Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 571 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Słodka zemsta - Nora Roberts

Księżniczka Adrianne, piękna i elegancka, spędza dni zajmując się dobroczynnością, a noce na zabawie. Ale za pozą bogatej, rozkapryszonej dwudziestopięciolatki kryje się niebezpieczna prawda. Od dziesięciu lat Adrianne żyje dla zemsty – chce odpłacić ojcu za okrucieństwo, którego świadkiem była w młodości. Gdy spotyka młodego, uroczego i tajemniczego Philipa Chamberlaina, sądzi, że może powierzyć mu każda tajemnicę. Nie wie jednak, ze zagraża jej śmiertelne niebezpieczeństwo …

Nora Roberts – znana i ceniona autorka ponad 200 powieści, bestsellerów „New York Timesa", które przetłumaczono na kilkadziesiąt języków i sprzedano się w nakładzie ponad 400 milionów egzemplarzy na całym świecie. W Polsce ukazały się m.in. Bezwstydna cnota, Święte grzechy, Świadek, Życie na sprzedaż, W samo południe, Trzy boginie, Gorący lód, Ukryte skarby, Ciemna strona księżyca, Błękitny dym.

Opinie o ebooku Słodka zemsta - Nora Roberts

Fragment ebooka Słodka zemsta - Nora Roberts

Tytuł oryginału sweet revenge

WydawcaAgnieszka Koszałka

Redaktor prowadzącyTomasz Jendryczko

KorektaHalina Kozłowska

Copyright © 1988 by Nora Roberts. This translation published by arrangement with the Bantam Dell Publishing Group, a division of Random House, Inc. All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o., Warszawa

Świat Książki Warszawa 2016

Świat Książki Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Magik

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10 www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-7943-992-8

Skład wersji elektronicznej

Gorycz

Kobiety są waszymi polami.

A więc, wychodźcie na swoje pola, gdy chcecie.

Koran

Był jej mężczyzną, ale ją skrzywdził.

Rozdział 1

Nowy Jork, 1989

Stuart Spencer czuł się wyjątkowo źle w swoim pokoju hotelowym. Jedyną korzyścią z przyjazdu do Nowego Jorku było to, że żona została w Londynie, nie mogła więc dręczyć go koniecznością przestrzegania diety. Zamówił do pokoju firmowego sandwicza i jadł go teraz z apetytem.

Był tęgim, łysiejącym mężczyzną, bez śladu dobroduszności, jakiej można by się było spodziewać po człowieku o takiej tuszy. Dokuczał mu pęcherz na pięcie i chroniczny katar. Wypił duszkiem pół filiżanki herbaty i stwierdził z nieznośnym brytyjskim szowinizmem, że Amerykanie nie potrafią zaparzyć porządnej herbaty, choćby nie wiem, jak się starali.

Marzył o gorącej kąpieli, filiżance dobrego earl greya, o godzince odpoczynku. Obawiał się jednak, że człowiek stojący przy oknie zmusi go, by zapomniał o tym... być może nawet na dłużej.

– A więc jestem tutaj, do cholery. – Patrzył spode łba, jak Philip Chamberlain rozsuwa zasłony.

– Uroczy widok. – Philip przyglądał się ścianie sąsiedniego budynku. – Od razu ten pokój wydaje się bardziej przytulny.

– Philipie, chcę ci przypomnieć, że nie znoszę latać zimą nad Atlantykiem. Ponadto w Londynie czeka mnie masa zaległej papierkowej roboty, w znacznej części z powodu twoich niezgodnych z przepisami czynów. Jeśli chcesz mi coś powiedzieć, zrób to jak najszybciej. A może wymagam zbyt wiele?

Philip nadal spoglądał przez okno. Niepokoił go wynik tego nieoficjalnego spotkania, do którego doprowadził, lecz nie można było w żaden sposób poznać tego po jego zachowaniu.

– Skoro już tu jesteś, Stuarcie, muszę zabrać cię na jakieś przedstawienie. Najlepiej na musical. Gorzkniejesz na stare lata.

– Idź do diabła!

Philip opuścił zasłonę i podszedł do Stuarta. Od kilku lat był jego informatorem. Zawód, który uprawiał, wymagał pewności siebie i wyjątkowej zręczności. Miał trzydzieści pięć lat i ćwierć wieku doświadczenia. Urodził się w londyńskich slumsach, ale już we wczesnej młodości potrafił sprytnie zdobywać zaproszenia na najwykwintniejsze spotkania towarzyskie. Było to nie lada osiągnięcie w czasach, kiedy sztywne brytyjskie podziały klasowe nie runęły jeszcze pod naporem modsów i rockersów[1]. Znał zarówno uczucie głodu, jak i smak jesiotra. A ponieważ kawior przedkładał nade wszystko, zadbał, aby mu go w życiu nie zabrakło. W tym, co robił, był dobry, bardzo dobry, ale sukces nie przyszedł łatwo.

– Mam dla ciebie propozycję, Stuarcie. – Philip usiadł i nalał sobie herbaty. – Powiedz, czy dobrze ci się przysłużyłem w ostatnich latach?

Spencer odgryzł kęs sandwicza, mając nadzieję, że ani on, ani obecność Philipa nie spowoduje niestrawności.

– Chcesz podwyżki?

– Niezły pomysł, ale, prawdę mówiąc, nie o to mi chodziło. – Umiał, jeśli trzeba, uśmiechać się czarująco, budząc sympatię otoczenia. I teraz właśnie zdecydował się użyć swego uroku osobistego.

– Chcę wiedzieć, czy opłacało się wciągnąć na listę płac Interpolu złodzieja?

Spencer wyjął z kieszeni chusteczkę i wydmuchał nos.

– Od czasu do czasu.

Philip był ciekaw, czy Stuart zauważył, że tym razem nie poprzedził słowa „złodziej” określeniem „były”. Stuart go nie poprawił.

