Wydawca: Pascal Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Słodki jak miód, kwaśny jak cytryny ebook

Matthew Fort  

3 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 409 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Słodki jak miód, kwaśny jak cytryny - Matthew Fort

"Matthew Fort, brytyjski pisarz i krytyk kulinarny, ponownie zasiada za kierownicą kultowej vespy!

 

Tym razem, wiedziony wspomnieniami wyrusza odkrywać kulinarne sekrety Sycylii i Sycylijczyków, bo każdy przecież wie, że „zobaczyć Włochy, a nie zobaczyć Sycylii, to tak, jakby wcale nie zobaczyć Włoch, gdyż Sycylia jest kluczem do wszystkiego”.

 

Razem z nim skosztuj najznakomitszych marsalskich trunków, rozpływającego się w ustach tuńczyka, a na deser nie zapomnij o wyjątkowej, ręcznie przygotowywanej czekoladzie z Modici.

 

Jeśli jednak twój apetyt nie będzie zaspokojony, nie martw się, znajdziesz w książce ponad 50 smakowitych przepisów! No i nie musisz, jak autor, obawiać się groźnej mafii.

 

Zatem weź głęboki oddech i przygotuj się na niezwykłą mieszankę smaków!

 

Polędwica błyszczała od oleju aromatyzowanego węglem drzewnym. Słowem, wołowina z rusztu z pieczonymi ziemniakami i surówką. Ba, ale cóż to była za wołowina – o konsystencji aksamitu i aromacie róż. Kilka liści lekko przywiędłej sałaty lodowej, chrupiące pieczone ziemniaki, drażniący, ostry smak lekkiej spalenizny, który uzyskuje się na porządnym ruszcie opalanym węglem drzewnym. "

Opinie o ebooku Słodki jak miód, kwaśny jak cytryny - Matthew Fort

Fragment ebooka Słodki jak miód, kwaśny jak cytryny - Matthew Fort

Copyright © Matthew Fort 2008 First published as SWEET HONEY, BITTER LEMONS: Travels in Sicily on a Vespa by Ebury Press, an imprint of Ebury Publishing. A Random House Group Company. Copyright for the Polish edition © Wydawnictwo Pascal. Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment niniejszej publikacji nie może być reprodukowany, przechowywany bądź rozpowszechniany bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

Autor:

John Mole

Tytuł:

Słodki jak miód, kwaśny jak cytryny

Tytuł oryginału:

Sweet Honey, Bitter Lemons

Tłumaczenie:

Karol Chojnowski

Redakcja:

Joanna Kułakowska-Lis

Korekta:

Justyna Tomas

Projekt okładki:

Aleksandra Zimoch Zdjęcia na okładce: Gary Yeowell/Getty Images/FPM, Shutterstock.com (Noam Armonn, Rufous)

Mapa:

Marta Majerczak

Redaktor naczelna:

Agnieszka Hetnał

Bielsko-Biała 2014ISBN 978-83-7642-312-8

Wydawca:

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o. ul. Zapora 25 43-382 Bielsko-Biała tel. 338282828, fax 338282829pascal@pascal.plwww.pascal.pl

eBook redaktor i konwersja:

Dominik Trzebiński Du Châteauxatelier@duchateaux.pl

Dla Mary

Podziękowania

Mam ogrom­ny dług wdzięcz­no­ści wo­bec wie­lu Sy­cy­lij­czy­ków – nie­któ­rych wy­mie­niam na kar­tach tej książ­ki, ale wszyst­kich wspo­mnieć nie je­stem w sta­nie, gdyż ni­niej­szy frag­ment za­czął­by przy­po­mi­nać sy­cy­lij­ską wer­sję prze­mo­wy osca­ro­wej. Wy­ra­żę więc po pro­stu mo­je po­dzię­ko­wa­nia zbio­ro­wo – gdy­by nie ich hoj­ność, uprzej­mość i otwar­tość, nie by­ło­by tej opo­wie­ści.

Od życz­li­wych miesz­kań­ców wy­spy otrzy­ma­łem też wie­le prze­pi­sów; część z nich po­ja­wia się na koń­cu po­szcze­gól­nych roz­dzia­łów. Po­da­jąc je, po­sił­ku­ję się ję­zy­kiem wło­skim lub sy­cy­lij­skim w za­leż­no­ści od te­go, skąd po­cho­dzą. Mu­szę za­zna­czyć, że prze­pi­som sy­cy­lij­skim brak pre­cy­zji, któ­ra nam wy­da­je się oczy­wi­sta. Po­dej­ście do miar i wag jest tu bar­dzo do­wol­ne. Prze­pi­sy peł­ne są ta­kich po­moc­nych wska­zó­wek jak al­cu­ni (kil­ka), un toc­co di (odro­bi­nę) czy cu­oce­re la car­ne in bro­do (go­to­wać mię­so w ro­so­le – no do­brze, ale jak dłu­go?) – wie­le za­tem za­le­ży od do­świad­cze­nia i in­tu­icji ku­cha­rzy. Zgod­nie z du­chem kuch­ni sy­cy­lij­skiej za­mie­ści­łem mia­ry, je­śli mi je po­da­no, lub sam je wy­de­du­ko­wa­łem. W po­zo­sta­łych przy­pad­kach po­zo­sta­wiam de­cy­zję czy­tel­ni­kom i ku­cha­rzom ama­to­rom. W koń­cu go­to­wa­nie to nie ma­te­ma­ty­ka.

Książ­ka ta mia­ła­by znacz­nie wię­cej wad, gdy­by nie dwaj Joh­no­wie – Irving i Dic­kie1), któ­rych wie­dza o Sy­cy­lii, jej ta­jem­ni­cach i nie­zwy­kło­ściach jest tak wiel­ka, że ja ni­g­dy nie bę­dę w sta­nie zdo­być na­wet jej czę­ści. Nie spo­sób wy­ra­zić, jak wie­le zna­czył dla mnie ich en­tu­zjazm i jak po­ma­ga­ła mi za­chę­ta z ich stro­ny. Nie mo­gę też zli­czyć, ile cza­su i wy­sił­ku obaj po­świę­ci­li na po­pra­wia­nie mo­je­go wło­skie­go (płyn­ne­go w mo­wie, dość wąt­pli­we­go w pi­śmie), kwe­stio­no­wa­nie mo­ich kon­cep­cji i wy­ple­nia­nie nie­ści­sło­ści. Je­śli po­mi­mo tych wy­sił­ków tra­fia­ją się w tej książ­ce spo­ra­dycz­ne błę­dy czy dys­ku­syj­ne wnio­ski, to nie jest to ich wi­na. Co złe­go, to ja.

1) John Dic­kie, hi­sto­ryk, pi­sarz, wy­kła­dow­ca na Uni­ver­si­ty Col­le­ge Lon­don, spe­cja­li­sta w za­kre­sie hi­sto­rii Włoch, je­go książ­ki, po­świę­co­ne m.in. wło­skiej i sy­cy­lij­skiej ma­fii, prze­tłu­ma­czo­ne zo­sta­ły na wie­le ję­zy­ków (przyp. red.).

Je­stem rów­nież ogrom­nie wdzięcz­ny Han­nah Mac­do­nald z wy­daw­nic­twa Ebu­ry Press za jej da­le­ko­wzrocz­ność, kie­dy zle­ca­ła mi na­pi­sa­nie tej książ­ki, i za cier­pli­wość, kie­dy cze­ka­ła na jej po­wsta­nie; a tak­że Char­lot­te Co­le i jej ze­spo­ło­wi z Ebu­ry za he­ro­icz­ne zma­ga­nia z tek­stem. Chy­lę czo­ła przed mo­ją agent­ką, Ca­ro­li­ne Daw­nay, któ­rej zdol­no­ści ne­go­cja­cyj­ne spra­wi­ły, że Ca­ry Stre­et zgo­dził się jesz­cze tro­chę po­cze­kać.

Wy­daw­nic­twa Eland Press, Ca­non­ga­te i Car­ca­net życz­li­wie po­zwo­li­ły mi cy­to­wać wy­da­ne przez nich książ­ki, od­po­wied­nio: Si­ci­ly: Thro­ugh Wri­ter’s Ey­es Ho­ra­tia Cla­re’a, Co­nver­sa­tions in Si­ci­ly Elia Vit­to­ri­nie­go w prze­kła­dzie Ala­ne Sa­lier­no Ma­son oraz The Idylls of The­ocri­tus w prze­kła­dzie Ro­ber­ta Wel­l­sa.

Za­de­dy­ko­wa­łem tę książ­kę mo­jej nie­ży­ją­cej bra­to­wej, Ma­ry Fort. Ma­ry miesz­ka­ła w Rzy­mie i stam­tąd jak z bo­cia­nie­go gniaz­da kie­ro­wa­ła opi­sa­ny­mi tu po­dró­ża­mi, po­dob­nie jak wcze­śniej kie­ro­wa­ła mo­imi wę­drów­ka­mi po Wło­szech. Po­mi­mo cier­pie­nia zwią­za­ne­go z no­wo­two­rem, któ­ry osta­tecz­nie ją po­ko­nał, nim ukoń­czy­łem ni­niej­szą książ­kę, mi­mo uciąż­li­wo­ści te­ra­pii nie prze­sta­wa­ła wy­szu­ki­wać ho­te­li i agri­tu­ri­smo, go­spo­darstw agro­tu­ry­stycz­nych, w któ­rych mo­głem się za­trzy­mać, re­stau­ra­cji, gdzie war­to by­ło coś zjeść. Wciąż pod­su­wa­ła mi miej­sca za­słu­gu­ją­ce na od­wie­dze­nie i su­ge­ro­wa­ła, ja­kich lu­dzi war­to od­szu­kać. „Jest tu ta­ki agri­tu­ri­smo, któ­ry za­po­wia­da się na­praw­dę cie­ka­wie. (…) Och, ja­ka szko­da, że sa­ma nie mo­gę tam być! (…) Brzmi bar­dzo ape­tycz­nie. (…) Do­kąd te­raz? ”.

