Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 379 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Słodkie kłopoty - Susan Mallery

Jesse, najmłodsza z sióstr, ma naturę buntowniczki. Wyjeżdża z Seattle rozżalona, skłócona z najbliższymi i pełna obaw, czy sprawdzi się w roli samotnej matki. Po pięciu latach wraca, dumna, że wyszła na prostą. Ma dobrą pracę i wspaniałego synka. Udowodniła, ile jest warta. Powinna triumfować, ale od początku wszystko idzie nie tak. Rodzinie nie podoba się „nowa”, pewna siebie Jesse. A Mat, jej były chłopak, nadal nie wierzy, że mały Gabe jest jego dzieckiem…

Opinie o ebooku Słodkie kłopoty - Susan Mallery

Fragment ebooka Słodkie kłopoty - Susan Mallery

Okładka

Strona tytułowa

Susan Mallery

Słodkie kłopoty

Czekoladowe brownie Jesse

2 tabliczki (200 g) gorzkiej czekolady

1 kostka (200 g) masła lub margaryny do pieczenia

100 g mąki (ok. 4/5 szklanki)

2 szklanki cukru

6 jajek

kilka łyżek obranych, posiekanych orzechów włoskich lub migdałów

Połamaną na kawałki czekoladę razem z masłem wrzucamy do rondelka, który umieszczamy na garnku z gotującą się wodą. Rozpuszczamy i mieszamy do uzyskania gładkiej masy.

Ubijamy pianę z białek ze szczyptą soli. Żółtka ucieramy z cukrem, dodajemy mąkę i wmiksowujemy do ostudzonej masy czekoladowej. Dodajemy pianę i orzechy lub migdały.

Ciasto pieczemy 20 min. w temperaturze 2000C (w kuchenkach z termoobiegiem 1800C). Po ostudzeniu kroimy w kwadraty.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Napisali, że nie znasz litości. – Diana przebiegała wzrokiem artykuł w magazynie poświęconym biznesowi. – Powinieneś być zadowolony.

Matt Fenner spojrzał na asystentkę, lecz nie skomentował jej słów. Diana się uśmiechnęła.

– Lubisz, gdy tak o tobie mówią.

– Lubię, gdy czują przede mną respekt – sprostował.

– Albo strach.

Skinął głową.

– To działa.

Diana położyła otwarty magazyn na biurku szefa.

– Nigdy nie zapragnąłeś, by ktoś cię uznał za sympatycznego człowieka?

– Nie.

Sympatyczny, czyli łatwy do wyrolowania. Już dawno poznał tę prawdę na własnej skórze. Sięgnął po kartkę przy telefonie. Jak na ironię zawierała informację, że dzwoniła osoba, której zawdzięczał tę gorzką lekcję.

Diana westchnęła ciężko.

– Martwię się o ciebie.

– Niepotrzebnie tracisz czas.

– Nie denerwuj się. Robię to tylko po godzinach.

Matt popatrzył na Dianę z kwaśną miną, lecz ta wcale się nie przejęła. Była po pięćdziesiątce i miała dystans do życia. Szef jej nie onieśmielał i pewnie dlatego pracowała u niego tak długo. W oczach konkurencji uchodził za bezdusznego twardziela, jednak nie lubił tłamsić i deprymować swych pracowników. W każdym razie nie stale.

– Nie masz nic do zrobienia? – rzucił znacząco.

Diana podniosła się z fotela.

– Jesse znowu dzwoniła. To już trzeci raz w ciągu trzech dni. Oddzwonisz do niej?

– Czy to ma jakieś znaczenie?

– Owszem. Jeśli zamierzasz jej unikać, to wolę powiedzieć jej to wprost. Po co dziewczyna ma się denerwować? – Diana zmarszczyła brwi. – Zwykle jesteś bardziej zdecydowany w kontaktach z panienkami. Kiedy już jakąś rzucisz, rzadko która próbuje się do ciebie dobijać.

– Prosiłem, żebyś ich tak nie określała.

Diana zrobiła minę niewiniątka.

– Tak? No to przepraszam. Wypadło mi z głowy.

Kłamała, ale machnął na to ręką. Diana w ten sposób wyrażała dezaprobatę dla kobiet, z którymi się spotykał. Czasem utyskiwała, że wszystkie są takie same. Ten sam typ urody, wszystkie bardzo piękne, pozbawione serca i rozumu. Miała rację.

Jednego tylko nie pojmowała, bo nie mieściło się jej w głowie, że to mu wystarczało. Niczego więcej nie chciał.

– To kobieta, którą kiedyś znałem – powiedział i od razu tego pożałował. Niepotrzebnie chlapnął. Tamten rozdział życia już na zawsze został zamknięty.

– Naprawdę? Czyżby to znaczyło, że ta Jesse ma osobowość, a może... – powachlowała się demonstracyjnie, jakby zaraz miała zemdleć. – A może ma trochę oleju w głowie? Teraz, kiedy o tym wspomniałeś, myślę, że rzeczywiście wydała mi się całkiem do rzeczy.

– O niczym nie wspomniałem.

– Czyżby? Wydaje mi się, że jednak tak. No to uchyl rąbka tajemnicy i opowiedz mi o tej znajomości.

– Możesz już iść.

– Po co przyjechała do Seattle? Jaka jest? Przypadnie mi do gustu? Lubisz ją?

Matt zdecydowanym gestem wskazał drzwi.

Diana ruszyła do wyjścia.

– To znaczy, że mam ją połączyć, kiedy następny raz zadzwoni, tak?

Nie odpowiedział. Diana wyszła.

Matt podniósł się zza biurka i podszedł do okna. Z gabinetu na najwyższym piętrze biurowca rozciągał się zachwycający widok. Podziwiając go, mężczyzna się zamyślił. Pod względem zawodowym naprawdę daleko zaszedł. Osiągnął wszystko, czego pragnął, a nawet więcej. Miał pieniądze, władzę, szacunek i odpowiadał tylko przed samym sobą.

Powoli i z rozmysłem zmiął kartkę z informacją o telefonie Jesse i cisnął ją do kosza.

Wbrew zapewnieniom uznanych poetów i ckliwym przesłaniom rzewnych piosenek, Jesse na własnej skórze doświadczyła, że powrót do domu czasem bywa możliwy. Co nie oznacza, że był dla niej źródłem radości. Cóż, nikomu nie może z tego powodu robić wyrzutów. Wraca do Seattle, bo sama tak postanowiła. Choć w dużej mierze przyczynił się do tego mały człowieczek, który pojawił się w jej życiu.

Zerknęła w lusterko i uśmiechnęła się do swego czteroletniego synka.

– Wiesz co? – zawołała. – Jesteśmy na miejscu!

Ciemne oczka chłopczyka rozjarzyły się w uśmiechu i klasnął w dłonie.

– Mi się tu podoba!

Zamierzała zostać w Seattle przez lato, może dłużej. Posiedzą tu do czasu, kiedy ich sytuacja jakoś się wyklaruje.

Zaparkowała, wysiadła i otworzyła tylne drzwi. Wyjęła Gabe’a z fotelika i pomogła mu wysiąść. Chłopczyk zadarł głowę i zagapił się na trzypiętrowy budynek.

– Tu będziemy mieszkać? – zapytał z zachwytem. – Naprawdę?

Hotelik należał, oględnie mówiąc, do skromnych. Na nic lepszego nie było ich stać. Miał jednak wiele plusów – był nastawiony na klientów zatrzymujących się na dłużej, pokoje miały aneks kuchenny i, zgodnie z opiniami internautów, był wyjątkowo czysty, co dla Jesse bardzo się liczyło. Potem może się rozejrzy za mieszkaniem w dzielnicy uniwersyteckiej. W lecie, gdy studenci są na wakacjach, bez trudu znajdzie coś odpowiedniego na ich kieszeń.

Gabe, który jeszcze nigdy nie był w hotelu, wręcz oniemiał z zachwytu.

– Naprawdę – potwierdziła, biorąc go za rączkę. – Chcesz, żebyśmy mieli pokój na najwyższym piętrze?

Chłopczykowi rozszerzyły się oczy.

– Możemy? – powiedział bez tchu.

Wyższe piętro oznaczało dłuższą wspinaczkę po schodach, ale też zapewniało większe bezpieczeństwo.

– Zamówiłam taki pokój.

– Super!

Jego nowe ulubione określenie, które przyniósł z przedszkola. Dzisiaj powtórzył je ze czterysta razy. Jesse aż się skręcała, bo działało jej na nerwy. Pocieszała się tylko, że równie dobrze mógł sobie upodobać jakieś inne słowo, znacznie mniej stosowne.

Pół godziny później rzucili się na łóżka, testując materace. Jesse rozpakowała walizkę. Niby tylko trzy piętra, a ciężko dyszała, serce waliło jej jak szalone. Naprawdę musi się wziąć w karby i zacząć ćwiczyć.

– Pójdziemy coś zjeść – oznajmiła. – Co powiesz na spaghetti?

Gabe rzucił się na nią i objął ramionkami, zaciskając je z całej siły. Jesse potargała go po miękkiej brązowej czuprynce.

– Dziękuję, mamuniu – wyszeptał.

Bardzo rzadko spotykało go takie szczęście, żeby iść do restauracji na ulubioną potrawę.

Może powinna sama przygotować kolację, jednak po pięciu godzinach podróży czuła się zmęczona. Wczoraj skończyła pracę dobrze po północy. W Seattle będzie się liczyć każdy grosz, więc chciała zarobić jak najwięcej, nie odpuścić żadnego napiwku.

– Bardzo proszę. – Przykucnęła przed dzieckiem, by jej twarz znalazła się na wysokości jego buzi. – Myślę, że spodoba ci się miejsce. Nazywa się „Stara Makaroniarnia’’. – Idealna restauracja dla ludzi z dziećmi. Nikt nawet nie mrugnie, jeśli Gabe nabałagani, a ona spokojnie będzie mogła wypić kieliszek wina i udawać, że wszystko gra.

– Jutro zobaczymy tatusia?

Serce znowu załomotało jej w piersiach, tym razem nie z powodu wędrówki po schodach.

– Jutro raczej nie, ale niedługo.

Gabe przygryzł dolną wargę.

– Kocham mojego tatusia.

– Tak, skarbie, wiem, że go kochasz.

To z powodu Gabe’a zdecydowała się wrócić do rodzinnego miasta i zmierzyć z duchami przeszłości. Rok temu chłopiec zaczął ją wypytywać o tatę. Dlaczego go nie ma? Gdzie jest jego tatuś? Dlaczego tatuś nie chce z nim być?