– Stałeś się bardzo oszczędny w pochwałach.

– Do diabła, nie mam zamiaru ci schlebiać. Co wydarzyło się tak ważnego, że zażądałeś, abym przyleciał do Nowego Jorku w środku tej cholernej zimy?

– A co byś powiedział na dwójkę?

– Dwójkę czego?

– Złodziei, Stuarcie. – Wyciągnął ku niemu trójkątnego firmowego sandwicza. – Poczęstuj się. Bardzo smaczny.

– Do czego zmierzasz?

Wszystko miało się rozstrzygnąć w ciągu kilku najbliższych chwil, ale przez większość życia Philipa minuty decydowały o jego losie, a czasem nawet i głowie. Kiedyś był złodziejem, i to wyjątkowo zręcznym, wodzącym za nos kapitana Stuarta Spencera i jego kolegów, od Londynu do Paryża, od Paryża do Maroka, wszędzie tam, gdzie kusiła go kolejna zdobycz. Potem wykonał woltę i zaczął pracować dla Interpolu i Spencera, zamiast przeciwko nim.

Tamta decyzja była tylko sprawą interesu. Kwestią bilansu zysków i strat. Natomiast jego obecna propozycja miała charakter osobisty.

– Przypuśćmy, że słyszałem o niezwykle sprytnym złodzieju, który przez dziesięć lat umykał przed Interpolem, a teraz zdecydował się wycofać z życia zawodowego i w zamian za ułaskawienie mógłby zaoferować swe usługi.

– Mówisz o Cieniu?

Philip pedantycznie strzepnął okruchy chleba z palców. Był bardzo schludny, z przyzwyczajenia i konieczności.

– Tylko teoretycznie.

Cień. Spencer w ułamku sekundy zapomniał o bolącej pięcie i o zmęczeniu podróżą. Ten złodziej bez twarzy, znany jedynie jako Cień, przywłaszczył sobie klejnoty warte miliony dolarów. Od dziesięciu lat Spencer tropił go, śledził, tracił z oczu. W czasie ostatnich osiemnastu miesięcy Interpol zdwoił wysiłki, posuwając się nawet do wykorzystania przeciwko niemu innego złodzieja – Philipa Chamberlaina, jedynego znanego Spencerowi człowieka, który prześcignął swymi wyczynami Cienia. Człowieka, któremu zaufałem – pomyślał z irytacją Spencer.

– Ty wiesz, kto to jest, do cholery. Dobrze wiesz, kto to jest i gdzie go można znaleźć. – Stuart zacisnął pięści. – Dziesięć lat. Dziesięć lat go ścigamy. I, niech cię diabli, od miesięcy płacimy, byś go znalazł, a ty nabijasz nas w butelkę. Przez cały czas wiedziałeś, kim jest i gdzie przebywa!

– Może wiedziałem. – Philip uniósł lekko dłoń o długich palcach artysty. – A może nie.

– Mam ochotę wsadzić cię do celi i wyrzucić klucz do Tamizy.

– Ale tego nie zrobisz, bo zastępuję ci syna, którego nigdy nie miałeś.

– Niech cię diabli porwą, mam syna.

– Ale nie takiego, jak ja – ciągnął Philip, odchylając się w krześle. – Proponuję ci taki sam układ, jaki zawarliśmy przed pięciu laty. Byłeś zachwycony, że możesz wynająć najlepszego zamiast go ścigać.

– Miałeś schwytać tego człowieka, a nie pertraktować w jego imieniu. Jeśli znasz nazwisko, podaj je. Jeśli masz jego rysopis, chcę go mieć. Życzę sobie faktów, Philipie, a nie mglistych propozycji.

– Nie udało ci się niczego osiągnąć – powiedział oschle Philip. – Niczego. Przez dziesięć lat! Jeśli wyjdę z tego pokoju, nadal będziesz w tej samej sytuacji.

– Będę miał ciebie. – Głos Spencera był matowy i tak zdecydowany, że Philip zmrużył oczy. – Człowiekowi z twoimi upodobaniami z pewnością dłuższy pobyt w więzieniu bardzo by się nie spodobał.

– Groźba? – Po skórze Philipa przebiegł dreszcz. Skrzyżował ręce na piersiach i nie spuszczał wzroku ze Spencera, jakby chciał się utwierdzić w przekonaniu, że kapitan blefuje. On sam nie blefował. – Darowano mi winy, pamiętasz? Taka była umowa.

– Zmieniłeś reguły gry. Podaj mi to nazwisko, Philipie, i daj mi wykonać moje zadanie.

– Pamięć cię zawodzi, Stuarcie. Dlatego odzyskałeś tylko część diamentów, natomiast ja ukradłem ich wiele. Wsadzisz Cienia za kratki – będziesz miał tylko złodzieja w więzieniu. Czy naprawdę sądzisz, że uda ci się odzyskać choć ułamek tego, co zostało skradzione przez ostatnie dziesięć lat?

– To kwestia uczciwości.

– Oczywiście.

Spencer zauważył, że głos Philipa zmienił się i że po raz pierwszy w trakcie tego spotkania spuścił wzrok. Lecz nie ze wstydu. Spencer znał go zbyt dobrze, by choć przez chwilę wierzyć, że tamten jest zmieszany.

– To jest rzeczywiście kwestia uczciwości i wrócimy jeszcze do tego. – Philip podniósł się, był zbyt niespokojny, by siedzieć. – Kiedy dałeś mi tę sprawę, wziąłem ją, gdyż ten właśnie człowiek mnie zainteresował. To się nie zmieniło. Mogę powiedzieć, że moje zainteresowanie poważnie wzrosło.

Nie należało naciskać Spencera zbyt mocno. To prawda, z czasem nabrał do niego czegoś w rodzaju szacunku, do czego nie chciał się przyznać. Spencer zawsze był, i będzie, prostolinijnym i ograniczonym facetem.

– Powiedzmy, oczywiście nadal teoretycznie, że znam tego człowieka. Powiedzmy, że rozmowy z nim podsunęły mi myśl, że za drobnym wynagrodzeniem, puszczeniem wszystkiego w niepamięć, mógłbyś wykorzystać jego talenty.

– Drobnym wynagrodzeniem? Ten drań zrabował więcej niż ty.

Philip uniósł brwi. Marszcząc lekko czoło strzepnął okruch z rękawa.

– Nie musisz mnie obrażać. Nikt nie ukradł klejnotów większej wartości niż ja w trakcie całej mojej kariery.

– Jesteś z siebie dumny, prawda? – Twarz Spencera gwałtownie poczerwieniała. – Ja bym się wcale nie szczycił, będąc złodziejem.

– Tym się od siebie różnimy.

– Zakradać się przez okna, robić podejrzane interesy...

– Przestań, bo się rozpłaczę. Nie, lepiej policz do dziesięciu. Nie chcę być odpowiedzialny za gwałtowne skoki twego ciśnienia. – Znowu wziął do ręki imbryczek. – Może to odpowiedni moment, by wyznać, że kiedy jeszcze zajmowałem się obrabianiem sejfów, nabrałem do ciebie ogromnego szacunku. Myślę, że nadal byłbym włamywaczem, gdybyś nie osaczał mnie coraz bardziej, przy każdej kolejnej robocie. Nie żałuję jednak ani dawnego życia, ani tego, że przeszedłem na drugą stronę.

Stuart ochłonął trochę i wypił duszkiem herbatę nalaną przez Philipa.

– To nie ma nic do rzeczy. – Musiał przyznać, że uznanie Philipa sprawiło mu przyjemność. – Faktem jest, że teraz pracujesz dla mnie.

– Nie zapomniałem. – Rozmówca odwrócił głowę, by spojrzeć przez okno. Dzień był chłodny, bezchmurny, budził tęsknotę za wiosną. Odwrócił się gwałtownie, spojrzał uważnie na Stuarta i rzekł: – Jako lojalny podwładny czuję, że powinienem być werbownikiem, gdy natrafię na godnego uwagi kandydata.

– Złodzieja.

– Tak, i to doskonałego. – Uśmiechnął się znowu. – Co więcej, mogę się założyć, że ani twoja, ani żadna inna strzegąca prawa instytucja nie ma najmniejszej szansy, by odkryć, kim jest ten złodziej. – Spoważniał trochę i pochylił się ku przodowi. – Ani teraz, ani nigdy, Stuarcie. Daję ci słowo.

– Znowu się gdzieś wyniesie.

– Nie będzie już żadnych przenosin.

– Jesteś tego pewny?

Philip założył ręce, obrączka na jego palcu zalśniła matowym blaskiem.

– Dopilnuję tego osobiście.

– Kim on jest dla ciebie?

– Trudno mi to wyjaśnić. Posłuchaj, Stuarcie. Przez pięć lat pracowałem z tobą i dla ciebie. Niejedno zadanie było paskudne, większość była zarówno paskudna, jak i niebezpieczna. Nigdy o nic nie prosiłem. Ale teraz proszę cię o ułaskawienie dla tego hipotetycznego złodzieja.

– Trudno mi coś obiecywać...

– Wystarczy mi twoje słowo. – Tymi słowami Philip zamknął mu usta. – W zamian odzyskam dla ciebie rubensa. Co więcej, myślę, że mam dla ciebie prawdziwą gratkę, o takim znaczeniu politycznym, że może wpłynąć na rozładowanie bardzo niebezpiecznej sytuacji.

Spencer domyślił się natychmiast.

– Środkowy Wschód?

Dopijając herbatę, Philip wzruszył ramionami.

– Teoretycznie. – Niezależnie od wyniku rozmowy i tak miał zamiar naprowadzić Stuarta na rubensa i Abdu. Ale nigdy nie odkrywał kart przed końcem gry. – Powiedzmy, że dzięki moim informacjom Anglia będzie mogła wywrzeć nacisk tam, gdzie to będzie najbardziej korzystne.

Spencer spojrzał na niego surowo. Całkiem nieoczekiwanie ta rozmowa przestała być dyskusją o diamentach i rubinach, występku i karze.

– Przekraczasz swoje kompetencje, Philipie.

– Doceniam twoją troskę. – Usiadł, czując, że sytuacja się zmienia. – Daję słowo, że wiem, co robię.

– Prowadzisz delikatną grę.

Wyjątkowo delikatną, pomyślał Philip. Największej wagi.

– Obaj możemy wygrać.

Sapiąc lekko, Stuart podniósł się, by otworzyć butelkę whisky. Nalał solidną porcję do szklaneczki, zawahał się chwilę, po czym napełnił drugą.

– Powiedz mi, co wiesz. Zrobię, co się da.

Philip zastanowił się przez moment.

– Oddaję w twoje ręce jedyną rzecz, która mnie na tym świecie obchodzi. Musisz o tym pamiętać. – Odsunął filiżankę i wziął do ręki szklaneczkę. – Zobaczyłem rubensa w skarbcu króla Abdu w Jaquirze.

Spencer wytrzeszczył oczy.

– A coś ty, u diabła, robił w królewskich podziemiach?

– To długa historia. – Philip uniósł szklaneczkę w kierunku Spencera, potem pociągnął łyk. – Najlepiej zacząć od początku, od Phoebe Spring.

1 Nazwy młodzieżowych subkultur powstałych w Wielkiej Brytanii w latach sześćdziesiątych.

Rozdział 2

Jaquir, 1968

Adrianne nie mogła zasnąć z podniecenia. Leżała skulona na boku, patrząc na wskazówki zegara. Zbliżała się północ. Za chwilę zacznie się dzień jej urodzin. Skończy pięć lat. Obróciła się na plecy. Ogarnęło ją uczucie radości. W pałacu wszyscy spali. Za parę godzin słońce wzejdzie i muezin z wysokości minaretu zacznie wzywać wiernych do modlitwy. Ten dzień, najwspanialszy dzień jej życia, naprawdę się rozpocznie.

