Słodka morska bryza - Barbara Delinsky - ebook
Opis

Wstydliwa tajemnica rozdzieliła przed laty dwie najlepsze przyjaciółki. Czy dawna więź okaże się mocniejsza niż zdrada?

Charlotte i Nicole uwielbiały spędzać wakacje na idyllicznej wysepce Quinnipeague. Jednak szereg lat – i sekretów – skutecznie je rozdzielił. Charlotte jest energiczną dziennikarką i podróżniczką, ciągle na walizkach, zaś Nicole, blogerka kulinarna, wiedzie spokojne życie w Filadelfii u boku męża, neurochirurga Juliana. Kiedy Nicole otrzymuje propozycję napisania książki poświęconej wyspiarskiej kuchni, zaprasza Charlotte do spędzenia ostatniego wspólnego lata w domu rodziców, licząc na pomoc w zbieraniu materiałów.  

Żadna z nich nie ma pojęcia, że prawda może całkowicie odmienić ich życie: zniszczyć małżeństwo Nicole, lecz ocalić jej męża. Charlotte boi się stracić przyjaciółkę; nie wie, że dzięki pobytowi na wyspie zyska coś bardzo cennego.  

”Przesycona aromatami i smakami urokliwej wyspy w stanie Maine  Słodka morska bryza jest bez wątpienia najsilniej oddziałującą na zmysły książką Barbary Delinsky”.

„New York Journal of Books”

Barbara Delinsky – autorka bestsellerów z listy “New York Timesa”. Jej książki sprzedały się do tej pory w ponad 30 milionach egzemplarzy i zostały przetłumaczone na 28 języków. W Polsce ukazały się m.in. Kobieta znikąd, Ogród marzeń, Nie moja córka, Nikt się nie dowie, Kiedy moja siostra śpi. Zakochana w Nowej Anglii absolwentka wydziałów psychologii i socjologii, pasjonatka robienia na drutach, fotografii i kotów. Mieszka w Massachusetts. Zachęcamy do odwiedzenia jej strony: barbaradelinsky.com/blog.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 573

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału Sweet Salt Air

Wydawca Grażyna Smosna

Redaktor prowadzący Tomasz Jendryczko

Redakcja Maria Wirchanowska

Korekta Marzena Kłos

Copyright © 2013 by Barbara Delinsky Copyright © for the Polish translation by Grażyna Woźniak, 2015

Świat Książki Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Laguna

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected], tel. 22 733 50 10

Dla Eve,

Prolog

Charlotte Evans była przyzwyczajona do braku luksusów. Jako wolny strzelec podróżowała za niewielkie pieniądze, zbierając materiały do artykułów, których inni nie chcieli pisać. Mogła to robić, ponieważ nie była wybredna, jeśli chodzi o poziom życia. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zmagała się z kurzem podczas pisania artykułu o hodowcach słoni w Kenii, z mrozem, gdy pisała o białych niedźwiedziach w Kolumbii Brytyjskiej, i z muchami, kiedy zbierała materiały do tekstu o rodzinie nomadów w Indiach.

Wiedziała, że poradzi sobie również z irlandzką mgłą, która przenikała wszystko: dżinsy, buty, a nawet gruby rybacki sweter. Pożyczyła go od kobiety, u której się zatrzymała na tej najsłabiej zaludnionej spośród trzech wysp Aran, i chociaż w sypialni Charlotte znajdował się kominek, ciepła woda była w niewielkim kamiennym domu towarem deficytowym. Charlotte marzyła o gorącym prysznicu, porządnym wypraniu ubrań i chociaż jednym słonecznym dniu.

Przyjechała tu, by zebrać materiały o najmłodszym pokoleniu dziewiarek z wyspy Inishmaan, w mistrzowski sposób wykorzystujących tradycyjne wzory. Patrząc na swój sweter, potrafiła już opisać ścieg ryżowy, powtarzające się motywy, lewe i prawe oczka oraz wzory warkoczowe. Nadszedł czas, żeby się stąd wynieść. Powinna wrócić do domu i napisać artykuł do „Vogue Knitting” przed wyjazdem do australijskiego buszu i napisaniem tekstu o ręcznie robionej aborygeńskiej biżuterii dla „National Geographic”. Ale jakoś nie mogła się rozstać z wyspą.

Pierwszym powodem była właścicielka domu – Charlotte nigdy wcześniej nie spotkała równie życzliwej osoby – a drugim samo rękodzieło. Chociaż Charlotte nie robiła na drutach, mogła się godzinami przypatrywać tym pogodzonym ze sobą i światem kobietom, które wzbudzały w niej zazdrość, ponieważ ona nie miała korzeni. Były mniej więcej w jej wieku – mogłyby być koleżankami ze szkoły – i próbowały ją nauczyć dziergania. Charlotte tłumaczyła sobie, że już samo to wystarczy, by zostać tu na dłużej.

Ostatecznie jednak to wyspa nie pozwalała jej wyjechać. Charlotte pokochała wyspy z chwilą, gdy spędziła swoje pierwsze wakacje na jednej z nich. Miała wtedy osiem lat. Jako trzydziestoczterolatka nadal była wrażliwa na aurę wyspiarskiego życia – wrażenie izolacji i oderwania od realnego świata pozwalające nabrać dystansu do zmartwień i pogrążyć się w marzeniach.

Charlotte popatrzyła w kierunku horyzontu, czy raczej tam, gdzie zobaczyłaby horyzont, gdyby nie gęsta mgła, która nadawała jej skórze połysk i zwiększała objętość włosów. Zanurzyła palce w wilgotnych ciemnych lokach i przesunęła się na postrzępionym klifie, kierując wzrok nieco na południe.

Właśnie tam, na dalekim krańcu Atlantyku, znajdowało się Maine i chociaż jej wyspa i ta tutaj leżały na tym samym oceanie, dzieliły je lata świetlne. Podczas gdy Inishmaan była szaro-brązowa, a na słabych, sztucznie stworzonych przez człowieka glebach rosły tylko najbardziej wytrzymałe niskopienne rośliny, żyzną Quinnipeague porastały strzeliste sosny, nie wspominając już o obfitości warzyw, kwiatów i nieprawdopodobnie rozbuchanych ziół. Charlotte uniosła głowę, zamknęła oczy i zaczerpnęła wilgotnego irlandzkiego powietrza z odrobiną drzewnego dymu przywianego przez zimną bryzę. Quinnipeague również pachniała drzewnym dymem, gdyż wczesnym rankiem bywało tam chłodno nawet latem. Jednak około południa woń dymu ustępowała miejsca zapachowi lawendy, drzew balsamowych i traw. Jeśli wiało od zachodu, czuć było zapach smażonych potraw z Chowder House, jeśli z południa – ziemistą woń kolonii małży, a jeśli z północnego wschodu – czystą woń słodkiej morskiej bryzy.

O tak, po przeciwnej stronie Atlantyku leży Maine, rozmyślała Charlotte, otwierając oczy i próbując przeniknąć tę ogromną odległość mimo gęstej mgły. Był kwiecień i niezależnie od tego, gdzie się znajdowała, myślała o Quinnipeague, planując letnie wakacje.

Tak było kiedyś, ale postanowiła nigdy więcej do tego nie wracać. Spaliła za sobą ten most dziesięć lat temu jednym nieprzemyślanym krokiem. Nie miała odwrotu, chociaż czasami szczerze tego żałowała. Brakowało jej letniej atmosfery Quinnipeague, całkowitego odcięcia się od reszty świata. Tęskniła za bułeczkami z homarem, które nigdzie indziej tak nie smakowały. Jednak przede wszystkim tęskniła za Nicole, która swego czasu była jej bliska niczym siostra. Pomimo usilnych starań z nikim nie udało jej się nawiązać równie serdecznej przyjaźni.

Możliwe, że właśnie to trzymało Charlotte na wyspie. Tutejsze kobiety potrafiły się ze sobą przyjaźnić. Były niezależne i samowystarczalne. Z kilkoma z nich Charlotte nadawała na dokładnie tych samych falach i przeczuwała, że nie stracą ze sobą kontaktu.

Czy na pewno? Być może.

Stąpająca twardo po ziemi cząstka Charlotte musiała przyznać, że pewnie stracą. Chociaż zarabiała na życie piórem, w pisaniu listów była kiepska. Za dzień czy dwa pozostawi za sobą Inishmaan, wróci na Brooklyn, a stamtąd...? Poza Australią miała w planach podróż do Toskanii i Bordeaux. Zbieranie materiałów w tym drugim miejscu było o tyle kuszące, że zamierzała przy okazji odwiedzić Paryż. Mieszkało tam kilkoro jej przyjaciół: pisarz, plastyczka zajmująca się ceramiką i niedoszła projektantka mody, której ubrania były zbyt udziwnione, żeby trafić w masowe gusta, lecz nadrabiała to sympatycznym usposobieniem.

Czy spędzi lato równie przyjemnie jak na Quinnipeague? Nie.

Ale sama sobie wybrała takie życie.

*

Nicole Carlysle żyła w stanie błogiej nieświadomości tego, co wydarzyło się dziesięć lat wcześniej. Miała za to mnóstwo bieżących problemów, z których nikomu się nie zwierzała, i na tym właśnie polegał jej największy kłopot. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, co ją trapi. Nikt nie mógł wiedzieć, co oznacza brak emocjonalnego wsparcia i jakże potrzebnej rady. Julian nalegał, żeby nic nikomu nie mówiła, a Nicole przystała na to z miłości do niego. Była jego podporą, a jaka kobieta nie chciałaby o sobie usłyszeć, że jest podporą swojego mężczyzny? Ciężar, który nosiła na barkach, był jednak ogromny. Zwariowałaby, gdyby nie blog. Niezależnie od tego, czy pisała o lokalnym wytwórcy sera, nowo otwartej ekologicznej restauracji czy wykorzystaniu nowego gatunku egzotycznego owocu, który właśnie pojawił się na rynku, każdego dnia godzinami jeździła po Filadelfii i okolicach w poszukiwaniu materiałów. Wraz z nadejściem wiosny tematów przybywało.

Tym razem jednak, siedząc przed iMakiem w gabinecie Juliana, zajmowała się czymś zupełnie innym. Z tego pokoju – w przeciwieństwie do większości pomieszczeń ich mieszkania w osiemnastopiętrowym apartamentowcu – nie rozciągał się widok na rzekę Schuylkill. W gabinecie nie było okien, ściany pokrywały mahoniowe półki zastawione książkami medycznymi, które Julian odziedziczył po ojcu lub zebrał, zanim zostały wydane w postaci elektronicznej. Nicole też miała swoje półki, chociaż było ich zdecydowanie mniej. Wypełniały je powieści, z którymi nie potrafiła się rozstać, i książki poświęcone sposobom spędzania wolnego czasu, które były dla niej źródłem wiedzy i inspiracji.

