Wydawca: Czerwone i Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 378 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sławne pary PRL - Sławomir Koper

Nowa książka bestsellerowego autora poświęcona elitom PRL. Zofia i Krzysztof Komedowie, Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat, Alicja i Piotr Jaroszewiczowie, Halina Mikołajska i Marian Brandys, Maryla Rodowicz i Daniel Olbrychski – to tylko niektóre sławne pary, które na przekór szarej, peerelowskiej rzeczywistości żyły kolorowo i intensywnie, czasem nawet zbyt intensywnie...

Opinie o ebooku Sławne pary PRL - Sławomir Koper

Fragment ebooka Sławne pary PRL - Sławomir Koper

Copyright © Sławomir Koper, Czerwone i Czarne

Projekt graficzny FRYCZ I WICHA

Zdjęcia na okładce – Piotr Barącz/PAP; Zygmunt Januszewski/TVP/PAP; str. 15 – Zofia Nasierowska/REPORTER; str. 70-71 – Wojciech Plewiński/ FORUM; str. 142 – Andrzej Szypowski/East News, str. 143 – Janusz Sobolewski/ FORUM; str. 199 – Woody Ochnio/FORUM; str. 250 – Zbigniew Kosycarz/arch. KFP; str. 306-307 – Sławomir Sierzputowski/Agencja Gazeta.

Redaktor prowadząca Katarzyna Litwińczuk

Korekta Weronika Girys-Czagowiec

Skład Tomasz Erbel

Wydawca Czerwone i Czarne Sp. z o.o. S.K.A.Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5 00-272 Warszawa

Skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

Wyłączny dystrybutor Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki

ISBN 978-83-7700-139-4

Warszawa 2014

Od autora

Jako historyk mający już pewien dorobek coraz częściej muszę tłumaczyć się przed czytelnikami ze swoich subiektywnych wyborów. Nie inaczej jest z książką, którą mają Państwo przed sobą. O znanych parach epoki PRL można bowiem napisać kilka takich pozycji i nie wyczerpać tematu, zatem z konieczności byłem zmuszony do pewnej selekcji. A chcąc być uczciwy wobec czytelników, odrzuciłem osoby, o których pisałem już w „Kobietach władzy PRL” i „Życiu artystek w PRL”. Nie znajdą zatem Państwo Agnieszki Osieckiej i jej partnerów czy też Niny Andrycz i Józefa Cyrankiewicza. Wyczerpałem również temat Stanisławy i Edwarda Gierków oraz Mieczysława Rakowskiego i jego żon. Jedyny wyjątek zrobiłem dla Kaliny Jędrusik, ale głównym bohaterem rozdziału, w którym się ona pojawia, jest Stanisław Dygat. Starałem się jednak wykorzystać materiał wcześniej niepublikowany w moich pracach.

„Sławne pary PRL” różnią się od innych moich książek pod względem materiału źródłowego. Więcej jest tu dokumentów archiwalnych, korzystałem również z zasobów Instytutu Pamięci Narodowej. To bardzo ważne źródło, aczkolwiek nie ukrywam, że potraktowałem je wybiórczo. W materiałach Służby Bezpieczeństwa znajduje się bowiem wiele dokumentów, których wiarygodność uważam za mocno podejrzaną, często też świadczą one o poważnych dewiacjach psychicznych ich autorów. Ja natomiast nie jestem zwolennikiem publikowania bez krytycznej analizy wszystkiego, co znajduje się w archiwach. Uważam, że taka selekcja to konieczność, gdyż poziom zakłamania, jaki odnajdujemy w zasobach IPN, jest wręcz zatrważający. A pogoń za sensacją wśród wielu historyków czy dziennikarzy dawno już przekroczyła granice dobrego smaku. Osobiście zresztą przyznam, że skala obrzydliwości części archiwaliów była dla mnie dużym zaskoczeniem.

Dlatego też wykorzystałem materiały, które wydały mi się wiarygodne, a poza tym wnosiły coś nowego do opowieści. Czasami są to informacje rzucające nowe światło na pewne wydarzenia, a czasami tylko stanowią tło narracji lub są źródłem dobrej anegdoty.

Przy okazji poświęciłem nieco miejsca wyjaśnieniu pewnych mitów, jakie narosły wokół niektórych moich bohaterów. Nie jest prawdą, że wszyscy artyści byli zawsze w opozycji wobec „jedynego, słusznego ustroju”, ani też, że z odrazą przyjmowali wyróżnienia i zaszczyty, jakimi obsypywali ich władcy PRL. Sprostowałem również niektóre informacje o pochodzeniu bohaterów tej książki, szczególnie w przypadku Zofii Komedowej-Trzcińskiej i Piotra Jaroszewicza. Obiegowe opinie pojawiające się w różnych publikacjach nie mają bowiem wiele wspólnego z rzeczywistością.

