml przecieru pomidorowego

parmezan do posypania

Przygotowanie

Ugotowane ziemniaki przepuścić przez maszynkę lub zmielić w robocie kuchennym. Do ziemniaków dodać jaja i mąkę, wymieszać na jednolitą masę. Uformować cienkie wałeczki i pokroić na małe kawałki. Gotować w osolonej wodzie.

W dużym garnku wrzucić na rozgrzaną oliwę posiekany czosnek, dodać przecier pomidorowy, sól i pieprz. Kiedy sos zacznie wrzeć, dodać ugotowane gnocchi i zamieszać. Podawać posypane parmezanem.

Do sosu pomidorowego można wrzucić listki bazylii. Robi się to w ostatniej chwili, gdyż jak mówi wielki znawca kuchni Gualtiero Marchesi, bazylii się nie gotuje. Listki rwiemy palcami, nigdy nie kroimy nożem, ponieważ przyprawa traci wtedy swoje właściwości.

Mimo że doświadczenie kulinarne w szkole florenckiej było mało toskańskie, proponuję przepis na ciasto, które pochodzi prawdopodobnie z wyspy Capri.

TORTA AL LIMONE

(CIASTO CYTRYNOWE)

Składniki

200 g mąki

świeżo wyciśnięty sok z 2 cytryn

250 g cukru

proszek do pieczenia

50 g margaryny

szczypta soli

5 jaj

Przygotowanie

Oddzielić żółtka od białek. Do żółtek dodać cukier i zmiksować. Roztopić w garnuszku margarynę. Sok z cytryny dodać wraz z mąką i margaryną do masy żółtkowej. Na koniec dosypać proszek do pieczenia. Do białek dodać szczyptę soli i ubić je na pianę, następnie połączyć z ciastem. Włożyć do formy posmarowanej tłuszczem i piec 40–50 minut w piekarniku rozgrzanym do temperatury 180°C.

Cytryny przechowują się lepiej i dają więcej soku, jeśli trzymamy je w lodówce, w zamkniętym naczyniu z wodą.

Ważne, aby do ciasta dodać sok ze świeżo wyciśniętych cytryn, a nie zastępować go sztucznymi sokami, które można kupić w supermarketach. Włochowi z przerażenia włosy stanęłyby dęba!

Z pewnością kurs gotowania we Florencji obudził we mnie kulinarną pasję. Zarówno w moim polskim, jak i włoskim domu półki uginają się od książek kucharskich. Miło jest czasem sięgnąć po jedną z nich i czytając, wyobrażać sobie przygotowanie i zapach gotującej się potrawy. Przyrządzanie potraw jest swoistą sztuką, bo jak mówi wielki włoski znawca kuchni Gualtiero Marchesi: „Cały świat kręci się wokół kuchni, która jest uważana za formę sztuki opartej na wiedzy i mądrości gastronomicznej”.

Kurs gotowania (w środku nasz nauczyciel).

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[2] Giovanni Piscolla, Weekend Toscana Taccuino di un insolito viaggiare tra natura arte storia folklore, Ferdinando Brancato Editore, Firenze 1991.

2Narzeczona Włocha

Dostępne w wersji pełnej

Poznawanie obyczajów, kultury, mieszkańców

Dostępne w wersji pełnej

Pierwszy sylwester w Toskanii i biesiadowanie przy stole

Dostępne w wersji pełnej

Pistoia Blues Festival

Dostępne w wersji pełnej

Lipiec w Pistoi

Dostępne w wersji pełnej

Święto San Bartolomeo – patrona dzieci

Dostępne w wersji pełnej

Confetti z Pistoi

Dostępne w wersji pełnej

Dziwni mieszkańcy Pistoi

Dostępne w wersji pełnej

Tradycje kulinarne Pistoi

Dostępne w wersji pełnej

3Początek prawdziwego toskańskiego życia

Dostępne w wersji pełnej

Polacy w mieście

Dostępne w wersji pełnej

Dobre pomysły znajomych, i nie tylko, na interesy między dwoma krajami

Dostępne w wersji pełnej

Gotowanie po toskańsku (targ warzywny na co dzień)

Dostępne w wersji pełnej

4Radio Diffusione Pistoia

Dostępne w wersji pełnej

5Włoskie obywatelstwo

Dostępne w wersji pełnej

6Dzień Kobiet

Dostępne w wersji pełnej

7Wielkanoc

Dostępne w wersji pełnej

8Chleb

Dostępne w wersji pełnej

9Kasztany

Dostępne w wersji pełnej

10Fasola

Dostępne w wersji pełnej

11W królestwie serów

Dostępne w wersji pełnej

12Spiżarnia pełna pomidorów, szafki z makaronem

Dostępne w wersji pełnej

13Moja teściowa i karczochy

Dostępne w wersji pełnej

14Wino i oliwa

Dostępne w wersji pełnej

15Międzynarodowe Święto Żywności

Dostępne w wersji pełnej

16Targi

Dostępne w wersji pełnej

Targi średniowieczne

Dostępne w wersji pełnej

Przeróżne święta żywności

Dostępne w wersji pełnej

Klasztor w mieście Volterra

Dostępne w wersji pełnej

Inne imprezy

Dostępne w wersji pełnej

17Toskańska gościnność

Dostępne w wersji pełnej

18Toskańskie ogrody, parki i zoo

Dostępne w wersji pełnej

19Roberto Benigni

Dostępne w wersji pełnej

20Grupa GAS i lokalna waluta

Dostępne w wersji pełnej

21Jazda samochodem i rowerem

Dostępne w wersji pełnej

22Bujający się żyrandol

Dostępne w wersji pełnej

23Pomysł na gotowanie i nie tylko

Dostępne w wersji pełnej

Blog

Dostępne w wersji pełnej

24Polscy goście

Dostępne w wersji pełnej

25Zakończenie

Dostępne w wersji pełnej

Bibliografia

Dostępne w wersji pełnej

Strony internetowe

Dostępne w wersji pełnej

Gazety i czasopisma

Dostępne w wersji pełnej

Redaktor prowadzący

Beata Kołodziejska

Redakcja

Magdalena Pluta

Redakcja techniczna

Lidia Lamparska

Korekta

Ewa Grabowska

Zdjęcia potraw: Magdalena Szwedkowicz-Kostrzewa

Pozostałe zdjęcia: archiwum Autorki

Copyright © by Aleksandra Segh

Copyright © for the Polish translation by Weltbild Polska Sp. z o.o., 2012

Copyright © for this edition by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012

Copyright © for the e-book edition by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012

Świat Książki

Warszawa 2012

Weltbild Polska Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Weltbild.pl

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

ISBN 978-83-7799-633-1

Nr 90081894

Plik ePub opracowany przez firmę eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl