Ślepy zabójca - Margaret Atwood - ebook
Opis

Najsłynniejsza powieść Margaret Atwood wyróżniona nagrodą Bookera

 

Opowieść, którą snuje Iris Chase, staruszka z bogatej acz podupadłej rodziny kanadyjskich przemysłowców, jest jak szkatułka z kilkoma ukrytymi dnami. Myśli Iris obsesyjnie krążą wokół dramatycznych losów siostry Laury, która zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach, zaraz po wydaniu swojej powieści pt. „Ślepy zabójca”. Kontrowersyjna książka, która opowiada o uczuciu dziewczyny z bogatej rodziny do ubogiego rewolucjonisty i autora podrzędnych powieści, przyniosła Laurze złą sławę, a może nawet śmierć. Czy historia tegoż buntownika i jego opowieść pomoże zamknąć wszystkie wątki i dokończyć to, co zostało przerwane?

 

Te splecione historie dopełniają się i pokazują, że w literaturze najbardziej fascynująca jest istota samej opowieści.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 744

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wyobraź sobie szacha, a nazywał się on Agha Mohammed Khan, który walcząc o tron nakazuje wymordować lub oślepić ludność całego miasta Kerman. Nie czyni żadnego wyjątku, a jego pretorianie zabierają się gorliwie do dzieła. Ustawiają mieszkańców rzędami, dorosłym ścinają głowy, a dzieciom wydłubują oczy. [...] Z tego miasta wyruszają potem procesje oślepionych dzieci. Wędrują przez Iran, ale czasem gubią w pustyni drogę i giną z pragnienia. Inne gromady docierają do ludzkich osad i tam proszą o jedzenie śpiewając pieśni o morderstwie miasta Kerman.

Ryszard Kapuściński

Płynąłem, morze było bezkresne, nie widziałem brzegu. Tanit był bezlitosny, moje modlitwy zostały wysłuchane. O, wy, pogrążeni w miłości, wspomnijcie mnie.

inskrypcja na kartagińskiej urnie

Słowo jest ogniem płonącym w ciemnej szklance.

Sheila Watson

CZĘŚĆ

PIERWSZA

Most

Dziesięć dni po zakończeniu wojny moja siostra Laura zjechała samochodem z mostu. Most był w remoncie, przejechała wprost przez znak „Uwaga! Niebezpieczeństwo”. Auto spadło w ponadtrzydziestometrową przepaść, roztrzaskując się na wierzchołkach drzew porośniętych młodymi liśćmi, po czym stanęło w płomieniach i stoczyło się do wąskiego strumienia na dnie wąwozu. Przykryły je odłamki mostu. Z Laury nie zostało nic oprócz zwęglonych szczątków.

O wypadku poinformował mnie policjant; samochód należał do mnie, sprawdzili tablice rejestracyjne. Mówił pełnym szacunku tonem; bez wątpienia rozpoznał nazwisko Richarda. Powiedział, że auto mogło wpaść w poślizg na szynach tramwajowych albo zawiodły hamulce, ale czuł się także w obowiązku poinformować mnie, że dwaj świadkowie – prawnik na emeryturze i kasjer bankowy, odpowiedzialni ludzie – podobno wszystko widzieli. Oświadczyli, że Laura ostro i celowo skręciła i spadła z mostu tak niedbale, jak gdyby schodziła z krawężnika. Zauważyli jej ręce na kierownicy – Laura nosiła białe rękawiczki.

To nie hamulce, pomyślałam. Miała swoje powody. Choć nie takie, jakie miałby ktokolwiek inny. Pod tym względem była całkowicie bezwzględna.

– Rozumiem, że ktoś powinien ją zidentyfikować – powiedziałam. – Przyjadę jak najszybciej.

Słyszałam spokój w swoim głosie, jak gdyby dochodził z oddali. W rzeczywistości ledwie mogłam wydobyć z siebie słowa; miałam odrętwiałe usta, cała moja twarz zastygła w bólu. Czułam się jak po powrocie od dentysty. Byłam wściekła na Laurę za to, co zrobiła, ale także na policjanta, bo zasugerował, że to zrobiła. Wokół mojej głowy wiał gorący wiatr, pasma włosów unosiły się i wirowały wraz z nim, jak atrament wlany do wody.

– Obawiam się, że będzie dochodzenie, pani Griffen – powiedział.

– Naturalnie – odparłam. – Ale to był wypadek. Moja siostra niezbyt prowadziła dobrze.

Mogłam sobie wyobrazić gładki owal twarzy Laury, jej starannie uczesany kok, sukienkę, w którą się ubrała: szmizjerkę z małym okrągłym kołnierzem, w poważnym kolorze – granatowym, stalowym albo szpitalnej zieleni. Więzienne kolory – nie takie, jakie sama wybrała, by na siebie włożyć, raczej takie, w których ją uwięziono. Jej poważny półuśmiech, jej uniesione ze zdumieniem brwi, jak gdyby podziwiała widok.

Białe rękawiczki: gest Poncjusza Piłata. Umywała ode mnie ręce. Od nas wszystkich.

O czym myślała, gdy samochód odpłynął z mostu i zawisł w popołudniowym słońcu, lśniąc niczym ważka, przez jeden krótki moment, gdy wstrzymuje się oddech przed runięciem w przepaść? O Aleksie, o Richardzie, o złej wierze, o naszym ojcu i jego upadku, o Bogu być może i o swojej zgubnej, trójstronnej umowie. Albo o stosiku tanich szkolnych zeszytów, które tamtego ranka musiała schować do szuflady komody z moimi pończochami, wiedząc, że to właśnie ja je znajdę.

Kiedy policjant odszedł, poszłam na górę się przebrać. Do wizyty w kostnicy potrzebowałam rękawiczek i kapelusza z woalką. Czegoś, by ukryć oczy. Mogli się tam znaleźć reporterzy. Będę musiała wezwać taksówkę. Powinnam też ostrzec Richarda w jego biurze; będzie chciał mieć przygotowaną mowę żałobną. Poszłam do garderoby: potrzebowałam czerni i chusteczki.

Otworzyłam szufladę, zobaczyłam zeszyty. Rozsupłałam kuchenny sznurek, którym były związane. Uświadomiłam sobie, że szczękają mi zęby, jak gdybym całkowicie przemarzła. Uznałam, że to z pewnością szok.

Wtedy przypomniałam sobie Reenie z czasów naszego dzieciństwa. To właśnie Reenie zajmowała się bandażowaniem, zadrapaniami, skaleczeniami i powierzchownymi ranami. Matka mogła odpoczywać albo spełniać gdzieś dobre uczynki, ale Reenie zawsze była na miejscu. Zgarniała nas i sadzała na białym emaliowanym stole kuchennym obok ciasta, które wyrabiała, albo kurczaka, którego kroiła, albo ryby, którą patroszyła, i dawała nam trochę brązowego cukru, żeby nas uciszyć. „Powiedz, gdzie boli”, mówiła. „Przestań wyć. Uspokój się i pokaż mi gdzie”.

Ale niektórzy ludzie nie potrafią powiedzieć, gdzie boli. Nie potrafią się uspokoić. Nie potrafią przestać wyć.

„The Toronto Star”, 26 maja 1945

Wątpliwości w sprawie śmiertelnego wypadku

DODATEK DO „THE STAR”

Śledztwo wykazało, że w zeszłym tygodniu przy St. Clair Avenue doszło do nieszczęśliwego wypadku. Osiemnastego maja po południu samochód prowadzony przez dwudziestopięcioletnią pannę Laurę Chase gwałtownie skręcił na barierki zabezpieczające remontowany odcinek mostu, spadł do wąwozu i stanął w płomieniach. Panna Chase zginęła na miejscu. Jej siostra, pani Richardowa E. Griffen, żona znanego przemysłowca, zeznała, że panna Chase cierpiała na silne migreny powodujące zaburzenia wzroku. Wykluczyła możliwość upojenia alkoholowego, gdyż panna Chase nie piła.

Zdaniem policji przyczyną wypadku było uderzenie koła samochodu w odsłonięte szyny tramwajowe. Pojawiły się wątpliwości, czy środki ostrożności podjęte przez miasto są wystarczające, ale oddalono je po ekspertyzie miejskiego inżyniera Gordona Perkinsa.

Wypadek spowodował wznowienie protestów w sprawie stanu torów tramwajowych na tym odcinku drogi. Pan Herb T. Jolliffe, reprezentant miejscowych płatników podatków od nieruchomości, powiedział reporterom „The Star”, że to nie pierwszy niefortunny wypadek spowodowany zaniedbanymi torami. Rada miejska powinna wziąć to pod uwagę.

ŚLEPY ZABÓJCAAUTOR: LAURA CHASE

REINGOLD, JAYNES & MOREAU, NOWY JORK 1947

Prolog: Byliny do skalnego ogródka

Ma tylko jedną jego fotografię. Włożyła ją do brązowej koperty z napisem „wycinki”, którą schowała między kartkami Bylin do skalnego ogródka, gdzie nikt nigdy nie zagląda.

Obchodzi się z tym zdjęciem ostrożnie, gdyż to niemal wszystko, co po nim zostało. Jest czarno-białe, zrobione jednym z tych przedwojennych kwadratowych i nieporęcznych aparatów z fleszem, z mieszkami jak akordeon, w solidnych skórzanych futerałach przypominających kagańce, z paskami i skomplikowanymi zapięciami. Na fotografii są oboje, ona i ten mężczyzna, na pikniku. Na odwrocie ołówkiem napisano „piknik” – nie imię, jej czy jego, tylko „piknik”. Zna imiona, nie musi ich zapisywać.

Siedzą pod drzewem, to mogła być jabłoń – wtedy nie zwróciła na to uwagi. Ona ma na sobie białą bluzkę z rękawami podwiniętymi do łokci i szeroką spódnicę omotaną wokół kolan. Musiało wiać, bo bluzka przylega do jej ciała; a może nie przylega, tylko się przykleiła; może było gorąco. Było gorąco. Trzymając rękę nad zdjęciem, wciąż czuje bijący od niego żar, jak z rozgrzanego przez słońce kamienia o północy.

On ma jasny kapelusz, przekrzywiony i częściowo zasłaniający mu oblicze. Jego twarz wydaje się mocniej opalona niż jej. Ona jest na wpół obrócona ku niemu i uśmiecha się tak, jak chyba nie uśmiechała się do nikogo od tamtego czasu. Wydaje się na tym zdjęciu bardzo młoda, zbyt młoda, chociaż wtedy nie uważała się za zbyt młodą. On też się uśmiecha – biel jego zębów rzuca się w oczy jak błysk potartej zapałki – ale wyciąga rękę, jak gdyby usiłował odeprzeć atak albo osłonić się przed aparatem, przed osobą, która musiała tam stać i robić zdjęcie, albo osłonić się przed tymi z przyszłości, którzy być może na niego spojrzą, którzy być może w niego zajrzą przez to kwadratowe rozświetlone okno błyszczącego papieru. Jak gdyby osłaniał się przed nią. Jak gdyby osłaniał ją. W jego wyciągniętej, osłaniającej ręce tkwi niedopałek papierosa.

