Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 476 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 48 min Lektor: Maria Seweryn

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 48 min Lektor: Maria Seweryn

Opis ebooka Słodka przynęta - Ian McEwan

Anglia, początek lat 70-tych. Szczytowy okres zimnej wojny, która toczy się na dwóch frontach – ideologii i kultury. Serena Frome, córka anglikańskiego biskupa, absolwentka matematyki na Uniwersytecie Cambridge, stawia pierwsze kroki w brytyjskich tajnych służbach. Nie są to łatwe początki. Już podczas studiów musiała mierzyć się z uprzedzeniami kolegów i wykładowców uważających, że na tak specyficznie „męskich” kierunkach nie ma miejsca dla przedstawicielek płci pięknej. Podobne nastawienie panuje w MI5, gdzie dla kobiet zarezerwowano zupełnie inne ścieżki kariery niż dla mężczyzn, nierzadko wiodące przez łóżko. Inteligencja i olśniewająca uroda Sereny czynią ją idealną kandydatką do wzięcia udziału w operacji „Słodka przynęta”, polegającej na dyskretnym wspieraniu wybitnych intelektualistów, którzy dali się poznać jako obrońcy demokracji. Jednym z nich jest świetnie zapowiadający się młody pisarz, Thomas Haley. Dziewczyna nawiązuje z nim kontakt, podając się za przedstawicielkę niezależnej fundacji. Początkowo jedynie zachwyca się jego opowiadaniami. Potem, niezgodnie z regulaminem służby, pomiędzy pisarzem a opiekującą się nim agentką rodzi się uczucie. Zakochani oddają się miłosnym uniesieniom, raczą się szampanem i ostrygami, korzystając z hojnego stypendium wypłacanego Tomowi przez MI5, tymczasem Wielka Brytania pogrąża się w kryzysie ekonomicznym; trwają strajki, a benzyna jest racjonowana. Jak długo zakochanej dziewczynie uda się skrywać przed Tomem swą prawdziwą tożsamość? Chcąc znaleźć odpowiedź na to pytanie, Serena musi sprzeniewierzyć się podstawowej zasadzie tajnych służb – „nie ufaj nikomu”...

Opinie o ebooku Słodka przynęta - Ian McEwan

Fragment ebooka Słodka przynęta - Ian McEwan

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

An­glia, po­czą­tek lat 70-tych. Szczy­to­wy okres zim­nej woj­ny, któ­ra to­czy się na dwóch fron­tach – ide­olo­gii i kul­tu­ry. Se­re­na Fro­me, cór­ka an­gli­kań­skie­go bi­sku­pa, ab­sol­went­ka ma­te­ma­ty­ki na Uni­wer­sy­te­cie Cam­brid­ge, sta­wia pierw­sze kro­ki w bry­tyj­skich taj­nych służ­bach. Nie są to ła­twe po­cząt­ki. Już pod­czas stu­diów mu­sia­ła mie­rzyć się z uprze­dze­nia­mi ko­le­gów i wy­kła­dow­ców uwa­ża­ją­cych, że na tak spe­cy­ficz­nie „mę­skich” kie­run­kach nie ma miej­sca dla przed­sta­wi­cie­lek płci pięk­nej. Po­dob­ne na­sta­wie­nie pa­nu­je w MI5, gdzie dla ko­biet za­re­zer­wo­wa­no zu­peł­nie inne ścież­ki ka­rie­ry niż dla męż­czyzn, nie­rzad­ko wio­dą­ce przez łóż­ko. In­te­li­gen­cja i olśnie­wa­ją­ca uro­da Se­re­ny czy­nią ją ide­al­ną kan­dy­dat­ką do wzię­cia udzia­łu w ope­ra­cji „Słod­ka Przy­nę­ta”, po­le­ga­ją­cej na dys­kret­nym wspie­ra­niu wy­bit­nych in­te­lek­tu­ali­stów, któ­rzy dali się po­znać jako obroń­cy de­mo­kra­cji. Jed­nym z nich jest świet­nie za­po­wia­da­ją­cy się mło­dy pi­sarz, Tho­mas Ha­ley. Dziew­czy­na na­wią­zu­je z nim kon­takt, po­da­jąc się za przed­sta­wi­ciel­kę nie­za­leż­nej fun­da­cji. Po­cząt­ko­wo je­dy­nie za­chwy­ca się jego opo­wia­da­nia­mi. Po­tem, nie­zgod­nie z re­gu­la­mi­nem służ­by, po­mię­dzy pi­sa­rzem a opie­ku­ją­cą się nim agent­ką ro­dzi się uczu­cie. Za­ko­cha­ni od­da­ją się mi­ło­snym unie­sie­niom, ra­czą się szam­pa­nem i ostry­ga­mi, ko­rzy­sta­jąc z hoj­ne­go sty­pen­dium wy­pła­ca­ne­go To­mo­wi przez MI5, tym­cza­sem Wiel­ka Bry­ta­nia po­grą­ża się w kry­zy­sie eko­no­micz­nym; trwa­ją straj­ki, a ben­zy­na jest ra­cjo­no­wa­na. Jak dłu­go za­ko­cha­nej dziew­czy­nie uda się skry­wać przed To­mem swą praw­dzi­wą toż­sa­mość? Chcąc zna­leźć od­po­wiedź na to py­ta­nie, Se­re­na musi sprze­nie­wie­rzyć się pod­sta­wo­wej za­sa­dzie taj­nych służb – „nie ufaj ni­ko­mu”…

IAN McE­WAN

Je­den z naj­wy­bit­niej­szych współ­cze­snych pi­sa­rzy bry­tyj­skich; lau­re­at wie­lu na­gród li­te­rac­kich. Jego do­ro­bek obej­mu­je sce­na­riu­sze fil­mo­we, zbio­ry opo­wia­dań i sze­reg po­wie­ści, tłu­ma­czo­nych na kil­ka­na­ście ję­zy­ków, m.in. Be­to­no­wy ogród, Dziec­ko w cza­sie, Nie­win­ni, Am­ster­dam, Po­ku­ta, So­bo­ta, Na pla­ży Che­sil, So­lar i Słod­ka przy­nę­ta. Wie­lo­krot­nie no­mi­no­wa­ny do Bo­oker Pri­ze, naj­bar­dziej pre­sti­żo­wej bry­tyj­skiej na­gro­dy li­te­rac­kiej, McE­wan otrzy­mał ją za po­wieść Am­ster­dam. Inna książ­ka – Dziec­ko w cza­sie – zdo­by­ła Whit­bre­ad Pri­ze i Prix Fe­mi­na Etran­ger. Po­ku­ta, uzna­na przez kry­ty­ków za jego naj­wy­bit­niej­sze dzie­ło, lau­re­at aż trzech zna­czą­cych na­gród (w tym Na­tio­nal Book Cri­tics Circ­le Fic­tion Award), świę­ci­ła trium­fy na eu­ro­pej­skich i ame­ry­kań­skich li­stach be­st­sel­le­rów. Na kan­wie Nie­win­nych i Po­ku­ty po­wsta­ły gło­śne fil­my. W 2007 McE­wan zo­stał wy­róż­nio­ny Com­mon We­alth Award w dzie­dzi­nie li­te­ra­tu­ry.

www.ianm­ce­wan.com

Tego au­to­ra

PO­KU­TA

NA PLA­ŻY CHE­SIL

UKO­JE­NIE

DZIEC­KO W CZA­SIE

NIE­WIN­NI

SO­BO­TA

AM­STER­DAM

CZAR­NE PSY

PIERW­SZA MI­ŁOŚĆ, OSTAT­NIE PO­SŁU­GI

W PO­ŚCIE­LI

SO­LAR

SŁOD­KA PRZY­NĘ­TA

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

SWE­ET TO­OTH

Co­py­ri­ght © Ian McE­wan 2012

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © An­drzej Szulc 2013

Re­dak­cja: Be­ata Sła­ma

Zdję­cie na okład­ce: Chris Fra­zer Smith

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ran­dom Ho­use Gro­up (UK) Ltd.

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki pol­skiej: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-146-2

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Chri­sto­phe­ro­wi Hit­chen­so­wi1949–2011

Gdy­bym tyl­ko spo­tkał w cza­sie tych po­szu­ki­wańchoć jed­ną jed­no­znacz­nie złą oso­bę.

Ti­mo­thy Gar­ton Ash, Tecz­ka: hi­sto­ria oso­bi­sta,przekł. M. Ru­si­nek, ZNAK, Kra­ków 1997.

1

Na­zy­wam się Se­re­na Fro­me (ry­mu­je się z plu­me1) i przed nie­speł­na czter­dzie­stu laty zo­sta­łam wy­sła­na z taj­ną mi­sją przez bry­tyj­skie taj­ne służ­by. Nie wró­ci­łam z niej bez­piecz­nie. Osiem­na­ście mie­się­cy po wstą­pie­niu do służ­by zo­sta­łam zwol­nio­na, okry­wa­jąc się hań­bą i nisz­cząc mo­je­go ko­chan­ka, choć on też z całą pew­no­ścią przy­ło­żył rękę do swo­jej zgu­by.

Nie będę tra­ci­ła cza­su na opi­sy­wa­nie dzie­ciń­stwa i wcze­snej mło­do­ści. Je­stem cór­ką an­gli­kań­skie­go bi­sku­pa i do­ra­sta­łam wraz z sio­strą w cie­niu ka­te­dry w uro­czym mia­stecz­ku na wscho­dzie An­glii. Mój dom był miły, kul­tu­ral­ny, po­rząd­ny, pe­łen ksią­żek. Ro­dzi­ce do­syć się lu­bi­li i mnie ko­cha­li, a ja ko­cha­łam ich. Mię­dzy moją sio­strą Lucy i mną było pół­to­ra roku róż­ni­cy i jako na­sto­lat­ki strasz­nie się kłó­ci­ły­śmy, po­tem jed­nak nie ży­wi­ły­śmy do sie­bie ura­zy i jako do­ro­słe ko­bie­ty by­ły­śmy ze sobą bli­sko. Oj­cow­ska wia­ra w Boga była dys­kret­na i roz­sąd­na, nie mia­ła więk­sze­go wpły­wu na na­sze ży­cie, ale wy­star­czy­ła, by oj­ciec gład­ko awan­so­wał w ko­ściel­nej hie­rar­chii i mógł za­miesz­kać wraz z nami w wy­god­nym domu w sty­lu kró­lo­wej Anny. Jego okna wy­cho­dzi­ły na wi­ry­darz ze sta­ry­mi kwia­to­wy­mi bor­diu­ra­mi, któ­re do­brze zna­li i nadal zna­ją spe­cja­li­ści od ro­ślin. Za­tem wszyst­ko sta­bil­ne, god­ne za­zdro­ści, nie­mal idyl­licz­ne. Do­ra­sta­ły­śmy w oto­czo­nym mu­rem ogro­dzie, ze wszyst­ki­mi przy­jem­no­ścia­mi i ogra­ni­cze­nia­mi, któ­re za tym idą.

Ko­niec lat sześć­dzie­sią­tych roz­ja­śnił na­szą eg­zy­sten­cję, lecz jej nie za­kłó­cił. Nie opu­ści­łam ani jed­ne­go dnia na­uki w miej­sco­wej gram­mar scho­ol, chy­ba że cho­ro­wa­łam. Za­nim skoń­czy­łam dwu­dziest­kę, przez ogro­do­wy mur prze­szwar­co­wa­ło się tro­chę „ostrych”, jak je wów­czas na­zy­wa­no, piesz­czot, eks­pe­ry­men­ty z ty­to­niem, al­ko­ho­lem oraz nie­wiel­ką ilo­ścią ha­szy­szu, pły­ty roc­kan­drol­lo­we, ja­śniej­sze ko­lo­ry oraz cie­plej­sze re­la­cje mię­dzy­ludz­kie. Ma­jąc sie­dem­na­ście lat, moje przy­ja­ciół­ki i ja nie­śmia­ło i uro­czo się bun­to­wa­ły­śmy, za­ra­zem jed­nak od­ra­bia­ły­śmy pil­nie lek­cje i uczy­ły­śmy się na pa­mięć cza­sow­ni­ków nie­re­gu­lar­nych, rów­nań oraz mo­ty­wów po­stę­po­wa­nia bo­ha­te­rów li­te­rac­kich. Lu­bi­ły­śmy ucho­dzić za nie­grzecz­ne dziew­czyn­ki, lecz w grun­cie rze­czy by­ły­śmy ra­czej grzecz­ne. Ogól­ne pod­nie­ce­nie, ja­kie dało się wy­czuć w 1969 roku, spra­wia­ło nam pew­ną ra­dość. Łą­czy­ła się z nią świa­do­mość, że wkrót­ce na­dej­dzie pora, by opu­ścić dom i kon­ty­nu­ować edu­ka­cję gdzie in­dziej. Pod­czas pierw­szych osiem­na­stu lat mo­je­go ży­cia nie wy­da­rzy­ło się nic szcze­gól­ne­go bądź strasz­ne­go i dla­te­go je po­mi­jam.

Gdy­by to ode mnie za­le­ża­ło, wy­bra­ła­bym spo­koj­ne stu­dia na wy­dzia­le an­gli­sty­ki ja­kie­goś pro­win­cjo­nal­ne­go uni­wer­sy­te­tu, da­le­ko na pół­noc albo na za­chód od domu. Lu­bi­łam czy­tać po­wie­ści. Czy­ta­łam szyb­ko – mo­głam po­łknąć dwie albo trzy w cią­gu ty­go­dnia – i ro­bie­nie tego przez trzy lata bar­dzo mi od­po­wia­da­ło. W tam­tych cza­sach uwa­ża­no mnie jed­nak za wy­bryk na­tu­ry: dziew­czy­nę, któ­ra ma ta­lent do ma­te­ma­ty­ki. Nie by­łam za­in­te­re­so­wa­na tym przed­mio­tem, spra­wiał mi nie­wiel­ką przy­jem­ność, lecz lu­bi­łam przo­do­wać i zbyt­nio się przy tym nie prze­pra­co­wy­wać. Zna­łam od­po­wie­dzi na py­ta­nia, za­nim zdą­ży­łam od­kryć, jak na nie wpa­dłam. Pod­czas gdy moje ko­le­żan­ki ra­cho­wa­ły w po­cie czo­ła, ja do­cho­dzi­łam do roz­wią­za­nia kil­ko­ma płyn­ny­mi kro­ka­mi, któ­re były czę­ścio­wo wi­docz­ne, a czę­ścio­wo po­le­ga­ły po pro­stu na wy­czu­ciu tego, co wła­ści­we. Trud­no wy­ja­śnić, skąd wie­dzia­łam to, co wie­dzia­łam. Eg­za­min z ma­te­ma­ty­ki wy­ma­gał ode mnie o wie­le mniej wy­sił­ku niż eg­za­min z li­te­ra­tu­ry an­giel­skiej. Poza tym w ostat­niej kla­sie by­łam ka­pi­ta­nem szkol­nej dru­ży­ny sza­cho­wej. Mu­si­cie wy­tę­żyć nie­co wy­obraź­nię hi­sto­rycz­ną, by zro­zu­mieć, co w tam­tych cza­sach ozna­cza­ło dla dziew­czy­ny jeż­dże­nie do są­sied­niej szko­ły i strą­ca­nie z pie­de­sta­łu ja­kie­goś uśmie­cha­ją­ce­go się szy­der­czo chło­pacz­ka. Tak czy in­a­czej, ma­te­ma­ty­kę i sza­chy, po­dob­nie jak ho­kej, pli­so­wa­ne spód­nicz­ki i śpie­wa­nie hym­nów uwa­ża­łam za czy­sto szkol­ne rze­czy. Uzna­łam, że my­śląc o edu­ka­cji uni­wer­sy­tec­kiej, po­win­nam ze­rwać z tą dzie­ci­na­dą. Jed­nak nie skon­sul­to­wa­łam tego z mat­ką.