Po południu będzie muzyka, prezenty i tace z czekoladkami. Kobiety ubrane w najpiękniejsze suknie będą tańczyć. Przyjdą wszystkie: babka będzie opowiadać bajki; ciotka Latifa, zawsze łagodna, przyprowadzi Duję; wiecznie roześmiana Favel przywiedzie całe swoje stadko. Adrianne uśmiechnęła się radośnie. Pokoje kobiet rozdzwonią się śmiechem i gwarem, i wszystkie będą powtarzać, że jest ładna.

Mama obiecała, że będzie to dzień nadzwyczajny. Wyjątkowy. Jeśli ojciec się zgodzi, wieczorem wybiorą się na wycieczkę na plażę. Miała nową sukienkę, piękną, z mieniącego się jedwabiu w kolorach tęczy. Przygryzła wargę i odwróciła głowę, by popatrzeć na matkę.

Phoebe spała; jej twarz, tym razem spokojna, przypominała oblicze marmurowego posągu. Adrianne bardzo lubiła, gdy matka pozwalała jej wdrapać się do wielkiego, miękkiego łoża i spać w nim. Była to prawdziwa rozkosz. Wtulała się w ramiona Phoebe i słuchała jej opowiadań o Nowym Jorku i Paryżu. Czasami chichotały wesoło.

Ostrożnie, by nie zbudzić matki, Adrianne wyciągnęła dłoń i pogładziła jej włosy. Fascynowały ją. Na tle poduszki wyglądały niczym ogień. Wspaniały, gorący ogień. W wieku pięciu lat Adrianne była już na tyle kobietą, by zazdrościć matce tych włosów. Jej własne były gęste i czarne, jak u wszystkich kobiet Jaquiru. Phoebe miała rude włosy i białą skórę. Phoebe była Amerykanką. Adrianne była w połowie Amerykanką, ale matka wspominała o tym tylko wtedy, gdy były same.

Takie rozmowy gniewały ojca.

Adrianne nauczono unikać tematów, które mogłyby go rozgniewać, choć nie mogła zrozumieć, czemu przypomnienie narodowości matki sprawiało, że wyraz oczu ojca stawał się srogi, a usta się zaciskały. Phoebe była kiedyś gwiazdą filmową. Adrianne nie wiedziała, co znaczy to określenie, ale podobało się jej samo brzmienie. Gwiazda filmowa. Nasuwało na myśl te śliczne światełka na ciemnym niebie.

Jej matka, ongiś gwiazda, była teraz królową, pierwszą żoną Abdu ibn Faisala Rahmana al-Jaquir, władcy Jaquiru, szejka szejków. Była najpiękniejszą z kobiet, miała wielkie niebieskie oczy i pełne, miękkie usta. Górowała też wzrostem nad pozostałymi kobietami haremu; sprawiała, że wyglądały jak małe, ruchliwe ptaszki. Gdyby tylko mogła być szczęśliwa! Teraz, gdy Adrianne skończyła już pięć lat, miała nadzieję, że zrozumie, dlaczego matka tak często wyglądała na smutną i płakała, kiedy wydawało jej się, że nikt nie widzi.

Kobiety w Jaquirze były strzeżone. Uważano, że mieszkanki pałacu nie powinny pracować ani znać, co to troska. Dostawały wszystko, czego potrzebowały – piękne pokoje, najwonniejsze perfumy. Jej matka miała więc piękne suknie i klejnoty. Miała „Słońce i Księżyc”.

Adrianne zamknęła oczy, aby przywołać oślepiający obraz klejnotów na szyi matki. Jak wspaniale iskrzył się wielki diament – „Słońce”, jak cudownie lśniła bezcenna perła – „Księżyc”. Phoebe powiedziała, że pewnego dnia będzie je nosić Adrianne. Kiedy dorośnie.

Ułożona wygodnie, słuchając równego oddechu matki i ciesząc się myślą o nadchodzącym dniu, Adrianne marzyła. Gdy dorośnie, gdy przestanie być małą dziewczynką, będzie nosić na twarzy zasłonę. Pewnego dnia wybiorą jej małżonka i odbędzie się ślub. W dzień wesela założy na szyję „Słońce i Księżyc”, stanie się dobrą i płodną żoną.

Będzie wydawać przyjęcia dla kobiet i częstować ciastkami z lukrem, a służba będzie roznosić tace z czekoladkami. Dostanie męża tak przystojnego i potężnego jak ojciec. Może nawet króla. Stanie się jego największym skarbem.

Zapadając w sen Adrianne okręciła pasmo długich włosów wokół wskazującego palca. Mąż pokocha ją tak, jak chciała, by ją kochał ojciec. Urodzi mu wspaniałych synów, wielu wspaniałych synów, tak że inne kobiety będą patrzeć na nią z zazdrością i szacunkiem. A nie z politowaniem, jakie okazywały jej matce.

Obudziło ją światło padające ukośnie przez drzwi z korytarza. Pasmo przekreślało wyraźną smugą podłogę. Przez mgiełkę gazy spowijającej łoże niczym kokon zobaczyła cień.

Najpierw ogarnęła ją miłość, połączona z przejmującym uczuciem zawodu, który już odczuwała, ale nie potrafiła nazwać, bo była zbyt młoda. Potem pojawił się strach, strach zawsze towarzyszący miłości, jaką czuła na widok ojca.

