Śledztwo ostatniej szansy - Grzegorz Kalinowski - ebook
Opis

Warszawa rok 1931; to czas katastrof lotniczych, zdrady oficera sztabu generalnego i upadku słynnego kabaretu Qui Pro Quo. To nie jest także dobry rok dla szefa Brygady XI Specjalnej Urzędu Śledczego.

Podkomisarz Kornel Strasburger przeżywa kryzys. Nie układa mu się w życiu osobistym, jeszcze gorzej jest w zawodowym – jemu i jego ludziom grozi zesłanie na prowincję. Wtedy otrzymują sprawę ostatniej szansy. Brygada Specjalna ma pomóc wywiadowi w rozbiciu siatki szpiegowskiej. Kto odpowiada za zamachy na wybitnych polskich konstruktorów? Kolejni zdrajcy w sztabie generalnym? Gospodarze modnych salonów? Żydowscy komuniści, z których Sowieci stworzyli oddział dywersyjny? By rozwiązać tę sprawę Strasburger, musi niejednokrotnie przekraczać granice prawa, poznać największe tajemnice wywiadu, poznać historię własnej rodziny i ludzi bardziej tajemniczych niż chasydzi.

To, co kryje się za zamachami, zaskoczy wszystkich!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 525

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja:Beata Słama

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Lingventa, Marta Orlikowska

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Everett Historical/Shutterstock

© by Grzegorz Kalinowski

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

ISBN 978-83-287-1024-5

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

Robertowi Brylewskiemu, którego chwilowo z nami nie ma

Z kim tak ci będzie źle jak ze mną?

fragment piosenki Wojciecha Młynarskiego Z kim tak ci będzie źle jak ze mną?

Traktuj mnie źle,tak jak zawsze mnie traktujesz,bo kiedy cię nie ma, jest jeszcze gorzej.

fragment piosenki Lesława Strybla i zespołu KometyTraktuj mnie źle

PROLOG

Sobota, 21 marca 1931

Dla mieszkańców eleganckiego profesorskiego domu przy Grójeckiej 43 dźwięk silnika samolotu nie był niczym nadzwyczajnym, ponieważ niedaleko znajdowało się Lotnisko Mokotowskie. Maszyna, która nadleciała nad ulicą w sobotnie popołudnie, wydawała jednak odgłosy zmuszające do spojrzenia w górę. Silnik pracował dziwnie: najpierw zawył, po czym przycichł, a po chwili znów wszedł na wysokie obroty.

To nie jest normalne, pomyślał Krzyś Zawadzki, który wracał właśnie ze szkoły i był już na podwórku przed swoim domem. Bez zastanowienia obrócił się na pięcie i popędził z powrotem na ulicę.

Warkot nadlatującego samolotu narastał, maszyna zaraz wyłoni się znad dachów wysokich budynków otaczających plac Narutowicza. Krzyś spojrzał na zegarek, jakby uczestniczył w jakimś historycznym wydarzeniu. Samolotem tym na pewno nie był Lotowski fokker, bo symfonia na trzy silniki grana przez taką maszynę jest niepowtarzalna, a ten samolot musiał mieć tylko jeden motor. I tak było, od razu rozpoznał charakterystyczną sylwetkę najnowszego dzieła inżyniera Puławskiego, jednosilnikowej latającej amfibii PZL-12. Samolot leciał jak pijany, miotało nim po niebie, jakaś niewidoczna siła ściągała go w dół, po czym pełna moc silnika podrywała w górę, nie płynnie jednak, lecz tak, jakby pijany człowiek wchodził po schodach, potykając się o stopnie i odbijając od ściany do poręczy. Czyżby to z powodu wiatru, którego silne podmuchy dawały się dziś we znaki? Pilot na przemian poddawał się temu naporowi, po czym dodawał gazu, maszyna próbowała wyszarpnąć się w górę, jakby była wciąganym przez wir topielcem, bezskutecznie – dachy domów stojących przy ulicy Kaliskiej i kocie łby były coraz bliżej. Posadzi go czy nie? – zastanawiał się Krzyś, zagryzając wargi tak, że pojawiły się na nich kropelki krwi.

– Boże, daj mu go posadzić! – krzyknął.

Na próżno, nie pomogły jego prośby i zaklęcia. Samolot wleciał między domy i na szczęście nie zawadził o żaden z nich, lecz zwalił się na ulicę bokiem i pod takim kątem, który uniemożliwił pilotowi wykonanie hamującego impet ślizgu. Stało się to kilkaset metrów od Krzysia, widział to na własne oczy i słyszał huk. W powietrze wzbił się uliczny pył oraz lecące na boki fragmenty kadłuba samolotu amfibii. Krzyś rzucił klipę na ziemię i puścił się biegiem na miejsce katastrofy. Tym razem nic go nie ominie.

Przed niespełna rokiem niedaleko stąd, przy Kopińskiej, spadł breguet XIX i zginęły trzy osoby: dwóch lotników i mieszkaniec domu, w który trafił samolot. Wydawało się, że ogień strawi całą dzielnicę, płonęły trzy domy, a maszyna wypalała się, wisząc na drutach telefonicznych i telegraficznych. Krzyś siedział wtedy w szkole, więc ominęło go to niezwykłe widowisko, teraz jednak był blisko. Biegł niemal sprintem obok kamienicy Monopolu Tytoniowego i wytwórni papierosów, minął Węgierską, gdzie było już prawdziwe przedmieście, prawie wieś, choć między małymi domkami budowano nowe gmachy. To właśnie przy jednym z nich, u zbiegu Kaliskiej i Sękocińskiej, wciąż jeszcze otoczonym drewnianym płotem, leżały szczątki maszyny.

Od wypadku minęły nie więcej niż dwie minuty, a on już był na miejscu! Ludzie z okolicznych domów wyciągnęli z wraku pechowego lotnika. Mimo krwi zalewającej mu twarz Krzyś go rozpoznał – to był sławny inżynier Zygmunt Puławski, konstruktor doskonałych myśliwców i maszyny, z którą właśnie się zwalił. Na miejscu byli także dwaj policjanci, którzy zjawili się w okamgnieniu. Rzadko się zdarza, by samolot runął niemal wprost na komisariat, a tak się właśnie teraz stało, bo XXXIII komisariat Policji Państwowej znajdował się dwieście, góra trzysta metrów od miejsca katastrofy!

– Zmykaj, mały, tu nie ma żadnych widoków dla takich młodych kawalerów jak ty. Szoruj, chłopaku, do domu, a jeśli twój ojciec jest lekarzem, to niech tu czym prędzej przybiegnie, może jeszcze da się go uratować! – Przodownik policji obrzucił Krzysia uważnym spojrzeniem i dodał: – Ktokolwiek tym nieszczęśnikiem jest.

– Mój ojciec nie jest lekarzem, wykłada na uczelni przy Opaczewskiej, a ten pilot to inżynier Zygmunt Puławski – wyjaśnił Krzyś najbardziej pewnym głosem, na jaki było go stać. – A ja nie jestem wcale taki mały, niedługo skończę siedemnaście lat!

Tym razem policjant spojrzał na niego sceptycznie i zapytał:

– Znasz go? A skąd? To ktoś z rodziny?

– Pewnie, że znam! Kto by go nie znał! To wielki konstruktor… Wiem, bo chodzę do aeroklubu!

– A ja go tam nie znam! To znaczy teraz już znam… – Policjant pochylił się nad rannym. – Słabo z tym panem inżynierem, nieprzytomny, ale dycha. Jeszcze dycha. Nie przeszkadzaj, mały, nic tu po tobie. Zmiataj stąd, bo zaraz przyjedzie ambulans pogotowia ratunkowego, trzeba im umożliwić dojazd do rannego!

W tym momencie Puławski otworzył oczy, spojrzał zamglonym, nieprzytomnym wzrokiem na Krzysia i jęknął.

– Chyba mnie poznał! – wykrzyknął Krzyś i ku zaskoczeniu policjanta schylił się, niemal na czworakach przebiegł pod jego ręką i wcisnął się między ludzi udzielających pomocy inżynierowi.

– Panie inżynierze, panie inżynierze!

Przycupnął przy rannym pilocie, a ten wyszeptał kilka słów.

– Co mówi?! – krzyknęła pielęgniarka, która nadbiegła z pobliskiej fabryki tytoniu. Odciągnęła go od Puławskiego. – Powiedz, chłopcze!

– Nic – szepnął Krzyś, do którego powoli docierało, że to nie zabawa w puszczanie szybowców, że doszło do prawdziwej katastrofy i ma przed sobą umierającego człowieka. – To majaczenie. Z nim naprawdę jest źle – powiedział z powagą, starając się nie rozpłakać.

Tuż za pielęgniarką nadbiegł z fabryki lekarz. Przyszli też robotnicy, którzy na wieść o katastrofie przerwali pracę.

– Nic tu po tobie, chłopaku – powiedział ktoś do Krzysia, a on czuł, że robi się coraz bledszy. – Zmiataj do domu, bo zemdlejesz, a lekarze mają już pacjenta.

Krzyś rzeczywiście czuł się słabo, ale nie miał zamiaru nikogo słuchać. Lekarz, pielęgniarka i gapie skoncentrowali się na inżynierze Puławskim, wykorzystał więc to, podszedł do maszyny i ostrożnie zajrzał do szczątków kadłuba. Doskonale wiedział, że samolot jest dwumiejscowy, więc spodziewał się zobaczyć jeszcze jedne zwłoki. Z inżynierem latała często jego narzeczona, panna Hanna Henneberg, pilotka, która szkoliła się w aeroklubie. Nie zobaczył jednak zwłok, lecz coś, czego zobaczyć się nie spodziewał: dwa betonowe bloczki. Ja jednak jeszcze mało wiem o lataniu, pomyślał zdziwiony. Dalsze rozważania przerwała syrena karetki pogotowia. Nieprzytomnego, ale wciąż jeszcze żyjącego Puławskiego ułożono na noszach i wsunięto do ambulansu.

Nic tu po mnie, pomyślał Krzyś, widząc, że przyjechała także ciężarówka z policjantami, którzy zaczęli odsuwać gapiów i otoczyli kordonem szczątki maszyny.

Ruszył więc do domu. Po drodze, na środku trotuaru, leżała porzucona przez niego teczka, a w mieszkaniu czekała z obiadem gosposia Gabriela. Gdy o niej pomyślał, zrobiło mu się raźniej. Zawsze potrafiła go pocieszyć…

ROZDZIAŁ I

w którym aspirant Pancer wygłasza ważną deklarację, alkohol jest najlepszym lekarstwem na samotność, a w starciu z bólem egzystencji przegrywają największe autorytety i przyjaźnie.