Przez jakiś czas zastanawiała się, czy nie uciec się do kłamstwa. Powiedzieć synkowi, że tatuś umarł. Jednak kiedy pięć lat temu wyjeżdżała z Seattle, obiecała sobie, że zacznie żyć na nowo, że w jej życiu nie będzie miejsca na kłamstwa, że postara się nie zaprzepaścić żadnych szans. Przez te lata nie było jej lekko, jednak wreszcie dorosła i miała powody do dumy. Stanęła na nogi, sama wychowała syna, kierowała się jasnymi, uczciwymi zasadami.

Oznaczało to, że musiała też powiedzieć prawdę synkowi. Wyznać, że Matt nie wiedział o jego istnieniu.

Na myśl o spotkaniu z Mattem zaczynało jej brakować powietrza. Nie będzie o tym rozmyślać. Musi się skupić na synku, reszta jakoś się ułoży. Oby tak było.

Nie tylko Mattowi musi stawić czoło. Jest jeszcze Claire, starsza siostra, której prawie nie znała, i Nicole, druga siostra, która pewnie nadal nie chce nawet słyszeć o najmłodszej z nich. Oto jej powrót do domu.

Jutro do tego wróci. Dziś idą na spaghetti, potem pooglądają kreskówki i pobawią się trochę.

– Gotowy? – zapytała, wyciągając ręce do Gabe’a.

Chłopczyk rzucił jej się w ramiona. Było w nim tyle miłości i ufności, wiary, że mama nigdy go nie zawiedzie, nigdy nie wyrządzi mu krzywdy. Bo też nigdy by tego nie zrobiła, niezależnie od okoliczności. Przynajmniej pod tym względem była w porządku.

Jeszcze raz rzuciła wzrokiem na adres, porównała go z adresem na pożyczonym od Billa GPS-ie. Zgadzały się.

Wjechała na podjazd przed eleganckim domem nad jeziorem w drogiej dzielnicy. Na szczęście brama była otwarta, więc nie musiała nikomu się tłumaczyć. Czy Matt miał ludzi do obsługi? Jakoś to nie mieściło jej się w głowie. Jednak minęło pięć lat, najwyraźniej przez ten czas Matt trochę się zmienił. Matt, jakiego pamiętała, nigdy by nie zamieszkał w szpanerskiej rezydencji z nowoczesną rzeźbą na trawniku.

Obrzuciła wzrokiem mijane dzieło sztuki, podjechała pod dom i zatrzymała się obok sportowego bmw. W porównaniu z tym lśniącym cackiem jej dziesięcioletnie subaru wyglądało bardzo marnie.

Poklepała przyjacielsko kierownicę, wzięła torebkę i wysiadła. Nim podeszła do frontowych drzwi, upewniła się, że ma na wierzchu ostatnie zdjęcia Gabe’a. Przeczuwała, że na widok Matta pewnie się zdenerwuje, więc chciała mieć wszystko pod ręką.

Drzwi wydawały się olbrzymie. Drewniane, wysokie na pięć, może sześć metrów. Nawet Wizygoci mieliby problem, żeby się tu włamać, pomyślała. Przełknęła ślinę. Musi spokojnie oddychać, niezależnie od tego, co się wydarzy. Nacisnęła dzwonek.

Czekała, aż ktoś otworzy. Policzyła do dziesięciu, potem do dwudziestu. Zadzwonić jeszcze raz? Jest sobota, wpół do dziesiątej rano. Liczyła, że o tej porze zastanie Matta w domu. Oczywiście mógł być w różnych innych miejscach. Na siłowni, w biurze, u znajomych. Albo u znajomej. Raczej nie na zakupach, bo...

Drzwi się otworzyły. Przygotowała się psychicznie, że ujrzy Matta, lecz na progu zobaczyła wysoką szczupłą dziewczynę o płomiennych włosach. Miała na sobie króciutką seksowną koszulkę i najwyraźniej nic poza nią.

Nie miała więcej niż dwadzieścia kilka lat i była naprawdę piękna. Wielkie zielone oczy ocienione niesamowitymi rzęsami, mleczna cera, wspaniały biust i pełne, wydęte usta.

– Ma-att! – zawołała nieznajoma, dzieląc imię na dwie sylaby. – Wiem, że nie jestem jedyna. Godzę się na to, choć mi się to nie podoba. Ale wypraszam sobie, by przychodziły tu twoje inne dziewczyny, gdy jestem z tobą!

Dopiero teraz dotarło do Jesse, że niedostatecznie przemyślała sobie to spotkanie. Powinna była przewidzieć taki scenariusz. W końcu minęło pięć lat. Matt mógł się z kimś związać.

– Nie przyszłam na randkę – powiedziała pośpiesznie, żałując w duchu, że nie spędziła więcej czasu przed lustrem. Po kąpieli wklepała tylko trochę kremu i wytuszowała rzęsy. Długie proste włosy wyschły same. Bardziej zależało jej na przygotowaniu synka.

Rudowłosa się skrzywiła.

– Ma-att!

Drzwi otworzyły się szerzej i Jesse instynktownie cofnęła się o krok. Jednak ten dystans wcale nie osłabił wrażenia, jakie zrobił na niej widok Matta.

Wysoki, tak jak go pamiętała, lecz zmieniony. Zmężniał. Był w rozpiętej koszuli z krótkimi rękawami i spranych dżinsach. Jego muskularny tors ocieniały ciemne włoski.

Spojrzała mu prosto w oczy. Oczy takie same jak Gabe’a. Poczuła ucisk w piersiach. Nagle zdała sobie sprawę, że wciąż tęskni za Mattem, że wcale się z niego nie wyleczyła. I chyba nigdy go nie zapomni, bo Gabe wciąż jej go przypomina.

Matt zawsze miał w sobie ogromny potencjał. Wyczuwała to i widać wcale się nie myliła. Nabrał pewności siebie, był władczy i silny. Tacy mężczyźni z miejsca przykuwają uwagę kobiet, prowokują je.

– Jesse.

Powiedział to spokojnie, jakby jej widok wcale go nie zaskoczył. Jakby widzieli się nie dalej jak tydzień temu.

– Cześć, Matt.

Rudowłosa wzięła się pod boki.

– Idź sobie. Sio!

Sio? Jesse zdusiła uśmiech. Na nic lepszego jej nie stać?

– Elektro, poczekaj na mnie w kuchni – rzekł Matt, nie odrywając wzroku od Jesse.

– Nigdzie nie pójdę. Matt, kim ona jest?

Elektra? Ona ma na imię Elektra? Niebywałe.

– Poczekaj na mnie w kuchni – kategorycznym tonem powtórzył Matt.

Rudowłosa odwróciła się demonstracyjnie. Jesse odczekała, aż dziewczyna zniknęła.

– Wejdź – powiedział Matt.

Jesse weszła do domu.

Przelotnym spojrzeniem omiotła wnętrze. Dużo drewna, zapierający dech w piersiach widok na jezioro i wieżowce Seattle. Odwróciła się do Matta, nabrała powietrza.

– Przepraszam, że zjawiam się bez uprzedzenia. Próbowałam się do ciebie dodzwonić.

– Tak?

Ciemne oczy, takie, jak pamiętała. Jednak teraz niczego nie potrafiła z nich wyczytać. Co on sobie myśli? Jest zły? Zdenerwowany? Może jest dla niego tylko jedną z wielu osób, z którymi się w życiu zetknął, kimś, kto przeszkodził mu w wypiciu porannej kawy?

Jego widok działał na nią dziwnie, niepokoił. Był znajomy, a jednocześnie obcy. Ostatni raz, kiedy go widziała, Matt aż się gotował ze złości i gniewu. Czuł się głęboko upokorzony i dotknięty. Chciał ją zniszczyć. I udało mu się.

– Nie wiedziałeś? – zapytała. Była pewna, że wiedział.

– Czego chcesz, Jesse? Minęło tyle czasu. Dlaczego akurat teraz?

Jej nadzieje, że pogadają sobie jak starzy znajomi, prysły. Zmieszała się. Czemu nie mogą porozmawiać normalnie, jak ludzie?

Było tyle rzeczy, jakie mogła mu powiedzieć, tysiące tłumaczeń czy wyjaśnień. Ale teraz wszystkie wydały jej się bez sensu.

Otworzyła torebkę, wyjęła zdjęcia i podała je Mattowi.

– Pięć lat temu powiedziałam ci, że będziemy mieć dziecko. Nie wierzyłeś, że to ty jesteś ojcem, choć proponowałam ci testy DNA. On ma teraz cztery latka i coraz bardziej dopytuje mnie o tatę. Chciałby cię poznać.

Chciała mówić dalej, wyjaśniać, bronić się. Jednak zagryzła usta i zmusiła się, by zamilknąć.

Matt zaczął przerzucać zdjęcia. W pierwszej chwili nie dostrzegł na nich niczego poza małym chłopcem. Roześmiany chłopczyk uśmiechał się do aparatu. Jego dziecko? Niemożliwe. Wtedy w to nie wierzył, dzisiaj również nie. Jesse dowiedziała się, że dobrze mu się wiedzie, że odniósł spektakularny sukces. Chce uszczknąć z tego coś dla siebie. To wszystko.

Niemal wbrew sobie jeszcze raz przejrzał zdjęcia. Po chwili jeszcze raz. Nagle coś go tknęło. Ten dzieciak rzeczywiście ma w sobie coś znajomego. Może coś w oczach...

Naraz go olśniło. Ujrzał podobieństwo. Ta linia szczęki... taką samą widzi codziennie w lustrze przy goleniu. Kształt oczu. Ma coś z niego, coś z rysów matki.

– Kto to jest? – warknął.

Jego dziecko? Jego dziecko?

– Nazywa się Gabe – cicho powiedziała Jesse. – Gabriel. Skończył cztery latka i jest świetnym dzieckiem. Jest bystry, wesoły i bardzo towarzyski. Dobrze sobie radzi z matematyką, pewnie po tobie.

Jej słowa słabo do niego docierały. Słyszał je, lecz ich sens do niego nie trafiał. Poczuł narastający gniew, który szybko przemienił się w furię. Urodziła jego dziecko i nie pofatygowała się, by go o tym poinformować?

– Powinnaś mi była powiedzieć – odezwał się głosem nabrzmiałym wściekłością.

– Mówiłam. Nie pamiętasz? Nie chciałeś mi uwierzyć. Powiedziałeś, że nie obchodzi cię, czy jestem z tobą w ciąży. To twoje słowa. Powiedziałeś, że nie chcesz mieć ze mną dziecka. – Wyprostowała się. – Matt, on bardzo chce ciebie poznać. Chce zobaczyć swojego tatę. Dlatego przyjechałam. Bo to dla niego jest bardzo ważne.