Była kwin­te­sen­cją lub ka­ry­ka­tu­rą żony pa­sto­ra, a póź­niej bi­sku­pa, z nie­sa­mo­wi­tą pa­mię­cią do na­zwisk, twa­rzy i wsze­la­kich bo­lą­czek pa­ra­fian, w tym, jak że­glo­wa­ła uli­cą w sza­li­ku od Her­me­sa, i jak uprzej­mie, lecz jed­no­cze­śnie z dy­stan­sem trak­to­wa­ła po­moc do­mo­wą oraz ogrod­ni­ka. Nie­ska­zi­tel­ny urok na każ­dym spo­łecz­nym szcze­blu, w każ­dej to­na­cji. Z ja­kim wy­czu­ciem i tak­tem po­tra­fi­ła do­sto­so­wać się po­zio­mem do wiecz­nie skrzy­wio­nych, pa­lą­cych jak lo­ko­mo­ty­wy ko­biet z osie­dli miesz­ka­nio­wych, któ­re przy­cho­dzi­ły do kryp­ty na spo­tka­nia Klu­bu Mło­dych Ma­tek. W jak nie­do­ści­gnio­ny spo­sób czy­ta­ła w na­szej ba­wial­ni opo­wieść wi­gi­lij­ną sie­dzą­cym u jej stóp mal­com z do­mów dziec­ka Bar­nar­da. Z jaką wro­dzo­ną sta­now­czo­ścią po­zwo­li­ła się wy­lu­zo­wać ar­cy­bi­sku­po­wi Can­ter­bu­ry, któ­ry kie­dyś wstą­pił do nas na pod­wie­czo­rek po po­świę­ce­niu od­bu­do­wa­nej fa­sa­dy ka­te­dry. Na czas jego wi­zy­ty Lucy i mnie wy­sła­no na górę. Wszyst­kie te rze­czy – i to do­pie­ro sta­no­wi­ło nie lada sztu­kę – łą­czy­ła ze skraj­nym od­da­niem i pod­po­rząd­ko­wa­niem się spra­wie mo­je­go ojca. Pro­mo­wa­ła go, ob­słu­gi­wa­ła, to­ro­wa­ła mu dro­gę na każ­dym za­krę­cie. Po­czy­na­jąc od uło­żo­nych w pu­deł­ku skar­pe­tek i wi­szą­cej w sza­fie upra­so­wa­nej togi aż po od­ku­rzo­ny ga­bi­net i ni­czym nie­zmą­co­ną so­bot­nią ci­szę w domu, gdy pi­sał ka­za­nie. W za­mian – oczy­wi­ście tyl­ko się tego do­my­ślam – do­ma­ga­ła się wy­łącz­nie, by ją ko­chał albo przy­najm­niej nig­dy nie opu­ścił.

Nie mia­łam jed­nak po­ję­cia, że głę­bo­ko pod tymi kon­wen­cjo­nal­ny­mi po­zo­ra­mi w mo­jej mat­ce tkwi­ło małe twar­de ziar­no fe­mi­ni­zmu. Je­stem pew­na, że to sło­wo nig­dy nie pa­dło z jej ust, ale to bez zna­cze­nia. Prze­ra­zi­ło mnie jej zde­cy­do­wa­nie. Oświad­czy­ła, że moim obo­wiąz­kiem jako ko­bie­ty jest stu­dio­wać w Cam­brid­ge ma­te­ma­ty­kę. Jako ko­bie­ty? W tam­tych cza­sach, w na­szym śro­do­wi­sku, nikt tak nie mó­wił. Żad­na ko­bie­ta nie ro­bi­ła cze­goś „jako ko­bie­ta”. Po­wie­dzia­ła, że nie po­zwo­li, bym zmar­no­wa­ła swój ta­lent. Mia­łam się wy­bić i stać kimś wy­jąt­ko­wym. Mia­łam zro­bić ka­rie­rę na polu na­uki, in­ży­nie­rii lub eko­no­mii. Po­zwo­li­ła so­bie na ko­mu­nał, twier­dząc, że świat leży u mo­ich stóp. To nie w po­rząd­ku wo­bec mo­jej sio­stry, że w prze­ci­wień­stwie do niej je­stem i in­te­li­gent­na, i pięk­na. Je­śli nie zaj­dę wy­so­ko, wy­rzą­dzę jej jesz­cze więk­szą krzyw­dę. Nie ro­zu­mia­łam lo­gi­ki tego wy­wo­du, lecz nie opo­no­wa­łam. Mat­ka oświad­czy­ła, że nig­dy by mi nie wy­ba­czy­ła i nie wy­ba­czy­ła­by so­bie, gdy­bym po­szła na stu­dia fi­lo­lo­gicz­ne i zo­sta­ła co naj­wy­żej tro­chę le­piej od niej wy­edu­ko­wa­ną kurą do­mo­wą. Gro­zi­ło mi, że zmar­nu­ję ży­cie. Tak to uję­ła, przy­zna­jąc się w ten spo­sób do fia­ska. Tyl­ko ten je­den raz dała do zro­zu­mie­nia, że nie jest za­do­wo­lo­na ze swo­jej sy­tu­acji ży­cio­wej.

Na­stęp­nie zwer­bo­wa­ła ojca, Bi­sku­pa, jak na­zy­wa­ły­śmy go ra­zem z sio­strą. Gdy wró­ci­łam pew­ne­go po­po­łu­dnia ze szko­ły, oznaj­mi­ła, że cze­ka na mnie w ga­bi­ne­cie. Ubra­na w zie­lo­ny ble­zer ozdo­bio­ny her­bem i de­wi­zą Nisi Do­mi­nus Va­num (Bez Pana wszyst­ko jest mar­no­ścią), roz­sia­dłam się na­dą­sa­na w jego klu­bo­wym skó­rza­nym fo­te­lu, a on za­jął miej­sce za biur­kiem i sta­rał się ze­brać my­śli, prze­rzu­ca­jąc pa­pie­ry i nu­cąc pod no­sem. My­śla­łam, że ura­czy mnie przy­po­wie­ścią o ta­len­tach, lecz on ob­rał za­ska­ku­ją­cą i prak­tycz­ną tak­ty­kę. Oka­za­ło się, że za­się­gnął ję­zy­ka. Cam­brid­ge za­le­ża­ło na tym, by ucho­dzić za uczel­nię, któ­ra „otwie­ra się na no­wo­cze­sny ega­li­tar­ny świat”. Z moim po­trój­nym pe­chem – świa­dec­twem ukoń­cze­nia gram­mar scho­ol, tym, że je­stem dziew­czy­ną oraz wy­bo­rem cał­ko­wi­cie mę­skie­go przed­mio­tu – mo­głam mieć pew­ność, że się do­sta­nę. Gdy­bym za­mie­rza­ła jed­nak stu­dio­wać tam fi­lo­lo­gię (co nig­dy nie było moim za­mia­rem; Bi­skup nig­dy nie był moc­ny w de­ta­lach), mo­gło­by nie pójść mi tak ła­two. W na­stęp­nym ty­go­dniu mat­ka od­by­ła roz­mo­wę z dy­rek­to­rem szko­ły. Za­przę­gnię­to kil­ku na­uczy­cie­li, któ­rzy po­słu­ży­li się wszyst­ki­mi ar­gu­men­ta­mi mo­ich ro­dzi­ców tu­dzież kil­ko­ma wła­sny­mi i mu­sia­łam oczy­wi­ście ustą­pić.

Po­rzu­ci­łam więc za­miar stu­dio­wa­nia an­gli­sty­ki na uni­wer­sy­te­cie w Dur­ham albo Abe­ry­stwyth, gdzie z całą pew­no­ścią by­ła­bym szczę­śli­wa, i za­miast tego pod­ję­łam stu­dia w Newn­ham Col­le­ge w Cam­brid­ge, by w trak­cie mo­je­go pierw­sze­go se­mi­na­rium, któ­re od­by­wa­ło się w Tri­ni­ty, prze­ko­nać się, jak mar­ną je­stem ma­te­ma­tycz­ką. Try­mestr je­sien­ny spra­wił, że wpa­dłam w przy­gnę­bie­nie i o mało nie rzu­ci­łam stu­diów. Nie­zdar­ni chłop­cy, któ­rym Bóg po­ską­pił uro­ku oraz in­nych ludz­kich przy­mio­tów, ta­kich jak em­pa­tia i gra­ma­ty­ka ge­ne­ra­tyw­na, spryt­niej­si ku­zy­ni głup­ków, któ­rych ogry­wa­łam w sza­chy, zer­ka­li na mnie z po­li­to­wa­niem, gdy zma­ga­łam się z kon­cep­ta­mi przez nich uwa­ża­ny­mi za oczy­wi­ste.

– Oto naj­ja­śniej­sza pan­na Fro­me – mó­wił z prze­ką­sem je­den z asy­sten­tów, gdy zja­wia­łam się co wto­rek na jego za­ję­ciach. – Se­re­nis­si­ma! Nie­bie­sko­oka! Chodź i nas oświeć!

Dla mo­ich wy­kła­dow­ców i ko­le­gów ze stu­diów nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, że nie od­no­szę suk­ce­sów, po­nie­waż je­stem atrak­cyj­ną dziew­czy­ną w mi­ni­spód­nicz­ce, z opa­da­ją­cy­mi na ra­mio­na blond wło­sa­mi. W rze­czy­wi­sto­ści nie od­no­si­łam suk­ce­sów, gdyż po­dob­nie jak pra­wie cała ludz­kość, nie by­łam zbyt do­bra z ma­te­ma­ty­ki, przy­najm­niej nie na tym po­zio­mie. Ro­bi­łam wszyst­ko, co w mo­jej mocy, by prze­nieść się na an­gli­sty­kę, ro­ma­ni­sty­kę, a na­wet an­tro­po­lo­gię, ale nikt mnie nie chciał. Żeby nie prze­dłu­żać dłu­giej i przy­krej opo­wie­ści, po­wiem, że za­ci­snąw­szy zęby, ukoń­czy­łam stu­dia z oce­ną do­sta­tecz­ną.

Sko­ro nie roz­wo­dzi­łam się zbyt­nio nad dzie­ciń­stwem i la­ta­mi szcze­nię­cy­mi, nie ma po­wo­du, bym in­a­czej po­trak­to­wa­ła okres stu­diów. Nig­dy nie wy­bra­łam się na prze­jażdż­kę pła­sko­den­ną ło­dzią z gra­mo­fo­nem na korb­kę lub bez, nie obej­rza­łam ani jed­ne­go spek­ta­klu w Fo­otli­ghts – te­atr wpra­wia mnie w za­kło­po­ta­nie – ani nie da­łam się aresz­to­wać pod­czas za­mie­szek przy Gar­den Ho­use. Już na pierw­szym se­me­strze stra­ci­łam jed­nak dzie­wic­two – jak się wy­da­wa­ło, nie raz, lecz kil­ka razy, tak nie­po­rad­nie i bez słów się to od­by­wa­ło – i w cią­gu dzie­wię­ciu se­me­strów, w za­leż­no­ści od tego, jak zde­fi­niu­je się sto­sun­ki cie­le­sne, za­li­czy­łam sze­ściu, sied­miu lub ośmiu chło­pa­ków. Za­war­łam kil­ka bli­skich przy­jaź­ni ze stu­diu­ją­cy­mi w Newn­ham dziew­czy­na­mi. Gry­wa­łam w te­ni­sa i czy­ta­łam książ­ki. Mat­ka spra­wi­ła, że stu­dio­wa­łam zły przed­miot, ale nie prze­sta­łam czy­tać. W szko­le rzad­ko czy­ta­łam po­ezję i dra­ma­ty, ale lek­tu­ra po­wie­ści spra­wia­ła mi chy­ba wię­cej przy­jem­no­ści ani­że­li moim uni­wer­sy­tec­kim przy­ja­ciół­kom, któ­re mu­sia­ły co ty­dzień ślę­czeć nad ese­ja­mi na te­mat Mia­stecz­ka Mid­dle­march lub Tar­go­wi­ska próż­no­ści. Ja po­ły­ka­łam te same książ­ki, roz­ma­wia­łam o nich, je­śli zna­la­złam ko­goś, kto to­le­ro­wał mój po­ziom dys­kur­su, a po­tem szłam da­lej. Czy­ta­nie było dla mnie spo­so­bem, by nie my­śleć o ma­te­ma­ty­ce. Wię­cej, było spo­so­bem, by nie my­śleć w ogó­le.

Wspo­mnia­łam, że by­łam szyb­ka. The Way We Live Now Trol­lo­pe’a skoń­czy­łam w czte­ry po­po­łu­dnia, le­żąc w łóż­ku! Po­tra­fi­łam po­łknąć frag­ment tek­stu lub cały aka­pit jed­nym wi­zu­al­nym hau­stem. Moje oczy i my­śli zmie­nia­ły się w mięk­ki wosk, na któ­rym od­bi­ja­ła się stro­ni­ca. Ku iry­ta­cji to­wa­rzy­szą­cych mi osób co kil­ka se­kund prze­wra­ca­łam kart­kę nie­cier­pli­wym ru­chem nad­garst­ka. Mia­łam pro­ste po­trze­by. Nie przej­mo­wa­łam się te­ma­ta­mi ani traf­ny­mi sfor­mu­ło­wa­nia­mi, omi­ja­łam wy­su­bli­mo­wa­ne opi­sy po­go­dy, kra­jo­bra­zów i wnętrz. Szu­ka­łam po­sta­ci, w któ­re mo­gła­bym uwie­rzyć, i chcia­łam, by za­cie­ka­wi­ło mnie to, co im się przy­da­rza. Ge­ne­ral­nie naj­bar­dziej lu­bi­łam, kie­dy lu­dzie za­ko­chi­wa­li się w so­bie, względ­nie się od­ko­chi­wa­li, jed­nak nie prze­szka­dza­ło mi zbyt­nio, je­śli zaj­mo­wa­li się czymś in­nym. Ocze­ki­wa­nie cze­goś ta­kie­go było wul­gar­ne, lu­bi­łam jed­nak, gdy pod ko­niec ktoś pro­sił ko­goś o rękę. Po­wie­ści bez po­sta­ci ko­bie­cych były po­zba­wio­ną ży­cia pu­sty­nią. Con­rad w ogó­le dla mnie nie ist­niał, po­dob­nie jak więk­szość opo­wie­ści Ki­plin­ga i He­min­gwaya. Re­pu­ta­cja au­to­ra nie ro­bi­ła na mnie wra­że­nia. Czy­ta­łam wszyst­ko, co wpa­dło mi w ręce. Szmi­rę, wiel­ką li­te­ra­tu­rę oraz to, co mie­ści­ło się mię­dzy tymi dwo­ma bie­gu­na­mi – i każ­dą po­zy­cję trak­to­wa­łam w taki sam bru­tal­ny spo­sób.

Jaka słyn­na po­wieść tak się za­czy­na? W dniu jej przy­jaz­du do No­we­go Jor­ku tem­pe­ra­tu­ra prze­kro­czy­ła trzy­dzie­ści stop­ni w cie­niu2. Czy to nie chwy­tli­we? Nie zna­cie tej książ­ki? Roz­ba­wi­łam moje stu­diu­ją­ce an­gli­sty­kę przy­ja­ciół­ki z Newn­ham, oświad­cza­jąc, że Do­li­na la­lek jest nie gor­sza od któ­rej­kol­wiek z ksią­żek Jane Au­sten. Skwi­to­wa­ły to śmie­chem i przez kil­ka mie­się­cy mi do­ci­na­ły. I nie prze­czy­ta­ły ani jed­nej li­nij­ki Su­sann. Ale kogo to ob­cho­dzi­ło? Kto przej­mo­wał­by się nie­skry­sta­li­zo­wa­ny­mi opi­nia­mi mar­nej ma­te­ma­tycz­ki? Ani ja, ani moje przy­ja­ciół­ki. Przy­najm­niej pod tym wzglę­dem by­łam nie­skrę­po­wa­na.