Dla wielu czytelników dużym zaskoczeniem będzie obraz postaci, jaki wyłania się z kart tej książki. Jako historyk mam bowiem prawo do przedstawienia własnego zdania, nawet gdy znacznie odbiega ono od stereotypów. I gdy analizowałem kolejne źródła, to często widziałem, jak bezkrytycznie powtarzano relacje, które pojawiły się w materiałach prasowych czy biografiach. A częstym powodem przeinaczania faktów były opinie samych zainteresowanych niedokładnie po latach pamiętających wydarzenia lub usiłujących wręcz ukryć niewygodne fakty. Pamięć ludzka ma bowiem to do siebie, że jest bardzo wybiórcza.

W książce, którą mają Państwo przed sobą, starałem się przedstawić pary reprezentujące różne środowiska PRL. Jest zatem małżeństwo genialnego kompozytora i muzyka, Krzysztofa Komedy, a także związki ze światka artystycznego: małżeństwa Stanisława Dygata, Maryla Rodowicz i jej partnerzy czy Magdalena Zawadzka i Gustaw Holoubek. Kręgi opozycyjne reprezentują zapomniani już nieco Halina Mikołajska i Marian Brandys, natomiast sfery partyjno-rządowe – Piotr Jaroszewicz i Alicja Solska. Razem (jak mam nadzieję) daje to całkiem interesujący przegląd najważniejszych środowisk PRL.

Niestety, nie udało mi się porozmawiać z niektórymi bohaterami tej książki. Antonina Krzysztoń w ogóle nie odpowiedziała na propozycję rozmowy (o Mikołajskiej i Brandysie), natomiast Andrzej Jaroszewicz skutecznie unikał odpowiedzi na zadane pytania. W kilku przypadkach zaś uznałem, że dostępny materiał jest na tyle bogaty, iż nie ma potrzeby rozmawiać z bohaterami czy ich potomkami. Za sukces uważam natomiast dotarcie do źródeł prasowych w USA (dotyczących Ilony Cooper, ostatniej miłości Krzysztofa Komedy) i Czechach (na temat praskiego epizodu w życiu Maryli Rodowicz).

Zawsze twierdziłem, że epoka PRL stanowi prawdziwą kopalnię tematów, i mam nadzieję, że ta książka to potwierdzi. Te nieodległe czasy są bowiem wyjątkowo niedoceniane, a przecież były niezwykle ciekawe i do tego są znakomicie udokumentowane. Nawet jeżeli autor czasami musi zamienić się w detektywa…

Na koniec chciałbym bardzo podziękować pani Marcie Czerwieniec za pomoc w badaniach genealogicznych nad pochodzeniem niektórych bohaterów tej pracy. Dzięki temu czasami udało się rzucić nowe światło na pewne wydarzenia, co dodatkowo wzbogaciło tę książkę.

Sławomir Koper

Rozdział 1 Stanisław Dygat i jego żony

Kalina Jędrusik była arcydziełem Stasia i niewątpliwie najlepszą postacią, jaką napisał. Tyle że żywą. Była jego zrealizowanym snem o Hollywoodzie, snem zniewalającym, amerykańskim fenomenie banału. Była tym samym idealnym przykładem nieograniczonego wpływu mężczyzny na ciało i duszę kobiety. Mitem Hollywoodu fascynował się Stasio od wczesnej młodości. Już pod koniec lat 20. słał miłosne listy do gwiazd amerykańskiego kina. Kalina była niewątpliwie ucieleśnieniem tamtych fascynacji. (Kazimierz Kutz)

Francuskie pochodzenie

Zapomniany obecnie już nieco Stanisław Dygat w czasach PRL uchodził za jednego z najpopularniejszych pisarzy. Jego powieści cieszyły się uznaniem czytelników, regularnie przenoszono je na ekran (Jezioro Bodeńskie, Dworzec w Monachium, Disneyland, Pożegnania), a ich autora zaliczano do elity intelektualnej kraju. Pisarz przyciągał uwagę również z powodu niekonwencjonalnego stylu życia, miał zresztą opinię „wiecznego chłopca” zakochanego w Hollywood i filmach zza oceanu. A jego życie prywatne było przedłużeniem filmowych fascynacji. Dwukrotnie poślubiał aktorki – szczególnie małżeństwo z seksowną Kaliną Jędrusik wzbudzało powszechne zainteresowanie. I chociaż w czasach Polski Ludowej nie było paparazzich czy tabloidów, to jednak plotki ze świata artystycznego przenikały do społeczeństwa. W biurach i kawiarniach opowiadano o niecodziennych zasadach obowiązujących w tym związku, a także o fobiach i dziwactwach samego pisarza. Dygat był bowiem osobą wyjątkowo chimeryczną, ale ci, co go dobrze poznali, uważali, że dla jego przyjaźni „warto było się urodzić”.