Rozgniewa się, gdy znajdzie ją tutaj, w łożu matki. Wiedziała, bo w haremie mówiono o tym otwarcie, że zjawiał się tu rzadko, odkąd lekarze powiedzieli, iż Phoebe nie będzie miała więcej dzieci. Adrianne pomyślała, że może chciał tylko popatrzeć na Phoebe; była tak piękna. Ale gdy zbliżył się bardziej, poczuła, że strach chwyta ją za gardło. Szybko i cicho wyśliznęła się z łoża i skuliła w jego cieniu.

Abdu odchylił gazę, nie spuszczając oczu z Phoebe. Nie zawracał sobie głowy zamykaniem drzwi. Nikt przecież nie odważy się mu przeszkadzać.

Księżycowa poświata padała na jej włosy, na jej twarz. Wyglądała jak bogini, jak wtedy, gdy ujrzał ją po raz pierwszy. Jej oszałamiająco piękna, przejmująco zmysłowa twarz wypełniała ekran. Phoebe Spring, amerykańska aktorka, kobieta, której bujne ciało i niewinne oczy budziły w mężczyznach pożądanie i lęk. Abdu przywykł posiadać to, co najlepsze, największe, najdroższe. Zapragnął jej wtedy, jak nie pragnął żadnej kobiety. Odnalazł ją, zabiegał o nią tak, jak tego oczekiwała kobieta z Zachodu. Uczynił ją swoją królową.

Rzuciła na niego urok. Dla niej zdradził swoje dziedzictwo, sprzeciwił się tradycji. Wziął za żonę kobietę z Zachodu, aktorkę, chrześcijankę. Został ukarany. Z jego nasienia zrodziło się tylko jedno dziecko, dziewczynka.

A jednak ciągle jej pragnął. Jej łono było jałowe, ale jej uroda była wyzwaniem. Nawet gdy fascynacja zmieniła się w niechęć, ciągle jej pragnął. Okryła go hańbą, lekceważeniem islamu splamiła jego sharaf, czyli honor, ale ciało nie przestawało za nią tęsknić.

Kiedy wbijał swą męskość w inną kobietę, to z Phoebe się kochał, czuł zapach jej skóry, słyszał jej krzyki. To był jego tajemny wstyd. Już za to samo mógłby ją znienawidzić. Ale publiczna kompromitacja – ta jedyna córka, którą mu dała – sprawiła, że żywił do niej pogardę.

Pragnął, by cierpiała, jak on cierpiał; zapłaciła, jak on płacił. Ujął prześcieradło i zdarł je z niej.

Phoebe obudziła się zdezorientowana, z walącym sercem. Zobaczyła go nad sobą w niewyraźnym świetle. Z początku sądziła, że to sen, w którym przychodził, by ją kochać, tak jak ją kochał ongiś. Ale ujrzała jego oczy i pojęła, że to nie sen i nie miłość.

– Abdu. – Przypomniała sobie o dziecku i szybko rozejrzała się wokoło. Łoże było puste, Adrianne odeszła. Phoebe dziękowała za to Bogu. – Już późno – zaczęła, ale gardło miała tak wyschnięte, że ledwo było słychać jej słowa. Zaczęła odczołgiwać się w odruchu samoobrony; atłasowe prześcieradła szeleściły pod nią, gdy kuliła się w sobie. Nie odezwał się, zrzucił tylko z siebie białą szatę. – Proszę. – Choć wiedziała, że łzy nie zdadzą się na nic, zaczęła płakać. – Nie rób tego.

– Kobieta nie ma prawa sprzeciwiać się życzeniom męża. – Samo spojrzenie na nią, na jej dojrzałe ciało drżące na poduszkach, sprawiało, że wracała mu siła, był znowu panem swego losu. Kimkolwiek była, należała do niego, jak klejnoty na jego palcach, konie w jego stajni. Nagłym ruchem chwycił za nocną koszulę i przyciągnął Phoebe do siebie.

Adrianne zaczęła dygotać w cieniu łoża.

Matka płakała. Walczyli ze sobą, wykrzykiwali słowa, których nie rozumiała. Ojciec stał nago w świetle księżyca, jego ciemna skóra lśniła od potu, wywołanego bardziej pożądaniem niż dusznym upałem. Nigdy przedtem nie widziała nagiego mężczyzny, ale nie była zszokowana tym widokiem. Miała pojęcie o seksie, wiedziała, że męskość jej ojca, tak sztywna i groźna, mogła zagłębić się w matkę, by zrobić dziecko. Wiedziała, że związana z tym była przyjemność, że tego aktu kobiety pragnęły nade wszystko. Prawdę mówiąc słyszała to tysiące razy w swym krótkim życiu, bo w haremie rozprawiano nieustannie na ten temat.

Ale jej matka nie mogła mieć więcej dzieci, a jeśli to było przyjemne, dlaczego płakała i błagała, by odszedł?

Kobieta winna chętnie przyjmować swego pana w małżeńskim łożu, myślała Adrianne z oczami pełnymi łez. Miała dawać mu to, czego pragnął, radować się, że jest pożądana i może rodzić jego dzieci.

Usłyszała słowo „dziwka”. Nie słyszała go nigdy przedtem, ale w ustach ojca brzmiało ohydnie. To słowo miała zapamiętać na zawsze.

– Jak możesz mnie tak nazywać? – głos Phoebe przeszedł w szloch, gdy walczyła, aby się wyswobodzić. Dawniej cieszyły ją jego objęcia, zachwycała się połyskiem jego skóry w świetle księżyca. Teraz czuła tylko strach. – Nigdy nie byłam z innym mężczyzną. Tylko z tobą. To ty wziąłeś sobie inną żonę, zaraz po narodzinach naszego dziecka.

– Nie dałaś mi nic. – Owinął jej włosy wokół ręki, zafascynowany, a jednocześnie pełen pogardy dla ich ognistości. – Dziewczynka. To mniej niż nic. Gdy na nią patrzę, czuję się zhańbiony.