Kiedy jest sama, wyjmuje brązową kopertę i wysuwa zdjęcie spośród gazetowych wycinków. Kładzie je na stole i wpatruje się w nie, jakby zaglądała do studni czy sadzawki – szukając czegoś jeszcze poza własnym odbiciem, czegoś, co musiała upuścić czy zgubić, czegoś, co znajduje się poza zasięgiem, lecz nadal widoczne lśni niczym klejnot na piasku. Bada każdy szczegół. Jego palce, wybielone przez flesz albo przez oślepiające światło słońca, fałdy ich ubrań, liście na drzewie i wiszące na nim małe okrągłe kształty – a jednak to były jabłka? Szorstką trawę na pierwszym planie. Trawa była wtedy żółta z powodu suszy.

Po jednej stronie – trudno to od razu dostrzec – widać rękę, uciętą przez krawędź zdjęcia, odciętą w przegubie, leżącą na trawie, jakby porzuconą. Zostawioną samej sobie.

Ślad płynącej chmury na promiennym niebie, jak lody rozmazane na chromie. Jego palce z plamami od papierosów. Migotanie wody z oddali. Wszystko już zatonęło.

Zatonęło, lecz lśni.

CZĘŚĆ

DRUGA

ŚLEPY ZABÓJCAJajko na twardo

Co będzie?, pyta on. Smokingi i romans czy wraki statków na wyschniętym wybrzeżu? Możesz wybierać: dżungle, tropikalne wyspy, góry. Albo inny wymiar – w tym jestem najlepszy.

Inny wymiar? Daj spokój!

Nie kpij sobie, to przydatny adres. Może się tam zdarzyć wszystko, co zechcesz. Statki kosmiczne, obcisłe uniformy, broń laserowa, Marsjanie o ciałach olbrzymich kałamarnic, tego typu rzeczy.

Ty wybierz, mówi ona. Jesteś zawodowcem. Co powiesz na pustynię? Zawsze chciałam tam pojechać. Pustynię z oazą, oczywiście. Przydałoby się kilka palm. Odrywa skórkę od kanapki. Nie lubi skórek.

Na pustyni nie ma zbyt wielu możliwości. Niewiele tam jest, chyba że doda się groby. Wtedy można wprowadzić gromadę nagich kobiet, martwych od trzech tysięcy lat, o gibkich, pięknie zaokrąglonych ciałach, rubinowych ustach, z morzem lazurowych loków na głowie i oczami jak jaskinie pełne węży. Nie sądzę jednak, żebyś dała się zbyć czymś takim. Fantastyka nie jest w twoim stylu.

Kto wie. Mogłyby mi się spodobać.

Wątpię. Są dla mas. Dobrze nadają się na okładki – będą wić się nad facetem i trzeba się przed nimi bronić kolbą strzelby.

Czy mogę dostać inny wymiar, a także groby i martwe kobiety?

To trudne zamówienie, ale zobaczę, co się da zrobić. Mógłbym dorzucić kilka ofiarnych dziewic w metalowych osłonach na piersi, srebrnych bransoletach na kostkach i przezroczystych ornatach. I gromadę krwiożerczych wilków gratis.

Widzę, że nie cofniesz się przed niczym.

Wolisz smokingi? Statki wycieczkowe, białe płótno, całowanie w dłoń i pełne hipokryzji ględzenie?

Nie. Zgoda. Rób, co uważasz za najlepsze.

Papierosa?

Przecząco kręci głową. On bierze swojego, zapalając zapałkę o kciuk.

Podpalisz się kiedyś, mówi ona.

Jeszcze się nie podpaliłem.

Ona patrzy na podwinięty rękaw jego koszuli, białej lub bladoniebieskiej, potem na jego przegub, ciemniejszą skórę ręki. On błyszczy, to musi być odblask słońca. Dlaczego nikt się nie gapi? Mimo to on za bardzo rzuca się w oczy, żeby tu przebywać – tak na widoku. Wokół są inni ludzie, siedzą na trawie albo na niej leżą podparci na łokciu – inni piknikowicze w jasnych letnich ubraniach. Wszystko jest bardzo przyzwoite. Mimo to ona czuje, że są tu sami, jak gdyby jabłoń, pod którą siedzą, nie była drzewem, lecz namiotem, jak gdyby otaczał ich narysowany kredą krąg. W tym kręgu są niewidzialni.

A więc kosmos, mówi on. Z grobami, dziewicami i wilkami, ale na raty. Zgoda?

Na raty?

Wiesz, jak przy kupnie mebli.

Ona się śmieje.

Nie, mówię poważnie. Nie można na tym oszczędzać, to zajmie wiele dni. Będziemy musieli znowu się spotkać.

Ona się waha. Zgoda, mówi. Jeśli będę mogła. Jeśli uda mi się to załatwić.

Dobrze, odpowiada on. Teraz muszę pomyśleć. Mówi to od niechcenia. Zbytni pośpiech mógłby ją zniechęcić.

Na planecie... zastanówmy się. Nie na Saturnie, to zbyt blisko. Na planecie Zykron, znajdującej się w innym wymiarze, rozpościera się płaskoskalne rumowisko. Na północy szumi ocean koloru fiołków. Na zachodzie wznosi się pasmo górskie, podobno odwiedzane po zachodzie słońca przez nienasycone, martwe mieszkanki tamtejszych niszczejących grobów. Widzisz, od razu dodałem groby.

Jesteś bardzo skrupulatny, mówi ona.

Dotrzymuję obietnic. Na południu jest spalone piaszczyste pustkowie, a na wschodzie kilka głębokich dolin, które kiedyś mogły być rzekami.

Rozumiem, że są tam kanały, jak na Marsie?

Och, kanały i rozmaite inne rzeczy. Bogate ślady starożytnej i niegdyś zaawansowanej w rozwoju cywilizacji, choć teraz ten region zamieszkują nieliczne wędrowne grupy prymitywnych nomadów. Pośrodku równiny widać wielki kopiec kamieni. Ziemia wokół jest jałowa, rośnie na niej kilka karłowatych krzewów. To prawie pustynia. Została jakaś kanapka z serem?

Ona szpera w papierowej torbie. Nie, odpowiada, ale jest jajko na twardo. Nigdy dotąd nie czuła się taka szczęśliwa. Wszystko znów jest świeże, wszystko dopiero się wydarzy.

Tylko to, co zalecił lekarz, mówi on. Butelka lemoniady, jajko na twardo i ty. Obraca jajko w dłoniach, tłucze skorupkę, ale potem obiera jajko. Ona obserwuje jego usta, szczękę, zęby.

A oprócz mnie śpiewanie w publicznym parku, mówi. Masz tu sól.

Dzięki. O wszystkim pamiętasz.

Nikt nie rości sobie praw do jałowej równiny, ciągnie on. Czy też raczej rości sobie do niej prawo pięć plemion, ale żadne z nich nie jest na tyle potężne, by unicestwić pozostałe. Wszystkie od czasu do czasu wędrują obok tej sterty kamieni, wypasając thulki – niebieskie, podobne do owiec, narowiste stworzenia – albo transportując towary niskiej wartości na zwierzętach pociągowych, trochę przypominających wielbłądy o trzech oczach.

W zależności od języka stertę kamieni nazywają Legowiskiem Latającego Węża, Stosem Gruzu, Siedzibą Lamentującej Matki, Drzwiami Zapomnienia lub Dołem Ogryzionych Kości. Każde plemię opowiada o nim podobną historię. Mówią, że pod kamieniami leży król bez imienia i pozostałości wspaniałego miasta, którym kiedyś rządził. Miasto zniszczono w bitwie, króla schwytano i na znak triumfu powieszono na palmie daktylowej. Po wschodzie księżyca odcięto go i pochowano, a kamienie ułożono po to, by zaznaczyć to miejsce. Co do mieszkańców miasta, wszystkich zabito. Zaszlachtowano mężczyzn, kobiety, dzieci, niemowlęta, nawet zwierzęta. Poszli pod miecz, posiekano ich na kawałki. Nie oszczędzono nikogo.

To okropne.

Wbij łopatę w ziemię, a niemal w każdym miejscu jakaś okropna historia ujrzy światło dzienne. Dzięki temu interes się kręci. Kości nam służą; bez nich nie byłoby żadnych historii. Jest jeszcze lemoniada?

Nie, odpowiada ona. Wszystko wypiliśmy. Mów dalej.

Za sprawą zdobywców prawdziwa nazwa miasta zniknęła z ludzkiej pamięci i właśnie dlatego – jak mówią gawędziarze – to miejsce znane jest tylko pod nazwą własnego zniszczenia. Tak więc sterta kamieni to zarówno miejsce świadomej pamięci, jak i świadomego zapomnienia. W tamtych stronach lubią paradoksy. Każde z pięciu plemion twierdzi, że to ono było zwycięskim najeźdźcą. Każde z czcią wspomina masakrę. Każde wierzy, że zażądali jej bogowie jako sprawiedliwej zemsty za bezbożne praktyki odprawiane w mieście. Mawia się, że zło trzeba zmyć krwią. Tamtego dnia krew płynęła jak woda, więc potem musiało być bardzo czysto.

Każdy przechodzący pasterz lub kupiec dokłada kamień do stosu. To dawny zwyczaj – robi się tak ku czci zmarłych, swoich zmarłych, skoro nikt nie wie, kim naprawdę byli zmarli leżący pod kopcem, wszyscy na wszelki wypadek zostawiają kamienie. Omijają ten temat, opowiadają, że to, co się tutaj wydarzyło, musiało nastąpić z woli ich boga, więc zostawiając kamienie, czczą jego wolę.

Według innej legendy miasto wcale nie uległo zniszczeniu, lecz dzięki zaklęciu znanemu jedynie królowi zniknęło z tego miejsca wraz z mieszkańcami. Wszystko zastąpiono widmowymi odpowiednikami, które następnie zarżnięto i spalono. Prawdziwe miasto bardzo się skurczyło i znalazło się w jaskini pod wielkim stosem kamieni. Wszystko, co kiedyś istniało, nadal istnieje, łącznie z pałacami i ogrodami pełnymi drzew i kwiatów, łącznie z ludźmi, nie większymi od mrówek, ale żyjącymi tak jak wcześniej – noszącymi maleńkie ubrania, wyprawiającymi maleńkie przyjęcia. Opowiadającymi maleńkie historie, śpiewającymi maleńkie pieśni.