Kwe­stia mo­ich czy­tel­ni­czych na­wy­ków pod­czas stu­diów nie jest dy­gre­sją. Wła­śnie te książ­ki przy­czy­ni­ły się do tego, że zro­bi­łam ka­rie­rę w wy­wia­dzie. Kie­dy by­łam na ostat­nim roku, moja przy­ja­ciół­ka Rona Kemp za­ło­ży­ła ty­go­dnik o na­zwie „?Quis?”. Po­dob­ne przed­się­wzię­cia po­wsta­wa­ły i upa­da­ły ca­ły­mi dzie­siąt­ka­mi, ale jej pi­sem­ko wy­prze­dza­ło swój czas po­mie­sza­niem wy­so­kie­go z ni­skim. Po­ezja i mu­zy­ka pop, teo­ria po­li­tycz­na i plot­ki, kwar­te­ty smycz­ko­we i moda stu­denc­ka, no­uvel­le va­gue i fut­bol. Dzie­sięć lat póź­niej tę for­mu­łę sto­so­wa­li już wszy­scy. Rona być może jej nie wy­my­śli­ła, ale była jed­ną z pierw­szych, któ­rzy do­strze­gli jej atrak­cyj­ność. Prze­szła po­tem do „Vo­gue’a”, za­ha­czyw­szy po dro­dze o „Ti­mes Li­te­ra­ry Sup­ple­ment”, a póź­niej za­li­cza­ła spek­ta­ku­lar­ne wzlo­ty i upad­ki, za­kła­da­jąc nowe cza­so­pi­sma na Man­hat­ta­nie i w Rio. Po­dwój­ny znak za­py­ta­nia w ty­tu­le jej pierw­sze­go pi­sma był in­no­wa­cją, dzię­ki któ­rej uda­ło się wy­dać je­de­na­ście nu­me­rów. Pa­mię­ta­jąc o moim wy­stą­pie­niu na te­mat Su­sann, po­pro­si­ła, bym pi­sy­wa­ła re­gu­lar­nie fe­lie­to­ny pod na­głów­kiem Co czy­ta­łam w ze­szłym ty­go­dniu. Mia­łam być „trzpio­to­wa­ta i wszyst­ko­żer­na”. Buł­ka z ma­słem! Pi­sa­łam tak, jak mó­wi­łam, nie wy­kra­cza­jąc na ogół poza stresz­cza­nie ksią­żek, któ­re wła­śnie po­chło­nę­łam, i w świa­do­mej au­to­pa­ro­dii ozda­bia­łam wy­da­wa­ne co ja­kiś czas wer­dyk­ty rzę­da­mi wy­krzyk­ni­ków. Moja bez­tro­ska ali­te­ra­cyj­na pro­za cał­kiem się spodo­ba­ła. Kil­ka razy pod­cho­dzi­li do mnie na uli­cy obcy lu­dzie, by mi o tym po­wie­dzieć. Po­chwa­lił mnie na­wet fi­lu­ter­ny asy­stent z ma­te­ma­ty­ki. Nig­dy w ży­ciu nie by­łam tak bli­ska za­kosz­to­wa­nia tego słod­kie­go, ude­rza­ją­ce­go do gło­wy elik­si­ru, ja­kim jest stu­denc­ka sła­wa.

Na­pi­sa­łam pół tu­zi­na we­so­łych tek­stów i coś za­czę­ło się psuć. Jak wie­lu au­to­rów, któ­rzy od­nie­śli umiar­ko­wa­ny suk­ces, za­czę­łam trak­to­wać sie­bie zbyt po­waż­nie. By­łam dziew­czy­ną o nie­u­kształ­to­wa­nych gu­stach, z pu­stym umy­słem do wzię­cia. Jak po­wie­dział ktoś w jed­nej z czy­ta­nych prze­ze mnie po­wie­ści, cze­ka­łam na Ide­al­ne­go Wy­bran­ka, któ­ry po­ja­wi się i mnie po­rwie. Moim Ide­al­nym Wy­bran­kiem stał się pe­wien su­ro­wy Ro­sja­nin. Od­kry­łam au­to­ra i pro­ble­ma­ty­kę i sta­łam się ich en­tu­zjast­ką. Na­gle mia­łam te­mat oraz mi­sję, któ­rej mo­głam się pod­jąć. Za­czę­łam po­pra­wiać swo­je tek­sty. Za­miast pi­sać pro­sto z gło­wy, skro­ba­łam ko­lej­ne wer­sje. Moim skrom­nym zda­niem fe­lie­to­ny do „?Quis?” sta­ły się waż­ną służ­bą pu­blicz­ną. Zry­wa­łam się w nocy, by wy­kre­ślać całe aka­pi­ty i ry­so­wać na kart­kach strzał­ki i chmur­ki. Cho­dzi­łam na waż­ne mar­sze. Wie­dzia­łam, że stra­cę czy­tel­ni­ków, ale mia­łam to w no­sie. To, że ich licz­ba się zmniej­sza­ła, świad­czy­ło o tym, iż mam ra­cję, to była he­ro­icz­na cena, jaką mu­sia­łam za­pła­cić. Moje tek­sty czy­ta­li nie­wła­ści­wi lu­dzie.

Pro­te­sty Rony nie zro­bi­ły na mnie wra­że­nia. Ra­czej utwier­dza­ły mnie w mo­jej de­cy­zji. „To nie jest spe­cjal­nie trzpio­to­wa­te”, oświad­czy­ła chłod­no któ­re­goś po­po­łu­dnia w Cop­per Ket­tle, od­da­jąc mi tekst. „Nie tak się uma­wia­ły­śmy”. Mia­ła ra­cję. Gniew i nie­cier­pli­wość za­wę­zi­ły moje za­in­te­re­so­wa­nia i zde­mo­lo­wa­ły styl, w któ­rym za­bra­kło miej­sca na wy­krzyk­ni­ki i bez­ce­re­mo­nial­ność.

Mój upa­dek za­czął się od pięć­dzie­się­ciu mi­nut, któ­re spę­dzi­łam z Jed­nym dniem w ży­ciu Iwa­na De­ni­so­wi­cza w no­wym prze­kła­dzie Gil­lo­na Ait­ke­na. Prze­czy­ta­łam to opo­wia­da­nie za­raz po Ośmior­nicz­ce Iana Fle­min­ga. To było twar­de lą­do­wa­nie. Nie wie­dzia­łam nic o so­wiec­kich obo­zach pra­cy i nig­dy wcze­śniej nie sły­sza­łam sło­wa „gu­łag”. Do­ra­sta­jąc w cie­niu ka­te­dry, cóż mo­głam wie­dzieć o okrut­nych ab­sur­dach ko­mu­ni­zmu, o ze­sła­nych do od­le­głych ko­lo­nii kar­nych dziel­nych męż­czy­znach i ko­bie­tach, któ­rych my­śli zre­du­ko­wa­no do co­dzien­ne­go prze­trwa­nia. Set­kach i ty­sią­cach lu­dzi wy­wie­zio­nych w sy­be­ryj­ską głu­szę za to, że wal­czy­li o oj­czy­znę na ob­cej zie­mi, że dali się wziąć do nie­wo­li, że zi­ry­to­wa­li ja­kie­goś dzia­ła­cza par­tyj­ne­go, że sami byli dzia­ła­cza­mi par­tyj­ny­mi, że no­si­li oku­la­ry, byli Ży­da­mi, ho­mo­sek­su­ali­sta­mi, chło­pa­mi ma­ją­cy­mi jed­ną kro­wę albo po­eta­mi. Kto wy­stę­po­wał w imie­niu wszyst­kich tych ska­za­nych na za­tra­ce­nie lu­dzi? Nie wie­dzia­łam nic o spo­rach i roz­cza­ro­wa­niach star­sze­go po­ko­le­nia. Nie sły­sza­łam o Le­wi­co­wej Opo­zy­cji. Moja po­zasz­kol­na edu­ka­cja ogra­ni­cza­ła się do odro­bi­ny do­dat­ko­wej ma­te­ma­ty­ki i ster­ty ksią­żek w mięk­kich okład­kach. By­łam nie­win­na, to­też tar­gnę­ło mną mo­ral­ne obu­rze­nie. Nie uży­wa­łam i w ogó­le nie sły­sza­łam sło­wa „to­ta­li­ta­ryzm”. Są­dzi­ła­bym pew­nie, że ma coś wspól­ne­go z od­ma­wia­niem drin­ka. Od­bie­ra­jąc de­pe­sze z za­po­mnia­ne­go fron­tu, wie­rzy­łam, że uchy­lam za­sło­nę, otwie­ram nowe ho­ry­zon­ty.

W cią­gu ty­go­dnia prze­czy­ta­łam Krąg pierw­szy Soł­że­ni­cy­na. Ty­tuł na­wią­zy­wał do Dan­te­go. Jego pierw­szy krąg pie­kła, za­re­zer­wo­wa­ny dla grec­kich fi­lo­zo­fów, był, tak się skła­da­ło, mi­łym ogro­dem, za któ­re­go mu­rem za­da­wa­no lu­dziom pie­kiel­ne męki, ogro­dem, z któ­re­go nie wol­no było uciec ani do­stać się do raju. Po­peł­ni­łam ty­po­wy błąd en­tu­zja­stów, uzna­jąc, że wszy­scy są ta­ki­mi sa­my­mi igno­ran­ta­mi jak ja. Mój fe­lie­ton stał się try­bu­ną, z któ­rej wy­gła­sza­łam pło­mien­ne ape­le. Czy za­do­wo­lo­ne z sie­bie Cam­brid­ge nie wie, co dzia­ło się i nadal dzie­je czte­ry i pół ty­sią­ca ki­lo­me­trów na wschód, czy nie za­uwa­ży­ło szkód, ja­kie ta nie­speł­nio­na uto­pia ko­le­jek po żyw­ność, okrop­nych ubrań i za­ka­zu po­dró­żo­wa­nia wy­rzą­dzi­ła ludz­kie­mu du­cho­wi? Co na­le­ża­ło zro­bić?

„?Quis?” wy­trzy­ma­ło czte­ry run­dy mo­jej an­ty­ko­mu­ni­stycz­nej ba­ta­lii. Za­in­te­re­so­wa­łam się rów­nież Ciem­no­ścią w po­łu­dnie Ko­estle­ra, Nie­pra­wym go­dłem Na­bo­ko­va i zna­ko­mi­tym trak­ta­tem Mi­ło­sza pod ty­tu­łem Znie­wo­lo­ny umysł. By­łam tak­że pierw­szą oso­bą, któ­ra zro­zu­mia­ła 1984 Or­wel­la. Na za­wsze jed­nak po­zo­sta­łam wier­na mo­jej pierw­szej mi­ło­ści, Alek­san­dro­wi. Z jego czo­łem wzno­szą­cym się ni­czym ko­pu­ła cer­kwi, po­tęż­ną bro­dą wiej­skie­go pa­sto­ra, po­twier­dzo­nym w gu­ła­gu mrocz­nym au­to­ry­te­tem i upar­tą aler­gią na po­li­ty­ków. Nie po­wstrzy­ma­ły mnie na­wet jego prze­ko­na­nia re­li­gij­ne. Wy­ba­czy­łam mu, kie­dy po­wie­dział, że czło­wiek za­po­mniał o Bogu. Sam był Bo­giem. Któż mógł się z nim rów­nać? Któż mógł od­mó­wić mu na­gro­dy No­bla? Pa­trząc na fo­to­gra­fię Soł­że­ni­cy­na, chcia­łam zo­stać jego ko­chan­ką. Słu­ży­ła­bym mu tak, jak mat­ka słu­ży­ła mo­je­mu ojcu. Czy pra­ła­bym mu skar­pet­ki? Klę­ka­ła­bym, by ob­myć mu sto­py. Ję­zy­kiem!

W tam­tych la­tach za­chod­ni po­li­ty­cy i au­to­rzy wstęp­nia­ków ru­ty­no­wo roz­wo­dzi­li się nad nie­go­dzi­wo­ścia­mi sys­te­mu so­wiec­kie­go. W kon­tek­ście stu­denc­kie­go ży­cia i stu­denc­kiej po­li­ty­ki wy­da­wa­ło się to po pro­stu lek­ko nie­smacz­ne. Sko­ro CIA była prze­ciw­ko ko­mu­ni­zmo­wi, mu­sia­ło w nim być coś po­zy­tyw­ne­go. W Par­tii Pra­cy nadal czczo­no pod­sta­rza­łych krem­low­skich wład­ców i ich ma­ka­brycz­ny pro­jekt, na co­rocz­nych zjaz­dach nadal śpie­wa­no Mię­dzy­na­ro­dów­kę, nadal or­ga­ni­zo­wa­no stu­denc­ką wy­mia­nę kul­tu­ral­ną. W zim­no­wo­jen­nym okre­sie bi­nar­ne­go my­śle­nia nie wy­pa­da­ło zga­dzać się w kwe­stii Związ­ku So­wiec­kie­go z ame­ry­kań­skim pre­zy­den­tem, któ­ry pro­wa­dził woj­nę w Wiet­na­mie. Jed­nak pod­czas tam­te­go pod­wie­czor­ku w Cop­per Ket­tle, Rona, już wów­czas taka wy­ra­fi­no­wa­na, wy­per­fu­mo­wa­na i pre­cy­zyj­na, oświad­czy­ła, że w mo­ich fe­lie­to­nach wca­le nie razi jej po­li­ty­ka. Moim grze­chem była szcze­rość. W na­stęp­nym nu­me­rze nie za­miesz­czo­no mo­je­go tek­stu. Jego miej­sce za­jął wy­wiad z In­cre­di­ble String Band. A po­tem „?Quis?” prze­stał wy­cho­dzić.

• • •

Parę dni po wy­la­niu mnie z pi­sma we­szłam w fazę Co­let­te, któ­ra trwa­ła kil­ka mie­się­cy. Mia­łam tak­że inne pil­ne zmar­twie­nia. Do koń­co­wych eg­za­mi­nów zo­sta­ło mi tyl­ko kil­ka ty­go­dni i mia­łam no­we­go chło­pa­ka, hi­sto­ry­ka na­zwi­skiem Je­re­my Mott. Re­pre­zen­to­wał pe­wien szcze­gól­ny sta­ro­świec­ki typ: tycz­ko­wa­ty, z wiel­kim no­sem i za du­żym jabł­kiem Ada­ma. Był tro­chę za­nie­dba­ny, dys­kret­nie by­stry i wy­jąt­ko­wo grzecz­ny. Za­uwa­ży­łam w po­bli­żu kil­ku po­dob­nych do nie­go osob­ni­ków. Wszy­scy po­cho­dzi­li chy­ba z tej sa­mej ro­dzi­ny i ukoń­czy­li szko­ły pu­blicz­ne na pół­no­cy An­glii, gdzie wy­da­no im ta­kie same ubra­nia. Byli ostat­ni­mi ludź­mi na zie­mi, któ­rzy no­si­li twe­edo­we ma­ry­nar­ki Har­ri­sa ze skó­rza­ny­mi ła­ta­mi na łok­ciach i la­mów­ka­mi na man­kie­tach. Do­wie­dzia­łam się – choć nie od Je­re­my’ego – że po­wi­nien chy­ba ukoń­czyć stu­dia z wy­ni­kiem ce­lu­ją­cym i że opu­bli­ko­wał już ar­ty­kuł w na­uko­wym cza­so­pi­śmie po­świę­co­nym stu­diom nad XVI wie­kiem.

Oka­zał się czu­łym i tak­tow­nym ko­chan­kiem mimo nie­for­tun­nej, ostro ster­czą­cej ko­ści ło­no­wej, któ­ra za pierw­szym ra­zem przy­spo­rzy­ła mi spo­ro bólu. Prze­pro­sił za nią w spo­sób, w jaki prze­pra­sza się za obłą­ka­ne­go, lecz da­le­kie­go krew­ne­go. Przez co ro­zu­miem, że nie był szcze­gól­nie za­kło­po­ta­ny. Upo­ra­li­śmy się z tym pro­ble­mem, ko­cha­jąc się ze zło­żo­nym mię­dzy nami ręcz­ni­kiem, któ­re to re­me­dium, jak wy­czu­łam, sto­so­wał już wcze­śniej. Był na­praw­dę uważ­ny i spraw­ny i po­tra­fił prze­dłu­żać sto­su­nek tak dłu­go, jak chcia­łam, a na­wet dłu­żej, tak dłu­go, że nie mo­głam tego wy­trzy­mać. Mimo mo­ich sta­rań jego or­ga­zmy były ulot­ne i za­czę­łam po­dej­rze­wać, że pra­gnie, bym coś po­wie­dzia­ła lub zro­bi­ła. Nie wy­ja­wił, co by to mo­gło być. Co wię­cej, utrzy­my­wał, że nie ma o czym mó­wić. Nie wie­rzy­łam mu. Chcia­łam, by miał ta­jem­ne i wsty­dli­we pra­gnie­nia, któ­re tyl­ko ja po­tra­fię za­spo­ko­ić. Chcia­łam, by ten grzecz­ny, wy­nio­sły męż­czy­zna na­le­żał tyl­ko do mnie. Czy miał ocho­tę zlać mnie po pu­pie, względ­nie że­bym ja zla­ła jego? Czy chciał przy­mie­rzyć moją bie­li­znę? Ta za­gad­ka nie da­wa­ła mi spo­ko­ju, gdy mi nie to­wa­rzy­szył, i tym trud­niej było mi prze­stać o nim my­śleć, kie­dy po­win­nam kon­cen­tro­wać się na ma­te­ma­ty­ce. Co­let­te była moją uciecz­ką.