Prapradziadkiem Stanisława był oficer armii francuskiej, François Digat, który zakochał się w urodziwej Polce i po klęsce Napoleona osiedlił nad Wisłą. Jego syn, Antoni, był urzędnikiem Najwyższej Izby Obrachunkowej, natomiast wnuk, Ludwik, walczył w powstaniu styczniowym. Po jego klęsce wyemigrował do Paryża, gdzie został jednym z założycieli Towarzystwa Bratniej Pomocy, a do jego podopiecznych należał Cyprian Kamil Norwid. Dygat umieścił poetę w Domu Świętego Kazimierza (przytułku zajmującym się polskimi emigrantami) i według rodzinnej tradycji jego żona osobiście opiekowała się Norwidem, „zawożąc mu tam przysmaki”, a on w zamian ją „po rękach całował”. I nikomu nie przychodziło na myśl, że „ten Norwid mógł być kimś więcej niż zwykłym, emigracyjnym, na pół zdziecinniałym staruszkiem, gryzmolącym, podobno, jakieś dla nikogo niezrozumiałe wiersze”.

Stanisław Dygat był wnukiem Ludwika, urodził się w grudniu 1914 roku, już po powrocie rodziny do Polski. Podobnie jak jego rodzice zachował jednak francuskie obywatelstwo, co podczas II wojny światowej miało mieć swoje konsekwencje.

Przyszły pisarz dorastał w zamożnym domu. Jego ojciec, Antoni, był cenionym architektem, zaprojektował gmachy Wytwórni Papierów Wartościowych i Wojskowego Instytutu Geograficznego w Warszawie, a także budynki radiostacji w Raszynie i we Lwowie. W domu Dygatów panowała atmosfera „artystycznego cygaństwa”, co oznaczało, że artystów goszczono chętnie i bezterminowo. Podczas wakacji rodzina zawsze wyjeżdżała nad morze, na zmianę na wybrzeże francuskie i polskie. Państwo Dygatowie uważali bowiem, że dzieci powinny dorastać w kulturze swoich obu ojczyzn.

Problemy z edukacją

Stanisław uczęszczał do jednego z najbardziej prestiżowych gimnazjów w stolicy (Szkoły Ziemi Mazowieckiej), miał jednak poważne kłopoty z nauką. Systematycznie wagarował, bardziej interesował się sportem niż szkołą, a największe problemy sprawiały mu lekcje języka polskiego. Nie narzekał przy tym na brak powodzenia u dziewcząt, co zdecydowanie utrudniało mu koncentrację.

„Gdy tak się przechadzałem z najnowszym tomem Edgara Wallace’a w ręku – wspominał Janusz Minkiewicz – uwagę moją przykuła para uczniaków składająca się z ferdydurkowatej blond-pensjonarki i sztubaka w czapce z tej samej co i ja szkoły. Choć czapki mieliśmy takie same – nie znaliśmy się. Za późno już było na udawanie, że się nie widzimy, a czapki z tymi samymi oznakami zobowiązywały, jak mundur wojskowy, do ukłonów. On był z damą, wypadało mi się ukłonić pierwszemu.

– Kolega z jakiej klasy? – zagaił nieznajomy.

– Z szóstej. Minkiewicz się nazywam.

– Dygat jestem – odrzekł tamten, wyraźnie »grasejując«, choć w słowach, które dotąd wypowiedział, nie było litery »r« – ja także z szóstej, to dziwne, żeśmy się dotychczas nie spotkali w szkole.

Słowo do słowa, okazało się, żeśmy dotąd wagarowali na przemian. W tych dniach, kiedy on był w klasie, ja spacerowałem po parku – i odwrotnie”1.

Wprawdzie nie wiadomo, kim była ta „blond-pensjonarka”, stała się jednak powodem miłosnej rywalizacji obu chłopców.

„Odtąd przyjaźń została zawarta – kontynuował Janusz Minkiewicz. – Mieliśmy wspólne zainteresowania, jak mecze piłki nożnej, gra w tenisa, a przede wszystkim owa blond-pensjonarka, w której i ja zakochałem się nie na żarty. Kobieta w tym wieku zmienna jest jak puch marny, toteż obaj z Dygatem przeżywaliśmy na przemian okresy triumfów i dumy lub zazdrości i poniżenia. Rywalizacja ta nie zrobiła z nas nieprzyjaciół, lecz przeciwnie – wzbudzała w nas obu uczucia wzajemnej szlachetności i dżentelmenerii. Jak się skończyła – obaj dziś nie pamiętamy, może przypomniałaby nam to owa panienka, ale jest to niełatwe, gdyż obecnie znajduje się ona gdzieś na terenie Australii i dotąd nie przysłała żadnemu z nas swego adresu. Zresztą, tamtą historię przyćmiły nam inne, o podobnym charakterze, ale już znacznie poważniejsze. Kochaliśmy się w tych samych osobach przez następne lat kilkanaście, szczęście sprzyjało nam na przemian, raz mnie, raz jemu. […] W każdym razie nasze wspólne gusta romantyczne z Dygatem zakończyły się wreszcie tym, żeśmy się ostatecznie pożenili, każdy z narzeczoną drugiego”2.