Za­wsze do­cie­kli­wa, en­tu­zja­stycz­na, za­an­ga­żo­wa­na. Jej wspar­cie i wska­zów­ki, nie mó­wiąc już o hu­mo­rze i zdol­no­ściach or­ga­ni­za­cyj­nych, by­ły bez­cen­ne. Nie­ustan­nie pły­nął do mnie stru­mień po­rad i za­chęt. Jej od­wa­ga i de­ter­mi­na­cja wzbu­dza­ły we mnie nie tyl­ko po­dziw, ale i po­sta­no­wie­nie, by zro­bić dla niej, co tyl­ko mo­gę.

Na krót­ko przed tym, jak ode­szła, zdą­ży­łem prze­czy­tać jej szki­ce pierw­szych roz­dzia­łów. Le­ża­ła w łóż­ku w swo­im miesz­ka­niu. W pew­nym mo­men­cie prze­rwa­łem na chwi­lę czy­ta­nie – pa­trząc na jej za­mknię­te oczy i słu­cha­jąc ryt­micz­ne­go od­de­chu, uzna­łem, że za­snę­ła – uspo­ko­jo­na lub znu­dzo­na brzmie­niem mo­je­go gło­su. Wte­dy Ma­ry sła­bo, lecz nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu to­nem po­wie­dzia­ła: „Chcę wie­dzieć, co bę­dzie da­lej. Strasz­nie mi się po­do­ba. Och, pro­szę, pisz da­lej”. Dzię­ki niej tak wła­śnie zro­bi­łem.

Prolog

Weź głęboki oddech

Sta­łem w ciem­no­ści. Wy­czu­wa­łem ra­czej, niż wi­dzia­łem ta­jem­ni­cze po­tęż­ne syl­wet­ki. Cie­płe po­wie­trze prze­sy­co­ne by­ło sło­dy­czą kar­me­lu za­pra­wio­ną mo­re­la­mi, kar­da­mo­nem i goź­dzi­ka­mi. Pod su­fi­tem z wol­na za­pa­la­ły się lam­py, któ­re mi­go­cąc bla­do, rzu­ca­ły ła­god­ną, bursz­ty­no­wą po­świa­tę na bot­ti, usta­wio­ne pod ścia­na­mi gi­gan­tycz­ne becz­ki, dwu­krot­nie wyż­sze ode mnie, pro­por­cjo­nal­nie za­okrą­glo­ne i sczer­nia­łe ze sta­ro­ści. Prze­strzeń po­środ­ku wy­peł­nia­ły mniej­sze be­czuł­ki, ja­sne bar­ri­qu­es z fran­cu­skie­go i sla­woń­skie­go dę­bu, któ­ry pach­niał wa­ni­lią. We­wnątrz nich za­cho­dzi­ła wiel­ka al­che­micz­na prze­mia­na, gdy sok z wi­no­gron doj­rze­wał i wraz z upły­wem lat sta­wał się wi­nem mar­sa­la.

Do­me­ni­co Buf­fa od­kor­ko­wał bu­tel­kę dzie­się­cio­let­nie­go wi­na ver­gi­ne mar­sa­la, wy­pro­du­ko­wa­ne­go przez je­go ro­dzi­nę wy­łącz­nie z wi­no­gron gril­lo – szcze­pu ty­po­we­go dla re­gio­nu Mar­sa­la, i na­lał od ser­ca do kie­lisz­ka o roz­mia­rach akwa­rium na zło­tą ryb­kę. Bar­wa mie­ni­ła się w pół­mro­ku – ja­skra­wo­żół­ta, in­ten­syw­na i nie­jed­no­rod­na. Po­wą­cha­łem. Od osiem­na­sto­pro­cen­to­we­go al­ko­ho­lu na­pły­nę­ły war­stwy aro­ma­tów, moc­ne i upa­ja­ją­ce. Roz­po­zna­łem pach­ną­cy gro­szek, żar­no­wiec, brzo­skwi­nię, tof­fi, pier­wio­snek i nu­tę faj­ko­we­go ty­to­niu. Wy­da­wa­ło mi się, że szko­da je pić, wy­star­czy tyl­ko wą­chać. Do­me­ni­co wy­jął nos z kie­lisz­ka i po­pa­trzył na mnie.

– Och, bar­dzo do­bre. Zło­żo­ne – po­wie­dzia­łem. Po­cią­gną­łem łyk. Wi­no spły­nę­ło mi po ję­zy­ku ele­ganc­ko i znie­wa­la­ją­co ni­czym je­dwab­na apasz­ka, sub­tel­ne i in­ten­syw­ne. Ze zwiew­ną sło­dy­czą uwol­ni­ło zdu­mie­wa­ją­cy wa­chlarz sma­ków, wy­zwo­li­ło słod­kie jak miód wspo­mnie­nia mo­jej pierw­szej wi­zy­ty na Sy­cy­lii.

Do­sko­na­łe – po­chwa­li­łem z prze­ko­na­niem.

Po raz pierw­szy przy­by­łem na Sy­cy­lię z naj­młod­szym bra­tem, To­mem, w 1973 ro­ku. Ja mia­łem wte­dy dwa­dzie­ścia sześć lat, a on dwa­dzie­ścia dwa. Po­sta­no­wi­li­śmy spę­dzić część la­ta, po­dró­żu­jąc wzdłuż wy­brze­ża. Słoń­ce, owo­ce mo­rza i pły­wa­nie – po­my­śle­li­śmy – ta­ki bę­dzie po­rzą­dek dnia, tu i ów­dzie zwie­dza­nie ja­kichś świą­tyń i szczyp­ta lek­kiej kul­tu­ry. W tym wie­ku czło­wiek czuł, że coś ta­kie­go moż­na po pro­stu zro­bić. Wszyst­ko by­ło pro­ste.

Wcze­śniej, w tym sa­mym ro­ku, w Ne­apo­lu wy­bu­chła epi­de­mia cho­le­ry – ra­dzo­no nam za wszel­ką ce­nę uni­kać su­ró­wek i sko­ru­pia­ków. Ostrze­ga­no też, że po­go­da mo­że się ła­two po­psuć (po­dró­żo­wa­li­śmy we wrze­śniu). Nie­zra­że­ni wsie­dli­śmy na prom do Me­sy­ny, wy­na­ję­li­śmy sa­mo­chód i ru­szy­li­śmy w tra­sę.

Kil­ka no­cy spę­dzi­li­śmy we wspól­nym po­ko­ju w Tao­r­mi­nie, w Vil­la San Pan­cra­zio. Gdy pierw­sze­go dnia ra­no otwo­rzy­łem okien­ni­ce, ośle­pi­ło mnie świa­tło sło­necz­ne, mie­nią­ce się na roz­iskrzo­nym, błę­kit­nym mo­rzu. Na od­le­głym ho­ry­zon­cie za­wi­sła chmu­ra ni­czym je­den z tych pu­szy­stych ga­dże­tów, któ­rych ko­bie­ty uży­wa­ły kie­dyś do pu­dro­wa­nia twa­rzy. Tom wpa­try­wał się w nią.

– Po­go­da się za­ła­mu­je – stwier­dził z nie­skry­wa­nym przy­gnę­bie­niem.

Tym­cza­sem mi­jał je­den cu­dow­ny dzień za dru­gim – przez ca­ły czas na­sze­go po­by­tu na Sy­cy­lii tem­pe­ra­tu­ra nie spa­dła po­ni­żej dwu­dzie­stu ośmiu stop­ni. A za­tem roz­ma­wia­li­śmy, je­dli­śmy, sprze­cza­li­śmy się i śmia­li­śmy, i je­dli­śmy, i jesz­cze tro­chę roz­ma­wia­li­śmy – przez ca­łą po­dróż. Tom ni­g­dy nie za­do­wa­lał się miej­scem, gdzie aku­rat by­li­śmy, za­wsze chciał zaj­rzeć za na­stęp­ny za­kręt, od­kryć na­stęp­ną za­to­kę, wstą­pić do ko­lej­nej ka­wiar­ni – że­by­śmy tyl­ko cze­goś nie prze­oczy­li. Z po­cząt­ku mnie to iry­to­wa­ło, ale po ja­kimś cza­sie za­czą­łem do­ce­niać tę je­go nie­po­ha­mo­wa­ną cie­ka­wość świa­ta. Był ide­al­nym to­wa­rzy­szem: do­cie­kli­wym, roz­mow­nym i – jak ca­ła mo­ja ro­dzi­na – nie­by­wa­le ła­ko­mym.

Na­sze po­sta­no­wie­nie, by uni­kać su­ró­wek i owo­ców mo­rza, prze­trwa­ło za­le­d­wie do koń­ca pierw­sze­go obia­du. I ca­łe szczę­ście. Gdy je­cha­li­śmy wzdłuż wy­brze­ża od Tao­r­mi­ny przez Ka­ta­nię, Sy­ra­ku­zy, Ge­lę, Agri­gen­to, Mar­sa­lę i Eri­ce do Pa­ler­mo i z po­wro­tem do Me­sy­ny, mie­li­śmy do dys­po­zy­cji głów­nie su­rów­ki i owo­ce mo­rza. Zresz­tą te po­tra­wy by­ły po pro­stu re­we­la­cyj­ne: kre­wet­ki, ośmior­ni­ce i ry­by pro­sto z mo­rza, ob­sma­żo­ne na rusz­cie. I to, nie­zna­ne wów­czas w An­glii, upa­ja­ją­ce po­łą­cze­nie draż­nią­ce­go sma­ku wę­gla drzew­ne­go i mor­skiej sło­dy­czy, za­ostrzo­nej so­kiem z cy­try­ny.