Nicole była dobrze zorganizowana, więc papiery leżące po lewej stronie komputera – notatki, wydruki komentarzy od fanów, prośby o wsparcie promocyjne od dostawców – tworzyły schludny stosik. Za nimi leżał aparat fotograficzny podłączony do portu USB, a w ceramicznej miseczce po prawej stronie komputera pysznił się dopiero co sfotografowany bohater jej najnowszego wpisu na blogu: główka kalafiora purpurowego, wciąż otulona zielonymi liśćmi. Skórzana kanapa, fotel i szezlong wypełniały pokój zapachem olejku cytrynowego i staroci.

Jednak to nie ten zapach zaprzątał jej myśli, kiedy przeczytała napisane przez siebie słowa: „Często jeżdżę na targ. Uwielbiam kupować świeże warzywa od rolników, ale oferowane przez nich zioła nie umywają się do tych z wyspy. To właśnie przyprawy tworzą smak jedzenia z Quinnie – przyprawy i świeżość. Wyspiarze z Quinnipeague uprawiali organiczną żywność i gotowali z niej lokalne potrawy na długo przed powstaniem ruchu »z pola prosto na stół«, lecz to właśnie zioła grały pierwsze skrzypce. Nie mogę pisać o wyspiarskiej kuchni, nie wspominając o miejscowych ziołach. I o ludziach. W tym miejscu muszę pomyśleć o Tobie, Charlotte. Jadłaś gulasz z homara Dorey Jewett i smażone małże Mary Landry i zawsze tak lubiłaś kompot Bonnie Stroud, który co roku przynosiła na kolację z okazji Dnia Niepodległości. Ci ludzie nadal tam są. Każdy z nich ma swoją historię. Chciałabym umieścić niektóre z tych postaci w książce, ale lepiej mi wychodzi pisanie o jedzeniu niż o ludziach. Za to Ty robisz to świetnie, Charlotte. Ciągle wyszukuję Twoje nazwisko w Google’u i pojawia się ono w najlepszych czasopismach podróżniczych”.

Nicole przerwała pisanie i zamyśliła się nad tymi artykułami, przypatrując się odbiciu swoich oczu w monitorze komputera. Były zielone jak morze ze zmartwienia i od zastanawiania się, czy przyjaciółka przyjmie jej propozycję. Charlotte była profesjonalną dziennikarką, z pewnością przyzwyczajoną do pisania pod własnym nazwiskiem. Nicole będzie się z nią musiała podzielić zyskami, a zaliczka nie była wysoka. Jeśli książka sprzeda się dobrze, pojawią się pieniądze, lecz na razie mogła jej zaproponować niewielką kwotę plus mieszkanie i wyżywienie w jednym z najładniejszych domów na wyspie – oraz wspólne czytanie i rozmowy, czyli wszystko to, na czym spędzały czas, zanim życie weszło im w paradę.

Nicole kilka razy zmieniała brzmienie listu. W końcu, zmęczona analizowaniem każdego słowa, napisała bez ogródek: „Potrzebuję Cię, Charlotte. Książka kucharska z Quinnie będzie do niczego bez Twojego wkładu. Wiem, że jesteś zajęta, ale mam czas do piętnastego sierpnia, więc w grę nie wchodzi całe lato, poza tym możesz znaleźć na wyspie ciekawe tematy do swoich artykułów. Nie będziesz żałowała, obiecuję”.

Podniosła wzrok znad monitora, dostrzegła stojącego w drzwiach Juliana i od razu poczuła znajome ciepło. Działo się tak za każdym razem, kiedy ją na czymś przyłapywał, odkąd zobaczyła go pierwszy raz w Starbucksie w Baltimore dwanaście lat wcześniej. Była wtedy świeżo upieczoną absolwentką studiów ochrony środowiska w Middlebury i uczyła się zawodu, przygotowując materiały prasowe dla miejscowej organizacji rolniczej. W nadziei, że uda jej się popracować podczas popołudniowej przerwy, odstawiła swoje duże karmelowe frappuccino z bitą śmietaną na stolik, nie zwracając uwagi na otoczenie. Dopiero gdy otworzyła laptopa, zdała sobie sprawę, że na stoliku obok stoi identyczny komputer, otworzony pod dokładnie takim samym kątem. Julian zauważył to kilka sekund wcześniej i uśmiechał się do Charlotte wyczekująco.

Był chirurgiem, przyjechał z Filadelfii na seminarium na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa i emanował milczącą siłą. Przez ostatnie cztery lata owa siła była wystawiana na ciężką próbę, a mimo to, patrząc na stojącego w drzwiach męża, Nicole wiedziała, że Julian nadal ją w sobie ma. Mimo niewysokiego wzrostu zachowywał królewską prezencję, nawet teraz, pewnie dzięki regularnym ćwiczeniom. W ciągu minionego roku czy dwóch posiwiał, ale nawet po dniu spędzonym w szpitalu był przystojnym czterdziestosześciolatkiem. Zmęczonym, jak zawsze ostatnimi czasy, ale przystojnym.

Julian podszedł do żony, starając się uśmiechnąć.

– Spisujesz wrażenia z wczorajszego wieczoru? – zapytał.

Odwiedzili z przyjaciółmi nową restaurację. Dla Nicole był to służbowy wieczór; poprosiła, żeby każdy z gości zamówił inną potrawę i ocenił ją, a potem skrzętnie notowała ich komentarze.

Zanim zdążyła pokręcić głową, stanął nad nią, opierając się biodrem o biurko, tuż przy klawiaturze.

– W takim razie chodzi o książkę kucharską – stwierdził z wszystkowiedzącym uśmiechem. – Zawsze masz tę minę, kiedy myślisz o Quinnipeague.

– I świętym spokoju. Mamy kwiecień. Będziemy tam już za dwa miesiące. Jedziesz ze mną, prawda?

– Przecież ci obiecałem.

– Ale bez entuzjazmu. To dla nas szansa, Jules – dodała, poważniejąc. – Potrzebujemy tego, choćby na tydzień. – Wróciła myślami do przyjemniejszych wspomnień. – Pamiętasz, jak pojechałeś tam po raz pierwszy? Powiedz prawdę, nie cierpiałeś tego miejsca.

Brązowe oczy Juliana pojaśniały z rozbawienia.

– A co tu lubić? Zapomnianą przez Boga i ludzi wysepkę pośrodku Atlantyku...

– Oddaloną niespełna dwadzieścia kilometrów od brzegu.

– Na jedno wychodzi. Skoro nie było tam szpitala, równie dobrze mogła dla mnie nie istnieć.

– Bałeś się, że będą tam same polne drogi i że nie znajdziesz sobie nic do roboty.

Julian cicho się zaśmiał. Pomiędzy żeglowaniem, łowieniem ryb, małży i homarów, wieczorami filmowymi w kościele i porankami w kawiarni, nie mówiąc już o kolacjach jedzonych w domu, na mieście albo u przyjaciół, Nicole nie pozwalała mu się nudzić.

– Pokochałeś to miejsce – podpuszczała go żona.

– Owszem. Jest doskonałe. Zupełnie inny świat. – Jego oczy posmutniały. – Rzeczywiście, wyjazd bardzo nam się przyda, maleńka. – Ujął twarz żony w dłonie i pocałował ją.

To był smutny pocałunek. W nadziei, że uda jej się odpędzić ten nastrój chociaż na kilka chwil – szczególnie że zawsze podniecało ją, kiedy mówił do niej „maleńka” – Nicole wyciągnęła ręce do Juliana, lecz ten chwycił je, przycisnął do ust i zwinnie przesunął się za jej plecy. Obejmując żonę, z policzkiem przy jej włosach, przeczytał słowa na monitorze komputera.

– No nie – westchnął. – Charlotte.

– Tak. Naprawdę jej potrzebuję.

Julian odsunął się, żeby spojrzeć Nicole w oczy.

– Wcale nie, Nicki. Możesz napisać tę książkę sama.

– Wiem o tym – powtórzyła po raz kolejny. – Ale Charlotte jest uznaną dziennikarką i jej historia też wiąże się z Quinnipeague. Jeśli dołączymy jej opowieści o mieszkańcach do moich o jedzeniu, książka będzie dużo lepsza.

– Przecież Charlotte od dziesięciu lat nie postawiła stopy na wyspie – odparł Julian ze spokojem, który świadczył o jego dobrym rozeznaniu w sytuacji.

Och, Julian posiadał rozległą wiedzę, był pionierem w swojej dziedzinie i świetnie znał się na ludziach. Jednak Nicole nie zamierzała tak łatwo ustąpić.

– Znasz lepszy pretekst, żeby ją tam ściągnąć? Poza tym skoro ty wyjedziesz po tygodniu, a mamy w ogóle nie będzie, niech przynajmniej Charlotte dotrzyma mi towarzystwa.

Julian milczał przez chwilę. Nicole wiedziała, co powie, zanim jeszcze padły te słowa:

– Charlotte okazała się kiepską przyjaciółką. Nazywała twojego tatę swoim przybranym ojcem, a nawet nie pofatygowała się na jego pogrzeb.

– Była wtedy w Nepalu. Nie zdążyłaby wrócić na czas. Ale zadzwoniła. Była równie przybita jak my wszyscy.

– A czy później też do ciebie dzwoniła? – zapytał, chociaż oboje znali odpowiedź.

– Mejlujemy.

– Często? Nie. Poza tym to ty do niej piszesz. Odpowiedzi Charlotte są krótkie i zdawkowe.

– Ma mnóstwo pracy.

Julian dotknął jej policzka.

– Nie widziałyście się od dziesięciu lat. Wasze drogi się rozeszły. Jeśli chcesz ją ściągnąć na wyspę, żeby odbudować waszą przyjaźń, możesz się bardzo rozczarować.

– Brakuje mi jej. – Julian sprawiał wrażenie nieprzejednanego, więc dodała: – Nie chodzi o to. Przyrzekłam ci, że jej nie powiem. – Przybrała błagalny ton. – Pomyśl o tych wszystkich zbiegach okoliczności, Jules. Piszę książkę kucharską, ty wyjeżdżasz na miesiąc do Północnej Karoliny, mama nie chce przyjechać do Quinnipeague i potrzebuje kogoś, kto spakuje rzeczy. Jakbym miała na to ochotę... Już sama ta czynność będzie okropna, ale przebywanie tam samotnie, bez ciebie? To ostatnie lato, kiedy dom należy do nas, a Charlotte jest dla mnie częścią związanych z nim wspomnień.

Julian milczał.

– Nawet nie wiesz, gdzie jej szukać.

– Nikt nie wie. Charlotte żyje na walizkach. Właśnie dlatego piszę e-mail. Może go przeczytać wszędzie. I zawsze mi odpisuje.

Julian miał jednak rację co do długości odpowiedzi. Charlotte niewiele pisała o swoim życiu. Jednak od samego początku tego projektu Nicole wyobrażała sobie, że jej przyjaciółka weźmie w nim udział. O tak, Charlotte znała Quinnipeague jak własną kieszeń. Ale znała też Nicole, a ta pilnie potrzebowała się z nią zobaczyć. Przeżywali z Julianem trudne chwile. Czułe momenty, dawniej tak częste, zdarzały się im coraz rzadziej. Miesięczne szkolenie lekarzy z Duke w technice, w której Julian był ekspertem, pozwoli mu się oderwać od zmartwień. A Nicole? Ona potrzebowała towarzystwa Charlotte. Łączyły je miłe wspomnienia; przyjaciółki zawsze nadawały na tych samych falach. Charlotte była jedyną nadzieją Nicole na odrobinę rozrywki tego lata.

Julian założył żonie długi kosmyk włosów za ucho. Na jego twarzy malował się ból. Nicole ponownie wyciągnęłaby do niego ręce, gdyby nie objął dłońmi jej twarzy.

– Nie chcę, żebyś cierpiała – powiedział, pocałował żonę w czoło i lekko się odsunął. – Myślisz, że Charlotte przyjmie zaproszenie?

Nicole się uśmiechnęła. Przynajmniej tego była pewna.

– Oczywiście. Nieważne, ile czasu minęło. Charlotte uwielbia Quinnipeague. Nie oprze się tak silnej pokusie.

Rozdział 1

Quinnipeague leżała osiemnaście kilometrów od lądu. Przy populacji liczącej mniej niż trzysta osób do zaopatrzenia wyspy wystarczała przypływająca codziennie łódź pocztowa, która transportowała również produkty spożywcze i garstkę pasażerów, bez samochodów. Jako że Charlotte po raz pierwszy w życiu była dumną posiadaczką samochodu, wykupiła miejsce na promie. Na pokład wsiadła w Rockland we wtorek, czyli jeden z trzech dni w tygodniu, kiedy kapitan przepływał obok Vinalhaven i zawijał do wysepek takich jak Quinnipeague. Nicole zaproponowała, że zapłaci za jej bilet lotniczy, ale Charlotte latała wszędzie, a to lato miało być inne.

Jeździła starym jeepem wranglerem, kupionym od znajomej znajomego za ułamek pierwotnej ceny. Drżąc z podniecenia, złożyła dach i rozkoszowała się podmuchami ciepłego czerwcowego powietrza w drodze z Nowego Jorku. Cieszyła się na tę podróż. Po pracowitych dwóch miesiącach wreszcie miała wolne, mogła się wyciszyć, ochłonąć i może nawet znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego zgodziła się spędzić ostatnie lato na Quinnipeague. Przecież obiecała sobie, że ze względu na bolesne wspomnienia nigdy więcej tam nie pojedzie.

Miała jednak i dobre wspomnienia, które wróciły do niej, gdy przeczytała w Irlandii wiadomość od Nicole. Odpisała natychmiast, obiecując, że zadzwoni do niej tuż po powrocie do Nowego Jorku. I zrobiła to, gdy tylko znalazła się na lotnisku, jeszcze z kolejki po odbiór bagażu.

Oczywiście, że przyjedzie, zapewniła przyjaciółkę. Po pierwsze z powodu Boba. Nie pojechała na pogrzeb, ponieważ nie miała odwagi stawić czoła nieżyjącemu ojcu Nicole po tym, jak srodze go zawiodła – jak zawiodła ich wszystkich. Miała więc wyrzuty sumienia wobec Nicole zarówno z powodu swojej nieobecności na pogrzebie, jak i z powodu zdrady.

Jednak poczucie obowiązku nie było jedynym powodem, dla którego przyjęła zaproszenie. Drugim była ulga; Nicole sama wyciągnęła do niej dłoń. I nostalgia – Charlotte tęskniła za beztroskimi wakacjami. A także samotność, bo choć spędzała życie wśród ludzi, żaden z nich nie był jej tak bliski jak kiedyś Nicole.

I jeszcze książka kucharska. Nigdy nie pracowała nad książką i w zasadzie z nikim nie współpracowała przy żadnym projekcie, chociaż ten wydawał się bułką z masłem, skoro większość odpowiedzialności spoczywała na barkach Nicole. Kiedy Charlotte myślała o osobach, z którymi powinna przeprowadzić wywiad, jako pierwsza przychodziła jej do głowy Cecily Cole. Skoro już mowa o ważnych postaciach, Cecily pod wieloma względami uosabiała wyspiarską kuchnię, ponieważ to właśnie jej zioła czyniły potrawy wyjątkowymi. Musiała być najważniejszą bohaterką tej książki. Rozmowa z nią będzie czystą przyjemnością.

Charlotte przydałoby się nieco rozrywki, odpoczynku i magii, a na Quinnipeague można było znaleźć to wszystko. Nawet teraz, kiedy prom na zmianę zanurzał się we mgle i z niej wypływał, rzeczywistość to pojawiała się, to znikała. Thomas Wolfe napisał kiedyś Nie mapowrotu, lecz Charlotte modliła się, żeby nie miał racji. Spodziewała się pewnej dozy skrępowania; w ciągu dziesięciu lat ścieżki przyjaciółek zdążyły się rozejść i trudno było liczyć na to, że od razu wrócą do tego, co dawniej je łączyło. Szanse byłyby jeszcze mniejsze, gdyby Nicole wiedziała o jej zdradzie. Z drugiej strony, gdyby przyjaciółka wiedziała, nie zaprosiłaby Charlotte na wyspę. W Nicole Carlysle nie było krztyny przewrotności.

Charlotte wychyliła się przez barierkę biegnącą wzdłuż burty i wstrzymała oddech. Czy to możliwe, żeby...

Ale nie, to tylko złudzenie, szybko wchłonięte przez mgłę.

Charlotte minęła puste ławki i mocno chwyciła się relingu na dziobie promu. Oczekiwanie wzbierało w niej od chwili wyjazdu z Nowego Jorku i gwałtownie wzrosło w New Haven, a później w Bostonie. Zanim dotarła do Portland, zaczęła żałować swojej decyzji, ale to się zmieniło, kiedy zjechała z autostrady w Brunswick i jechała dalej wzdłuż wybrzeża. Bath, Wiscasset, Damariscotta – cieszyły ją nazwy tych miejscowości, podobnie jak widok łodzi, domów nad brzegiem oceanu i przydrożnych stoisk. „Małże smażone w całości”, głosił napis na jednym z nich, lecz oparła się pokusie. Małże podawane w Quinnipeague były zbierane kilka godzin przed podaniem na stół, a niebiańsko lekkie ciasto przyprawiano natką pietruszki i tymiankiem. Żadne inne smażone małże nie mogły się z nimi równać.

Prom wzniósł się na fali, lecz płynął spokojnie. Chociaż powietrze było rześkie i wiał silny wiatr z drobinkami morskiej wody, Charlotte nie mogła się zmusić, żeby wejść pod dach. Kiedy statek wypłynął z Rockland, zawiązała wokół talii sweter i mimo że spięła włosy, kilka loków zdołało się wydostać i powiewało teraz na wietrze. Charlotte wpatrywała się w ocean. Niektórzy uważali wody północnego Atlantyku za zimne i nieprzyjazne, ale ona miała odmienne zdanie. Turkusowe, szmaragdowe, niebieskozielone – żaden kolor fal nie podobał jej się tak bardzo jak szaroniebieski. Sprawiło to siedemnaście wakacyjnych letnich pobytów na wyspie.

Musiała zrobić zdjęcie tym falom.

Ale nie. Nie chciała, by cokolwiek oddzieliło ją od tego widoku, nawet obiektyw aparatu.

W ciągu ostatnich tygodni wyobrażała sobie tę chwilę dziesiątki razy, więc wydawało jej się, że jest przygotowana, lecz kiedy wyspa wreszcie wyłoniła się z mgły, Charlotte przeszył dreszcz. W miarę rozwiewania się oparów wyostrzały się elementy krajobrazu, które tak dobrze pamiętała: postrzępione skały, korony drzew, restauracja Chowder House wznosząca się na granitowym masywie opasanym dwiema drogami, które spływały łagodnie od strony miasteczka w kierunku wybrzeża, niczym symetryczne wstęgi schodów w eleganckiej willi.

Poza tym w Quinnipeague nie było nic eleganckiego; wyboiste dróżki i podniszczone nabrzeże portowe. Jednak wysepka wcale nie miała być elegancka, tylko autentyczna. Okiennice służyły praktycznemu celowi – zamykano je, by się chronić przed silnym wiatrem, a kiedy były otwarte, często wisiały przekrzywione. Drewno miało szarą barwę, przywiązane do ściany rybackiego domku boje były jaskrawe mimo łuszczącej się farby, a mewy, które przysiadały na wysokich palach, zostawiały po sobie kredowobiałe ślady.

Kiedy prom zbliżył się do brzegu, Charlotte zaczęła odróżniać zacumowane w porcie żaglówki od motorówek. Łodzi do połowu homarów było mniej, niż zapamiętała, podobnie jak poławiaczy, chociaż ci, którzy zostali, pewnie i tak wypłynęli w morze, żeby wybierać pułapki, stąd widok zacumowanych w porcie pontonów.

Puls jej przyspieszył, gdy zobaczyła biegnącą wzdłuż brzegu postać, i w tym momencie złe wspomnienia zostały zmiecione do morza. Charlotte zaczęła szaleńczo wymachiwać rękami.

– Hej, Nicki! Jestem tutaj!

Tak jakby na promie byli jacyś inni pasażerowie. Jakby Nicole mogła jej nie dostrzec lub jakby mogła usłyszeć jej krzyki przez hałas silnika i odgłos fal rozbijających się o pale. Mimo to Charlotte nie mogła się powstrzymać. Znów była dzieckiem, które przebyło samotnie drogę z Wirginii z duszą na ramieniu i wreszcie dotarło na miejsce. Była nastolatką, zaprawioną podróżniczką z Teksasu, uradowaną widokiem najlepszej przyjaciółki. Studentką, która przyjechała autobusem z New Haven na wakacje z rodziną, by opowiedzieć jej o swoich studiach, przyjaciołach i marzeniach.