Kiedy Dygat nie otrzymał promocji do następnej klasy, to w obawie przed reakcją ojca uciekł z domu. Dotarł do Gdyni, gdzie zaciągnął się na statek odbywający rejsy po Bałtyku, lecz nie nacieszył się specjalnie wolnością. Zdążył odbyć tylko jedną krótką podróż, kiedy odnalazł go ojciec. Ale i tak po latach uznał, że „był to najszczęśliwszy okres w jego życiu”. Rodzina miała jednak inne zdanie i krnąbrnego chłopaka odesłano do konwiktu pijarów w Rakowicach pod Krakowem. Szkoła znana była z surowej dyscypliny, która w przypadku Stanisława przyniosła pozytywne efekty.

„To pociągnięcie okazało się ze wszech miar udane – wspominał pisarz. – Ku zdumieniu mojemu, rodziny, krewnych i znajomych awansowałem niespodziewanie na najlepszego ucznia w klasie, dystansując w nauce nawet gorliwych i pilnych kolegów kleryków. […] W owym czasie po uporczywych i nieudanych bojach ze szkołą dobiegałem już osiemnastu lat i zacząłem zastanawiać się nad sobą. Znudziła mi się ta sytuacja tumana i nieuka, przekonałem się, że nauka może być miła i dawać wiele satysfakcji. Być może była w tym zasługa wyjątkowo szczęśliwie dobranego u pijarów grona profesorskiego, składającego się wyłącznie z profesorów świeckich, którzy potrafili jakoś umiejętnie skierować mój umysł na właściwą drogę”3.

Dawały jednak znać o sobie lata zaniedbań i Dygat uzyskał świadectwo dojrzałości dopiero w wieku 21 lat. Rozczarowanie przyniósł mu zresztą egzamin z języka polskiego, młodzieniec interesował się bowiem już wówczas literaturą i miał ambicje otrzymania jak najlepszej oceny. Jego wysiłki oceniono jednak zaledwie na „dobrze”, wobec czego po latach wysłał swojemu poloniście egzemplarz debiutanckiego Jeziora Bodeńskiego z dedykacją: „To jest moja poprawka z języka polskiego”.

Czas spędzony w konwikcie pijarów nie był jednak beztroski, chociaż uwalniał młodzieńca od „rodzinnych problemów, melancholii matki i karcącego wzroku ojca”. Chłopak nie unikał też życia towarzyskiego, chociaż ze względu na charakter placówki było ono jednak dość ograniczone.

„Staszek na pewno nie należał do przeciętniaków – uważał jego kolega z konwiktu. – Miał duże poczucie humoru, bardzo lubił opowiadać kawały. Potrafił błyskawicznie i błyskotliwie spointować sytuację. Miał też mnóstwo wdzięku. Na wieczorkach tanecznych, na które przyjeżdżały do naszego kolegium dziewczęta uczące się u sióstr urszulanek w Krakowie, bardzo łatwo zdobywał ich sympatię”4.

Złoty chłopak przedwojennej Warszawy

Po maturze Stanisław powrócił do stolicy i rozpoczął studia w Wyższej Szkole Handlowej. Nauka go jednak zupełnie nie interesowała, a uczelnię wybrał wyłącznie dlatego, że tam „poszło najwięcej najweselszych i najmilszych” kolegów. Zamiast uczestniczyć w wykładach, wolał chodzić na koncerty do filharmonii i nadrabiać zaległości z literatury polskiej. Na efekty nie trzeba było długo czekać – został relegowany z uczelni, wobec czego niebawem rozpoczął studia architektoniczne. Ten kierunek również okazał się pomyłką, a po latach Dygat przyznawał, że naukę uniemożliwiła mu „zupełna nieporadność techniczna, której poczucie pogłębiało zapewne mistrzostwo ojca”. Ale nie poddawał się i tym razem zapisał się na filozofię. Nie zmienił jednak swojego postępowania i „nad wykłady profesora Tatarkiewicza przedkładał dansingi […], gdzie brylował jako znakomity tancerz”. Upodobanie do tańca miało mu zresztą pozostać na długie lata, podobnie jak zamiłowanie do życia towarzyskiego.

„Dobił mnie jednak finał jednego z programów – wspominał pewną zabawę karnawałową Jerzy Broszkiewicz. – Był to mianowicie taniec hiszpański w wykonaniu Otwinowskiego i Dygata. Mniejsza o szczegóły. Wystarczy finał, kiedy to Dygat, grający cały czas rolę wiotkiej choć ognistej partnerki, wynosił swego partnera ze sceny na rękach”5.

Rodzina Dygatów z niepokojem obserwowała wyczyny młodzieńca. W zapomnienie odeszły nadzieje z czasu pobytu Stanisława w konwikcie pijarów, młodzieniec lubił się bawić i w ogóle nie myślał o przyszłości.