W Eri­ce z ko­lei do­zna­łem kieł­ba­sia­ne­go ob­ja­wie­nia: z po­zo­ru zwy­czaj­ne dwie kieł­ba­ski na ta­le­rzu – pę­ka­te, błysz­czą­ce, bez przy­bra­nia, ale sma­ko­wa­ły bar­dziej kieł­ba­sia­nie niż ja­ka­kol­wiek kieł­ba­sa, któ­rą ja­dłem wcze­śniej – jędr­ne, so­czy­ste, za­ra­zem sło­ne i słod­kie. By­ły też wa­rzy­wa o wy­ra­zi­stych sma­kach: szkar­łat­ne po­mi­do­ry ożyw­czo in­ten­syw­ne, sa­łat­ki z chru­pią­cych ja­rzyn, li­ście o nie­zna­nej mi orzeź­wia­ją­cej go­rycz­ce i owo­ce: brzo­skwi­nie, nek­ta­ryn­ki, me­lo­ny i fi­gi, na­de wszyst­ko fi­gi: mię­si­ste, ku­szą­ce i so­czy­ste. Wresz­cie lo­dy, sor­bet­ti i gra­ni­te, chło­dzą­ce i orzeź­wia­ją­ce pod­czas upa­łów.

Na szczyp­tę kul­tu­ry też zna­lazł się czas: zo­ba­czy­li­śmy świą­ty­nie, ko­ścio­ły, grec­kie te­atry i rzym­skie wil­le. Epi­de­mia cho­le­ry w Ne­apo­lu wy­stra­szy­ła wszyst­kich po­za naj­bar­dziej zde­ter­mi­no­wa­ny­mi tu­ry­sta­mi, mie­li­śmy więc wy­spę nie­mal­że dla sie­bie.

Wiel­kie wra­że­nie wy­war­ła na nas su­ro­wa ma­je­sta­tycz­ność Gór Pe­lo­ry­tań­skich, za­ska­ki­wa­ły ma­łe, za­nie­dba­ne wio­ski i mia­stecz­ka, ry­zy­kow­nie usy­tu­owa­ne na szczy­tach wznie­sień, do­my spły­wa­ją­ce po pio­no­wych zbo­czach. Wy­mie­nia­li­śmy uwa­gi na te­mat „przy­gnę­bia­ją­cych mu­rów i bu­dyn­ków z czar­nej la­wy w oko­li­cy Et­ny” oraz „oso­bli­wej, buj­nej ży­zno­ści win­nic ro­sną­cych na pu­mek­so­wym pod­ło­żu” – jak pi­sa­łem wów­czas w no­tat­ni­ku.

Raz przez po­mył­kę o ma­ło nie wpro­si­li­śmy się na ma­fij­ne we­se­le. Umknę­li­śmy z wiej­skie­go pla­cu, wo­kół któ­re­go na krze­słach sie­dzie­li star­si męż­czyź­ni o twa­rzach znisz­czo­nych słoń­cem i ży­ciem, a przy nich sta­li mło­dzi męż­czyź­ni o okrą­głych ob­li­czach i oliw­ko­wej ce­rze – wszy­scy, sta­rzy i mło­dzi, mie­li te sa­me oczy, czar­ne i błysz­czą­ce jak mo­kre wę­giel­ki.

Gdy tak po­dró­żo­wa­li­śmy, za­czę­ły mnie fa­scy­no­wać te cią­głe kon­tra­sty – mię­dzy bo­gac­twem dzie­dzic­twa kul­tu­ro­we­go wy­spy a ubo­gą te­raź­niej­szo­ścią, po­mię­dzy wspa­nia­ło­ścią za­byt­ków a li­cho­ścią wio­sek, po­mię­dzy zgieł­kiem miast na wy­brze­żu a su­ro­wym, spo­koj­nym pięk­nem środ­ka wy­spy, po­mię­dzy szczo­dro­ścią, z któ­rą wy­spa da­rzy po­ży­wie­niem, a cwa­niac­twem jej miesz­kań­ców. Zde­cy­do­wa­nie róż­ni­ło się to od Bry­ta­nii, Fran­cji czy Ame­ry­ki, od ja­kie­go­kol­wiek in­ne­go miej­sca, któ­re kie­dy­kol­wiek od­wie­dzi­łem. I nie by­ła to tyl­ko po­wierz­chow­na róż­ni­ca oby­cza­jów, ję­zy­ka, ma­nier czy je­dze­nia. Sy­cy­lia wy­da­wa­ła się od­mien­na w ja­kiś głę­bo­ki, sub­tel­ny spo­sób, któ­re­go nie po­tra­fi­łem okre­ślić. By­ła zło­żo­na, skom­pli­ko­wa­na, dziw­na. Nie mo­głem jej zro­zu­mieć.

Gdy po­czy­ta­łem wię­cej na ten te­mat, od­kry­łem, że nie je­stem od­osob­nio­ny ani w mo­jej fa­scy­na­cji, ani w dez­orien­ta­cji. Sy­cy­lia zdo­by­ła nad wy­obraź­nią cu­dzo­ziem­ców wła­dzę nie­współ­mier­ną do jej roz­mia­rów, zna­cze­nia po­li­tycz­ne­go czy da­ją­cych się za­uwa­żyć wpły­wów kul­tu­ro­wych. Wiel­cy i nie­co mniej zna­ni pi­sa­rze – Guy de Mau­pas­sant, D.H. Law­ren­ce, Ga­vin Ma­xwell, Law­ren­ce Dur­rell, Nor­man Le­wis, Pe­ter Robb – przy­by­wa­li tu, za­trzy­my­wa­li się, du­ma­li – i wra­ca­li zbi­ci z tro­pu zło­żo­no­ścią, za­gad­ko­wy­mi wła­ści­wo­ścia­mi i pa­ra­dok­sa­mi Sy­cy­lii. Na­wet miej­sco­wi pi­sa­rze naj­wy­raź­niej mo­co­wa­li się, by wy­rwać się z her­me­tycz­no­ści sy­cy­lij­skie­go spo­łe­czeń­stwa i je­go kul­tu­ry, z tej swo­istej in­te­lek­tu­al­nej omer­ty, zmo­wy mil­cze­nia.

Po od­wie­dze­niu wy­spy w 1786 ro­ku Go­ethe na­pi­sał: „Zo­ba­czyć Wło­chy, a nie zo­ba­czyć Sy­cy­lii to tak, jak­by wca­le nie zo­ba­czyć Włoch, gdyż Sy­cy­lia jest klu­czem do wszyst­kie­go”. „Sy­cy­lia to szkol­ny mo­del Włoch dla po­cząt­ku­ją­cych – każ­da wło­ska ce­cha czy wa­da jest tu­taj po­więk­szo­na, wy­ol­brzy­mio­na i ja­skra­wo za­ry­so­wa­na” – no­to­wał Lu­igi Ba­rzi­ni w książ­ce Wło­si. Czy któ­re­kol­wiek z tych spo­strze­żeń by­ło słusz­ne? W pew­no­ści sie­bie, z ja­ką ich au­to­rzy wy­gła­sza­li te opi­nie, by­ło dla mnie coś po­dej­rza­ne­go. Ale je­śli Sy­cy­lia nie jest klu­czem do zro­zu­mie­nia Włoch, je­śli nie jest tym szkol­nym mo­de­lem – to czym jest?

Za­mie­rza­łem wró­cić. Za­wsze chcia­łem wró­cić. Gdzie­kol­wiek po­dró­żo­wa­łem, Sy­cy­lia nie da­wa­ła mi spo­ko­ju, by­ła mo­ją nie­do­koń­czo­ną spra­wą. Raz za ra­zem snu­łem pla­ny i raz za ra­zem speł­za­ły one na ni­czym, kil­ka­krot­nie tra­ci­łem już na­dzie­ję, że kie­dy­kol­wiek po­znam wy­spę, któ­ra tak mnie fa­scy­no­wa­ła. W koń­cu jed­nak uda­ło mi się zor­ga­ni­zo­wać so­bie ży­cie tak, że­bym mógł po raz ko­lej­ny za­nu­rzyć się w uro­kach Sy­cy­lii.

Mia­łem te­raz pięć­dzie­siąt dzie­więć lat, przy­by­ło mi ki­lo­gra­mów, a uby­ło wło­sów. Nie­zbyt przy­po­mi­na­łem mło­dzi­ka, któ­rym by­łem przed trzy­dzie­stu trze­ma la­ty; zdą­ży­łem do­stać od ży­cia co nie­co w kość, na pew­no by­łem star­szy, ale nie­ko­niecz­nie mą­drzej­szy – nie­co pod­sta­rza­ły jak na od­kryw­cę – mógł­by ktoś po­wie­dzieć. Ja jed­nak nie ro­zu­mia­łem, dla­cze­go cie­ka­wość świa­ta po­win­na wy­ga­snąć tyl­ko dla­te­go, że mia­łem już za so­bą nie­któ­re z teo­re­tycz­nych mo­men­tów prze­ło­mo­wych w ży­ciu. Nie pla­no­wa­łem prze­cież przejść pu­sty­ni Go­bi ani prze­mie­rzyć Ama­zon­ki wpław, chcia­łem je­dy­nie spę­dzić roz­sąd­ną ilość cza­su w miej­scu, do któ­re­go przez trzy­dzie­ści lat po­wra­ca­łem wy­obraź­nią i pa­mię­cią. Nie, że­bym ro­ił so­bie, że mo­gę zła­mać kod Sy­cy­lii, nad któ­rym gło­wi­ły się bez­sku­tecz­nie tęż­sze ode mnie umy­sły. Chcia­łem po pro­stu wie­dzieć wię­cej, niż wie­dzia­łem do­tąd, i po­znać do­kład­niej to, co bę­dę mógł.