Pew­ne­go po­po­łu­dnia na po­cząt­ku kwiet­nia, po se­sji ze zło­żo­nym ręcz­ni­kiem w po­ko­ju Je­re­my’ego, prze­cho­dzi­li­śmy przez uli­cę przy sta­rej Gieł­dzie Zbo­żo­wej, ja od­czu­wa­jąc bło­gość i po­wią­za­ny z nią ból na­cią­gnię­te­go mię­śnia grzbie­tu, a on… no cóż, tego nie mo­głam być pew­na. Za­sta­na­wia­łam się, czy znów po­ru­szyć ten te­mat. Je­re­my za­cho­wy­wał się sym­pa­tycz­nie: trzy­mał mi rękę na ra­mie­niu i opo­wia­dał o swo­im ese­ju na te­mat Izby Gwiaź­dzi­stej. By­łam prze­ko­na­na, że się nie za­spo­ko­ił. Wy­da­wa­ło mi się, że wy­czu­wam na­pię­cie w jego gło­sie i ner­wo­wym kro­ku. W tej epo­ce sek­su nie miał ani jed­ne­go or­ga­zmu. Chcia­łam mu po­móc i by­łam au­ten­tycz­nie za­cie­ka­wio­na. Poza tym nie­po­ko­iła mnie myśl, że być może spra­wiam mu za­wód. Pod­nie­ca­łam go, to nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, ale może nie­do­sta­tecz­nie mnie po­żą­dał. Kie­dy mi­ja­li­śmy Gieł­dę Zbo­żo­wą w wil­got­nym chło­dzie wio­sen­ne­go zmierz­chu, ręka ko­chan­ka otu­la­ła mnie ni­czym fu­tro z lisa, a moje szczę­ście za­kłó­ca­ło je­dy­nie lek­kie ćmie­nie w mię­śniach oraz – może tro­chę bar­dziej – za­gad­ka pra­gnień Je­re­my’ego.

Na­gle z bocz­nej alej­ki wy­szedł, uka­zu­jąc się nam w przy­ćmio­nym świe­tle ulicz­nej la­tar­ni, pro­mo­tor Je­re­my’ego, Tony Can­ning. Kie­dy zo­sta­li­śmy so­bie przed­sta­wie­ni, przy­trzy­mał moją dłoń, jak mi się zda­wa­ło, o wie­le za dłu­go. Nie­daw­no skoń­czył pięć­dzie­siąt lat – był w wie­ku mo­je­go ojca – i wie­dzia­łam o nim tyl­ko to, co po­wie­dział mi Je­re­my. Był pro­fe­so­rem i przy­jaź­nił się nie­gdyś z mi­ni­strem spraw we­wnętrz­nych Reg­giem Mau­dlin­giem, któ­ry sto­ło­wał się w jego ko­le­gium. Dwaj męż­czyź­ni po­kłó­ci­li się pew­ne­go razu przy za­kra­pia­nej ko­la­cji o po­li­ty­kę in­ter­no­wa­nia bez pro­ce­su w Ir­lan­dii Pół­noc­nej. Pro­fe­sor Can­ning prze­wod­ni­czył poza tym ko­mi­sji za­byt­ków hi­sto­rycz­nych, za­sia­dał w róż­nych cia­łach do­rad­czych, był człon­kiem za­rzą­du Bri­tish Mu­seum oraz au­to­rem wy­so­ko ce­nio­nej mo­no­gra­fii o kon­gre­sie wie­deń­skim.

Był jed­nym z wiel­kich tego świa­ta, z któ­ry­mi mia­łam już nie­co do czy­nie­nia. Męż­czyź­ni jego po­kro­ju przy­cho­dzi­li cza­sa­mi do na­sze­go domu, by od­wie­dzić Bi­sku­pa. W okre­sie, któ­ry na­stą­pił po la­tach sześć­dzie­sią­tych, gra­li oczy­wi­ście na ner­wach każ­de­mu, kto nie skoń­czył dwu­dzie­stu pię­ciu lat, ale­ja chy­ba ich lu­bi­łam. Po­tra­fi­li być uro­czy, na­wet dow­cip­ni, a snu­ją­cy się za nimi za­pach bran­dy i cy­gar spra­wiał, że świat wy­da­wał się upo­rząd­ko­wa­ny i bo­ga­ty. Mie­li o so­bie wy­so­kie mnie­ma­nie, ale nie byli chy­ba nie­uczci­wi i ce­cho­wa­ło ich, lub spra­wia­li wra­że­nie, że tak jest, sil­ne po­czu­cie służ­by pu­blicz­nej. Trak­to­wa­li po­waż­nie swo­je przy­jem­no­ści (wino, je­dze­nie, węd­ko­wa­nie, brydż i tak da­lej) i nie­któ­rzy z nich ode­gra­li, jak się wy­da­je, cie­ka­wą rolę pod­czas woj­ny. Pa­mię­ta­łam Boże Na­ro­dze­nia, kie­dy ten czy inny da­wał mnie i sio­strze po dzie­się­cio­szy­lin­go­wym bank­no­cie. Tacy lu­dzie mo­gli rzą­dzić świa­tem. Inni byli o wie­le gor­si.

Can­ning nie był szcze­gól­nie wy­nio­sły, być może z ra­cji dość skrom­nych funk­cji pu­blicz­nych, któ­re peł­nił. Za­uwa­ży­łam, że ma fa­lu­ją­ce wło­sy, wil­got­ne, peł­ne war­gi oraz mały do­łe­czek po­środ­ku pod­bród­ka, któ­ry wy­dał mi się uro­czy, po­nie­waż na­wet w przy­ćmio­nym świe­tle la­tar­ni do­strze­głam, że nie­ła­two było mu zgo­lić w tym miej­scu za­rost. Z pio­no­wej bruz­dy w skó­rze ster­cza­ły nie­sfor­ne ciem­ne wło­ski. Był przy­stoj­nym męż­czy­zną.

Kie­dy zo­sta­li­śmy so­bie przed­sta­wie­ni, za­dał mi kil­ka py­tań. Były grzecz­ne i dość nie­win­ne – o mój dy­plom, Newn­ham, kie­row­ni­ka wy­dzia­łu, któ­ry był jego do­brym zna­jo­mym, moje ro­dzin­ne mia­sto i ka­te­drę. Je­re­my wtrą­cił się na chwi­lę do roz­mo­wy, a Can­ning prze­rwał mu, żeby po­dzię­ko­wać za to, że po­ka­zał mu moje trzy ostat­nie ar­ty­ku­ły w „?Quis?”.

– Cho­ler­nie do­bre tek­sty – stwier­dził, znów zwra­ca­jąc się do mnie. – Masz praw­dzi­wy ta­lent, moja dro­ga. Za­mie­rzasz zo­stać dzien­ni­kar­ką?

„?Quis?” było stu­denc­ką ga­zet­ką nie­skie­ro­wa­ną do po­waż­ne­go czy­tel­ni­ka. Po­chwa­ła spra­wi­ła mi przy­jem­ność, ale by­łam zbyt mło­da, by wie­dzieć, jak ją przy­jąć. Wy­mam­ro­ta­łam coś skrom­nie, ale za­brzmia­ło to nie­co lek­ce­wa­żą­co, w związ­ku z czym pró­bo­wa­łam nie­zgrab­nie za­trzeć złe wra­że­nie i ob­la­łam się ru­mień­cem. Pro­fe­sor uli­to­wał się nade mną i za­pro­sił nas na her­ba­tę, a my, czy też sam Je­re­my, przy­ję­li­śmy za­pro­sze­nie. Za­wró­ci­li­śmy więc i ru­szy­li­śmy z Can­nin­giem przez targ w stro­nę ko­le­gium.

Jego po­kój był skrom­niej­szy i bar­dziej ob­skur­ny, niż się spo­dzie­wa­łam, i za­sko­czo­na od­kry­łam, że nie naj­le­piej idzie mu ro­bie­nie her­ba­ty: nie­do­kład­nie ob­mył ma­syw­ne, po­kry­te brą­zo­wym osa­dem kub­ki, a po­tem za­lał pa­pie­ry i książ­ki wodą z brud­ne­go czaj­ni­ka elek­trycz­ne­go. Ta nie­po­rad­ność nie pa­so­wa­ła do tego, cze­go do­wie­dzia­łam się o nim póź­niej. Za­siadł za biur­kiem, my w fo­te­lach, i zno­wu za­czął za­da­wać py­ta­nia. Zu­peł­nie jak na se­mi­na­rium. Po­gry­za­jąc cze­ko­la­do­we her­bat­ni­ki Fort­num & Ma­son, czu­łam się zo­bo­wią­za­na od­po­wia­dać bar­dziej wy­czer­pu­ją­co. Je­re­my za­chę­cał mnie, ki­wa­jąc głu­pio gło­wą, co­kol­wiek po­wie­dzia­łam. Pro­fe­sor py­tał o mo­ich ro­dzi­ców i jak mi się do­ra­sta­ło „w cie­niu ka­te­dry” – na co od­rze­kłam, jak mi się wy­da­wa­ło, dow­cip­nie, że cie­nia nie było, bo ka­te­dra sta­ła na pół­noc od domu. Obaj męż­czyź­ni ro­ze­śmia­li się i za­sta­na­wia­łam się, czy mój żart nie ma ja­kichś ukry­tych zna­czeń, któ­rych nie by­łam w sta­nie po­jąć. Prze­szli­śmy do bro­ni nu­kle­ar­nej i ape­li la­bu­rzy­stów o jed­no­stron­ne roz­bro­je­nie. Po­wtó­rzy­łam prze­czy­ta­ne gdzieś sfor­mu­ło­wa­nie – jak zo­rien­to­wa­łam się póź­niej, ko­mu­nał – „Nie da się wsa­dzić dżi­na z po­wro­tem do bu­tel­ki”. Bro­nią nu­kle­ar­ną trze­ba za­rzą­dzać, a nie jej za­ka­zy­wać. Tyle, je­śli cho­dzi o mło­dzień­czy ide­alizm. Wła­ści­wie nie mia­łam żad­nych po­glą­dów na ten te­mat. W in­nym kon­tek­ście mo­gła­bym opo­wie­dzieć się za nu­kle­ar­nym roz­bro­je­niem. Pew­nie bym się do tego nie przy­zna­ła, ale sta­ra­łam się za­do­wo­lić, udzie­lać wła­ści­wych od­po­wie­dzi, być in­te­re­su­ją­ca. Po­do­ba­ło mi się to, jak Tony Can­ning po­chy­lał się do przo­du, gdy mó­wi­łam, jak za­chę­cał mnie apro­bu­ją­cym uśmie­chem, roz­cią­ga­jąc swo­je peł­ne war­gi, lecz pra­wie ich nie roz­chy­la­jąc, jak mó­wił „ro­zu­miem” albo „ja­sne…” za każ­dym ra­zem, kie­dy mil­kłam.

Być może po­win­nam się była do­my­ślić, do cze­go to wszyst­ko zmie­rza. W ma­łym cie­plar­nia­nym świat­ku stu­denc­kie­go dzien­ni­kar­stwa ob­ja­wi­łam się jako Ry­cerz Zim­nej Woj­ny. Te­raz to chy­ba oczy­wi­ste. By­li­śmy w koń­cu w Cam­brid­ge. W ja­kim in­nym celu mia­ła­bym re­la­cjo­no­wać to spo­tka­nie? W tam­tym mo­men­cie nie mia­ło dla mnie żad­ne­go zna­cze­nia. Szli­śmy do księ­gar­ni i za­miast tego zo­sta­li­śmy za­pro­sze­ni na her­ba­tę przez pro­mo­to­ra Je­re­my’ego. Nie było w tym ni­cze­go dziw­ne­go. W tam­tym okre­sie me­to­dy wer­bo­wa­nia za­czy­na­ły się zmie­niać, ale dzia­ło się to po­wo­li. Za­chod­ni świat mógł prze­cho­dzić grun­tow­ną prze­mia­nę, mło­dym mo­gło się wy­da­wać, że od­kry­wa­ją nowe spo­so­by wza­jem­nej ko­mu­ni­ka­cji, o sta­rych ba­rie­rach mó­wio­no, że walą się w gru­zy. Nadal jed­nak obo­wią­zy­wa­ła słyn­na za­sa­da „po­moc­nej ręki na ra­mie­niu”, choć może nie tak czę­sto i może z mniej­szą pre­sją. Na wyż­szych uczel­niach pew­ni pro­fe­so­ro­wie nadal szu­ka­li obie­cu­ją­ce­go na­ryb­ku i prze­ka­zy­wa­li na­zwi­ska do roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­nej. Oso­by, któ­rym uda­ło się do­stać do służ­by cy­wil­nej, czę­sto bra­ne były na bok i py­ta­ne, czy my­śla­ły o „in­nym de­par­ta­men­cie”. Naj­czę­ściej zwra­ca­no się do lu­dzi, któ­rzy otar­li się już o sze­ro­ki świat. Nikt nie mu­siał mó­wić tego na głos, ale nadal waż­ne było po­cho­dze­nie i to, że mia­łam w ro­dzi­nie bi­sku­pa, prze­ma­wia­ło ra­czej na moją ko­rzyść. Czę­sto zwra­ca się uwa­gę, jak dłu­go w przy­pad­ku Bur­ges­sa, Mac­le­ana i Phil­by’ego trwa­ło po­zby­cie się prze­ko­na­nia, że oso­ba na­le­żą­ca do pew­nej kla­sy bę­dzie bar­dziej lo­jal­na wo­bec kra­ju niż inne. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych nadal pa­mię­ta­no o tych zdra­dach, ale trzy­ma­no się sta­rych me­tod wer­bun­ku.

Ge­ne­ral­nie, za­rów­no ręka, jak i ra­mię, na­le­ża­ły jed­nak do męż­czyzn. Rzad­ko kie­dy zwra­ca­no się do ko­biet w ten czę­sto opi­sy­wa­ny, uświę­co­ny tra­dy­cją spo­sób. I cho­ciaż jest praw­dą, że do MI5 zwer­bo­wał mnie w koń­cu Tony Can­ning, jego mo­ty­wy były zło­żo­ne i nie miał ofi­cjal­nej sank­cji. Je­śli li­czy­ło się dla nie­go to, że by­łam mło­da i atrak­cyj­na, nie od razu moż­na było so­bie uświa­do­mić cały tra­gizm tego fak­tu. (Te­raz, kie­dy lu­stro mówi coś in­ne­go, mogę to po­wie­dzieć i wię­cej do tego nie wra­cać: by­łam na­praw­dę ład­na. Na­wet wię­cej. Jak na­pi­sał Je­re­my w jed­nym ze swo­ich rzad­kich wy­lew­nych li­stów, by­łam „wła­ści­wie ra­czej ślicz­na”). Na­wet si­wo­bro­dzi bon­zo­wie z pią­te­go pię­tra, któ­rych w trak­cie mo­jej krót­kiej służ­by wi­dy­wa­łam rzad­ko i nig­dy bli­żej nie po­zna­łam, nie mie­li po­ję­cia, dla­cze­go mnie do nich przy­sła­no. Ase­ku­ro­wa­li się, jak mo­gli, ale nig­dy nie wpa­dli na to, że pro­fe­sor Can­ning, sam też sta­ry wyga MI5, uwa­żał, że robi im pre­zent w du­chu eks­pia­cji. Jego przy­pa­dek był bar­dziej zło­żo­ny i smut­niej­szy, niż kto­kol­wiek zda­wał so­bie spra­wę. Szy­ku­jąc się do po­dró­ży, z któ­rej nie miał na­dziei wró­cić, zmie­nił moje ży­cie i za­cho­wał się z bez­in­te­re­sow­nym okru­cień­stwem. Je­śli na­wet dzi­siaj wiem o nim tak mało, to dla­te­go, że to­wa­rzy­szy­łam mu w niej bar­dzo krót­ko.

2

Mój ro­mans z To­nym Can­nin­giem trwał kil­ka mie­się­cy. Na po­cząt­ku wi­dy­wa­łam się rów­nież z Je­re­mym, lecz pod ko­niec czerw­ca, po koń­co­wych eg­za­mi­nach, prze­niósł się on do Edyn­bur­ga, żeby pi­sać dok­to­rat. Moje ży­cie sta­ło się spo­koj­niej­sze, choć nadal ża­ło­wa­łam, że przed wy­jaz­dem Je­re­my’ego nie uda­ło mi się od­kryć jego se­kre­tu i go za­spo­ko­ić. Nig­dy się nie skar­żył i nie uża­lał nad sobą. Kil­ka ty­go­dni póź­niej na­pi­sał do mnie czu­ły, pe­łen ubo­le­wa­nia list, in­for­mu­jąc, że za­ko­chał się w pew­nej po­cho­dzą­cej z Dus­sel­dor­fu mło­dej osób­ce, któ­rą usły­szał w Usher Hall, jak gra­ła wprost fe­no­me­nal­nie, zwłasz­cza w wol­nych par­tiach, kon­cert skrzyp­co­wy Bru­cha. Osób­ka mia­ła na imię Man­fred. Oczy­wi­ście. Do­my­śli­ła­bym się tego, gdy­bym ro­zu­mo­wa­ła w bar­dziej tra­dy­cyj­ny spo­sób, bo dzia­ło się to w okre­sie, gdy pro­ble­my sek­su­al­ne męż­czy­zny mia­ły tyl­ko jed­ną przy­czy­nę.

