Slammed - Colleen Hoover - ebook

12 osób właśnie czyta

Opis

Layken skończyła właśnie osiemnaście lat. Kilka miesięcy wcześniej niespodziewanie straciła ojca.
Wraz z kochającą matką i młodszym bratem postanawiają zostawić za sobą przeszłość w Teksasie, by móc rozpocząć nowe życie w Michigan.
Sprzedają dom, pakują rodzinne pamiątki i wyruszają na północ. Każde z nich z innymi obawami i planami na przyszłość. Zarówno Layken, jak i Kel nie chcą porzucać szkoły, przyjaciół, ulubionych miejsc. Nie wiedzą, co ich czeka tysiące kilometrów od domu. Prawdziwego domu.
Julia, choć też się martwi, stara się dodać otuchy swoim dzieciom i wesprzeć ich w najtrudniejszych chwilach. Po przyjeździe na miejsce okazuje się, że już pierwszy kontakt z sąsiedztwem z naprzeciwka zwiastuje poważne zmiany w rodzinnych relacjach.
A to dopiero początek niezwykle emocjonalnej, chwilami przezabawnej historii rodzin Cohen i Cooperów, w której nikt nie zdaje sobie sprawy, jak ich członkowie staną się sobie bliscy w obliczu śmiertelnej choroby i codziennych problemów.

Colleen Hoover jest autorką kilku bestsellerowych powieści z listy „New York Timesa”.
Mieszka w Teksasie wraz z mężem i trzema synami. Uwielbia muzykę, filmy i dietetyczną colę. Point of Retreat to druga z trzech części opowiadających o miłosnych perypetiach Layken Cohen i Willa Coopera.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 290

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Colleen Hoover

SLAMMED

Przełożyła Katarzyna Puścian

Tytuł oryginału: Slammed

Copyright © 2012 by Colleen Hoover

Atria Books, a Division of Simon & Schuster, Inc. is the original publisher of the novel

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVIII

Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Puścian, MMXVIII

Wydanie II

(wydanie I ukazało się pod tytułem Pułapka uczuć)

Warszawa, MMXVIII

Książkę dedykuję zespołowi The Avett Brothers za inspirację płynącą ze słów: Zdecyduj, kim chcesz być, i tą osobą bądź.

Część pierwsza

Rozdział 1

Bardziej nigdzie być nie mogę,

czy mi znaleźć „gdzieś” pomożesz?

– Salina, The Avett Brothers

Kel i ja pakujemy ostatnie dwa kartony do wynajętej ciężarówki. Zasuwam i blokuję drzwi, zamykając za nimi osiemnaście lat wspomnień, z których każde wiąże się z moim tatą.

Zmarł sześć miesięcy temu. Na tyle dawno, że mój dziewięcioletni brat Kel nie płacze już za każdym razem, kiedy o nim mówimy, ale też na tyle niedawno, że jesteśmy zmuszeni zaakceptować finansowe skutki spadające na gospodarstwo domowe pozbawione jednego z rodziców. Gospodarstwo domowe, którego nie stać na pozostanie w Teksasie, w jedynym domu, jaki znam.

– Lake, przestań dołować – mówi mama, podając mi klucze do domu. – Myślę, że Michigan bardzo ci się spodoba.

Nigdy nie nazywa mnie imieniem, które mi dała. Razem z tatą przez dziewięć miesięcy spierali się o to, jakie powinno być. Mama była zakochana w imieniu Layla z piosenki Erica Claptona. Tacie bardzo się podobało imię Kennedy po którymś Kennedym. „Nieważne po którym – mówił. – Uwielbiam ich wszystkich!”.

Miałam prawie trzy dni, kiedy szpital zmusił ich do podjęcia decyzji. Uzgodnili, że wezmą trzy pierwsze litery z każdego z tych imion, i w ramach kompromisu nazwali mnie Layken, ale żadne z nich ani razu się tak do mnie nie zwróciło.