Ale nie dla niej. Nie musiała tego mówić – doskonale wiedział, że tak jest.

Chciał oddać zdjęcia, lecz Jesse pokręciła głową.

– Zachowaj je. Zdaję sobie sprawę, że to dla ciebie szok, musisz się oswoić. Musimy pogadać na spokojnie, powinieneś zobaczyć Gabe’a. Zakładając, że tego chcesz.

Matt skinął głową. Był zbyt rozwścieczony, by mówić.

– Na odwrocie zdjęcia masz numer mojej komórki. Zadzwoń, gdy poczujesz się gotowy, wtedy coś ustalimy. – Zawahała się. – Bardzo mi przykro, że tak wyszło. Chciałam porozmawiać z tobą wcześniej, dopiero potem przyjechać, ale byłeś nieuchwytny. Nie ukrywałam przed tobą syna. To ty jasno powiedziałeś, że on cię nic nie obchodzi.

Po tych słowach odwróciła się. Odprowadzał ją wzrokiem. Zdusił pokusę, by popędzić za nią.

Nawet jeśli spróbuje przed nim uciec, tym razem już nie ukryje się przed nim. Nie teraz.

Zamknął drzwi i ruszył do gabinetu. Elektra wyjrzała na korytarz.

– Kto to był? Czego ona chciała? Nie spotykasz się z nią, prawda, Matt? Ona raczej nie jest w twoim typie.

Wszedł do gabinetu, zamknął drzwi i usiadł przy biurku. Rozłożył zdjęcia na blacie i zaczął oglądać jedno po drugim.

Elektra zastukała, lecz Matt nawet się nie ruszył. Nie zareagował też, gdy zaczęła grozić, że zaraz sobie pójdzie.

Ma syna. Ma go od czterech lat, a on dopiero teraz się o tym dowiaduje. Właściwie przed wyjazdem z Seattle Jesse starała się go przekonać, że dziecko, które nosiła, jest jego, lecz przecież doskonale wiedziała, że on jej nie uwierzy. Nie po tym, co się stało. Zrobiła to z premedytacją.

Sięgnął po telefon i wybrał numer.

– Heath, tu Matt. Masz chwilę?

– Jasne. Wybieramy się na łódkę, ale nie ma pośpiechu. O co chodzi?

– Mam problem.

W kilku słowach wyjaśnił, że dawna dziewczyna zjawiła się u niego niespodziewanie i oznajmiła, że jest ojcem jej czteroletniego syna.

– W pierwszej kolejności musimy ustalić, czy to rzeczywiście twoje dziecko – powiedział prawnik. – Jakie są szanse, że to prawda?

– To moje dziecko. – Matt wbił oczy w zdjęcia, z każdą minutą czując coraz większą nienawiść do Jesse. Jak mogła istnienie tego dziecka utrzymywać przed nim w tajemnicy?

– Co w takim razie chcesz zrobić? – zapytał Heath.

– Dopiec jej najbardziej jak to tylko możliwe.

ROZDZIAŁ DRUGI

Pięć lat wcześniej...

Leniwie sącząc latte, Jesse przeglądała strony z ogłoszeniami. Może znajdzie coś ciekawego, choć w gruncie rzeczy nie szukała pracy. Brak jej kwalifikacji do tego, co chciałaby robić, zaś prace, o jakie ewentualnie mogłaby się ubiegać, nie były wcale lepsze od harówki w piekarni. Po co w takim razie miałaby coś zmieniać?

– Muszę zmienić podejście – wymamrotała do siebie. Powinna przestać czuć się ofiarą losu, bo to do niczego nie prowadzi. Podobnie jak poczucie, że jest w sytuacji bez wyjścia. Tylko jak się z tego otrząsnąć?

To kłótnia z siostrą spowodowała ten jej podły nastrój. Z Nicole bezustannie się ścierały. A może czuje się taka zdołowana, bo nie ma pojęcia, co począć ze swoim życiem. Ma dwadzieścia dwa lata. W tym wieku człowiek chyba powinien mieć jakieś cele, plany na przyszłość? A jej czas przecieka przez palce. Bezwolnie poddaje się temu, co przynosi kolejny dzień, jakby czekała, że nagle coś się wydarzy. Gdyby nie rzuciła studiów, już miałaby dyplom.

Złożyła gazetę, wyprostowała się. Musi zacząć działać, pokierować jakoś swoim życiem. Bo inaczej będzie z nią marnie.

Upiła łyk kawy, zastanawiając się nad swymi możliwościami. Jednak nim doszła do jakichś wniosków, do kawiarni wszedł nowy klient.

Jesse często wpadała do lokalnego Starbucksa i znała większość bywalców. Tego chłopaka nigdy nie widziała. Wysoki i nie najgorszy, tyle że wszystko w nim było bez sensu. Fatalna fryzura, grube okulary maniaka komputerowego, beznadziejna kraciasta koszula z krótkim rękawem, o wiele za duża, i – Jesse omal nie zachłysnęła się kawą – długopis w ochronnym futerale sterczący z kieszeni koszuli. Do tego za krótkie dżinsy, straszne tenisówki i białe skarpetki. Biedak wyglądał, jakby ubierała go niedobra matka.

Już miała wrócić do lektury gazety, gdy kątem oka spostrzegła, że chłopak się wyprostował. Jego postawa świadczyła o zaskakującej determinacji. Czyżby zamówienie kawy było dla niego takim wyzwaniem?

Jesse odwróciła się nieznacznie, podążając za jego spojrzeniem. Po drugiej stronie sali siedziały dwie śliczne dziewczyny. Wyglądały olśniewająco, jak modelki. Pewnie nie schodzą poniżej gwiazd rocka. Nie rób tego, one nie są dla ciebie, pomyślała z rozpaczą. To nie twój świat.

Zastygła. Patrzyła, jak chłopak podchodzi do ich stolika, mimowolnie poruszając palcami. Nie odrywał wzroku od brunetki po lewej. Jesse wręcz czuła nadchodzącą katastrofę. Powinna się odwrócić i odejść, jednak nie mogła. Skuliła się i jak zahipnotyzowana obserwowała tę scenę.

– Angie? Cześć, jestem... jestem Matthew. Matt. W zeszłym tygodniu widziałem cię na sesji zdjęciowej w kampusie uniwersyteckim. Prawie na ciebie wpadłem.

Miał niski, przyjemnie brzmiący głos. Tylko to mamrotanie, z żalem podsumowała Jesse. Mógłby nadać mu bardziej seksowne brzmienie.

Angie patrzyła na niego uprzejmie, lecz jej koleżanka wyraźnie była zaniepokojona.

– Mówisz o sesji Microsoftu? – zapytała Angie.

– Wyglądałaś pięknie – wymamrotał Matt. – W tamtym świetle i w ogóle... Pomyślałem sobie, czy nie miałabyś ochoty wybrać się na kawę czy coś w tym stylu, chociaż to niekoniecznie musi być kawa, moglibyśmy po prostu się przejść albo, och, czy ja wiem...

Oddychaj! Powinien przerwać, zacząć mówić składnie, zdaniami. Niesamowite, bo Angie jednak się uśmiechnęła. Czyżby jednak udało mu się ją zwabić?

Skończony idiota. Niczego nie spostrzegł, bo wciąż coś nadawał.

– Albo coś innego. Może masz jakieś hobby albo lubisz zwierzęta, na przykład psy. Tak, raczej psy, bo ja też je lubię. Wiesz, że ludzie częściej trzymają koty niż psy, co dla mnie jest nie do pojęcia, no bo kto lubi koty? Ja mam alergię, a one ciągle linieją.

Jesse szarpnęła się w tył, bo twarz Angie nagle się zmieniła, a jej koleżanka zrobiła dziwną minę.

– O co ci chodzi? – Angie poderwała się z miejsca, groźnie spoglądając na biednego, drżącego Matta. – Moja przyjaciółka wczoraj musiała uśpić swojego kota. Jak mogłeś tak powiedzieć? Wiesz co? Odejdź stąd. I to już!

Matt wlepił w nią szeroko otwarte oczy. Otworzył usta i zamknął. Zgarbił się i wyszedł z kawiarni.

Jesse odprowadzała go wzrokiem. Już tak niewiele mu brakowało, pomyślała ze smutkiem. Niepotrzebnie zaczął gadać o tych kotach. Choć to nie jego wina, skąd mógł wiedzieć?

Spojrzała na ulicę. Matt stał tuż przy wejściu. Był skołowany, wyraźnie nie wiedział, co zrobił nie tak. Angie dała mu fory, trzeba jej to przyznać. Gdyby tylko wcześniej się zamknął. I lepiej ubrał. Facet powinien wiele w sobie zmienić. Przejść prawdziwą metamorfozę.

Pokiwał głową, jakby przyznawał się do porażki. Wiedziała, co sobie teraz myślał – że jego życie już zawsze takie będzie, że nie zechce go żadna dziewczyna. Był w sytuacji bez wyjścia – tak jak ona. Tyle że jego problem jest dużo prostszy.

Nie zastanawiając się, co robi, Jesse poderwała się od stolika i wyszła na ulicę.

– Zaczekaj! – zawołała za oddalającym się Mattem.

Nie odwrócił się. Pewnie nawet nie pomyślał, że woła do niego.

– Matt, poczekaj!

Zatrzymał się, zerknął przez ramię i zmarszczył czoło. Jesse podbiegła do niego.

– Cześć – zagadnęła. – Jak leci?

– Czy my się znamy?

– Raczej nie. Ja tylko... – teraz to ona zaczęła dukać. – Przed chwilą byłam świadkiem twojej rozmowy. Koszmar, co?

Chłopak wsunął ręce w kieszenie, spuścił głowę.

– Dzięki za podsumowanie – powiedział i ruszył przed siebie.

Pobiegła za nim.

– Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało. Tylko widzę, że słabo sobie radzisz z kobietami.

Matt się zarumienił.

– Pięknie to ujęłaś. To twoje hobby? Obserwujesz ludzi, a potem wytykasz im ich słabości? Dobrze wiem, co robię nie tak.

– Nie chodzi o to. Mogłabym ci pomóc.

Nie miała pojęcia, skąd jej się to wzięło, jednak ledwie wypowiedziała te słowa, wiedziała, że tak właśnie jest.

Matt odrobinę zwolnił.

– Daj mi spokój.

– Posłuchaj. Masz w sobie wielki potencjał, ale ktoś musi cię ukierunkować. Jestem kobietą. Powiem ci, jak się ubierać, co mówić, jakich tematów unikać.

Matt tylko się skrzywił.

– Raczej nie.