„Rodzice moi bardzo się niepokoili tym niezbyt poważnym stosunkiem do życia – przyznawał po latach. – A mnie naprawdę nic właściwie nie interesowało. Zdawałem sobie jednak sprawę, że coś trzeba przecież w końcu robić, gdyż stanę się wykolejeńcem. Sztuka wydawała mi się piekielnie trudna. W ogóle bardzo mało miałem pewności siebie, wiary w swoje możliwości. Słyszałem jedynie swój własny głos, który wszystko, co zdarzyło się wokół mnie, komentował. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, że to jakaś skłonność do literatury. Notowałem jednak coś zawsze na kartkach…”6.

Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy Stanisława, gdyby nie fakt, że w Warszawie ponownie spotkał Janusza Minkiewicza. Dzięki niemu wszedł w środowisko literackie, a największe wrażenie zrobił na nim Witold Gombrowicz. Grywał z nim regularnie w tenisa i chłonął jego twórczość.

„Ogromny wpływ wywarły na mnie Ferdydurke i autor tej powieści – wspominał. – Coś się we mnie otwarło. Właściwie dopiero od tej chwili zainteresowałem się literaturą – zobaczyłem pewne możliwości. Wręcz naśladowałem twórczość autora Ferdydurke. W Jeziorze Bodeńskim jest dużo takich zapożyczonych scen czy sposobów widzenia, o których, jeśli ich nawet nie zauważyła krytyka, wiem sam najlepiej”7.

Dużo czasu spędzał w kawiarniach, ze słynną Ziemiańską na czele. Uwielbiał długie dyskusje o literaturze, sam miał zresztą wówczas okazję do debiutu.

„Jako pisarza odkrył mnie Stanisław Piętak [jeden z najwybitniejszych literatów młodego pokolenia II Rzeczypospolitej – S.K.]. Poznałem go przez Minkiewicza i zaprzyjaźniłem się. Kiedyś nieoczekiwanie wpadł do mnie. Miałem na biurku jakieś zapisane kartki. Zajrzał, przeczytał i powiedział: »Skończ i daj mi za 3 dni«. Cóż miałem robić? Skończyłem. Tydzień później ukazało się to w »Apelu«8.

Publikacja noweli w dodatku literackim do „Kuriera Porannego” była sukcesem, ale przyjaciele Dygata nie widzieli w tym niczego wyjątkowego.

„Niby zapisał się na architekturę – wspominał Janusz Minkiewicz – ale wiedzieliśmy wszyscy, że jest rzadkim gościem na tym wydziale. Znacznie częściej można go było spotkać przy stoliku w literackiej kawiarni czy w knajpie, gdzie kibicował naszemu towarzystwu, zajmującemu już jaką taką pozycję w świecie artystycznym. O każdym z nas, Karpińskim, Gombrowiczu, Uniłowskim, Mostowiczu, czy kimkolwiek innym, wiadomo było, że zajmuje się jakąś konkretną pracą, że drukuje, zarabia. Po Dygacie nie było tego widać. Wydawało się nam tajemnicą, skąd i kiedy, przy tym wszystkim, posiadł tak głęboko i dokładnie wiedzę muzyczną.

– Szkoda chłopaka – mówiliśmy – nic nie robi, marnuje się. Nic z niego nie będzie.

Nawet te dwie nowelki, które zdążył napisać przed wojną, nie zrobiły na nas wrażenia.

– Jak ktoś całymi miesiącami nic nie robi, może mu się czasem wypsnąć i nowelka…”9.

Jezioro Bodeńskie

Tryb życia Stanisława nie był jedynym problemem rodziny Dygatów w tych latach. Znacznie większy skandal obyczajowy wywołał bowiem ojciec Stanisława, który z dnia na dzień porzucił żonę i dom, aby zamieszkać z inną kobietą. Jego nowa partnerka musiała również całkowicie stracić głowę, albowiem odchodząc od swojej rodziny, opuściła dwie córki. Ze zdradą męża natomiast nie mogła pogodzić się prawowita małżonka architekta, Jadwiga, która przez długi czas wierzyła, że mąż jeszcze do niej powróci.

Tymczasem zbliżała się wojna i o „złotym młodzieńcu” przypomniała sobie armia francuska.

„Ogłoszona mobilizacja nie dotyczyła Stasia, bo jak wszyscy w naszej rodzinie miał obywatelstwo francuskie – opowiadała Danuta, siostra pisarza. – Ale dostał wezwanie do armii francuskiej. Nigdy wcześniej nie widziałam go tak poirytowanego i zbuntowanego. Powiedział kategorycznie, że nie pojedzie służyć w obcej armii, bo tu jest jego miejsce. Miał też wzgląd na mamę, która po rozwodzie, mimo że utrzymywali z ojcem nadal przyjazne kontakty, nie czuła się najlepiej. Chyba wtedy właśnie uświadomiłam sobie pierwszy raz, że mój brat jest już dorosłym mężczyzną”10.

Posiadane obywatelstwo zadecydowało, że po upadku Warszawy Antoni i Stanisław zostali internowani w Schule Petershausen w Konstancji nad Jeziorem Bodeńskim. Ich los podzielił zięć architekta, Jan Bogusławski, a cała trójka przebywała w obozie przez kilka miesięcy. Zwolniono ich dopiero po najeździe hitlerowców na Francję.

