Ślepa zemsta - Erica Spindler - ebook
Opis

W Nowym Orleanie, zniszczonym przez huragan Katrina, policja dokonuje makabrycznego odkrycia - na składowisku lodówek w jednej z zamrażarek leży sześć kobiecych dłoni. Brak jakichkolwiek śladów powoduje, że śledztwo prowadzone przez trzymającą się twardo regulaminu kapitan Patti O’Shay zostaje umorzone.

Dla Patti to duży wstrząs, zwłaszcza że przeżywa też osobistą tragedię. Jej mąż, kapitan policji, został brutalnie zamordowany, prawdopodobnie przez grasujących w zniszczonym mieście szabrowników.

Po dwóch latach policja odkopuje w miejskim parku zwłoki kobiety pozbawione prawej dłoni. Patti znów prowadzi śledztwo, z tym większą determinacją, że w pobliżu miejsca zbrodni odnaleziono odznakę jej męża. Tym razem jednak postanawia odrzucić wszystkie zasady, którymi się  kierowała. Naraża na szwank nie tylko karierę zawodową, ale także własne życie...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 446

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Erica Spindler

Ślepa zemsta

Przełożyła

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nowy Orlean, Luizjana

Niedziela, 28 sierpnia 2005 r.

16.00

Bogowie czuwali nad Nowym Orleanem. A przynajmniej wszystko na to wskazywało. Jakże inaczej to historyczne miasto zbudowane poniżej poziomu morza, ten brylant położony na bagnach, mogłoby przetrwać?

Przetrwanie. Gatunków, najsilniejszych osobników, własne... Instynktowny odruch, by walczyć o życie. Żeby ocaleć.

Czy ona też będzie próbowała się bronić?

Podejdź do drzwi. Otwórz je.

Była tutaj. Leżała na łóżku. Spała. Suka! Nędzna, niewierna dziwka!

Zasłużyła na to. Zdradziła cię. Złamała ci serce.

Przekręciła się. Jęknęła, jej powieki zadrżały.

Szybko! Podejdź do łóżka. Zaciśnij dłonie na jej szyi.

Gwałtownie otworzyła oczy. Sadzawki przerażonego błękitu. Szarpała się i wyrywała.

Mocniej. Jeszcze mocniej. To jej wina. Jej. Suka! Zdrajczyni!

Kremowa skóra pokryła się plamami, po czym spurpurowiała. Oczy wyszły jej z orbit, wytrzeszczone jak u jakiejś dziwacznej postaci z kreskówki.

Żadnego żalu. Żadnego wahania. Sama była sobie winna. Zasłużyła na to.

Jej ręce opadły. Ciało zadrżało, po czym znieruchomiało.

To już połowa zadania. Oddychaj głęboko. Uspokój się. Skończ to, do czego cię zmusiła.

Ciszę przerwało wycie. Głośny jak wystrzał trzask wstrząsnął domem.

To tylko wiatr. Wściekłość Katriny. No już, szybko! Dobrze. Sprawdź, czy masz wszystko, co ci potrzebne.

Mocne, przemysłowe worki na śmieci. Gumowe rękawice i buty. Ubranie przeciwsztormowe. Nowa, błyszcząca piła do cięcia kości. Piękna, śliczna piła.

Plastikowy worek zapinany na zamek błyskawiczny.

Nikt nic nie usłyszy. Nikt nie przyjdzie. Wszyscy uciekli.

Puste miasto.

ROZDZIAŁ DRUGI

Nowy Orlean, Luizjana

Środa, 31 sierpnia 2005 r.

15.00

Miasto duchów, pomyślała kapitan Patti O’Shay. Wszystko wokół wyglądało jak scena z jakiegoś apokaliptycznego horroru. Ani jednego samochodu czy autobusu. Ani jednej osoby idącej chodnikiem czy siedzącej na werandzie. Upiorna cisza.

Sunęła wolno wzdłuż Tchoupitoulas Street w kierunku przedmieść, manewrując ostrożnie między powalonymi słupami wysokiego napięcia, gałęziami i drzewami, a czasem z konieczności zjeżdżając z drogi. Walczyła z sobą, żeby skupić się na prowadzeniu samochodu i zapanować nad wyczerpaniem i rozpaczą.

Katrina uderzyła, a wtedy sprawdziły się najgorsze przepowiednie dotyczące Sądu Ostatecznego: wały przeciwpowodziowe zaczęły pękać, i niecka, którą było to miasto totalnego luzu, wypełniła się wodą.

Zalało osiemdziesiąt procent obszaru miasta, w tym również kwaterę główną policji. Ocalały tylko położone wyżej tereny: Dzielnica Francuska, fragmenty centrum biznesowego, niektóre zakątki Dzielnicy Ogrodów i zamożnych przedmieść. No i biegnąca wzdłuż Missisipi ulica, którą właśnie jechała.

Miasto było pozbawione elektryczności, bieżącej wody, dostępu do żywności. Dwadzieścia pięć procent pojazdów należących do nowoorleańskiej policji znalazło się pod wodą.

Mieszkańcy, którzy nie wyjechali, byli teraz uwięzieni na dachach lub strychach. Także na drogach międzystanowych i mostach. Umierali w okrutnym upale, bez jedzenia, wody i pomocy medycznej.

Na ulice wyszli szabrownicy, ćpuny i inne zbiry.

Departament policji urządził punkt zborny w kasynie Harrah, stojącym samotnie u wylotu Canal Street. „Royal Sonesta”, jeden z najbardziej imponujących hoteli w Dzielnicy Francuskiej, służył teraz za tymczasową kwaterę główną policji.

Patti zacisnęła palce na kierownicy. Łączności również nie było. Policjanci mieli do dyspozycji wyłącznie krótkofalówki i jeden doraźny kanał radiowy, z którego korzystali wspólnie ze wszystkimi pozostałymi agencjami oraz policją stanową.

Z powodu zakłóceń porozumienie się z kimś, kto znajdował się dalej niż sześć kilometrów, było niemożliwe, a więc dowódcy poszczególnych oddziałów utracili zdolność dowodzenia. Co gorsza, różne urzędy zagłuszały się nawzajem, tworząc kakofonię dźwięków, której właśnie słuchała. Długa litania chaotycznych ostrzeżeń, doniesień, próśb o wsparcie.

Oczywista oznaka, że ci, którzy przeżyli, walczą o powrót do normalności. Ten hałas dowodził, że koniec świata jeszcze nie nastąpił.

Chociaż Patti obawiała się, że jej świat już się skończył. Tak po prostu.

Jej mąż, kapitan Sammy O’Shay, zaginął.

Od niedzieli poprzedzającej huragan nie miała od niego żadnych wiadomości. Wydano wówczas rozkaz, żeby wszyscy oficerowie pozostali na służbie. Razem z Sammym poszli na wczesne nabożeństwo do katedry świętego Ludwika, po czym każde z nich udało się na swój patrol.

Pamiętała, jak po wyjściu z kościoła ogarnęło ją uczucie przytłaczającej pustki. I lęku. Było tak przejmujące, że z trudem chwyciła oddech.

Sammy spojrzał na nią z niepokojem.

– Co się stało, kochanie?

– Nic. – Pokręciła głową.

Ale on znał ją zbyt dobrze. Zacisnął palce na jej dłoni. Był dla niej podporą i zawsze ją chronił.

– Będzie dobrze, Patti. Do środy wszystko zacznie działać normalnie.

Przytulił ją i uścisnął na pożegnanie. A potem rozpętało się piekło.

Patti uświadomiła sobie, że właśnie dzisiaj jest środa. I nic nie działa normalnie.

Gdzie on jest?

Zadrżała nagle, choć przez otwarte okna do wnętrza radiowozu wpadało nieznośnie gorące, wilgotne powietrze. Potrząsnęła głową, próbując się pozbyć ogarniającego ją przerażenia.

Z Sammym z pewnością wszystko jest w porządku. Pewno pojechał do domu, żeby zobaczyć, co się tam dzieje, albo szukał jej i został odcięty przez wodę. Możliwe też, że utknął gdzieś, próbując ratować ludzi. To oczywiste.

Zawsze był bardzo zaradny. Gdyby został ranny, z pewnością znalazłby jakieś schronienie i czekał na pomoc.

Tylu ludzi zaginęło. Tylu zmarło.

W krótkofalówce rozległy się jakieś trzaski i piski. W mieście znów spłonęło kilka budynków. Były raporty o setkach mieszkańców skupionych w centrum konferencyjnym, o strzelaninie na stadionie Superdome, o prywatnych zbrojnych oddziałach, które przylatywały tu helikopterami.

Plotki i pogłoski, których nie sposób zweryfikować z powodu braku łączności.

Gdzie jest Sammy?

Nagle wszystkie rozmowy ucichły, przerwane przeciągłym piskiem. Przeraźliwy dźwięk podziałał na nią jak uderzenie. Przytrzymanie jednego z przycisków było jedyną metodą, żeby wyregulować kanał alarmowy. To był sygnał, żeby użytkownicy nie korzystali z kanału, dopóki nie zostanie podany komunikat.

– Ranny policjant. Powtarzam, ranny policjant. Audubon Place.

Patti podniosła krótkofalówkę do ust.

– Zgłasza się kapitan Patti O’Shay. Jestem na ulicy Tchoupitoulas, zbliżam się do Jackson Avenue. Czy stąd dojadę na Audubon Place? Czekam.

Natychmiast przekazano jej informację, że przejezdne są aleje Jackson i Louisiana, na których oczyszczono po jednym pasie. Na St. Charles Avenue należało jechać po torach tramwajowych.

Audubon Place była ulicą, gdzie stało najwięcej wytwornych rezydencji w Nowym Orleanie, a być może nawet na całym Południu. Zamknięty teren, na którym usytuowanych było dwadzieścia osiem pałaców zajmowanych przez stare nowoorleańskie rody. Tu mieszkała sama śmietanka: magnaci przemysłowi, rektor uniwersytetu Tulane. Położona na północ od St. Charles Avenue, naprzeciwko parku Audubon i granicząca z uniwersyteckim kampusem, przetrwała huragan prawie bez szkód. A teraz, całkiem bezbronna, stała się łakomym kąskiem i łatwym celem dla grabieżców.

Patti miała mętlik w głowie. Alarm mógł być fałszywy. W ciągu ostatnich dni zdarzało się to wielokrotnie. A jeśli nie... Kim był ten policjant? Jak ciężkie odniósł obrażenia i jak, do diabła, miała mu zapewnić pomoc lekarską?