Wtorek, 18 sierpnia 1931, Warszawa

Komisarz Kornel Strasburger czuł się coraz marniej. Alkohol począł z niego parować wszystkimi porami i zdawał się wychodzić z organizmu nie samotnie, lecz z resztką sił. Trzeba się skupić, mieć dobrą bokserską sylwetkę, by przynajmniej sprawiać dobre wrażenie. Ustawił się jak należy, bokiem, na lekko ugiętych nogach i z wysoką gardą. Było to zbawienne w skutkach, bo dzięki temu mógł sprawniej wykonać unik przed ciosem, który niczym pocisk poszedł w jego kierunku. Była to kolejna fanga mogąca zakończyć walkę i gdyby nie chwila koncentracji i skupienia, pewnie by taka była. Raz za razem ten gnojek dawał mu pokaz siły, szybkości i sprawności. Musi wytrwać, przeczekać napór tego cholernie mocnego i aroganckiego typka. Przystojniaczek Faustyn, nazywany przez wszystkich Faustem, był doskonałym bokserem, który swoimi atutami, siłą i pewnością siebie, grał z wielką swobodą. Teraz, po wyprowadzeniu kolejnej serii ciosów, w ogóle niezdyszany, uśmiechnął się do posapującego Strasburgera, odgarniając blond włosy, które opadły mu aż na kwadratową szczękę. Pieprzony modniś, ale przyoszczędził na dobrej brylantynie, pomyślał podkomisarz Strasburger i też się uśmiechnął, bo wyobraził sobie, jak z twarzy napastnika znika zadowolenie. Na razie jednak to on się cofał, lecz robił to powoli, bez paniki, tak by zachować kontrolę i żeby oddanie inicjatywy silniejszemu przeciwnikowi było taktyką, a nie ucieczką. Był w defensywie, nie tracił jednak pewności siebie. Znów kolejna seria ciosów, z których jeden odebrał mu oddech. Przywarł do przeciwnika, żeby w klinczu zyskać na czasie i odpocząć.

– Znów był bal i znów się lała wódzia strumieniami – zasyczał mu tamten do ucha. – Zaraz panu komisarzowi zacznie brakować sił!

Faust go przecenił, bo sił brakowało mu od dawna! Strasburger zebrał się jednak w sobie i odskoczył, chcąc mieć przeciwnika na dystans, by lepiej przewidzieć jego ruchy. To szarpnięcie wypompowało z niego siły, czas nie pracował na jego korzyść, coraz bardziej dawały o sobie znać zmęczenie i kac. Trzeba to skończyć jak najszybciej, tylko jak?

– No chodź, cwaniaku – starał się sprowokować napastnika.

– Idę, hincie[1], ale nie sam! – zaśmiał się tamten, sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej nóż. – Nudzi mi się już ta zabawa, a na mnie czeka towarzystwo i panienki, więc załatwimy to ekspresowo, jeszcze dwie minutki i padniesz. – Z ciemności dobiegł śmiech, bo obserwatorom tych coraz bardziej nierównych zmagań spodobały się słowa silnego młodzieńca.

Tylko Strasburgerowi nie było do śmiechu, dla niego żarty skończyły się już dawno temu, a teraz zaczęły się poważne kłopoty. O tym, że nie będzie łatwo, przekonał się już na starcie. Wydawało mu się, że załatwi tego pewnego siebie szczeniaka tak jak wielu innych, że zrobi to jak zwykle, czyli tak, jak robią to rewolwerowcy na westernach: błyskawicznie wyciągają broń i w try miga kończą konfrontację. Strasburger zawsze robił to w okamgnieniu, tym razem jednak coś poszło nie tak. Może to wina kolejnej ciężkiej, zakrapianej alkoholem nocy, a może przeciwnik był zbyt czujny i szybki? Pewnie jedno i drugie, więc skurwiel czytał w nim jak w otwartej książce, unikając tego, co spotkało już wielu przed nim. Do tej pory niemal każdy czyhający na zdrowie czy życie Strasburgera kończył, spoglądając bezradnie i w strachu w lufę jego służbowej broni, a że umiał jej używać, o tym wiedzieli wszyscy, bo to przecież on przyczynił się do śmierci sławnego Krwawego Wiktora!

Tym razem nic nie poszło po jego myśli, bo gdy wyciągał rękę, otrzymał silnego kopniaka w dłoń, a rewolwer poleciał w dal, koziołkując w powietrzu, i upadł gdzieś w ciemnym kącie. Strasburger chciał poszukać go wzrokiem, musiał jednak koncentrować się na szybkich, mocnych pięściach przeciwnika. Modniś dobrze walczył, serie ciosów wyprowadzał z rozmysłem. Ta ostatnia sprawiła, że po kilku uderzeniach Strasburger odsłonił pierś i ciosy na moment pozbawiły go oddechu, a potem dostał potężną fangę w nos. Było blisko nokautu, a za chwilę będzie jeszcze bliżej. Teraz musiał skoncentrować się przede wszystkim na prawej ręce przeciwnika uzbrojonej w nóż. Faust Pancer nie był tępym osiłkiem, lecz spryciarzem, który miał wszystko przemyślane, a więc teraz na pewno będzie chciał zmniejszyć dystans i doprowadzić do zwarcia, by zadać z bliska śmiertelny cios nożem. Robiło się gorąco. Po czole Strasburgera spłynęła kropla potu, było przecież lato.

Pocił się nie tylko z emocji i wysiłku, ale też z powodu kieliszków wódki wypitych poprzedniej nocy oraz kufli piwa, którymi gasił pragnienie następnego dnia.

– Męczy cię kac, psie – szepnął tamten, podchodząc coraz bliżej.

Strasburger ruszył do przodu, mając do dyspozycji tylko gołe pięści. Zaskoczył tym Pancera, odchylił się niemal jak dyskobol, ale zrobił do przodu tylko pół kroku, co zaakcentował mocnym tupnięciem. Przystojniaczek zamierzał go obejść i wbić mu nóż między żebra, on jednak to przewidział, czekał na to i chciał założyć mu dźwignię, ale przeciwnik też przewidywał więcej niż jeden ruch do przodu. Faust odskoczył, po czym stanął z opuszczonymi rękoma i się zaśmiał.

– Dobrze, że odpuściłeś, cep przeszyłby powietrze, a ja nie potrzebowałbym nawet noża, skontrowałbym cię sierpowym na podbródek, później wziąłbym pod obcasy, a na koniec popieścił majchrem. Ale co się odwlecze, to nie uciecze, może lepiej wcześniej niż później, skoro nie masz już siły?

Nim te słowa wybrzmiały, blondyn dopadł do komisarza z nożem wycelowanym w jego brzuch. Strasburger odskoczył, zginając się w paragraf, i właśnie wtedy poszedł lewy zamachowy. A więc pchnięcie nożem było tylko na wabia, dla zmyłki, żeby spodziewał się czegoś zupełnie innego! Szarpnął głową w tył tak, że o mało nie skręcił sobie karku, ale się opłaciło: pięść przeleciała obok. Brakło niewiele, tak niewiele, że w nosie i na policzku poczuł podmuch. Od ciężkiego nokautu dzielił go milimetr, góra dwa, niechybnie straciłby przytomność, a później pewnie i życie, ugodzony nożem.

Kornel Strasburger jednak nigdy nie pękał, a od czasu krwawej walki w willi na Saskiej Kępie był gotowy na wszystko. Pokonanie dwóch byłych zapaśników z cyrku przy Okólniku, którzy zarabiali na życie jako zawodowi mordercy, dodało mu pewności siebie. Wykorzystał to, że Faust z trudem złapał równowagę i przez chwilę stał w wykroku, i kopnął go tam, gdzie powinno najbardziej boleć.

– O kurwa, moje jaja! – usłyszał ryk.

Walka była skończona. Aspirant Faustyn Pancer leżał skulony na macie i wył, jakby powtarzał mantrę:

– O kurwa, moje jaja!

– Ja tego nie rozmasuję! – zastrzegł starszy przodownik Zyga Stolarczyk, który wyłonił się z mroku.

Młodzi śledczy, aspirant Tomasz Jung i posterunkowy Wincenty Rybski, zaśmiali się cicho, bo nie przepadali za Pancerem, którego uważali za dupka. Ich śmiech zagłuszyły oklaski policyjnej publiczności.

– Znakomity finał, panie podkomisarzu. Piękny pokaz na koniec ostatnich zajęć przed urlopem! – Komisarz Władysław Pytlasiński bił brawo potężnymi dłońmi. – Możemy już zapalić światło!

Ktoś przekręcił bakelitowy włącznik i w sali zrobiło się jasno. Dopiero teraz Strasburger zobaczył, że rewolwer leży blisko niego. Cholera, w takich sytuacjach przydają się latarka i gwizdek, ale on nie wypychał sobie kieszeni takimi rzeczami, przecież musiały się w nich pomieścić portfel, zapalniczka, papierośnica i zapasowa paczka papierosów.

Podniósł rewolwer i schował go do kieszeni, po czym podszedł do Pancera. Młody, dobrze zbudowany śledczy był teraz jak swoja własna miniaturka. Leżał zwinięty w precelek i wciąż jęczał.

– O kurwa, moje jaja…

– Przepraszam, mierzyłem w brzuch! – szepnął mu do ucha Strasburger, podnosząc z maty drewnianą atrapę noża. – Gdybym był bardziej wygimnastykowany, przynajmniej tak jak pan, pokusiłbym się o trafienie pana szpicem buta w czubek brody. Trudno, wyszło, jak wyszło.

– Nie musiał pan tak mocno! – stęknął Pancer.

– Naprawdę mierzyłem w inne miejsce, ale straciłem równowagę. – Strasburger łgał jak najęty, a na koniec klepnął młodszego kolegę w ramię.

– Ale dlaczego tak mocno?

– Bo nie lekko, panie aspirancie – powiedział dobrotliwym tonem starszy przodownik Stolarczyk. – Chciałem tylko zauważyć, że gdyby pana cios dosięgnął nosa pana komisarza, toby mu ten nos razem z głową i płucami odleciał. Nie żałował pan siły.

– Biłem zamachowym, żeby pan komisarz miał czas na unik – tłumaczył się Pancer z głupkowatym, przymilnym uśmiechem, który na jego wykrzywionej bólem twarzy wyglądał jak grymas.

– Poszła taka torpeda, że ledwie się wywinąłem. O mało nie urwałem sobie głowy, panie kolego. – Strasburger rozmasowywał sobie kark i szyję, jakby chciał pokazać Pancerowi, że obaj ponieśli straty.