Nikt na nią nie czekał w żadnym z miejsc, które odwiedziła w ciągu dziesięciu lat od tamtych pamiętnych wakacji, kiedy Nicole i Julian wzięli ślub.

Widząc na brzegu podekscytowaną Nicole, Charlotte zalała tak potężna fala ulgi, że wybaczyła przyjaciółce nieśmiałość, uległość i ugodowość, które uczyniły z niej taką łatwą ofiarę zdrady – cechy, dzięki którym Charlotte przez lata rozgrzeszała się z tego, co zrobiła.

Ale to był zupełnie nowy dzień. Wisząca w powietrzu mgła nie zdołała przyćmić czerwieni i błękitu łodzi. Podobnie jak zapach wodorostów nie stłumił aromatu grillowanych potraw w Chowder House. Przestępując z nogi na nogę, Charlotte przycisnęła dłonie do ust, żeby się uspokoić, podczas gdy prom zwolnił i z irytującą precyzją i zgrzytem przekładni zawijał do portu. Charlotte przesunęła się, by nie stracić z oczu przyjaciółki.

Nicole jak zawsze wyglądała pięknie. Była drobna i gdy tak stała na brzegu, sprawiała wrażenie wyjątkowo smukłej. Zawsze stylowa, tym razem miała na sobie obcisłe dżinsy i skórzaną marynarkę. Wiatr szarpał jej apaszką, która kosztowała pewnie więcej niż cała letnia sfatygowana garderoba Charlotte, pochodząca głównie ze sklepu L.L. Bean, której używała od lat. Najbardziej szykowne były jej baleriny kupione trzy lata wcześniej na paryskim targu.

Rufa promu wreszcie dotknęła nadbrzeża. Gdy tylko kapitan rozpiął łańcuchy i opuścił trap, Charlotte ruszyła przed siebie. Zarzuciła Nicole ramiona na szyję i zawołała:

– Wyglądasz lepiej niż kiedykolwiek! Wprost zjawiskowo!

– Ty też – odkrzyknęła Nicole, mocno tuląc przyjaciółkę. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Nie zdołała opanować łez.

Charlotte stała ze ściśniętym gardłem, również bliska płaczu. Minęło dziesięć lat, w ich życiu wiele się zmieniło, a jednak obie były jednakowo przejęte. Chwytając się cudownych wspomnień ich wspólnych wakacji, Charlotte przez chwilę nic nie mówiła, obejmując Nicole, aż ta wreszcie roześmiała się przez łzy. Starła je z twarzy i uważnie przyjrzała się Charlotte.

– Ani trochę się nie zmieniłaś – oznajmiła głosem, który Charlotte tak świetnie pamiętała, wysokim, wręcz dziecięcym. – Nadal uwielbiam twoje włosy.

– Wciąż nie mogę sobie z nimi poradzić, ale twoje też mi się podobają. Skróciłaś je.

– W zeszłym miesiącu. Mam głos dziesięciolatki, ale chciałabym przynajmniej wyglądać jak dorosła kobieta.

Proste włosy koloru blond zawsze spływały jej na plecy. Teraz, obcięte na pazia, okalały twarz, podkreślając zieleń oczu Nicole, błyszczących od łez i nagłego niepokoju.

– Jak ci minęła podróż?

– Dobrze.

– Spędziłaś za kółkiem wiele godzin, a nie jesteś do tego przyzwyczajona...

– I właśnie dlatego chciałam to zrobić. Podróż była naprawdę przyjemna. Nicki, zawsze wyglądałaś świetnie, ale ta fryzura wyjątkowo do ciebie pasuje.

Charlotte mogłaby się przy niej poczuć jak szara myszka, gdyby nie to, że wiele kobiet wydawało majątek, żeby mieć takie włosy jak ona. Poza tym jej głos, niezbyt wysoki i wyróżniający się, pomagał jej zachować pewność siebie.

Nicole przyglądała się butom Charlotte.

– Cudne. Kupiłaś je w Paryżu?

Charlotte szeroko się uśmiechnęła.

– Gdzież by indziej?

– A sweter? Nie jest z Paryża, ale wygląda bosko. Tak autentycznie. – W głosie Nicole zabrzmiało nerwowe podniecenie. – Gdzie go kupiłaś? Muszę mieć taki sam.

– Przykro mi, skarbie. Dostałam go od pewnej Irlandki.

– Idealnie pasuje do tego miejsca. Czerwiec był wyjątkowo ponury i pochmurny. Powinnam była cię ostrzec, ale bałam się, że nie przyjedziesz.

– Zdążyłam się przyzwyczaić do niepogody. – Charlotte spojrzała w kierunku wzgórza. – Wyspa wygląda dokładnie tak samo jak dawniej. – Za barem Chowder House znajdował się po lewej stronie sklep spożywczy, a po prawej poczta. Oba budynki były długie i niskie, żeby nie zagrażały im podmuchy wiatru. – Jakby nic się nie zmieniło.

– Bo to prawda. Mamy za to w domu Wi-Fi. Podłączyłam się w zeszłym tygodniu.

– Tylko dla nas dwóch? – wolała się upewnić Charlotte.

Nicole powiedziała, że Julian spędzi z nią tydzień poprzedzający przyjazd Charlotte i opuści wyspę przed jej przybyciem. Gdyby postanowił zostać, zmieniłoby to charakter jej wizyty, sprawiając, że przyjaźń dwóch kobiet mogłaby zawisnąć na włosku.

Jednak Nicole nie straciła zimnej krwi.

– Hej, zasługujemy na to. Poza tym jeśli przestanę zamieszczać wpisy na blogu, ludzie stracą zainteresowanie, przestaną mnie odwiedzać i nie będę miała komu polecić naszej książki kucharskiej. Odkąd zgodziłaś się mi pomóc, mam pewność, że wszystko się uda. Dziękuję ci, Charlotte – powiedziała z głębi serca. – Wiem, że masz ważniejsze rzeczy do roboty.

Charlotte już miała ją zapewnić, że wcale tak nie jest, lecz przeszkodził jej szorstki głos kapitana promu:

– Haloooo! – Mężczyzna wskazał kciukiem w kierunku jeepa. – Zamierza go pani stąd zabrać?

– Och! – Roześmiała się. – Przepraszam.

Uwolniła Nicole z uścisku, wbiegła z powrotem na pokład promu i usiadła za kierownicą. Zanim uruchomiła silnik, Nicole wślizgnęła się na miejsce pasażera i przesunęła dłonią po wysłużonej desce rozdzielczej.

– Zapłacę ci za niego.

Charlotte posłała jej zdziwione spojrzenie i ruszyła.

– Za ten samochód? Nie ma mowy.

– Nie kupiłabyś go, gdyby nie moja książka, a na pewno nie przyjmiesz ode mnie pieniędzy za pomoc.

– Właśnie dlatego że to twoja książka. Ja jestem tylko uczestniczką tej przejażdżki. – Roześmiała się z własnego dowcipu. – Uwierzysz, że to mój pierwszy w życiu samochód? – Zjechała do portu. – Czy to się dzieje naprawdę?

– Absolutnie tak – odparła Nicole, nagle poważniejąc. – Poradziłaś sobie na autostradzie?

– Jakoś tu dotarłam. – Charlotte pomachała kapitanowi. – Dziękuję! – Wyjechała z portu w ślimaczym tempie. Kiedy znalazła się na drodze, zatrzymała samochód, poprawiła się na siedzeniu i postanowiła rozprawić z pierwszym z duchów przeszłości. – Przykro mi z powodu twojego taty, Nicki. Chciałam być na pogrzebie, ale nie mogłam.

Nicole jakby przybyło lat.

– Może dobrze się stało – odparła ze smutnym uśmiechem. – Zjawiło się mnóstwo osób. Nie miałam czasu, żeby zebrać myśli.

– Zawał?

– I to rozległy.

– Miał wcześniej problemy z sercem?

– Żadnych.

– To straszne. Jak się czuje Angie?

Matka Nicole. Charlotte zadzwoniła również do niej, a Angie powiedziała to, co należało powiedzieć w takiej sytuacji: „Tak, to wielka tragedia, on ciebie też kochał, miło, że zadzwoniłaś”. Sprawiała wrażenie rozkojarzonej.

– Kiepsko – potwierdziła jej obawy Nicole. – Byli tacy zakochani, a tata kochał Quinnipeague. Jego rodzice kupili ten dom, kiedy był mały. To tutaj oświadczył się mamie. Zawsze powtarzali, że gdybym była chłopcem, nazwaliby mnie Quinn. Mama nie może się zmusić do przyjazdu na wyspę. Dlatego postanowiła sprzedać dom. Nie chce nawet spakować rzeczy. Wszystko tutaj kojarzy jej się z ojcem.

– Hop, hop! – rozległ się wesoły głos. – A któż to przyjechał?

Po schodach Chowder House schodziła pulchna kobieta w fartuchu narzuconym na podkoszulek i szorty. Dorey Jewett przejęła interes po ojcu kilka lat po tym, jak Charlotte zaczęła spędzać wakacje na wyspie, i to ona sprawiła, że bar dorównywał najlepszym restauracjom w mieście. Dorey miała błyszczącą skórę osoby, która całymi dniami pracuje w zaparowanym pomieszczeniu, lecz kurze łapki od śmiechu i mrużenia oczu zdradzały, że dobiega sześćdziesiątki.

– Missy mówiła, że się do nas wybierasz. Jak ty wydoroślałaś!

Dorey całe życie spędziła w Maine i mówiła z charakterystycznym wyspiarskim akcentem. Charlotte była nim urzeczona.

– Gdy przyjechałam tu po raz ostatni, miałam dwadzieścia cztery lata. Nie byłam dzieckiem.

– Ale spójrz tylko na siebie. Ładny sweter! – Entuzjazm kobiety sprawił, że Charlotte ponownie się roześmiała. – A Missy? Cóż, widywałam ją przez wszystkie te lata, ale mówię ci, że przy was wyglądałyśmy jak kocmołuchy. – Uniosła brwi. – Jesteście głodne? Mam gorący chowder[1].

Czauda – pomyślała radośnie Charlotte. Było późne popołudnie, a ona umierała z głodu. Jednak Nicole uwielbiała gotować i to do niej należała decyzja.

Nicole wychyliła się przez okno i powiedziała do Dorey:

– Poproszę dwie porcje na wynos, z chlebem kukurydzianym i młodymi pędami paproci.