No i do­brze. Za­gad­ka zo­sta­ła roz­wią­za­na i mo­głam prze­stać przej­mo­wać się jego szczę­ściem. Słod­ki Je­re­my mar­twił się o mnie, pro­po­no­wał na­wet, że przy­je­dzie na po­łu­dnie i wszyst­ko mi wy­tłu­ma­czy. W od­po­wie­dzi po­gra­tu­lo­wa­łam mu i czu­jąc się bar­dzo do­ro­sła, za­pew­ni­łam z prze­sa­dą, że bar­dzo się z jego po­wo­du cie­szę. Związ­ki tego ro­dza­ju za­le­ga­li­zo­wa­no za­le­d­wie pięć lat wcze­śniej i były dla mnie czymś no­wym. Na­pi­sa­łam, że nie ma po­trze­by, by przy­jeż­dżał do Cam­brid­ge, że za­cho­wam o nim jak naj­lep­sze wspo­mnie­nia, że był prze­mi­łym męż­czy­zną i nie mogę się do­cze­kać, kie­dy po­znam Man­fre­da. Bądź­my w kon­tak­cie. Do wi­dze­nia. Po­dzię­ko­wa­ła­bym mu chęt­nie za to, że przed­sta­wił mnie Tony’emu, ale nie było sen­su wzbu­dzać po­dej­rzeń. Nie mó­wi­łam też nic Tony’emu o jego by­łym stu­den­cie. Każ­dy wie­dział tyle, ile było mu po­trzeb­ne do szczę­ścia.

I by­li­śmy szczę­śli­wi. Spo­ty­ka­li­śmy się w każ­dy week­end w sto­ją­cym na ubo­czu dom­ku nie­da­le­ko Bury St Ed­munds w Suf­fol­ku. Skrę­ca­ło się tam z wą­skiej ci­chej dróż­ki w prze­ci­na­ją­cy pole nie­wy­raź­ny trakt, sta­wa­ło przy sta­rym ogło­wio­nym drze­wie i tam, w gąsz­czu gło­gu, ukry­ta była mała bia­ła furt­ka. Wy­ło­żo­na ka­mien­ny­mi pły­ta­mi alej­ka bie­gła pół­ko­li­ście przez za­ro­śnię­ty wiej­ski ogród (łu­bi­ny, mal­wy, wiel­kie maki) ku cięż­kim dę­bo­wym drzwiom na­bi­ja­nym ćwie­ka­mi lub gwoź­dzia­mi. Otwo­rzyw­szy je, wcho­dzi­ło się do ja­dal­ni z gi­gan­tycz­ny­mi ka­mien­ny­mi pły­ta­mi pod­ło­go­wy­mi i na pół scho­wa­ny­mi w tyn­ku, prze­żar­ty­mi przez kor­ni­ki bel­ka­mi. Na prze­ciw­le­głej ścia­nie wi­siał ja­sny śród­ziem­no­mor­ski pej­zaż przed­sta­wia­ją­cy bie­lo­ne domy i schną­ce na sznu­rze prze­ście­ra­dła. Była to akwa­re­la Win­sto­na Chur­chil­la, na­ma­lo­wa­na w Mar­ra­ke­szu pod­czas kon­fe­ren­cji w 1943 roku. Nig­dy nie do­wie­dzia­łam się, jak Tony wszedł w jej po­sia­da­nie.

Frie­da Can­ning, mar­szand­ka czę­sto po­dró­żu­ją­ca za gra­ni­cę, nie lu­bi­ła tu przy­jeż­dżać. Skar­ży­ła się na wil­goć, za­pach ple­śni i dzie­siąt­ki obo­wiąz­ków zwią­za­nych z po­sia­da­niem dru­gie­go domu. Tak się zło­ży­ło, że za­pach ple­śni znik­nął, kie­dy tyl­ko ogrza­ło się do­mek, a pra­ce do­mo­we wy­ko­ny­wał wy­łącz­nie jej mąż. Wy­ma­ga­ły spe­cjal­nych umie­jęt­no­ści: trze­ba było wie­dzieć, jak za­pa­lić upar­ty pie­cyk Ray­bur­na i otwo­rzyć ku­chen­ne okno, jak pu­ścić wodę w ła­zien­ce oraz po­zbyć się z pu­ła­pek my­szy z prze­trą­co­ny­mi grzbie­ta­mi. Mimo nie­po­rad­no­ści, jaką oka­zał przy ro­bie­niu her­ba­ty, Tony uwa­żał, że do­sko­na­le ra­dzi so­bie w kuch­ni. Po­ma­ga­łam mu cza­sem coś przy­rzą­dzić i spo­ro mnie na­uczył. Go­to­wał w sty­lu wło­skim, któ­ry po­znał, wy­kła­da­jąc przez czte­ry lata w ja­kimś in­sty­tu­cie w Sie­nie. Na­wa­lał mu krę­go­słup i każ­dą wi­zy­tę za­czy­na­łam od tasz­cze­nia z za­par­ko­wa­ne­go na polu MGA ju­to­wych wor­ków z je­dze­niem i pi­ciem.

Jak na an­giel­skie stan­dar­dy lato było jak się pa­trzy, i Tony na­rzu­cił do­stoj­ne tem­po dnia. Czę­sto je­dli­śmy lunch w cie­niu ro­sną­cej w ogro­dzie sta­ro­daw­nej irgi. Obu­dziw­szy się z po­obied­niej drzem­ki, Tony brał na ogół ką­piel, a po­tem, je­śli było cie­pło, czy­tał w ha­ma­ku za­wie­szo­nym mię­dzy dwie­ma brzo­za­mi. A kie­dy ro­bi­ło się na­praw­dę go­rą­co, cier­piał cza­sa­mi na krwo­to­ki z nosa i mu­siał le­żeć w domu na ple­cach, z myj­ką i kost­ka­mi lodu przy­ci­śnię­ty­mi do twa­rzy. W nie­któ­re wie­czo­ry wy­bie­ra­li­śmy się na pik­nik do lasu, z bu­tel­ką bia­łe­go wina za­wi­nię­tą w świe­żo wy­pra­so­wa­ną ście­recz­kę, kie­lisz­ka­mi w ce­dro­wym po­jem­ni­ku i ter­mo­sem kawy. To był iście pro­fe­sor­ski stół sur l’her­be3. Fi­li­żan­ki ze spodecz­ka­mi, ada­masz­ko­wy ob­rus, por­ce­la­no­we ta­le­rzy­ki, pla­te­ry i je­den skła­da­ny płó­cien­ny le­żak na alu­mi­nio­wym ste­la­żu – wszyst­ko to dźwi­ga­łam bez sło­wa skar­gi. Pod ko­niec lata nie od­da­la­li­śmy się zbyt­nio od domu, bo Tony oświad­czył, że cho­dze­nie mu szko­dzi, i szyb­ko się mę­czył. Wie­czo­ra­mi chęt­nie pusz­czał ope­ry na sta­rym gra­mo­fo­nie i cho­ciaż z za­pa­łem wy­ja­śniał, kto wy­stę­pu­je i o co cho­dzi w Aidzie, Cosi fan tut­te i Na­po­ju mi­ło­snym, te pi­skli­we tę­sk­ne gło­sy mało mnie po­cią­ga­ły. Dziw­ne sy­cze­nie i trza­ski igły, któ­ra ła­god­nie uno­si­ła się i opa­da­ła na spa­czo­nej pły­cie, brzmia­ły jak eter, w któ­rym wo­ła­li do nas po­zba­wie­ni na­dziei mar­twi.

Tony lu­bił opo­wia­dać mi o swo­im dzie­ciń­stwie. Jego oj­ciec był zna­ko­mi­tym że­gla­rzem i ko­man­do­rem pod­czas pierw­szej woj­ny świa­to­wej. Pod ko­niec lat dwu­dzie­stych ich ro­dzin­ne wa­ka­cje po­le­ga­ły na że­glo­wa­niu mię­dzy wy­spa­mi na Bał­ty­ku i wte­dy wła­śnie jego ro­dzi­ce od­kry­li i ku­pi­li ka­mien­ny do­mek na da­le­kiej wy­spie Kum­lin­ge. Sta­ła się ona jed­nym z tych ozło­co­nych no­stal­gią dzie­cin­nych ra­jów. Tony i jego star­szy brat włó­czy­li się po niej, pa­li­li ogni­ska i roz­bi­ja­li obo­zy na pla­ży, wy­pusz­cza­li się ło­dzią wio­sło­wą na nie­za­miesz­ka­ną wy­sep­kę, by wy­kra­dać jaja mor­skich pta­ków. Miał zro­bio­ne skrzyn­ko­wym apa­ra­tem zdję­cia, któ­re sta­no­wi­ły do­wód, że wszyst­ko to nie było snem.

Pew­ne­go po­po­łu­dnia pod ko­niec sierp­nia po­szli­śmy do lasu. Ro­bi­li­śmy to czę­sto, ale tym ra­zem Tony zszedł ze ścież­ki, a ja śle­po za nim po­dą­ża­łam. Prze­dzie­ra­li­śmy się przez za­ro­śla i do­szłam do wnio­sku, że bę­dzie­my się ko­cha­li w ja­kimś ta­jem­nym miej­scu, któ­re znał tyl­ko on. Li­ście były dość su­che. Ale on my­ślał o grzy­bo­bra­niu, o praw­dziw­kach. Sta­ra­jąc się ukryć roz­cza­ro­wa­nie, na­uczy­łam się, jak je roz­po­znać: od spodu sit­ko, nie blasz­ki, pięk­na fi­li­gra­no­wa nóż­ka, brak plam, gdy wci­snę­ło się kciu­kiem miąższ. Wie­czo­rem, po tym pierw­szym grzy­bo­bra­niu, Tony upi­tra­sił w wiel­kiej pa­tel­ni coś, co na­zwał por­ci­ni: z oli­wą z oli­wek, pie­przem, solą i pan­cet­tą. Do tego gril­lo­wa­na po­len­ta, sa­łat­ka i czer­wo­ne wino, Ba­ro­lo. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych było to eg­zo­tycz­ne da­nie. Pa­mię­tam wszyst­ko – wy­szo­ro­wa­ny so­sno­wy stół z zie­lon­ka­wo­nie­bie­ski­mi po­obi­ja­ny­mi no­ga­mi, wiel­ką fa­jan­so­wą mi­skę ze śli­ski­mi praw­dziw­ka­mi, krąg po­len­ty lśnią­cy ni­czym mi­nia­tu­ro­we słoń­ce na ja­sno­zie­lo­nym ta­le­rzu z po­pę­ka­nym szkli­wem, przy­ku­rzo­ną czar­ną bu­tel­kę z wi­nem, do­pra­wio­ną pie­przem ru­ko­lę w po­szczer­bio­nej bia­łej sa­la­ter­ce i Tony’ego przy­rzą­dza­ją­ce­go dres­sing w cią­gu kil­ku se­kund, do­da­ją­ce­go oli­wy i wy­ci­ska­ją­ce­go w pię­ści po­łów­kę cy­try­ny w tej sa­mej, zda­wa­ło się, chwi­li, gdy niósł sa­łat­kę na stół. (Moja mat­ka ro­bi­ła dres­sing na po­zio­mie oczu, ni­czym pra­cu­ją­cy w prze­my­śle che­mik). Tony i ja zje­dli­śmy przy tym sto­le wie­le po­dob­nych po­sił­ków, ale ten je­den daje po­ję­cie o wszyst­kich. Jaka pro­sto­ta, jaki gust, jaki świa­to­wy czło­wiek! Tam­tej nocy ze­rwał się wiatr i ko­nar je­sio­nu wa­lił i szo­ro­wał o sło­mia­ną strze­chę. Po ko­la­cji były oczy­wi­ście czy­ta­nie i roz­mo­wa, ale do­pie­ro po sek­sie, a ten do­pie­ro po ko­lej­nym kie­lisz­ku wina.

Ja­kim był ko­chan­kiem? Cóż, oczy­wi­ście nie tak peł­nym ener­gii i nie­zmor­do­wa­nym jak Je­re­my. I choć jak na swój wiek pre­zen­to­wał cał­kiem nie­złą for­mę, za pierw­szym ra­zem by­łam nie­co za­sko­czo­na tym, co pięć­dzie­siąt czte­ry lata mogą zro­bić z cia­łem. Sie­dział na skra­ju łóż­ka i po­chy­lał się, by ścią­gnąć skar­pet­kę. Jego bied­na bosa sto­pa wy­glą­da­ła jak zno­szo­ny sta­ry but. Wi­dzia­łam fał­dy skó­ry w nie­sa­mo­wi­tych miej­scach, na­wet pod pa­cha­mi. Ja­kie to dziw­ne, że w swo­im zdu­mie­niu, któ­re zresz­tą szyb­ko ustą­pi­ło, nie uświa­da­mia­łam so­bie, iż wi­dzę wła­sną przy­szłość. Mia­łam dwa­dzie­ścia je­den lat. To, co bra­łam za nor­mę – jędr­ność, gład­kość i gib­kość – było prze­mi­ja­ją­cym przy­mio­tem mło­do­ści. Sta­rzy lu­dzie byli dla mnie od­dziel­nym ga­tun­kiem, ni­czym wró­ble lub lisy. A dziś od­da­ła­bym wszyst­ko, by znów mieć pięć­dzie­siąt czte­ry lata. Głów­ny im­pet przyj­mu­je na sie­bie naj­więk­szy ludz­ki or­gan – na sta­rych lu­dziach prze­sta­je do­brze le­żeć skó­ra. Zwi­sa z nich, zwi­sa z nas ni­czym przy­du­ży szkol­ny ble­zer. Albo pi­ża­ma. A w pew­nym świe­tle, choć mo­gła to być też kwe­stia za­słon w sy­pial­ni, Tony wy­da­wał się nie­co żół­ta­wy, jak sta­ra książ­ka, w któ­rej moż­na było prze­czy­tać o róż­nych nie­szczę­ściach: prze­ja­da­niu się, ope­ra­cjach ko­la­na i wy­rost­ka, ugry­zie­niu przez psa, ura­zie pod­czas wspi­nacz­ki oraz do­zna­nym w dzie­ciń­stwie wy­pad­ku z pa­tel­nią, któ­ry po­zba­wił go czę­ści wło­sów ło­no­wych. Po pra­wej stro­nie klat­ki pier­sio­wej miał się­ga­ją­cą szyi dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­wą szra­mę, któ­rej po­cho­dze­nia nig­dy nie wy­ja­śnił. Ale na­wet je­śli wy­da­wał się… nie­co na­kra­pia­ny i przy­po­mi­nał chwi­la­mi mo­je­go po­strzę­pio­ne­go plu­szo­we­go mi­sia z okre­su ka­te­dral­ne­go, był prze­cież świa­to­wym i wy­ra­fi­no­wa­nym ko­chan­kiem. Miał dwor­ski styl. Lu­bi­łam, jak mnie roz­bie­rał, za­wie­sza­jąc so­bie moją gar­de­ro­bę na przed­ra­mie­niu ni­czym szat­niarz na pły­wal­ni, i jak cza­sa­mi chciał, bym sia­da­ła mu okra­kiem na twa­rzy – po­dob­nie jak ru­ko­la, było to dla mnie no­wo­ścią.

Mia­łam rów­nież pew­ne za­strze­że­nia. Nie­kie­dy by­wał nie­cier­pli­wy, zbyt szyb­ko chciał przejść do in­nych rze­czy – pa­sja­mi jego ży­cia było pi­cie i ga­da­nie. Póź­niej przy­cho­dzi­ło mi cza­sa­mi do gło­wy, że był sa­mo­lub­ny i zde­cy­do­wa­nie sta­ro­świec­ki, że zmie­rzał szyb­ko ku wła­sne­mu szczy­to­wi, któ­re­mu za­wsze to­wa­rzy­szył chra­pli­wy okrzyk. I miał zbyt wiel­ką ob­se­sję na punk­cie mo­ich pier­si, któ­re, je­stem o tym prze­ko­na­na, były wte­dy uro­cze, ale mo­gło nie­co ra­zić, gdy przy­sy­sał się do nich pra­wie jak nie­mow­lę męż­czy­zna w wie­ku Bi­sku­pa, wy­da­jąc przy tym dziw­ne skam­lą­ce dźwię­ki. Był jed­nym z tych An­gli­ków, któ­rych w wie­ku sied­miu lat wy­rwa­no z ob­jęć mamy i ze­sła­no do odrę­twia­ją­cej szko­ły z in­ter­na­tem. Nig­dy nie sza­cu­ją szkód, ci bie­da­cy, po pro­stu z nimi żyją. To jed­nak obiek­cje po­mniej­szej na­tu­ry. Wszyst­ko to było dla mnie czymś no­wym, przy­go­dą, któ­ra po­twier­dza­ła moją doj­rza­łość. Za­du­rzył się we mnie uczo­ny star­szy męż­czy­zna. Wszyst­ko mu wy­ba­cza­łam. I uwiel­bia­łam te jego mię­ciut­kie war­gi. Cu­dow­nie ca­ło­wał.