Nieoczekiwanie zaczęło jej na tym zależeć. Sama nie wiedziała dlaczego. Może zajęcie się cudzymi problemami było lepsze, niż zadręczanie się swoimi? Poza tym jego sprawy są do rozwiązania.

Przypomniała sobie program, który widziała w telewizji.

– Chcę zostać indywidualnym trenerem pomagającym ludziom przystosować się do codziennego życia. Potrzebna mi praktyka. Ty potrzebujesz fachowego wsparcia. Nie wezmę od ciebie ani grosza. – Wymyśliła tę historyjkę na gorąco. – Nauczę cię wszystkiego, co powinieneś wiedzieć. Zbajerujesz sobie dziewczynę.

Zatrzymał się i popatrzył na nią. Nawet mimo tych grubych okularów dostrzegła, że ma piękne, duże, ciemne oczy. Seksowne. Dziewczyny będą wariować na ich widok, gdy tylko je odsłoni.

– Ściemniasz – powiedział bezbarwnym tonem. – Nie jesteś żadnym trenerem.

– Powiedziałam, że dopiero się uczę. Ale już teraz mogę ci pomóc. Znam się na ludziach. Wiem, co na nich działa. Nie musisz mi wierzyć, ale co masz do stracenia?

– Co z tego będziesz mieć?

Przypomniała sobie siostrę i ich niekończące się kłótnie, pracę, której nienawidziła, brak celu w życiu. Codzienne przygnębiające poczucie, że jest najgorsza i beznadziejna.

– Zrobię dobry uczynek – powiedziała zgodnie z prawdą.

Matt przyglądał się jej przez długą chwilę.

– Dlaczego miałbym ci zaufać?

– Bo proponuję ci pomoc. Co takiego złego może cię spotkać?

– Możesz mnie odurzyć i wyekspediować do jakiegoś dalekiego kraju, a woda wyrzuci na plażę moje zwłoki.

Jesse się roześmiała.

– Przynajmniej nie brak ci wyobraźni. To już coś. Matt, zgódź się. Daj sobie szansę.

Zdecyduje się? Jeszcze się nie zdarzyło, by ktoś w nią uwierzył. Matt wzruszył ramionami.

– A co mi tam.

Jesse uśmiechnęła się radośnie.

– Super. No to dobrze. Zaczniemy od... – Zadzwoniła jej komórka. – Przepraszam – wymruczała, wyjmując telefon. – Halo?

– Cześć, śliczna. Jak się masz?

Jesse się skrzywiła.

– Zeke, to nie jest dobry moment.

– W zeszłym tygodniu mówiłaś coś innego. Mieliśmy świetne momenty. Seks z tobą to...

– Muszę kończyć. – Rozłączyła się. Nie chciała słuchać jego wynurzeń. Spojrzała na Matta. – Przepraszam. Na czym urwałam? Ach, już wiem. Następny krok.

Przedarła rachunek z kawiarni i na odwrocie połówki zapisała numer swojej komórki. Podała karteczkę Mattowi.

– Dajesz mi swój telefon? – Był zdziwiony.

– Tak. Będziemy się przecież umawiać. Zapisz mi swój numer.

Usłuchał bez gadania. Podał jej kartkę i swój długopis. Jesse oddała mu długopis.

– Dobrze. Obmyślę strategię i odezwę się. – Uśmiechnęła się. – Będzie fajnie, zobaczysz. Zaufaj mi.

– A mam jakiś wybór?

– Owszem, ale udawaj, że nie masz.

Rzuciła na krzesło plecak i postawiła na stoliku kubek z kawą. Umówiła się z Mattem w Starbucksie, by przedyskutować przygotowany plan.

Przebiegła wzrokiem swoje zapiski i niecierpliwie czekała na pojawienie się Matta.

Przyszła wcześniej, co nigdy jej się nie zdarzało. Co dziwniejsze, intrygował ją i bawił ten projekt. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz coś ją tak wciągnęło. Wprawdzie Matt nie wykazał szczególnego entuzjazmu, kiedy zadzwoniła, by się z nim umówić, jednak zgodził się przyjść.

Pięć minut później wszedł do kawiarni. Był tak samo koszmarnie ubrany jak poprzednio. Czemu tak mu się podobają te przykrótkie dżinsy? I ten futerał na długopis. Tego musi się pozbyć w pierwszej kolejności.

Matt pomachał do niej i podszedł do lady, by coś zamówić. W tej samej chwili zadzwoniła komórka Jesse.

– Złotko. Andrew. Wieczorem.

– Andrew, czy nie przyszło ci do głowy, że łatwiej się porozumieć, używając czasowników? – Podniosła wzrok i uśmiechnęła się do Matta, który już zdążył podejść do stolika. – Już kończę – wyszeptała.

– Spoko, złotko. Mam inne walory. To jak? Jest impreza. Pójdziemy tam, wrócimy tu. Każdemu coś miłego.

To już prawie rozmowa.

– Chciałabym, ale nie. – Nie miała ochoty na Andrew ani na jego „walory’’. I tak dobrze, że poprzestał na takim określeniu.

– Twoja strata.

– Tygodniami będę żałować. Cześć. – Rozłączyła się. – Przepraszam. Właśnie wyłączam komórkę. Już nikt nam nie przerwie.

Matt usiadł na wprost niej.

– Twój chłopak?

– Pytasz czy stwierdzasz?

– Poprzednio dzwonił Zeke. Teraz Andrew.

– Jesteś spostrzegawczy. Świetna cecha. Nie, żaden z nich nie jest moim chłopakiem. Nie wchodzę w poważne układy. – Bo po co? Jeszcze nie poznała nikogo, z kim chciałabym się spotkać więcej niż kilka razy.

– Ciekawe. Dlaczego?

Popatrzyła mu prosto w oczy.

– Nie łudź się, że przez te twoje pytania zapomnę, po co tu przyszliśmy.

– Zawsze warto spróbować.

– Uhm. Zaczynajmy. Mamy sporo rzeczy do przerobienia. – Umilkła dla efektu. – Mam szczegółowy plan.

Matt upił łyk kawy, zamrugał.

Nie zniechęci jej tym brakiem entuzjazmu.

– Najpierw muszę ci zadać kilka pytań. Czym się zajmujesz? Coś z komputerami?

– Programuję. Głównie gry. W Microsofcie.

– Tak się domyślałam. Masz jakieś hobby?

Zastanowił się.

– Komputery i gry.

– Nic więcej?

– Może filmy.

Wiedziała, że wymyślił to na poczekaniu, żeby coś powiedzieć.

– Widziałeś „Jak stracić chłopaka w 10 dni?’’? Grają to od zeszłego tygodnia.

Matt pokręcił głową.

– No to idź obejrzeć – poleciła. Postukała w blat. – Powinieneś robić sobie notatki. Zadam ci pracę do domu.

– Słucham?

– Musisz się wiele nauczyć, a to wymaga trochę trudu. To jak, wchodzisz w to czy nie?

Przez chwilę się wahał.

– Wchodzę – potwierdził, choć nie wydawał się zachwycony. Posłusznie zapisał sobie tytuł filmu.

– Twoim mieszkaniem zajmiemy się później. Dzisiaj chcę pogadać o sprawach związanych z kulturą i o twojej garderobie.

– Nie mam swojego mieszkania.

Jesse zamrugała.

– Słucham?

– Mieszkam z mamą. – Podniósł okulary. – Nic nie mów. Wielu chłopaków mieszka z rodzicami. To bardzo wygodne.

No nie! Było gorzej, niż przypuszczała.

– Ile masz lat?

– Dwadzieścia cztery.

– Najwyższa pora odciąć pępowinę. Po co masz się bujać, żeby złapać dziewczynę, skoro nie masz jej dokąd zabrać? – Zapisała coś sobie. – Jak już powiedziałam, to dla bardziej zaawansowanych uczniów.

– Ty gdzie mieszkasz?

Jesse popatrzyła na niego i naraz wybuchnęła śmiechem.

– Mieszkam u siostry.

Miał bardzo zadowoloną minę.

– A widzisz?

– Ja nie jestem chłopakiem.

– To co?

– Punkt dla ciebie. Ale ty pierwszy musisz się wyprowadzić. – Wyjęła z plecaka plik pism. – „People’’ to tygodnik. Zaprenumeruj go. „Cosmo’’ i „Car and Driver’’ wychodzą raz na miesiąc. Tak samo „Style’’. Przeczytaj je sobie. Potem będzie sprawdzian.

Matt się skrzywił.

– To pisma dla dziewczyn, z wyjątkiem tego o samochodach, ale mnie samochody nie biorą.

– Tam jest wiele różnych artykułów. Również na temat mody męskiej. Są zdjęcia pięknych kobiet. Zobaczysz, spodobają ci się. Będziesz na bieżąco. Możesz nie interesować się życiem gwiazd, ale poznasz nazwiska i będziesz wiedział, o kim ludzie mówią. W samochodach też warto się orientować, to ci rozszerzy horyzonty. „Cosmo’’ to pismo, z którym nie rozstają się dwudziestoparoletnie dziewczyny. Powiedz sobie, że w ten sposób poznasz wroga. – Przesunęła magazyny w jego stronę. – Idziemy dalej. Telewizja.

– Rzadko oglądam.

– To błąd. Musisz obejrzeć kilka odcinków współczesnych seriali. Na niektórych kanałach ciągle je powtarzają. Nagraj je i obejrzyj w wolnej chwili. W ten sposób nauczysz się, jak rozmawiać z kobietami, a przynajmniej, jak kobiety to widzą. To krótkie i zabawne odcinki, jest w nich wiele ciekawych spostrzeżeń. Obejrzyj też trochę głośnych programów rozrywkowych, a potem porozmawiaj o nich z ludźmi w pracy.

– Nie nauczę się rozmawiać z dziewczynami, oglądając telewizję.

– Skąd wiesz? Próbowałeś?

– Nie.

– No widzisz. – Przesunęła wzrokiem po swojej liście. – Kolejna rzecz. Wybierzemy się na kolację. Będziesz dzwonić do mnie i namawiać na wspólne wyjście. Czasem się zgodzę, czasem nie. Będziemy to powtarzać przez kilka tygodni, aż się oswoisz i to już nie będzie dla ciebie stresem. Następna sprawa: zakupy. Musisz nabyć sobie kilka nowych ciuchów.

– Co ci nie pasuje w moich ciuchach? – zapytał z niedowierzaniem.

– Spokojnie, nie denerwuj się. Wszystko jest do zrobienia. Na razie najbardziej martwią mnie twoje okulary.

Matt się skrzywił.

– Nie mogę nosić szkieł kontaktowych.