– Zdążyłyście w ostatniej chwili – wyjaśniła Dorey. – Pewien sprzedawca usiłował mnie przekonać, że powinnam pakować pędy w folię i zamrażać, ale wtedy nie byłyby takie pyszne. Mam je tylko dlatego, że sprowadziłam ostatnie sztuki z północy, a sezon uprawy bardzo się w tym roku opóźnił. Skończyłyby się tydzień temu, ale interes nie idzie mi w tym roku zbyt dobrze, bo benzyna podrożała. Zresztą i tak mało kto zapuszcza się na wyspę przy tak silnym wietrze. A wam nie będzie za zimno? – zapytała, chociaż sama miała gołe ręce i nogi.

Jednak Charlotte nadal była skoncentrowana na swoim pustym żołądku.

– Czy mogłabyś dorzucić jeszcze kilka małży?

– Już się robi. Podjedźcie na górę, zaraz przyniosę zamówienie.

1Chowder — zupa rybna z owocami morza (przyp. tłum).

Rozdział 2

Wyspa była długa i wąska, wiła się na powierzchni oceanu niczym sympatyczna, łagodna kobra. Jej szeroka głowa, zwrócona w stronę lądu i wzniesiona do góry, osłaniała centrum miasteczka. Kiedyś była to rybacka wioska. Przy jej wąskich uliczkach nadal mieszkała garstka poławiaczy homarów i małży, chociaż właścicielami nieruchomości byli głównie miejscowi świadczący usługi napływowym mieszkańcom, których domy ciągnęły się w części wyspy tuż za głową kobry. Byli wśród nich artyści, biznesmeni i programiści komputerowi, którzy ściągnęli na wyspę zwabieni ciszą i spokojem.

Przez pozostałą część Quinnipeague biegła droga wzdłuż błotnych równin, osłoniętych plaż i skalnych urwisk. Przy piaszczystych ścieżkach prowadzących do letnich domków stały skrzynki na listy, które teraz, w końcu czerwca, ledwie było widać spomiędzy krzewów dzikich róż i geranium.

Dom Nicole był przedostatni, oddalony jedenaście kilometrów od przystani i trzy od koniuszka ogona kobry. Chociaż mniej okazały niż niektóre z nowszych domów, wybudowanych po ostatniej wizycie Charlotte, był to piękny piętrowy biały dom, z szerokimi tarasami, czarnymi okiennicami i przybudówkami po obydwu stronach. Urządzono w nich sypialnie dla gości, które podczas szczególnych okazji, takich jak ślub Nicole, mieściły nawet do dwudziestu osób.

Główny budynek przeznaczony był dla rodziny. Sypialnie znajdowały się na piętrze, zaś parter, by lepiej wykorzystać widok, przebudowano i składał się teraz z dwóch przestronnych pokoi: jadalni i salonu. Obydwa wychodziły na szeroki taras od strony morza.

Podczas gdy życie kuchenne kręciło się wokół dębowego stołu, salon umeblowano w taki sposób, by jak najlepiej wykorzystać kamienny kominek wysoki do sufitu. Właśnie tu postanowiły zjeść kolację Charlotte i Nicole, siedząc obok siebie na podłodze, przy dużym kwadratowym stoliku kawowym. Nicole uparła się, żeby podać jedzenie na pięknej zastawie, i sfotografowała je, zanim zaczęły jeść. Potem odłożyła aparat na bok i rozwinęła serwetkę.

Serwetki były dobrane kolorystycznie do kanap, poduszek i dywanów; w żywych odcieniach błękitu i zieleni, kontrastujących ze snującą się na zewnątrz mgłą. Drwa w kominku zajęły się ogniem, salon powoli zaczęło wypełniać przyjemne ciepło i zapach chowderu. Nicole zdjęła marynarkę i poluzowała apaszkę, która opadła na jej jedwabną koszulę. Charlotte poszła za przykładem przyjaciółki i pozbyła się swetra.

Niewiele rozmawiały, Charlotte wydawała głównie pomruki zachwytu nad jedzeniem. W pewnej chwili, przełknąwszy najbardziej soczystego małża, jakiego w życiu jadła, zapytała ze śmiechem:

– Jakim cudem to jest takie pyszne?

Jej elegancka przyjaciółka odłożyła łyżkę, wypiła ostatnie krople zupy prosto z miski i otarła usta.

– Dorey twierdzi, że sekretem doskonałego chowderu jest zamarynowanie składników w garnku na dzień przed ugotowaniem, co mogłoby się wydawać błędem, skoro małże smakują najlepiej usmażone tuż po wykopaniu. Moim zdaniem sekret tkwi w szczypiorku. – Zajrzała niepewnie do pustej miseczki. – Albo w bekonie, albo pietruszce. – Uniosła wzrok znad naczynia. – A może w maśle? Dorey gotuje chowder w stylu charakterystycznym dla Maine, dodaje raczej mleko niż śmietanę, więc to ono tak błyszczy.

Charlotte podeszła do sprawy prościej.

– A może chodzi o to, że dawno nie jadłyśmy jej zupy? – zapytała, lecz Nicole szybko pokręciła głową.

– Jadłam ją dwa dni temu. Stołuję się u Dorey przez całe lato i jej chowder smakuje mi równie dobrze w sierpniu i w czerwcu.

– Czyli nadal przyjeżdżasz tu na całe lato? – zdziwiła się Charlotte.

Zawsze dostawała jednego czy dwa e-maile z Quinnipeague – krótkie wakacyjne pozdrowienia świadczące o tym, że Nicole o niej pamięta – myślała jednak, że po ślubie przyjaciółki jej pobyty na wyspie się skróciły. Julian z pewnością nie mógł zostawić szpitala na trzy miesiące.

– Owszem. Zaczęłam przyjeżdżać z dzieciakami – Julian miał dwoje dzieci z poprzedniego małżeństwa – bo inaczej zanudziłyby się w Filadelfii, a to miejsce było dla nich idealne. Weszło mi to w nawyk. Kiedy dzieci dorosły i poszły do pracy, nadal tu przyjeżdżałam. Julian wpada na weekendy, czasem uda mu się wyrwać na cały tydzień. Podobnie jest z Kaylin i Johnem. Rodzice lubią mieć towarzystwo. – Skrzywiła się. – To znaczy lubili. – Rozejrzała się po salonie i dodała smutno: – Trudno będzie to wszystko zostawić.

Charlotte ścisnęła jej ramię. Wiedziała, że dom był tylko częścią „wszystkiego”. Chodziło również o Boba. Każdą wolną przestrzeń zajmowały zdjęcia, wiele z nich przedstawiało właśnie jego, w różnym wieku. Nie można było nazwać tego domu kapliczką, raczej miejscem hołdu, chociaż Charlotte wiedziała, że Nicole nadal przeżywa żałobę.

Przez chwilę milczały, delektując się jedzeniem. Charlotte skończyła jeść zupę i małże i zabrała się do pędów paproci. W niektóre lata przyjeżdżała na wyspę zbyt późno, żeby móc się nimi nacieszyć, ale tego smaku nie dało się zapomnieć.

Wytarła palce serwetką koloru mchu, sięgnęła po kieliszek z winem i wygodnie oparła się o krawędź kanapy.

– Czuję obecność twojego taty. Był cudownym człowiekiem. Pewnie nie poszłabym na studia, gdyby mnie do tego nie zmotywował. Nie zostałabym dziennikarką. Nie miałam pojęcia, czym jest etyka zawodu.

Bob Lilly był prawnikiem i chociaż uwielbiał spędzać wakacje na Quinnipeague, każdego ranka wstawał o świcie i przeglądał korespondencję z poprzedniego dnia. Podczas ostatniego pobytu Charlotte na wyspie w domu znajdował się faks, komputer z dostępem do internetu i telefon. Przed wybraniem się na żagle Bob załatwiał sprawy swoich klientów. Charlotte pamiętała, że czasem musieli czekać, aż skończy, a kiedy wreszcie do nich dołączał, wyłuszczał im szczegóły sprawy, tłumacząc, dlaczego była tak pilna.

– Był dla mnie wzorem, jak nikt inny.

Nicole przyklękła, wyciągnęła rękę przez stół, poprawiła grubą świecę umieszczoną w szerokim szklanym świeczniku, po czym znów usiadła na dywanie.

– Twoi rodzice odeszli zbyt wcześnie.

Po przyjeździe do domu Charlotte rozpuściła włosy; teraz odgarnęła je palcami i zaczęła wspominać zmarłych rodziców. Używali życia, pochłonięci sobą. Charlotte studiowała na pierwszym roku Yale, kiedy oboje zginęli w wypadku samochodowym, do którego mogłoby nie dojść, gdyby nie byli tak pijani.

Upiła łyk wina, przez chwilę zastanawiając się, jak by to było, gdyby żyli dłużej. Nie potrafiła sobie jednak wyobrazić pozytywnego rozwoju zdarzeń. Charlotte twardo stąpała po ziemi.

– Oni nigdy nie byli dla mnie wzorem, Nicki. Czasami próbuję ich idealizować, bo przecież zginęli, ale zawsze przypominam sobie, że w ich życiu panował kompletny chaos. Brali ślub trzykrotnie, w tym dwa razy ze sobą, a w międzyczasie wdawali się w romanse, rozwodzili się i trwonili pieniądze. Potrafili odgrywać różne role, na przykład szanowanych najemców domu obok waszego w Baltimore, ale tylko na krótką metę. Kiedy moi rodzice poznali twoich, dopiero co wyrzucono ich z mieszkania w Wirginii, o czym agentka nieruchomości rzecz jasna nie miała pojęcia. W tamtych czasach nie istniały sposoby, żeby sprawdzić czyjąś historię; ona miała do wynajęcia elegancki dom, a tu proszę bardzo, zjawili się moi rodzice. Angie i Bob szybko ich przejrzeli, ale nie dali nic po sobie poznać. Dlaczego?

– Ze względu na ciebie.

– Mówię poważnie.

– Ja też. Cieszyli się z naszej przyjaźni. Podobało im się, że ich podziwiasz. Dostrzegli w tobie potencjał. Poza tym twoi rodzice organizowali świetne grille. Nadal pamiętam smak tamtych żeberek.

– Skradzionych pewnie ze stoiska garmażeryjnego w supermarkecie – wymamrotała Charlotte. Czuła się skrępowana pochwałami, wzbudzającymi w niej jeszcze większe poczucie winy, które tak bardzo próbowała stłumić.

– Jesteś dla nich zbyt surowa.