Je­śli ist­nie­je klucz do za­gad­ki Sy­cy­lii, to bę­dzie nim je­dze­nie – tak mi się przy­naj­mniej wy­da­wa­ło. Go­to­wa­nie i je­dze­nie ma­ją za­sad­ni­cze zna­cze­nie dla ży­cia Sy­cy­lij­czy­ków – ci, któ­rych spo­tka­łem, mó­wi­li o tym, co je­dzą, z pa­sją tak wiel­ką, że na­wet Wło­si z kon­ty­nen­tu wy­cho­dzi­li przy nich na nie­śmia­łych. Gdy­bym mógł zro­zu­mieć choć­by część tej fi­lo­zo­fii je­dze­nia, po­znać nie­któ­re po­tra­wy, od­kryć, skąd po­cho­dzą, spraw­dzić, dla­cze­go są ta­kie, a nie in­ne – to mo­że wów­czas zro­zu­miał­bym, dla­cze­go Sy­cy­lia nie prze­sta­je mnie fa­scy­no­wać. Gdy­bym mógł spoj­rzeć na de­gu­sto­wa­ne da­nia z do­sta­tecz­nym zro­zu­mie­niem – gło­si­ła mo­ja teo­ria – mógł­bym się spo­ro do­wie­dzieć o kon­kret­nej wio­sce, mie­ście czy re­gio­nie, przez któ­re po­dró­żo­wa­łem. Je­dze­nie jest bo­wiem hi­sto­rią na ta­le­rzu – ża­den skład­nik, ani ich po­łą­cze­nie nie po­ja­wia­ją się przy­pad­kiem, za­wsze jest ja­kiś po­wód. Skład­ni­ki opo­wia­da­ją hi­sto­rię han­dlu, pod­bo­jów, mi­gra­cji, zmian spo­łecz­nych. Toż­sa­mość każ­de­go na­ro­du tkwi w cha­rak­te­ry­stycz­nej dla nie­go kuch­ni. A po­za tym je­dze­nie jest cie­kaw­sze niż czy­ta­nie ksiąg pa­ra­fial­nych al­bo miej­sco­wych ar­chi­wów.

Plan był za­tem ta­ki: zro­zu­mieć Sy­cy­lię po­przez je­dze­nie. Po­sta­no­wi­łem po­dzie­lić mo­ją wy­pra­wę ba­daw­czą na dwie czę­ści. Pod­czas pierw­sze­go eta­pu, wio­sną, bę­dę wę­dro­wał z za­chod­nie­go wy­brze­ża na wschód, przez śro­dek wy­spy, z Mar­sa­li do Ka­ta­nii. Po­win­no być już cie­pło – tak so­bie ro­zu­mo­wa­łem – ale unik­nę jesz­cze nie­zno­śne­go let­nie­go upa­łu, to bę­dzie se­zon na pierw­sze fi­gi, cze­re­śnie i wcze­sne brzo­skwi­nie, kwia­ty cu­ki­nii i po­lne kwia­ty. Na­stęp­nie pla­no­wa­łem wró­cić pod ko­niec wrze­śnia, kie­dy skwar ustą­pi, i ob­je­chać wy­brze­że do­oko­ła, za­czy­na­jąc i koń­cząc w Ka­ta­nii, a sma­ku­jąc… co? Póź­ne fi­gi? Póź­ne brzo­skwi­nie? Wi­no­gro­na? Nie by­łem do koń­ca pe­wien.

Po­za tym nie za­mie­rza­łem się spie­szyć. Na wy­pra­wę chcia­łem po­świę­cić w su­mie sie­dem ty­go­dni – po­wiedz­my trzy na prze­mie­rze­nie wy­spy i mie­siąc na jej okrą­że­nie. Pla­no­wa­łem po­dró­żo­wać w spo­koj­nym tem­pie, klu­czyć, za­trzy­my­wać się, kie­dy przyj­dzie mi ocho­ta, i wy­ru­szać w dal­szą dro­gę, gdy na­bio­rę na to chę­ci. Chcia­łem za­pusz­czać się bez po­śpie­chu w bocz­ne dro­gi i zwie­dzać, co mi się po­do­ba. Ta­ka oka­zja mia­ła się prze­cież nie po­wtó­rzyć.

Cho­dze­nie pie­cho­tą nie by­ło prak­tycz­ne. Ro­wer? Też nie­zbyt do­bry po­mysł. Za du­żo bar­dzo stro­mych pod­jaz­dów i nie­bez­piecz­nych zjaz­dów. Sa­mo­chód? Nie ma w nim nic ro­man­tycz­ne­go – z nie­zwy­kłej po­dró­ży zro­bi­ło­by się po pro­stu zbie­ra­nie da­nych. Ta wer­sja też od­pa­dła. Wy­grał sku­ter, ve­spa: sty­lo­wa, cha­rak­te­ry­stycz­na, prak­tycz­na i – ze mną ja­ko kie­row­cą – jeż­dżą­ca po­wo­li. A tak­że, mia­łem na­dzie­ję, bez­piecz­na.

Rozdział pierwszy

Czas obecny i czas miniony

Marsala

W 1973 ro­ku Tom i ja po­dró­żo­wa­li­śmy w ra­do­snej na­iw­no­ści, z nie­wy­mu­szo­nym opty­mi­zmem i bez­tro­ską cie­ka­wo­ścią, za­trzy­mu­jąc się tam, gdzie mie­li­śmy ocho­tę. Je­dy­nym kon­tak­tem, ja­ki po­sia­da­li­śmy, był ad­res Man­fre­da Whi­ta­ke­ra, któ­ry miesz­kał w Vil­la In­gham, tuż pod Mar­sa­lą. In­struk­cja do­jaz­du by­ła, de­li­kat­nie mó­wiąc, mgli­sta. Sam kon­takt też miał nie­co pro­wi­zo­rycz­ny cha­rak­ter, ale uzna­li­śmy, że je­śli nie z in­nych po­wo­dów, to przy­naj­mniej przez grzecz­ność, le­piej te­go Man­fre­da od­wie­dzić – i tak też zro­bi­li­śmy.

Man­fred oka­zał się krę­pym, ener­gicz­nym męż­czy­zną, a tak­że peł­nym wi­go­ru, by nie rzec – roz­bu­cha­nym, ho­mo­sek­su­ali­stą. Gdy uj­rzał dwóch po­staw­nych mło­dzień­ców wy­sia­da­ją­cych z wy­na­ję­te­go au­ta, na pew­no po­my­ślał, że to dar nie­bios. W tej kwe­stii mu­sie­li­śmy pręd­ko roz­wiać je­go złu­dze­nia. Kie­dy jed­nak pierw­sze lo­dy zo­sta­ły prze­ła­ma­ne, Man­fred za­mie­nił się w naj­cu­dow­niej­sze­go, naj­bar­dziej uj­mu­ją­ce­go i uprzej­me­go go­spo­da­rza, ja­kie­go moż­na so­bie wy­ma­rzyć: oczy­ta­ne­go i za­baw­ne­go, a za­ra­zem ką­śli­we­go i ory­gi­nal­ne­go. Nie­ste­ty, nie za­no­to­wa­łem ni­g­dzie dow­cip­nych stwier­dzeń ani też na­szych roz­mów, ale wciąż czu­ję ży­wot­ną si­łę je­go oso­bo­wo­ści, nie­wy­czer­pa­ną uprzej­mość i wspa­nia­łe po­czu­cie hu­mo­ru.

Pa­mię­tam, że ktoś, bo­daj­że sam Man­fred, po­wie­dział mi, że wil­lę zbu­do­wał czło­nek za­moż­nej ro­dzi­ny In­gha­mów, któ­ry chciał spra­wić przy­jem­ność swo­jej ko­chan­ce. W tym sa­mym ce­lu za­pro­jek­to­wał tak­że ota­cza­ją­ce dom roz­le­głe ogro­dy. Cóż, ja nie­co ina­czej wy­obra­ża­łem so­bie mi­ło­sne gniazd­ko. Vil­la In­gham po­zo­sta­ła w mej pa­mię­ci ja­ko du­ży, po­waż­ny gmach z – wy­da­wa­ło­by się – nie­skoń­czo­nym cią­giem ciem­nych po­koi, pe­łen cie­ni i chłod­ne­go po­wie­trza, gdzie zgro­ma­dzo­no cięż­kie, mięk­ko wy­ście­ła­ne wik­to­riań­skie me­ble w ciem­nych od­cie­niach. W do­mu peł­no by­ło ksią­żek i kon­ter­fek­tów za­słu­żo­nych przod­ków, skar­biec przy­pad­ko­wych i eks­cen­trycz­nych przed­mio­tów; wśród nich zna­la­zła się mię­dzy in­ny­mi sto­ją­ca lam­pa zro­bio­na z wy­pcha­nej ana­kon­dy. Był tam też se­des przy­po­mi­na­ją­cy tron i in­sta­la­cja wod­no-ka­na­li­za­cyj­na, któ­ra wy­da­wa­ła się ob­da­rzo­na wła­sną wol­ną wo­lą. Vil­li In­gham nie ode­bra­łem ja­ko oka­za­łej, ale mia­ła ona w so­bie pew­ną po­wa­gę, któ­rej ską­d­inąd prze­czy­ła oso­ba Man­fre­da.