Król wie, co się stało, i śnią mu się przez to koszmary, ale cała reszta nie wie. Nie wiedzą, że tak się skurczyli. Nie wiedzą, że uważa się ich za martwych. Nie wiedzą nawet, że ocaleli. Dla nich sklepienie ze skał wygląda jak niebo. Światło wpada przez szczelinę między kamieniami, a oni myślą, że to słońce.

Liście na jabłoni szeleszczą. Ona patrzy na niebo, potem na zegarek.

Zimno mi, mówi. Mógłbyś pozbyć się dowodów? Zbiera skorupki po jajku, mnie papier śniadaniowy.

Przecież nie ma pośpiechu? Tu nie jest zimno.

Wieje od wody, mówi ona. Chyba wiatr się zmienił. Pochyla się, zamierzając wstać.

Nie idź jeszcze, mówi on, zbyt szybko.

Muszę. Będą mnie szukać. Jeśli się spóźnię, zapytają, gdzie byłam.

Wygładza spódnicę, obejmuje się rękami, odwraca, a małe zielone jabłka obserwują ją jak oczy.

„The Globe and Mail”, 4 czerwca 1947

Griffen odnaleziony na jachcie

DODATEK DO „THE GLOBE AND MAIL”

Po niewyjaśnionej kilkudniowej nieobecności przemysłowca Richarda E. Griffena, lat czterdzieści siedem, przypuszczalnego faworyta postępowych konserwatystów w marcowych wyborach w Toronto, odnaleziono jego ciało w pobliżu letniej rezydencji Awilion w Port Ticonderoga, gdzie pan Griffen spędzał wakacje. Zwłoki znaleziono na łodzi pana Griffena, Nimfie Wodnej, przycumowanej do prywatnego pirsu na rzece Jogues. Pan Griffen najprawdopodobniej miał wylew krwi do mózgu. Zdaniem policji nie zachodzi podejrzenie przestępstwa.

Pan Griffen zrobił karierę jako właściciel handlowego imperium, które obejmowało wiele branż, takich jak tekstylia, ubrania i przemysł lekki. Przemysłowca wyróżniono za osiągnięcia w zaopatrywaniu żołnierzy w mundury i broń podczas wojny. Często uczestniczył w konferencjach Pugwash i był znamienitym działaczem zarówno Klubu Cesarskiego, jak i Klubu Granitowego. Chętnie grywał w pokera i był znanym członkiem Królewskiego Kanadyjskiego Jachtklubu. Po otrzymaniu wiadomości w swojej prywatnej posiadłości Kingsmere premier powiedział: „Pan Griffen należał do najzdolniejszych ludzi w tym kraju. Głęboko odczujemy jego stratę”.

Pan Griffen był szwagrem tragicznie zmarłej Laury Chase, która na wiosnę zadebiutowała pośmiertnie jako pisarka. Pozostawił po sobie siostrę, panią Winifred (Griffen) Prior, znaną w towarzystwie, oraz żonę, panią Iris (Chase) Griffen, i dziesięcioletnią córkę Aimee. Pogrzeb odbędzie się w środę w kościele Świętego Szymona Apostoła w Toronto.

ŚLEPY ZABÓJCAŁawka w parku

Dlaczego na Zykronie żyli ludzie? To znaczy istoty ludzkie, takie jak my. Skoro to inny wymiar, to czy jego mieszkańcy nie powinni być gadającymi jaszczurkami albo czymś podobnym?

Tylko w marnej literaturze. To wszystko zmyślono. W rzeczywistości było tak: Ziemię skolonizowali Zykronianie, którzy nauczyli się podróżować z jednego wymiaru przestrzeni kosmicznej do drugiego kilka tysiącleci po epoce, o której mówimy. Przybyli tu osiem tysięcy lat temu. Przywieźli ze sobą wiele nasion, dlatego też mamy jabłka i pomarańcze, o bananach nie wspominając – wystarczy spojrzeć na banana i od razu wiadomo, że pochodzi z kosmosu. Przywieźli też zwierzęta – konie, psy, kozy i tak dalej. To oni zbudowali Atlantydę. A potem wysadzili się w powietrze, bo byli zbyt mądrzy. My pochodzimy od maruderów.

Aha, mówi ona. Widzę, że to ci odpowiada.

W ostateczności wystarczy. Co do innych osobliwości Zykronu, to jest tam siedem mórz, pięć księżyców i trzy słońca o zmiennej mocy i barwach.

Jakich barwach? Czekoladowej, waniliowej i truskawkowej?

Nie traktujesz mnie poważnie.

Przepraszam. Przechyla ku niemu głowę. Teraz już słucham. Widzisz?

On mówi: Przed zniszczeniem miasto – używajmy jego dawnej nazwy Sakiel-Norn, co z grubsza można przetłumaczyć jako Perła Przeznaczenia – było podobno cudem świata. Nawet ci, którzy twierdzą, że to ich przodkowie zrównali je z ziemią, czerpią wielką przyjemność z opisywania jego piękna. Stworzono naturalne źródła, by płynęły przez rzeźbione fontanny na wyłożonych terakotą dziedzińcach i ogrodach licznych pałaców. Wszędzie kwitły kwiaty, a zewsząd rozlegał się śpiew ptaków. W pobliżu rozciągały się bujne równiny, na których pasły się stada tłustych gnarrów, a sady, gaje i lasy pełne wysokich drzew nie zostały jeszcze wycięte przez kupców ani spalone przez zawziętych nieprzyjaciół. Suche dziś jary były wtedy rzekami – wypływające z nich kanały nawadniały pola wokół miasta, a gleba była tak żyzna, że kłosy zboża podobno miały prawie osiem centymetrów średnicy.

Arystokratów z Sakiel-Norn nazywano snilfardami. Doskonale radzili sobie z obróbką metali i byli wynalazcami pomysłowych mechanicznych urządzeń, których sekretów starannie strzegli. Do tego czasu wynaleźli zegar, kuszę, ręczną pompę, choć nie udało im się jeszcze skonstruować motoru spalinowego, a do transportu wciąż używali zwierząt.

Snilfardowie płci męskiej nosili maski z platynowej tkaniny, które poruszały się wraz ze skórą na ich twarzach, a służyły do ukrywania prawdziwych uczuć. Kobiety chowały twarze za przypominającymi jedwab woalkami utkanymi z kokonów ćmy chaz. Zasłanianie twarzy przez nie-snilfardów karano śmiercią, gdyż zagadkowość i podstępność były zarezerwowane dla arystokracji. Snilfardowie nosili luksusowe stroje, byli wielbicielami muzyki, grali na rozmaitych instrumentach, aby zademonstrować swój dobry smak i umiejętności. Oddawali się dworskim intrygom, wyprawiali wspaniałe uczty i wplątywali się w skomplikowane romanse z żonami innych snilfardów. Miłosne afery kończyły się pojedynkami, choć dbano o to, by mąż udawał, że nie ma o niczym pojęcia.

Małorolnych, chłopów pańszczyźnianych i niewolników nazywano ygnirodami. Nosili liche szare tuniki z odkrytym ramieniem, a także z odkrytą piersią w przypadku kobiet, które były – jak się można domyślić – łatwą zdobyczą dla snilfardów. Ygnirodzi czuli odrazę do swojego losu, ale udawali głupich. Co jakiś czas wywoływali bunt, bezlitośnie tłumiony. Najniższe warstwy składały się z niewolników, których kupowano, sprzedawano i zabijano w dowolnym momencie. Prawo zabraniało im czytać, ale mieli swój sekretny kod, który wydrapywali w ziemi kamieniami. Snilfardowie zaprzęgali ich do pługów.

Zdarzało się, że bankrutujący snilfard był degradowany do ygniroda. Mógł uniknąć takiego losu, sprzedając żonę lub dzieci, aby mieć pieniądze na spłatę długu. Rzadziej ygnirod osiągał status snilfarda, gdyż droga w górę jest zwykle bardziej żmudna niż w dół. Nawet jeśli zdołał zebrać niezbędną sumę pieniędzy i zdobyć snilfardkę na żonę dla siebie lub swojego syna, zawsze wchodziła w grę taka czy inna łapówka i dopiero po pewnym czasie akceptowano go w społeczeństwie snilfardów.

Chyba wyłazi z ciebie twój bolszewizm, mówi ona. Wiedziałam, że wcześniej czy później do tego dojdzie.

Wręcz przeciwnie. Kultura, którą opisuję, wywodzi się ze starożytnej Mezopotamii. Przeczytasz to w Kodeksie Hammurabiego, w prawach Hetytów i tak dalej. Przynajmniej częściowo. Znajduje się tam ta część o zasłonach na twarz i o sprzedawaniu żon. Mogę ci podać rozdział i wers.

Nie podawaj mi dzisiaj rozdziału i wersu, proszę, mówi ona. Nie mam na to siły, jestem zbyt zmęczona. Więdnę.

Jest sierpień, o wiele za gorąco. Wilgoć spowija ich niewidzialną mgłą. Czwarta po południu, światło jak rozpuszczone masło. Siedzą na ławce w parku, nie za blisko siebie, nad nimi klon ze zmęczonymi liśćmi, popękana ziemia pod stopami, wyschnięta trawa dookoła. Skórki chleba dziobane przez wróble, zmięte papiery. Nie najlepsza okolica. Kran z wodą do picia, troje niechlujnych dzieci: dziewczynka w króciutkiej bluzce i spódnicy oraz dwaj chłopcy w szortach, knuje coś za kranem.

Jej suknia żółta jak pierwiosnek, jej ręce nagie poniżej łokcia, na nich delikatne, jasne włoski. Zdjęła bawełniane rękawiczki i zwinęła je w kulę nerwowym gestem. Jemu nie przeszkadza jej nerwowość; lubi myśleć, że nie jest już jej obojętny. Ona ma na sobie słomkowy kapelusz, okrągły jak kapelusz uczennicy, włosy upięła z tyłu, wysuwa się wilgotny kosmyk. Kiedyś ludzie obcinali kosmyki włosów, zachowywali je, trzymali w medalionach, a w przypadku mężczyzn na sercu. Nigdy nie rozumiał dlaczego – nigdy dotąd.

Gdzie niby masz być?, pyta.

Na zakupach. Spójrz na moją torbę. Kupiłam jakieś pończochy, są bardzo dobre, z najlepszego jedwabiu. Nie czuję ich na nogach. Uśmiecha się lekko. Mam tylko piętnaście minut.

Upuściła rękawiczkę, leży u jej stóp. On to obserwuje. Jeśli ona odejdzie i zapomni o rękawiczce, on ją zawłaszczy. Będzie wdychał ten zapach podczas jej nieobecności.