Wspólny pobyt w Konstancji wywarł zbawienny wpływ na wzajemne relacje ojca z synem i Stanisław zaczął okazywać więcej tolerancji dla postępowania Antoniego. Zdecydowanie mniej powodów do radości miał natomiast jego szwagier, albowiem po powrocie do Warszawy przekonał się, że porzuciła go żona, która wybrała życie u boku mało znanego wówczas pianisty i kompozytora, Witolda Lutosławskiego. Członkowie rodziny Dygatów uwielbiali jednak komplikować sobie życie…

Niebawem po powrocie internowanych do domu Niemcy wkroczyli do Paryża i przy tej okazji Stanisław stał się świadkiem sceny, której miał nigdy nie zapomnieć. Siedział właśnie w domu matki, rozmawiając z Lutosławskim, gdy w radiu podano wiadomość o kapitulacji francuskiej stolicy.

„Nagle informacja, że padł Paryż. I jednocześnie pukanie do drzwi. Otwierają, a tu stoi były prezydent Wojciechowski, zresztą sąsiad. Dygat opowiadał potem, że poczuł się, jakby sam majestat Rzeczypospolitej stanął na progu jego domu. Wojciechowski pyta, czy może zadzwonić. – Oczywiście, oczywiście – obaj panowie skwapliwie go zapraszają. Jest dla nich naturalne, że w tak dramatycznym momencie jak upadek Paryża prezydent musi gdzieś zadzwonić. Ale co słyszą?

– Zośka, Zośka, czemu was jeszcze nie ma? Przychodźcie, mama upiekła szarlotkę”11.

Lata okupacji Dygat spędził w stolicy, często cierpiąc niedostatek. Czasami przychodził wraz z siostrą do ojca, prosząc go o coś do jedzenia, i pan Antoni wynosił dzieciom z domu jakieś resztki. Robił to jednak w taki sposób, aby jego nowa żona niczego nie zauważyła…

Stanisław wznowił natomiast kontakty ze światem literackim Warszawy i właśnie wówczas napisał powieść Jezioro Bodeńskie, w której zawarł przeżycia z obozu internowania. Fragmenty utworu odczytywał na tajnych spotkaniach literackich.

„Pierwsza wizyta zapowiadała się kłopotliwie – wspominał Janusz Minkiewicz. – Dygat wyjął bowiem manuskrypt i zaczął czytać początkowe rozdziały swojej powieści. W miarę słuchania zakłopotanie mijało. Te rozdziały okazały się porywające, brawurowe. Poszczególni słuchacze czytanek Dygata, niepewni własnego sądu, telefonowaliśmy jeden do drugiego, sprawdzaliśmy swoje wrażenia. Wszystkie były zgodne. Młodzieńcza świeżość powstającej powieści była jasnym promieniem na ponurym tle okupacyjnej rzeczywistości. Buńczucznie rozpoczętą powieść potrafił Dygat doprowadzić do końca na tej samej wyżynie, na jakiej ją zaczął”12.

Jeszcze podczas wojny utwór zakupił Władysław Ryńca, okupacyjny dorobkiewicz, który lokował nadwyżki finansowe w rękopisach. Na umowie sprzedaży Stanisław Dygat figurował jako Wacław Kurowski, a Jezioro Bodeńskie nosiło tytuł Łabędź. Na szczęście Ryńca mieszkał w Piastowie pod Warszawą i dlatego zakupione przez niego materiały przetrwały Powstanie Warszawskie. Powieść ostatecznie ukazała się w 1946 roku nakładem wydawnictwa Wiedza i szybko stała się bestsellerem.

„Dzisiaj patrzę na tę powieść jak na fragment utrwalonego życia – mówił Dygat w 1965 roku. – Jezioro Bodeńskie to powieść granicząca prawie że z pamiętnikiem. Tak jak by komuś śniły się przeżycia. Niedawno z pewnym Polakiem odwiedziłem te powieściowe okolice. Nic się nie zmieniło. »O, tam było gestapo« – powiedziałem. »Tak, masz rację, bo teraz jest tam policja« – odparł mój znajomy”13.

Jezioro Bodeńskie przyniosło autorowi całkiem wymierne efekty finansowe. Autor otrzymał bowiem 100 tysięcy złotych nagrody za najlepszą książkę 1945–1946, ufundowanej przez czasopismo „Tydzień” (razem z Dwoma teatrami Jerzego Szaniawskiego). Finanse miały tym większe znaczenie, że Stanisław był już wówczas żonaty.

Pierwsze małżeństwo

Nie wiadomo, w jakich okolicznościach Dygat poznał aktorkę Władysławę Nawrocką ani kiedy się z nią ożenił. Przyjmuje się, że wzięli ślub około 1940 roku w okupowanej Warszawie, bliższych szczegółów tego wydarzenia jednak nie znamy, możliwe zresztą, że uroczystość odbyła się później.