W końcu dojechała na miejsce. Dostrzegła, że przed nią dotarł jeszcze jeden radiowóz.

Najwyraźniej raporty o prywatnych siłach policyjnych nie były przesadzone. Czterech uzbrojonych mężczyzn w maskujących mundurach stało w bramie, która zamykała eleganckie, zwieńczone łukiem wejście. Tuż obok zaparkowano prywatne hummery i spychacz.

Kiedy wysiadła, w drugim radiowozie po stronie kierowcy również otworzyły się drzwi. To był jeden z jej ludzi. Detektyw Tony Sciame. Miał za sobą trzydzieści lat służby i chyba nie było rzeczy, które mogłyby go zaskoczyć.

Teraz ruszył w jej stronę. Odniosła wrażenie, że od chwili gdy widziała go po raz ostatni, postarzał się o dziesięć lat. Nie odezwała się jednak, bo z pewnością wyglądała równie źle.

– Co tam mamy? – spytała.

– Nie jestem pewien. Przyjechałem kilka minut przed tobą. Nie pozwolili mi wejść.

– Słucham? – zdumiała się.

– Powiedzieli, że mają ten teren pod kontrolą. Prywatna straż, wynajęta przez mieszkańców do ochrony ich własności.

Być może za pieniądze nie można kupić miłości, lecz wszystko inne miało swoją cenę.

Razem podeszli do strażników. Serce jej zadrżało, gdy za bramą spostrzegła kolejny radiowóz.

– Kto tu dowodzi? – spytała mężczyzn.

– Ja. Major Stephens. Prywatna armia Blackwater.

– Kapitan Patti O’Shay, Departament Policji Nowego Orleanu – przedstawiła się, pokazując legitymację. – Dostaliśmy informację, że jest tu ranny oficer.

Sprawdził jej tożsamość, po czym gestem pokazał, żeby szli za nim.

– Chodźcie.

Poprowadził ich w stronę radiowozu. Patti słyszała szum generatorów, które zapewniały prąd pałacom. Tak właśnie wygląda świat, pomyślała. Klęska znacznie bardziej dotknęła biedotę niż ludzi z elity.

Jak widać, dla najzamożniejszych była zaledwie drobną niedogodnością.

Ofiara leżała kilka metrów przed pojazdem, twarzą w błocie.

– Nie ma odznaki – odezwał się mężczyzna. – Ani broni.

Kiedy się zbliżyli, nasilił się odór śmierci. Patti poczuła, że mimo upału jej dłonie są lodowate.

– Wygląda na to, że został uderzony w głowę jakimś ciężkim przedmiotem – ciągnął major. – Potem go zastrzelono. Dostał dwie kule w plecy.

Podeszli do ciała. Patti wpatrywała się w ofiarę. W głowie jej się kręciło, w uszach szumiała pulsująca krew.

– Rozkład ciała wskazuje, że to nie mogło się stać po huraganie – odezwał się Tony.

Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale nie była w stanie mówić. Znała tego policjanta. Ze wspólnego życia, z dzielonych z nim trosk, nadziei i marzeń. Z prawie trzydziestu lat małżeństwa.

To nie mogło być prawdą. A jednak było.

Jej mąż nie żył.

ROZDZIAŁ TRZECI

Czwartek, 20 października 2005 r.

11.00

Patti wpatrywała się w ekran komputera, na którym wyświetlona była nowoorleańska strona informacyjna NOLA.com z wiadomością sprzed prawie dwóch miesięcy.

Kapitan nowoorleańskiej policji zastrzelony przez szabrowników.

9/01/05, godz. 8.10

W środę policjanci znaleźli w Audubon Place ciało zastrzelonego kolegi, kapitana Sammy’ego O’Shaya, oficera o trzydziestoletnim stażu. Zdaniem szefa policji, Eddiego Compassa, morderstwo było dziełem szabrowników, których ściągnęły w tę okolicę zamożne rezydencje. Śledztwo jest w toku.

Śmiechu warte. Nie było żadnego śledztwa wówczas, nie było go i teraz. W mieście i wszystkich jego urzędach, łącznie z departamentem policji, panował chaos. W tej chwili najważniejsze było przetrwanie. Jak można prowadzić dochodzenie bez żadnych szans znalezienia dowodów, bez wyposażenia, ludzi do pracy? Do diabła, przecież w niektórych częściach miasta nadal brakowało wody pitnej.

Patti zmarszczyła czoło. Chciała poznać odpowiedzi na wiele pytań. Doprowadzić do niepodważalnych ustaleń. Tymczasem nie miała nawet pewności, czy Sammy został zabity przed uderzeniem huraganu czy po nim.

Szef uznał, że Sammy musiał przeszkodzić szabrownikom, dlatego go zastrzelili. Takie rozumowanie wydawało się sensowne, jeśli weźmie się pod uwagę miejsce i czas. Jeżeli jednak tak było, czemu nie miała od męża żadnych wieści od chwili, gdy rozstali się pod katedrą?

Powodów mogło być mnóstwo... Kolejne pytania bez odpowiedzi. Jakże to wszystko frustrujące.

Masując skronie, żeby pozbyć się napięcia, próbowała zebrać w myślach wszystkie fakty dotyczące śmierci męża. Został uderzony w tył głowy, co sugerowało, że zabójca go zaskoczył. Potem rozbroił i w końcu zabił Sammy’ego z jego własnej broni, oddając dwa strzały w plecy.

Wóz Sammy’ego stał otwarty, kluczyki były w środku. Wnętrze samochodu było czyste. Przy Sammym nie znaleziono ani broni, ani odznaki. Miejsce zbrodni nie zostało zbadane. Wszelkie ślady, o ile jakieś były, dawno uległy zniszczeniu.

– Pani kapitan? Wszystko w porządku?

Patti oderwała wzrok od monitora. W progu jej prowizorycznego gabinetu stał detektyw Spencer Malone. Był nie tylko jej podwładnym, ale również siostrzeńcem i chrześniakiem. Przyglądał się jej ze zmarszczonym czołem.

– Oczywiście. O co chodzi?

– Masowałaś skronie – powiedział cicho, ignorując jej pytanie.

– Naprawdę? – Ze złością opuściła dłonie. Minęły prawie dwa miesiące od chwili, gdy Sammy zginął, ale ludzie wciąż ją traktowali, jakby miała za chwilę się rozsypać. Chyba już wystarczająco cierpiała, a ta nieustająca troska ciągle przypominała jej o stracie, jaką poniosła.

Pochodziła z rodu, z którego w nowoorleańskiej policji poza nią służyli również jej ojciec i dziadek, szwagier, trzech siostrzeńców i siostrzenica. Nie było sposobu, żeby coś przed nimi ukryć.

– To tylko ból głowy.

– Jesteś pewna? Przed zawałem...

– Byłam wciąż zmęczona i rozcierałam skronie?

– Właśnie.

Na wiosnę przed huraganem przeszła niegroźny atak serca, ale teraz to było coś zupełnie innego.

– Nic mi nie jest. Chciałeś coś?

– Mamy robotę – odpowiedział Spencer. – Na jednym z cmentarzy lodówek.

Nowoorleańczycy, uciekając przed Katriną, porzucali wypełnione lodówki i zamrażarki, które przez te wszystkie tygodnie były pozbawione prądu. Po powrocie większość ludzi po prostu zamykała szczelnie cuchnące urządzenia i wystawiała na ulicę. Stamtąd wywożono je na wysypiska śmieci, gdzie zajmowała się nimi Agencja Ochrony Środowiska. Właśnie te śmietniska zyskały miano cmentarzy lodówek.

– Robotę? – powtórzyła.

– I to dużą. Agencja Ochrony Środowiska dokonała ciekawego odkrycia w jednej z zamrażarek. Pół tuzina ludzkich dłoni.

Patti postanowiła pojechać do wezwania razem ze Spencerem. Na miejscu czekał na nich inspektor Jim Douglas.

– Cholera, czegoś takiego jeszcze nie widziałem – powiedział. – W pierwszej chwili myślałem, że Paul, który miał oczyścić tę zamrażarkę, zrobił mi kawał. Kiedy cały dzień człowiek zajmuje się czymś takim... – zatoczył ręką, pokazując wysypisko – dobry żart jest nawet mile widziany. Rozumiecie, co mam na myśli?

– Jasna sprawa – mruknął Spencer. – Coś takiego nadaje nowy sens śmierdzącej robocie.

– No właśnie. Nie martwcie się, do tego smrodu można przywyknąć.

Patti nie zamierzała go informować, że jedną z pierwszych i być może najważniejszych lekcji, jakie pobiera gliniarz, jest informacja, że przed pojawieniem się na miejscu zdarzenia, należy rozetrzeć pod nosem trochę maści mentolowej. Zwłaszcza gdy dostanie się zgłoszenie o takiej sprawie jak ta...

Chociaż musiała przyznać, że w tak cuchnącym miejscu znalazła się chyba po raz pierwszy, a przecież wiele już widziała. Stała na samych obrzeżach wysypiska, ale i tak zaczęły jej łzawić oczy.

Inspektor poprowadził ich w stronę wozu agencji.

– Mam tu dla was kombinezony ochronne i maski. Z pewnością będą wam potrzebne. – Wprowadził ich do środka i podał białe skafandry, specjalne kaptury i buty oraz maski przeciwgazowe.

Przebrali się i ruszyli na cmentarzysko. Patti czuła się jak w nierealnym świecie. Gdzie okiem sięgnąć stały niezliczone rzędy lodówek i zamrażarek. Wielki śmierdzący cmentarz pełen pogrzebanej żywności.

I zupełnie jak na prawdziwym cmentarzu, na wyrzuconych urządzeniach mieszkańcy Nowego Orleanu dawali upust swym uczuciom. Wypisane sprayem uwagi wyrażały rozpacz, gniew, beznadzieję. „Świetna robota, Brownie!” – głosił jeden z napisów, wymalowany pomarańczową farbą. Był to cytat z prezydenta Busha, który tak zwrócił się do Michaela Browna, nieudolnego szefa Federalnej Agencji Zarządzania Kryzysowego. „Na razie, Panie Śmierdzielu!” widniało na innej lodówce. A jeszcze gdzie indziej: „Tu leży Wujek Gnój. Wielkie dzięki, Katrino!”.

Na wielu drzwiach wciąż były poprzyczepiane kalendarze, dziecięce rysunki i zdjęcia. Obrazy zniweczonego życia, zatrzymanego czasu.