– Myślałeś o laserowej operacji metodą LASIK?

– Nie.

– Poczytaj sobie na ten temat w Internecie. Masz świetne oczy. Fajnie byłoby je pokazać. Powiedz mi, co myślisz o szansach Mariners w tym sezonie?

Spojrzał na nią z konsternacją.

– To drużyna baseballowa, prawda?

Jesse jęknęła.

– Tak. Prześledź ich poczynania w tegorocznych zawodach. Dopisz to sobie do swojej pracy domowej.

Matt odsunął krzesło, podniósł się.

– To bez sensu. Nie wiem, czemu zawracasz sobie tym głowę. Dajmy sobie spokój.

Jesse poderwała się, złapała go za ramię. Był sporo od niej wyższy i dobrze umięśniony. To plus.

– Matt, przestań. Wiem, że na początku to może ci się wydawać ponad siły, ale gdy przebrniemy przez pierwszy etap, będzie coraz łatwiej. Zobaczysz, że ci się spodoba. Nie chcesz znaleźć sobie fajnej dziewczyny?

– Może nie aż tak.

– Nie mówisz poważnie.

– Dlaczego to robisz? Co z tego masz?

– Frajdę – przyznała. – Przyjemnie mi myśleć o tobie. To znacznie lepsze niż zastanawianie się nad sobą.

– Dlaczego?

– Bo tkwię w miejscu. – Nie miała celu, nie miała pomysłu na życie. Zmieniała chłopaków jak rękawiczki, co nie przysparzało jej chwały.

Matt nie krył zdumienia.

– To ty potrzebujesz zmian.

– Jedni mogą się zmieniać, inni nie. Co najwyżej mogą kogoś tego uczyć.

Obserwował ją uważnie.

– Coś mętnie mówisz. Kluczysz.

– Czasami.

– Dlaczego?

Ciekawe pytanie.

– Bo nie zawsze lubię samą siebie – przyznała. – Nie wiem, jak sama powinnam się zmienić, za to dokładnie wiem, co ty powinieneś zrobić. To mi poprawia nastrój, bo mogę coś zdziałać.

– Szczere wyznanie.

– Tak. Sama jestem zaskoczona. – Odczekała, aż Matt usiadł. – Daj mi miesiąc. Postępuj wedle moich wskazówek. Jeśli będziesz niezadowolony ze zmian, zawsze możesz wrócić do dawnego stylu życia. Jakby nic się nie wydarzyło.

– Tak się nie da, jeśli zrobię sobie operację oczu.

– To ci nie wyjdzie na dobre?

– Może.

– Musisz mi zaufać – powtórzyła. – Chciałabym, żeby ci się udało. – Bo jeśli jemu się uda, to może i ona ma jakąś szansę. Przynajmniej teoretycznie.

Dziesięć dni później Jesse omal nie zemdlała na widok Matta. Do restauracji przyszła pierwsza. Poderwała się z miejsca i wycelowała w niego palcem.

– Kto to?

Matt uśmiechnął się, stanął tuż przed nią.

– Powiedziałaś mi, jakie ciuchy mam kupić. Nie powinnaś być zaskoczona.

– Na tobie wyglądają jeszcze lepiej niż w sklepie – powiedziała, wskazując gestem, by się okręcił.

Niesamowite, co może zdziałać trochę czasu i pieniędzy. Matt był odmieniony nie do poznania. Warto było wydać w szpanerskim salonie osiemdziesiąt dolarów na nową fryzurę. Zamiast przykrótkich dżinsów, tenisówek i obciachowej koszulki z długopisem w futerale w kieszeni Matt miał na sobie bladoniebieską koszulę, świetnie dopasowane spodnie podkreślające wąskie biodra i zaskakująco seksowne pośladki. Namówiła go też na porządne skórzane mokasyny. Kosztowały cztery stówki, ale były tego warte.

Jednak największe wrażenie zrobiła na Jesse jego twarz bez okularów.

Zmiana była porażająca. Matt miał piękne rysy, czego wcześniej nie dostrzegała. Oczy nawet ładniejsze niż myślała, a usta... czy wcześniej też się uśmiechał tak seksownie i nieco psotnie?

– Wyglądasz fantastycznie – powiedziała z uznaniem. Rzeczywiście zrobił na niej piorunujące wrażenie. – Naprawdę bardzo seksownie. Niesamowite!

Matt się lekko zarumienił.

– Ty też wyglądasz świetnie.

Zbyła komplement machnięciem ręki. Jej wygląd nie miał znaczenia. Liczył się Matt.

Hostessa poprowadziła ich do stolika. Uwadze Jesse nie umknęło spojrzenie, jakim dziewczyna obrzuciła Matta.

– Widziałeś? – zapytała, ściszając głos, gdy już usiedli. – Zafascynowałeś ją.

Matt oblał się rumieńcem.

– Tylko tak mówisz.

– Wcale nie. Gdybym teraz wyszła do toalety, zaraz by tu przybiegła.

Ta perspektywa bardziej go zaniepokoiła, niż ucieszyła.

– Ale nigdzie nie pójdziesz, prawda?

Jesse się roześmiała.

– Może przy następnej okazji. Najpierw musisz się oswoić z tym, że wzbudzasz zainteresowanie. Potem zacznie ci to sprawiać przyjemność. – Pochyliła się do Matta. – No dobrze, to teraz powiedz mi, co nowego w pracy?

– Intensywnie pracujemy nad nową grą. Pomysł jest bardzo zaawansowany, ale... – urwał, bo Jesse z jękiem położyła głowę na stole. – Co?

– Czy ja wyglądam na kogoś, kogo interesują gry?

– Nie, ale przecież pytałaś.

– Pytałam, co nowego w pracy. Czyli miałam na myśli ludzi.

– Och. – Sięgnął ręką do twarzy, jakby bezwiednie chciał poprawić okulary. Opuścił dłoń. – Jest inaczej.

Jesse się wyprostowała.

– To znaczy?

– Ludzie zaczęli ze mną rozmawiać.

Uśmiechnęła się. A więc były już pierwsze efekty.

– Kobiety, tak? Mówisz o kobietach?

Matt się uśmiechnął.

– Uhm. Wiele sekretarek zaczęło mnie pozdrawiać. Jedna z finansów poprosiła, bym pomógł jej zanieść coś do samochodu, choć mogłaby zrobić to sama, bo to nie było nic ciężkiego.

– Zaprosiłeś ją na randkę?

– Co? Nie. – Na jego twarzy odmalowało się zdumienie. I szok. – Nie mógłbym tego zrobić. Ona jest ode mnie starsza.

– O ile?

– Pięć czy sześć lat. Nawet by na mnie nie spojrzała.

– Och, chłopcze, jeszcze tyle się musisz nauczyć. Jesteś wysoki, przystojny, w świetnej formie. Masz dobrą pracę, jesteś miły, zabawny i bystry. Co więcej trzeba?

Matt się zarumienił.

– To nie ja.

– Mylisz się, to ty. Zawsze taki byłeś, tylko ukrywałeś się przed światem za tym długopisem w futerale. – Zwęziły jej się oczy. – Prosiłam, żebyś go wyrzucił. Zrobiłeś to?

Matt przewrócił oczami.

– Tak. Powiedziałem, że to zrobię.

– Dobrze.

Zadzwoniła komórka. Jesse ją wyjęła i spojrzała na ekran.

– Andrew czy Zeke? – zapytał Matt.

– Joe. – Wyłączyła telefon. – Przepraszam.

Matt przypatrywał się jej badawczo.

– Ilu jest tych chłopaków?

Nie paliła się do odpowiedzi na to pytanie.

– To mało ciekawy temat.

– Dla mnie owszem.

– Umawiam się z chłopakami, ale nie na poważnie. To nic takiego.

– Umawiasz się z wieloma?

– To proste. Wszędzie ich pełno. – Żaden problem wzbudzić zainteresowanie facetów. Dawno przestało ją to bawić. I wcale jej nie ciągnęło, by którąś z tych znajomości kontynuować.

Odetchnęła lżej, bo przy stoliku pojawił się kelner, wybawiając ją z opresji. Wolała nie opowiadać o swoich osobistych sprawach. Po pierwsze, dlatego że to ją przygnębiało, a po drugie, Matt może ją uznać za...

Za puszczalską? Czy nie tak powiedziała o niej Nicole? Jesse odepchnęła od siebie te myśli. Otworzyła menu.

Matt odczekał, aż dokona wyboru, potem przebiegł wzrokiem kartę i podjął decyzję co do zamówienia. Nie zapomniał o lampce wina.

– Bardzo dobrze – pochwaliła go, gdy zostali sami. – Lampka wina jest jak najbardziej na miejscu. Wiesz co, musimy się kiedyś wybrać na degustację do Chateau St. Michelle. Popróbujesz różnych win, to ci doda sznytu. Będziesz mógł pozować na snoba.

Matt się roześmiał.

– Chcesz zrobić ze mnie snoba?

– Nigdy nie wiadomo, kiedy to się może przydać.

Kelner przyniósł napoje. Jesse zamieszała mrożoną herbatę.

– Zrobiłeś wielkie postępy. Jak się z tym czujesz?

– Nie namówisz mnie, bym zaczął się rozwodzić o swoich uczuciach – odparł Matt. – To nie dla facetów.

– Dobra odpowiedź.

– Droczysz się ze mną?

– Może troszkę?

– Dam sobie radę.

W jego głosie zabrzmiała nuta, jakiej wcześniej Jesse nie słyszała. Nabrał pewności siebie. Zmieniła się też jego postawa. Siedział wyprostowany i patrzył jej prosto w oczy.

– Opowiedz mi o sobie – poprosił, nie odrywając od niej wzroku. – Przecież nie jesteś żadną trenerką. Czym się zajmujesz, gdy nie gonisz mnie na zakupy?

Przynajmniej nie pyta o osobiste sprawy, pomyślała, krzywiąc się nieco. Co wcale nie znaczy, że pozostałe aspekty jej życia są dużo lepsze.

– Nie za bardzo mam się czym chwalić. Pracuję w rodzinnej piekarni. Należy do mnie i mojej siostry. Dopóki nie skończę dwudziestu pięciu lat, nie mam prawa głosu. Nie przepadam za tą pracą. Głównie dlatego, że trudno mi się dogadać z siostrą.

– Dlaczego?

Zastanowiła się, jak dużo mu powiedzieć.