Naśladuję głos mamy: „Mamo, przestań górować! Michigan będzie mi się bardzo nie podobać”.

Mama zawsze potrafiła wygłosić wykład za pomocą jednego spojrzenia. Teraz właśnie posyła mi to spojrzenie.

Wchodzę po stopniach na werandę i ruszam na obchód przed ostatecznym przekręceniem klucza w zamku. Pokoje są przerażająco puste. Nie czuję, że chodzę po domu, w którym mieszkałam od urodzenia. Ostatnie sześć miesięcy przypominało wir emocji – złych emocji. Wyprowadzka była nieunikniona. Zdaję sobie z tego sprawę. Spodziewałam się tylko, że nastąpi po tym, jak zakończę naukę w ostatniej klasie liceum.

Stoję w pomieszczeniu, które nie jest już naszą kuchnią, kiedy przed oczami miga mi fioletowa plastikowa spinka do włosów – pod szafką, w miejscu, gdzie stała kiedyś lodówka. Podnoszę ją z ziemi, wycieram kurz i przesuwam spinkę w palcach.

– Odrosną – powiedział tata.

Miałam pięć lat. Mama zostawiła nożyczki do podcinania włosów na blacie w łazience. Zrobiłam z nimi to, co podobno robi większość dzieci w tym wieku. Obcięłam sobie włosy.

– Mama będzie na mnie bardzo zła – wypłakałam.

Myślałam, że jeśli obetnę włosy, one natychmiast odrosną i nikt niczego nie zauważy. Odcięłam sobie dość szeroki kawałek grzywki, po czym przez jakąś godzinę siedziałam przed lustrem, czekając, aż odrośnie. Podniosłam proste brązowe kosmyki z podłogi i trzymałam w ręku, zastanawiając się, jak je na nowo przymocować do głowy. Wtedy zaczęłam płakać.

Kiedy tata wszedł do łazienki i zobaczył, co zrobiłam, tylko się roześmiał, podniósł mnie z podłogi i posadził na blacie.

– Lake, mama niczego nie zauważy – obiecał, wyjmując coś z szafki. – Tak się składa, że mam tu coś magicznego. – Otworzył rękę i pokazał mi fioletową spinkę. – Jeśli będziesz ją nosić, mama o niczym się nie dowie. – Odgarnął pozostałe kosmyki na bok i przypiął spinką. Potem odwrócił mnie przodem do lustra. – Widzisz? Jak nowa!

Spojrzałam na nasze odbicie i poczułam się jak najszczęśliwsza dziewczynka na świecie. Nigdy nie słyszałam, żeby jakiś inny tata miał magiczne spinki.

Nosiłam ją we włosach codziennie przez dwa miesiące, a mama ani razu o niej nie wspomniała. Teraz, kiedy o tym myślę, zdaję sobie sprawę, że pewnie powiedział jej, co zrobiłam. Ale kiedy miałam pięć lat, wierzyłam w jego magię.

Z wyglądu bardziej przypominam mamę. Obie jesteśmy średniego wzrostu. Mama po urodzeniu dwojga dzieci nie może już raczej nosić moich dżinsów, ale poza tym jesteśmy niemal jednakowe. Mamy brązowe włosy, które są proste albo pofalowane, w zależności od pogody. Jej oczy mają głębszy szmaragdowy odcień niż moje. Możliwe jednak, że po prostu wydają się ciemniejsze na tle jej bladej cery.

We wszystkim, co się liczy, jestem podobna do taty. Mieliśmy to samo ironiczne poczucie humoru, taką samą osobowość, tak samo kochaliśmy muzykę i tak samo się śmialiśmy. Z Kelem jest zupełnie inaczej. Fizycznie przypomina tatę. Ma włosy w kolorze przybrudzonego blond i delikatne rysy. Jak na dziewięciolatka jest dość drobny, ale braki w posturze nadrabia osobowością.