– Te urządzenia zakwalifikowane są jako niebezpieczne odpady – wyjaśniał Douglas, gdy szli wzdłuż rzędu lodówek. – Dlatego właśnie zajmuje się tym Agencja Ochrony Środowiska. Zaczynamy od opróżniania zawartości. Podczas takiej akcji trafiliśmy na te ręce. Najpierw lodówka jest myta pod ciśnieniem. Później ściągamy freon z wężownicy i olej ze sprężarki.

– Ile ich tu macie? – spytał Spencer. Słysząc ton jego głosu, Patti domyśliła się, że jemu również to miejsce wydaje się nierealne. Prawdę mówiąc, od 29 sierpnia prawie wszystko w Nowym Orleanie sprawiało takie wrażenie.

– Dziesięć tysięcy – odparł mężczyzna. – A dopiero zaczęliśmy. Spodziewamy się, że zanim to się skończy, będzie ich ćwierć miliona.

Spencer gwizdnął.

– Całe mnóstwo cuchnących lodówek.

Douglas zaśmiał się, choć „cuchnący” było dość łagodnym określeniem.

– I tak dobrze, że da się je zutylizować. Kiedy z nimi skończymy, zostaną sprasowane, potem odesłane do firmy, w której przejdą przez niszczarki i separatory. No, jesteśmy – oznajmił całkiem niepotrzebnie, bo trudno było nie zauważyć lodówki, w sprawie której tu przyjechali. Jeden z policjantów otoczył ją i najbliższy teren policyjną taśmą. Tuż za taśmą stało dwóch mężczyzn, również ubranych w ochronne kombinezony.

I wtedy właśnie zobaczyła ręce. A raczej to, co z nich pozostało. W większości były to jedynie kości, rozłożone na ziemi na plastikowej płachcie. Obok leżały zapinane na suwak worki. Nie była pewna, czy z tych szczątków lub z tego, co pozostało w workach, a wyglądało jak słynna kreolska zupa gumbo, uda się uzyskać jakiś materiał DNA.

Zupa DNA, przemknęło jej przez myśl. Cudownie.

Podniosła wzrok na lodówkę. Typowa lodówko-zamrażarka, bez dozownika wody czy urządzenia do robienia kostek lodu. Żaden cud techniki.

Potężniejszy z mężczyzn postąpił do przodu.

– Funkcjonariusz Connelly, kapitanie. To ja odebrałem zgłoszenie.

– I to pan ogrodził teren taśmą?

– Tak. Sprawdziłem zgłoszenie i wezwałem pomoc.

– Świetnie. Proszę skontaktować się z komendą i sprawdzić, czy mogą przysłać nam techników. – Odwróciła się do drugiego z mężczyzn. – Jestem kapitan O’Shay, a to detektyw Malone. Jak rozumiem, to pan znalazł te dłonie.

Potakująco kiwnął głową.

– Pewno powinienem od razu wezwać Jima, ale w pierwszej chwili nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem. Powiem szczerze, diabelnie mnie to zaskoczyło.

– Każdy by tak zareagował, Paul. Opowiedz nam dokładnie, jak to było.

– Jak wiecie, musimy postępować według ściśle określonej procedury. Najpierw opróżniamy lodówki. Jeśli to możliwe, zawartość ładujemy do pojemników. Robimy to ręcznie albo przy pomocy mechanicznego chwytaka. Później myjemy je wodą pod ciśnieniem. W większości lodówek znajdujemy rozkładającą się maź. To oczywiste, bo przez długi czas stały bez prądu. Obrzydlistwo.

Nie zamierzała zaprzeczać.

– A jak znalazłeś te dłonie?

– Były tam – wskazał jedno z urządzeń – w zamrażarce. W ogóle bym ich nie znalazł, gdyby jeden z worków się nie otworzył. Wyślizgnął mi się z rąk i pękł. Zrządzenie losu.

– Ale nie wezwałeś wtedy pana Douglasa?

– Wiecie, zaskoczyło mnie to. W pierwszej chwili pomyślałem, że to może nie są prawdziwe dłonie. Przyszło mi do głowy, że ktoś je tu podrzucił dla kawału.

Głos mu zadrżał, ale nie potrafiłaby ocenić, czy sprawiło to przerażenie czy może podekscytowanie.

– Położyłem więc jedną tutaj, żeby dobrze jej się przyjrzeć, ale nie wyglądała jak z plastiku. A potem znalazłem następną. – Przeniósł spojrzenie na Douglasa. – I wtedy poszedłem po Jima.

– I już razem wyjęliście cztery pozostałe?

Kiwnął głową.

– Kiedy zrozumieliśmy, co to jest, byliśmy bardzo ostrożni.

– Doceniamy to. – Patti zwróciła się do Douglasa. – Czy wiadomo, skąd pochodzi ta lodówka?

– Z terenu miasta.

– Nie znacie ulicy, dzielnicy lub...

– Po prostu z tego okręgu.

Prawdę mówiąc, nie była zaskoczona. Uprzątnięcie zalanych terenów wymagało ogromnego wysiłku. Słyszała, że po huraganie było w mieście tyle gruzu, ile wywożono z Nowego Orleanu przez trzydzieści cztery lata. Około stu milionów metrów sześciennych, co przeciętnemu człowiekowi w ogóle nie mieściło się w głowie.

Ponownie spojrzała na Paula.

– Czy zauważyłeś w tej lodówce coś charakterystycznego?

Zastanawiał się przez chwilę.

– Nie. Przykro mi.

– Daj nam znać, gdyby coś ci przyszło do głowy. – Wyciągnęła rękę do Jima Douglasa. – Zabierzemy to stąd. Kiedy pojawi się nasza ekipa, proszę ją tu skierować, dobrze?

Obiecał, że to zrobi, po czym obaj z Paulem odeszli.

Spencer zbliżył się do płachty i przykucnął, przyglądając się szczątkom.

– To są wszystko prawe dłonie – powiedział. – Sześć różnych ofiar.

Patti zmarszczyła czoło.

– Dlaczego prawe dłonie?

– Czemu w ogóle dłonie? – odparował.

– To trofea. Nie ma wątpliwości.

– Katrina zaatakowała miasto i ten chory sukinsyn stracił swoją kolekcję. – Włożył lateksowe rękawiczki i wyciągnął rękę. – To kobiece dłonie. Za małe na męskie.

Patti również naciągnęła rękawiczki i podeszła bliżej. Dłonie na płachcie były prawie tej samej wielkości co jej dłoń.

– Chyba mogłyby należeć do młodego mężczyzny, na przykład nastolatka.

– Możliwe. – Spencer z namysłem przechylił głowę. – Spójrz tutaj. Te cztery były bardzo starannie odcięte.

– Za to te dwie – mruknęła Patti – zwyczajnie odrąbane.

– Z upływem czasu udoskonalił technikę.

– Praktyka czyni mistrza.

– Ponura uwaga.

– Niestety nie jedyna. – Patti wyprostowała się. – Wszystkie były zamrożone. Rozkład zaczął się, kiedy zabrakło prądu.

– A więc nie będziemy w stanie określić, kiedy doszło do tych okaleczeń – podjął Spencer. – Mogło się to zdarzyć tuż przed huraganem...

– Albo całe lata wcześniej.

– Właśnie.

– To ponury fakt numer dwa. W dodatku nie wiemy, ile osób kręciło się przy tej lodówce ani jak długo stała na powietrzu, wystawiona na działanie warunków atmosferycznych.

– Znalezienie jakiegokolwiek śladu będzie graniczyć z cudem.

Wiedziała, że Spencer mówi o czymś, co można by wykorzystać jako materiał dowodowy. Czymś takim jak włosy lub włókna.

– To samo z odciskami – dodała. – Nie uda nam się ustalić, skąd przywieziono lodówkę, więc nie mamy żadnego punktu zaczepienia, od którego można by rozpocząć dochodzenie.

– To byłby już ponury fakt numer trzy – ocenił Spencer.

– Zgadza się. A DNA, jeśli w ogóle uda się pozyskać jakąś nieskażoną próbkę, też nam nic nie da, bo przecież nie będziemy mieli z czym jej porównać.

– To już numer czwarty – burknął Spencer, siląc się na żart. – Piękne dzięki. Tego mi właśnie było trzeba.

Pojawiła się wreszcie ekipa techniczna, jak się okazało, jednoosobowa. Patti rozpoznała technika po sprzęcie. Wyglądało na to, że będzie musiał sam wykonać całą robotę, poczynając od zrobienia zdjęć, a kończąc na zbieraniu odcisków palców i wszelkich innych śladów.

Zresztą i tak cud, że go skądś wytrzasnęli. Większość domów uległa zniszczeniu, brakowało miejsc dla urzędów i biur. Setki funkcjonariuszy nowoorleańskiej policji mieszkało na statku wycieczkowym „Ecstasy”, który stał na Missisipi w śródmiejskim porcie.

– Cześć – przywitał się technik, odstawiając walizkę ze sprzętem. – Co tu mamy?

– Czyjąś kolekcję. – Spencer wskazał ręką płachtę ze szczątkami.

Mężczyzna skrzywił się i pokręcił głową.

– Wszystko się popieprzyło. Podobno niedawno zauważyli rekina płynącego Bulwarem Kombatantów. Nie wiem, jak po tym wszystkim można dojść do siebie. – Załadował aparat. – Mama mieszka w St. Tammany, przeniosłem się do niej. Na jej posiadłości powaliło czterdzieści drzew, ale żadne z nich nie uderzyło w dom. Dacie wiarę?

Nie oczekując odpowiedzi, zabrał się do pracy. Takie opowieści słyszeli zresztą już wielokrotnie. Właściwie od każdej osoby, z którą się zetknęli. W tym świecie po katastrofie wszyscy mieli jakąś historię do opowiedzenia.

Odwróciła się do policjanta.

– Connelly, pomóż mu w pracy. Dopilnuj, żeby zostały zabezpieczone wszystkie dowody. Zamelduj się u mnie, gdy skończycie.

Wrócili ze Spencerem do wozu. Dopiero gdy pozbyli się kombinezonów i wsiedli do podstarzałego chevroleta camaro Spencera, Patti przerwała milczenie.

– Szukamy ofiary. Sprawdź, czy komputer znajdzie kogoś okaleczonego w ten sposób. Poproś Tony’ego, żeby...

Niewiele brakowało, a użyłaby zwrotu „podał ci pomocną dłoń”. Sądząc po uniesionych brwiach Spencera, domyślił się tego.