– To była dobra walka, panowie – pochwalił ich komisarz Pytlasiński. – Chodzi mi nie tylko o taktykę i sprawność fizyczną, ale i o prowokację. Pan aspirant pięknie wszedł w skórę bandziora. Jest pan młodym policjantem, ale znakomicie wczuł się pan w tę rolę! Ten język, ta intonacja, zupełnie jakbym słuchał starego recydywisty, brawo, brawo!

– Alesumma summarum przegrałem – stwierdził, krzywiąc się, Pancer, który wciąż siedział na macie i masował obolałe krocze.

– To była najdłuższa walka, jaką musiał stoczyć pan podkomisarz – powiedział Pytlasiński, śmiejąc się. – On zawsze działał jak rewolwerowiec, w okamgnieniu wyciągał rewolwer i było po wszystkim. Aż do dzisiaj. No, ale skoro nie zakończył pan walki w pierwszej sekundzie, potrafił pan postawić akcent na koniec rundy – zwrócił się do Strasburgera. – Podobała mi się próba założenia dźwigni, ale w końcu musiał pan improwizować i zakończyć walkę za pomocą brudnego triku. Ten kopniak to był prawdziwy majstersztyk, panie komisarzu. Majstersztyk!

– No, wstawaj pan. – Stolarczyk zaczął podnosić Pancera. – Skoro wielki Pytlas mówi, że było git, to znaczy, że było git. Niejeden dałby się za taki komplement porąbać!

Starszy przodownik nie przesadzał, bo zanim Władysław Pytlasiński został komisarzem do spraw samoobrony, zaczął uczyć w szkole policyjnej i prowadzić zajęcia z warszawskimi funkcjonariuszami, był największą gwiazdą zapasów. To on przetarł drogę na szczyt Zbyszkowi Cyganiewiczowi oraz Teodorowi Sztekkerowi, będąc pierwszym mistrzem świata pochodzącym z Polski, i nawet po ich wielkich sukcesach pozostawał największym zapaśniczym autorytetem.

Na twarzy aspiranta Faustyna Pancera pojawił się uśmieszek.

– Kiedyś to ja postawię kropkę nad „i” – powiedział butnie.

– Nie sądzę – odrzekł Strasburger z czarującym uśmiechem.

– Nie będę potrzebował tej atrapy noża, załatwię pana gołymi pięściami. Stale wzbogacam mój repertuar ciosów! – Aspirant Pancer nie miał już cierpiętniczego oblicza. Górę nad bólem wzięły dziecięca złość i dojrzała wizja zemsty.

Na te słowa Kornel Strasburger ucieszył się jak sztubak i uderzył dłońmi o uda, aż poszedł huk na całą, wcale niemałą salę gimnastyczną.

– A ja będę wiedział, że kopiesz pan jak koń, i już nie dam się zaskoczyć. Przekonałeś się, że i ja potrafię dać kopa jak jakiś futbolista. Pamiętaj pan, panie Faust, że kto mieczem wojuje, od miecza ginie! C’est la vie! Ale cieszę się, że już pan nie cierpi, znaczy się, klejnoty całe? – zakończył ze złośliwym uśmieszkiem.

Aspirant Pancer chciał zripostować, lecz nie zdążył.

– Pan, panie aspirancie, jesteś silny, ale musisz wiedzieć, że podkomisarz Strasburger nie popełnia dwa razy tego samego błędu – powiedział z powagą starszy przodownik Stolarczyk. – On ma kiepełę nie od parady i wszystko w niej jest posegregowane i ułożone akuratnie i dokładnie jak w szwajcarskim banku!

– Przekonamy się – mruknął Faustyn Pancer. – Następnym razem zaskoczę wszystkich, a najbardziej pana Strasburgera. Zobaczycie, panowie!

– Zobaczymy, zobaczymy… – Stolarczyka rozśmieszyły te groźby. – Nie mogę się doczekać! Może i mnie rzuci pan kiedyś wyzwanie? – Odpowiedź na to pytanie nie była prosta, przecież przodownik Stolarczyk był kiedyś nie lada zapaśnikiem, a nawet kandydatem na wyjazd na paryskie igrzyska. Nie na darmo był ulubieńcem mistrza Pytlasińskiego i miał ksywkę Sztekker, którą koledzy z policji nadali mu na cześć najlepszego zapaśnika ich czasów, Teodora Sztekkera. – Mogę liczyć na pana łaskawość? – Starszy przodownik skłonił się grzecznie.

Dyskusję zakończył mistrz Pytlasiński:

– Na dzisiaj koniec, dżentelmeni. Za chwilę zaczyna się trening klubu zapaśniczego. Koniec z brudną grą, mata znów będzie należała do walki francuskiej!

Po tych słowach „zawodnicy” i publika ruszyła do drzwi, okazało się jednak, że nie dla wszystkich był to koniec spotkania z czempionem zapasów.

– Panie komisarzu, pan pozwoli na słowo. – Pytlasiński odciągnął Strasburgera na bok. – Dobrze, że wziął się pan za siebie, że znów znalazł pan czas na ćwiczenia. To ostatni dzwonek, więc korzystaj pan, ile możesz!

– Tak ze mną źle? – Strasburger uniósł brwi.

– To też. – Pytlasiński uśmiechnął się pod bujnym wąsem. – Nadużywasz pan alkoholu, tego nie da się ukryć. Przełożeni w Urzędzie Śledczym panu pobłażają, boś pan gwiazda, a i ja mam do pana słabość, bo mimo wszelkich wad wygrywasz pan sprytem, siłą woli i opanowaniem… Ale ja nie o panu, nie o pana problemach, ale o swoich muszę powiedzieć słów kilka. Prowadzę zajęcia, ale wiem, że dużo już nie pokażę. Czuję się słabo…

– Pan, słabo? – zdziwił się Strasburger. – Panie komisarzu!

– Mam sześćdziesiąt osiem lat! – powiedział mistrz Pytlasiński, akcentując każdą głoskę, by mieć pewność, że informacja dotrze do adresata.

– Nie wygląda pan na tyle!

– Metryki nie można oszukać, a już na pewno nie w sporcie. Długo, może nawet za długo startowałem…

– To było całkiem niedawno. Bodaj w dwudziestym piątym prowadził pan przed tysiącami ludzi pokaz atletyczny z okazji trzeciego maja. Publiczność ledwie pomieściła się na Placu Zamkowym. Pamiętam to jak dziś, wypatrywaliśmy wtedy kieszonkowców.

– Ale to nie było dziś, tylko sześć lat temu, a dzisiaj jest dzisiaj i to już zupełnie co innego. W pewnym momencie czas przyśpiesza i pędzi, a na starość człowiek zmienia się tak szybko, jak w dzieciństwie. Z roku na rok postępują zmiany, których nie da się zatrzymać, tak jak nie daje się zatrzymać czasu. – Pytlasiński położył wielką dłoń na ramieniu Strasburgera i spojrzał mu w oczy z ojcowską troską. – Mogę pomóc dobrym słowem, mogę coś podpowiedzieć, ale coraz mniej mam do pokazania. Siły nie te. – Jakby na potwierdzenie tych słów potężnym ciałem Pytlasińskiego wstrząsnął kaszel. – Korzystaj pan, póki można! – Kornel Strasburger pokiwał głową. – Masz pan refleks, nie poddajesz się, znakomicie panujesz pan nad nerwami – ciągnął Pytlasiński. – Sporoś pan przeszedł, w samej policji było tego dużo, a do tego wojna i to pańskie pływanie, portowe życie… Masz pan doświadczenie i ufasz swojemu sprytowi oraz gracji, z jaką wyciągasz z kieszeni rewolwer, ale dzisiaj się nie udało, bo pan aspirant Pancer pana uprzedził.

– Wiedział, że sięgnę po rewolwer!

– Każdy bandzior, który ma do czynienia z policjantem, o tym wie.

– Zwykle się udawało!

– Zwykle byłeś pan szybszy! Musisz trenować i szybkość, i refleks, i siłę oraz, ma się rozumieć, wytrzymałość. Dam panu sztangę, niech pan popracuje w domu. Słyszałem, że wyjechała pana narzeczona, więc wykorzystaj pan ten czas jak najlepiej! Wiem, jak to jest, każdy mężczyzna, nawet jeśli najbardziej kocha swoją kobietę, ma jakieś słabostki… Broń Boże nie mówię o zdradzie, bo najczęściej to są spotkania z kolegami, wyścigi i karty, a wszędzie tam jest alkohol. Wódka to największy wróg, panie komisarzu, ale metodą walki z nim nie jest lać go w pysk. – Mistrz uśmiechnął się, zadowolony ze swoich słów. – A pan, zdaje się, walczy ostatnio z gorzałką na wszystkich frontach i okłada ją i sierpowym, i prostym, i podbródkowym, a jak trzeba, to i oburącz. Po takiej walce zawsze trzeba wrzucić w siebie trochę kalorii, a to bywa jeszcze gorsze niż picie. Zaokrąglił się pan na twarzy, nie tylko zresztą na twarzy, ruchy już nie te, a pan nie pracujesz za biurkiem i od pańskiej sprawności może zależeć pana zdrowie, a nawet życie. Zbastuj, człowieku, szkoda by było pana stracić, panie podkomisarzu Strasburger!

Poczuł się jak uczniak. Jego miłość, panna Ola Fuks, wyjechała, a on używał kawalerskiego życia, nie żałując sobie wódki ani piwa, które zakąszał wszystkim z wyjątkiem nóżek, bo od zawsze ich nie cierpiał. Pochylił lekko głowę, dziękując i dając znak, że pojął wykład mistrza, jednak ten jeszcze nie skończył.

– Panie przodowniku Stolarczyk! – zawołał Pytlasiński. – Niech pan pilnuje pana Strasburgera!

– Rozkaz, panie komisarzu. Przypilnuję tego nicponia. – Zygmunt Stolarczyk wyprężył się jak struna.

– Nie traktuję tego jak żart, lecz jak zobowiązanie! Masz pan tu sztangę dla pana oficera i pilnuj, żeby regularnie zażywał z nią ćwiczeń. Jesteście sąsiadami, więc proszę mieć na niego oko. To nie towarzyski żarcik, tylko poważna, służbowa sprawa! Rozumie pan, panie starszy przodowniku?

– Tak jest, panie komisarzu! – Stolarczyk wyprężył się jeszcze bardziej. – Dla mistrza wszystko!

– Jest pan doskonałym zapaśnikiem, a do tego nie marnował pan czasu na zajęciach, gdy omawialiśmy japońskie dżu-dżitsu i wolną amerykankę – ciągnął Pytlasiński. – Ufam, że wywiąże się pan z zadania, jakim jest praca nad wyjątkowo niezdyscyplinowanym osobnikiem, czyli panem podkomisarzem Strasburgerem!

– Ale, panie komisarzu… – zaczął Strasburger.