Podchodzę do zlewu i odkręcam wodę. Przecieram palcem trzynaście lat kurzu nagromadzonego na spince. Kel wchodzi do kuchni tyłem, kiedy wycieram ręce o dżinsy. To dziwne dziecko, ale bardzo je kocham. Lubi bawić się w coś, co nazywa „dniem na opak”: większość czasu spędza wtedy, chodząc wszędzie tyłem, mówiąc od tyłu, a nawet prosząc najpierw o deser. Przy tak dużej różnicy wieku między nami i z braku innego rodzeństwa musi sobie chyba znajdować jakieś rozrywki.

– Pośpieszyła się, żebyś mówi mama, Layken! – krzyczy od tyłu.

Wkładam spinkę do kieszeni dżinsów i wychodzę z domu, zamykając go na klucz po raz ostatni.

* * *

Przez kilka następnych dni mama i ja na zmianę prowadzimy mojego jeepa i ciężarówkę. Tylko dwa razy zatrzymujemy się w hotelu. Kel przesiada się raz do mamy, raz do mnie. Ostatniego dnia jedzie ciężarówką razem ze mną. Wykańczający dziewięciogodzinny końcowy odcinek trasy pokonujemy w nocy, tylko raz zatrzymując się na chwilę. Kiedy dojeżdżamy do naszego nowego miasta, Ypsilanti, rozglądam się i zdaję sobie sprawę, że ogrzewanie w samochodzie jest włączone, mimo że mamy wrzesień. Zdecydowanie potrzebuję nowych ubrań.

Kiedy po raz ostatni skręcam w prawo, w naszą ulicę, GPS informuje mnie, że „dotarłam do celu”.

„Do celu”. – Śmieję się sama do siebie. Co ten GPS wie.

Ślepa uliczka nie jest zbyt długa. Po obu stronach stoi około ośmiu jednopoziomowych ceglanych domów. Na jednym z podjazdów widzę kosz do gry, więc mam nadzieję, że Kel znajdzie sobie jakiegoś towarzysza zabaw. Szczerze mówiąc, okolica wygląda na porządną. Trawniki są równiutko przystrzyżone, chodniki czyste, ale wszędzie jest za dużo betonu. O wiele za dużo. Już tęsknię za swoim domem.

Właściciel przesłał nam zdjęcia domu, który będziemy wynajmować, więc od razu go rozpoznaję. Jest mały. Bardzo mały. W Teksasie mieliśmy ranczo z kilkoma akrami ziemi. Znikomy teren otaczający ten dom to niemal wyłącznie beton i krasnale ogrodowe. Drzwi wejściowe są uchylone. Widzę, że ze środka wychodzi starszy mężczyzna, jak podejrzewam, właściciel, i macha do nas ręką.

Przejeżdżam jakieś pięćdziesiąt metrów obok domu, żeby podjechać tyłem tak, aby drzwi kontenera wychodziły na drzwi wejściowe. Przed wrzuceniem biegu wstecznego schylam się i budzę Kela. Śpi od wyjechania z Indiany.

– Wstawaj – mówię szeptem. – Dotarliśmy do celu.

Kel rozprostowuje nogi, ziewa i opiera czoło o szybę, żeby popatrzeć na nasz nowy dom.

– Na podwórku jest jakiś chłopak! Myślisz, że mieszka u nas?

– Lepiej, żeby nie mieszkał – odpowiadam. – To pewnie sąsiad. Wyskakuj i idź się przywitać, a ja podjadę.

Wjeżdżam przed dom, przestawiam bieg na „parkowanie”, opuszczam okna i wyłączam silnik. Mama zatrzymuje się obok moim jeepem. Widzę, jak z niego wysiada i wita się z właścicielem. Osuwam się trochę niżej na siedzeniu i opieram stopę o deskę rozdzielczą, patrząc, jak Kel i jego nowy kolega walczą na niewidzialne miecze. Zazdroszczę mu. Zazdroszczę, że jest w stanie tak szybko zaakceptować przeprowadzkę, a ja pozostaję wściekłym, rozgoryczonym dzieckiem.