– Detektyw Sciame na pewno ci pomoże – dokończyła z posępnym uśmiechem. – Informuj mnie o wszystkim na bieżąco.

Znów zapadło milczenie. Patti patrzyła przez okno na spustoszone miasto. Nie dość że Katrina dokonała takich zniszczeń, to teraz jeszcze mieli na głowie seryjnego mordercę.

CZĘŚĆ DRUGA

ROZDZIAŁ CZWARTY

Piątek, 20 kwietnia 2007 r.

Południe

Park Miejski zajmował powierzchnię tysiąca trzystu akrów w samym sercu Nowego Orleanu. Przed Katriną mógł się poszczycić polem golfowym z osiemnastoma dołkami, kortami tenisowymi, stawami, po których pływały gondole i parowce ze staromodnymi kołami napędowymi, Krainą Bajek, parkiem rozrywki, a także Muzeum Sztuki. Chociaż po huraganie przedstawiał dość opłakany widok, nadal przecież był jednym z najstarszych miejskich obiektów parkowych w Stanach Zjednoczonych.

Dziś jednak stał się miejscem makabrycznego odkrycia ludzkich szczątków.

Spencer zaparkował trzydziestoletniego chevroleta camaro przed Bayou Oaks, dwupoziomowym centrum treningowym golfa. Meldunek mówił o szkielecie. Z pewnością nie byłby to pierwszy taki przypadek w karierze Spencera. Podzwrotnikowy klimat Luizjany z obfitymi opadami, długim upalnym latem i kwaśną glebą przyspieszał proces rozkładu. Wystarczyły dwa tygodnie, żeby z ciała pozostały kości i kilka ścięgien.

Detektyw Tony Sciame z łoskotem wjechał na żwirowy parking. Spencer podchodził właśnie do pamiętającego lepsze czasy forda taurusa, gdy drzwiczki się otworzyły i Tony wygramolił się z wozu. Sądząc po zapachu frytek, który się za nim ciągnął, wezwanie przerwało mu lunch.

– Cześć, Makaroniarzu – powitał partnera Spencer. – Czy Betty wie, że jadasz to świństwo?

Betty od trzydziestu czterech lat była żoną Tony’ego. W przeciwieństwie do męża, który w ogóle nie przywiązywał do tego wagi, uważnie kontrolowała jakość jego posiłków.

– Oczywiście, Bystrzaku. Moja Betty jest rozgarniętą kobietą.

Spencer zaśmiał się i podniósł wzrok na niebo.

– Dobra pogoda na rundkę golfa.

Tony zaniósł się śmiechem.

– O ile dobrze pamiętam, Bystrzaku, najbliżej kija golfowego znalazłeś się w chwili, gdy przerwałeś bójkę tych dwóch gości w gaciach w szkocką kratę.

– To nie znaczy, że jeszcze kiedyś nie zagram. – Rzucił partnerowi rozbawione spojrzenie. – A w ogóle na twoim miejscu nie komentowałbym gustów innych, jeśli chodzi o dobór ciuchów.

– Bo co? – Tony zerknął na swoje ubranie. – Przecież wyglądam dobrze.

Miał na sobie spodnie trochę zbyt zielone, żeby mogły uchodzić za khaki, a zbyt brązowe, by nazwać je zielonymi. Prawdę mówiąc, miały kolor wymiocin, chyba to określenie należałoby uznać za najtrafniejsze. Do nich Tony włożył bardzo wzorzystą koszulę, na której dominował kolor pomarańczowy.

– Tak, jasne. Chyba wyłacznie dla kogoś dotkniętego daltonizmem.

– Po prostu nie mam oporów, żeby nosić jaskrawe kolory – prychnął Tony. – A ty mi zwyczajnie zazdrościsz pewności siebie.

– Jasne, jak uważasz. Skoro takie wyjaśnienie poprawi ci humor – zakpił Spencer. Nadał starszemu partnerowi przydomek Makaroniarz z powodu jego dużego brzucha. Tony zaś nazwał go Bystrzakiem, bo młody i niedoświadczony Spencer był wygadany i zuchwały. Chociaż przez większą część dnia obrzucali się inwektywami, lubili się i szanowali, a co najważniejsze ufali sobie i wiedzieli, że zawsze mogą na siebie liczyć.

W nowoorleańskiej policji detektywom nie przydzielano partnerów na stałe. Pracowali w systemie rotacyjnym. Kiedy pojawiała się jakaś sprawa, brał ją pierwszy wolny policjant i sam dobierał sobie pomocnika. Właśnie w ten sposób tworzyli zespoły.

Spencer i Tony prawdę mówiąc, przedstawiali dość dziwną parę. Trzydziestotrzyletni Spencer był kawalerem. Tony miał czworo dzieci, a ożenił się, zanim jego partner przyszedł na świat. Spencer był nowicjuszem w Pomocniczym Wydziale Dochodzeniowym, a w Wydziale Zabójstw też pracował od niedawna. Tony służył tam od dwudziestu siedmiu lat. Młodszy funkcjonariusz miał opinię porywczego narwańca. O Tonym mówiło się, że jest ostrożny i powolny.

Jak żółw i zając. Może niezbyt atrakcyjna para, lecz – w ich przypadku – skuteczna.

– Cześć, Mickey – Spencer powitał oficera, który kończył akademię razem z jego bratem Percym. Przed ślubem Mike’a byli kumplami i często razem imprezowali. – Co tu mamy?

Mężczyzna uśmiechnął się.

– Witaj, Spencer. Cześć, detektywie Sciame. Pierwszy dołek, zachodnie pole. Ludzki szkielet. Prawie nienaruszony.

– Mężczyzna czy kobieta?

– Nie wiem. Nie moja działka.

– Kogo przysłali z biura koronera?

– Tę kobitkę od szkieletów, Elizabeth Walker.

– Jakieś dokumenty?

– Nie. Nie ma też żadnych przedmiotów osobistych, chociaż możliwe, że znajdzie się coś w grobie. Nie ruszaliśmy ciała. Wezwaliśmy ludzi z Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego z trzeciego okręgu. Przysłali Laundry’ego.

Prawie dziesięć lat temu władze nowoorleańskiej policji uznały, że najskuteczniej walczy się z przestępstwami tam, gdzie zostały popełnione. Zdecentralizowano wówczas cały departament, przenosząc różne jednostki dochodzeniowe do ośmiu okręgowych komend i skupiając je w wydziale, któremu nadano nazwę Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego. Funkcjonariusze tego wydziału nie specjalizowali się w jakichś konkretnych działaniach. Zajmowali się wszystkim poza gwałtami, molestowaniem dzieci i głośnymi morderstwami. Takie przestępstwa brał na siebie Pomocniczy Wydział Dochodzeniowy.

– Miło to słyszeć, Mickey. Może jeszcze będzie z ciebie dobry glina.

– Pocałuj mnie w dupę, Malone.

– Jeszcze czego. Za bardzo byś to polubił.

– Czy możemy zostawić te osobiste problemy na później? – wtrącił oschle Tony. – Przyjechali już z tego pieprzonego wydziału. Chciałbym coś zobaczyć, zanim zapakują ofiarę do worka.

Młodszy oficer nie wydawał się tym speszony.

– Grób znaleźli inżynier i architekt krajobrazu, którzy mają zająć się odbudową pola. Prawdę powiedziawszy, potknęli się o niego.

– Co to dokładnie oznacza? – Spencer zmarszczył brwi.

– Dokładnie to, co słyszysz. Inżynier był nieźle spanikowany. Biedak właściwie wylądował na szkielecie. Gdyby się nie przewrócił, pewno w ogóle by go nie zauważyli.

– Wziąłeś ich dane?

Mickey przytaknął i dodał:

– Uprzedziłem ich, że dziś po południu mogą się spodziewać wizyty policji. – Wskazał stojące w pobliżu wózki golfowe. – Weźcie sobie któryś. Kluczyki są w środku. Podążajcie za znakami.

– Co za ironia, że to tutaj znaleziono ciało – powiedział Spencer, gdy wsiedli do wózka.

Przez kilka miesięcy, zanim wrócili do swojej siedziby na Broad Street, cały wydział pracował w przyczepach kempingowych ustawionych właśnie w tym parku.

– To wcale nie jest śmieszne.

Tony prowadził, a Spencer rozglądał się po okolicy. Katrina zdziesiątkowała park. Następnego dnia po przejściu burzy dziewięćdziesiąt procent terenu znajdowało się pod wodą, której poziom osiągał nawet trzy metry. Na domiar złego była to słona woda z Zatoki Meksykańskiej. Sól zabiła trawę i ogromną liczbę delikatnych roślin.

Ale dwa lata po Katrinie park – tak, jak reszta miasta – powoli wracał do życia, choć z pewnością daleko mu było do świetności sprzed katastrofy.

Dojechali na miejsce. Mickey wraz z partnerem ogrodzili taśmą policyjną szeroki pas ziemi wokół pierwszego dołka. Detektywi wysiedli z wózka i podeszli do stojącego na straży policjanta. Spencer nie rozpoznał Mickeya. Uznał, że chłopak jest z naboru już po Katrinie.

Wszystko w Nowym Orleanie określało się teraz w ten sposób: przed lub po huraganie. Taki właśnie punkt odniesienia stosowali mieszkańcy, żeby określić czas i własne dzieje.

A z pewnością tak robił Spencer.

Przed tragedią wierzył już, że udało mu się dojść do ładu z samym sobą. Czuł się bezpiecznie i znalazł swoje miejsce na ziemi. Nieważne, że to miejsce jest bardzo niewielkie.

Jednak morderstwo Sammy’ego, Katrina i chaos, jaki potem zapanował, podkopały jego wiarę i poczucie bezpieczeństwa. Teraz już miał wątpliwości. A także uprzedzenia. Zrozumiał, jak bardzo kruche jest ludzkie życie. Czasami o naszej przyszłości decydują dosłownie sekundy.

Wiele o tym myślał. Jednego dnia wszystko toczyło się normalnie, a już następnego świat przewrócił się do góry nogami. W życiu gliniarza jest mnóstwo niepewności, ale to było coś zupełnie innego. Katrina sprawiła, że ta niepewność nabrała globalnego znaczenia.

Obaj z Tonym wpisali się do dziennika operacyjnego, przeszli pod taśmą i ruszyli w stronę grupy ludzi zebranych wokół grobu znajdującego się jakieś dwa metry od dołka, w cieniu wielkiego drzewa.