Man­fred zmarł w 1977 ro­ku i dom prze­szedł w rę­ce je­go sio­strzeń­ca, Wil­lia­ma Ri­chard­sa, któ­ry wraz z żo­ną Val po­wi­tał mnie, gdy w po­rze obia­du wje­cha­łem z war­ko­tem na pod­jazd. Wil­liam jest praw­ni­kiem – od­no­szą­cym suk­ce­sy, jo­wial­nym, życz­li­wym i hoj­nym.

– Vil­la In­gham to te­raz dom let­ni­sko­wy dla ro­dzi­ny – po­wie­dział. – Z po­cząt­ku chcie­li ją sprze­dać; wy­ma­ga­ła du­żo tro­ski, a do Mar­sa­li jest tro­chę da­le­ko. Po­tem jed­nak zde­cy­do­wa­li, że nie mo­gą po­zbyć się te­go do­mu – ro­dzi­na za bar­dzo go ko­cha. Przy­jeż­dża­ją tu co ja­kiś czas ich dzie­ci, a tak­że in­ni krew­ni. Ow­szem, na­pra­co­wa­li się nie­co przy wil­li: przede wszyst­kim za­ję­li się hy­drau­li­ką, po­za tym upo­rząd­ko­wa­li kuch­nię, a zbior­nik na wo­dę usy­tu­owa­ny za do­mem za­mie­ni­li na ba­sen.

Prze­cha­dza­łem się po po­ko­jach i nie umia­łem stwier­dzić, co się zmie­ni­ło w cią­gu mi­nio­nych lat. Me­ble wy­da­wa­ły się ta­kie sa­me, po­dob­nie książ­ki, sta­tecz­ne por­tre­ty, zbie­ra­ni­na bi­be­lo­tów i… oczy­wi­ście by­ła też lam­pa z ana­kon­dy. Co wię­cej, duch te­go miej­sca był rów­nież ten sam: oso­bli­we po­łą­cze­nie po­wa­gi z fan­ta­zją, wik­to­riań­skiej szla­chet­no­ści z po­gań­skim he­do­ni­zmem. Je­den po­kój pro­wa­dził do dru­gie­go, a ten do jesz­cze na­stęp­ne­go – ni­czym w ja­kiejś me­ta­fi­zycz­nej struk­tu­rze à la Bor­ges – i mrok sta­wał się mrocz­niej­szy, a chłód chłod­niej­szy przez kon­trast z za­la­nym słoń­cem kra­jo­bra­zem, któ­ry roz­cią­gał się po­ni­żej, gdzie drze­wa oliw­ne i po­ma­rań­czo­we na­sa­dzo­no w zgrab­ne, pro­sto­kąt­ne plan­ta­cje. Nie przy­po­mi­na­łem so­bie ma­lo­wi­deł w sty­lu Re­xa Whi­stle­ra na wy­so­kim su­fi­cie w sa­lo­nie – i w rze­czy sa­mej oka­za­ło się, że wy­ko­nał je za­le­d­wie kil­ka lat te­mu mło­dy przy­ja­ciel ro­dzi­ny – lecz na­wet one prze­siąk­nę­ły kli­ma­tem te­go do­mu, tak iż wy­glą­da­ły, jak­by by­ły tam za­wsze.

Rów­nież ogród za­cho­wał swój nie­re­gu­lar­ny urok. Trzy­dzie­ści trzy la­ta wcze­śniej wy­da­wał mi się cu­dow­nie za­nie­dba­ny – te­raz by­ło po­dob­nie. Ścież­ki za­sła­ne su­chy­mi li­ść­mi, trzesz­czą­cy­mi gło­śno pod sto­pa­mi, wi­ły się wśród buj­nych drzew i krze­wów, koń­cząc się przy ukru­szo­nych stop­niach scho­dów, któ­re wio­dły do na­stęp­ne­go ta­ra­su na­kra­pia­ne­go słoń­cem i cie­niem. Tam, gdzie go­rą­ce pro­mie­nie tra­fia­ły na krze­wy, uno­si­ły się za­pa­chy: pie­prz­ne, gry­zą­ce, ostre, zio­ło­we: ty­mia­nek, roz­ma­ryn, goź­dzik, anyż.

Tu stał po­sąg ja­kiejś an­tycz­nej dria­dy, cza­ją­cej się na koń­cu wy­sy­pa­ne­go żwi­rem śle­pe­go za­uł­ka i wy­zie­ra­ją­cej z al­ta­ny z li­ści akan­tu. Tu błysz­cza­ło ka­mien­ne ko­ryt­ko z li­lia­mi wod­ny­mi, a nie­opo­dal, wzdłuż brze­gu wy­schłej sa­dzaw­ki, sta­ły nie­ty­po­we, mi­nia­tu­ro­we, błę­kit­ne obe­li­ski z ma­jo­li­ki. Gdy coś prze­mknę­ło w krza­kach, przy­po­mnia­łem so­bie o pa­wiach, któ­re przed la­ty gniaz­do­wa­ły wśród drzew.

– Pa­wie wciąż tu są – po­wie­dział Wil­liam. – Te­raz zo­sta­ły tyl­ko dwa sam­ce. Kil­ka lat te­mu spro­wa­dzi­li­śmy pa­rę sa­mic i mie­li­śmy na­dzie­ję, że się roz­mno­żą, ale kil­ka dni póź­niej zna­leź­li­śmy je mar­twe. Wy­glą­da na to, że nie­zbyt przy­pa­dły do gu­stu sam­com. – Za­sta­na­wia­łem się, co by by­ło, gdy­by w raj­skim ogro­dzie Adam przy­jął po­dob­ną po­sta­wę wo­bec Ewy.

Po­czu­cie bez­cza­so­wo­ści i cią­gło­ści tra­dy­cji od­czu­łem rów­nież pod­czas obia­du. Po­za mo­imi go­spo­da­rza­mi w wil­li by­li też przy­ja­cie­le i człon­ko­wie ro­dzi­ny, po­dob­nie jak za cza­sów Man­fre­da. Sie­dzie­li­śmy na dwo­rze, przy sto­le dla dwu­dzie­stu osób, pod za­da­sze­niem osła­nia­ją­cym od pa­lą­ce­go słoń­ca. By­ło nas tyl­ko dzie­wię­cio­ro, ale roz­mo­wa – peł­na eru­dy­cji, za­baw­na, dy­gre­syj­na – ani na chwi­lę się nie ury­wa­ła. Roz­ma­wia­li­śmy o je­dze­niu i – z lek­ce­wa­że­niem, któ­re spodo­ba­ło­by się Man­fre­do­wi – o te­le­wi­zyj­nych mi­strzach kuch­ni, o opo­wie­ściach an­giel­skie­go pi­sa­rza-po­dróż­ni­ka Geo­r­ge’a Bor­ro­wa, o pro­ble­mach z fo­to­gra­fo­wa­niem je­dze­nia, o gru­pie eme­ry­tów z Sur­rey, któ­rzy rok­rocz­nie przy­jeż­dża­li do Ri­chard­sów zbie­rać oliw­ki, o dzi­wac­twach Man­fre­da i o zmia­nach, któ­re za­szły w Vil­li In­gham. Na­wet je­śli nie by­łem cał­kiem tą sa­mą oso­bą, któ­ra przed la­ty sie­dzia­ła w tym miej­scu, to po­zo­sta­ło we mnie dość daw­ne­go ja, bym do­sły­szał słod­kie echo prze­szło­ści.

Je­dli­śmy pa­nel­le, sy­cy­lij­skie pla­cusz­ki z mą­ki cie­cie­rzy­co­wej, ku­pio­nej te­go sa­me­go dnia ra­no na tar­gu, i oliw­ki z ga­ju Ri­chard­sów, a po­tem sa­la­mi, pro­sciut­to, sa­łat­kę, chleb, ser i owo­ce, a za­koń­czy­li­śmy gra­ni­tą z po­ma­rań­czy ze­bra­nych na te­re­nie po­sia­dło­ści. W je­dze­niu tym nie by­ło nic wy­kwint­ne­go po­za je­go ja­ko­ścią oraz pre­cy­zją i wy­ra­zi­sto­ścią sma­ków.

A cze­go chcieć wię­cej, po­my­śla­łem, wle­wa­jąc w sie­bie ko­lej­ny kie­li­szek schło­dzo­ne­go, świe­że­go i orzeź­wia­ją­ce­go ro­sa­to, w któ­rym top­niał lód. Nie­wie­le wię­cej, wła­ści­wie to nic.

Po­wra­ca­nie do prze­szło­ści by­wa pro­ble­ma­tycz­ne. Na­zbyt czę­sto oka­zu­je się ona tyl­ko ni­kłym śla­dem daw­nych prze­żyć, nie ma­ją­cym wie­le wspól­ne­go z wy­ide­ali­zo­wa­nym ob­ra­zem, któ­ry prze­cho­wu­je­my w pa­mię­ci. Tym ra­zem jed­nak nie czu­łem żad­nej róż­ni­cy po­mię­dzy prze­szło­ścią a te­raź­niej­szo­ścią. Na­wet Man­fred zda­wał się obec­ny, mi­mo że nie cał­kiem do­strze­gal­ny.