– Mam jeszcze drugą siostrę, Claire. Jest słynną pianistką. Kiedy się urodziłam, Claire wyjechała z domu, żeby się uczyć, więc prawie się nie znamy. Kiedy miałam sześć lat, mama pojechała do Claire, która już wtedy dawała występy i jeździła po świecie. Nicole musiała się mną zająć. Nasz ojciec nie miał głowy do dzieci, a ja podobno byłam jak żywe srebro. Nicole uważa mnie za totalną nieudacznicę, a ja ją za najgorszą zołzę pod słońcem. Prosiłam ją na przykład, żeby mnie spłaciła jako współwłaścicielkę piekarni. Prosiłam ją i błagałam, ale ona nie chce o tym słyszeć.

– Co zrobiłabyś z kasą?

– Nie mam pojęcia.

– Może dlatego nie chce ci jej dać.

Jesse się uśmiechnęła.

– Jeśli nadal będziesz taki rozsądny, to zaraz skończymy naszą rozmowę.

– Przepraszam.

– Nie ma sprawy. Dość już o mnie. Wiem, że mieszkasz z mamą. A co z twoim ojcem? Rodzice się rozwiedli?

– Nie byli małżeństwem. Mama nie mówi o nim. Zawsze byliśmy tylko we dwójkę. Kiedy byłem mały, ciężko pracowała, by związać koniec z końcem. Robiła dla mnie wszystko, co tylko mogła.

Hm, taka świadomość to spore obciążenie, pomyślała Jesse. Wstrzyma się z oceną, dopóki nie pozna wszystkich faktów.

– Z tego, co mówisz, jest w porządku.

– To prawda. Nie goniła mnie od komputera. Nie zmuszała, bym wyszedł na dwór, i nie martwiła się, że mam niewielu kolegów. Powtarzała mi, że na pewno znajdę swoje miejsce. To, które jest mi przeznaczone. I żebym się nie przejmował, że nie wszystko jest takie, jak bym sobie życzył.

– Dobre podejście – powiedziała z aprobatą Jesse.

– Kiedy miałem piętnaście lat, strasznie się wkurzyłem na ulubioną grę. Włamałem się do systemu, złamałem kod i napisałem grę na nowo. Potem zaniosłem wydawcy nową wersję. Kupili ode mnie licencję. Od tamtej pory nasza sytuacja finansowa bardzo się poprawiła.

Jesse wlepiła w niego wzrok.

– Zrobiłeś to w wieku piętnastu lat?

Matt kiwnął głową.

– To duża kasa?

– Parę milionów rocznie.

Zamurowało ją.

– Czyli jesteś bogaty?

– Chyba tak. Nie myślę o tym za wiele.

– Jesteś bogaty i nosisz długopis w futerale?

– Kazałaś mi go wyrzucić. Już go nie mam.

– Jesteś bogaty. – Nie mogła się otrząsnąć.

– Co z tego? Czy to coś zmienia?

Zmienia. I to o wiele więcej, niż mogłoby mu się wydawać. Jednak teraz nie będzie go ostrzegać przed kobietami polującymi na łatwy łup. Zostawi to sobie na później. Roześmiała się.

– Owszem. Już wiemy, kto zapłaci rachunek.

ROZDZIAŁ TRZECI

Dzisiaj...

Już wcześniej postanowiła, że nie będzie czekać, tylko od razu weźmie byka za rogi. Im szybciej to będzie za nią, tym lepiej. To jak skok do zimnej wody. Człowiek przeżywa szok, ale od razu ma to za sobą. Odepchnęła więc od siebie myśli o rozmowie z Mattem i wspomnienia, jakie w niej ożyły, gdy tylko go zobaczyła. Pora wybrać się pod drugi adres. Wpisała go do GPS-u i ruszyła.

Dom był niewiele mniejszy od tego, w którym przed chwilą była. Nie zachwycał architekturą, za to kojarzył się z miejscem wymarzonym dla dużej rodziny.

Nie był ogrodzony, a na ganku poniewierały się dziecinne zabawki i leżał przewrócony trójkołowy rowerek. Przed garażem stał minivan. Dekoracyjny wieniec zdobił drzwi. Może pomyliła adres? Nicole nigdy nie miała inklinacji do tego rodzaju ozdób. Może się zmieniła.

Jesse próbowała sobie wyobrazić obecną Nicole, lecz to przekraczało jej imaginację. Hm, minęło pięć lat. Przez ten czas Nicole nie tylko wyszła za mąż i wykazała się wielkodusznością, zapraszając ją na swój ślub, ale także urodziła syna i bliźniaczki. Jesse wiedziała o tym od bliźniaczej siostry Nicole, Claire, z którą utrzymywała zdawkowy kontakt.

Zaparkowała i sprawdziła, czy ma w torebce zdjęcia Gabe’a. Musi przekonać siostrę, że Matt jest jego ojcem. To niemal tak samo ważne jak przekonanie Matta, choć z zupełnie innych powodów.

Wysiadła z samochodu i podeszła do frontowego wejścia. Zwiesiła ramiona, bo naraz ogarnęły ją uczucia, o jakich zdążyła zapomnieć. Znowu poczuła się beznadziejną kretynką, której nigdy nic nie wychodzi, która musi spaprać wszystko, czego tylko się dotknie, która niczego nie potrafi docenić.

– Przestań! – głośno przywołała się do opamiętania. – Już nie jesteś taka.

Zmieniła się przecież. Dorosła i zmądrzała, inaczej patrzyła na życie. Stała się odpowiedzialna za siebie i za dziecko, radziła sobie, nie oglądając się na innych. Nicole przepowiadała, że Jesse wróci do domu najpóźniej po kilku tygodniach, gdy dostanie w kość. Tak się nie stało.

Wyprostowała się, uniosła głowę i weszła na ganek. Nacisnęła dzwonek i czekała.

W głębi domu rozległo się czyjeś wołanie, potem odgłosy biegnięcia. Drzwi się otworzyły i mały chłopczyk wlepił wzrok w Jesse.

– Kto ty jesteś? – zapytał głośno, przekrzykując płacz niemowlęcia. Najwyraźniej nie chciało spać i kaprysiło.

– Eric! Mówiłam, żebyś nie otwierał drzwi, zanim ci nie pozwolę. I nie pytaj, kto przyszedł.

Eric miał jasne włoski i niebieskie oczy, tak jak jego mama. Był wzrostu Gabe’a i w bardzo podobnym wieku. Chłopiec westchnął i powiedział do Jesse:

– Nie mogę sam otwierać drzwi.

– Słyszałam. To może pójdziesz zawołać mamusię.

– Już idę. – Zza rogu wynurzyła się Nicole. Trzymała w ramionach płaczące dziecko. – O co chodzi...

Urwała. Jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki, z twarzy odpłynęła krew.

– Cześć – odezwała się Jesse. Poczuła się bardzo nieswojo. Nie miała pojęcia, jak zostanie przyjęta. – Dawno się nie widziałyśmy.

– Jesse?

– Tak, to ja.

– Nie wierzę. – Z głębi domu dobiegł płacz. Nicole spojrzała w tamtą stronę. – To Molly. Nie mogę nosić ich jednocześnie, a Hawk musiał wyjechać, bo Brittany świętuje zakończenie studiów. Trudno to odkładać tylko dlatego, że mam bliźnięta, które nie chcą spać. – Z desperacją kołysała płaczące dziecko.

– Pomogę ci – powiedziała Jesse. Nie czekając na zaproszenie, weszła do domu. – Daj ją.

– Na pewno? – z ociąganiem zapytała Nicole.

– Mam spore doświadczenie – przypomniała.

– No tak. Racja. Proszę.

Jesse wzięła od niej niemowlę. Popatrzyła na zapłakaną buzię dziecka i uśmiechnęła się do niego.

– Witaj, ślicznotko. Jak się masz? Dajesz mamusi popalić? Uważaj, bo zapamięta to sobie i potem się na tobie odegra. Lepiej dobrze się najpierw zastanów.

Dziecko wlepiło w nią oczka, po chwili powieki zaczęły mu się przymykać. Nicole wahała się przez mgnienie, jednak odwróciła się i pobiegła do drugiej córeczki. Eric wpatrywał się w Jesse uważnie.

– Kto ty jesteś?

– Jestem twoją ciocią Jesse – odpowiedziała. Zamknęła drzwi i wymijając leżące na podłodze zabawki, ruszyła do środka.

Na kanapie przed telewizorem walały się zabawki, na podłodze stały kosze z bielizną do prania, na krześle leżała sterta pieluszek. W korytarzu wiodącym do kuchni przewracały się kapcie i buty.

Nie wierzyła własnym oczom. W domu Nicole zawsze panowały cisza i porządek. To dlatego Jesse nigdy nie czuła się w nim dobrze. Teraz okazuje się, że jej uporządkowana siostra mieszka w niewyobrażalnym chaosie.

Do pokoju wpadł puchaty biały piesek, a za nim drugi, nieco większy i czarno-biały. Psy? Nicole ma psy?

– To Sheila – wyjaśnił Eric. – Rambo to jej synek. Tak jak ja jestem synkiem mojego taty – dodał z dumą.

Nicole wróciła do pokoju. Z dzieckiem w ramionach osunęła się na fotel.

– Znajdź sobie miejsce – wymruczała, kołysząc płaczące dziecko. Po jej udręczonej twarzy Jesse widziała, że Nicole ma za sobą wiele nieprzespanych nocy. – No już, Molly, przestań. Przecież nic złego ci się nie dzieje.

Dziewczynka trzymana przez Jesse wreszcie się uspokoiła.

– Chcesz, żebym ją położyła? – zaproponowała Jesse.

Nicole potrząsnęła głową.

– Nie uśnie. Zaraz się obudzi.

– Możemy spróbować – nie poddawała się Jesse. Wiedziała, że dopóki dzieci nie znajdą się w swoich łóżeczkach, Nicole nie odetchnie lżej.

Nicole zerknęła na nią podejrzliwie i wzruszyła ramionami.

– Niech ci będzie. Ich pokój jest na górze, ale ponieważ wciąż nie chcą spać, przenieśliśmy ich łóżeczka do naszej sypialni. Przynajmniej mam bliżej.

Jesse słyszała w jej głosie, że Nicole jest u kresu sił.

– Ja cię zaprowadzę. – Eric ruszył przodem.

Przestronna sypialnia była wyposażona w masywne meble, z okien rozciągał się widok na spory ogród. Sofa i niski stolik w części wypoczynkowej były przesunięte pod ścianę, by zrobić miejsce na dziecinne łóżeczka.

– To łóżeczko Kim – oznajmił chłopczyk, wskazując na łóżeczko po prawej.

Jesse uśmiechnęła się do Erica.

– Och, jaki z ciebie wspaniały pomocnik! Mamusia musi się bardzo cieszyć, że ciebie ma. Jesteś świetnym starszym braciszkiem.

Eric rozpromienił się z dumy.