Spencer zauważył, że technicy zrobili już zdjęcia i zabierali się do kopania. Elizabeth Walker przykucnęła obok, uważnie wszystko obserwując.

Szkielet faktycznie był prawie nienaruszony, umieszczony w grobie twarzą do góry. Skrawki czegoś, co pewno kiedyś było ubraniem, przylgnęło do kości, które wyglądały jak z marmuru.

– Hej, Terry! – Spencer przywitał się z detektywem z Wydziału Pomocniczego. – Jak leci?

– Nie mogę narzekać, chociaż zazwyczaj to robię. – Policjant z uśmiechem uścisnął mu rękę, po czym przywitał się z Tonym. – A co u ciebie?

– Tak samo, stary. Powiem Quentinowi, że cię spotkałem.

– Cholera, nie! Ale możesz przypomnieć temu głupiemu Walijczykowi, że wciąż jest mi winien piwo.

Spencer roześmiał się. Terry Laundry i Quentin byli partnerami, póki Quentin nie zdecydował się rzucić pracy w policji i pójść na prawo. Teraz pracował jako asystent prokuratora okręgowego. Prawdę mówiąc, gdziekolwiek w tym mieście człowiek by się nie obrócił, zawsze trafiał na któregoś z klanu Malone’ów.

Elizabeth Walker zerknęła na niego przez ramię. Afroamerykanka, która wychowała się w Nowym Orleanie, zanim miasto się zintegrowało, miała zmysł orientacji, cięty język i trzeźwe spojrzenie kobiety, która ciężko zapracowała na sukces.

– Znowu Malone, dopomóż nam, Panie.

– Ja też się cieszę, że cię widzę. – Przykucnął obok niej. – Co o tym myślisz?

– To z całą pewnością kobieta. – Wskazała kości miednicy. – Widzisz, jaka jest krótka? Jakie szerokie jest dno miednicy?

– Wiek?

– Młoda, poniżej dwudziestego piątego roku życia. Jej kości jeszcze rosły. Będę wiedziała więcej po zrobieniu prześwietlenia. – Zamilkła, a po chwili podjęła: – Sądząc po barwie, jest tu już od dłuższego czasu. Chyba jakieś dwa lata.

– Mówiąc „tutaj”, masz na myśli to, że była wystawiona na działanie warunków atmosferycznych?

– Właśnie. – Wyciągnęła rękę w stronę szkieletu. – Powinny być gładkie i błyszczące jak kość słoniowa, a wyglądają na wysuszone. W dodatku te szaro-białe plamy... Kości są porowate, więc gdyby leżały w ziemi, przybrałyby barwę gleby.

– Czy w ogóle była zakopana?

– Tak podejrzewam, ale grób musiał być płytki. Wiatr i deszcz albo powódź, którą przyniosła Katrina, wypłukały warstwę ziemi.

Spencer z namysłem przyglądał się szczątkom.

– Możliwe, że leży tu aż tak długo?

– Oczywiście.

Podniósł wzrok na Tony’ego.

– Płytki grób. To może oznaczać, że facet bardzo się spieszył.

Tony pokiwał głową.

– Albo nie obchodziło go, czy ktoś ją znajdzie.

Spencer naciągnął lateksowe rękawiczki i ostrożnie odsunął liście i resztki roślin. Do kości biodrowej przyczepiły się skrawki materiału. Pewno bielizna, pomyślał. Czy miała na sobie coś jeszcze?

Lekarka wydawała się czytać w jego myślach.

– Syntetyk – powiedziała. – Prawdopodobnie nylon. Czynniki atmosferyczne szybko niszczą naturalne włókna, takie jak bawełna i jedwab, ale syntetyk może przetrwać wiele lat. Była ubrana. Spójrzcie na to.

Spośród liści i sosnowych igieł wystawał suwak. Natomiast samo ubranie dawno zniknęło.

– Jest jeszcze coś ciekawego?

– Miała wszczepiane implanty. W przeciwieństwie do ciała one się nie rozkładają.

– Sprzęt na całe życie – mruknął Tony drwiąco. – Co za idealny towar.

– Coś o tym wiem – zaśmiała się Elizabeth.

– Czy to wszystko? – spytał Spencer.

– Przed przewiezieniem jej do laboratorium? To chyba i tak dużo. Brak prawej dłoni, ale poza tym kości nie noszą żadnych śladów uszkodzeń, a zatem nie sposób wywnioskować z nich o przyczynie śmierci.

Brak dłoni? Przez chwilę podejrzewał, że źle ją zrozumiał. Przesunął spojrzenie na prawe ramię szkieletu i na miejsce, gdzie powinna się znajdować prawa dłoń.

Powinna, ale wcale jej tam nie było...

Seryjny morderca, którego nazwali Chirurg, nigdy nie został złapany. Z powodu braku dowodów i zamieszania, jakie panowało po Katrinie, śledztwo utknęło w martwym punkcie i w końcu zostało umorzone.

Czyżby to była jedna z jego ofiar?

Podniósł wzburzone spojrzenie na Tony’ego. Po minie partnera poznał, że jemu to samo przyszło do głowy.

– Mógł to zrobić jakiś padlinożerca – odezwał się po chwili Tony.

Elizabeth zdecydowanie pokręciła głową.

– Niemożliwe. Niech pan spojrzy na kości, detektywie. To było precyzyjne cięcie. Jak amputacja.

Wymienili spojrzenia.

– Cholera, to rzeczywiście interesujące. Jeżeli oczywiście okaże się, że te szczątki pasują do jednej z ofiar Chirurga.

– Sądzicie, że tak właśnie będzie?

Antropolog również podniosła się na nogi.

– Domyślam się, że w pierwszym rzędzie chcecie się dowiedzieć, czy któraś z tamtych dłoni należy do tej kobiety.

– Ile czasu to potrwa?

– Niedługo. Zaraz przewieziemy ją do laboratorium. Kości każdego osobnika mają niepowtarzalne cechy. I nie kłamią. Jeśli któraś z dłoni należy do niej, dowiemy się o tym z całą pewnością.

– Zidentyfikowanie ofiary byłoby punktem zwrotnym w całej sprawie. Dzięki temu będzie można ruszyć z dochodzeniem.

– Będę szukać śladu urazu kości, na pewno niczego nie przegapię. To powinno pomóc. Tak jak zęby.

– Czy z tym, co masz, da się określić czas zgonu?

– Przykro mi, ale bardziej precyzyjnie nie zdołam tego ustalić. Zabiorę się do niej od razu i dam wam znać, gdy będę coś wiedzieć.

Spencer podziękował i razem z Tonym odeszli w stronę wózka golfowego.

– Jeśli została zamordowana po huraganie, to znaczy, że Chirurg jest tutaj. I znów wziął się do pracy.

– Detektywie! – dobiegło ich wołanie Elizabeth Walker. – Coś tu znaleźliśmy.

Zawrócili i podeszli do pani technik, która w obciągniętej rękawiczką dłoni trzymała jakiś przedmiot.

Policyjna odznaka. Numer 364.

Spencer z bijącym sercem wpatrywał się w odznakę. Wszyscy na niego spojrzeli, gdy z ust wydarł mu się cichy okrzyk. Zdawał sobie sprawę z mijających sekund.

Znał ten numer odznaki. Nawet bardzo dobrze.

– Co jest, Bystrzaku?

Spencer podniósł wzrok.

– Mamy już jedną odpowiedź. Została zabita przed huraganem. Tuż przed nim.

Widząc, że starszy kolega nic nie rozumie, dodał:

– Ta odznaka należała do kapitana Sammy’ego O’Shaya.

Można było odnieść wrażenie, że jego słowa wywołały taki sam efekt jak wybuch bomby. Na chwilę zapadło głuche milczenie.

Tony odezwał się pierwszy.

– Jesteś pewny? Absolutnie pew...

– Do diabła, oczywiście!

Elizabeth odchrząknęła.

– Co pan zamierza zrobić, detektywie?

– Zadzwonię do kapitan O’Shay. Z pewnością będzie chciała tu przyjechać. A potem sama przejmie dowodzenie.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Piątek, 20 kwietnia 2007 r.

15.00

Patti trzymała odznakę w dłoniach obciągniętych lateksowymi rękawiczkami. Jej ręce trochę drżały. W piersi czuła ból, jak po uderzeniu. Chłodny wiatr szeleścił liśćmi klonu. Jeden z techników niepewnie przestąpił z nogi na nogę. Nikt się nie odzywał. Czekali. Musieli jej dać trochę czasu.

Patti podniosła wzrok i przesunęła spojrzeniem po obecnych. Widziała ich współczujące twarze. Zaskoczenie i smutek.

A także gniew.

Zabito gliniarza. Jednego z nich.

– Tak mi przykro, ciociu Patti – odezwał się miękko Spencer, kładąc rękę na jej ramieniu.

– A mnie nie. – Jej głos brzmiał czysto i mocno. – Jego już nie ma. A to daje mi szansę przygwożdżenia skurwysyna, który go zabił.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytał.

– Że to wszystko zmienia. Teoria „zabity przez szabrowników” okazuje się diabła warta.

– Być może.

– Żadne „być może”. Sammy natknął się na zabójcę. Zapewne złapał go na gorącym uczynku albo chwilę później. Dlatego zginął.

– To jedno wytłumaczenie.

– Masz jakieś inne?

– To ona mogła go zabić.

– Mało prawdopodobne.

– A jednak możliwe.

Prychnęła z irytacją.

– Wszystko jest możliwe.

– Odznaka – ciągnął Spencer – mogła znaleźć się w grobie...

– Przypadkiem? Daj spokój, detektywie. Znaleziono ją pod szczątkami ofiary, a nie zmieszaną z ziemią i liśćmi wokół. Moim zdaniem ten sukinsyn cisnął odznakę Sammy’ego do dołu, a dopiero potem wrzucił ciało.

– Mogło tak być, bez wątpienia. Ale nie powinniśmy z góry odrzucać innych możliwości.

– Innych możliwości? – powtórzyła. W jej głosie pojawił się gniew. – Niby jakich? Na razie mam tę jedną. I zamierzam się jej trzymać.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Piątek, 20 kwietnia 2007 r.

19.10

Kilka godzin później Patti usiadła za biurkiem. W całym wydziale było już prawie cicho. Detektywi pracowali od ósmej do piątej, chyba że akurat prowadzili śledztwo, więc większość funkcjonariuszy z Pomocniczego Wydziału Dochodzeniowego dawno już wyszła. Zresztą wszyscy zdawali sobie sprawę, że muszą być do dyspozycji dwadzieścia cztery godziny na dobę, dlatego każdy miał przy sobie telefon komórkowy lub pager.