Po prze­bu­dze­niu po­czu­łem za­pach mo­rza – mie­szan­kę ostre­go jo­du, glo­nów, so­li, mor­skie­go ży­cia, słoń­ca i wia­tru. Mo­rze de­fi­niu­je Mar­sa­lę, oto­czo­ną nim wszak z trzech stron. Mo­rzem przy­by­li Gre­cy, Rzy­mia­nie, Ara­bo­wie, Hisz­pa­nie, Bry­tyj­czy­cy, Ame­ry­ka­nie – wszyst­kie na­cje, któ­re Mar­sa­lę stwo­rzy­ły i na­zna­czy­ły; z mo­rza po­cho­dzi­ły ry­by, któ­ry­mi Mar­sa­la się ży­wi­ła, i dro­gą mor­ską od­by­wał się han­del, za­pew­nia­ją­cy co­dzien­ny byt. Mo­rzem też wy­sy­ła­no wi­no, dzię­ki któ­re­mu sto pięć­dzie­siąt lat te­mu Mar­sa­la prze­ży­wa­ła swój ostat­ni – jak na ra­zie – wspa­nia­ły i bo­ga­ty okres.

W 1773 ro­ku John Wo­odho­use przy­był tu z Li­ver­po­olu, szu­ka­jąc skład­ni­ków do pro­duk­cji my­dła. Za­miast te­go zna­lazł miej­sco­we wzmoc­nio­ne wi­no i stwier­dził, że mar­sa­la w sam raz na­da­je się do te­go, by stać się ulu­bio­nym na­pit­kiem ele­ganc­kie­go to­wa­rzy­stwa. Win­ny in­te­res do­stał za­strzyk ener­gii, kie­dy ad­mi­rał Ho­ra­tio Nel­son za­mó­wił dla swo­ich ma­ry­na­rzy kil­ka pół­to­no­wych skrzy­nek mar­sal­skie­go trun­ku po bi­twie mor­skiej pod Abu­ki­rem w 1798 ro­ku. W cią­gu na­stęp­ne­go stu­le­cia na mar­sa­li zbi­to nie­wy­obra­żal­ne wprost for­tu­ny.

Wo­odho­use’owie współ­pra­co­wa­li z In­gha­ma­mi oraz Whi­ta­ke­ra­mi – „ksią­żę­ta­mi spod wul­ka­nu”, jak na­zy­wa­no ro­dzi­ny pro­du­ku­ją­ce mar­sa­lę. Sy­cy­lij­skie fa­mi­lie rów­nież przy­łą­czy­ły się do in­te­re­su, zwłasz­cza jed­na – Flo­rios, któ­ra sta­ła się naj­bo­gat­szą i naj­do­stoj­niej­szą z nich. Każ­da przy­czy­ni­ła się do roz­wo­ju wy­spy, nio­sąc za­ra­zem ra­dość in­nym na­ro­dom (w cza­sie ame­ry­kań­skiej pro­hi­bi­cji mar­sa­lę kla­sy­fi­ko­wa­no i sprze­da­wa­no ja­ko na­pój lecz­ni­czy).

A po­tem wi­no za­czę­ło tra­cić swą re­no­mę. Gdy ro­dzin­ne fir­my stop­nio­wo sprze­da­wa­no ko­mer­cyj­nym gi­gan­tom, wi­no psu­ło się, bo trze­ba by­ło ciąć kosz­ty i ja­kość po­świę­co­no na rzecz ce­ny, a prze­my­sło­wa pro­duk­cja do­peł­ni­ła te­go smut­ne­go dzie­ła. Jak na­pi­sał – już w 1926 ro­ku – Har­ry Mor­ley, za­go­rza­ły po­dróż­nik i za­pa­lo­ny fi­lo­log kla­sycz­ny: „Je­dy­na do­bra rzecz, ja­ką moż­na po­wie­dzieć o mar­sa­li, to że pa­su­je do gor­gon­zo­li. W naj­lep­szym ra­zie jest to mar­ny sub­sty­tut wi­na sher­ry czy ma­de­ry, bez wła­sne­go cha­rak­te­ru”. Kon­se­kwen­cje by­ły nie­uchron­ne – lu­dzie prze­sta­li pić mar­sa­lę. „Ach, mar­sa­la – mó­wi­li – do­bra do go­to­wa­nia, ale że­by ją pić dla niej sa­mej? ” – i się­ga­li po kie­li­szek char­don­nay.

Wzdłuż dłu­gie­go bul­wa­ru Mar­sa­li sto­ją po­zo­sta­ło­ści wiel­kich ba­gli, ogro­dzo­nych kom­plek­sów, w któ­rych nie­gdyś pro­du­ko­wa­no i prze­cho­wy­wa­no wi­no i z któ­rych roz­sy­ła­no je po ca­łym świe­cie, bę­dą­cych te­raz świa­dec­twem upad­ku po­tęż­nych ro­dzin wi­niar­skich. Więk­szość tych te­re­nów za­ję­ły za­pusz­czo­ne wy­sy­pi­ska śmie­ci al­bo ma­ga­zy­ny, na przy­kład ma­te­ria­łów bu­dow­la­nych. Wiatr roz­mia­tał po po­dwó­rzach pył, pla­sti­ko­we to­reb­ki, ka­wał­ki pa­pie­ru i su­che li­ście.

Dwu­pię­tro­we ba­glio Whi­ta­ke­rów na­le­ża­ło do naj­oka­zal­szych – mia­ło par­ter z pod­cie­nia­mi, nad nim ko­rync­kie ko­lum­ny, zaś na naj­wyż­szym pię­trze ele­ganc­kie okna. Te­raz zło­ty tynk pło­wiał, a ka­mie­niar­ka się roz­pa­da­ła. Okien­ni­ce zwi­sa­ły na za­wia­sach, a ko­rync­kie ko­lum­ny słu­ży­ły do pod­trzy­my­wa­nia… wła­ści­wie cze­go? Mi­nio­nych dzie­jów? Chy­ba na­wet nie.

Nie­któ­re ba­gli zno­wu bu­dzą się jed­nak do ży­cia – mar­sa­la szy­ku­je się do po­wro­tu na dzie­jo­wą sce­nę. Jej re­ne­sans za­czął się, gdy zdol­ny wi­niarz, Mar­co de Bor­to­li, uznał, że ra­tu­nek tkwi w ja­ko­ści, nie w ilo­ści, i za­brał się do od­ra­dza­nia mar­sa­li zgod­nie z no­wy­mi stan­dar­da­mi. Przy­łą­czy­ła się do nie­go ro­dzi­na Buf­fów, wraz z kil­ko­ma in­ny­mi i po­ma­lut­ku re­pu­ta­cja mar­sa­li za­czę­ła po­wra­cać. Jak to na­pi­sał Edward Le­ar?

On sia­da przy pięk­nym sto­li­ku,

W sa­lo­nie, gdzie ksią­żek bez li­ku;

Wy­chy­la nie­jed­ną mar­sa­lę,

Pi­ja­ny nie by­wa wszak wca­le2).

2) Frag­ment wier­sza Jak mi­ło jest znać pa­na Le­ara, tłum. Ka­rol Choj­now­ski.

Le­ar na pew­no nie miał do czy­nie­nia z mar­sa­lą od Buf­fów – ty­le mo­gę po­wie­dzieć.

Gdy że­gna­łem się Do­me­ni­kiem Buf­fą, sil­ny wiatr wzbi­jał kurz na po­dwó­rzu ba­glio. Spi­cza­ste fa­le bi­ły o po­ro­śnię­ty krza­ka­mi brzeg, nad któ­rym stał bu­dy­nek, oraz o ka­dłu­by jach­tów wy­ciecz­ko­wych za­cu­mo­wa­nych w przy­sta­ni, o po­mo­sty, o bur­ty ło­dzi ry­bac­kich – tych mniej­szych, wie­lo­ko­lo­ro­wych przy­brzeż­nych oraz więk­szych, brud­niej­szych i po­waż­niej wy­glą­da­ją­cych ło­dzi peł­no­mor­skich, ochrzczo­nych „Tu­rid­du”, „Car­me­lo” czy „Pin­tu­ric­chio”, za­ko­twi­czo­nych w ob­rę­bie dłu­gie­go, ochron­ne­go ra­mie­nia mo­la two­rzą­ce­go ścia­nę por­tu.

Po­łów z tych ło­dzi zna­la­złem na tar­gu ryb­nym, funk­cjo­nal­nie urzą­dzo­nym na nie­wiel­kiej prze­strze­ni w kształ­cie krzy­ża, tuż przy Por­ta Ga­ri­bal­di – bra­mie, przez któ­rą fak­tycz­nie Ga­ri­bal­di wkro­czył do mia­sta w ma­ju 1860 ro­ku, by roz­po­cząć pod­bój wy­spy i za­po­cząt­ko­wać pro­ces, któ­ry w cią­gu dwóch lat do­pro­wa­dził do zjed­no­cze­nia Włoch. Por­ta Ga­ri­bal­di nie za­wsze tak się na­zy­wa­ła. Przed­tem by­ła to Por­ta di Ma­re, ale przez Mar­sa­lę (cza­sem ją dep­cząc) za­wsze ma­sze­ro­wa­ła hi­sto­ria. Dla Kar­ta­giń­czy­ków mia­sto na­zy­wa­ło się Li­ly­be­aum, dla Sa­ra­ce­nów Mar­sa Ali – Port Al­la­cha. Bra­mę zbu­do­wa­no tak, by imi­to­wa­ła rzym­ski łuk trium­fal­ny, a umiesz­czo­ny na niej orzeł jest sym­bo­lem mo­nar­chii hisz­pań­skiej z cza­sów, kie­dy Sy­cy­lia na­le­ża­ła do te­go im­pe­rium. Ale ry­by i ry­ba­cy by­li tu za­wsze.