Naj­bar­dziej lu­bi­łam jed­nak, kie­dy znów był w ubra­niu, z od­two­rzo­nym ele­ganc­ko prze­dział­kiem (uży­wał olej­ku do wło­sów i sta­lo­we­go grze­bie­nia), kie­dy zno­wu był wiel­ki i do­bry, sa­dzał mnie w fo­te­lu, fa­cho­wo wy­cią­gał ko­rek z pi­not gri­gio i mó­wił mi, co mam czy­tać. Za­uwa­ży­łam rów­nież to, co do­strze­ga­łam póź­niej przez dłu­gie lata: prze­paść, jaka dzie­li­ła męż­czyzn na­gich od męż­czyzn ubra­nych. Dwaj fa­ce­ci z jed­nym pasz­por­tem. Ale to rów­nież nie mia­ło więk­sze­go zna­cze­nia, wszyst­ko łą­czy­ło się w jed­ną ca­łość: seks, go­to­wa­nie, wino, krót­kie spa­ce­ry, roz­mo­wy. Poza tym by­li­śmy za­pra­co­wa­ni. Na sa­mym po­cząt­ku, wio­sną i wcze­snym la­tem, ja uczy­łam się do eg­za­mi­nów. Tony nie mógł mi w tym po­móc. Sie­dząc na­prze­ciw­ko mnie, pi­sał mo­no­gra­fię o Joh­nie Dee.

Miał mnó­stwo przy­ja­ciół, ale kie­dy tam by­łam, oczy­wi­ście ni­ko­go nie za­pra­szał. Mie­li­śmy go­ści tyl­ko raz. Przy­je­cha­li pew­ne­go po­po­łu­dnia sa­mo­cho­dem z kie­row­cą, dwaj męż­czyź­ni w ciem­nych gar­ni­tu­rach, na moje oko, koło czter­dziest­ki. Tro­chę zbyt ob­ce­so­wo Tony po­pro­sił, bym wy­bra­ła się na dłuż­szy spa­cer po le­sie. Kie­dy wró­ci­łam pół­to­rej go­dzi­ny póź­niej, męż­czyzn już nie było. Tony nie udzie­lił mi żad­nych wy­ja­śnień i wie­czo­rem wró­ci­li­śmy do Cam­brid­ge.

Do­mek był je­dy­nym miej­scem, w któ­rym się spo­ty­ka­li­śmy. Cam­brid­ge przy­po­mi­na­ło wio­skę, Tony’ego zbyt do­brze tam zna­no. Mu­sia­łam wę­dro­wać z tor­bą do od­le­głej czę­ści mia­sta, przy skra­ju osie­dla miesz­ka­nio­we­go, i cze­kać na przy­stan­ku au­to­bu­so­wym, aż przy­je­dzie po mnie swo­im wiecz­nie psu­ją­cym się spor­to­wym sa­mo­cho­dem. Kie­dyś był to ka­brio­let, ale har­mo­nij­ko­wy ste­laż, na któ­rym roz­pię­to bre­zen­to­wy dach, za­rdze­wiał tak, że nie dało się go zło­żyć. Sta­ry MGA miał lamp­kę do map na chro­mo­wa­nym uchwy­cie, ze­ga­ry z drżą­cy­mi wska­zów­ka­mi i cuch­nął ole­jem sil­ni­ko­wym i prze­grze­wa­ją­cy­mi się tar­cza­mi, tak jak mo­gły cuch­nąć spit­fi­re’y z lat czter­dzie­stych. Czu­ło się, jak cie­pła bla­sza­na pod­ło­ga wi­bru­je pod sto­pa­mi. Nie­sa­mo­wi­te było to, jak na oczach za­wist­nych pa­sa­że­rów wy­cho­dzi­łam z ko­lej­ki i za­mie­nia­jąc się z żaby w księż­nicz­kę, sia­da­łam obok pro­fe­so­ra. Przy­po­mi­na­ło to pu­blicz­ne wska­ki­wa­nie do łóż­ka. Wci­ska­łam tor­bę w nie­wiel­ką prze­strzeń za fo­te­lem i po­chy­la­jąc się, by do­stać ca­łu­sa, czu­łam, jak po­pę­ka­na skó­ra sie­dze­nia przy­wie­ra do je­dwa­biu bluz­ki, któ­rą ku­pił mi w Li­ber­ty’s.

Kie­dy eg­za­mi­ny do­bie­gły koń­ca, Tony oznaj­mił, że zaj­mie się mo­imi lek­tu­ra­mi. Ko­niec z po­wie­ścia­mi! Był prze­ra­żo­ny moją igno­ran­cją w dzie­dzi­nie, któ­rą na­zy­wał „hi­sto­rią na­szej wy­spy”. I miał ra­cję. Od czter­na­ste­go roku ży­cia nie uczy­łam się w szko­le hi­sto­rii. Te­raz mia­łam dwa­dzie­ścia je­den, ale bi­twa pod Agin­co­urt, bo­skie pra­wo kró­lów oraz woj­na stu­let­nia były dla mnie pu­sty­mi sło­wa­mi. Samo sło­wo „hi­sto­ria” ko­ja­rzy­ło się z nud­nym sze­re­giem pa­nu­ją­cych i mor­der­czy­mi zma­ga­nia­mi re­li­gij­ny­mi. Pod­da­łam się jed­nak ku­ra­te­li. Ma­te­riał był cie­kaw­szy od ma­te­ma­ty­ki, a li­sta lek­tur krót­ka – obej­mo­wa­ła Win­sto­na Chur­chil­la i G.M. Tre­ve­ly­ana. Resz­tę spraw mia­łam omó­wić z moim pro­fe­so­rem.

Pierw­sze za­ję­cia od­by­ły się w ogro­dzie pod irgą. Do­wie­dzia­łam się, że od XVI wie­ku pod­sta­wo­wą za­sa­dą an­giel­skiej, a póź­niej bry­tyj­skiej po­li­ty­ki w Eu­ro­pie było dą­że­nie do rów­no­wa­gi sił. Mia­łam po­czy­tać o kon­gre­sie wie­deń­skim w 1815 roku. Tony upar­cie po­wta­rzał, że rów­no­wa­ga mię­dzy na­ro­da­mi jest pod­sta­wą pra­wo­wi­te­go sys­te­mu po­ko­jo­wej dy­plo­ma­cji. Spra­wą klu­czo­wą było, by na­ro­dy trzy­ma­ły się wza­jem­nie w sza­chu.

Po lun­chu czę­sto uczy­łam się sama, pod­czas gdy Tony za­ży­wał drzem­ki – z bie­giem cza­su trwa­ło to co­raz dłu­żej, co po­win­nam była za­uwa­żyć. Z po­cząt­ku im­po­no­wa­ła mu moja umie­jęt­ność szyb­kie­go czy­ta­nia. Dwie­ście stron w dwie go­dzi­ny! Po­tem go roz­cza­ro­wa­łam. Nie po­tra­fi­łam ja­sno od­po­wie­dzieć na jego py­ta­nia, nie za­pa­mię­ty­wa­łam in­for­ma­cji. Ka­zał mi jesz­cze raz prze­czy­tać Chur­chil­low­ską wer­sję Chwa­leb­nej Re­wo­lu­cji, od­py­ty­wał mnie, te­atral­nie ję­czał – „Pa­mięć jak rze­szo­to!” – ka­zał czy­tać od po­cząt­ku i za­da­wał ko­lej­ne py­ta­nia. Te ust­ne eg­za­mi­ny od­by­wa­ły się pod­czas spa­ce­rów po le­sie i przy wi­nie po ko­la­cji, któ­rą sam przy­rzą­dzał. De­ner­wo­wał mnie jego upór. Chcia­łam, że­by­śmy byli ko­chan­ka­mi, a nie na­uczy­cie­lem i uczen­ni­cą. Kie­dy nie zna­łam od­po­wie­dzi, by­łam wście­kła na sie­bie i na nie­go. Jed­nak po kil­ku burz­li­wych se­sjach obu­dzi­ła się we mnie pew­na duma, nie tyl­ko dla­te­go, że szło mi co­raz le­piej. Za­czę­łam zwra­cać uwa­gę na samą hi­sto­rię. Tra­fi­łam na coś dro­go­cen­ne­go i mia­łam wra­że­nie, że od­kry­łam to sama, po­dob­nie jak so­wiec­kie re­pre­sje. Czyż pod ko­niec XVII wie­ku An­gli­cy nie byli cie­szą­cym się naj­więk­szą wol­no­ścią i naj­bar­dziej do­cie­kli­wym spo­łe­czeń­stwem w hi­sto­rii? Czyż an­giel­skie oświe­ce­nie nie było bar­dziej kon­se­kwent­ne od fran­cu­skie­go? Czyż nie było słusz­ne ze stro­ny An­glii, że sta­nę­ła do wal­ki z ka­to­lic­ki­mi de­spo­ty­zma­mi Eu­ro­py? A my oczy­wi­ście by­li­śmy spad­ko­bier­ca­mi tej wol­no­ści…

Da­wa­łam się pro­wa­dzić za rękę. Tony przy­go­to­wy­wał mnie do pierw­szej roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­nej, któ­ra mia­ła się od­być pod ko­niec wrze­śnia. Miał pew­ne wy­obra­że­nia, ja­kie­go ro­dza­ju An­giel­kę chcie­li­by przy­jąć, albo jaką on sam chciał­by przy­jąć, i oba­wiał się, że po­grą­ży mnie moje ogra­ni­czo­ne wy­kształ­ce­nie. Wie­rzył – jak się oka­za­ło nie­słusz­nie – że wśród osób, któ­re wy­da­dzą de­cy­zję, bę­dzie je­den z jego daw­nych stu­den­tów. Na­le­gał, bym co­dzien­nie czy­ta­ła ga­ze­tę, ma­jąc oczy­wi­ście na my­śli „Ti­me­sa”, na któ­re­go w tam­tych cza­sach wszy­scy się po­wo­ły­wa­li. Wcze­śniej nie za­wra­ca­łam so­bie gło­wy pra­są i nig­dy nie sły­sza­łam o czymś ta­kim jak wstęp­niak. Fak­tycz­nie było to „bi­ją­ce ser­ce” ga­ze­ty. Pro­za, jaką był pi­sa­ny, na pierw­szy rzut oka przy­po­mi­na­ła pro­blem sza­cho­wy. Dla­te­go po­łknę­łam ha­czyk. Po­dzi­wia­łam te gór­no­lot­ne wiel­ko­pań­skie wer­dyk­ty w spra­wach pu­blicz­nej tro­ski. Oce­ny były nie­co nie­ja­sne i od­wo­ły­wa­ły się w naj­gor­szym ra­zie do We­rgi­liu­sza lub Ta­cy­ta. Ja­kież to doj­rza­łe! Każ­dy z tych ano­ni­mo­wych au­to­rów nada­wał się, moim zda­niem, na pre­zy­den­ta świa­ta.

A czym się wów­czas zaj­mo­wa­no? We wstęp­nia­kach zda­nia pod­rzęd­ne krą­ży­ły elip­tycz­nie wo­kół cza­sow­ni­ków głów­nych, za to w li­stach do re­dak­cji nikt nie miał naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Pla­ne­ty wy­pa­dły z or­bit i au­to­rzy li­stów wie­dzie­li w głę­bi nie­spo­koj­nych serc, że kraj po­grą­ża się w roz­pa­czy, gnie­wie i de­spe­rac­kiej sa­mo­za­gła­dzie. Zjed­no­czo­ne Kró­le­stwo, stwier­dzo­no w jed­nym z li­stów, wpa­dło w szał akra­zji – któ­re to grec­kie sło­wo, jak przy­po­mniał mi Tony, ozna­cza­ło po­stę­po­wa­nie wbrew zdro­we­mu roz­sąd­ko­wi. (Czyż­bym nie czy­ta­ła Pro­ta­go­ra­sa Pla­to­na?) Uży­tecz­ne sło­wo. Za­pa­mię­ta­łam je. Jed­nak zdro­wy roz­są­dek za­gi­nął, nie było ni­cze­go, wbrew cze­mu moż­na by po­stę­po­wać. Wszy­scy osza­le­li – tak twier­dzi­li wszy­scy. W tam­tej nie­spo­koj­nej epo­ce, z in­fla­cją, któ­ra pro­wo­ko­wa­ła straj­ki, pod­wyż­ka­mi płac na­pę­dza­ją­cy­mi in­fla­cję, twar­do­gło­wy­mi, wiecz­nie pod­chmie­lo­ny­mi ka­pi­ta­na­mi prze­my­słu, upar­ty­mi, dą­żą­cy­mi do in­su­rek­cji związ­ka­mi za­wo­do­wy­mi, ze sła­bym rzą­dem, brud­ny­mi uli­ca­mi, wal­ka­mi w Ir­lan­dii Pół­noc­nej oraz bom­ba­mi ją­dro­wy­mi, czę­sto uży­wa­no sta­ro­świec­kie­go sło­wa „fer­ment”. De­ka­den­cja i de­gra­da­cja, upa­dek, nie­wy­dol­ność i apo­ka­lip­sa…

Ulu­bio­ny­mi te­ma­ta­mi li­stów do re­dak­cji „Ti­me­sa” byli gór­ni­cy, „pań­stwo ro­bot­ni­cze”, dwu­bie­gu­no­wy świat Eno­cha Po­wel­la i Tony’ego Ben­na, lot­ne pi­kie­ty oraz bi­twa o Sal­tley. Eme­ry­to­wa­ny kontr­ad­mi­rał twier­dził, że kraj przy­po­mi­na za­rdze­wia­ły pan­cer­nik tra­fio­ny po­ni­żej li­nii wod­nej. Tony prze­czy­tał jego list przy śnia­da­niu i po­trzą­snął ha­ła­śli­wie swo­im eg­zem­pla­rzem – pa­pier ga­ze­to­wy nie­mi­ło­sier­nie wów­czas sze­le­ścił.

– Pan­cer­nik? – mruk­nął wście­kle. – To nie jest na­wet kor­we­ta. To cho­ler­na łaj­ba, któ­ra nie ma wio­seł i idzie na dno!

W tam­tym, 1972 roku to był do­pie­ro po­czą­tek. Kie­dy za­czę­łam czy­tać „Ti­me­sa”, do trzy­dnio­we­go ty­go­dnia pra­cy, wy­łą­czeń prą­du i ogło­szo­ne­go przez rząd pią­te­go sta­nu wy­jąt­ko­we­go zo­sta­ło nam jesz­cze parę mie­się­cy. Wie­rzy­łam w to, co czy­ta­łam, ale wy­da­wa­ło mi się to bar­dzo od­le­głe. Cam­brid­ge wy­glą­da­ło z grub­sza tak samo, po­dob­nie jak lasy wo­kół dom­ku Can­nin­ga. Mimo lek­cji hi­sto­rii nie czu­łam się za­an­ga­żo­wa­na w losy na­ro­du. Mia­łam jed­ną wa­liz­kę ubrań, mniej niż pięć­dzie­siąt ksią­żek i ja­kieś dzie­cin­ne rze­czy w sy­pial­ni w moim domu. Mia­łam ko­chan­ka, któ­ry mnie uwiel­biał, go­to­wał mi i nig­dy nie gro­ził, że opu­ści żonę. Mia­łam jed­no zo­bo­wią­za­nie: roz­mo­wę kwa­li­fi­ka­cyj­ną za parę ty­go­dni. By­łam wol­na. Więc co ta­kie­go ro­bi­łam, sta­ra­jąc się o przy­ję­cie do Służ­by Bez­pie­czeń­stwa, żeby pod­trzy­mać to nie­do­ma­ga­ją­ce pań­stwo, tego cho­re­go czło­wie­ka Eu­ro­py? Nic. Nie ro­bi­łam nic. Nie wie­dzia­łam. Tra­fi­ła mi się szan­sa i po­sta­no­wi­łam ją wy­ko­rzy­stać. Chciał tego Tony, więc ja też tego chcia­łam i nie mia­łam nic in­ne­go na oku. Więc dla­cze­go nie?