Patti jednak nie zamierzała kończyć pracy. Ani teraz, ani przez cały weekend. W końcu znalazła jakiś ślad w sprawie zabójstwa Sammy’ego.

Dwa lata, które minęły od jego śmierci, nie złagodziły jej bólu. Ludzie wciąż powtarzali: „To minie” albo „W końcu dojdziesz do siebie”, ale ona wiedziała, że to tylko puste frazesy. Nie zazna ukojenia, póki nie pomści śmierci Sammy’ego.

Nie umiała pozbyć się bólu. Ani gniewu.

W jej życiu liczyły się tylko dwie rzeczy: małżeństwo i praca w policji. A czuła się tak, jakby straciła i jedno, i drugie. Zawiodła się na wydziale. Sammy poświęcił całe życie policji, lecz gdy zginął na służbie, przeprowadzono jedynie powierzchowne śledztwo. Dowództwo skupiło się na huraganie i własnej przyszłości. W końcu sprawa została zamknięta. Wszyscy zajęli się czymś innym, a przecież Sammy zasługiwał na coś więcej.

Ona jedna nigdy nie odpuściła. Nie zamierzała tego tak zostawić.

A teraz wreszcie coś znalazła.

Chociaż musiała przyznać, że na razie niewiele rozumiała. Co można wywnioskować z faktu, że w płytkim grobie w parku miejskim znaleziono odznakę Sammy’ego razem ze szczątkami młodej kobiety? Kobiety, której odcięto prawą dłoń.

Poprosiła o wszystkie akta Chirurga. Było tego cholernie mało, jeśli wziąć pod uwagę, że ten drań zabił przynajmniej sześć kobiet.

I policjanta, dodała w myślach. Jej męża.

Przyrzekła sobie, że postawi jego zabójcę przed sądem. Aż do dzisiaj ta obietnica wydawała się prawie niemożliwa do spełnienia.

Potrzebne były dane osobowe ofiary. Musiała znaleźć coś, choćby najmniejszy dowód, który pozwoliłby połączyć te dwie sprawy. Nie spocznie, póki jej się nie uda.

– Ciociu Patti?

W drzwiach gabinetu stał Spencer. Gestem zaprosiła go do środka. Z pewnym wysiłkiem przywołała na usta spokojny uśmiech.

– Gotowy na weekend? – spytała.

– Oczywiście. – Wszedł do pokoju i usiadł na krześle naprzeciwko biurka. Uśmiechał się, lecz widziała, że przygląda się jej z niepokojem. – Wspaniały dzień, co?

– Rzeczywiście.

– Dobrze się czujesz?

– Naturalnie.

– Jadłaś coś?

Uśmiechnęła się, słysząc to pytanie.

– Obiecuję, że zjem.

Zmarszczył brwi i przesunął spojrzeniem po jej biurku.

– Akta Chirurga? Dopóki biuro koronera nie przyśle...

– Wiem. Ale chcę sama wszystko przejrzeć. Muszę mieć pewność, że nic nie przeoczymy.

– Zajmujemy się tym z Tonym. Zapewniam cię, my też nic nie przeoczymy.

– Tu chodzi o mnie, nie o ciebie czy moje zaufanie do was.

– Dzisiaj i tak nic już nie wskórasz. Nie ma sensu, żebyś tu siedziała po nocy.

– Jest... – spojrzała na ścienny zegar – dopiero po siódmej. Czym się denerwujesz?

– Martwię się o ciebie.

– Zapewniam, że nie ma takiej potrzeby. Wracaj do domu. Zaproś Stacy na kolację do jakiegoś sympatycznego lokalu. – Pogroziła mu palcem. – To nie tylko rozkaz starszego stopniem zwierzchnika, ale również twojej matki chrzestnej.

Ze śmiechem obszedł biurko i pocałował ją w policzek.

– Zrobię, jak każesz.

W progu zatrzymał się jeszcze.

– Wyjdziesz zaraz po mnie, dobrze?

– Jasna sprawa.

Kiedy jednak zniknął za drzwiami, jej uśmiech przygasł.

Bóg jej z pewnością wybaczy. To było jedynie maleńkie kłamstewko. Musiała po prostu uspokoić Spencera.

Zamierzała tu siedzieć, dopóki nie nauczy się tych akt na pamięć.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Piątek, 20 kwietnia 2007 r.

19.55

Spencer otworzył drzwi domku na Riverbend. Swojego chevroleta kupił od starszego brata numer jeden, Johna juniora, po jego ślubie. Dom natomiast odkupił od Quentina, starszego brata numer dwa, kiedy i on się ożenił. Ponieważ sam był numerem trzecim na tej liście, domyślał się, że teraz jego kolej pożegnać się z wolnością.

Wcale mu się to nie uśmiechało. Jego bracia mieli cholernie dobry gust, pewnie nigdy im nie dorówna.

Na razie cieszył się ze swojego domku. Dzielnica Riverbend, usytuowana w starej części miasta, w zakolu rzeki, znalazła się wśród tych dwudziestu procent miasta, które ominęła powódź.

Po sztormie gościł u siebie dwanaście osób z rodziny. Również Stacy Killian, jego dziewczyna i jednocześnie koleżanka z wydziału, zamieszkała u niego, gdy jej mieszkanie w pobliżu parku miejskiego zostało zalane. Poziom wody wynosił prawie półtora metra.

Teraz już tylko ona z nim została.

– Wróciłem! – zawołał, wchodząc do środka.

– Tu jestem – odkrzyknęła.

Poszedł w kierunku, skąd dochodził głos, i znalazł ją przed lustrem w łazience nakładającą makijaż. Miała na sobie obcisłe dżinsy z niską talią i krótki, bardzo opięty top. Z wyeksponowanym brzuchem wyglądała dość wyzywająco.

– Ładnie wyglądasz, Killian.

Uśmiechnęła się do jego odbicia. Dopiero teraz spostrzegł, że na powieki nałożyła mocny szary cień.

– Cieszę się, że ci się podoba.

– No... Wyglądasz trochę inaczej niż zwykle, ale chyba mógłbym się przyzwyczaić. – Kiwnął na nią palcem. – Chodź tutaj, to ci pokażę, jak bardzo.

Podeszła wolnym krokiem i gdy objęła go ramionami, pocałował ją w szyję.

– Mniejsza o to, że nie wypuszczę cię z sypialni w tym stroju, ale... Aj, cholera!

– Przykro mi, kowboju. – Otarła się o niego prowokująco. – To do mojej nowej pracy.

Spencer uniósł brwi.

– Nowej pracy? Odeszłaś z Wydziału Dochodzeniowego? Zrezygnowałaś z pracy w policji? – W sumie nic dziwnego. Kiedy ją poznał, rzuciła właśnie pracę w policji w Dallas i przeniosła się do Nowego Orleanu, gdzie postanowiła skończyć studia podyplomowe. Na wydziale literatury.

Nie wytrwała tam nawet jednego semestru.

Prawda wygląda tak, że albo jesteś gliną, albo nie. To nie jest zawód, który można rzucić jak palenie albo miłość do butelki. Nie istniał program dwunastu kroków dla nawróconych gliniarzy.

Chociaż Spencer czasami dochodził do wniosku, że ktoś powinien opracować taki program.

– Mhm – przytaknęła. – Idę do „Hustle” na Bourbon Street.

„Hustle” reklamował się jako klub dla dżentelmenów. W gruncie rzeczy była to dość podrzędna knajpa, gdzie największą atrakcją były mocno wydekoltowane dziewczyny. Tak czy inaczej lokal zaspokajał potrzeby turystów, motocyklistów i wszystkich tych, których nie było stać na ekskluzywny „Rick’s Cabaret” lub „Temptations”.

Kilka lat temu na Bourbon Street roiło się od podobnych lokali. Nieco później, gdy w Nowym Orleanie pojawiły się elitarne, wykwintne kluby, małe bary zaczęły znikać z mapy miasta. Ludzie, którzy nie chcieli, aby ich przydybano w cieszącym się złą sławą „Hustle”, chętnie bywali w tych nowych klubach.

Biorąc pod uwagę wygląd i renomę pozostałych ocalałych klubów z Bourbon Street, „Hustle” nie plasował się na samym dole, chociaż był tego bliski.

Stacy pocałowała go i cofnęła się o krok.

– To przykrywka. Dziś zaczynam swój występ.

On był policjantem, ona również. Miała zadanie do wykonania i bez wątpienia umiała o siebie zadbać. A jednak myśl, że pójdzie tam tak ubrana i spowoduje ślinotok u różnych napalonych drani, zupełnie mu się nie podobała. Mówiąc delikatnie.

Opuścił wzrok na jej biust. Jej piersi zdawały się wylewać spod obcisłej bluzeczki.

Zaśmiała się, widząc jego minę.

– Biustonosz firmy Wonderbra ze sklepu przy Victoria Street. Diabelnie niewygodny. – Ponownie podeszła do lustra i z zadowoleniem spojrzała na rysujący się między piersiami rowek. – Ale moje maleństwa przyniosą mi niezłe napiwki.

Nie to chciałby usłyszeć.

– Muszę napić się piwa.

– Wyjmij dla mnie dietetyczną colę, dobrze? Za minutę skończę.

Przyszła, gdy właśnie pił. Omal się nie zadławił. Jej krótka blond fryzurka zmieniła się w grzywę długich kasztanowych włosów. Z tym makijażem i peruką nie rozpoznałby jej na ulicy.

I właśnie o to chodziło.

– Zawsze chciałam być ruda, teraz wreszcie mam okazję. – Uśmiechnęła się, chwytając puszkę, którą jej rzucił. – Będzie zabawnie.

Za bardzo jej się podoba to zadanie, pomyślał. Nie zamierzał jednak okazać dezaprobaty czy niezadowolenia. To byłby dopiero obciach.

– Co to za sprawa?

– Przymknęliśmy jednego drobnego dilera. Okazało się, że jest barmanem w „Hustle”. Od razu zaczął sypać i zaproponował, że poda nam nazwisko grubej ryby.

– A tą grubą rybą jest ich stały gość.

– Przychodzi co wieczór. Wygląda na to, że ma tam dziewczynę. Muszę ją namierzyć i zapoznać się z nią.

– A kim jest ten facet?

Stacy otworzyła puszkę.