Pytlasiński gestem nakazał mu milczenie.

– To rozkaz! Są jakieś pytania?

Zydze Stolarczykowi to pasowało i tylko uśmiechał się pod wąsem, a Kornel Strasburger nie czuł się na siłach kwestionować słów starszego stopniem.

– Sprawę uważam za załatwioną, panie starszy przodowniku Stolarczyk. Jesteś pan odpowiedzialny za kondycję fizyczną pana podkomisarza Strasburgera! – Władysław Pytlasiński wyprostował się tak, jakby znów był młodym czempionem zapasów, a nie blisko siedemdziesięcioletnim instruktorem Policji Państwowej. – Postępy zweryfikuję za dwa miesiące. Teraz wyjeżdżam do wód i proszę, by panowie dobrze wykorzystali ten czas. Adieu!

Strasburger i Stolarczyk wyszli z budynku szkoły policyjnej przy Ciepłej 13 i pożegnali się z kolegami.

– No i co z tym zrobimy? – zapytał Strasburger.

– Jak to co? – prychnął aspirant Stolarczyk. – W śledztwach szefem jesteś ty, ale jeśli chodzi o twoją kondycję fizyczną, musisz podporządkować się komisarzowi Pytlasińskiemu.

– Ze mną jak z dzieckiem, za rączkę i do baru!

– Brawo! – wykrzyknął starszy przodownik. – To doskonały początek, ale chyba nie na dzisiejszy wieczór.

– Dlaczego?

– Po pierwsze, masz o siebie dbać. To, co powiedział Pytlas, jest święte!

– Nie przesadzaj, służbista się z ciebie zrobił?

– Przecież wiesz, że komisarz Pytlasiński to dla mnie ktoś więcej niż tylko starszy stopniem.

– Doceniam, ale ja chyba też coś znaczę. – Strasburger się zaśmiał i zapalił papierosa.

– A po drugie, Kornelu, to może być ostatni rozkaz Pytlasa. Niedomaga i jego pobyt u wód na pewno się przedłuży. To jak testament. Poza tym… – Stolarczyk wbił wzrok w Strasburgera. Wyglądało na to, że coś powie, ale tylko machnął ręką.

– No co, Zyga, co masz mi do powiedzenia? – zachęcał komisarz, ale Stolarczyk tylko przestępował z nogi na nogę i mimo że był starszy od Strasburgera, teraz wyglądał jak przerośnięty zdenerwowany uczniak. – No, wal śmiało.

– Pijak się z ciebie robi! – wypalił Zyga. – Nie widzisz, że stajesz się ochlejusem?

– I kto to mówi? – Strasburger parsknął śmiechem. – I kto to mówi? Przyganiał kocioł garnkowi. Przecież ty też nie wylewasz za kołnierz!

– Nie, nie wylewam, dlatego widzę, że pijesz za dużo. Nie ma dnia, żebyś nie skończył w szynku. Przychodzisz na Daniłowiczowską w coraz gorszym stanie, już szepcą za twoimi plecami, pokazują cię palcami. Nie widzisz tego?

– Sram na nich. – W Strasburgerze nie było ani odrobiny skruchy. – Sram i tyle. – Stolarczyk pokiwał głową. – A co, może i ty tak sądzisz, hę? – Strasburger, nie czekając na odpowiedź, obrócił się na pięcie i poszedł w kierunku Woli, zostawiając Zygę ze sztangą od mistrza Pytlasińskiego.

– Kornelu! Nie obrażaj się! – zawołał Stolarczyk. – Chodź, razem zabierzemy się do domu, we dwójkę jakoś damy radę przewieźć sztangę tramwajem na Mokotów.

I o to właśnie chodziło Strasburgerowi, o ten tramwaj, o wspólną jazdę do domu, o to, że będzie musiał znosić obecność Zygi i jego gadki jak z harcerskiego katechizmu. Zdrowie, tężyzna, dieta, mniej alkoholu, wszystkie te mądrości od komisarza Pytlasińskiego.

Obaj mieszkali w tym samym ministerialnym budynku przy Łowickiej i do tego na tym samym piętrze. Możliwość zamieszkania w tak eleganckim miejscu była nagrodą za rozwiązanie głośnej sprawy serii morderstw, którą warszawska prasa ochrzciła mianem nowego alfons pogromu. Ich przełożony, nadkomisarz Wawrzyniec Słubica-Popielski, dotrzymał słowa i za śledztwo, które nie tylko dało mu awans na podinspektora i wywindowało na posadę dyrektora w ministerstwie, odwzajemnił się przydzieleniem im mieszkań w kolonii pracowników MSW. Do tego Stolarczyka awansowano na starszego przodownika, a Strasburgera na podkomisarza i przydzielono mu funkcję kierownika brygady specjalnej.

To jednak, co jeszcze niedawno było radością i luksusem, teraz stało się niewygodą. Kornelowi Strasburgerowi nie chciało się słuchać mendzenia Zygi przez co najmniej trzy kwadranse. Najpierw musieliby iść dziesięć minut na przystanek na rogu Marszałkowskiej i Królewskiej, nie wiadomo jak długo czekać na trójkę, a potem pół godziny jechać do pętli na Rakowieckiej. Prawie godzina morałów, dobrych rad i próśb. Chrzanił to! Poza tym suszyło go, a niedaleko, przy Chłodnej pod pięćdziesiątym, był Bar pod Pięćdziesiątką. Pyszna nazwa. Marszałkowska 100 ma Bar pod Setką, Chłodna 50 Pięćdziesiątkę. Najpiękniejsze w tej historii było to, że specjalność zakładu można było powtarzać raz za razem!

– Kornelu, zrzucimy się na dorożkę, będzie łatwiej dowieźć sztangę! – usłyszał głos Stolarczyka. Stał, trzymając sztangę od mistrza Pytlasińskiego. – Kornelu, to twoja sztanga!

– Ja się na to nie pisałem, to nie moje, tylko twoje zobowiązanie. Rób z nią, co chcesz! Ja do domu nie wracam, nikt na mnie nie czeka. Jeśli chcesz, to chodź ze mną. – Strasburger odszedł, zostawiając Stolarczyka na ulicy. Starszy przodownik nie wiedział, co powiedzieć, postał chwilę, po czym ruszył w stronę Królewskiej, mamrocząc pod nosem:

– Ale mnie urządził, kurtka na wacie, ale mnie urządził…

Niektórzy muszą nieść krzyż, a on niósł sztangę, bo na samotną jazdę dorożką nie było go stać. Meblowanie nowego mieszkania i wyjazd na letniaki wyssały z niego wszystkie pieniądze.

*

Wicekonsul Griebienszczykow siedział w swoim gabinecie, który mieścił się w budynku sowieckiego poselstwa przy Poznańskiej 15, i czekał na to, co powie jego gość. Gość tylko z nazwy, bo choć gabinet był jego, a rangą przewyższał przybyłego, to jednak tamten zdawał się gospodarzem. Bo asystent radcy handlowego, Michaił Iwanowicz, w rzeczywistości wojskowy z IV Zarządu Sztabu Generalnego Armii Czerwonej, nazywanego Razwieduprem, był jedną z najważniejszych osób w poselstwie.

Oficer sowieckiego wywiadu Iwanowicz rozparł się w fotelu i spojrzał na wicekonsula jak na petenta, a ten nieco zmieszany zapytał:

– Zatem, towarzyszu, nie wierzycie w jego słowa?

– Nie. Dopóki nie zrobi tego, do czego się zobowiązał, nie mamy do tego żadnych podstaw. Moim zdaniem to nie biezumiec[2], a sumasszedszij![3]Sumasszedszij i do tego basniopisiec, Kryłow, job jego mat’! – Iwanowicz patrzył na Griebienszczykowa tak, jakby chciał przeszyć go wzrokiem na wylot.

– A może tylko biezumiec? – Wicekonsul Griebienszczykow się uśmiechnął. – Bo trzeba być szaleńcem, żeby się podjąć takiej roboty, nieprawdaż?

– Może się też okazać, że to prowokator! Ta jego historyjka! – prychnął Iwanowicz.

– To, co mówił, było jak wiele innych historii. Zawsze tak jest, bo wszystko obraca się wokół burżuazyjno-sanacyjnej polskiej zgnilizny. W wielu przypadkach zdrada to rezultat rozwiązłego życia, upadłych kobiet, hazardu i alkoholu. Takie życie kosztuje, więc zaczyna brakować pieniędzy i wtedy pukają do naszych drzwi! Coraz więcej jest jednak ludzi, których mierzi hipokryzja i brak możliwości rozwoju i uczciwej pracy, jaką daje tylko Kraj Rad. – Iwanowicz słuchał wywodu Griebienszczykowa i czuł, że jego cierpliwość się kończy. Kręcił się nerwowo w fotelu, a wicekonsul tłumaczył z zapałem: – Nasze uczelnie, akademie, kursy, perspektywa dobrego życia i wielkiej przygody. Kto chce pracować i walczyć dla Związku Radzieckiego, ten gotów dokonywać czynów niezwykłych. Robi to spontanicznie, a dopiero później planuje! Tak postępuje człowiek ufny w swoje możliwości, a oszukany przez burżuazyjny system!

– Nie tłumaczcie mi takich rzeczy. – Iwanowicz zacisnął na moment wąskie wargi. – Ja najlepiej wiem, kto się zgłasza i kogo werbujemy! Są różne przypadki i różne sposoby zemsty na burżuazyjnych oprawcach i wykazania się przywiązaniem do naszej sprawy. Ale ja nie wierzę, że to jego robota, tym bardziej nie wierzę w to, co zrobić obiecuje. Bzdura! Bzdura i tyle. – Iwanowicz skierował swoje szare wodniste oczy na okno. Wydawało się, że mówi sam do siebie, że nie potrzebuje potwierdzenia swoich słów. Griebienszczykow jednak się odezwał, bo nie miał zamiaru zgadzać się z oficerem Razwiedupra.

– Zobaczymy. Jeśli mówi prawdę, to zrobi także to, co zapowiada. Dowiemy się jutro rano…

– Nie powiem, żebym tego nie chciał, bo wtedy czekalibyśmy na jego kolejny krok, a ten byłby dla nas niezwykle doniosłą sprawą. – Wąskie jak nitka wargi Iwanowicza rozciągnęły się w uśmiechu. – Towarzysz Stalin lubi takie akcje i ceni takich ludzi. Nie muszę was przekonywać, że wtedy nasza placówka zyskałaby uznanie. – W oczach wicekonsula pojawił się błysk.

– Bo wciąż jesteśmy w cieniu ekspozytury w Gdańsku – wyrwało się Griebienszczykowowi. – A przecież robimy tu doskonałą robotę. Oczywiście cieszę się, że pracujemy, jak możemy najlepiej, dla towarzysza Stalina i Związku Radzieckiego, uważam jednak, że nie powinno być tak, że to Gdańsk jest naszą centralą.