– Kiedy tatusia nie ma w domu, to ja jestem gospodarzem.

– Twoja mamusia to ma szczęście.

Położyła do łóżeczka śpiące maleństwo i gestem zachęciła Erica do wyjścia z pokoju.

Nicole spojrzała na nią pytająco.

– Śpi?

– Tak. Może wezmę Molly, a ty przez ten czas weźmiesz prysznic?

Nicole się zawahała. Wyglądało, że chce zaoponować, jednak podała siostrze dziecko i skwapliwie się oddaliła.

Jesse popatrzyła na senną dziewczynkę.

– Macie może bujaczek? – zapytała Erica.

Chłopiec kiwnął główką i pokazał na odległy kąt.

Jesse wyciągnęła bujak spod zwału ręczników i postawiła go przed kanapą. Delikatnie ułożyła dziecko i zaczęła je bujać. Molly nieco kaprysiła, ale po chwili się uspokoiła.

Najpierw trzeba coś zrobić z tym stosem prania, zdecydowała Jesse.

– Gdzie macie pralkę i suszarkę? – zapytała chłopca.

Eric pokazał jej niewielkie pomieszczenie obok kuchni. Jesse załadowała ręczniki, wsypała proszek i włączyła pralkę. Wyjęła z suszarki niemowlęce ciuszki i zaczęła je składać. Eric otrzymał za zadanie dobieranie skarpetek w pary.

– Świetnie się sprawiłeś – Jesse pochwaliła chłopca. Przetarła blat i ułożyła poskładane ubranka. – Chcesz się czegoś napić?

– Uhm. Soku.

Wyjęła z lodówki karton, nalała chłopcu soku, a sama zaczęła ładować zmywarkę. Duże naczynia, które się nie zmieściły, umyła w zlewozmywaku. Wycierała je, gdy do kuchni wkroczyła Nicole.

– Gdzie Molly? – zapytała.

Jesse pokazała na dziecko śpiące w foteliku.

– Nastawiłam pranie ręczników. Zmywarka jest załadowana, ale nie włączyłam jej, bo nie wiedziałam, czy nie zabraknie ci wody pod prysznicem.

Nicole usiadła przy stole.

– Nie musiałaś tego robić.

– To nic takiego. – Jesse wiedziała, jak to jest, gdy wpada się w kierat. Codzienne obowiązki zaczynają tak przytłaczać, że człowiekowi brak chwili wytchnienia, a zmęczenie zwala z nóg.

Zadzwonił dzwonek. Nicole skrzywiła się, za to Eric z dzikim wrzaskiem popędził do drzwi.

– To Billy i jego mama! – wołał radośnie.

Molly zaczęła popłakiwać.

– Ja się nią zajmę – zaofiarowała się Jesse.

– Dzięki. Eric jedzie do kolegi. Zaraz wracam.

Jesse zajęła się uspokajaniem dziecka, Nicole w tym czasie wyprawiła synka. Z udręczoną miną wróciła do kuchni. Siostry popatrzyły na siebie.

– Wróciłaś do Seattle? – zagaiła Nicole.

– Na razie. – Przypomniała sobie o zdjęciach i poszła po nie do samochodu. Kiedy wróciła, podała je siostrze. – Gabe zaczął dopytywać o tatę. Zbywałam go, ile mogłam, jednak wyczerpały mi się wymówki. Dlatego przyjechaliśmy, na razie na kilka tygodni.

Zawahała się, bo Nicole nie spojrzała na zdjęcia.

– Dziś rano pojechałam do Matta. Nie spodziewał się mnie. – Umilkła. – Kiedy wyjeżdżałam, powiedziałam mu, że jestem w ciąży, ale nie chciał uwierzyć, że to on jest ojcem. Biorąc pod uwagę okoliczności, trudno mieć do niego pretensje.

Nadeszła najtrudniejsza część jej przemowy. Przećwiczyła ją wielokrotnie, jednak teraz przygotowane zdania wypadły jej z głowy.

– Nie spałam z Drew – powiedziała wprost. Miała tylko nadzieję, że siostra jej wysłucha. – Nigdy z nim nie spałam i nigdy nie chciałam tego zrobić. Drew zawsze był dla mnie twoim mężem. Przyjaźniliśmy się. Nasze kontakty ograniczały się tylko do rozmów. Byłam zakochana w Matcie.

Nicole podniosła się, podeszła do zmywarki i zaczęła ustawiać program.

– Nie chcę tego słuchać.

– Kiedyś musisz.

– Dlaczego? – Nicole odwróciła się do Jesse i westchnęła. – Dobrze. Może i tak. Ale nie dzisiaj.

Jesse korciło, żeby zakończyć to dzisiaj. Przez te pięć lat musiała żyć ze świadomością, jak boleśnie skrzywdziła i zawiodła Nicole. Może jednak powinna uszanować jej prośbę, dać siostrze czas. Niech najpierw się oswoi z myślą, że Jesse wróciła.

– Zostawię ci zdjęcia – powiedziała łagodnie. – Potem je obejrzyj. Między Gabe’em i Mattem jest wiele podobieństw. Zwłaszcza w oczach. Przez to trudno mi go zapomnieć.

Nigdy go nie zapomni. To po prostu niemożliwe.

Nicole skinęła głową.

– Dobrze. – Skrzyżowała ramiona na piersiach. – Spodziewałam się, że się odezwiesz, gdy skończysz dwadzieścia pięć lat.

Czyli upomni się o swoją część piekarni. Ojciec zapisał rodzinną firmę na nie obie. Po skończeniu liceum Jesse nalegała, by siostra ją spłaciła, ale Nicole nawet nie chciała o tym słyszeć. To był dodatkowy powód ich nieustających kłótni.

– Nie chcę niczego gratis – rzekła Jesse. – Chcę najpierw zasłużyć.

Nicole uniosła brwi.

– Jak mam to rozumieć? Chodzi ci o posadę? Wydawało mi się, że praca w piekarni jest dla ciebie męką.

Posada? Nie myślała o tym, jednak pieniądze bardzo by się jej przydały.

– Chętnie bym przyszła do pracy. Ale miałam na myśli coś innego. Chcę wnieść do firmy przepis na brownie, to byłby mój wkład. Przez kilka lat go udoskonalałam. Jest naprawdę świetny. Brownie wychodzą fantastycznie, wszystko przebijają.

Nicole nie wydawała się przekonana.

Jesse starała się walczyć z poczuciem rozczarowania, zagłuszyć uporczywą myśl, że dla Nicole zawsze będzie życiową niedorajdą. Zmieniła się przez te ostatnie lata, jednak najpierw musi przekonać o tym siostrę, przekonać ją do siebie.

– Upiekę kilka blaszek – zaproponowała. – Potem możemy zrobić degustację.

– Zgoda. Ale skoro są takie dobre, czemu nie otworzysz własnej cukierni?

Prawdziwe zainteresowanie czy może podpucha? Pięć lat temu Jesse wykorzystała zastrzeżoną recepturę na czekoladowe ciasto, sztandarowy produkt rodzinnej piekarni, by w wynajętej kuchni wypiekać je na własną rękę i sprzedawać przez Internet. Nicole wpadła w furię, podała ją do sądu i wtrąciła za kratki.

– Są dobre – odparła Jesse spokojnie. – Mogłabym produkować je sama, ale chciałam wnieść do piekarni coś od siebie. Zależy mi, by się zasłużyć, otworzyć sobie drogę powrotu.

Nicole wpatrywała się w siostrę w milczeniu. Chyba jednak jej nie uwierzyła. Jesse podniosła się, ruszyła do wyjścia.

– Zadzwonię. Ustalimy termin, który ci będzie pasował.

– Jak mogę się z tobą skontaktować? – spytała Nicole.

Te słowa dały jej promyk nadziei. Może Nicole nie skreśliła jej definitywnie.

– Na zdjęciu jest zapisany numer mojej komórki.

Jesse podeszła do drzwi.

– Poczekaj! – zawołała za nią Nicole.

Jesse się odwróciła.

– Dzięki za pomoc przy dzieciach. Zwykle jestem bardziej zorganizowana niż dzisiaj.

– Dzieci potrafią dać w kość – odpowiedziała Jesse. Cieszyła się, że mogła pomóc siostrze. – Niedługo się odezwę.

– Dobrze. To cześć.

Podeszła do samochodu. Uśmiechała się do siebie. Była w znacznie lepszym humorze niż po rozmowie z Mattem. Nicole musi się do niej przekonać, co nie nastąpi od razu, jednak chyba są na dobrej drodze. Powinno się udać. Kto wie, może staną się sobie bliskie? Jak siostry. Teraz było to dla niej ogromnie ważne.

Zatrzymała samochód przy budynku YMCA. W Spokane YMCA bardzo jej pomogła. Skorzystała z kursów dla młodych mam, dzięki którym zdobyła sporą wiedzę i nawiązała wiele kontaktów.

Weszła do sali, w której bawiły się dzieci. Uśmiechnęła się, widząc Gabe’a w towarzystwie dwóch chłopców. Jak zwykle był duszą zabawy.

Jeden z opiekunów podszedł do niej.

– Szybko pani wróciła.

– Poszło mi szybciej, niż sądziłam. Jak sprawował się Gabe?

– Bardzo dobrze. Świetnie nawiązuje kontakt z dziećmi i ładnie się z nimi bawi. Umie rozruszać nawet najbardziej nieśmiałych. Chętnie znowu go zobaczymy.

Gabe podniósł głowę, spostrzegł mamę. Rozpromienił się i pędem rzucił się w jej stronę.

– Mamusiu, mamusiu! Mam nowych kolegów!

Pochyliła się i złapała go w ramiona.

– Tak? To pięknie.

– Było bardzo fajnie. Chciałbym tu jeszcze przyjść.

– No to musimy się o to postarać.

Chłopczyk żarliwie pokiwał główką.

W drodze do samochodu Gabe’owi nie zamykała się buzia. Z przejęciem opowiadał o wszystkim, co dzisiaj robił.

Mam szczęście, że trafiło mi się takie kochane, pogodne dziecko, pomyślała Jesse, sadzając go w foteliku. Inaczej chyba nie dałabym sobie rady.

Zamknęła drzwi, usiadła za kierownicą.

– Co zrobimy? – zapytała Gabe’a. – Pojedziemy do hotelu?

Czuła rodzącą się w niej nową koncepcję. Odsuwała ją od siebie, jednak z marnym skutkiem.

Chyba zwariowała. Mało jej jeszcze jak na jeden dzień? Czy naprawdę chce się umartwiać? Wiedziała, że to zły pomysł, jednak wbrew sobie powiedziała:

– Chyba jest jeszcze ktoś, kogo chciałbyś poznać.