Uderzyła go teraz tak mocno, że głowa odskoczyła mu do tyłu. Nawet gdyby umiała szybko biegać, nie miała dokąd uciekać. Uderzył ją na odlew w twarz, aż się zachwiała. Kierując się wściekłością i pożądaniem zerwał z niej koszulę.

Zbudowana była jak bogini, marzenie każdego mężczyzny. Bujne piersi falowały w takt uderzeń serca, bijącego szybko ze strachu. Jasna skóra lśniła w księżycowej poświacie, można było zauważyć siniaki, pozostawione przez jego ręce. Biodra miała zaokrąglone, kiedy przepełniała ją namiętność, potrafiły poruszać się gwałtownie, odpowiadając na każde pchnięcie mężczyzny. Bezwstydnica. Czuł ból pożądania, niczym diabelskie pazury. Walcząc ze sobą przewrócili lampę na stole; odłamki szkła posypały się na podłogę.

Adrianne, sparaliżowana ze strachu, patrzyła, jak wbił palce w pełne, białe piersi Phoebe. Jej matka błagała, szamotała się. Mężczyzna ma prawo bić swoją żonę. Kobieta nie może odmawiać praw mężowskich. Tak było w zwyczaju. A jednak... Adrianne przycisnęła dłonie do uszu, by nie słyszeć krzyków Phoebe, gdy Abdu uniósł się nad nią, a potem pogrążył w niej gwałtownie.

Z twarzą zalaną łzami, Adrianne wczołgała się pod łóżko. Przyciskała dłońmi uszy, aż bolały, ale ciągle jeszcze mogła słyszeć stękanie ojca, rozpaczliwe łkanie matki. Łoże nad nią trzęsło się. Skuliła się, próbując stać się mała, tak mała, by przestać słyszeć, przestać istnieć.

Dotąd obce jej było słowo gwałt, ale po tej nocy nie potrzebowała już wyjaśnień.

*

– Taka jesteś cicha, Addy. – Phoebe szczotkowała sięgające do pasa włosy swojej córki długimi, wolnymi pociągnięciami. Addy. Abdu pogardzał tym zdrobnieniem, tolerował bardziej formalną Adrianne, gdyż jego pierworodne dziecko było dziewczynką o mieszanej krwi. Mimo to, przez muzułmańską dumę zażądał, by córce dano uczciwe arabskie imię. Dlatego więc we wszystkich oficjalnych dokumentach Adrianne zapisywano jako Ad Riyahd An, z mnóstwem innych rodowych imion. Phoebe powtórzyła pieszczotliwie imię córki i zapytała:

– Nie podobają ci się prezenty?

– Bardzo mi się podobają.

Adrianne miała na sobie nową sukienkę, ale już się nią nie cieszyła. W lustrze mogła widzieć twarz matki. Phoebe starannie pokryła siniak makijażem, ale Adrianne jednak go widziała.

– Wyglądasz pięknie. – Phoebe obróciła córkę, by ją objąć. Innego dnia Adrianne nie zwróciłaby uwagi, jak silnie jest obejmowana, nie rozpoznałaby nutki rozpaczy w głosie matki. – Moja mała księżniczka. Tak bardzo cię kocham, Addy. Jak nikogo na świecie.

Pachniała niczym kwiaty, jak rozgrzane, bujne kwiaty w ogrodzie. Adrianne wdychała zapach matki, wtulając twarz w jej piersi. Ucałowała je, pamiętając, jak okrutnie potraktował je ojciec poprzedniej nocy.

– Nie odejdziesz? Nie zostawisz mnie?

– Skąd ci to przyszło do głowy? – Phoebe odsunęła córkę na odległość ręki, by się jej przyjrzeć. Gdy spostrzegła łzy, jej uśmiech znikł. – Och, dziecko, o co chodzi?

Zgnębiona Adrianne wsparła głowę o ramię matki.

– Śniło mi się, że on cię odesłał. Odjechałaś i nigdy cię już nie zobaczyłam.

Dłoń Phoebe zamarła, potem na nowo podjęła szczotkowanie.

– To tylko sen, dziecinko. Nigdy cię nie opuszczę.

Adrianne usiadła matce na kolanach, szczęśliwa, że Phoebe ją kołysze i pociesza. Przez okratowane okna do pokoju wpadały promienie słoneczne, znacząc na dywanie jasne plamy.

– Gdybym była chłopcem, on by nas kochał.

Phoebe ogarnął gniew tak gwałtowny, że nieomal czuła jego smak. Prawie natychmiast przerodził się w rozpacz. Ale ciągle jeszcze była aktorką. Jeśli nie mogła inaczej wykorzystywać swego talentu, mogła przynajmniej chronić to, co do niej należało.

– Co za niemądre gadanie. Jaki jest pożytek z małych chłopców? Nie noszą ładnych sukienek.

Adrianne zachichotała i w odpowiedzi przytuliła się mocniej.

– Gdybym ubrała Fahida w sukienkę, wyglądałby jak lalka.

Phoebe zacisnęła usta i starała się ignorować ukłucie bólu. Fahid. Syn, którego urodziła druga żona Abdu, gdy ona zawiodła. Nie, nie zawiodłam, pomyślała. Zaczynam myśleć jak muzułmanka. Jak można mówić o zawodzie trzymając w ramionach tak piękne dziecko?

Nie dałaś mi nic. Dziewczynka. To mniej, niż nic.

Wszystko, pomyślała Phoebe z furią. Dałam ci wszystko.

– Mamo?

– Zamyśliłam się. – Phoebe uśmiechnęła się, zsuwając Adrianne z kolan. – Myślałam, że przyda ci się jeszcze jeden prezent. Niespodzianka.

– Niespodzianka? – Adrianne klasnęła w ręce, zapominając o smutku.

– Usiądź i zamknij oczy.