– Jest, jak jest! – uciął Iwanowicz, jakby uważał, że rozmowa może być podsłuchiwana albo że sam Griebienszczykow sporządzi z niej raport i jej zapis trafi na biurko w centrali. – Towarzysze w Moskwie wiedzą, co robić. Ja miałem na myśli to, że pokażemy, na co nas stać. A stać nas na wiele i bez tego człowieka.

– A ja w niego wierzę. – Griebienszczykow był niebezpiecznie uparty.

Iwanowicz przeciągnął się w fotelu i huknął:

– Pożywiom, uwidim! Na razie musimy się pozbierać po lipcowej wpadce. Straciliśmy mocnego agenta, a towarzysz Bogowoj został wydalony z Polski. – Popatrzył na dyplomatę ni to z wyrzutem, ni to z pogardą. – Towarzysz Bogowoj jest już w Moskwie, a tutaj jestem ja i muszę te sprawy uporządkować. Twardo stąpam po ziemi, więc jakieś przechwałki nie robią na mnie wrażenia. Lepiej wziąć się do roboty niż liczyć na cud. Bo cuda są dobre dla polskich panów, oni nawet gdy wygrywają, to mówią, że to cud! Cud nad Wisłą, job ich mat’!

Wicekonsul poczuł, że na jego czole zbiera się pot. Powiedział o jedno zdanie za dużo, nie wykazał należytej ostrożności, dał się podejść. Wiedział, że teraz wszystko zależy od tego człowieka. On mu wierzył, wyczuwał w nim ideowca, który kocha Związek Radziecki i chce dla niego pracować. A może po prostu chciał wierzyć, bo człowiek, który zgłosił się do poselstwa i obiecywał tajną pracę dla Związku Radzieckiego, dawał mu nadzieję na odbudowanie pozycji nadszarpniętej przez niedawną wpadkę i stratę agenta. Lipcowa wsypa była niezwykle bolesna, bo przecież niełatwo zwerbować kogoś, kto pracuje w sztabie generalnym.

ROZDZIAŁ II

w którym czerwony kur nie potrafi rozpalić emocji Kornela Strasburgera, przodownik Stolarczyk nie poznaje swojej żony, a prawda o wakacyjnym wyjeździe jest bardziej bolesna niż ceny w szwajcarskim kurorcie.

Noc z wtorku na środę, 18/19 sierpnia 1931, Warszawa

Wzdłuż północnego skraju pasa startowego Lotniska Mokotowskiego przemykała w mroku skulona postać. Ten człowiek chciał, ale i musiał być niski, bo skurczył się nie tylko po to, by go nie wypatrzono, ale także dlatego, że kanistry z benzyną, które niósł, dociskały go do ziemi. Dobrze wszystko obmyślił, przecież zastanawiał się nad tym od dłuższego czasu, a to, co zamierzał zrobić, wymagało nie tylko odwagi i zdecydowania, ale także chłodnej głowy. Kanistry przygotował dwa dni wcześniej i ukrył je w krzakach nieopodal hangarów i stoczni lotniczej. Od strony ulicy Wawelskiej i bramy, przez którą wjeżdżały wagony kolejowe, kręcili się strażnicy i policjanci z posterunku portu lotniczego, jednak od strony wschodniej lotniskiem nie interesował się prawie nikt, a pole niezauważalnie przechodziło w pas startowy. Ponoć kiedyś poprowadzą tędy aleję Wielkopolski, która będzie wiodła na nowe lotnisko Okęcie. Na razie jednak było to dzikie miejsce, nikt o nie nie dbał, a funkcję głównej drogi dojazdowej do lotniska pełniły Grójecka i Aleja Krakowska.

Jeszcze tylko dwadzieścia metrów i będzie na miejscu, przy ścianie baraku, w którym mieści się biuro konstrukcyjne. Dobrze, że inżynier chciał mieć warsztat blisko politechniki, a nie, jak inni, na terenie instytutu przylegającego do terenów wojskowych.

Odsapnął i zajrzał przez okno do biura. Inżynier Jerzy Radecki wciąż pracował. Ten as konstruktorów nie da jednak Polsce nowego, wspaniałego silnika, nie zbierze laurów i nie zasiądzie obok panów prezydenta i marszałka na defiladzie, nie zostanie odznaczony… No, może pośmiertnie, awansują go przy okazji na kapitana, a żona dostanie solidną rentę. A może lepiej poczekać, aż skończy, i przejąć plany? Nie, nie ma na co czekać, trzeba zrobić to, co trzeba. Kucnął, bo Radecki się wyprostował i zaczął ścierać smar z rąk. Inżynier kończy pracę, więc do dzieła! Oblewał barak benzyną, obserwując Radeckiego, który wciąż próbował doczyścić ręce. Podszedł do szafki i wyjął z niej flaszkę ze złotym płynem.

– Będzie mył ręce naftą – powiedział na głos i uśmiechnął się, pocierając zapałką o draskę. – To nie jest dobry pomysł, panie inżynierze Radecki. Te gorące ręce zapłoną!

Buchnął ogień, Radecki podskoczył, widząc, co się dzieje, jednak zamiast gasić płomienie, próbował wytrzeć pokryte naftą ręce. Ten nerwowy ruch spowodował, że flaszka spadła na podłogę i w jednej chwili jej zawartość stanęła w płomieniach, dłonie inżyniera również. Wyglądał jak płonący strach na wróble, ale ten słomiany jest niemy, a on strasznie krzyczał. Wtedy podbiegł do niego mężczyzna w kombinezonie.

– Cholera, nie jest sam – mruknął podpalacz.

Inżynier zwykle puszczał personel do domu, a sam ślęczał po nocach, teraz jednak był z nim majster Stefan Karolkiewicz. Szybko zdusił ogień na inżynierze, ale zaraz potem rzucił się nie do drzwi, które płonęły żywym ogniem, lecz do kasy pancernej z dokumentacją, jednak zamiast ją zamknąć, bo była ognioodporna, zaczął wyciągać z niej papiery. Wtedy eksplodowało paliwo w kanistrze stojącym w rogu baraku. Nie było go dużo, lecz zajęła się od niego puszka ze smarami, a następnie szmaty nasączone olejem. Blask ognia zmieszał się z gęstym dymem. Podpalacz chciał na własne oczy zobaczyć, co będzie dalej, jednak ciekawość przegrała z rozsądkiem. Od strony portu lotniczego dobiegły głosy wzywające pomocy, a po chwili zawyła syrena lotniskowej straży pożarnej. Nic tu po nim. O efektach swego dzieła dowie się z gazet.

*

Strasburgera obudziło walenie do drzwi. Zwlókł się z łóżka i najpierw podszedł do zlewu, by napełnić szklankę wodą. Wypił duszkiem i otarł rękawem usta. Rękaw był od koszuli, a nie od piżamy, a więc zwalił się jak stał. Ale marynarkę i buty zdjąłem! – pocieszył się natychmiast. Ile wypił Pod Pięćdziesiątką przy Chłodnej? Chyba niedużo, jakąś ćwiartkę i troszkę. To nie był ekskluzywny lokal, po prostu szynk, jakich wiele w tamtej okolicy. Na elegantsze lokale szkoda mu było pieniędzy, a poza tym nie chciał spotkać znajomych Oli, przyjaciółki, która od miesiąca siedziała w Paryżu. To dlatego był w fatalnym nastroju, włóczył się po szynkach i chłonął alkohol jak gąbka. Pukanie do drzwi nie ustawało, mimo to cofnął się do zlewu i znów podstawił szklankę pod kran. Wypił łapczywie, dochodząc do wniosku, że wódki było jednak więcej niż ćwiartka.

Kołysząc się, podszedł do drzwi i je otworzył. W progu stał Zyga Stolarczyk. Widać było, że ma ochotę skomentować jego wygląd, ale zamiast tego rzucił:

– Ubieraj się, pożar!

– Co?

– Ubieraj się, pożar! Nie słyszysz syren strażackich?

Rzeczywiście, w tle coś wyło.

– O, to dobrze, bo już myślałem, że mi przyniosłeś to żelastwo od Pytlasa. Szanuję go, ale tych ćwiczeń ze sztangą nie traktuję jako rozkazu. – Strasburger już miał zamknąć drzwi, ale pozwolił sobie na jeszcze jeden żarcik: – Bo rozumiem, że ten czerwony kur to nie u nas w domu? – Uśmiechnął się krzywo, a Zygę owionął odór przetrawionego alkoholu.

– Nie, na Lotnisku Mokotowskim. Płonie albo port lotniczy, albo zakłady lotnicze, a może wojskowe hangary.

Strasburger machnął ręką.

– Ja się nie najmowałem do straży, tylko do policji. Daj fachowcom popracować, tym ze straży ogniowej i chłopakom z najbliższego komisariatu. Ci z ulicy Lubeckiego mają tylko dwa kroki, jak sobie nie poradzą, to wezwą rezerwę pieszą i konną z Ciepłej, a dopiero gdy tamci nie dadzą rady, to będą dzwonili po nas. Kapewu? Przecież po to mam telefon. Możesz mnie rano obudzić, budzik mi się ostatnio psuje. – Komisarz zachichotał. – A teraz wybacz, Zyga, wzywa mnie specjalny nocny seans, będę śnił kolorowo i bajkowo. – To mówiąc, zamknął drzwi i poczłapał do łóżka.

– Kolorowo i bajkowo, cholera jasna – zaklął Stolarczyk. – Będziesz śnił o wzburzonym morzu, mój przyjacielu, a jeśli nie przyśni ci się sztorm, to poczujesz, jak wiatr miota tobą po ulicy niczym Żydem po pustym sklepie. – Pomamrotał jeszcze coś pod nosem i wrócił do domu, gdzie czekała na niego żona.

– I co powiedział? – spytała Jadwiga Stolarczyk, ziewając.

– Że nie najmował się do straży ogniowej, tylko do policji.

– Święte słowa, zawsze mówiłam, że to mądry człowiek, ten Kornel Strasburger. Dziękuj Bogu, że trafił ci się taki rozsądny przełożony.

– Dziękuję i proszę, żeby jeszcze sprawił, by mój przełożony nie był pijakiem – mruknął Stolarczyk.

– Nie kpij. Tak to wszystko załatwił, że mieszkamy porządnie w nowym jasnym mieszkaniu z wygodami. Nie każdy upomniałby się o swojego współpracownika, tylko pilnowałby własnego tyłka.