Kiedy cię zobaczę?, pyta. Gorący wiatr porusza liśćmi, między nimi promienie słońca, wokół niej pyłek, złota chmura. Tak naprawdę to kurz.

Teraz mnie widzisz, odpowiada ona.

Nie bądź taka, mówi on. Powiedz mi kiedy. Skóra na jej dekolcie lśni od potu.

Jeszcze nie wiem, odpowiada ona. Patrzy przez ramię, rozgląda się po parku.

Nikogo tu nie ma, mówi on. Nikogo z twoich znajomych.

Nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś się zjawi, mówi ona. Nigdy nie wiadomo, kogo się zna.

Powinnaś mieć psa, mówi on.

Ona się śmieje. Psa? Po co?

Wtedy miałabyś pretekst. Zabierałabyś go na spacer. Mnie i psa.

Pies byłby o ciebie zazdrosny, mówi ona. A ty uważałbyś, że wolę psa.

Ale nie wolałabyś psa, stwierdza on. Prawda?

Ona szerzej otwiera oczy. Dlaczego nie?

Psy nie potrafią mówić, odpowiada on.

The Toronto Star”, 25 sierpnia 1975

Siostrzenica pisarki ofiarą wypadku

DODATEK DO „THE STAR”

Ciało Aimee Griffen, lat trzydzieści osiem, córki zmarłego Richarda E. Griffena, znakomitego przemysłowca, i siostrzenicy znanej pisarki, Laury Chase, znaleziono w środę w suterenie na Church Street, z karkiem skręconym po upadku. Wszystko wskazuje, że zginęła przynajmniej dobę wcześniej. Sąsiadów, Josa i Beatrice Kelleyów, zawiadomiła czteroletnia córka pani Griffen, Sabrina, która często przychodziła do nich na posiłki, gdy nie można było odnaleźć jej matki.

Panna Griffen podobno od dawna walczyła z uzależnieniem od narkotyków i alkoholu, kilkakrotnie trafiła do szpitala. Na czas śledztwa jej córka została oddana pod opiekę stryjecznej babki, pani Winifred Prior. Nie udało nam się skontaktować ani z panią Prior, ani z matką Aimee Griffen, panią Iris Griffen z Port Ticonderoga.

Ten nieszczęśliwy wypadek to kolejny przykład wskazujący na niewydolność naszej opieki społecznej i potrzebę lepszego prawa, które skuteczniej chroniłoby zagrożone dzieci.

ŚLEPY ZABÓJCADywany

W słuchawce coś brzęczy i trzeszczy. Grzmot czy ktoś podsłuchuje? To jednak publiczny telefon, nie mogą go namierzyć.

Gdzie jesteś?, pyta ona. Nie powinieneś tu dzwonić.

On nie słyszy, żeby oddychała, nie słyszy jej oddechu. Chce, żeby przyłożyła słuchawkę do gardła, ale nie poprosi jej o to, jeszcze nie.

Jestem na sąsiedniej ulicy. Albo parę ulic dalej. Mogę być w parku, tym małym, tym z zegarem słonecznym.

Cóż, nie sądzę...

Wymknij się. Powiedz, że musisz się przewietrzyć.

Spróbuję.

Przy wejściu do parku stoją dwa kamienne słupki, czworokątne, fazowane na szczytach, stylizowane na egipskie. Nie ma tam jednak triumfalnych inskrypcji ani płaskorzeźb przedstawiających klęczących wrogów w kajdanach. Tylko: „Zakaz wałęsania się” i „Trzymać psy na smyczy”.

Chodź, mówi on. Odejdź od latarni.

Nie mogę długo zostać.

Wiem. Chodź tutaj. Bierze ją pod ramię i prowadzi; ona drży jak drut na mocnym wietrze.

Tu, mówi on. Nikt nas nie zobaczy. Żadne staruszki spacerujące ze swoimi pudlami.

Żadni policjanci z pałkami, mówi ona. Przez chwilę się śmieje. Światło lampy sączy się przez liście; lśnią w nim białka jej oczu. Nie powinnam tu przychodzić, mówi. To za duże ryzyko.

Za krzakami stoi kamienna ławka. On okrywa ramiona kobiety swoją marynarką. Stary tweed, stary tytoń, odór spalenizny. Leciutki zapach soli. Tu była jego skóra, przylegała do materiału, a teraz jest tu jej skóra.

Proszę, będzie ci cieplej. A teraz złamiemy regulamin. Będziemy się wałęsać.

A co z trzymaniem psów na smyczy?

To też złamiemy. Nie obejmuje jej. Wie, że ona tego pragnie. Oczekuje tego; z góry wyczuwa dotyk, tak jak ptaki wyczuwają cień. On wyciąga papierosa i ją częstuje. Tym razem ona się zgadza. Szybki błysk zapałki w ich połączonych dłoniach. Czerwone koniuszki palców.

Trochę mocniejszy płomień i zobaczylibyśmy kości, myśli ona. Niczym na prześwietleniu rentgenowskim. Jesteśmy jak mgła, jak lekko zabarwiona woda. Woda robi, co chce. Zawsze płynie w dół. Jej gardło wypełnia się dymem.

Teraz opowiem ci o dzieciach, mówi on.

O dzieciach? Jakich dzieciach?

Kolejna rata. O Zykronie, o Sakiel-Norn.

Ach. Tak.

Są tam dzieci.

Nie mówiliśmy nic o dzieciach.

To niewolnicy. Są niezbędni. Nie dam sobie bez nich rady.

Chyba nie chcę tam żadnych dzieci, mówi ona.

Zawsze możesz mi przerwać. Nikt cię nie zmusza. Możesz odejść, jak mówi policja, kiedy ma się szczęście. Jego głos jest spokojny. Ona nie odchodzi.

On zaczyna: Sakiel-Norn to teraz sterta kamieni, ale kiedyś było kwitnącym centrum handlu i wymiany. Leżało na skrzyżowaniu trzech głównych szlaków lądowych – ze wschodu, z zachodu i z południa. Z północą łączył je szeroki kanał wpadający do morza, znajdował się tam dobrze obwarowany port. Nie pozostały żadne ślady domostw i murów obronnych; po ich zniszczeniu porąbane bloki z kamienia zabrali wrogowie lub obcy, by wykorzystać je w zagrodach dla zwierząt, korytach rzek czy prymitywnych fortach, albo też fale i wiatr zagrzebały je pod wędrującym piaskiem.

Kanał i port wybudowali niewolnicy, co nie dziwi: to właśnie niewolnikom Sakiel-Norn zawdzięcza swoją wspaniałość i potęgę. Było jednak znane także z rękodzielnictwa, zwłaszcza tkactwa. Pieczołowicie strzeżono sekretów farb używanych przez artystów: tkaniny lśniły jak płynny miód, jak zmiażdżone fioletowe winogrona, jak kielich byczej krwi rozlanej w słońcu. Delikatne woalki były subtelne niczym pajęczyny, dywany zaś tak miękkie i lekkie, że człowiek miał wrażenie, iż stąpa po powietrzu stworzonym, by przypominało kwiaty i płynącą wodę.

To bardzo poetyckie, mówi ona. Zdumiewasz mnie.

Potraktuj to jak dom towarowy. Kiedy się nad tym zastanowić, to po prostu luksusowe towary. Wtedy to mniej poetyckie.

Dywany tkali niewolnicy, zawsze dzieci, gdyż tylko dziecięce palce były na tyle drobne, by poradzić sobie z tak zawiłą robotą. Jednak nieustająca uważna praca wymagana od dzieci powodowała, że ślepły w wieku ośmiu lub dziewięciu lat, a ich ślepota była miarą, którą sprzedawcy dywanów wyceniali i zachwalali swój towar: Ten dywan oślepił dziesięcioro dzieci, mawiali. Ten dziesięcioro, ten dwadzieścioro. Ponieważ od tego zależały ceny, zawsze przesadzali. Zwykle kupujący żartowali sobie z ich przechwałek. Z pewnością tylko siedmioro, tylko dwanaścioro, tylko szesnaścioro, mawiali, dotykając dywanu. Szorstki jak ścierka. Przypomina żebracze posłanie. Jakby gnarr go utkał.

Gdy dzieci ślepły, sprzedawano je właścicielom burdeli, zarówno dziewczynki, jak i chłopców. Za usługi oślepłych dzieci żądano wysokich kwot; mawiano, że ich dotyk jest tak delikatny i zręczny, że pod ich palcami można poczuć, jak ze skóry wyrastają kwiaty i wypływa woda.

Dzieci umiały także otwierać zamki. Te, które uciekły, zajęły się zawodowo podrzynaniem gardeł w ciemnościach, było bowiem wielkie zapotrzebowanie na płatnych zabójców. Miały bardzo wyostrzony słuch, umiały poruszać się bezszelestnie i przeciskać przez najmniejsze otwory, potrafiły wyczuć różnicę między pogrążonymi w głębokim śnie a tymi, którzy spali niespokojnie. Zabijały tak delikatnie, jak ćma uderza skrzydłami o szyję człowieka. Uważano, że nie znają litości. Bardzo się ich obawiano.

Dzieci – tkając niekończące się dywany, gdy jeszcze widziały – opowiadały sobie historie dotyczące swojego przyszłego życia. Krążyło między nimi powiedzenie, że tylko ślepcy są wolni.

To zbyt smutne, szepcze ona. Dlaczego opowiadasz mi taką smutną historię?

Teraz jeszcze bardziej pogrążyli się w cieniu. Jego ręce w końcu ją obejmują. Powoli, myśli on. Żadnych gwałtownych ruchów. Skupia się na swoim oddechu.

Opowiadam ci historie, w których jestem dobry, mówi. Takie, w które uwierzysz. Nie uwierzyłabyś w przesłodzone głupoty, prawda?

Nie. Nie uwierzyłabym.

Poza tym to nie do końca smutna historia – niektóre dzieci uciekły.

Żeby podrzynać gardła.

Nie miały wyboru, prawda? Nie mogły zostać sprzedawcami dywanów ani właścicielami burdeli. Nie miały pieniędzy. Musiały więc zająć się brudną robotą. Miały pecha.

Przestań, mówi ona. To nie moja wina.

Moja też nie. Powiedzmy, że spadły na nas grzechy ojców.

To niepotrzebne okrucieństwo, cedzi ona zimno.

A kiedy okrucieństwo jest potrzebne, pyta on. I ile okrucieństwa? Poczytaj gazety, to nie ja wymyśliłem świat. Jednakże stoję po stronie podrzynających gardła. Gdybyś musiała podrzynać gardła albo głodować, co byś zrobiła? Albo pieprzyć się, żeby przeżyć – zostaje jeszcze to.