Targ nie był mo­że tak gwar­ny, jak kie­dyś, są­dząc po nie­za­ję­tych przez stra­ga­ny miej­scach, ale i tak sta­ło tam oko­ło pięt­na­stu han­dla­rzy ryb, trzy sto­iska wa­rzyw­ne i sa­lu­me­ria, w któ­rej sprze­da­wa­no su­szo­ną ikrę – bot­tar­gę, strat­tu – mak­sy­mal­nie skon­cen­tro­wa­ny prze­cier po­mi­do­ro­wy, ser pe­co­ri­no i so­lo­ne sar­de­le w wiel­kich, okrą­głych pusz­kach. By­ło też kil­ka sto­isk rzeź­ni­czych ude­ko­ro­wa­nych oskó­ro­wa­ny­mi gło­wa­mi ja­gnię­cy­mi, któ­re z wy­ra­zem krwa­wej me­lan­cho­lii spo­glą­da­ły przez szy­bę la­dy.

By­ła wio­sna, a kon­kret­nie maj, i stra­ga­ny peł­ne by­ły gło­wo­no­gów – ośmior­nic w czte­rech roz­mia­rach: mo­scar­di­ni ma­leń­kich jak kost­ki do­mi­na; ka­ła­mar­nic, zwiot­cza­łych i za­ska­ku­ją­co bia­łych; pulch­nych, na­kra­pia­nych mątw – oraz ryb: wi­tlin­ków, morsz­czu­ków, do­rad, sar­de­li, re­kin­ków, kur­ków i strzę­pie­li – w ca­łej ich po­ły­sku­ją­cej, mie­nią­cej się, łu­sko­wa­tej oka­za­ło­ści. Na­de wszyst­ko był to se­zon na pe­sce spa­da, miecz­ni­ka, któ­re­go naj­mniej­szy chy­ba na świe­cie okaz moż­na by­ło tu oglą­dać, jak le­ży z no­sem ster­czą­cym w nie­bo. Kró­lem tar­gu oka­zał się jed­nak tuń­czyk – każ­de sto­isko mia­ło swo­ją eks­po­zy­cję: skó­ra bar­wy spi­żu, okrą­głe, zdzi­wio­ne oko tkwią­ce w gło­wie przy­po­mi­na­ją­cej kształ­tem po­cisk do hau­bi­cy, ba­rył­ko­wa­ty tu­łów roz­cię­ty na pół i uka­zu­ją­cy świa­tu po­ły­skli­we, bor­do­we wnę­trze. A z przo­du sześć, sie­dem, osiem róż­nych ka­wał­ków w ko­lo­rach od ró­żu ko­ra­lo­we­go do głę­bo­kie­go da­ma­sceń­skie­go, wpa­da­ją­ce­go w fio­let.

We­dług kla­sycz­ne­go lek­sy­ko­nu Ala­na Da­vid­so­na Me­di­ter­ra­ne­an Se­afo­od (Owo­ce Mo­rza Śród­ziem­ne­go) ist­nie­je kil­ku przed­sta­wi­cie­li ple­mie­nia tuń­czy­ków: tuń­czyk błę­kit­no­płe­twy – ton­no; al­ba­ko­ra – ala­lon­ga; tu­nek atlan­tyc­ki – ton­net­to; bo­ni­to – ton­net­to li­sta­to oraz ta­zar – tom­ba­rel­lo. Spo­śród nich tuń­czyk błę­kit­no­płe­twy, naj­więk­szy, ce­nio­ny jest naj­wy­żej.

Tuń­czy­ki tra­dy­cyj­nie po­ła­wia­no w cza­sie mat­tan­zy, do­rocz­ne­go ry­tu­ału – mi­gru­ją­ce ry­by za­ga­nia­no do sie­ci, a na­stęp­nie wy­cią­ga­no osę­ką i pod­czas krwa­wej jat­ki za­bi­ja­no nie­da­le­ko wy­brze­ża Fa­vi­gna­ny, jed­nej z Wysp Egadz­kich wi­docz­nych z Mar­sa­li. Ów ry­tu­ał jest sta­ry jak świat – Aj­schy­los po­rów­nał do mat­tan­zy rzeź Per­sów w bi­twie pod Sa­la­mi­ną, a dzi­siej­si hi­sto­ry­cy tę sa­mą na­zwę nada­li za­ja­dłej woj­nie ma­fij­nej, któ­ra roz­go­rza­ła w la­tach 1970–1983, kie­dy to ro­dzi­ny zwa­ne Cor­le­one­sa­mi, prze­ję­ły kon­tro­lę nad dzia­łal­no­ścią prze­stęp­czą na wy­spie.

– Daw­na mat­tan­za na­dal się od­by­wa – po­wie­dział Sa­lva­to­re, po­tęż­ny, sym­pa­tycz­ny han­dlarz ryb, z za­ro­stem na bro­dzie, ale z ogo­lo­ną gło­wą – nie jest jed­nak już ta­ka jak kie­dyś.

Przy ca­łej swej ma­low­ni­czej bru­tal­no­ści me­to­da ta nie na­ru­sza­ła rów­no­wa­gi eko­lo­gicz­nej. Wię­cej tuń­czy­ków ucie­ka­ło, niż da­wa­ło się zła­pać, ale za­nim wpro­wa­dzo­no spraw­niej­sze, no­wo­cze­sne spo­so­by, mat­tan­za za­pew­nia­ła do­sta­wę ryb na wszyst­kie po­ry ro­ku. Obec­nie o przy­szło­ści śród­ziem­no­mor­skie­go tuń­czy­ka de­ba­tu­je się tym sa­mym smęt­nym to­nem, ja­kie­go uży­wa się w roz­mo­wach o dor­szu z Mo­rza Pół­noc­ne­go. Przy­szło­ści tej zna­ko­mi­tej ry­by za­gra­ża ape­tyt, któ­ry ma na nią resz­ta świa­ta. Co nie zna­czy, że na tar­gu w Mar­sa­li bra­ko­wa­ło tuń­czy­ków.

– To jest do­bre na ra­gù – wy­ja­śnił Sa­lva­to­re. – To do bra­sa­to con ci­pol­le e ace­to, tuń­czy­ka du­szo­ne­go z ce­bu­lą i octem. To się przy­rzą­dza ai fer­ri, na rusz­cie. A to na pa­del­la al li­mo­ne, z pa­tel­ni z cy­try­ną – dla mnie wszyst­ko wy­glą­da­ło nie­mal tak sa­mo.

– A to? – za­py­ta­łem, wska­zu­jąc na ka­wa­łek…

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Panelle

Plac­ki z mą­ki z cie­cie­rzy­cy pie­czo­ne w głę­bo­kim ole­ju

Pa­nel­le moż­na zna­leźć na ca­łej Sy­cy­lii, cho­ciaż twier­dzi się, że ich oj­czy­zną jest Pa­ler­mo. Kie­dyś mo­gło to być praw­dą. Nie­wąt­pli­wie są prze­ką­ską mau­re­tań­ską, po­dob­ną tro­chę do fa­tay­er bi hum­mus z Li­ba­nu. Nie ma tak na­praw­dę ja­kiejś se­kret­nej, au­ten­tycz­nej re­cep­tu­ry, szcze­rze mó­wiąc, po­niż­szy prze­pis to amal­ga­mat kil­ku, któ­re mi po­da­no.

Oko­ło 20 pa­nel­le

sól

500 g mą­ki z cie­cie­rzy­cy (z gro­chu wło­skie­go)

2 łyż­ki sto­ło­we po­sie­ka­nej na­tki pie­trusz­ki sze­ro­ko­list­nej (fran­cu­skiej)

świe­żo mie­lo­ny czar­ny pieprz

olej ro­ślin­ny

2 li­try wo­dy do­pro­wa­dzić do ła­god­ne­go wrze­nia i lek­ko oso­lić. Ma­ły­mi por­cja­mi do­da­wać mą­kę cie­cie­rzy­co­wą, mie­sza­jąc ca­ły czas w tym sa­mym kie­run­ku, by uzy­skać jed­no­li­tą kon­sy­sten­cję. Do­dać po­sie­ka­ną pie­trusz­kę i przy­pra­wić czar­nym pie­przem. Go­to­wać da­lej aż do uzy­ska­nia gład­kiej pa­sty, któ­ra za­cznie się od­kle­jać od ścian ron­dla. Wy­ło­żyć na na­sma­ro­wa­ną ole­jem po­wierzch­nię i wy­gła­dzić, aż ma­sa bę­dzie mia­ła gru­bość oko­ło 0,5 cm. Po­zwo­lić jej wy­sty­gnąć, po­tem po­kro­ić na ma­łe pro­sto­ką­ty. Pod­grzać olej ro­ślin­ny na pa­tel­ni i sma­żyć po kil­ka pro­sto­ką­ci­ków na­raz, aż zro­bią się de­li­kat­nie zło­to­brą­zo­we. Od­są­czyć na ręcz­ni­ku pa­pie­ro­wym i jeść, pó­ki są cie­płe.

Granita d’arancia di Racalia

Gra­ni­ta z po­ma­rań­czy z Ra­ca­lii

Cu­dow­nie orzeź­wia­ją­cy przy­smak z pa­mięt­ne­go obia­du w Vil­li In­gham, zna­nej rów­nież ja­ko Ra­ca­lia.