Charlotte pozwoliła włosom opaść na ramiona i dała spokój błędom swoich rodziców.

– Pewnie masz rację. Zresztą nawet jeśli ukradli te żeberka, to przy okazji poznałam ciebie, więc to nie mogło być takie złe.

Polubiły się od samego początku. Gdy przez rok były sąsiadkami, stały się nierozłączne. Kiedy Charlotte się wyprowadziła, często nocowała u Nicole, i oczywiście spędzały wspólnie wakacje na Quinnipeague.

– Moi rodzice nie wiedzieliby, czym mnie zająć – ciągnęła Charlotte. – W porównaniu z nimi twoi świetnie sobie radzili.

– Oni też na tym korzystali. Zyskałam siostrę w czasach, gdy moja mama przechodziła kolejne poronienia. Twoja obecność tutaj pozwoliła mi się pogodzić z faktem, że nie będę miała rodzeństwa. Poza tym ufali tobie bardziej niż dziewczynom z wyspy. – Nicole szeroko otworzyła oczy, bezskutecznie usiłując stłumić śmiech. – Pamiętasz Crystal i Brandy?

Charlotte również się roześmiała.

– Dziwaczka Brandy. U nikogo nie widziałam tylu kolczyków. Co się z nią stało?

– Pracuje jako fryzjerka na kontynencie, a Crystal nadal mieszka na wyspie. Poślubiła Aarona Deegana, który poławia homary razem z ojcem. Mają piątkę dzieci.

– Aż piątkę? No, no. A Beth Malcolm? Była taka bystra. Zawsze się bałam, że się zaprzyjaźnicie i przestanę ci być potrzebna.

– Żartujesz? Byłam zbyt nieśmiała, żeby się z nią bawić. Nie kolegowałam się z dzieciakami z wyspy, dopóki ty się nie pojawiłaś. Byłaś znacznie odważniejsza niż ja. Przy tobie stałam się bardziej przebojowa. Moi rodzice byli tym zachwyceni.

– Beth kochała książki – przypomniała sobie Charlotte. – Co teraz czytasz?

– Salt, opowieść o...

– Maine! – przerwała jej radośnie Charlotte. – Ja też! Była na wyprzedaży na lotnisku JFK, kiedy wracałam z Australii, i jak zobaczyłam na okładce wyspę, nie mogłam jej nie kupić.

– To nie nasza wyspa...

– Nie, ale można ją poczuć, posmakować, niemal dotknąć. Nie jesteś zachwycona tą książką?

Nicole szeroko się uśmiechnęła.

– Zachwyca mnie w niej wszystko: miejsce akcji, bohaterowie, cała ta magia.

Charlotte miała identyczne odczucia i nie była tym wcale zaskoczona. Zawsze podobały im się te same książki. Dawniej godzinami siedziały na plaży, czytając, podczas gdy fale rozbijały się o brzeg.

Z drugiej strony od tamtego czasu upłynęło dziesięć lat. Kiedy Charlotte budowała domy w San Salvadorze po trzęsieniu ziemi i w La Placie po przejściu huraganu, Nicole urządzała luksusowy apartament w Filadelfii. Kiedy Charlotte tułała się po zapadłych dziurach, pisząc o doktorach, farmerach i artystach, Nicole siedziała w dzielnicy Center City, pisząc blog na temat jedzenia. Salt okupował co prawda listy bestsellerów, ale fakt, że czytały tę książkę jednocześnie, był dowodem, że wiele nadal je łączy.

– Na początku myślałam, że autorem jest kobieta – odezwała się Nicole. – Chris Mauldin może być równie dobrze nazwiskiem męskim, jak i żeńskim. W książce nie ma zdjęcia, a notka biograficzna tego nie ujawnia.

Charlotte też się nad tym zastanawiała. Sceny erotyczne były jednocześnie namiętne i czułe. Nie znała mężczyzn, którzy potrafiliby się tak kochać. Pewnie także dzięki tym opisom powieść zyskała tylu fanów. Chris Mauldin stworzył wizję miłości, o jakiej marzyli czytelnicy, a przynajmniej Charlotte. Nie była pewna, czy Nicole również, ale nie śmiała jej o to zapytać.

– Cóż, jeśli nawet chciał ukryć, że jest mężczyzną, to potem dał sobie spokój. Znalazłam go w internecie i od razu odkryłam, że to jednak on. Czy ktokolwiek zna jego prawdziwe nazwisko?

– Fora milczą na ten temat. Moim zdaniem to część jego fenomenu. Zastanówmy się: wydał tę książkę sam...

– Tylko w formie elektronicznej – przerwała jej Charlotte, zlizując z palców okruszki chleba kukurydzianego. – Na moim egzemplarzu w twardej oprawie jest wielkie logo wydawnictwa.

– Racja, ale Salt przez wiele tygodni okupywał listy e-bestsellerów, zanim Mauldin sprzedał prawa do publikacji. Wyobrażasz sobie, jakim musi być geniuszem marketingu? Potrafił wykorzystać internet i to zupełnie anonimowo. Mógł to zrobić z każdego miejsca na Ziemi.

– Anonimowość jest jednym z powodów fenomenalnego sukcesu tej książki. Jedna wielka niewiadoma. Oto jakiś tajemniczy gość spełnia nasze fantazje, a my nie mamy pojęcia, kim jest, gdzie mieszka, ani jak wygląda.

– Czy to ma jakieś znaczenie? – zapytała Nicole. – Zaczarował mnie od pierwszej strony. Jakie wspaniałe pierwsze zdanie: „Każdy człowiek pragnie miłości, jeśli zdoła pokonać strach przed obnażeniem”. Lubimy go, bo jest szczery. Przynajmniej ja. – Wstała z podłogi i dołożyła drewna do ognia. – Lubię go, bo nie boi się obnażyć, okazać słabości i być może zostać zraniony. Powiem ci jednak, że sama nigdy bym go nie skrzywdziła. Kupię każdą z jego książek i mówię to, chociaż jestem dopiero w połowie Salt.

Charlotte nie przeczytała nawet tyle.

– Pracuje nad kolejną powieścią?

– Mam nadzieję, chociaż to też trzyma w tajemnicy. Jedno jest pewne: rozłożył konkurencję na łopatki. Marzy mi się podobny sukces. – Podniosła się sprzed kominka. – Nie wstawaj. Pójdę po deser. – I już jej nie było.

– Gdzie mam go niby zmieścić? – zawołała za nią Charlotte. Nicole nie dokończyła pędów paproci ani małży, za to była w ciągłym ruchu, spalając tę niewielką ilość jedzenia.

– Poradzisz sobie – dobiegł z kuchni jej głos, razem z dźwiękiem otwierania i zatrzaskiwania drzwi lodówki. – Nie mogłabym cię poczęstować kupnym obiadem, nie dodając niczego od siebie. – Wróciła z miseczkami pełnymi drobnych poziomek. – Pierwsze w tym sezonie. Zebrałam je dziś rano.

– Przy drodze? – zapytała Charlotte, którą zalała fala wspomnień. Nicole zawsze potrafiła znaleźć najwięcej poziomek, jakby jej oczy były zdolne wypatrzeć maleńkie czerwone punkty pod liśćmi z odległości piętnastu metrów. Zdarzało jej się krzyknąć: „Zatrzymaj samochód!” w najmniej spodziewanym momencie, by zebrać garść owoców lub zapełnić nimi torebkę.

– Nie. Jedna z rodzin mieszkających bliżej przystani ma pola owoców. Rozkręcili drobny biznes: teraz sprzedają poziomki, a niedługo również jagody. Nie używają środków chwastobójczych, pozwalają krzewom dziko rosnąć. Zaglądam do nich przy każdej okazji.

– Są takie małe – zdumiała się Charlotte, choć wiedziała, że będą miały bardzo intensywny smak. – Zbieranie musi być strasznie pracochłonne.

– W tym cała zabawa – odparła Nicole z uśmiechem, relaksując się na samą myśl.

Podobnie Charlotte. I rzeczywiście, udało jej się zmieścić deser. Włożyła do ust poziomkę i przez chwilę rozkoszowała się jej smakiem, zanim wróciła do tematu.

– Może tobie też się uda.

– Co się uda?

– Rozłożyć konkurencję na łopatki. Czytałam twojego bloga, Nicki. Pod każdym postem są setki komentarzy. Ilu masz znajomych na Facebooku?

– Siedemdziesiąt tysięcy – odparła z dumą. Zebrała miseczki po zupie i znów wyszła do kuchni. – Napijesz się cappuccino?

– Nie, dziękuję. Jesteś niesamowita, Nicki.

– To zasługa ekspresu do kawy, nie moja.

– Miałam na myśli bloga.

Charlotte wybrała bardziej tradycyjną drogę: studia dziennikarskie na Yale i rok kursu podyplomowego na Kolumbii. Wszystko to było bardzo bezpieczne, więc właśnie dlatego, żeby nie zaśniedzieć, wyjechała jako internetowa korespondentka do Afganistanu, gdzie ciągle było niebezpiecznie. Po sześciu miesiącach jej kontrakt się skończył, wróciła do Stanów i poświęciła się działalności charytatywnej, zaś dawne koszmary powoli zacierały się w pamięci. Pisanie było dla niej terapią. Między pisaniem artykułów w Appalachach – lub wśród społeczności usiłujących odbudować swoje życie po huraganie czy pożarze – i artykułów o Afganistanie zwróciła na siebie uwagę redaktorów naczelnych czasopism, którzy zaczęli u niej zamawiać teksty.

Charlotte podążała ścieżką kariery, którą wybrała przed nią rzesza innych dziennikarzy. Jednak to Nicole – ta skromna Nicole – przecierała nowe szlaki.

– Jak ci się udało zdobyć taką popularność? – zawołała Charlotte.

W kuchni przez chwilę panowała cisza. W końcu dobiegło z niej krótkie:

– Niezbadane są ścieżki Pana.

– Chcę wiedzieć, jak to się stało – nalegała Charlotte. – Nicole, przyjdziesz tu wreszcie i usiądziesz?

Wróciła z niewielką ceramiczną miseczką, z której nałożyła na owoce coś znacznie gęstszego niż śmietana.

– Zabaglione z dodatkiem ulubionego rieslinga taty – oznajmiła swoim wysokim głosem. – Zapomniałam, ile win tu zgromadził.

– Ale pychota! – Zapominając o poziomkach, Charlotte spróbowała sosu. – Mmmm! – Oczywiście gdyby polała nim owoce, smakowałby jeszcze lepiej.

Już miała się zabrać do jedzenia, kiedy Nicole pisnęła:

– Zaczekaj!