Teraz posunął się za daleko. Okazał gniew. Ona odsuwa się od niego.

Wystarczy już, mówi. Muszę wracać. Liście wokół nich drżą niespokojnie. Ona wyciąga dłoń wnętrzem do góry; spada kilka kropel deszczu. Grzmot słychać bliżej. Ona zsuwa jego marynarkę z ramion. Nie pocałował jej; nie zrobi tego, nie dzisiaj. Ona odbiera to jak reprymendę.

Stań w oknie, mówi on. W oknie swojej sypialni. Zostaw zapalone światło. Po prostu tam stój.

Poruszył ją. Po co? Po co, na litość boską?

Bo chcę, żebyś stanęła. Chcę mieć pewność, że jesteś bezpieczna, dodaje, chociaż bezpieczeństwo nie ma z tym nic wspólnego.

Spróbuję, zgadza się ona. Tylko na chwilę. Gdzie będziesz?

Pod drzewem. Pod kasztanem. Nie zobaczysz mnie, ale będę tam stał.

Wie, które to okno, myśli ona. Wie, jakie to drzewo. Musiał się zaczaić. Obserwować ją. Lekko drży.

Pada, mówi. Będzie lało. Zmokniesz.

Nie jest zimno, odpowiada on. Poczekam.

„The Globe and Mail”, 19 lutego 1998

Prior, Winifred Griffen. Zmarła w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat, w swoim domu w Rosedale, po długiej i ciężkiej chorobie. W osobie pani Prior, znanej filantropki, Toronto straciło jedną z najlojalniejszych i długoletnich donatorek. Pani Prior, siostra zmarłego przemysłowca Richarda E. Griffena i szwagierka wybitnej pisarki Laury Chase, zasiadała w zarządzie Orkiestry Symfonicznej Toronto, gdy ją zakładano, a ostatnio w Ochotniczym Komitecie Galerii Sztuki w Ontario i Kanadyjskim Stowarzyszeniu do Walki z Rakiem. Działała też aktywnie w Klubie Granitowym, Klubie Helikońskim, Lidze Juniorów i zarządzie Festiwalu Teatralnego Dominion[1]. Pozostawiła stryjeczną wnuczkę Sabrinę Griffen, obecnie podróżującą po Indiach.

Msza święta odbędzie się we wtorek rano w kościele Świętego Szymona Apostoła, po czym nastąpi wyprowadzenie zwłok na cmentarz. Zamiast kwiatów uprasza się o datki na szpital Księżnej Małgorzaty.

ŚLEPY ZABÓJCASerce nakreślone szminką

Ile mamy czasu?, pyta on.

Mnóstwo, odpowiada ona. Wszyscy gdzieś sobie poszli.

Co robią?

Nie wiem. Zarabiają pieniądze. Kupują rzeczy. Robią dobre uczynki. Cokolwiek. Zakłada pasmo włosów za ucho, prostuje się. Czuje się gotowa na każde wezwanie, na gwizdnięcie. Wstyd jej. Czyj to samochód?, pyta.

Przyjaciela. Jestem ważną osobą, mam przyjaciela z samochodem.

Żartujesz sobie ze mnie, mówi ona. On nie odpowiada. Ona ciągnie za palce rękawiczki. A jeśli ktoś nas zobaczy?

Zobaczą tylko samochód. To wrak, auto dla biedoty. Nawet gdyby patrzyli wprost na ciebie, nie zauważą cię, bo nikt nie spodziewa się takiej kobiety w takim samochodzie.

Czasem nie bardzo mnie lubisz, mówi ona.

Ostatnio prawie nie myślę o niczym innym, odpowiada on. Ale lubienie to co innego. Lubienie wymaga czasu. Nie mam czasu cię lubić. Nie mogę się na tym skupiać.

Nie tutaj, mówi ona. Spójrz na znak.

Znaki są dla innych, mówi on. Tu – właśnie tu.

Ścieżka to w zasadzie bruzda. Wyrzucone chusteczki, papierki po gumach do żucia, zużyte prezerwatywy jak rybie pęcherze moczowe. Butelki i kamyki, wyschnięte błoto, popękane i poorane bruzdami. Ona ma nieodpowiednie buty, nieodpowiednie obcasy. On ją obejmuje, pomaga jej utrzymać równowagę. Ona wykonuje taki ruch, jakby chciała się odsunąć.

Właściwie to otwarta przestrzeń. Ktoś zobaczy.

Jaki ktoś? Jesteśmy pod mostem.

Policja. Przestań. Jeszcze nie.

Policja nie węszy w świetle dnia, mówi on. Tylko w nocy, z latarkami, szuka bezbożnych zboczeńców.

No to włóczędzy, mówi ona. Wariaci.

Tu, mówi on. Pod tym. W cieniu.

Jest tu trujący bluszcz?

Ależ nie. Daję słowo. Nie ma też włóczęgów ani wariatów, z wyjątkiem mnie.

Skąd wiesz? O tym trującym bluszczu. Byłeś tu już kiedyś?

Nie przejmuj się tak, mówi on. Połóż się.

Zostaw. Podrzesz to. Poczekaj chwilę.

Słyszy własny głos. To nie jej głos, jest zbyt zdyszany.

Na cemencie widnieje serce narysowane szminką otaczające dwa inicjały. Łączy je M: M jak miłość. Tylko zainteresowani wiedzą, czyje to inicjały – to, że tu byli, że to zrobili. Ogłosili miłość, zataili szczegóły.

Na zewnątrz serca cztery inne litery, jak cztery strzałki kompasu:

S E

K S

Rozerwane słowo, rozwarte: nieprzejednana topografia seksu.

Na jego ustach czuć dym, w jej sól; wokół nich zapach zmiażdżonych wodorostów i kotów, opuszczonych zaułków. Wilgoć i rośliny, ziemia na kolanach, brudna i soczysta, długonogie dmuchawce wyciągające się ku słońcu.

Poniżej miejsca, gdzie leżą, szmer strumienia. Nad nimi liściaste gałęzie, cienkie winorośle o fioletowych kwiatach, wznoszące się wysokie filary mostu, żelazne dźwigary, koła przejeżdżające nad głową, rozłupane błękitne niebo. Twarda ziemia pod jej plecami.

On gładzi jej czoło, wodzi palcem wzdłuż jej policzka. Nie powinnaś mnie wielbić, mówi. Nie mam jedynego kutasa na świecie. Pewnego dnia to odkryjesz.

Nie o to chodzi, odpowiada ona. A poza tym wcale cię nie wielbię. On już ją odpycha w przyszłość.

Cóż, cokolwiek to jest, dostaniesz tego więcej, kiedy tylko przestanę jeździć ci po głowie.

O co ci właściwie chodzi? Nie jeździsz mi po głowie.

O to, że istnieje życie po życiu. Po naszym życiu.

Porozmawiajmy o czymś innym.

Dobrze, mówi on. Połóż się znowu. Oprzyj tu głowę. Odsuwa wilgotną koszulę. Obejmuje ją jedną ręką, a drugą myszkuje w kieszeni w poszukiwaniu papierosów, po czym zapala zapałkę o kciuk. Jej ucho we wgłębieniu jego ramienia.

Na czym skończyłem?, pyta on.

Na tkaczach dywanów. Na ślepych dzieciach.

Ach tak. Pamiętam.

On mówi: Bogactwo Sakiel-Norn opierało się na niewolnikach, zwłaszcza na dzieciach, które tkały słynne dywany. Ale mówienie o tym przynosiło pecha. Snilfardowie twierdzili, że ich bogactwo zależy nie od niewolników, lecz od ich własnych cnót i słusznego myślenia – to znaczy od właściwych ofiar składanych bogom.

Bogów było mnóstwo. Bogowie zawsze się przydają, usprawiedliwiają niemal wszystko, i bogowie Sakiel-Norn nie stanowili wyjątku. Wszyscy bogowie byli mięsożerni; lubili ofiary ze zwierząt, ale najbardziej cenili sobie ludzką krew. Gdy zakładano miasto, tak dawno temu, że przeszło to do legendy, dziewięciu pobożnych ojców podobno poświęciło swoje córki i zgodziło się, by zakopano je jako święte strażniczki pod dziewięcioma bramami.

Po każdej z czterech stron świata znajdowały się dwie bramy: jedna wyjściowa, a druga wejściowa; wychodzenie tymi samymi wrotami, którymi się weszło, wróżyłoby przedwczesną śmierć. Drzwi dziewiątej bramy były poziomą marmurową płytą na szczycie wzgórza w centrum miasta; otwierała się ona bez ruchu i kołysała między życiem a śmiercią, między ciałem a duchem. Tędy wchodzili i wychodzili bogowie; oni nie potrzebowali dwóch bram, gdyż w przeciwieństwie do śmiertelników mogli znajdować się po obu stronach jednocześnie. Prorocy z Sakiel-Norn mawiali: Co jest prawdziwym oddechem człowieka – wydech czy wdech? Taka była natura bogów.

Ta dziewiąta brama była jednocześnie ołtarzem, na którym przelewała się ofiarna krew. Chłopców ofiarowywano Bogu Trzech Słońc: bogu dnia, jasnych świateł, pałaców, uczt, pieców, wojen, alkoholu, wejść i słów; dziewczynki zaś Bogini Pięciu Księżyców, patronce nocy, mgieł i cieni, głodu, jaskiń, narodzin, wyjść i milczenia. Chłopcom maczugą roztrzaskiwano czaszki na ołtarzu i wrzucano ich w usta boga, które prowadziły do rozpalonego pieca; dziewczynkom podrzynano gardła, a ich krew spływała, zasilając pięć ubywających księżyców, żeby nie zbladły i nie zniknęły na zawsze.

Każdego roku składano w ofierze dziewięć dziewczynek ku czci dziewięciu dziewcząt pochowanych u bram miasta. Tym dziewczętom znanym jako „dziewice Bogini”, ofiarowywano modły, kwiaty i kadzidła, by wstawiały się u bogów za żywymi. Ostatnie trzy miesiące w roku nazywano „miesiącami bez twarzy”; nie rosły wtedy żadne rośliny uprawne, a Bogini podobno pościła. W tym czasie rządził Bóg Słońca, miłośnik wojny i pieców, a matki chłopców przebierały swoje dzieci za dziewczynki, dla ich własnego dobra.