– Nazywa się Marcus Gabrielle. W papierach nic na niego nie ma. Czysty jak łza. Jest pośrednikiem w handlu komercyjnymi nieruchomościami. Żonaty, dwoje dzieci. Mieszka w północnej części miasta.

– Jego żona wie o tej panience?

– Wątpię. – Pociągnęła długi łyk z puszki. – Według naszego informatora facet zajmuje się produkcją i dystrybucją. Kiedy go dorwiemy, rozbijemy obie siatki.

– Czy będzie tam ktoś z naszych poza tobą?

– Baxter. No i Waldon. Baxter będzie obsługiwał bar razem z tym gościem, którego zatrzymaliśmy. Waldon ma udawać klienta.

Rene Baxter był dobrym gliną. Niewysoki, żylasty, o nie rzucającej się w oczy twarzy, idealnej do pracy pod przykrywką. Waldon zaś był potwornym głupkiem, który uważał się za świetnego detektywa. W dodatku kobieciarz. A niech to!

– Będziesz miała podsłuch?

– Oczywiście. A w furgonetce za rogiem będzie cała kawaleria.

Zanim zdążył zadać kolejne pytanie, Stacy zmieniła temat.

– Słyszałam, co się wydarzyło w parku. O tym, że znaleźliście obok zwłok kobiety odznakę wujka Sammy’ego. Tak mi przykro.

No tak, takie informacje rozchodziły się lotem błyskawicy.

Obrócił w dłoniach zimną puszkę.

– Ta odznaka obok zwłok... prawie zwaliło mnie z nóg.

– A jak Patti?

– Nie wiem. – Zmarszczył czoło. – Niby mówiła to, co zwykle mówi się w takich momentach, ale boję się, że ona... – Zamyślił się.

– Że ona co?

– Kiedy wychodziłem, ciągle siedziała w biurze. Przeglądała akta Chirurga.

– I?

– Sprawą zajmujemy się razem z Tonym. Było już po godzinach. Dopóki nie dostaniemy raportu koronera, nie wiemy nawet, czy ta kobieta jest w ogóle ofiarą Chirurga.

Odwrócił wzrok, po czym znów spojrzał na Stacy.

– Nie chce nawet rozważyć innych możliwości. Wmówiła sobie, że Sammy’ego zabił ten szaleniec. Kropka.

– Uwierzy, jeśli okaże się, że to ślepy zaułek. A na razie ma coś, czym może się zająć.

– Wiem, ale... Ona nie jest sobą od czasu śmierci Sammy’ego. Zmieniła się, chociaż nie potrafię powiedzieć, na czym to konkretnie polega.

– To musi potrwać – powiedziała Stacy łagodnie. – Nam wszystkim potrzeba czasu.

Domyślił się, że nie mówi wyłącznie o zabójstwie Sammy’ego, lecz o zniszczeniach, nie tylko materialnych, jakich dokonała Katrina.

Katrina zmieniła ich wszystkich.

– Masz rację. Chodź tutaj. – Odstawił puszkę, którą wyjął jej z dłoni, przyciągnął ją do siebie. – Będę tęsknił dziś w nocy.

– Ja również. – Pocałowała go i wyswobodziła się z jego objęć. – O dziewiątej zaczynam. Muszę iść.

Ponownie wziął ją w ramiona i przytulił do siebie. Trzymał ją trochę za długo i zbyt mocno. Kiedy ją puścił, dostrzegł pytanie w jej spojrzeniu.

– Ci, którzy mają wiele do stracenia, zacięcie walczą, żeby to zatrzymać. Nie zapomnij o tym, Stacy.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Piątek, 20 kwietnia 2007 r.

21.00

Kiedy Stacy weszła do „Hustle” na Bourbon Street, Baxter był już na miejscu. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę, gdy podeszła do baru, jednak Baxter zaraz wrócił do mieszania drinków. Stacy przeniosła wzrok na drugiego barmana.

Ted Parrish, ich informator. Wysoki, z długimi czarnymi włosami i niewielką bródką. Wydawał się niespokojny. Możliwe, że denerwował się sytuacją, w jakiej się znalazł. Albo też dał sobie w żyłę.

– Jestem Brandi – powiedziała, wchodząc w swoją rolę. – Nowa.

– Idź do Toni – odparł, nalewając piwo z beczki. – Jest za kulisami. Wyjaśni ci, co masz robić.

Tonia Messinger, szefowa kelnerek i występujących tu dziewczyn.

– Jak mam się tam dostać?

– Z prawej strony sceny. Są tam garderoby i całe zaplecze.

– Dzięki! – zawołała i ruszyła we wskazanym kierunku. Kręcąc biodrami, omijała stoliki i grupki mężczyzn. Jakiś facet z wielkim piwnym brzuchem i czerwoną twarzą próbował ją zatrzymać. Odskoczyła, grożąc mu żartobliwie palcem. Żałowała, że nie może zareagować tak, jak nakazywał jej instynkt. Niestety, gdyby złamała mu rękę, natychmiast byłaby spalona.

Z rozkładem klubu zapoznała się już wcześniej, oglądając zdjęcia. Teraz rozglądała się uważnie, próbując zapamiętać szczegóły, które później mogłyby okazać się przydatne. Trzypoziomowa scena była tu największą atrakcją. Główna część była największa i okrągła, dwa pozostałe poziomy stanowiły skrzydła, które sterczały na dwie strony. Wokół ustawiono stoliki. Te najbliżej sceny były przeznaczone dla VIP-ów.

Właściciele postarali się, żeby ukryć niedoskonałości klubu i stworzyć atmosferę luksusu: przytłumione, fachowe oświetlenie, białe obrusy, zapalona świeca na każdym stoliku, aksamitne draperie.

Długi bar zajmował ścianę dokładnie naprzeciwko sceny. Stąd mogli oglądać występy klienci, którzy woleli siedzieć trochę dalej.

Z tego, co wiedziała, było tu również kilka na pół prywatnych i całkiem prywatnych pomieszczeń, gdzie odbywały się kameralne występy. Być może była zbyt podejrzliwa, ale mogłaby się założyć o wszystkie dzisiejsze napiwki, że ludziom wynajmującym te salki chodziło o coś więcej niż tylko taniec erotyczny. A już z całą pewnością to, co tam się odbywało, było sprzeczne z prawem.

Dochodziła właśnie do wejścia za kulisy, gdy lampy przygasły, zaczęło migać światło stroboskopowe i klub wypełniła tętniąca muzyka. Na scenę wbiegła młoda kobieta, ubrana w cekiny, pióra i skrawki materiału, które bez trudu zmieściłyby się w jej dłoniach.

Yvette Borger. Dziewczyna Marcusa Gabrielle’a. Miała dwadzieścia dwa lata. Drobna, o długich, kruczoczarnych włosach i wspaniałej figurze. Piersi wydawały się za duże w stosunku do jej filigranowej sylwetki.

Przytulanki, oceniła Stacy w myślach, używając gwarowego określenia, jakim często posługiwali się w wydziale. W porównaniu z nimi jej własny biust powiększony nabytkiem z Victoria Street wyglądał niestety dość skromnie.

Stacy przyglądała jej się przez chwilę, po czym minęła drzwi. Od razu dostrzegła Tonię, którą rozpoznała z fotografii. Stała za kulisami, obserwując występ Yvette.

– Tonia? – spytała, podchodząc do niej.

– Tak?

– Jestem Brandi. Nowa.

Tonia Messinger wyglądała na osobę, która widziała już niejedno, a także jak ktoś, w kim lepiej nie mieć wroga. Stacy oceniła ją na pięćdziesiątkę, choć możliwe, że się myliła. Papierosy, alkohol i trudy życia z pewnością pozostawiły ślad na wyglądzie kobiety.

– Spóźniłaś się.

– Naprawdę? Myślałam...

Tonia przerwała jej w pół słowa.

– Kiedy zmiana zaczyna się o dziewiątej, chcę cię tu widzieć o ósmej czterdzieści pięć. O dziewiątej masz już być na swoim stanowisku. Żadnych wymówek.

Obrzuciła ją wzrokiem i Stacy odniosła wrażenie, że przez tę krótką chwilę Tonia bezbłędnie określiła jej wiek, wagę i rozmiar biustu.

– Jesteś pewna, że nie chcesz tańczyć? Przydałaby się nam jeszcze jedna dziewczyna. A i napiwki są znacznie lepsze.

No nie, Wonderbra nie był aż takim cudownym wynalazkiem.

– Taniec mi nie leży. Nie jestem w tym dobra.

Tonia roześmiała się. Po latach palenia jej głos stał się gardłowy i ochrypły.

– Kochana, to nie dzięki umiejętnościom tanecznym odnosi się tu sukces. Uwierz mi, masz talent. Wystarczy odpowiednie nastawienie i możesz zaczynać.

Stacy udała, że jej to pochlebiło.

– Och, dzięki. Pomyślę nad tym.

– Dobrze ci radzę. A na razie pójdziesz na salę.

Kiedy ruszyły w stronę wyjścia, Tonia udzielała jej wskazówek.

– Moim zadaniem jest trzymanie dziewcząt w ryzach. Nie toleruję narkotyków, prezentów od klientów czy przepychanek, chyba że jest to część występu. To dotyczy również personelu kelnerskiego.

Spojrzała znacząco na Stacy, która kiwnęła głową na znak, że zrozumiała.

– Do twoich obowiązków należą dwie rzeczy. Podsuwać drinki, przede wszystkim nakłaniać do kupowania znanych marek. Dziewczyny zarabiają na napiwkach. Nie wchodź im w drogę, bo pożałujesz. Niektóre z nich piją, inne nie. Tak czy inaczej, jeśli klient zaproponuje im drinka, płaci za niego. Dowiesz się od dziewcząt, co masz im podawać. Niektóre chcą tonik, inne jakiś napój bezalkoholowy albo sok. Kiedy klient płaci za koktajl, musi zobaczyć, że jego partnerka go dostała. Czasami klienci poproszą, żebyś dostarczyła jakąś wiadomość, napiwek albo drobny podarek. Nie pomyl się, bo gorzko pożałujesz. A przede wszystkim – ciągnęła Tonia – flirtuj. Bądź sexy. Jeżeli jednak jakiś klient zacznie się do ciebie przystawiać, odmów mu. Twoim zadaniem jest wciskanie im drinków. Koniec i kropka. Łapiesz?