Ponownie zerwała się z podłogi, chwyciła aparat, przestawiła kieliszki i zrobiła kilka fotek. Siedziały teraz na kanapie, w kominku płonęła kolejna kłoda drewna. Nicole nie jadła, popijała tylko cappuccino, wpatrzona w ogień.

Charlotte wyczuła jej melancholijny nastrój.

– Myślisz o Bobie? – Sos przyrządzony z dodatkiem jego ulubionego wina musiał przywołać wspomnienia.

– I o Julesie – odparła z nagłym rozrzewnieniem Nicole. – Podarował mi ekspres do cappuccino kilka lat temu, gdy byliśmy tu razem na wakacjach. W domu mamy taki sam. Dawniej każdego ranka robił mi cappuccino i przynosił do łóżka. – Posłała Charlotte ukradkowe spojrzenie i szybko dodała: – Teraz nie ma na to czasu.

Charlotte poczuła ukłucie zazdrości. Nie chodziło o Juliana, lecz o odwzajemnioną miłość.

– Tęsknisz za nim.

– Tak. – Nicole szybko wzięła się w garść. – Stąd ten blog.

– Mów dalej – zachęciła ją łagodnie Charlotte.

Nicole wyprostowała się i oblizała usta.

– Wiesz, że uwielbiam gotować i przyjmować gości.

– Czerpiąc inspiracje z „Martha Stewart Living”.

W domu zawsze można było znaleźć ten magazyn. Nawet teraz na stoliku kawowym leżało kilkanaście numerów. Drugi stosik tworzyły egzemplarze „New England Home”, „Summer Cottage” i „Cooking Light”[2], ale kolekcja Marthy Stewart była zdecydowanie bogatsza.

– To moja biblia – przyznała Nicole. – Nadal mnie inspiruje, ale ponieważ nigdy nie mam w domu dokładnie tych składników, które są potrzebne do zrobienia pieczonej kaczki czy zupy rybnej, lub wszystkich elementów stroika na stół, efekt jest zawsze nieco inny niż w przepisie. Julian i ja zapraszaliśmy na kolacje różnych ludzi – lekarzy, członków zarządu szpitala, przyjaciół i ich znajomych – którzy później prosili mnie o przepis, pomoc przy ułożeniu jadłospisu albo pytali, jak zrobić kompozycję z polnych kwiatów czy gdzie kupić ekologiczną wołowinę. Po pewnym czasie pomyślałam, że byłoby fajnie stworzyć miejsce, w którym umieszczałabym różne informacje, żeby wszyscy mogli z nich korzystać. I zaczęli do mnie pisać ludzie, których nie znałam. Najczęściej pytali o żywność organiczną, lokalną i uprawianą samodzielnie.

– To gorące tematy.

– Nie myślałam o tym, kiedy zaczęłam bloga, lecz zanim stworzyłam tę stronę, większość moich postów kręciła się wokół jedzenia i kupowania organicznej żywności, wspierania lokalnych gospodarstw i sklepów oraz korzystania z restauracji, które postępowały tak samo, bo właśnie o to pytali mnie ludzie. Zaczęłam jeździć z Julianem w jego podróże służbowe, więc pisałam już nie tylko o Filadelfii, lecz także o Seattle, Denver i Chicago. Było jeszcze Quinnipeague. Miejscowi nie nadali temu żadnej nazwy, ale żyli zgodnie z zasadą „z pola prosto na stół”, jeszcze zanim powstał ten ruch. Nie nazywali swoich produktów organicznymi, ale mówili wprost, że nie używają sztucznych nawozów i pestycydów, dzięki czemu ich żywność jest pyszna i bezpieczna. Chyba można powiedzieć, że idea organiczności została we mnie zaszczepiona. Studiowanie ochrony środowiska w Middlebury było logicznym tego następstwem, ale mówię ci, dopiero dzięki blogowaniu na temat Quinnipeague wszystko ułożyło się w całość. To coś niesamowitego, Charlotte. Właśnie te wpisy są najczęściej komentowane. Ludzie chcą czytać o lokalnych gospodarstwach, ręcznie robionych produktach i kurczakach z wolnego chowu, a na tym właśnie opiera się idea „z pola prosto na stół”.

– Stąd nazwa twojego bloga: Nickidostołu.com. – Charlotte nie mogła wyjść z podziwu. – Ilu ludzi czyta teraz twoje posty?

– Łącznie pewnie około trzydziestu tysięcy.

– A na Twitterze?

– Podobnie.

Charlotte zaniemówiła z wrażenia.

– To niesamowite, Nicki – odezwała się w końcu. – I to po jakim czasie?

– Po sześciu latach. Najbardziej pracowite były ostatnie cztery. – Nicole znowu wstała z podłogi i ruszyła do kuchni. – Mam ciasteczka.

– Jestem najedzona! – zawołała Charlotte, ale ledwie skończyła mówić, w salonie pojawiła się Nicole z talerzem czekoladowych ciasteczek z migdałami.

– Z cukierni. – Nicole usiadła na kanapie i sięgnęła po filiżankę.

Charlotte wzięła ciasteczko, lecz go nie ugryzła.

– Czy twój tata wiedział o książce?

– Wiedział, że rozmawiam z wydawcą. Byłby zachwycony, że mi się udało. – Zmarszczyła brwi i dodała cicho: – Myślę o twoich rodzicach, którzy nigdy cię nie wspierali, i zaraz o mnie i moim tacie. Mieć tak bliską relację z rodzicem to wielkie szczęście.

– Nadal jesteś szczęściarą. Masz Juliana, jego dzieci i Angie. Zazdroszczę ci. Ja nie mam nikogo, kto by mi dawał oparcie.

– Nieprawda – odparła Nicole z lekkim uśmiechem. – Kochasz wolność. Kochasz przygody. To ja potrzebuję oparcia. – Wstała i zawahała się, sięgając po poziomkę. – Najadłaś się?

– Tak. – Jednak zanim zdążyła powiedzieć Nicole, żeby usiadła i się zrelaksowała, ta zaczęła zbierać naczynia. – Skończyłaś pisać artykuł o Australii? – zapytała.

– Skończyłam. – Charlotte zebrała kieliszki po winie i serwetki i poszła za przyjaciółką do kuchni. – Poważnie. Prowadzisz niesamowite życie. Wolność ma swoje wady. Czasem oddałabym wszystko za prawdziwy dom. Ty masz stabilizację. Nie mogę uwierzyć, że zbliża się wasza dziesiąta rocznica ślubu. Planujecie ją uczcić w szczególny sposób?

– Być może. A co z Francją?

– Przełożyłam ją, polecę tam na jesieni. Za to ty musisz jakoś uczcić waszą dziesiątą rocznicę.

– Byliśmy w Paryżu dwa lata temu – odparła Nicole, pakując naczynia do zmywarki. – Julian miał tam wykład.

Julian Carlysle był wybitnym specjalistą w dziedzinie kardiologii prenatalnej i genialnym chirurgiem. Kiedy brał ślub z Nicole, uważano go za wschodzącą gwiazdę medycyny. Charlotte domyślała się, że Paryż nie był jedynym miejscem, do którego jeździł na wykłady.

– Jak często podróżujecie razem?

– Co kilka miesięcy. – Jej zielone oczy rozbłysły. – Masz ochotę na spacer?

– Dokąd?

– Gdzie tylko zechcesz.

Po całym dniu za kierownicą i po obfitej kolacji Charlotte spodobał się ten pomysł.

– Na plażę – zdecydowała.

Wyszły z domu i zeszły z tarasu po dwóch szerokich kamiennych stopniach. Brzeg był skalisty, jak to nad Północnym Atlantykiem, a jedyną miękką rzeczą pod stopami była trawa wyrastająca spomiędzy kamieni. Nawet piasek nad brzegiem oceanu był zbity i pełen kamyków. Mimo to plaża miała swój urok. Na tym polegało surowe piękno natury. Fale się cofnęły, odsłaniając połacie wodorostów. Zwabione rybim zapachem mewy z piskiem pikowały w dół, wyławiając żyjątka z zielonej plątaniny.

Ponieważ nadal było widno, przyjaciółki ruszyły w kierunku krańca wyspy. Brzeg był tu jeszcze bardziej kamienisty, fale silniejsze, a powietrze rześkie. Bryza szarpała włosy, szaliki i trawę. Nicole wsunęła rękę pod ramię Charlotte. Szły jak w dzieciństwie i przez chwilę Charlotte czuła się jak mała dziewczynka uciekająca sama przed sobą.

Kiedy minęły miejsce, w którym spędziła noc z Julianem, ucieczka stała się mroczniejsza. Charlotte nigdy nie wspominała szczegółów tamtej chwili. Oboje wypili za dużo wina, byli zmęczeni, a w powietrzu wisiała gęsta mgła. Później przez długie tygodnie dźwigali na barkach ciężki bagaż. Charlotte była świadoma, że popełnili gigantyczny błąd. Następnego ranka Julian przysiągł jej, że dochowa tajemnicy, a Charlotte skwapliwie się na to zgodziła.

W jego życiu nic się nie zmieniło. Miesiąc później poślubił Nicole i kontynuował swoją karierę. Wmówił sobie, że tamto zdarzenie nie miało miejsca.

Charlotte też próbowała. Nie byli w sobie zakochani, nie rozpamiętywali wspólnej nocy. Popełnili wielki błąd, wykazali się brakiem silnej woli i chociaż Charlotte mogła obwiniać swoich rodziców o to, że nie dali jej dobrego przykładu, w gruncie rzeczy winiła wyłącznie siebie. Co prawda inicjatywa wyszła od Juliana, ale ona nie zrobiła nic, żeby go powstrzymać.

Czując na sobie ciężar poczucia winy, który dźwigała od dziesięciu lat, wyswobodziła rękę, niby po to, by wyminąć usypisko kamieni. Kiedy zrównała się z Nicole, nie wzięła jej drugi raz pod rękę.

– Jak się miewa nasz doktor?

– W porządku – odparła wesoło Nicole. – Jest bardzo zajęty.

– Nadal pracuje do późna?

– Mhm.

– Nie przeszkadza ci to?

– Julian kocha swoją pracę. A ty, Charlotte? Spotykasz się z kimś?

– Z nikim szczególnym. Nie odpowiedziałaś mi: nie przeszkadza ci jego pracoholizm?