Prawo stanowiło, że najszlachetniejsze snilfardzkie rodziny muszą poświęcić przynajmniej jedną z córek. Zniewagą dla Bogini było ofiarowanie córki ze skazą lub wadą i wkrótce snilfardowie zaczęli okaleczać swoje dziewczęta, by je oszczędzić – odcinali im kawałek palca, płatek ucha albo inną drobną część ciała. Po pewnym czasie okaleczenie stało się symboliczne: wystarczył prostokątny niebieski tatuaż na dekolcie. Nie-snilfardki za taki kastowy znak karano śmiercią, ale właściciele burdeli, zawsze żądni zarobku, rysowali go atramentem na najmłodszych kurwach o pozorach szlachetności. Działało to na klientów, którzy chcieli się czuć tak, jak gdyby krzywdzili jakąś błękitnokrwistą snilfardzką księżniczkę.

W tym samym czasie snilfardowie zaczęli adoptować podrzutki – przeważnie potomstwo niewolnic i ich panów – i zastępować nimi prawowite córki. To było oszustwo, ale arystokratyczne rodziny miały wielkie wpływy, więc władze przymykały na to oczy.

Wtedy arystokracja jeszcze bardziej się rozleniwiła. Nie chciała już zawracać sobie głowy wychowywaniem dziewcząt w swoich domach, więc po prostu oddawała je do świątyni Bogini, hojnie płacąc za opiekę. Ponieważ dziewczynka nosiła rodowe nazwisko, uznawano, że rodzina dopełniła obowiązku ofiary. Przypominało to posiadanie konia wyścigowego. Ta praktyka stanowiła zdegenerowaną wersję szlachetnego oryginału, ale wtedy już wszystko w Sakiel-Norn było na sprzedaż.

Poświęcone dziewczęta zamykano na terenie świątyni, karmiono najlepszą żywnością, by rosły piękne i zdrowe, i rygorystycznie przygotowywano na nadejście wielkiego dnia – aby zdołały odprawić swoje obowiązki przyzwoicie i bez strachu. Teoria głosiła, że idealna ofiara powinna przypominać taniec: majestatyczna i liryczna, harmonijna i szlachetna. Dziewczęta nie były zwierzętami, żeby je okrutnie zarżnąć; powinny dobrowolnie oddać życie. Wiele wierzyło w to, co im mówiono: że dobro całego królestwa zależy od ich poświęcenia. Spędzały mnóstwo godzin na modlitwach, wprowadzając się w odpowiedni stan, uczono je spacerować z opuszczonymi powiekami, uśmiechać się z łagodną melancholią i śpiewać pieśni Bogini, pieśni o nieobecności i ciszy, o niespełnionej miłości, niewyrażonym żalu i o braku słów – pieśni o niemożności śpiewania.

Minęło jeszcze więcej czasu. Teraz jedynie nieliczni traktowali bogów poważnie, a każdy nadmiernie pobożny i przestrzegający rytuałów obywatel był uważany za szaleńca. Mieszkańcy miasta nadal odprawiali dawne rytuały, bo zawsze to robili, ale tak naprawdę miasto już się tym nie przejmowało.

Mimo izolacji niektóre z dziewcząt zaczęły rozumieć, że morduje się je bez potrzeby, ze względu na przestarzały zwyczaj. Kilka próbowało uciec na widok noża. Inne wrzeszczały, gdy łapano je za włosy i wyginano na ołtarzu, jeszcze inne przeklinały samego króla, który przy tych okazjach pełnił funkcję najwyższego kapłana. Jedna go nawet ugryzła. Ludzie nie lubili tych pojawiających się co jakiś czas przejawów paniki i wściekłości, gdyż ściągały na miasto straszliwe nieszczęścia. Albo ściągnęłyby, gdyby Bogini istniała. Tak czy inaczej takie wybuchy mogły popsuć uroczystości: wszyscy lubili ofiary, nawet ygnirodzi, nawet niewolnicy, bo dostawali dzień wolny i mogli się upić.

Wobec tego zaczęto praktykować obcinanie dziewczętom języków trzy miesiące przed złożeniem ofiary. To nie okaleczenie, mówili kapłani, lecz ulepszenie – cóż mogłoby być bardziej odpowiednie dla służek Bogini Milczenia?

I tak pozbawioną języka, spuchniętą od słów, których już nigdy nie będzie mogła wypowiedzieć, osłoniętą welonem i przybraną kwiatami dziewczynkę prowadzono w procesji w takt poważnej muzyki na kręte schody wiodące do dziewiątej bramy miasta. W obecnych czasach można by powiedzieć, że dziewczynka wyglądała jak rozpieszczona panna młoda z towarzystwa.

Ona siada. To naprawdę niepotrzebne, mówi. Chcesz się do mnie przyczepić. Podoba ci się pomysł zabijania tych biednych dziewcząt w ślubnych strojach. Założę się, że były blondynkami.

Nie do ciebie, mówi on. Nie do ciebie w szczególności. Poza tym nie wszystko sobie wymyśliłem, to ma silne korzenie w historii. Hetyci...

Na pewno, ale i tak oblizujesz się na myśl o tym. Jesteś mściwy – nie, zazdrosny, choć Bóg wie dlaczego. Nie obchodzą mnie Hetyci, historia ani to wszystko – to tylko pretekst.

Chwileczkę. Zgodziłaś się na ofiarę z dziewic, włączyłaś je do menu. Ja tylko wypełniam polecenie. O co ci chodzi – o garderobę? Za dużo tiulu?

Nie kłóćmy się, mówi ona. Czuje, że wybuchnie płaczem, zaciska dłonie, żeby się powstrzymać.

Nie chciałem ci zrobić przykrości. Chodź tutaj.

Odpycha jego rękę. Chciałeś mi zrobić przykrość. Lubisz wiedzieć, że możesz.

Myślałem, że cię to bawi. Słuchanie, jak opowiadam. Żongluję przymiotnikami. Błaznuję dla ciebie.

Ona obciąga spódnicę, wkłada w nią bluzkę. Martwe dziewczęta w ślubnych welonach – dlaczego miałoby mnie to bawić? Z obciętymi językami. Uważasz, że jestem brutalna?

Cofnę to. Zmienię. Napiszę dla ciebie nową historię. Co ty na to?

Nie możesz, mówi ona. Słowo się rzekło. Nie możesz cofnąć nawet połowy zdania. Idę. Teraz klęczy, gotowa wstać.

Mamy mnóstwo czasu. Połóż się. Łapie ją za przegub.

Nie. Puść. Popatrz, gdzie jest słońce. Wkrótce wrócą. Mogę mieć kłopoty, chociaż pewnie dla ciebie coś takiego to nie są kłopoty, to się nie liczy. Tobie nie zależy – chcesz tylko szybkiego... szybkiego...

Dalej, wyduś to z siebie.

Wiesz, o co mi chodzi, mówi ona zmęczonym głosem.

To nieprawda. Przepraszam. To ja jestem brutalny, poniosło mnie. Ale w końcu to tylko opowieść.

Ona opiera czoło o kolana. Po chwili mówi: Co zrobię? Potem – kiedy już cię tu nie będzie?

Dasz sobie radę, mówi on. Przeżyjesz. Chodź, otrzepię cię.

To nie zejdzie, nie od otrzepywania.

Zapnij guziki, mówi on. Nie bądź smutna.

Biuletyn Liceum im. Pułkownika Henry’ego Parkmanai Stowarzyszenia AbsolwentówPort Ticonderoga, maj 1998

Nagroda imienia Laury Chase

MYRA STURGESS,WICEPREZES STOWARZYSZENIA ABSOLWENTÓW

Liceum im. Pułkownika Henry’ego Parkmana otrzymało nową cenną nagrodę dzięki hojnemu darowi zmarłej pani Winifred Griffen Prior z Toronto. Pamiętamy jej słynnego brata Richarda E. Griffena, gdyż często spędzał wakacje w Port Ticonderoga i lubił pływać po naszej rzece. Nagroda imienia Laury Chase za twórczość, wartości dwustu dolarów, zostanie wręczona uczniowi ostatniej klasy za najlepsze opowiadanie, które ocenią trzej członkowie Stowarzyszenia Absolwentów, mając na uwadze wartość literacką, a także moralne przesłanie. Dyrektor, pan Eph Evans, mówi: „Jesteśmy wdzięczni pani Prior, że pamiętała także o nas wśród swoich rozlicznych działań charytatywnych”.

Nazwana tak na cześć znanej miejscowej pisarki Laury Chase pierwsza nagroda zostanie wręczona po czerwcowych maturach. Siostra pisarki, pani Iris Griffen – z tak niegdyś zasłużonej dla naszego miasta rodziny Chase’ ów – zgodziła się wręczyć nagrodę szczęśliwemu zwycięzcy. Zostało już niewiele tygodni, więc każcie swoim twórczym dzieciom zakasać rękawy i wziąć się do roboty!

Stowarzyszenie Absolwentów sponsoruje podwieczorek w szkole tuż po maturach. Bilety można kupić u Myry Sturgess w Piernikowej Chatce, dochód przeznaczony zostanie na nowe stroje piłkarskie, z pewnością niezbędne! Mile widziane będą darowizny w postaci ciast, prosimy o zaznaczenie, jeśli znajdą się w nich orzechy.

CZĘŚĆ

TRZECIA

Ceremonia

Tego ranka obudziłam się przerażona. Początkowo nie wiedziałam, skąd się wzięło, ale potem sobie przypomniałam. Dziś był dzień wręczenia nagrody.

Świeciło słońce, a w pokoju już zrobiło się za ciepło. Światło sączyło się przez firanki, wisiało w powietrzu jak osad w stawie. Miałam wrażenie, że moja głowa to worek pełen bezkształtnej masy. Nadal w koszuli nocnej, mokra ze strachu, który odsunęłam na bok jak listowie, dźwignęłam się i wstałam ze skotłowanego łóżka, po czym zmusiłam się do codziennych porannych rytuałów – obrzędów odprawianych, by wyglądać przyzwoicie w oczach innych ludzi. Trzeba przygładzić włosy po tych upiorach, przez które stanęły dęba w nocy, zmyć z oczu wyraz zdumionego niedowierzania. Wyczyścić zęby, czy raczej to, co z nich zostało. Bóg wie, jakie kości przeżuwałam we śnie.

Potem weszłam pod prysznic, trzymając się uchwytu, w który wrobiła mnie Myra, i uważając, żeby nie upuścić mydła: boję się pośliznąć. Trzeba jednak obmyć ciało, pozbyć się ze skóry zapachu ciemności nocy. Podejrzewam, że wydzielam fetor, którego nie potrafię już wyczuć – odór stęchłego ciała i mętnych starczych sików.

Osuszona, nasmarowana balsamem i upudrowana, opryskana jak pleśń, w pewnym sensie powróciłam do życia. Pozostało jednak wrażenie nieważkości, albo raczej balansowania na krawędzi urwiska. Za każdym razem, gdy wysuwam nogę, stawiam ją na próbę, jak gdyby podłoga mogła się pode mną zawalić. Trzyma mnie wyłącznie napięcie powierzchniowe.