Stacy przytaknęła. Następne kilka godzin upłynęło jako mgliste wspomnienie poklepywań po pupie, niedwuznacznych uwag, natarczywych spojrzeń. Obsługiwała stolik, przy którym siedzieli ludzie z Indiany. Z ich rozmowy wynikało, że nigdy jeszcze nie widzieli „czegoś podobnego”. Wydawali się lekko zawstydzeni, patrzyli na scenę z otwartymi ustami. W jej rewirze był też stolik chłopaków ze Stanowego Uniwersytetu Luizjany, których musiała wylegitymować. Zachowywali się wobec niej nienagannie, a nawet okazywali szacunek. Było to bardzo sympatyczne, jednak z drugiej strony jaka kobieta chciałaby być traktowana niczym wiekowa matrona?

Przy jednym z jej stolików usiadł Waldon, który w końcu się pojawił. Odniosła wrażenie, że podchodzi zbyt entuzjastycznie do tego zadania, więc kiedy zaczął się jej zbyt natrętnie przyglądać, niby przypadkiem oblała go drinkiem, natychmiast studząc jego zapał.

Ich podejrzany na razie się nie pokazał, a do Yvette udało jej się zbliżyć tylko dlatego, że tancerka podeszła do stolika studentów. Chłopcy jednak nie mieli wiele pieniędzy, więc dziewczyna szybko ich zostawiła.

Dopiero późnym wieczorem trafiła się okazja. Tonia podała Stacy kartkę, którą należało zanieść za kulisy.

Znalazła Yvette w garderobie, gdzie dziewczyna poprawiała makijaż. W popielniczce leżał palący się papieros.

– Tonia prosiła, żeby ci to przekazać – powiedziała Stacy, stając w progu.

Yvette rzuciła okiem na liścik. Na jej czole pojawiła się zmarszczka.

Stacy obserwowała ją bacznie.

– Coś nie tak?

Dziewczyna cisnęła kartkę na toaletkę.

– Po prostu jakiś świr – odparła lekceważąco. – Dostaję sporo takich.

– Nie dziwię się. Jesteś naprawdę świetna.

– Tak myślisz?

Zachłanność, z jaką domagała się komplementów, świadczyła o młodym wieku. Stacy zniżyła głos, żeby nikt przypadkiem nie usłyszał tej rozmowy.

– Twój numer jest najlepszy. Bijesz je wszystkie na głowę.

– Jak masz na imię?

– Brandi.

– Podoba ci się praca?

Stacy wzruszyła ramionami.

– Jest w porządku. Napiwki są niezłe.

– Chcesz posłuchać mojej rady?

– Jasne.

– Nie narażaj się Toni, bo naprawdę potrafi być wredna. Stosuj się do zasad ich gry. Nic ci się nie stanie, a zarobisz znacznie więcej.

– Co to za gra?

– No wiesz. Dogadzaj facetom. Daj im to, czego pragną. – Yvette zaciągnęła się, po czym zgasiła papierosa. – Ted to cholerny łajdak. Będzie chciał cię przelecieć, więc się pilnuj. Zaproponuje ci działkę, tabletki, wódę... Trzymaj się od tego z daleka.

– Wygląda na to, że wszystko tu rozgryzłaś.

– Pilnuję własnego tyłka, rozumiesz? Nie zamierzam do końca życia siedzieć w tym bagnie. Mam inne plany.

Stacy chętnie poznałaby te plany i zapytała Yvette o chłopaka, jednak zdawała sobie sprawę, że podczas pierwszej rozmowy nie powinna zbytnio naciskać, bo to mogłoby się wydać podejrzane.

– Cóż, dzięki – powiedziała, cofając się. – Muszę wracać na salę.

Kilka godzin później skończyła swoją zmianę i wróciła do domu. Marcus w ogóle się nie pokazał. Stacy miała nadzieję, że nie został ostrzeżony. Zastanawiała się też, czy zdenerwowanie, jakie Yvette zaczęła okazywać pod koniec wieczoru, ma jakiś związek z nieobecnością jej chłopaka.

Z zainteresowaniem obserwowała pracę dziewcząt w klubie. Wyglądały, jakby ktoś je włączał i wyłączał. Kiedy występowały dla jakiegoś klienta, wydawały się w pełni skoncentrowane tylko na tym facecie. Jednakże już w następnej chwili, gdy tylko od niego odeszły, z taką samą uwagą skupiały się na kolejnym gościu.

Sprawiało to wrażenie wielkiego oszustwa.

Czy aby na pewno? Przecież faceci zdawali sobie z tego sprawę, wiedzieli, o co tu chodzi. Chyba nie wierzyli, że dziewczyny są naprawdę na nich napalone? Nie, po prostu ujawniali swoje erotyczne fantazje.

Czy właśnie tego pragną mężczyźni? – zamyśliła się. Jak często zanurzają się w świecie fantazji? Czy Spencer również marzył o takich rzeczach?

Prawdę mówiąc, nie miała pojęcia, czego pragnął. Zamieszkali razem właściwie przez przypadek. Z powodu Katriny. Ona potrzebowała jakiegoś kąta, a on miał dużo wolnego miejsca.

A potem została. Za obopólną, milczącą zgodą. Było to dwa lata temu, a teraz mogła powiedzieć, że przez ten czas ich uczucia ani nie wygasły, ani się nie nasiliły.

Bezwład, stagnacja. Czy właśnie tak określiłaby ich związek? Nie, chyba jednak nie. Czułaby się nieswojo, formułując takie sądy. Nieswojo i trochę niepoważnie. Więc jak należałoby opisać to, co ich łączyło? Zamieszkali ze sobą „prawie przez przypadek”. Pozostali razem „za milczącą zgodą”... Spencer nigdy nie poruszył tematu małżeństwa. Nie powiedział, że ją kocha. Ona także nigdy nie mówiła o swoich uczuciach.

Stała w drzwiach sypialni, patrząc na śpiącego Spencera. Pod prysznicem zmyła z siebie smród papierosów i warstwy makijażu, a potem wciągnęła zbyt wielką koszulkę. Może czekam, aż Spencer wystąpi z jakąś inicjatywą? – zastanawiała się. Czy właśnie o to jej chodziło?

Chciała małżeństwa, dzieci, normalnego życia. Te marzenia skłoniły ją już kiedyś do porzucenia pracy w policji i rozpoczęcia wszystkiego od początku w nowym mieście.

Tymczasem ponownie została wciągnięta w policyjną robotę i wtedy poznała Spencera. Zaangażowała się, no i skończyła w tym prawie przypadkowym, milcząco uzgodnionym związku.

Tylko jak mogła liczyć na normalne życie, gdy przyszłość była taka niepewna? Wystarczy przypomnieć sobie Sammy’ego: niewłaściwe miejsce o niewłaściwym czasie, i teraz Patti była wdową. Oboje ze Spencerem byli stworzeni do tej pracy. Czy to uczciwe pragnąć dzieci, a potem narażać je na takie ryzyko?

Wsunęła się do łóżka obok Spencera.

– Jak poszło? – wymamrotał.

– W porządku. Nasz podejrzany nawet się nie pokazał.

Mruknął coś, czego nie zrozumiała.

Uniosła się na łokciu.

– Malone, płaciłeś kiedyś za taniec erotyczny?

Nagle obudzony, przekręcił się na bok i spojrzał na nią.

– Słucham?

– Bywasz w takich miejscach jak „Hustle”?

– Czy kiedyś byłem w takim klubie?

Wyglądał teraz, jakby został wyrwany ze snu za pomocą wstrząsu elektrycznego.

– Właśnie – potwierdziła. – Czy byłeś. Pytam z czystej ciekawości.

– No tak, byłem, żeby się powygłupiać z kumplami. Ale płacić za to, żeby jakaś kobieta ocierała się o mnie... To nie w moim guście.

– Chodzi o płacenie? A może o to, że to jakaś kobieta albo...

Spencer uniósł brew.

– Albo o to, że jakaś seksowna kobieta tuli się do mnie? Daj spokój, Stacy. Wystarczy, że o tym mówię, a już jestem gotowy.

Uśmiechnęła się.

– Myślę, że na to mogę coś poradzić.

– Ach tak?

– Mmm... – Usiadła, ściągnęła T-shirt i cisnęła go na podłogę. – Dzisiaj jestem bardzo wspaniałomyślna, a nawet zrobię to za darmo.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Sobota, 21 kwietnia 2007 r.

3.30

Yvette siedziała z podkulonymi nogami na kanapie. Po powrocie do mieszkania w Dzielnicy Francuskiej wzięła prysznic, umyła włosy, dokładnie usunęła makijaż i przebrała się w bawełnianą piżamę i wielkie, zabawne kapcie. Potem przygotowała sobie kubek gorącej czekolady, takiej prawdziwej, z mlekiem i syropem, a nie ten proszkowany chłam. Zdawała sobie sprawę, że wygląda raczej jak naiwna nastolatka niż cyniczna striptizerka, która niejedno w życiu widziała.

Już dawno pozbyła się skrępowania i nie wstydziła się tego, w jaki sposób zarabia na życie. To, co mówiła tej nowej kelnerce, Brandi, było szczerą prawdą. Nie miała nikogo, kto by o nią zadbał – poza sobą samą. Zresztą zawsze tak było, niemal od jej narodzin.

Przeżyła, bo była wojowniczką. I realistką. Dziś zarobiła pięćset dolców. Jutro zarobi tyle samo, a może nawet więcej.

Co z tego, że musiała się ocierać o krocze jakiegoś faceta albo potrząsać cyckami przed bandą napalonych turystów? W ciągu roku wyciągała grubo ponad sto tysięcy, z czego większość bez podatku, a jedyną inwestycją, jaką poczyniła, było jej mieszkanie.

Gdzie indziej dwudziestodwulatka bez żadnego zawodu, praktyki i wykształcenia mogłaby zarobić taką kasę?

Nigdzie. Taka była prawda. Doświadczyła tego na własnej skórze.

Pociągnęła łyk czekolady, a jej myśli powędrowały do Marcusa i jego dzisiejszej nieobecności. Zmarszczyła czoło, gdy uświadomiła sobie, że nauczyła się oczekiwać go codziennie. Liczyła wręcz na to, że się pojawi.

Nie miało to nic wspólnego z uczuciami. Zbyt wiele razy przeżywała różne upokorzenia. W końcu przestała durzyć się w każdym facecie, który zachowywał się, jakby mu na niej zależało. Wyleczyła się z bezsensownego ufania każdemu, kto wyciągał rękę, udając przyjaźń.