Zachwycona Adrianne usiadła; wierciła się w krześle, próbując opanować zniecierpliwienie. Phoebe ukryła małą szklaną kulę pomiędzy warstwami bielizny. Niełatwo było ją tu przemycić, ale uczyła się pomysłowości. Równie trudno było o pigułki; małe, różowe pigułki, które umożliwiały jej przetrwanie każdego dnia. Tłumiły ból i uspokajały duszę. Najlepsze przyjaciółki kobiety. Bóg świadkiem, w tym kraju kobieta potrzebowała przyjaciół. Gdyby znaleziono te pigułki, czekałaby ją publiczna egzekucja. Gdyby ich nie miała, nie mogłaby żyć.

Błędne koło. Ale ze względu na Adrianne musiała się wziąć w garść.

– Tutaj jesteś. – Phoebe przyklękła koło krzesła. Dziewczynka miała na szyi kolię z szafirami, a w uszach błyszczące kolczyki. Phoebe miała nadzieję, że jej mały podarek będzie miał dla Adrianne większe znaczenie niż te klejnoty. – Otwórz oczy.

To coś zwyczajnego, coś niemal śmiesznie zwyczajnego. W okresie świąt można to było kupić za parę dolarów we wszystkich sklepach Ameryki. Adrianne otworzyła szeroko oczy, jak gdyby trzymała teraz w dłoni czarodziejski przedmiot.

– To śnieg. – Phoebe znowu obróciła kulę, tak że śniegowe płatki zatańczyły. – W Ameryce w zimie pada śnieg. No, w znacznej części Ameryki. Na Boże Narodzenie przystrajamy drzewka ślicznymi światełkami i kolorowymi kulami. To są choinki, takie jak ta w środku. Jeździłam kiedyś takimi saniami, z dziadkiem. – Opierając skroń o główkę Adrianne, popatrzyła na miniaturowego konia i sanie w kuli. – Pewnego dnia, Addy, zabiorę cię tam.

– Czy to boli?

– Śnieg? – Phoebe znów się zaśmiała i potrząsnęła kulą. Scenka ożyła ponownie, śnieg wirował dookoła przystrojonej choinki i człowieczka powożącego czerwonymi saniami, zaprzężonymi w zgrabnego kasztanka. To była iluzja. Jej też zostały tylko iluzje i małe dziecko, którego musiała strzec. – Nie. Śnieg jest zimny i mokry. Można lepić z niego różne rzeczy. Bałwany, śnieżki, fortece. Tak ładnie wygląda na drzewach. Widzisz? Zupełnie, jak tu.

Adrianne sama przechyliła kulę. Mały kasztanek unosił jedną nogę, a płatki śniegu wirowały dookoła jego głowy.

– Ładne. Ładniejsze od mojej nowej sukienki. Chcę to pokazać Dui.

– Nie. – Phoebe wiedziała, co by się stało, gdyby Abdu dowiedział się o kuli. Była symbolem chrześcijańskich świąt. Od narodzin Adrianne stał się fanatykiem islamu i tradycji. – To nasz sekret, pamiętasz? Możesz oglądać kulę, gdy będziemy same, ale nigdy, przenigdy w obecności kogoś obcego.

Wzięła kulę i schowała ją do szuflady.

– A teraz pora na przyjęcie.

W haremie było gorąco, choć wentylatory szumiały, a okna zamknięto, by nie wpuszczać słonecznego żaru. Światło lamp z filigranu było łagodne. Kobiety włożyły swe najjaskrawsze i najpiękniejsze suknie. Zdjęły z twarzy zasłony, zrzuciły czarne aby[2] i w mgnieniu oka przemieniły się z wron w pawie.

Zdjąwszy zasłony natychmiast zaczęły gawędzić o dzieciach, seksie, modzie i porodach. Harem, oświetlony przyćmionymi lampami i zasłany bogato haftowanymi poduszkami, wypełniał intensywny zapach perfum i kadzidła.

Ze względu na swą pozycję na dworze Adrianne musiała przywitać każdą przybyłą całując ją w oba policzki. Służba podczas ceremonii powitania roznosiła zieloną herbatę i aromatyczną kawę w malutkich, cienkich filiżankach bez uszek. Wśród gości były jej ciotki i kuzynki, ze dwadzieścia mniejszych rangą księżniczek. Wszystkie kobiety popisywały się swymi klejnotami i dziećmi – symbolami sukcesu w ich świecie.

Adrianne była zachwycona widokiem kobiet w długich, szeleszczących sukniach, tworzących istną orgię barw. Stojąca za nią Phoebe obserwowała tę paradę strojów, przypominającą osiemnaste stulecie. Z równie obojętnym wyrazem twarzy przyjmowała spojrzenia współczujące, jak i te, w których malowało się uczucie wyższości. Zdawała sobie sprawę, że była tu intruzem, kobietą z Zachodu, która w dodatku nie potrafiła dać królowi dziedzica. Nieważne, czy one mnie akceptują, czy nie, pomyślała. Byle tylko były życzliwe dla Adrianne.

Nie miała im nic do zarzucenia w tej kwestii. Adrianne była jedną z nich, w sposób dla niej nieosiągalny.

Rzuciły się łapczywie na smakołyki, próbowały wszystkiego, jadły palcami, podczas gdy ona używała małych srebrnych łyżeczek. Jeśli zanadto utyły i nie mogły zmieścić się w sukniach, kupowały nowe stroje. Te zakupy, pomyślała Phoebe, pozwalają Arabkom przetrwać dzień, tak jak mnie pomagają różowe pigułki. Żaden mężczyzna, poza mężem, ojcem lub bratem, nie mógł oglądać ich niezwykłych, pięknych strojów. To było niedopuszczalne. Nim wyjdą z haremu, włożą aby, zasłonią twarze, ukryją włosy. Poza tymi murami panował aurat – zakaz pokazywania poza domem włosów, ust...