Ubranie się pomogło. Nie najlepiej czuję się bez rusztowania. (Co się jednak stało z moim prawdziwym ubraniem? Z pewnością te bezkształtne pastele i ortopedyczne buty należą do kogoś innego. Są jednak moje; co gorsza, do mnie pasują).

Teraz kolej na schody. Potwornie boję się z nich stoczyć – złamać kark, leżeć rozkraczona z bielizną na wierzchu, a potem rozpuścić się w gnijącą kałużę, zanim komukolwiek przyjdzie do głowy, aby mnie poszukać. To byłaby śmierć pozbawiona gracji. Zmagałam się z każdym stopniem, ściskając poręcz; później ruszyłam korytarzem do kuchni, a palce mojej lewej ręki muskały ścianę niczym wąsy kota. (Jeszcze dość dobrze widzę. Jeszcze chodzę. Bądźmy wdzięczni za drobne łaski, mawiała Reenie. Dlaczego mamy być wdzięczni?, pytała Laura. Dlaczego te łaski są takie drobne?).

Nie miałam ochoty na śniadanie. Wypiłam szklankę wody, a przez resztę czasu się denerwowałam. O wpół do dziesiątej przyszedł po mnie Walter.

– Wystarczająco ciepło? – spytał. To jego typowe powitanie. Zimą pyta, czy jest wystarczająco zimno. Mokro i sucho – na wiosnę i jesienią.

– Jak się masz, Walterze? – zapytałam go jak zawsze.

– Nie rozrabiam – odparł jak zawsze.

– To najlepsze, czego można oczekiwać od każdego z nas – powiedziałam. Przesłał mi swoją wersję uśmiechu – cienką rysę na twarzy, jak zasychające błoto – otworzył przede mną drzwi samochodu i posadził mnie na siedzeniu dla pasażera.

– Dziś wielki dzień, co? – stwierdził. – Zapnij pasy, bo mnie aresztują.

Powiedział „zapnij pasy”, jakby to był jakiś dowcip; ma dość lat, żeby pamiętać dawne, bardziej beztroskie czasy. Był jednym z tych młodzieńców, którzy prowadzili samochód z jedną ręką wystawioną za okno, a drugą na kolanie dziewczyny. Zdumiewające, kiedy się pomyśli, że to Myra była jego dziewczyną.

Ostrożnie zjechał z krawężnika i ruszyliśmy przed siebie w milczeniu. Walter to potężny mężczyzna – kanciasty jak postument, z szyją, która jest nie tyle szyją, ile dodatkowym ramieniem; wydziela całkiem przyjemny zapach znoszonych skórzanych butów i benzyny. Z jego koszuli w kratę i czapki baseballowej wnioskuję, że nie zamierza się pojawić na ceremonii rozdania świadectw. Nie czytuje książek, co stawia nas oboje w wygodniejszej sytuacji: dla niego Laura to moja siostra, szkoda, że nie żyje, i tyle.

Powinnam była wyjść za kogoś takiego jak Walter. Kogoś o zręcznych rękach.

Nie: za nikogo nie powinnam była wychodzić. To by nam oszczędziło mnóstwa kłopotów.

Walter zatrzymał samochód przed budynkiem liceum. Szkoła jest powojennie nowoczesna, ma pięćdziesiąt lat, ale dla mnie wciąż wygląda jak nowa: nie mogę przywyknąć do monotonii i nijakości. Przypomina skrzynię na towary. Młodzi ludzie i ich rodzice sunęli po chodniku, trawniku i przez frontowe drzwi, ubrani w stroje o wszystkich barwach lata. Myra czekała na nas, wołając ze schodów, w białej sukni w wielkie pąsowe róże. Kobiety o tak dużych pupach nie powinny nosić ubrań w olbrzymie kwieciste wzory. Gorsety nie były takie złe, choć nie chciałabym ich powrotu. Fryzura Myry – mocno poskręcane siwe loki – przypominała perukę angielskiego sędziego.

– Spóźniłeś się – powiedziała do Waltera.

– Wcale nie – odparł Walter. – A jeśli tak, to wszyscy inni przyszli za wcześnie i tyle. Po co miałaby tu siedzieć i czekać bez końca?

Mają zwyczaj mówić o mnie w trzeciej osobie, jakbym była dzieckiem albo domowym zwierzątkiem.

Walter oddał moje ramię pod opiekę Myry i razem weszłyśmy po frontowych schodach niczym zawodnicy w biegu trójnożnym[2]. Czułam to, co musiała czuć ręka Myry: kruchą kość promieniową pokrytą niedbale owsianką i sznurkiem. Powinnam była wziąć laskę, ale jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że wlokę ją ze sobą na scenę. Ktoś z pewnością by się o nią potknął.

Myra zabrała mnie za kulisy i zapytała, czy chcę skorzystać z toalety – nie zapomina o tym – po czym usadowiła mnie w garderobie.

– A teraz tu zostań – powiedziała.

Po czym wybiegła, z podskakującą pupą, żeby się upewnić, czy wszystko w porządku.

Lustro w garderobie oświetlały małe żarówki, jak w teatrach; rzucały pochlebne światło, ale ja nie czułam, że mi pochlebiono: wyglądałam na chorą, moja skóra była pozbawiona krwi, jak mięso namoczone w wodzie. Czy to strach, czy prawdziwa choroba? Z pewnością nie czułam się najlepiej.

Znalazłam grzebień, niedbale uczesałam włosy na czubku głowy. Myra zawsze grozi, że zabierze mnie do „swojej dziewczyny” w miejscu, które wciąż nazywa Salonem Piękności – oficjalna nazwa to Przystań Włosów, ze słowem Unisex jako dodatkową zachętą – lecz się opieram. Przynajmniej wciąż mogę nazwać swoje włosy własnymi, chociaż sterczą do góry jak porażone prądem. Pod nimi prześwieca goła czaszka, szarawy róż mysich łapek. Jeśli kiedykolwiek znajdę się na silnym wietrze, moje włosy odlecą niczym pyłek dmuchawca, i pozostanie jedynie maleńki dziobaty placek łysej czaszki.

Myra zostawiła mi jedno ze swoich specjalnych ciastek, przygotowanych w pośpiechu na podwieczorek absolwentów – kawał kitu pokryty czekoladowym mułem – i plastikowy kubek z zakręcaną pokrywką pełen kwaśnej jak ocet kawy. Nie mogłam ani pić, ani jeść, ale po co Bóg stworzył toalety? Zostawiłam kilka okruszków, dla wiarygodności.

Wtedy wpadła Myra, podźwignęła mnie i poprowadziła, a moją ręką potrząsnął dyrektor, mówiąc, jak to miło, że przyszłam, po czym przekazano mnie zastępcy dyrektora, prezesowi Stowarzyszenia Absolwentów, dyrektorce wydziału anglistyki – kobiecie w garniturze – reprezentantowi Niższej Izby Handlowej, i w końcu miejscowemu posłowi, ponieważ żadne nie chciało mi odpuścić. Nie widziałam tylu wyszczerzonych i polerowanych zębów od czasów politycznej kariery Richarda.

Myra odprowadziła mnie tylko do krzesła, po czym szepnęła: „Będę za kulisami”. Szkolna orkiestra zaczęła grać, z piskiem i za nisko, i zaśpiewaliśmy pieśń O Kanado!, której słów nigdy nie pamiętam, bo wciąż je zmieniają. Obecnie część śpiewają po francusku, czego kiedyś się nie słyszało. Usiedliśmy po potwierdzeniu naszej zbiorowej dumy z czegoś, czego nie potrafimy wymówić.

Wtedy szkolny kapelan zmówił modlitwę, wygłaszając przed Bogiem wykład na temat wielu bezprecedensowych wyzwań, przed jakimi dzisiaj stają młodzi ludzie. Bóg musiał już to słyszeć i prawdopodobnie był równie znudzony jak my. Potem głos zabierali inni: koniec dwudziestego wieku, odchodzi stare, przychodzi nowe, obywatele przyszłości, przekazujemy to na wasze ręce i tak dalej. Moje myśli odpłynęły, rozsądek podpowiadał mi, że oczekuje się ode mnie tylko tego, żebym się nie skompromitowała. Teraz znowu mogłabym się znaleźć obok podium albo na jednej z niekończących się kolacji, u boku Richarda, nie odzywając się ani słowem. Jeśli mnie pytano, rzadko zresztą, odpowiadałam, że moje hobby to ogrodnictwo. Była to w najlepszym razie półprawda, choć na tyle nudna, żeby sprostać oczekiwaniom.

Nadszedł czas, by absolwenci odebrali swoje świadectwa. Wychodzili gromadnie, poważni i promieniejący, w wielu rozmiarach, wszyscy tak piękni, jak tylko młodzi potrafią być piękni. Nawet ci brzydcy byli piękni, nawet ci ponurzy, ci grubi, ci pryszczaci. Żaden z nich nie potrafił tego zrozumieć – jacy są piękni. Niemniej ci młodzi mnie irytują. Ich postawa jest z zasady odpychająca i wnioskując po ich piosenkach, pochlipują i pogrążają się w rozpaczy, „rób dobrą minę do złej gry” odeszło w zapomnienie jak fokstrot. Nie rozumieją, jakie mają szczęście.

Ledwie mnie dostrzegali. Dla nich musiałam wyglądać dziwacznie, ale przypuszczam, że taki już los starych, że młodzi uważają ich za dziwaków. Chyba że poleje się krew, oczywiście. Wojna, zaraza, morderstwo, jakakolwiek gehenna czy przemoc: to szanują. Krew sprawia, że jesteśmy poważni.

Potem przyszła kolej na nagrody – informatyka, fizyka, bełkot, zarządzanie, literatura angielska, coś, czego nie zrozumiałam. Później przedstawiciel Stowarzyszenia Absolwentów odchrząknął i wystąpił z nabożną gadką o Winifred Griffen Prior, świętej w ludzkiej skórze. Jak wszyscy kłamią, gdy chodzi o pieniądze! Podejrzewam, że ta stara suka wyobrażała sobie to wszystko, kiedy dawała donację, swoją drogą skąpą. Wiedziała, że upomną się o mnie przy tej okazji; chciała, żebym się wiła pod surowym spojrzeniem miasta podczas wychwalania jej szczodrobliwości. „Wydajcie to na moją pamiątkę”. Nie chciałam dać jej tej satysfakcji, ale nie mogłam się od tego wymigać, nie sprawiając przy tym wrażenia, że czuję strach, winę albo przynajmniej obojętność. Gorzej: że zapomniałam.