Wybranka pisarza urodziła się we Lwowie 14 lipca 1917 roku, a jej matka była suflerką teatralną. Podobno podczas wojny Władysława grała na scenach teatralnych Wilna, zapewne było to w początkowym okresie wojny, podczas litewskiej okupacji miasta. Dlatego nie można wykluczyć, że Nawrocka przyjechała do Warszawy dopiero po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, czyli latem 1941 roku.

Pewne wiadomości posiadamy dopiero ze schyłkowego okresu wojny, kiedy to Dygatowie wraz z przyjaciółmi założyli lokal Pod Parasolem w Podkowie Leśnej. Sprzedawano tam „wódkę i jakieś mało poważne zakąski”, co nie było najlepszym pomysłem, albowiem nikt z właścicieli knajpy kompletnie nie nadawał się na restauratora. A gdy pewnego dnia okazało się, że zużycie alkoholu nie znajduje pokrycia w rachunkach firmy, Stanisław wziął inicjatywę w swoje ręce.

„[…] czując się najbardziej z całej czwórki odpowiedzialny, na znak protestu wykończył resztę wódki i krzycząc: »Szczupak w pomidorach«, rzucił się w sąsiadujący z Parasolem ogródek. Zanim udało się go stamtąd wyciągnąć, pojawił się właściciel, który zażądał zwrotu pieniędzy za szkody wyrządzone pomidorom”14.

Lokal szybko zbankrutował i niedoszli restauratorzy przenieśli się do Krakowa. Tam Dygat próbował założyć teatr literacko-artystyczny, chcąc wypromować żonę – aktorkę. Z planów nic nie wyszło, ale za to rodzina powiększyła się o córkę, Magdę.

Drogi i rozdroża młodego pisarza

W 1947 roku Stanisław zrzekł się obywatelstwa francuskiego, nie interesowała go bowiem emigracja (wariant ten wybrał jego ojciec, który osiadł w Brazylii). Odczuwał zresztą osobistą awersję do Francji, którą dodatkowo pogłębiła przedwojenna znajomość z Gombrowiczem. Pan Witold bowiem zawsze sprzeciwiał się nieuzasadnionemu „uwielbieniu francuskiej kultury, języka i obyczajów”, co uważał za „niechlubne świadectwo kompleksu Polaków wobec narodów zachodnioeuropejskich”.

Dużą rolę w decyzji Stanisława odegrały również przeżycia z okresu internowania. Przebywając bowiem w odosobnieniu, miał dużo czasu na osobiste refleksje, a przymusowe kontakty z Francuzami spowodowały, że szczególnie mocno odczuwał przynależność do narodu polskiego. Opis dojrzewania tych uczuć zawarł w Jeziorze Bodeńskim.

Natomiast bezpośrednio po wojnie, podobnie jak wielu intelektualistów, uwierzył w komunistyczną propagandę.

„[…] był on »na serio« – wspominała Irena Szymańska – w sposób przewrotny, gdyż była to powaga Dygatowa, zupełnie odmienna niż u innych. Kiedy na przykład na początku lat pięćdziesiątych rzucono hasło pisania powieści o robotnikach i wielu pisarzy podjęło to zadanie, Staś zabrał się do tego z całą powagą. Mieszkał wówczas na Wybrzeżu i postanowił poznać życie marynarzy. Odwiedzał portowe knajpy i toczył w nich z marynarzami długie rozmowy, by w końcu stwierdzić, że powieści napisać nie może, bo marynarze okazali się zbyt inteligentni, a i tak już zaopatrzono go w etykietkę pisarza od »inteligenckich obrachunków«. Zawarł mnóstwo przyjaźni, ale powieści w duchu tamtych lat nie napisał właśnie dlatego, że program, w imię którego chciał działać, traktował serio”15.

Po odwilży październikowej wzbudzał powszechne niedowierzanie, gdy przyznawał się publicznie, że „naprawdę chciał napisać” powieść socrealistyczną, jednak niestety „nie umiał”. Ale czy rzeczywiście mówił to serio? On, taki mistrz słowa, nie napisałby socrealistycznego czytadła?

Rok po zakończeniu wojny Dygatowie przenieśli się do Wrocławia, gdzie Stanisław dostał etat dyrektora miejscowego oddziału Związku Literatów Polskich. Dawało to nadzieję na stabilizację finansową, niestety Dygat po prostu nie lubił pracować. W efekcie dostał naganę od zarządu Związku i w 1948 roku zrzekł się funkcji. Opóźniał też ukończenie kolejnej powieści.

„Pożegnania Staś napisał pod terrorem – kontynuowała Szymańska. – Była to książka dla Klubu Odrodzenia, przyrzeczona subskrybentom i zapowiedziana na określony termin, a terminy subskrypcyjne traktowano jeszcze wtedy w wydawnictwach serio. Przerażeni, że Staszek nie zabrał się do roboty, po prostu porwaliśmy go, zamknęli w domu »Czytelnika« w Bierutowicach i tam, trzymając co prawda nie o chlebie i wodzie, ale odciętego od znajomych i przyjaciół, zmusiliśmy go – my to znaczy ówczesny dział wydawniczy »Czytelnika« z Zofią Dembińską na czele – do napisania w sześć tygodni książki”16.