6 por­cji

150 g cu­kru krysz­ta­łu

świe­żo wy­ci­śnię­ty sok z 8 po­ma­rań­czy Ta­roc­co

sok z jed­nej cy­try­ny

Do ron­dla wlać 250 ml wo­dy, wsy­pać cu­kier i…

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Tonno con cipolle e aceto

Tuń­czyk z ce­bu­lą i octem

4 por­cje

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Busiati al ragù di tonno

Bu­sia­ti z tuń­czy­kiem w so­sie

4 por­cje

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Cappidduzzu

Oko­ło 25 cap­pid­duz­zu

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział drugi

Dalej, dalej, dalej

Marsala – Corleone – Ficuzza

Cannoli alla famiglia Iannazzo

Can­no­li we­dług prze­pi­su ro­dzi­ny Ian­naz­zów

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Lingua di bue con patate degli Fratelli Pomella

Ozór cie­lę­cy we­dług prze­pi­su bra­ci Po­mel­lów

6–8 por­cji

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Farsumagru

6–8 por­cji

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Babbaluci a picchi-pacchi

Śli­ma­ki w so­sie pic­chi-pac­chi

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział trzeci

Gest i gust

Ficuzza – Villalba

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Caponata del Antica Stazione di Ficuzza

Ca­po­na­ta z An­ti­ca Sta­zio­ne w Fi­cuz­zie

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Ditalini con fave e piselli finocchietti

Di­ta­li­ni z bo­bem i na­sio­na­mi ko­pru wło­skie­go

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Melanzane alla parmigiana versione la famiglia Siracusa

Ba­kła­ża­ny z par­me­za­nem à la ro­dzi­na Si­ra­cu­sów

4 por­cje

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Tiramisu alle fragole

Ti­ra­mi­su z tru­skaw­ka­mi

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział czwarty

„E novi canzuni putiri cantari” – „I nowe móc śpiewać piosenki”

Villalba – Caltanissetta – Villarosa

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Insalata di manzo con cipolle, capperi

Sa­łat­ka z wo­ło­wi­ny, ce­bu­li, ka­pa­rów

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Pasta o furnu

Za­pie­ka­ny ma­ka­ron

Pa­sta o fur­nu Ca­ta­ni­sa

Ma­ka­ron za­pie­ka­ny po ka­tań­sku

4–6 por­cji

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Pasta o furnu Palermitana

Ma­ka­ron po pa­lerm­sku

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Lasagne o furnu del zia d’Anna Fava

Za­pie­ka­na la­sa­gne we­dług prze­pi­su ciot­ki An­ny Fa­vy

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział piąty

Droga dająca bobu

Villarosa – Katania

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Crespelle

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Melanzane ammuttunati

Fa­sze­ro­wa­ne ba­kła­ża­ny

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Carciofi alla viddanedda

Kar­czo­chy àla vid­da­ned­da

6 por­cji

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Canazzu

6 por­cji

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział szósty

Połów ryb

Katania

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Ośmiornica affogato

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Broccoli con olive

Bro­ku­ły z oli­wą

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Polpetti di alici

Pul­pe­ty z sar­de­li

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział siódmy

Małe co nieco

Katania – Syrakuzy – Noto – Vendicari

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Sgombro alla griglia con capperi

Gril­lo­wa­na ma­kre­la z ka­pa­ra­mi

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Insalata di melanzane

Sa­łat­ka z ba­kła­ża­nów

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Bobbia

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Lody migdałowe

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział ósmy

Na zapłatę i śmierć zawsze jest czas

Noto (St Paolo) – Modica

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Insalata delle fave con sedano

Sa­łat­ka z bo­bu i se­le­ra na­cio­we­go

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Frittata di ricotta

Frit­ta­ta z ri­cot­tą

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Biancomangiare

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

’Mpanatigghi

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dziewiąty

Góra jedzenia

Modica – Porto Palo – Marsala

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Scacciata

Oko­ło 8 sztuk

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Pipareddri’chini

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Sarde a beccafico

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Tagliancozzi

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dziesiąty

Kraina bezprawia

Marsala – Trapani – San Giuseppe Jato – Montelepre – Palermo

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Spaghetti con acciughe e mollica

Spa­ghet­ti z an­cho­is i buł­ką tar­tą

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Zucca gialla in agrodolce

Dy­nia w so­sie słod­ko-kwa­śnym

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Zuppa di ceci e ditalini con cavoletti selvatici

Zu­pa z cie­cie­rzy­cy z dzi­kim szpi­na­kiem

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Cassateddi di ricotta

Cas­sa­ted­di z ri­cot­tą

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział jedenasty

Życie w cieniu przeszłości

Palermo

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Sfincione

Piz­za z Pa­ler­mo

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Pappardelle con pomodoro e triglie

Pap­par­del­le z po­mi­do­ra­mi i bar­we­na­mi

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Frattaglie

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Insalata Pantesca

Sa­ła­ta pan­te­sca

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dwunasty

„Radosny początek jest najlepszym przewodnikiem”

Palermo – Reitano – Gioiosa Marea

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Maccheroni con ragù di vitello e suino

Mac­che­ro­ni z ra­gù z cie­lę­ci­ny i wie­przo­wi­ny

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Costata di maiale alla brace

Ko­tle­ty wie­przo­we z rusz­tu

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Zucchine al coniglio

Cu­ki­nia à la kró­lik

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Crema di Latte

Mlecz­ny krem

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział trzynasty

Giętkie umysły

Mesyna

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Impanata di pesce spada

Miecz­nik w cie­ście

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Insalata di stoccafisso

Sa­łat­ka z su­szo­nym dor­szem

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Calamari ripieni

Na­dzie­wa­ne kal­ma­ry

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Granita di caffè

Gra­ni­ta ka­wo­wa

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział czternasty

Czas rozmyślań

Mesyna – Taormina

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Indeks dań

Panelle

Placki z mąki z ciecierzycy pieczone w głębokim oleju

Granita d’arancia di Racalia

Granita z pomarańczy z Racalii

Tonno con cipolle e aceto

Tuńczyk z cebulą i octem

Busiati al ragù di tonno

Busiati z tuńczykiem w sosie

Cappidduzzu

Cannoli alla famiglia Iannazzo

Cannoli według przepisu rodziny Iannazzów

Lingua di bue con patate degli Fratelli Pomella

Ozór cielęcy według przepisu braci Pomellów

Farsumagru

Babbaluci a picchi-pacchi

Ślimaki w sosie picchi-pacchi

Caponata del Antica Stazione di Ficuzza

Caponata z Antica Stazione w Ficuzzie

Ditalini con fave e piselli finocchietti

Ditalini z bobem i nasionami kopru włoskiego

Melanzane alla parmigiana versione la famiglia Siracusa

Bakłażany z parmezanem à la rodzina Siracusów

Tiramisu alle fragole

Tiramisu z truskawkami

Insalata di manzo con cipolle, capperi

Sałatka z wołowiny, cebuli, kaparów

Pasta o furnu

Zapiekany makaron

Makaron zapiekany po katańsku

Pasta o furnu Palermitana

Makaron po palermsku

Lasagne o furnu del zia d’Anna Fava

Zapiekana lasagne według przepisu ciotki Anny Favy

Crespelle

Melanzane ammuttunati

Faszerowane bakłażany

Carciofi alla viddanedda

Karczochy à la viddanedda

Canazzu

Ośmiornica affogato

Broccoli con olive

Brokuły z oliwą

Polpetti di alici

Pulpety z sardeli

Sgombro alla griglia con capperi

Grillowana makrela z kaparami

Insalata di melanzane

Sałatka z bakłażanów

Bobbia

Lody migdałowe

Insalata delle fave con sedano

Sałatka z bobu i selera naciowego

Frittata di ricotta

Frittata z ricottą

Biancomangiare

’Mpanatigghi

Scacciata

Około 8 sztuk

Pipareddri’chini

Sarde a beccafico

Tagliancozzi

Spaghetti con acciughe e mollica

Spaghetti z anchois i bułką tartą

Zucca gialla in agrodolce

Dynia w sosie słodko-kwaśnym

Zuppa di ceci e ditalini con cavoletti selvatici

Zupa z ciecierzycy z dzikim szpinakiem

Cassateddi di ricotta

Cassateddi z ricottą

Sfincione

Pizza z Palermo

Pappardelle con pomodoro e triglie

Pappardelle z pomidorami i barwenami

Frattaglie

Insalata Pantesca

Sałata pantesca

Maccheroni con ragù di vitello e suino

Maccheroni z ragù z cielęciny i wieprzowiny

Costata di maiale alla brace

Kotlety wieprzowe z rusztu

Zucchine al coniglio

Cukinia à la królik

Crema di Latte

Mleczny krem

Impanata di pesce spada

Miecznik w cieście

Insalata di stoccafisso

Sałatka z suszonym dorszem

Calamari ripieni

Nadziewane kalmary

Granita di caffè

Granita kawowa

O autorze

Mat­thew Fort od po­nad dzie­się­ciu lat pra­cu­je w dzia­le ku­li­nar­nym „The Gu­ar­dian”. Pi­sze też dla „The Ob­se­rver”, „Esqu­ire”, „Co­un­try Li­ving”, „De­can­ter” oraz „Wa­itro­se Fo­od Il­lu­stra­ted”. Wy­stę­pu­je ja­ko ju­ror w pro­gra­mie Gre­at Bri­tish Me­nu na ka­na­le BBC2 i jest jed­nym z pre­zen­te­rów pro­gra­mu Mar­ket Kit­chen w te­le­wi­zji UKTV Fo­od. W 1992 ro­ku otrzy­mał na­gro­dę Glen­fid­dich dla Kry­ty­ka Ku­li­nar­ne­go Ro­ku, a w 1993 – dla Kry­ty­ka Re­stau­ra­cyj­ne­go Ro­ku oraz na­gro­dę Re­stau­ra­teurs’ As­so­cia­tion dla Kry­ty­ka Ku­li­nar­ne­go Ro­ku. Jed­ną z naj­więk­szych pa­sji Mat­thew For­ta są Wło­chy, do któ­rych co ro­ku po­dró­żu­je. Jest au­to­rem be­st­sel­le­ro­wej książ­ki Ape­tyt na Ita­lię.