Nadeszła kolej na Laurę. Polityk wziął na siebie czynienie honorów: to wymagało taktu. Mówił coś o miejscowych korzeniach Laury, jej odwadze, oddaniu wybranemu celowi, cokolwiek to miało znaczyć. Ani słowa o tym, jak umarła, choć wszyscy w mieście uważali – wbrew policyjnemu dochodzeniu – że było to samobójstwo, tak jak dwa i dwa jest cztery. I ani słowa o książce, o której większość z nich z pewnością chciała zapomnieć. Nie została jednak zapomniana, nie tutaj: nawet po pięćdziesięciu latach zachowała aurę kamienia milowego i tabu. Moim zdaniem trudno to zrozumieć: jeśli chodzi o erotykę, książka jest staroświecka, podobne przekleństwa słyszy się codziennie na ulicy, a seks jest równie przyzwoity jak tańczący z wachlarzem[3] i niemal tak cudaczny jak pasy do pończoch.

Oczywiście kiedyś było inaczej. Ludzie pamiętają nie samą książkę, lecz wrzawę wokół niej: duchowni w kościołach napiętnowali ją jako obsceniczną, nie tylko tutaj, bibliotekę publiczną zmuszono do usunięcia jej z półek, jedyna księgarnia w mieście nie chciała jej sprzedawać. Mówiło się o cenzurze. Ludzie wymykali się do Stratfordu, Londynu czy nawet do Toronto i wstydliwie kupowali egzemplarze, tak jak się wtedy kupowało prezerwatywy. Zasłaniali okna w domach i czytali, z dezaprobatą, z rozkoszą, z zapałem i radością – nawet ci, którym wcześniej nie przyszłoby do głowy sięgnąć po powieść. Nie ma to jak garść brudów, żeby wypromować literaturę.

(Bez wątpienia wygłoszono kilka życzliwych opinii. „Nie mogłam przez to przebrnąć – za mało tam dla mnie akcji. To biedactwo zmarło jednak tak młodo. Może gdyby nie odeszła, poradziłaby sobie lepiej z inną książką”. To najlepsze, co mogli powiedzieć o tej powieści).

Czego oczekiwali od książki? Lubieżności, nieprzyzwoitości, potwierdzenia swoich najgorszych podejrzeń. Może jednak niektórzy z nich chcieli, wbrew sobie, dać się uwieść. Może szukali namiętności, może zagłębili się w tę książkę jak w tajemniczą przesyłkę – pudełko z niespodzianką, gdzie na dnie, schowana pod warstwą szeleszczącego papieru, leży rzecz, której zawsze pragnęli, ale po którą nie mogli nawet sięgnąć.

Chcieli też jednak wskazać palcem na prawdziwych ludzi w książce – to znaczy oprócz Laury: założyli, że ona w niej występuje. Chcieli prawdziwych ciał, żeby dopasować je do ciał stworzonych dla nich słowami. Chcieli prawdziwej żądzy. A przede wszystkim chcieli wiedzieć, kim był ten mężczyzna. Ten w łóżku z młodą kobietą, uroczą martwą młodą kobietą; w łóżku z Laurą. Część z nich myślała, że wie, oczywiście. Krążyły plotki. Dla tych, którzy potrafili dodać dwa do dwóch, wszystko było jasne. „Zachowywała się, jak gdyby była czysta jak śnieg. Cicha woda brzegi rwie. To dowodzi tylko, że nie można sądzić książki po okładce”.

Wtedy jednak Laura znajdowała się już poza ich zasięgiem. To mnie mogli dopaść. Zaczęły się anonimowe listy. Dlaczego załatwiłam publikację tych brudów? I to w Nowym Jorku – wielkiej Sodomie. Taka szmira! Czy nie mam wstydu? Pozwoliłam, by moją rodzinę, tak poważaną, zhańbiono, a razem z nią całe miasto. Laura nigdy nie była zdrowa na umyśle, wszyscy zawsze to podejrzewali, a książka udowodniła. Powinnam była chronić pamięć siostry. Powinnam była przyłożyć zapałkę do rękopisu. Patrząc na zamazane głowy poniżej na widowni – starsze głowy, mogłam sobie wyobrazić opary dawnej złośliwości, dawnej zazdrości, dawnego potępienia unoszące się nad nimi jak nad stygnącymi moczarami.

Co do samej książki, wciąż o niej nie wspominano – usunięto ją z pola widzenia, jak gdyby była jakimś nędznym, hańbiącym krewnym. Taka cienka książka, taka bezbronna. Niepożądany gość na tej dziwnej uczcie, trzepotała z boku sceny niczym bezradna ćma.

Kiedy tak śniłam na jawie, ktoś szarpnął mnie za ramię, podniósł i wepchnął mi w dłonie kopertę przewiązaną złotą wstążką. Ogłoszono zwyciężczynię. Nie dosłyszałam jej nazwiska.

Podeszła do mnie, jej obcasy stukały o scenę. Była wysoka, te młode dziewczęta są teraz takie wysokie, to pewnie przez coś w jedzeniu. Ubrała się w czarną sukienkę, surową wśród tych letnich kolorów; były w niej srebrne nitki albo koraliki – coś błyszczało. Miała długie ciemne włosy. Owalna twarz, usta pomalowane wiśniową szminką, lekko zmarszczone brwi, skupione, przejęte spojrzenie. Skóra o bladożółtym albo brązowym odcieniu – czyżby była Hinduską, Arabką albo Chinką? Coś takiego mogło się zdarzyć nawet w Port Ticonderoga; dziś wszyscy są wszędzie.

Moje serce podskoczyło, tęsknota ścisnęła mnie jak skurcz. Pomyślałam, że może moja wnuczka – Sabrina tak teraz wygląda. Może tak, może nie, skąd mam wiedzieć? Pewnie bym jej nawet nie poznała. Trzymano ją z dala ode mnie tak długo; sama trzymała się z dala. Cóż można na to poradzić?

– Pani Griffen – wysyczał polityk.

Zachwiałam się, odzyskałam równowagę. Co takiego zamierzałam powiedzieć?

– Moja siostra Laura byłaby zachwycona – wydyszałam do mikrofonu. Mój głos brzmiał piskliwie; pomyślałam, że mogę zemdleć. – Lubiła pomagać ludziom. – To była prawda. Przysięgłam sobie, że nie powiem nieprawdy. – Tak bardzo lubiła czytanie i książki. – Też prawda, do pewnego stopnia. – Życzyłaby ci wszystkiego najlepszego w przyszłości. – I to prawda.

Zdołałam wręczyć jej kopertę; dziewczyna musiała się schylić. Wyszeptałam do jej ucha, czy też może zamierzałam wyszeptać: „Niech cię Bóg błogosławi. Bądź ostrożna”. Każdy, kto zamierza bawić się słowami, potrzebuje takiego błogosławieństwa, takiego ostrzeżenia. Czy naprawdę się odezwałam, czy tylko otwierałam i zamykałam usta, jak ryba?

Uśmiechnęła się, a drobniutkie świetliste cekiny błysnęły i zalśniły na jej twarzy i włosach. To było złudzenie spowodowane moim słabym wzrokiem i światłami sceny, zbyt jasnymi. Powinnam była założyć ciemne okulary. Stałam tam, mrugając. Wtedy ona zrobiła coś nieoczekiwanego: pochyliła się i pocałowała mnie w policzek. Przez jej usta czułam fakturę swojej skóry, miękkiej jak rękawiczka z koźlęcia, pomarszczonej, sypiącej się, starej.

Ona także coś wyszeptała, ale nie mogłam tego zrozumieć. Czy to było zwykłe dziękuję, czy jakaś inna wiadomość – naprawdę? – w obcym języku? Odwróciła się. Światło płynące od niej było tak oślepiające, że musiałam zamknąć oczy. Niczego nie słyszałam, nie mogłam niczego zobaczyć. Ciemność podeszła bliżej. Aplauz niczym łopoczące skrzydła zbombardował moje uszy. Zatoczyłam się i prawie upadłam. Jakiś czujny porządkowy złapał mnie za ramię i posadził z powrotem na moim miejscu. Z powrotem w mroku. Z powrotem w długim cieniu rzucanym przez Laurę. Ale stara rana się otworzyła, wypływa z niej niewidzialna krew. Wkrótce całkiem się opróżnię.

Srebrne pudełko

Pokazują się pomarańczowe tulipany, zmięte i obszarpane jak maruderzy z jakiejś powracającej armii. Witam je z ulgą, jak gdybym machała ze zbombardowanego budynku; w końcu muszą sobie radzić, jak mogą, bez mojej specjalnej pomocy. Czasem grzebię w ruinach ogrodu na tyłach domu, usuwając suche łodygi i opadłe liście, to jednak wszystko, co robię. Nie bardzo mogę już klękać, nie mogę grzebać w ziemi.

Wczoraj poszłam do lekarza, żeby dowiedzieć się czegoś o tych zawrotach głowy. Powiedział mi, że cierpię na coś, co nazywają sercem, zupełnie jak gdyby zdrowi ludzie tego nie mieli. Wygląda na to, że mimo wszystko nie będę żyła wiecznie, jedynie robiąc się coraz mniejsza, bardziej szara i zakurzona, jak Sybilla w swojej butli. Wyszeptawszy tak dawno temu: „Chcę umrzeć”, teraz uświadamiam sobie, że to życzenie rzeczywiście się spełni, raczej wcześniej niż później. Nieważne, że zmieniłam zdanie w tej sprawie.

Otuliłam się szalem, żeby usiąść na zewnątrz, w cieniu okapu werandy, z tyłu, przy pokiereszowanym drewnianym stole, który kazałam Walterowi przynieść z garażu. Były tam zwykłe rzeczy, pozostałości po poprzednich właścicielach: kolekcja puszek wyschniętej farby, sterta asfaltowych płytek do pokrywania dachu, słoik w połowie zapełniony zardzewiałymi gwoździami, zwój drutu. Zmumifikowane wróble, mysie gniazda w materacu. Walter zdezynfekował garaż, ale wciąż czuć go myszami.

Przed sobą mam filiżankę herbaty, jabłko pokrojone na ćwiartki i blok papieru w niebieskie paski, jak niegdyś męskie piżamy. Kupiłam też nowy długopis, tani, z czarnego plastiku, z kulkową końcówką. Pamiętam swoje pierwsze wieczne pióro, jakie było eleganckie, jak atrament plamił moje palce na niebiesko. Zrobiono je z bakelitu, ozdobiono srebrem. Był rok 1929. Miałam trzynaście lat. Laura pożyczyła to pióro – bez pytania, tak jak wszystko – po czym złamała je, bez wysiłku. Przebaczyłam jej, oczywiście. Zawsze jej przebaczałam; musiałam, gdyż byłyśmy tylko my dwie. Tylko dwie na naszej otoczonej cierniami wyspie, czekające na ratunek; wszyscy inni byli na lądzie.