Gabe się rozpromienił.

– Tatuś?

– Hm, z tym jeszcze trochę musimy się wstrzymać. Ale jest ktoś inny. Twoja babcia.

Gabe z wrażenia szeroko otworzył oczy. Miał taką minę, jakby usłyszał, że mama da mu szczeniaczka.

– Ja mam babcię? – wyszeptał z radosnym zachwytem.

– Uhm. To mama twojego taty. – Gabe niewiele się orientował w pokrewieństwie. W zasadzie wiedział tylko, że nie ma babci.

Jest tylko jeden problem. Matka Matta jej nie cierpiała.

Minęło tyle czasu, uspokajała się w duchu. Może Paula się zmieniła. Jeśli nie, wizyta potrwa krótko.

Pojechała do Woodinville, gdzie znajdował się piękny dom, który Matt kupił matce, gdy dostał pieniądze za pierwszą grę.

Po raz trzeci tego rana zaparkowała przed domem, w którym prawdopodobnie nie czekało jej miłe przyjęcie. Teraz nie potrzebowała zdjęć, bo Gabe był z nią.

– Szybko! – poganiał ją chłopiec, gdy wypinała go z fotelika. – Szybko!

Pędem puścił się do frontowych drzwi. Wspiął się na palce, by sięgnąć do dzwonka. Jesse pobiegła za synem, ale już było za późno. Frontowe drzwi się otworzyły, nim do nich dobiegła.

Pauli przybyło kilka lat, ale niewiele się zmieniła. Poza kilkoma nowymi zmarszczkami i nieco pulchniejszą figurą wyglądała dokładnie tak, jak Jesse ją zapamiętała.

– Cześć! – z rozradowanym uśmiechem zawołał Gabe. – Jesteś moją babcią.

Paula skamieniała. Popatrzyła na chłopca, przeniosła wzrok na Jesse.

– Dzień dobry – powiedziała Jesse. Inaczej by to rozegrała, ale już było za późno. – Chyba powinnam wcześniej zadzwonić czy jakoś uprzedzić. Wczoraj przyjechaliśmy do Seattle.

Paula zamrugała kilka razy.

– Jesse?

– Ja nazywam się Gabe – przedstawił się chłopiec. – A ty jesteś moją babcią.

W oczach starszej pani błysnęły łzy.

– Byłaś w ciąży?

Jesse skinęła głową. Nie wiedziała, czego się spodziewać. Czy Paula zacznie krzyczeć, wyzywać ją, zasypie oskarżeniami? Spięła się w sobie, szykując się na najgorsze. Jednak ku jej zdumieniu Paula uśmiechnęła się do Gabe’a jakby był najcenniejszym skarbem, o jakim nawet nie śmiała marzyć.

– Nie miałam pojęcia, że mam wnuczka. To niesamowite. Wejdziesz do środka?

Gabe skinął głową i przeszedł przez próg. Jesse powoli ruszyła za nim.

W środku było dokładnie tak, jak pamiętała. Wprawdzie była tu tylko kilka razy, jednak tamte nieprzyjemne wizyty na zawsze zapadły jej w pamięć.

Miłe dla oka kolory, wygodne meble. Ale to nie dom tak źle jej się kojarzył. Całe zło wiązało się z matką Matta.

– Tędy – poinstruowała Paula. – To zabawne. Dziś rano upiekłam ciasteczka. Właściwie nigdy tego nie robię, ale dziś coś mnie naszło. – Znowu uśmiechnęła się do Gabe’a. Wciąż była zdumiona, ale jednocześnie bardzo zadowolona. – Lubisz ciasteczka z czekoladą?

Chłopczyk energicznie pokiwał głową.

– To moje ulubione.

– Moje też, chociaż lubię też z masłem orzechowym.

– To też są moje ulubione – z ujmującym uśmiechem rzekł Gabe. Ale z niego czaruś! – Jesteś ładna. Mamusiu, prawda, że moja babcia jest ładna?

Jesse skinęła głową.

Gabe uśmiechnął się i wyciągnął ramiona. Paula przykucnęła przed dzieckiem i przytuliła je do siebie. Zamknęła oczy, a na jej twarzy odmalowała się taka tęsknota, że Jesse aż odwróciła wzrok. Czy to nie zdumiewające? Dwie osoby, które mogły ucieszyć się z jej powrotu, potraktowały ją oschle i mało przyjaźnie. Zaś ta, która zawsze jej nie znosiła, naprawdę jest szczęśliwa. Życie jest jednak przewrotne.

Kwadrans później Gabe zjadł ciasteczka i opróżnił szklaneczkę mleka. Opowiedział Pauli o podróży ze Spokane i poinformował, że niedługo pozna swojego tatusia.

– Matt jeszcze go nie widział? – zapytała Paula.

Jesse pokręciła głową i zapytała synka:

– Gabe, chciałbyś pooglądać telewizję?

Taka frajda rzadko mu się trafiała, więc z radości aż podskoczył. Grzecznie usiadł na kanapie, a babcia nastawiła mu kreskówki. Obie panie wróciły do kuchni, skąd miały oko na chłopca, a same mogły rozmawiać bez obaw, że mały coś usłyszy.

– Nic nie wiedziałam – zaczęła Paula, gdy usiadły. Pochyliła się ku Jesse i wzięła ją za rękę. – Przysięgam, nie miałam pojęcia, że jesteś w ciąży. Wiedziałam tylko to, co usłyszałam od twojej siostry. – Poruszyła się niespokojnie. – Przekazałam to potem Mattowi.

– Wiem. Nie ma sprawy. Tak fatalnie się złożyło. – Nie mogła się pogodzić z myślą, że nawet po kilku latach przeszłość potrafi ranić tyle osób. – Ja naprawdę kochałam Matta. Nigdy bym go nie skrzywdziła.

– Wierzę ci – odpowiedziała Paula. To było dla Jesse zaskoczenie. – Matt był zdruzgotany, gdy odeszłaś.

– Naprawdę? – Miło wiedzieć, że mu jej brakowało, choćby przez krótki czas. – Powiedziałam mu, że jestem w ciąży, ale nie chciał uwierzyć, że to jego dziecko. Zaklinałam się, że poza nim nikogo nie było, ale on się zawziął.

Paula popatrzyła na nią ze skruchą.

– To moja wina. Tylko moja. Matt był wściekły, kiedy mu powiedziałam, wpadł w furię. Za długo trzymałam go przy sobie. Byłam jedną z tych koszmarnych matek, które nie pozwalają swoim dzieciom dorosnąć. Jedną z tych, o jakich stale gadają w telewizji. Był wściekły na ciebie, ale mnie nigdy nie wybaczył. Po tym, jak wyjechałaś, nasze stosunki bardzo się rozluźniły. I nadal tak jest. Widujemy się bardzo rzadko.

– Współczuję – powiedziała Jesse. Naprawdę było jej przykro. – Jesteś jego matką. Nic tego nie zmieni.

– On tego nie widzi – z wymuszonym spokojem rzekła Paula. – No dobrze, opowiedz mi o sobie. Co się z tobą działo?

– Mieszkałam w Spokane. Dalej nie dojechałam, bo skończyły mi się pieniądze. Dostałam pracę w barze. Miałam szczęście. Bill, właściciel baru, bardzo mi pomógł. Znalazł mi mieszkanie, wspierał mnie. – Uśmiechnęła się na wspomnienie Billa, szefa i oddanego przyjaciela. – To on mnie zmobilizował, żebym tu przyjechała. On i Gabe. Twój wnuczek strasznie chce poznać swojego tatę. Nie mogłam mu odmówić.

– Czy ty i ten Bill... – Paula zawiesiła głos.

Jesse wlepiła w nią wzrok.

– Czy my... – Nagle ją olśniło. – Czy jesteśmy razem? Nie, no skąd. Tylko się przyjaźnimy. Bill mówi, że jestem dla niego za młoda. – Uśmiechnęła się. – Jest po sześćdziesiątce, tak samo jego znajomi. Zastąpili mi rodzinę. Samej i z dala od domu było mi trudno. Niby to tylko kilkaset kilometrów, ale miałam poczucie, jakbym znalazła się w innym świecie. Nie mogłam uwierzyć, że Nicole mnie nie szukała.

Trzymała kubek z kawą, ale nie upiła ani łyka.

– Zawsze byłyśmy razem. Nicole była moją starszą siostrą, której musiałam słuchać. Claire, jej bliźniaczka, wyjechała w świat w tym samym roku, gdy ja się urodziłam. Nie znałam jej, wiedziałam o niej tylko to, co mówiła mi Nicole albo co przeczytałam w gazetach.

– To ta pianistka?

– Tak. Jest sławna, ale prawie się nie znamy. Wymieniamy czasami listy czy maile. Przez te lata miałyśmy ze sobą kontakt. Od niej wiem, że Nicole wyszła za mąż i ma dzieci. – Starała się, by głos nie zdradził jej rozżalenia. Mimo tego wszystkiego, co między nimi zaszło, kochała Nicole i brakowało jej siostry. Nicole odcięła się od niej, jakby Jesse nic jej nie obchodziła. To bolało.

– Na długo przyjechaliście? – zapytała Paula.

– Trudno powiedzieć. Może na kilka tygodni. Jestem współwłaścicielką piekarni, ale nie chcę Nicole o nic prosić. Zacznę pracować i jako swój wkład wniosę przepis na brownie. Udoskonalałam go przez kilka lat. Wreszcie osiągnęłam rezultat, o jaki...

Zagryzła usta.

– Przepraszam. Wciąż gadam o sobie, a ciebie przecież najbardziej interesuje Gabe. Po prostu już tak dawno nie miałam się do kogo odezwać.

– To tak jak ja – powiedziała Paula. – Gdzie się zatrzymaliście?

– W motelu. Planuję wynająć mieszkanko w dzielnicy uniwersyteckiej. W lecie nie zedrą ze mnie skóry.

– Ale stamtąd wszędzie będziesz miała daleko. Możecie zamieszkać tutaj. Ze mną.

Jesse nie wiedziała, co odpowiedzieć. Co za nieoczekiwane zaproszenie!

– Chodźmy na górę, potem zdecydujesz.

Oszołomiona szła za Paulą po schodach. W końcu korytarza były dwie sypialnie ze wspólną łazienką. Obie przygotowane na przyjęcie gości, z szerokimi łóżkami, lśniące czystością, utrzymane w wesołych barwach. Jakże inne od obskurnych mieszkanek, na jakie było ją stać. Poczuła przypływ radości.

– To bardzo wspaniałomyślna propozycja – powiedziała cicho.