Podobno w niemal identyczny sposób została napisana jeszcze jedna powieść Dygata. Lenistwo pana Stanisława przybierało bowiem wręcz patologiczne cechy.

„Bodaj Podróż powstała w ten sposób, że ówczesny redaktor naczelny »Przeglądu Kulturalnego« zwabił go do hotelu, zamknął w pokoju na klucz i wypuścił, gdy napisał tę książkę. Trwało to dwa tygodnie”17.

Stanisław zawsze uważał pisanie „za coś wstydliwego”, ale ze smutkiem uznał, że „nie nadaje się do innego zawodu”. Natomiast nie miał jednak oporów w „podśmiewaniu się z tych, którzy uważali się za zawodowych pisarzy”, gdyż „dla niego było to męczące zajęcie”.

A gdy sam zajął się pisaniem, to przestał lubić rozmowy o literaturze. Czasami zresztą wpadał w paniczny lęk na spotkaniach autorskich, bał się bowiem pytań czytelników.

„Kiedy pojawił się nagle we Wrocławiu, zmusił mnie, abym poszedł z nim na rozmowę z czytelnikami w Klubie Dziennikarzy i zabrał ze sobą ręcznik. W odpowiednim momencie, na jego znak – jak to jest przyjęte na meczu bokserskim – miałem rzucić ręcznik i poddać go. I tak się stało. Zwaliła się chmura docentów z uniwersytetu, którzy stoczyli uczone wywody na temat jego książek, a potem stawiali zaskakujące pytania. On sterczał na środku sali zażenowany, trzymał się krzesła i kiwał się jak łodyga na wietrze. Odpowiadał krótko: »tak« lub »nie«, »może«, »nie wiem«. Kiedy go w końcu zapytano, co sądzi o filmach Bergmana, rzekł: »Dobrze sądzę«. I dał mi rozpaczliwy znak. Rzuciłem ręcznik. Poddałem go”18.

Przy okazji stawał się coraz bardziej kapryśny i złośliwy. We Wrocławiu dzielił dom z Wojciechem Żukrowskim, a panowie zdecydowanie nie przepadali za sobą. I gdy Dygat po dwóch latach wyprowadzał się do Trójmiasta, to wynajął swoją część podwórka blacharzowi, który odtąd zakłócał spokój Żukrowskiemu. Córka pisarza zapamiętała jednak trochę inaczej to wydarzenie:

„Mieszkaliśmy na górze, a Żukrowski na dole. Kiedy ojciec pracował, Żukrowski włączał silnik samochodu. Kiedy pracować zaczynał Żukrowski – ojciec włączał na cały regulator muzykę. Po prostu »Paweł i Gaweł«”19.

W rodzinie Dygatów

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 2 Film, jazz i miłość

Rozdział 3 W szeregach opozycji

Rozdział 4 Gustaw i Magdalena

Rozdział 5 Wszyscy mężczyźni Maryli Rodowicz

Rozdział 6 Małżeństwa premiera Jaroszewicza

Zakończenie

Przypisy

PRZYPISY DO ROZDZIAŁU 1

1 J. Minkiewicz, Pamiętniki. Rozdział X, „Nowiny Literackie” 1947, nr 15, s. 6–7.

2Ibidem, s. 7.

3 S. Dygat, Jak zdałem maturę, [w:] Utwory rozproszone, Warszawa 1991, t. I, s. 62–63.

4 Za: R. Wąsowska, Kawaler z kolonii Staszica, „Rzeczpospolita”, 24/1998.

5 J. Broszkiewicz, Spotkania ze Stefanem, [w:] Sceptyk pełen wiary. Wspomnienia o Stefanie Otwinowskim, Kraków 1979, s. 166.

6 P.W. Szymański, Rozmowa ze Stanisławem Dygatem, „Tygodnik Powszechny” 1965, nr 28, s. 4.

7Ibidem.

8Ibidem.

9 J. Minkiewicz, op. cit., s. 7.

10 Za: R. Wąsowska, op. cit.

11 Za: http://kisiel.salon24.pl/19887,kocham-ludzi-z-poczuciem-humoru.

12 J. Minkiewicz, op. cit.

13 P.W. Szymański, op. cit.

14 M. Dygat, Rozstania, Kraków 2001, s. 16.

15 I. Szymańska, Czego wtedy nie powiedziałam…, „Polityka” 1978, nr 6, s. 9.

16 I. Szymańska, op. cit.

17 K. Kutz, Portrety godziwe, Kraków 2004, s. 58.

18 K. Kutz, Klapsy i ścinki. Mój alfabet filmowy i nie tylko, Kraków 1999, s. 70.

19Kocham ludzi z poczuciem humoru,http://kisiel.salon24.pl/19887,kocham-ludzi-z-poczuciem-humoru.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Ważniejsza bibliografia