Zyga Stolarczyk nie komentował tych słów, bo żona miała rację: Kornel Strasburger był nie tylko jego przełożonym, lecz także przyjacielem. Mówili sobie po imieniu, co było niezgodne z regulaminem, jednak odstępstwa od reguł napotykało się niemal na każdym kroku. Kiedy oskarżono go o wyciąganie siłą zeznań, Strasburger nie tylko go nie opuścił, ale i wsparł w sposób, który, gdyby to się wydało, zakończyłby jego karierę. Zyga pokiwał głową, jednak żona nie skończyła jeszcze mówić.

– Może ma jakieś kłopoty? Nikt nie jest święty, z tobą na czele. Margasz na komisarza i narzekasz, a jak coś nabroisz, to zawsze zwalasz na niego.

– Daj spokój, Jadwisia, daj spokój – powiedział Stolarczyk, gramoląc się do łóżka. – Owszem, tak mówiłem, ale to była szczera prawda. Ja się tam nie szwendam jak jaki pijak, tylko czasami z szefem szliśmy przy małym kieloneczku omówić najważniejsze sprawy. Nie będę bajerował, że nie piję, czasem i nadużywam, ale to, co się dzieje z naszym sąsiadem…

Widział to od jakiegoś miesiąca, przecież codziennie spotykał Strasburgera w Urzędzie Śledczym. Widział też, jak z trudem dawał sobie radę na ostatnich ćwiczeniach u mistrza Pytlasińskiego, widział go również przed chwilą.

– Jadwisiu, on nawet teraz jest pod gazem!

– Niemożliwe!

– Możliwe. I to nie jest, moja kochana, byle jaki gaz. Jest schlany jak ta lala.

– A ta jego panna Ola… Przecież jest taki zakochany, a ona, sam mówiłeś, to taka klawa, rozumna babka!

– I klawa, i rozumna, i niekulawa, ale ma w tej chwili poważny feler.

– Coś jej się stało? – zaniepokoiła się Jadwiga.

– Właściwie to nic, ale wadę ma całkiem poważną, powiedziałbym, że zasadniczą: panna Ola miesiąc temu wyjechała do Paryża.

– To tak mi mów! – Pani Stolarczykowa odetchnęła z ulgą. – Wszyscy jesteście tacy sami! Właśnie sobie przypomniałam, co żeś, gałganie jeden, nawywijał, jak byłam z dziećmi na letniakach!

– Oj tam, oj tam – mruknął Stolarczyk. – Pewnie, że tak, ale parę dni, a później mi przeszło. Ja tylko wyrównałem koleżeńskie zobowiązania i zaległości, a uzbierało się tego, bo choć była wiosna, odrabiałem ze znajomkiem bożonarodzeniowego śledzika. To ledwie dwa wieczory były, a Kornel pije bez opamiętania.

– On jest starszy stopniem, ale tyś jest bardziej dorosły. – Jadwiga usiadła na brzegu łóżka i pogładziła męża po wąsie. – Wytłumacz mu to! – zażądała.

– Chciałem, tak na poważnie, prawie po ojcowsku, bo przecież troszkę starszy jestem, ale on chce rozmawiać tylko przy wódce! Zmyłaś mi głowę za to żelastwo, które przytargałem do domu, a to nie żelastwo, tylko sztanga od komisarza Pytlasińskiego. Czempion dostrzegł, że Kornel ma jakiś problem, i chciał go zachęcić do treningów, czyniąc mnie odpowiedzialnym za jego postępy. Wiedziałem, że nie będzie łatwo, ale jest gorzej, niż mogłem się spodziewać. Po wyjściu z sali na Ciepłej chciałem z nim porozmawiać w drodze do domu, a on powiedział, że interesuje go tylko gadka przy wódzi, i zostawił mnie z tą sztangą jak jakiegoś ciecia.

Jadwiga Stolarczyk się zamyśliła, jednak na jej twarzy szybko pojawił się uśmiech, oznaczający, że przemyślała sobie wszystko i znalazła rozwiązanie.

– Masz moją dyspensę. To twój przyjaciel, więc jutro wszystko mu wytłumacz. A skoro inaczej się nie da, to idź z nim na wódkę. Lepiej, jeśli będzie pił pod twoją opieką, a nie z byle kim. Tylko bez przesady, Mundziu, nie wróć na zbyt wielkim gazie! – Jadwiga szybko podeszła do drzwi i przekręciła wyłącznik światła. – No, Mundziu, środek nocy jest, trzeba spać!

Powiedziała „Mundziu”, a mówiła tak tylko wtedy, gdy… Poczuł jej rękę na swoim podbrzuszu.

– Jutro poświęcisz się dla przyjaciela, a dziś zajmij się kochaną żoneczką – szepnęła mu do ucha, kładąc się obok niego. – Rozbudziłam się przez ten pożar, więc musisz mnie ukołysać. – Przeciągnęła się i zamruczała jak kocica.

Starszemu przodownikowi Stolarczykowi nie trzeba było dwa razy powtarzać, bo już od dawna był gotowy do działania na tym jakże odpowiedzialnym i ważnym odcinku domowej służby.

*

A jednak budzik zadzwonił. Kornel Strasburger szybko się umył i ubrał, śniadania nie zjadł, bo trochę go mdliło, a poza tym szafka pod oknem i kuchenny kredens świeciły pustkami. Nie miał nawet kawy, a jej potrzebował najbardziej. Najlepiej byłoby pójść do Stolarczyków, przecież po sąsiedzku pożyczają sobie wszystko, co trzeba na już: cukier, sól, kawę czy herbatę.

Wyszedł z mieszkania i już miał zapukać do drzwi naprzeciwko, ale się zawahał, bo przypomniał sobie, jak potraktował Zygę. Najpierw wieczorem, na Ciepłej, a później w nocy. Nie zachował się najlepiej, więc powodowany wstydem zawrócił do mieszkania. Nagle jednak poczuł zapach palonej kawy i pomyślał o czarnym, zawiesistym płynie, który postawi go na nogi. Potrzebował kubka kawy i czegoś słodkiego, choćby cukru, którego wsypie ze trzy łyżeczki, żeby do picia był prawdziwy ulepek. Wstyd wstydem, ale bez kawy nie zacznie dnia, poza tym umawiali się, że pojadą razem do Urzędu Śledczego. Zresztą do pracy zawsze szli razem.

Stanął przed drzwiami Stolarczyków i nacisnął dzwonek. Po chwili otworzyła mu żona Zygi, Jadwiga, babka przy kości, ale z tym czymś, co faceci lubią. Dziś jej seksapil był jakiś wyjątkowy, może dlatego, że miała na sobie podomkę i była dziwnie rozanielona.

– Dzień dobry, ja tylko na moment. Chciałem poprosić ze dwie łyżeczki kawy, czy mógłbym?

Pani przodownikowa uśmiechnęła się do niego szeroko i zaświergotała:

– Kawka się znajdzie, ale nie na wynos, tylko na miejscu. Właśnie zaparzyłam, pięknie pachnie, prawda? To najlepsza kawa, od Plutona z Marszałkowskiej! Niech pan wchodzi, w końcu jest pan nie tylko przełożonym i kolegą z pracy mojego starego, i nie tylko sąsiadem, ale i domownikiem! Może śniadanko? Będzie jajecznica na kiełbasce z cebulką. Mój Mundzio bardzo ją lubi! – Jadwiga Stolarczyk uniosła deseczkę do mięsa, na której leżały pokrojone w kostkę kiełbasa i cebula. – Raz, dwa dokroję, żadna fatyga!

Nie czekając na odpowiedź Strasburgera, zrzuciła zawartość deseczki na patelnię, rozległo się skwierczenie smażonej wędliny, a chwilę później zastukał nóż, gdy kroiła w kostkę kolejny kawałek kiełbasy i połówkę cebuli.

Mundzio… Ciekawe, pomyślał Strasburger, bo Jadwiga Stolarczyk mówiła na ogół o swoim mężu tak jak on – Zyga. Czyżby się przesłyszał? Nie, nie przesłyszał się.

– Mundzio zjada z czterech jajek i dokłada do tego ze dwie, trzy kajzereczki, dlatego z niego taki Sztekker jest!

Stolarczykowa rozpływa się nad małżonkiem, jakby przybił wreszcie gwóźdź w przedpokoju, a może wywiercił planowaną już dawno dziurę w ścianie? Raczej nie – półka stała oparta o szafę, a w kuchni, tak jak tydzień wcześniej, leżały na parapecie młotek i dłuto. Nie dość, że Mundzio, to jeszcze Sztekker! A koledzy z Urzędu Śledczego nazywali tak przodownika Stolarczyka, bo w swoim fachu był jak Teodor Sztekker w zapasach – po prostu mistrz. Dla kobiet natomiast zapaśnik Sztekker był ucieleśnieniem elegancji i piękna. Pozował rzeźbiarzom i malarzom, w prasie zamieszczano zdjęcia, na których prezentował z uśmiechem tors gladiatora. Nie trzeba było być śledczym, by się domyślić, co zaszło nocą w sypialni państwa Stolarczyków.

– Niech pan siada, dziewczynki już poszły do szkoły, więc miejsca mamy dość.

Strasburger podziękował i usiadł przy stole nakrytym nową białą ceratą.

Praktycznemu nakryciu elegancji przydawały białe serwetki pod talerzami. Przyjrzał się swojej, nie była nowa, tu i ówdzie przetarta, ale czysta, wręcz śnieżnobiała. Widać, że Jadwiga jest doskonałą panią domu i traktuje to zajęcie nad wyraz poważnie.

Zazdrościł im. Jego matka odeszła wcześnie, przez niemal całe życie mieszkał z ojcem, a teraz sam. Może dlatego czuł się tak dobrze, gdy nocował w mieszkanku Oli. To właśnie tam, w wieżyczce niebotyku Łaskiego, przeżył najpiękniejsze chwile w swoim trzydziestoletnim już prawie życiu.

Parę minut temu miał ochotę tylko na gorącą, lepką od cukru kawę, teraz jednak, gdy poczuł zapach smażonej kiełbasy, zawładnął nim nagły przypływ apetytu. Żołądek, który, wydawało się, że wybuchnie, teraz pulsował w oczekiwaniu na jedzenie. Tłusta jajecznica na kiełbasie z cebulką nie leczyła może kaca tak jak kufel zimnego piwa, ale i tak była niezłym lekarstwem na wczorajsze przepicie.

– Do tego chlebek i masełko – znów zaświergotała Stolarczykowa. – Pieczywko wczorajsze, ale ujdzie, będzie pan zadowolony!

– Na pewno, pani Jadwigo, na pewno, ale bez Zygi nie zacznę!

Nie musiał długo czekać, bo z łazienki wyszedł Zyga. Pachniał mydłem, proszkiem do zębów i wodą kolońską, którą wklepywał w policzki.