Poza tym wciąż czu­łam się od­po­wie­dzial­na wo­bec ro­dzi­ców, a oni cie­szy­li się, sły­sząc, że roz­wa­żam pra­cę w przy­zwo­itym sek­to­rze służ­by cy­wil­nej, De­par­ta­men­cie Zdro­wia i Opie­ki Spo­łecz­nej. Może nie było to osią­gnię­cie na mia­rę roz­bi­cia ato­mu, o któ­rym my­śla­ła mat­ka, ale jed­nak coś so­lid­ne­go, i w tych burz­li­wych cza­sach mu­sia­ło ją to udo­bru­chać. Chcia­ła wie­dzieć, dla­cze­go nie wró­ci­łam do domu po eg­za­mi­nach koń­co­wych, a ja mo­głam wy­ja­śnić, że pe­wien miły star­szy pe­da­gog przy­go­to­wu­je mnie do spo­tka­nia z „ko­mi­sją”. Wy­na­ję­cie ma­łe­go ta­nie­go po­ko­iku przy Je­sus Gre­en i „przy­sia­da­nie fał­dów” na­wet w week­en­dy wy­da­wa­ło się w związ­ku z tym cał­kiem sen­sow­ne.

Mat­ka wy­ra­zi­ła­by może pe­wien scep­ty­cyzm, gdy­by jej uwa­gi nie od­wró­ci­ła moja sio­stra Lucy, któ­ra wpa­dła tam­te­go lata w praw­dzi­we ta­ra­pa­ty. Była za­wsze bar­dziej ha­ła­śli­wa, za­dzior­na i skłon­na do po­dej­mo­wa­nia ry­zy­ka i w znacz­nie więk­szym stop­niu niż na mnie wpły­nę­ła na nią li­be­ral­na at­mos­fe­ra lat sześć­dzie­sią­tych, któ­ra utrzy­my­wa­ła się na po­cząt­ku na­stęp­nej de­ka­dy. Poza tym prze­ro­sła mnie o pięć cen­ty­me­trów i była pierw­szą oso­bą, któ­rą zo­ba­czy­łam w „przy­cię­tych” dżin­sach. Wy­lu­zuj, Se­re­no, po­czuj się wol­na! Wy­bierz­my się ra­zem w po­dróż! Zo­sta­ła hi­pi­ską do­kład­nie wte­dy, gdy prze­sta­ło to być mod­ne, ale tak to wy­glą­da­ło w pro­win­cjo­nal­nych mia­stach han­dlo­wych. Opo­wia­da­ła rów­nież wszem wo­bec, że jej je­dy­nym ży­cio­wym ce­lem jest skoń­cze­nie me­dy­cy­ny i ka­rie­ra le­kar­ki pierw­sze­go kon­tak­tu albo może pe­dia­try.

Re­ali­zo­wa­ła swo­je am­bi­cje okręż­ną dro­gą. W lip­cu tam­te­go roku wsia­dła na po­kład pro­mu z Ca­la­is do Do­ver i zo­sta­ła za­trzy­ma­na przez cel­ni­ka, a wła­ści­wie przez jego psa, uja­da­ją­ce­go po­so­kow­ca, któ­re­go pod­nie­cił za­pach wy­do­by­wa­ją­cy się z jej ple­ca­ka. We­wnątrz, za­wi­nię­te w nie­upra­ne pod­ko­szul­ki i od­por­ną na psi węch fo­lię, było dwa­dzie­ścia de­ka­gra­mów tu­rec­kie­go ha­szy­szu. A we­wnątrz Lucy – rów­nież nie­za­de­kla­ro­wa­ny – doj­rze­wa­ją­cy em­brion. Toż­sa­mość ojca nie zo­sta­ła do koń­ca usta­lo­na. Przez kil­ka na­stęp­nych mie­się­cy mat­ka mu­sia­ła po­świę­cać spo­rą część każ­de­go dnia czte­rem spra­wom. Po pierw­sze, trze­ba było uchro­nić Lucy przed wię­zie­niem, po dru­gie, nie do­pu­ścić, by o wszyst­kim do­wie­dzia­ły się ga­ze­ty, po trze­cie, nie po­zwo­lić, by wy­rzu­co­no ją ze stu­diów w Man­che­ste­rze, po czwar­te, bez dłu­gich ko­ro­wo­dów za­ła­twić abor­cję. Na ile zdo­ła­łam się zo­rien­to­wać pod­czas kry­zy­so­wej wi­zy­ty w domu (Lucy pach­nia­ła pa­czu­li i szlo­cha­ła, miaż­dżąc mnie opa­lo­ny­mi ra­mio­na­mi), Bi­skup go­tów był przy­jąć z po­chy­lo­ną gło­wą wszyst­ko, co zgo­to­wa­ły mu nie­bio­sa. Ste­ry prze­ję­ła mat­ka, uru­cha­mia­jąc ener­gicz­nie sie­ci, któ­re roz­cią­ga­ją się lo­kal­nie i w ska­li ogól­no­kra­jo­wej z każ­dej dwu­na­sto­wiecz­nej ka­te­dry. Ko­men­dant po­li­cji w na­szym hrab­stwie był na przy­kład la­ic­kim ka­zno­dzie­ją i od daw­na znał swo­je­go ko­le­gę, ko­men­dan­ta po­li­cji w Kent. Przy­ja­ciel ze Sto­wa­rzy­sze­nia Kon­ser­wa­tyw­ne­go był zna­jo­mym sę­dzie­go z Do­ver, przed któ­re­go ob­li­czem mia­ła sta­nąć Lucy. Re­dak­tor miej­sco­wej ga­ze­ty chciał, by jego po­zba­wio­ne słu­chu bliź­nia­ki do­sta­ły się do ka­te­dral­ne­go chó­ru. Sto­pień trud­no­ści nie oka­zał się oczy­wi­ście zbyt wy­so­ki, ale nic nie było z góry pew­ne i jak za­pew­ni­ła mnie mat­ka, wy­ma­ga­ło „cho­ler­nie żmud­nych sta­rań” – przede wszyst­kim abor­cja, rzecz z me­dycz­ne­go punk­tu wi­dze­nia ru­ty­no­wa, któ­ra, ku za­sko­cze­niu Lucy, wpę­dzi­ła ją w głę­bo­kie przy­gnę­bie­nie. Osta­tecz­nie ska­za­no ją na sześć mie­się­cy w za­wie­sze­niu, nic nie na­pi­sa­no w pra­sie, a rek­to­ra Uni­wer­sy­te­tu Man­che­ster­skie­go, bądź też in­ne­go ofi­cje­la, za­pew­nio­no o wspar­ciu mo­je­go ojca w ja­kiejś za­wi­łej kwe­stii na zbli­ża­ją­cym się sy­no­dzie. We wrze­śniu moja sio­stra wró­ci­ła na stu­dia. Dwa mie­sią­ce póź­niej je rzu­ci­ła.

W lip­cu i sierp­niu mo­głam za­tem spo­koj­nie miesz­kać w Je­sus Gre­en, czy­tać Chur­chil­la, nu­dzić się, cze­kać na week­end i wy­sta­wać na przy­stan­ku au­to­bu­so­wym na skra­ju mia­sta. Już wkrót­ce lato 1972 roku mia­ło stać się dla mnie zło­tym wie­kiem, cu­dow­ną idyl­lą, ale wszyst­ko, co przy­jem­ne, trwa­ło tyl­ko od piąt­ku do so­bo­ty wie­czo­rem. Te week­en­dy były roz­sze­rzo­nym kur­sem, jak żyć, jak i co jeść i pić, jak czy­tać ga­ze­ty, jak bro­nić swo­ich po­glą­dów i jak „wy­be­be­szyć” książ­kę. Wie­dzia­łam, że cze­ka mnie roz­mo­wa kwa­li­fi­ka­cyj­na, ale nig­dy nie przy­szło mi do gło­wy, by za­py­tać Tony’ego, dla­cze­go tak się o mnie trosz­czy. Gdy­by przy­szło, do­szła­bym praw­do­po­dob­nie do wnio­sku, że ta­kie wzglę­dy sta­no­wią część tego, co ozna­cza ro­mans ze star­szym męż­czy­zną.

Taka sy­tu­acja nie mo­gła oczy­wi­ście trwać wiecz­nie i wszyst­ko to le­gło w gru­zach pod­czas burz­li­wej pół­go­dzi­ny przy ru­chli­wej dro­dze, dwa dni przed moją roz­mo­wą w Lon­dy­nie. War­to od­no­to­wać do­kład­nie ko­lej­ność wy­da­rzeń. Na po­cząt­ku lip­ca Tony ku­pił mi je­dwab­ną bluz­kę, o któ­rej już wspo­mnia­łam. Sta­ran­nie ją wy­brał. Lu­bi­łam jej kosz­tow­ny do­tyk w cie­płe wie­czo­ry, a Tony kil­ka razy po­wtó­rzył, jak po­do­ba mu się jej pro­sty luź­ny krój. Nie kry­łam wzru­sze­nia. Był pierw­szym męż­czy­zną, któ­ry ku­pił mi ja­kieś ubra­nie. Spon­so­rem. (Nie są­dzę, by Bi­skup kie­dy­kol­wiek od­wie­dził ja­kiś sklep). Ten pre­zent był czymś sta­ro­świec­kim, lek­ko ki­czo­wa­tym i okrop­nie dziew­czę­cym, ale go uwiel­bia­łam. No­sząc tę bluz­kę, czu­łam, że je­stem w jego ob­ję­ciach. Wy­ha­fto­wa­ne ja­sno­nie­bie­ską kur­sy­wą sło­wa na met­ce wy­wo­ły­wa­ły nie­dwu­znacz­ne ero­tycz­ne sko­ja­rze­nia: „Dzi­ki je­dwab prać ręcz­nie”. De­kolt i man­kie­ty ob­szy­te były bro­de­rie an­gla­ise, dwóm za­kład­kom na ra­mie­niu to­wa­rzy­szy­ły dwie małe pli­sy na ple­cach. Ten po­da­ru­nek był chy­ba sym­bo­lem. Kie­dy trze­ba było się roz­stać, za­bie­ra­łam bluz­kę do mo­jej klit­ki, pra­łam w umy­wal­ce, pra­so­wa­łam i skła­da­łam, żeby była go­to­wa na na­stęp­ną wi­zy­tę. Po­dob­nie jak ja.

Jed­nak tym ra­zem we wrze­śniu, kie­dy by­li­śmy w sy­pial­ni i pa­ko­wa­łam moje rze­czy, Tony prze­rwał na­gle swo­ją opo­wieść – mó­wił o Idim Ami­nie w Ugan­dzie – i ka­zał mi wrzu­cić bluz­kę do ko­sza z pra­niem, gdzie le­ża­ła już jed­na z jego ko­szul. Cał­kiem sen­sow­nie. Nie­ba­wem mie­li­śmy tam wró­cić, a go­spo­dy­ni, pani Tra­vers, mia­ła zaj­rzeć na­za­jutrz i wszyst­kim się za­jąć. Pani Can­ning wy­je­cha­ła na dzie­sięć dni do Wied­nia. Pa­mię­tam do­brze tę chwi­lę, po­nie­waż spra­wi­ła mi wiel­ką przy­jem­ność. Krze­pią­ce było to, że na­sza mi­łość jest czymś ru­ty­no­wym i oczy­wi­stym, z przy­szło­ścią mie­rzo­ną w od­cin­kach trzech lub czte­rech dni. W Cam­brid­ge, cze­ka­jąc, aż Tony za­dzwo­ni na płat­ny te­le­fon w ko­ry­ta­rzu, czę­sto czu­łam się sa­mot­na. W prze­lot­nej chwi­li cze­goś w ro­dza­ju żo­ni­nej sa­tys­fak­cji unio­słam po­kryw­kę ko­sza, rzu­ci­łam bluz­kę na jego ko­szu­lę i wię­cej o tym nie my­śla­łam. Sa­rah Tra­vers, miesz­ka­ją­ca w po­bli­skiej wio­sce, za­cho­dzi­ła do dom­ku trzy razy w ty­go­dniu. Spę­dzi­ły­śmy kie­dyś miłe pół go­dzi­ny, łu­ska­jąc ra­zem fa­so­lę przy ku­chen­nym sto­le, i opo­wie­dzia­ła mi o swo­im synu, któ­ry wy­je­chał, żeby zo­stać hi­pi­sem w Afga­ni­sta­nie. Mó­wi­ła o nim z dumą, jak­by wstą­pił do ar­mii, by wziąć udział w nie­unik­nio­nej i nie­bez­piecz­nej woj­nie. Nie chcia­łam tego zbyt do­kład­nie roz­trzą­sać, za­kła­da­łam jed­nak, że wi­dzia­ła spo­ro ko­biet prze­wi­ja­ją­cych się przez do­mek Tony’ego. Nie są­dzę, by ją to ob­cho­dzi­ło, do­pó­ki do­sta­wa­ła pie­nią­dze.

Po po­wro­cie do Je­sus Gre­en prze­sie­dzia­łam czte­ry dni bez żad­nej wia­do­mo­ści. Stu­dio­wa­łam po­słusz­nie Usta­wy fa­brycz­ne i Usta­wy zbo­żo­we i wer­to­wa­łam ga­ze­ty. Wi­dzia­łam się z pa­ro­ma zna­jo­my­mi, któ­rzy prze­cho­dzi­li w po­bli­żu, ale w za­sa­dzie nie od­da­la­łam się od te­le­fo­nu. Pią­te­go dnia po­szłam do ko­le­gium Tony’ego, zo­sta­wi­łam wia­do­mość u por­tie­ra i wró­ci­łam czym prę­dzej do domu, bo­jąc się, że aku­rat dzwo­nił. Nie mo­głam do nie­go za­te­le­fo­no­wać – mój ko­cha­nek nie uznał za sto­sow­ne dać mi swo­je­go nu­me­ru do­mo­we­go. Za­dzwo­nił tego sa­me­go dnia wie­czo­rem. Miał bez­barw­ny głos. Nie przy­wi­tał się i ka­zał mi cze­kać na­za­jutrz o dzie­sią­tej rano na przy­stan­ku au­to­bu­so­wym. Za­czę­łam go o coś ża­ło­śnie py­tać, ale się roz­łą­czył. Na­tu­ral­nie pra­wie nie spa­łam tej nocy. Za­dzi­wia­ją­ce, że mar­twi­łam się o nie­go, pod­czas gdy w głę­bi głu­piut­kie­go ser­ca po­win­nam wie­dzieć, że je­stem prze­zna­czo­na do od­strza­łu.

O świ­cie wy­ką­pa­łam się i na­tar­łam won­no­ścia­mi. O siód­mej by­łam go­to­wa. Jak idiot­ka za­pa­ko­wa­łam do tor­by bie­li­znę, któ­rą lu­bił (oczy­wi­ście czar­ną i fio­le­to­wą) i te­ni­sów­ki do cho­dze­nia po le­sie. O dzie­wią­tej dwa­dzie­ścia pięć po­ja­wi­łam się na przy­stan­ku, by przy­pad­kiem się nie roz­cza­ro­wał, kie­dy przy­je­dzie wcze­śniej i mnie nie za­sta­nie. Przy­je­chał kwa­drans po dzie­sią­tej. Otwo­rzył drzwi od stro­ny pa­sa­że­ra, a ja wśli­zgnę­łam się do auta, lecz nie było po­ca­łun­ku na po­wi­ta­nie. Trzy­ma­jąc obie ręce na kie­row­ni­cy, ru­szył ostro z miej­sca. Przez mniej wię­cej pięt­na­ście ki­lo­me­trów w ogó­le się do mnie nie od­zy­wał. Za­ci­skał pal­ce tak moc­no, że po­bie­la­ły mu knyk­cie, i pa­trzył pro­sto przed sie­bie. Co się sta­ło? Nic nie mó­wił. A ja by­łam zdez­o­rien­to­wa­na, prze­ra­żo­na tym, jak prze­ska­ki­wał ma­łym au­tkiem z pasa na pas, ry­zy­kow­nie wy­prze­dza­jąc na za­krę­tach i wznie­sie­niach, jak­by chciał mnie ostrzec, że nad­cho­dzi bu­rza.