– Jak mógłby przeszkadzać? – odpowiedziała Nicole pytaniem na pytanie. – Jest w szczytowym okresie swojej kariery. Daje wykłady, bierze udział w dyskusjach, a nawet występuje w telewizji; zresztą nic dziwnego, skoro jest przystojny i wygadany. Dzwonią do niego jako do eksperta – pokazała palcami cudzysłów – w dziedzinie chirurgii prenatalnej.

– Wszyscy się o niego biją – skwitowała jej słowa Charlotte i szybko dodała: – Cieszę się. Martwiłam się, że utknie tu na dobre, jeśli nie przyjadę.

Pozwoliła sobie na subtelny przytyk. Nieobecność Juliana mogła się okazać całkiem niewinna; mało który mężczyzna czułby się dobrze w towarzystwie dwóch kobiet piszących książkę kucharską. Jeśli Nicole wiedziała o zdradzie, nie ujawniła się z tym podczas żadnej z wcześniejszych rozmów.

I rzeczywiście, sprawiała wrażenie oburzonej sugestią przyjaciółki.

– O nie! Chętnie by się z tobą spotkał, ale chciał być w Duke na tydzień przed przyjazdem nowych lekarzy i musiał się przygotować.

– Jestem zdumiona, że postanowił zostawić szpital na cały miesiąc.

Nicole machnęła ręką.

– Przecież chodzi o uczenie, jego konik. Zaczekaj. – Wyciągnęła z kieszeni wibrującą komórkę, spojrzała na wyświetlacz i odebrała telefon, szeroko się uśmiechając. – Hej! Tak, dotarła bez najmniejszych kłopotów. Co takiego? – Zasłoniła wolne ucho. – Przepraszam, ocean głośno huczy. To świetnie! Pekin? Jasne, że powinieneś. Kochanie, właśnie spacerujemy po plaży; czy mogę do ciebie zadzwonić po powrocie do domu? – Słuchała przez chwilę z pochyloną głową. – Och – mruknęła, przyspieszając kroku i dodała coś, co zabrzmiało jak „cholera”, chociaż Nicole rzadko przeklinała. – W porządku, zadzwonię. Kocham cię.

Skończyła rozmowę, schowała telefon do kieszeni i szła przed siebie ze wzrokiem wbitym w ziemię.

Chociaż Charlotte miała dłuższe nogi niż Nicole, musiała przyspieszyć, żeby dotrzymać jej kroku.

– Wszystko w porządku?

Nicole uniosła głowę i popatrzyła na Charlotte pustym wzrokiem.

– Zaprosili go do Chin. Julian obawia się konfliktu interesów, ale wszystko się ułoży. – Powiedziała to niezbyt pewnie, lecz zanim Charlotte zdążyła o cokolwiek zapytać, popatrzyła w niebo. – Ściemnia się.

– Będzie padać?

– Albo tylko zmierzcha. – Twarz Nicole się rozjaśniła. – Pamiętasz, jak przychodziłyśmy tutaj, kiedy zapadał zmrok?

– No jasne. – Charlotte się uśmiechnęła. – Kusiłyśmy los, wypuszczając się za każdym razem nieco dalej, czyli coraz bliżej gospodarstwa Cole’ów. – Zmrużyła oczy, starając się wypatrzyć we mgle słupek graniczny. – Cecily Cole jest na samym szczycie mojej listy. Nie mogę się doczekać, żeby z nią porozmawiać.

Cecily uprawiała zioła w ogrodzie swojego domu na krańcu Quinnipeague, lecz była kimś więcej niż zwykłą zielarką. Jej rośliny miały czysty smak i potężną moc, a Cecily świetnie znała ich zastosowanie w kuchni i medycynie. W razie potrzeby zawsze zjawiała się z odpowiednim lekiem. Była to jasna strona Cecily Cole. Ale istniała też ciemna, a przynajmniej tak twierdzili mieszkańcy wyspy. Kiedy dopadała ich zgaga, zaklinali się, że to jedno z ziół Cecily wymierza im karę za to, że obrazili swoje żony. Drobna kobietka z siwymi włosami spływającymi na plecy jak jedwabista chusta była jednocześnie obiektem uwielbienia i strachu.

– Dobry Boże. – Nicole wpatrywała się w przyjaciółkę. – Ty nic nie wiesz. Cecily zmarła pięć lat temu.

Charlotte stanęła.

– Zmarła? Przecież to ona była najważniejszą postacią na wyspie. Jak możemy napisać tę książkę bez niej?

– Zioła pozostały. Chowder i małże były przecież smaczne jak nigdy.

– Tak, ale nie można mówić o wyspiarskiej kuchni, nie wspominając o Cecily.

– Nadal możemy ją wspominać. Po prostu nie możemy z nią porozmawiać. Zresztą nigdy nie mogłyśmy.

Charlotte nie wiedziała, co powiedzieć. Cecily była legendarną postacią i zawsze otaczała ją aura tajemnicy. Przybyła na wyspę w wieku dwudziestu lat (lub osiemnastu, a może dwudziestu dwóch – różne były wersje opowieści) po nieszczęśliwie zakończonym romansie z zamożnym mieszkańcem kontynentu. W zależności od tego, kto opowiadał jej historię, Cecily sama postanowiła opuścić stały ląd albo została z niego wywieziona, wszyscy jednak byli zgodni co do tego, że zapłaciła za dom pieniędzmi dawnego kochanka. Przywiozła ze sobą rośliny, wraz z ziarenkami tajemnicy, i żyła spokojnie na swoim krańcu wyspy. Jej kontakty z wyspiarzami ograniczały się do wypraw po zakupy i dostarczania ziół mieszkańcom, którzy akurat byli w potrzebie. Z natury nieufna, Cecily nie zapraszała gości do swojego domu. Krążyła plotka, że rzuciłaby klątwę na każdego, kto ośmieliłby się wejść na jej teren.

Jednak Charlotte wiedziała, że to tylko ludzkie gadanie, a książka kucharska wydawała jej się idealnym pretekstem, żeby odwiedzić staruszkę.

– Chyba powinnyśmy już wracać – powiedziała Nicole.

Charlotte pisała artykuły o wielu budzących grozę postaciach, na przykład Indianinie z Martha’s Vineyard, który twierdził, że jest potomkiem uzdrawiaczy z plemienia Wampanoag, czego dowodził szereg dokonanych przez niego cudów.

Cecily Cole? Mogła być dla niej nie lada wyzwaniem i nieocenionym źródłem informacji. Jednak co się stało, to się nie odstanie.

– Skoro Cecily nie żyje, nie będzie nam mogła pomóc – stwierdziła Charlotte. – Powinnyśmy sprawdzić, czy jej zioła nadal tam rosną.

– Nie robiłabym tego – ostrzegła ją Nicole. – W domu mieszka teraz syn Cecily.

– Myślałam, że siedzi w więzieniu.

– Już nie. Ścigajmy się. – Nicole zawróciła w kierunku domu.

– Wykopał zioła, czy zostawił je w ziemi?

– Nie mam pojęcia.

– Ktoś musi wiedzieć.

– Cóż, ja nie zamierzam o to pytać – odparła Nicole. – Złe fluidy są ostatnią rzeczą, jakiej mi teraz potrzeba.

Charlotte bacznie przyjrzała się przyjaciółce. Niebo w istocie się zachmurzyło, jednak widziała w rysach Nicole napięcie, które wydawało się zupełnie nie pasować do tak niewinnej twarzy.

Podobnie jak pełne skrępowania machnięcie ręką.

– Wiesz, co mam na myśli: śmierć taty, sprzedaż domu...

– Byłby zachwycony, że piszesz książki.

– Przydałoby mi się jego wsparcie.

Charlotte objęła Nicole ramieniem.

– Masz mnie. Będę przy tobie, dopóki ta książka nie powstanie.

Nicole uśmiechnęła się i w jej oczach błysnęły łzy, chociaż równie dobrze mogło to być odbicie oceanu.

– Wiesz, że cię kocham.

Charlotte uścisnęła ją, lecz chwilę później posłała Nicole zaczepne spojrzenie. Puściły się biegiem wzdłuż plaży, omijając kryjące się w piasku przeszkody. Dotarły do domu zziajane i szczęśliwe.

Kiedy weszły na schody, na tarasie włączyło się oświetlenie, które wskazało im drogę do kuchennych drzwi. Nicole zatrzymała się i pociągnęła nosem.

– A to dziwne – zauważyła, idąc w kierunku bocznego ogrodu, gdzie na krańcu oświetlonej części trawnika majaczyły goździki i róże. – Byłam tu rano. Lawenda jeszcze nie kwitła. Jest zdecydowanie za zimno. Ale jak mogłam nie poczuć tego zapachu?

Charlotte też go wcześniej nie czuła, za to teraz woń była odurzająca. Lawenda stała w pełnym rozkwicie, strzeliste gałązki obsypane fioletowymi kwiatkami wyglądały tak delikatnie, jakby miały się lada chwila złamać pod naporem wiatru, ale najwyraźniej były mocniejsze, niż się wydawało.

– Widocznie odpłynęłam gdzieś myślami – powiedziała Nicole. – Lawenda wygląda doskonale. – Chwilę później zaczęła obcinać sekatorem gałązki i podawać Charlotte, która upajała się ich zapachem. W końcu wyprostowała się, zamknęła oczy i głęboko się zaciągnęła. – Ach, coś niesamowitego! – Nicole wzięła od Charlotte połowę kwiatów i śpiewnie oznajmiła: – Te są do twojej poszewki na poduszkę, a tamte do mojej.

– Nie musimy ich najpierw zasuszyć?

– I stracić większość zapachu? Lawenda ma właściwości uspokajające. Zamierzam je w pełni wykorzystać.

Charlotte nie potrzebowała uspokojenia, czy raczej nie miała na nie ochoty. Chciała się cieszyć nową nadzieją. Otrzymała drugą szansę, by udowodnić, że potrafi być lojalną przyjaciółką. Nie liczyła na to po dziesięciu latach rozłąki i ukrywania strasznego sekretu. Spodziewała się skrępowania, podejrzliwości, milczenia, tymczasem jej przyjazd tutaj okazał się – w przeciwieństwie do oceanu – gładki.

Poza tym wyjechała z Nowego Jorku o świcie i spędziła wiele godzin za kierownicą, więc była wykończona. Nie miała pojęcia, czy lawenda wywołała u niej coś więcej niż tylko uśmiech na twarzy. Chwilę po tym, jak przyłożyła głowę do poduszki, zapadła w sen tak głęboki, że nie usłyszała ani jednego słowa rozmowy, którą Nicole prowadziła w sypialni na końcu korytarza.

2 Czasopisma poświęcone urządzaniu domu i kulinariom (przyp. tłum.).