Pogadali chwilkę, wpałaszowali po porcji jajecznicy, a parę minut później byli już w drodze na krańcowy przystanek tramwaju numer trzy. Na szczęście Zyga nie wracał do rozmowy z poprzedniego dnia, nie komentował też ani wydarzeń z nocy, ani wczorajszości kolegi. Widać było, że go korci, starał się jednak być miły, jakby miał pożyczyć od Strasburgera stówkę albo poprosić o urlop.

Ciekawe, co też Zyga kombinuje? – zastanawiał się komisarz. Wczoraj był jak połączenie misjonarza z belfrem, za co został potraktowany jak cieć, a dziś ten nerwus jest łagodny jak baranek. Pożywiom, uwidim, przypomniał sobie ruskie powiedzonko. Przecież do końca dnia zostało jeszcze parę ładnych godzin.

– Szybko się uwinęliśmy, mamy czas. Ja bym z ciekawości podjechał na lotnisko – zagaił Stolarczyk.

– Możemy, też jestem ciekaw, co się tam spaliło – odparł Strasburger.

Wsiedli do tramwaju i podjechali do placu Unii, szybko się jednak zorientowali, że pożar nie objął ani zakładów lotniczych, ani wojskowej części lotniska. Nocne wydarzenia musiały się rozgrywać po drugiej stronie toru wyścigowego, który dzielił wraz z lotnikami Pole Mokotowskie. Pojechali więc dalej, a Stolarczyk zauważył, że Strasburger ani razu nie spojrzał w kierunku domu między Chocimską i Bagatelą, w którym mieszkała wybranka jego serca. Musi chłop cierpieć, trzeba się jednak dziś z nim napić, ale i przemówić do rozumu, bo jeśli wyjechała na dłużej, to biedaczyna gotów zapić się na śmierć. Zyga chciał jakoś zacząć rozmowę i skłonić Strasburgera do wynurzeń, lecz darował to sobie, jeszcze nie czas. Dałby głowę, że gdy mijali Bar pod Dwójką przy Marszałkowskiej 2, Strasburger myślał o kuflu zimnego piwa. On też o tym myślał, choć było wcześnie rano i poprzedniego wieczoru nie pił alkoholu, więc nie potrzebował małego jasnego w celach leczniczych. Po prostu lubił nektar od Haberbuscha i Schielego, i tyle!

Na placu Zbawiciela przesiedli się w inny tramwaj, którym dojechali do politechniki, a stamtąd pieszo poszli na lotnisko. Na miejscu zastali nie tylko policyjny, lecz także wojskowy kordon. Wszystkim kierował wysoki oficer w mundurze z dystynkcjami kapitana. Nie był ani lotnikiem, ani żandarmem, z pewnością jednak był najważniejszy. Sokołowski, bo tak się przedstawił, przeprosił, że nie może wpuścić ich dalej, bo sprawa jest wojskowa i właśnie trwają oględziny miejsca pożaru. Liczba policjantów i żandarmów, stanowczość oficera, wszystko to świadczyło o tym, że sprawa jest poważna. Mimo że nie przeszli dalej, szybko potwierdziło się, że będzie to śledztwo wagi ciężkiej, ponieważ ze zgliszczy baraku wynoszono spalone zwłoki.

– Ile osób zginęło? – spytał Strasburger.

– Dwie, ale na razie tę informację zostawcie, panowie, dla siebie. A co spłonęło, jeszcze nie wiemy. Niestety, to na razie nie jest panów sprawa, ale gratuluję – oficer zasalutował i strzelił obcasami – są panowie poza służbą, w drodze do pracy, a jednak przyjechaliście tu kierowani poczuciem obowiązku. Po tym poznaje się prawdziwych funkcjonariuszy policji. – Po tych słowach pożegnał się i wrócił do swoich obowiązków.

– Pan kapitan mógłby wystosować list pochwalny do naszych przełożonych. – Strasburger uśmiechnął się krzywo, bo ostatnio był na cenzurowanym.

Zyga Stolarczyk pogładził wąsy i wyjął z paczki papierosa. Zapalił go, zaciągnął się dymem, raz jeszcze pokiwał głową i spokojnym głosem powiedział:

– Ciekawe, co piechociarz robi w lotnictwie?

– To samo, co lotnik robi w sztabie generalnym. To pewnie oficer wywiadu albo ktoś z Ministerstwa Spraw Wojskowych. Zobacz, zarządza i lotnikami, i kanarkami[4], to musi być gruba sprawa, przecież Lotnisko Mokotowskie to nie tylko port lotniczy, to także lotnisko wojskowe, zakłady lotnicze i warsztaty…

Zyga nie słuchał tego, co mówił Strasburger. Nagle przyspieszył kroku i zawołał:

– Hej, kawalerze!

Strasburger dopiero teraz zwrócił uwagę na chłopaka ze szkolną teczką, który tak jak oni mijał bramę lotniska.

– Kawalerze! – zawołał Zyga jeszcze raz.

Chłopak się odwrócił. Nie był ani za niski, ani za wysoki, trochę chuderlawy. Ile może mieć lat? – zastanawiał się Stolarczyk. Piętnaście, a może więcej?

– Słucham pana? – Głos miał dość dorosły, ale ta twarzyczka! Po prostu cherubinek z blond loczkami.

– Jesteśmy z Urzędu Śledczego. – Stolarczyk pokazał legitymację. – Ja nazywam się Stolarczyk, starszy przodownik Stolarczyk, a ten pan to podkomisarz Strasburger.

– Krzysztof Zawadzki – przedstawił się chłopak. – Złapią ich panowie?

– Ich?

– Morderców mojego wuja!

– To jeden z nich… – Strasburger wskazał ambulans, do którego zapakowano zwęglone zwłoki ofiar pożaru. – A skąd wiesz…

– Strażacy mówili, że śmierdziało benzyną. To musiało być podpalenie! – Chłopak jakby parsknął. Policjantom wydało się, że to śmiech, okazało się jednak, że był to szloch. Stolarczyk w ojcowskim odruchu chciał go przytulić, jednak ten się wyrwał, otarł łzy i stojąc na baczność, powiedział: – Musicie ich złapać!

– Złapiemy go, panie… – Strasburger chciał być miły, wiedział, że tacy chłopcy lubią, gdy traktuje się ich poważnie.

– Nazywam się Krzysztof Zawadzki – przypomniał chłopak. – Mój wujek to konstruktor, inżynier Jerzy Radecki, a ten drugi, który spłonął, to majster Stefan Karolkiewicz, bardzo porządny człowiek! – Z oczu chłopaka znów popłynęły łzy. – Niech panowie nie mówią nikomu, że płakałem… – poprosił, ocierając policzki.

– Ależ skąd! Poza tym każdy w takiej sytuacji może… – zaczął Stolarczyk.

– Ale chłopaki nie płaczą – powiedział Krzyś tak śpiewnie, że Strasburger pomyślał, iż byłby to dobry refren szlagieru.

– Nie o to się rozchodzi! – Chłopak znów starł łzy, opanował się i dodał szeptem: – Ja jestem na wagarach, o tej porze powinienem być w szkole. Gdyby się rodzice dowiedzieli…

– Będziemy milczeć, obiecujemy! – Strasburger i Stolarczyk powiedzieli to jednocześnie, bo sami nie raz i nie dwa urywali się ze szkoły.

– Do góry głowa, jeśli tylko to my będziemy prowadzili sprawę, złapiemy tych drani! – niezwykle oficjalnie, stojąc niemal na baczność, powiedział Stolarczyk.

– Dziękuję panom – odrzekł chłopak i ze spuszczoną głową powlókł się do domu.

– Może to będzie sprawa dla naszej brygady? – zastanawiał się Stolarczyk.

– Nudzi ci się?

Strasburger zaskoczył go tym pytaniem. Zawsze miał swobodne podejście do regulaminu, jednak pracowitości i ambicji nie można mu było odmówić, choć od pewnego czasu, czyli od wyjazdu panny Oli do Paryża, zrobił się jakiś zgorzkniały. To już miesiąc, jak tak mantykuje, pewnie tęskni za nią i dlatego pije! A było za kim tęsknić, bo panna Ola Fuks, którą poznali przy okazji śledztwa, które prowadzili w zeszłym roku, była niezwykłą kobietą.

– Nie, ale myślę, co będzie dalej, bo po pierwsze, jestem psem, więc mam melodię do węszenia i łapania, a po drugie, podoba mi się buda, w której siedzę.

– O czym ty mówisz? – zdziwił się Strasburger.

– O pracy w brygadzie specjalnej. Źle ci nami kierować?

– Nie wiem, ogólnie nie mam nastroju, to nic osobistego. Te chłopaki, Jung i Rybski, no i ty, jesteście klawi goście, ale męczy mnie chandra. To nie twoja wina. Ani żadnego z was. Zdarzają się takie tygodnie w życiu. Nigdy tak nie miałeś?

Zyga jednak nie rezygnował:

– Przepraszam, że wczoraj nie mogłem, no wiesz, Jadwisia skrzeczy, jak za często daję w gaz, ale może dzisiaj?

– Dokąd pójdziemy? – Strasburger się ożywił.

– To dopiero wieczorem, wcześniej robota w urzędzie, a po niej idę poćwiczyć do sali na Ciepłej… Późnym popołudniem są nasze godziny, powalczymy, popodnosimy ciężary, weźmiemy prysznic i pójdziemy na wódeczkę!

– Powiedz, o której skończysz, to po ciebie przyjdę.

– O szóstej. Skoro umawiamy się na Ciepłej, to można skoczyć pod jakiś żydowski adres.

– A może jednak Pod Koguta? Nie masz melodii na wieprzowe nóżki? Ja za nimi nie przepadam, ale ty zajadasz się koncertowo!

– A wiesz, że to dobry pomysł! Idziemy Pod Koguta – ucieszył się Stolarczyk, przypalając Strasburgerowi papierosa.

Mieli tylko parę godzin służby do odbębnienia. Wymyślili swoim ludziom – młodemu aspirantowi, Tomaszowi Jungowi, oraz posterunkowemu Wincentemu Rybskiemu – zadania, a sami czekali na koniec dnia. Zyga od dawna zastanawiał się, jak długo jeszcze potrwa to eldorado i kiedy w końcu szefowie się połapią, że głównym zajęciem brygady specjalnej jest zbijanie bąków. Strasburger się tym nie przejmował, tylko w stylu ich starego szefa, nadkomisarza Słubicy-Popielskiego, ulotnił się jak kamfora.