Jak one grają! – pomyślała ze znużeniem Phoebe. Henna, perfumy, i błyszczące pierścienie. Czyżby wierzyły, że są szczęśliwe? Przecież nawet ona, której nic to nie obchodziło, dostrzegała nudę na ich twarzach. Modliła się, by nigdy nie zobaczyć takiego wyrazu na twarzy Adrianne.

Już w wieku pięciu lat Adrianne umiała doskonale dopilnować, aby każda z przybyłych została odpowiednio ugoszczona i czuła się dobrze. Mówiła teraz po arabsku, gładko i śpiewnie. Nigdy nie potrafiła przekonać matki, że arabski jest dla niej łatwiejszy niż angielski. Myślała po arabsku, nawet czuła po arabsku i często musiała przekładać swoje myśli na angielski, zanim podzieliła się nimi z matką.

Była szczęśliwa w pomieszczeniach pełnych kobiecych głosów i perfum. Świat, o którym opowiadała od czasu do czasu matka, był dla niej tylko bajką. Śnieg to coś, co tańczy we wnętrzu szklanej kuli.

– Duja! – Adrianne przebiegła przez pokój, by ucałować w policzek ulubioną kuzynkę. Duja miała prawie dziesięć lat i – ku zazdrości oraz podziwowi Adrianne – była prawie kobietą.

Duja odwzajemniła się uściskiem.

– Masz piękną suknię.

– Wiem. – Ale Adrianne nie mogła się powstrzymać i przesunęła dłoń po rękawie kuzynki.

– To aksamit – powiedziała z dumą Duja. Gruba tkanina grzała nieznośnie, ale nie miało to znaczenia, gdy spoglądała na swe odbicie. – Ojciec przywiózł mi z Paryża. – Obróciła się dookoła, była szczupła i ciemna, miała twarz o subtelnych rysach i duże oczy. – Obiecał, że zabierze mnie następnym razem.

– Naprawdę? – Adrianne zdusiła zazdrość. Wszyscy wiedzieli, że Duja jest ulubienicą swego ojca, brata króla.

Duja miała dobre serce, ponadto aksamitna suknia wprawiała ją w dobry humor, pogładziła więc włosy Adrianne.

– Ty też tam kiedyś pojedziesz. Może jak dorośniemy, pojedziemy tam razem.

Adrianne poczuła, że ktoś ciągnie ją za spódnicę. Obejrzała się i zobaczyła swego przyrodniego brata, Fahida. Chwyciła go na ręce i pokryła jego twarz pocałunkami, tak że zaniósł się piskliwym śmiechem.

– Jesteś najpiękniejszym dzieckiem w całym Jaquirze. – Był o dwa lata młodszy, lecz ważył tyle, że niosła go z trudem. Chwiejąc się, podeszła do stołu, by znaleźć dla chłopca najbardziej wyszukane słodycze.

Inne dzieci też otrzymały swoją porcję czułości i łakoci. Dziewczęta w wieku Adrianne, a także młodsze, krzątały się wokół chłopców, głaskały ich i rozpieszczały. Od urodzenia uczono je poświęcania czasu i sił dla zadowolenia mężczyzn. Adrianne wiedziała, że powinna podziwiać swego braciszka i pragnąć, by był radosny i szczęśliwy.

Phoebe nie mogła na to patrzeć. Widziała, jak jej córka służy dziecku kobiety, która zajęła miejsce Phoebe w łożu i sercu męża. Cóż z tego, że tutejsze prawo pozwala mężczyźnie mieć cztery żony? To nie jest jej prawo, to nie jest jej świat. Mieszkała tu już od sześciu lat, mogła dożyć tu nawet sześćdziesiątki, ale nigdy się nie przyzwyczai do tutejszych obyczajów. Nie znosiła ciężkich i lepkich zapachów, które musiała wdychać codziennie. Ogarnęło ją uczucie beznadziejności. Phoebe potarła skroń; zaczynała ją boleć głowa. Te kadzidła, kwiaty, mieszanina perfum.

Bardzo źle znosiła upały.

Miała ochotę się napić – nie kawy ani herbaty, które zawsze podawano, lecz wina. Jeden kieliszek tego chłodnego napoju. Jednak wino było zakazane w Jaquirze. Gwałt był dozwolony, pomyślała, dotykając palcem bolącego policzka. Gwałt tak, wino – nie. Chłosta i zasłony, wezwania do modlitwy i poligamia – lecz ani kropli orzeźwiającego chablis, ani kieliszka wytrawnego sancerre.

Gdy przybyła tu jako panna młoda, była zachwycona tym krajem. Zwiedzała pustynię, patrzyła na morze, na ściany pałacu i myślała, że jest to najbardziej tajemnicze i egzotyczne miejsce na ziemi.

Była wtedy zakochana. Wciąż jeszcze była zakochana.

W tamtych czasach Abdu pokazał jej piękno swego kraju i bogactwo jego kultury. Porzuciła swój kraj i obyczaje, próbowała spełnić jego pragnienia. Jak się okazało, pragnął kobiety widzianej na ekranie – symbolu seksu i niewinności, wykreowanego według zasad sztuki aktorskiej. Phoebe była zbyt ludzka.

Abdu pragnął syna. Dała mu córkę. Chciał, by stała się muzułmanką, ale ona była – i miała pozostać – wychowana w innej wierze.

Teraz miała wszystkiego dość.

Nie chciała myśleć o Abdu, o swoim życiu ani o cierpieniu. Musi stąd uciec, choćby tylko na chwilę. Wezmę tylko jedną pigułkę, pomyślała Phoebe, żeby tylko wytrzymać do końca dnia.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

2 Aba – abaja, rodzaj długiego płaszcza, zszytego z jednego prostokątnego kawałka materiału. Rozcięta z przodu, nie ma rękawów, lecz otwory na ręce.

Słodycz

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.