Był zły, kiedy mama zdecydowała, że się przeprowadzamy. Głównie dlatego, że stało się to w samym środku sezonu młodzieżowej ligi baseballowej. Miał przyjaciół, za którymi będzie tęsknił, ale w wieku dziewięciu lat nasz najlepszy przyjaciel jest zwykle wyimaginowany i mieszka po drugiej stronie oceanu. Mama dość szybko przekonała go obietnicą, że pozwoli mu się zapisać na hokej, co chciał zrobić jeszcze w Teksasie, ale na farmerskim Południu nie był to zbyt popularny sport. Kiedy się już na to zgodziła, Kel zaczął myśleć pozytywnie o Michigan, a nawet z pewną euforią.

Rozumiem, dlaczego musieliśmy się przeprowadzić. Tata dobrze zarabiał, prowadząc sklep z farbami. Mama w razie potrzeby pracowała na zlecenie jako pielęgniarka, ale głównie zajmowała się domem i nami. Jakiś miesiąc po jego śmierci udało jej się znaleźć pracę na pełny etat. Widziałam, jak odbija się na niej stres związany ze śmiercią taty oraz to, że została głową rodziny.

Pewnego wieczoru przy kolacji wyjaśniła nam, że nie stać jej na to, żeby dalej opłacać wszystkie rachunki i raty za dom. Powiedziała, że znalazła lepiej płatną pracę, ale że musielibyśmy się przeprowadzić. Pracę zaproponowała jej przyjaciółka z liceum, Brenda. Razem dorastały w rodzinnym mieście mojej mamy, Ypsilanti, na obrzeżach Detroit. Stawka była wyższa niż zarobki możliwe do osiągnięcia w Teksasie, więc musiała się zgodzić. Nie winię jej za przeprowadzkę. Moi dziadkowie nie żyją, więc nikt nie może jej pomóc. Rozumiem, dlaczego musieliśmy to zrobić, ale zrozumienie sytuacji nie zawsze ułatwia jej zaakceptowanie.

– Layken, nie żyjesz! – krzyczy Kel przez otwarte okno i wbija mi wyimaginowany miecz w szyję. Czeka, aż opadnę na drzwi, ale ja tylko przewracam oczami. – Trafiłem cię. Powinnaś nie żyć!

– Uwierz mi, i tak już nie żyję – mruczę, otwierając drzwi i wydostając się z samochodu.

Kel wpatruje się w beton z opuszczonymi ramionami i zwisającym wyimaginowanym mieczem u boku. Jego nowy przyjaciel stoi z tyłu, tak samo zrezygnowany. Natychmiast żałuję, że przekazałam im mój zły nastrój.

– I tak już nie żyję… – powtarzam swoim najlepszym potwornym głosem – …bo jestem zombi!

Chłopcy zaczynają krzyczeć, kiedy wyciągam ręce, przekręcam głowę na bok i wydaję z siebie gulgoczący dźwięk.

– Mózgi! – mruczę, goniąc ich na sztywnych nogach dookoła ciężarówki. – Mózgi!

Powoli obchodzę maskę samochodu, kiedy dostrzegam, że ktoś chwyta mojego brata i jego nowego przyjaciela za kołnierze.

– Łap ich! – krzyczy nieznajomy, przytrzymując dwóch wrzeszczących chłopaków.

Wygląda na kilka lat starszego ode mnie i jest sporo wyższy. Większość dziewczyn opisałaby go jako niezłe ciacho, ale ja nie jestem większością dziewczyn. Chłopcy wymachują rękami, a mięśnie nieznajomego napinają się pod koszulą, kiedy próbuje nad nimi zapanować.