Gdy spotkali się wieczorem pod salą gimnastyczną przy Ciepłej, Zyga Stolarczyk nie miał wątpliwości, jakim to zajęciom oddał się w międzyczasie komisarz. Kornel Strasburger zjawił się na lekkim rauszu, co oznaczało, że rozmowa może być trudniejsza, niż Stolarczyk przypuszczał. Przywitali się i ruszyli w kierunku Chłodnej, która po drugiej stronie Okopowej przechodziła w Wolską. Tam, pod numerem szóstym, było miejsce, gdzie dawali dobrze zjeść i wypić. Nie była to przystań dla szczególnie wybrednej klienteli, ale na pewno było ciekawiej niż parę lat temu, gdy przesiadywał tam Tata Tasiemka.

– Gdyby tu jeszcze urzędował Tasiemka, raczej bym się na ten lokal nie pisał – powiedział Stolarczyk, gdy przekroczyli progi niskiego parterowego domu. Na ukośnym dachu sterczał komin zwieńczonym blaszanym kogutem, od którego gospoda wzięła nazwę.

– Bo ja wiem? – mruknął Strasburger. – Przecież wtedy, parę lat temu, nie po Tasiemkę tu przyszliśmy, tylko po tego pijaczka, który rozpruł z koleżkami kasę w sklepie kolonialnym przy Świętojerskiej. My nic do Taty Tasiemki nie mieliśmy. Zamieszania narobił aspirant Lolek Denhel. Przyczepił się do niego, bo siedział przy stoliku z rywalem aspiranta, tym wolskim cwaniakiem Wcisłą.

– Dużo się od tego czasu zmieniło! – zauważył Stolarczyk.

– To prawda, dużo, bardzo dużo! – potwierdził Strasburger. – Tasiemka urzęduje w Aleksandrówce i już nie jest taki mocny, jak kiedyś. Prowadzone jest przeciwko niemu dochodzenie w sprawie wymuszeń na kupcach i pobić, a Lolek Denhel dostał kopa w tyłek i awansował. Teraz zwiedza dziury na Kresach, a chłopak Wcisło został panem Haasem!

– Piękną karierę zrobił ten Henio Wcisło. – Stolarczyk pokręcił głową. – Bujał się to tu, to tam, aż wylądował w Ameryce. Przed rokiem wrócił stamtąd z nowym paszportem, nowym nazwiskiem i jak najbardziej nową amerykańską flotą. Teraz to bogacz Henryk Haas! A niech mu tam, wybił się chłopak, ja mu tam żałować nie będę, no, chyba że nabroi!

– Bogacz i gwiazda salonów, jak każdy zresztą, kto wraca z Ameryki z pieniędzmi. Ale i my mamy dość floty, żeby zamówić wódeczkę! Panie starszy! – Strasburger skinął na kelnera. – Pół literka prosimy, a do tego dla mojego serdecznego przyjaciela nóżki wieprzowe, a dla mnie katolika z cebulką![5] To na początek, a później weźmiemy jeszcze coś na ciepło!

– Jak szanowni panowie sobie winszują! – Kelner się skłonił. – Polecam świeżutkie minogi, mniód malyna pod wódeczkę, albo flaczki.

– Trudny wybór, ale dawno nie jadłem tych robali. Daj pan dwie porcje, minogi pod wódeczkę faktycznie miód malina. Jesteś pewny, że aż pół literka? – zwrócił się Zyga do kolegi.

– A co, mamy zamawiać dwa razy po ćwierć? – żachnął się Strasburger. – Nie dasz rady? Ty, Zyga?!

– Dam radę, bo jeszcze nic nie piłem, ale ty… ty już jesteś pod dobrą datą! – Zyga pokazał kelnerowi gestem dłoni, że ma przynieść mniejszą butelkę. Kelner skinął głową, na co Strasburger skrzywił się tak, jakby przeżuwał cytrynę.

– Przesadzasz – powiedział.

– Nie przesadzam. Od której pijesz i ile w siebie wlałeś?

– A tobie co się stało?

– Nic, ale widzę, co wyprawiasz. Ja rozumiem, że skoro twoja pani wyjeżdża, to można sobie pójść w gaz raz czy dwa. Nie zaprzeczam, że gdy Jadwisię zaniesie do mamusi czy na letniaki, to lubię sobie troszkę golnąć, ale są jakieś granice, a ty je przekraczasz i wydaje mi się, że straszna łajza się z ciebie robi. Co ta dziewczyna, co ta panna Ola nasza kochana zastanie, gdy wróci z tej zagranicy? – Zyga Stolarczyk włożył w tę przemowę cały swój talent oratorski, jednak efekt był mizerny. Strasburger siedział naprzeciwko niego i patrzył tak, jakby kolega poruszył jakiś błahy temat, i to w dodatku niedotyczący żadnego z nich. – Kornelu, powiedz mi, do jasnej cholery, co zastanie panna Ola po powrocie?! – Zyga czuł się w tej chwili jak Jaracz, Osterwa albo Węgrzyn, tymczasem Strasburgerowi nawet nie drgnęła powieka. Patrzył gdzieś w dal, siedział, jakby nie słyszał jego słów. W końcu się zainteresował, jednak nie przyjacielem, lecz wódką i szkłem, które przyniósł kelner. Uniósł kieliszek i przyglądając mu się, powiedział:

– Jak to, co zastanie? Króla Zygmunta, Nowy Świat, Marszałkowską, Ujazdowskie i swoje mieszkanko pod niebem przy placu Unii, Adrię, mamę i papę, ulubionego wujka, mecenasa Herringa, automobil, korty na Agrykoli i… i to wszystko! – Zaśmiał się gorzko, po czym walnął kolejkę. Stolarczyk też. – Daj zapalić, bo mi się papierosy skończyły – dodał Strasburger na finał tej osobliwej przemowy.

Stolarczyk patrzył na niego uważnie.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Że mi się skończyły papierosy. – Komisarz zaśmiał się tak, jakby był wampirem z filmu. Zyga popatrzył na niego, po czym podstawił mu pod nos paczkę papierosów. Strasburger zapalił, zaciągnął się i powiedział: – Słyszałeś, co zastanie Aleksandra Fuks, gdy wróci do Warszawy, nie muszę wymieniać od nowa? – Pokiwał głową. – No to zauważyłeś, że nie było mnie na tej liście, prawda? – Zyga patrzył na kolegę szeroko otwartymi oczami i nerwowo przygryzał papierosa. – Nie było – odpowiedział sam sobie Strasburger. – Nie było i nie będzie. Koniec, finito, szlus!

– Pieprzysz… – Stolarczyk nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. – Nic nie mówiłeś, wspominałeś tylko, że wyjechała.

– A było się czym chwalić? Czy miałem obowiązek tłumaczyć całemu miastu, że owszem, wyjechała, ale nie tak po prostu! Ona wyjechała, żeby się mnie pozbyć! Zgubiła mnie, o tak! – Mówiąc to, Kornel Strasburger otrzepał dłonie, jakby chciał strząsnąć z nich pył.

– Nie wierzę! – sapnął Stolarczyk.

– To uwierz.

– Jak to się stało, opowiadaj!

– A co tu opowiadać? Tu pić trzeba, a nie opowiadać. Pozamiatane! – odburknął Strasburger i nalał wódki aż po brzegi kieliszków.

– Ale jak do tego doszło, że ta młoda osóbka kopnęła cię w tyłek? Ta panna Ola była w tobie zakochana po uszy! Cóżeś nawywijał?

– Chodzi o to, drogi Zygmuncie, że nic. Nic pomnożone przez brak czasu, na który cierpi glina. Dla panny takiej jak ona to niedopuszczalne. Kapujesz?

– Nie kapuję. Wydawała się taka normalna. – Stolarczyk się zamyślił. – To znaczy normalna jak na pannę o takich szalonych pomysłach, ale mnie to się w niej podobało, tobie chyba też, co nie? – Dał znak kelnerowi, żeby przyniósł syfon z wodą. – Nie poszło chyba o to, że ją zaniedbywałeś? Przecież szalałeś za nią i nawet żeś się odnalazł w tym jej eleganckim świecie!

– Tak, jak się znalazłem, tak się i zgubiłem.

– Opowiadasz! Odsztafirowała cię jak jakiego hrabiego, wessało cię to jej dziane towarzystwo, były wywczasy w Zoppot, otwarcie Adrii, pożegnanie Qui Pro Quo… Cud, że w filmie nie zagrałeś!

– Qui Pro Quo to moje koneksje – oburzył się komisarz. – Mietek mnie zaprosił!

Miał rację. Mieczysława Fogga znał jeszcze z czasów, gdy ten nosił nazwisko Fogiel i śpiewał w katedrze, w chórze parafialnym, ale nawet gdyby go nie znał, do warszawskich teatrzyków i kabaretów miał symboliczny bilet abonamentowy. Po tym, jak wykrył, kto zamordował szalenie popularnego i lubianego w środowisku aktora, Huberta Luksa, dyrektorzy i artyści prześcigali się w dowodach wdzięczności.

– Qui Pro Quo! Kochana stara buda. Qui Pro Quo! Ten teatr nam się udał… Co jak co! – zanucił Strasburger hymn kabaretu.

– Ty mnie kochaną starą budą oczu nie zamydlaj. Tak było, fakt, ale opery to żeś sam nie wymyślił! – fuknął Zyga.

– Ani opery, ani tym bardziej baletu. Chodziłem tam, gdzie nas niosło, chodziłem, bo…

– Bo finisz był w mieszkanku przy placu Unii Lubelskiej. – Przodownik uniósł oskarżycielsko palec, jednak zamiast wygłosić kazanie, uśmiechnął się szeroko. – Ja się temu wszystkiemu nie dziwię. Gdybym nie był żonaty i, ma się rozumieć, młodszy… – przeciągnął się na krześle – ech, taka partia, a ty chcesz to wszystko zaprzepaścić! Co się stało? Powiedz!

– Jak się nazywa dziura po bombie? – Zaskoczony Stolarczyk otworzył usta. – Zyga, nie rozumiesz, o co pytam? Jak się nazywa dziura po bombie?

– Lej!

– No właśnie. – Strasburger wziął butelkę i nalał wódkę do kieliszków, a widząc wyraz twarzy Zygi, zaśmiał się. – Powiedziałeś „lej”, więc leję!

Strasburger wycisnął z butelki wszystko, co do kropelki, i zaczął pokazywać obsłudze, by przeniesiono im następną.

– Stop! – Stolarczyk wyciągnął rękę, jakby był funkcjonariuszem policji drogowej kierującym ruchem na skrzyżowaniu Marszałkowskiej z Alejami Jerozolimskimi.

– I ty, Brutusie, przeciwko mnie? – jęknął Strasburger, który ostatnio wziął się do czytania Cezara i książek o nim.

– Kto to jest ten Brutus? – zainteresował się Zyga.

– Znajomek Cezara.