Na jed­nym z rond za­wró­cił w stro­nę Cam­brid­ge i zje­chał na par­king przy dro­dze A45. Obok spła­chet­ka po­pla­mio­nej ole­jem, upstrzo­nej śmie­cia­mi tra­wy stał na go­łej zie­mi kiosk, w któ­rym sprze­da­wa­no hot dogi i ham­bur­ge­ry kie­row­com cię­ża­ró­wek. O tak wcze­snej po­rze był za­mknię­ty na czte­ry spu­sty i nikt inny tam nie par­ko­wał. Wy­sie­dli­śmy. To był je­den z tych przy­krych dni, któ­re zda­rza­ją się pod ko­niec lata: sło­necz­ny, wietrz­ny, z uno­szą­cym się w po­wie­trzu py­łem. Na pra­wo od nas ro­sły sze­ro­ko roz­sa­dzo­ne, wy­su­szo­ne małe ja­wo­ry, za nimi z wi­zgiem i szu­mem prze­jeż­dża­ły sa­mo­cho­dy. Zu­peł­nie jak przy to­rze wy­ści­go­wym. Par­king miał może ze dwie­ście me­trów dłu­go­ści. Tony ru­szył do przo­du, a ja do­trzy­my­wa­łam mu kro­ku. Żeby roz­ma­wiać, mu­sie­li­śmy nie­mal krzy­czeć.

– Nie uda­ła ci się two­ja mała sztucz­ka. – To była pierw­sza rzecz, któ­rą po­wie­dział.

– Jaka sztucz­ka?

Szyb­ko prze­ana­li­zo­wa­łam ostat­nie wy­da­rze­nia. Po­nie­waż nie było żad­nej sztucz­ki, obu­dzi­ła się we mnie na­dzie­ja, że to nie­po­ro­zu­mie­nie, któ­re wy­ja­śni­my w kil­ka se­kund. Za chwi­lę bę­dzie­my się z tego śmia­li, po­my­śla­łam na­wet. Po­ko­cha­my się jesz­cze przed po­łu­dniem.

Do­tar­li­śmy do miej­sca, gdzie z par­kin­gu wjeż­dża­ło się na dro­gę.

– Wy­ja­śnij­my so­bie jed­no – po­wie­dział i za­trzy­ma­li­śmy się. – Nig­dy nie sta­niesz mię­dzy Frie­dą i mną.

– Jaka sztucz­ka, Tony?

Za­wró­cił w stro­nę sa­mo­cho­du, a ja za nim.

– Cho­ler­ny kosz­mar – mruk­nął pod no­sem.

– Po­wiedz mi, Tony! – za­wo­ła­łam, prze­krzy­ku­jąc ha­łas.

– Nie cie­szysz się? Wczo­raj wie­czo­rem do­szło mię­dzy nami do naj­gor­szej awan­tu­ry w cią­gu dwu­dzie­stu pię­ciu lat. Nie pod­nie­ca cię twój suk­ces?

Bez wzglę­du na mój brak do­świad­cze­nia, kon­ster­na­cję i prze­ra­że­nie nie mo­głam nie do­strzec ab­sur­dal­no­ści tej sy­tu­acji. Za­mie­rzał mi to wszyst­ko wy­ja­śnić na swój spo­sób, więc nie od­zy­wa­łam się i cze­ka­łam. Mi­nę­li­śmy jego sa­mo­chód i za­mknię­ty kiosk. Po pra­wej stro­nie był wy­so­ki przy­ku­rzo­ny ży­wo­płot. Na kol­cza­stych ga­łąz­kach gło­gu tkwi­ły ko­lo­ro­we opa­ko­wa­nia po sło­dy­czach i pu­ste pacz­ki po chrup­kach. Na tra­wie le­żał nie­sa­mo­wi­cie dłu­gi, uży­wa­ny kon­dom. Ide­al­ne miej­sce do za­koń­cze­nia ro­man­su.

– Jak mo­głaś być tak głu­pia, Se­re­no?

Znów się za­trzy­ma­li­śmy. Rze­czy­wi­ście czu­łam się głu­pia.

– Na­praw­dę nie ro­zu­miem. – Nie mo­głam opa­no­wać drże­nia gło­su.

– Chcia­łaś, żeby zna­la­zła two­ją bluz­kę. No i zna­la­zła two­ją bluz­kę. My­śla­łaś, że bę­dzie wście­kła, i mia­łaś ra­cję. My­śla­łaś, że uda ci się znisz­czyć moje mał­żeń­stwo i za­jąć jej miej­sce, ale tu się po­my­li­łaś.

Nie­spra­wie­dli­wość tego wszyst­kie­go mnie przy­tło­czy­ła i zu­peł­nie mnie za­tka­ło. Gdzieś u pod­sta­wy ję­zy­ka za­czę­ło mi sztyw­nieć gar­dło. Na wy­pa­dek, gdy­by po­ja­wi­ły się łzy, szyb­ko od­wró­ci­łam gło­wę. Nie chcia­łam, żeby je zo­ba­czył.

– Je­steś oczy­wi­ście mło­da i tak da­lej, ale po­win­naś się wsty­dzić.

Kie­dy w koń­cu od­zy­ska­łam głos, nie spodo­ba­ło mi się jego ochry­płe, bła­gal­ne brzmie­nie.

– Tony… ka­za­łeś mi wło­żyć bluz­kę do ko­sza z pra­niem.

– Daj spo­kój. Wiesz, że ni­cze­go ta­kie­go nie po­wie­dzia­łem.

Po­wie­dział to ła­god­nie, pra­wie z mi­ło­ścią, ni­czym tro­skli­wy oj­ciec, któ­re­go wła­śnie mia­łam stra­cić. Po­win­nam mu urzą­dzić awan­tu­rę, więk­szą od wszyst­kich awan­tur, ja­kie miał do tej pory z Frie­dą. Po­win­nam na nie­go na­sko­czyć. Nie­ste­ty uświa­do­mi­łam so­bie, że za­raz się roz­pła­czę, a bar­dzo tego nie chcia­łam. Nie­ła­two do­pro­wa­dzić mnie do pła­czu, a kie­dy już do tego doj­dzie, wolę być sama. Ten jego ła­god­ny, afek­to­wa­ny głos zu­peł­nie mnie roz­bro­ił. Był taki pew­ny sie­bie i miły, że pra­wie mu uwie­rzy­łam. Wy­czu­łam już, że nie po­win­nam pod­wa­żać tego, co za­pa­mię­tał z ubie­głej nie­dzie­li, i po­wstrzy­my­wać go przed od­pra­wie­niem mnie. Wie­dzia­łam rów­nież, że będę się za­cho­wy­wa­ła tak, jak­bym była win­na. Ni­czym skle­po­wy zło­dzie­ja­szek pła­czą­cy z ulgą, kie­dy go zła­pa­no. Taka nie­spra­wie­dli­wość, taka bez­na­dzie­ja. Nie mo­głam się ode­zwać, żeby się bro­nić. Wy­koń­czy­ły mnie go­dzi­ny cze­ka­nia przy te­le­fo­nie i bez­sen­na noc. Mię­śnie z tyłu gar­dła za­czy­na­ły mi sztyw­nieć, do­łą­cza­ły do nich te w szyi, cią­gnąc w dół war­gi, nie po­zwa­la­jąc im się ro­ze­wrzeć. Coś za­raz mia­ło pęk­nąć, ale nie mo­głam na to po­zwo­lić, nie w jego obec­no­ści. Nie, kie­dy tak bar­dzo się my­lił. Je­dy­nym spo­so­bem, by to po­wstrzy­mać i oca­lić god­ność, było mil­cze­nie. Ode­zwa­nie się ozna­cza­ło­by po­zby­cie się wszel­kich ha­mul­ców. A ja bar­dzo chcia­łam się ode­zwać. Mu­sia­łam mu po­wie­dzieć, jak bar­dzo jest nie­spra­wie­dli­wy, jak bez­tro­sko, z po­wo­du jed­nej luki w pa­mię­ci, na­ra­ża wszyst­ko, co mię­dzy nami było. To była jed­na z tych rzad­kich sy­tu­acji, gdy umysł chce jed­nej rze­czy, a cia­ło cze­goś in­ne­go. Gdy mamy ocho­tę upra­wiać seks w trak­cie eg­za­mi­nu albo robi nam się nie­do­brze na we­se­lu. Im bar­dziej sta­ra­łam się zdu­sić w mil­cze­niu tar­ga­ją­ce mną uczu­cia, tym bar­dziej się nie­na­wi­dzi­łam i uspo­ka­ja­łam.

– To było pa­skud­ne, Se­re­no. My­śla­łem, że stać cię na wię­cej. Nie­ła­two mi to mó­wić, ale je­stem głę­bo­ko roz­cza­ro­wa­ny.

Pe­ro­ro­wał w ten spo­sób, pod­czas gdy ja sta­łam od­wró­co­na do nie­go ple­ca­mi. Mó­wił, jak mi za­ufał, jak mnie za­chę­cał, jak duże po­kła­dał we mnie na­dzie­je i jak bar­dzo go za­wio­dłam. Było mu pew­nie ła­twiej mó­wić do mo­jej po­ty­li­cy, nie mu­siał pa­trzeć mi w oczy. Za­czę­łam po­dej­rze­wać, że nie cho­dzi o zwy­kłą po­mył­kę, zda­rza­ją­cą się cza­sem za­pra­co­wa­nym waż­nym star­szym pa­nom. Wy­da­wa­ło mi się, że wi­dzę to dość wy­raź­nie. Frie­da wró­ci­ła wcze­śniej z Wied­nia. Z ja­kie­goś po­wo­du – może coś ją tknę­ło – po­je­cha­ła do dom­ku. Albo po­je­cha­li tam ra­zem. W sy­pial­ni le­ża­ła moja wy­pra­na bluz­ka. Do­szło do sce­ny w Suf­fol­ku lub w Cam­brid­ge. Frie­da po­sta­wi­ła ul­ti­ma­tum: po­zbądź się tej dziew­czy­ny albo odejdź.

I Tony pod­jął oczy­wi­stą de­cy­zję. Ale na tym nie ko­niec. Pod­jął rów­nież inną de­cy­zję, po­sta­no­wił zro­bić z sie­bie ofia­rę, ko­goś skrzyw­dzo­ne­go, oszu­ka­ne­go, słusz­nie obu­rzo­ne­go. Prze­ko­nał sam sie­bie, że nic nie mó­wił na te­mat ko­sza z pra­niem. Pa­mięć zo­sta­ła ska­so­wa­na nie bez po­wo­du. A te­raz za­po­mniał, że ją ska­so­wał. Na­wet nie uda­wał. Na­praw­dę wie­rzył, że go roz­cza­ro­wa­łam. Na­praw­dę uwa­żał, że zro­bi­łam coś pod­stęp­ne­go i pod­łe­go. Bro­nił się przed świa­do­mo­ścią, że miał ja­kiś wy­bór. Sła­bość cha­rak­te­ru, za­łga­nie, pom­pa­tycz­ność? Tak, ale przede wszyst­kim błąd w ro­zu­mo­wa­niu. Pro­fe­sor­ski stół, mo­no­gra­fie, ko­mi­sje – wszyst­ko to nie mia­ło zna­cze­nia. Pro­fe­sor Can­ning nie był w peł­ni władz umy­sło­wych. W moim prze­ko­na­niu cier­piał na ra­żą­cą dys­funk­cję in­te­lek­tu­al­ną.

Wy­cią­gnę­łam chu­s­tecz­kę z cia­snej kie­sze­ni dżin­sów i ha­ła­śli­wie i ze smut­kiem wy­dmu­cha­łam nos. Nadal ba­łam się ode­zwać.

– Wiesz, do cze­go to musi pro­wa­dzić, praw­da? – py­tał Tony.

Nadal prze­ma­wiał tym swo­im ła­god­nym, te­ra­peu­tycz­nym gło­sem. Po­ki­wa­łam gło­wą. Wie­dzia­łam do­kład­nie, ale i tak mi po­wie­dział. Kie­dy to ro­bił, pa­trzy­łam, jak fur­go­net­ka pod­jeż­dża pę­dem i ha­mu­je kon­tro­lo­wa­nym po­śli­zgiem na żwi­rze przed kio­skiem. Z szo­fer­ki do­cho­dzi­ła gło­śna mu­zy­ka pop. Mło­dy czło­wiek w pod­ko­szul­ku, z ku­cy­kiem i mu­sku­lar­ny­mi brą­zo­wy­mi ra­mio­na­mi wy­siadł z niej i rzu­cił na zie­mię dwie duże pla­sti­ko­we tor­by z buł­ka­mi do ham­bur­ge­rów. Po chwi­li od­je­chał z ry­kiem, zo­sta­wia­jąc za sobą chmu­rę nie­bie­skich spa­lin, któ­re wiatr zwiał pro­sto na nas. Tak, po­rzu­co­no mnie po­dob­nie jak te buł­ki. Na­gle zro­zu­mia­łam, dla­cze­go przy­je­cha­li­śmy na ten par­king. Tony spo­dzie­wał się sce­ny. Nie chciał, by do­szło do niej w jego ma­łym au­tku. Jak zdo­łał­by wy­rzu­cić z nie­go roz­hi­ste­ry­zo­wa­ną dziew­czy­nę? Czyż nie le­piej było za­ła­twić to tu­taj, skąd mógł od­je­chać i zo­sta­wić mnie, że­bym zła­pa­ła oka­zję do mia­sta?

Dla­cze­go mia­ła­bym to to­le­ro­wać? Ode­szłam od nie­go w stro­nę sa­mo­cho­du. Wie­dzia­łam, co mu­szę zro­bić. Mo­gli­śmy obo­je zo­stać na par­kin­gu. Zmu­szo­ny prze­by­wać w moim to­wa­rzy­stwie przez ko­lej­ną go­dzi­nę, mógł od­zy­skać zmy­sły. Albo i nie. To i tak nie mia­ło zna­cze­nia. Mia­łam plan. Otwo­rzy­łam drzwi od stro­ny kie­row­cy i wy­cią­gnę­łam klu­czy­ki ze sta­cyj­ki. Całe jego ży­cie na jed­nym ma­syw­nym kół­ku, duża mę­ska ko­lek­cja klu­czy Yale, Chubb i Ban­ham, do ga­bi­ne­tu, do domu, do dru­gie­go domu, skrzyn­ki na li­sty, sej­fu, dru­gie­go sa­mo­cho­du i in­nych frag­men­tów eg­zy­sten­cji, do któ­rych nie mia­łam do­stę­pu. Wzię­łam za­mach, ma­jąc za­miar prze­rzu­cić ten ze­staw nad ży­wo­pło­tem. Je­śli zdo­ła prze­ci­snąć się przez krza­ki, niech łazi na czwo­ra­kach po polu, mię­dzy kro­wa­mi i kro­wi­mi plac­ka­mi, i szu­ka na mo­ich oczach klu­czy do swo­je­go ży­cia.

Po trzech la­tach gry w te­ni­sa w Newn­ham po­win­nam mieć cał­kiem sil­ny rzut. Nie dane mi było jed­nak się nim po­pi­sać. Kie­dy moje ra­mię było w peł­nym wy­chy­le­niu, po­czu­łam na nad­garst­ku jego za­ci­ska­ją­ce się pal­ce. Chwi­lę póź­niej za­brał mi klu­cze. Nie był bru­tal­ny, a ja nie sta­wia­łam opo­ru. Ode­pchnął mnie bez sło­wa i wsiadł do sa­mo­cho­du. Po­wie­dział już do­syć, a poza tym po­twier­dzi­łam wła­śnie jego naj­gor­sze przy­pusz­cze­nia. Ci­snął na zie­mię moją tor­bę, za­trza­snął drzwicz­ki i uru­cho­mił sil­nik. I cóż ta­kie­go po­wie­dzia­łam, kie­dy uda­ło mi się w koń­cu od­zy­skać głos? Znów za­cho­wa­łam się ża­ło­śnie. Nie chcia­łam, żeby od­jeż­dżał.

– Prze­stań uda­wać, że nie znasz praw­dy, Tony! – za­wo­ła­łam do bre­zen­to­we­go da­chu auta.

Do­praw­dy śmiesz­ne. To ja­sne, że ni­cze­go nie uda­wał. Na tym do­kład­nie po­le­gał jego de­fekt. Do­dał gło­śno gazu na wy­pa­dek, gdy­bym chcia­ła po­wie­dzieć coś jesz­cze i trze­ba to było za­głu­szyć. A po­tem ru­szył – z po­cząt­ku po­wo­li, oba­wia­jąc się być może, że rzu­cę się na przed­nią szy­bę albo pod koła. Ja jed­nak sta­łam jak tra­gicz­na idiot­ka i pa­trzy­łam, jak od­jeż­dża. Zo­ba­czy­łam, że za­pa­la­ją się jego świa­tła sto­pu, kie­dy zwol­nił, żeby włą­czyć się do ru­chu. A po­tem znik­nął i było po wszyst­kim.