W przeciwieństwie do mnie i Kela ci dwaj na pewno są rodzeństwem. Poza oczywistą różnicą wieku są identyczni. Obaj mają gładką oliwkową cerę, czarne jak smoła włosy, które w ten sam sposób opadają im na czoło. Nieznajomy zaczyna się śmiać, kiedy Kel wreszcie się uwalnia i zadaje mu cios swoim „mieczem”. Spogląda na mnie i mówi bezgłośnie: „Pomocy!”, a ja zdaję sobie nagle sprawę, że zastygłam w swojej pozie zombi.

Instynktownie mam ochotę wczołgać się z powrotem do ciężarówki i ukryć na jej podłodze do końca życia. Zamiast tego jeszcze raz krzyczę „Mózgi!”, rzucam się do przodu i udaję, że wgryzam się młodszemu chłopcu w czubek głowy. Łapię Kela i jego nowego przyjaciela i łaskoczę ich, aż zaczynają pokładać się ze śmiechu na betonowym podjeździe.

Kiedy wstaję, starszy brat wyciąga do mnie dłoń.

– Cześć, jestem Will. Mieszkamy po drugiej stronie ulicy. – Wskazuje na dom znajdujący się dokładnie naprzeciwko naszego.

Podaję mu rękę.

– Cześć, Layken. Wychodzi na to, że mieszkam tutaj – odpowiadam i zerkam na dom za swoimi plecami.

Will się uśmiecha. Nasz uścisk dłoni się przeciąga, bo żadne z nas nic nie mówi. Nie znoszę krępujących momentów.

– W takim razie witamy w Ypsilanti. – Will wysuwa rękę z uścisku i wkłada do kieszeni kurtki. – Skąd przyjechaliście?

– Z Teksasu? – Nie bardzo wiem, czemu koniec mojej odpowiedzi zabrzmiał jak pytanie.

Nie bardzo wiem, dlaczego analizuję, dlaczego zabrzmiał jak pytanie. Nie bardzo wiem, dlaczego analizuję to, dlaczego analizuję – tracę głowę. To pewnie przez brak snu w ostatnich trzech dniach.

– Z Teksasu, tak? – Will kołysze się na piętach w przód i w tył. Atmosfera staje się jeszcze bardziej krępująca, kiedy nie odpowiadam. Will zerka na brata i schyla się, żeby go złapać za kostki. – Muszę zawieźć tego urwisa do szkoły – wyjaśnia, podnosząc go i przerzucając sobie przez ramię. – Wieczorem ma się ochłodzić. Powinniście się postarać jak najwięcej rozpakować dzisiaj. Później ma być zimno przez kilka dni. Jeśli będziecie potrzebować pomocy po południu, dajcie mi znać. Będziemy w domu koło czwartej.

– Pewnie, dzięki.

Przechodzą przez ulicę, a ja ciągle ich obserwuję. Kel zadaje mi cios w lędźwie, więc padam na kolana i kurczowo ściskam brzuch, pochylona do przodu. Kel siada na mnie i zadaje ostateczny cios. Jeszcze raz zerkam na drugą stronę ulicy i widzę, że Will nas obserwuje. Zamyka za bratem drzwi samochodu, przechodzi na stronę kierowcy i macha na pożegnanie.

Wyładowanie wszystkich kartonów i mebli zajmuje nam znaczną część dnia. Właściciel domu pomaga przy większych rzeczach, których mama i ja nie dajemy rady podnieść same. Jesteśmy zbyt zmęczeni, żeby zabrać się do kartonów w jeepie, więc przekładamy to na jutro. Czuję się trochę zawiedziona, kiedy opróżniamy ciężarówkę. Nie mam już wymówki, żeby poprosić Willa o pomoc.

Kiedy tylko moje łóżko zostaje złożone, zaczynam zbierać z korytarza kartony ze swoim imieniem. Większość rozpakowuję, ścielę łóżko i zauważam, że meble w moim pokoju rzucają na ściany cienie. Wyglądam przez okno – zachodzi słońce. Albo dni są tutaj dużo krótsze, albo straciłam poczucie czasu.

W kuchni mama i Kel wkładają naczynia do szafek. Wspinam się na jedno z sześciu wysokich krzeseł stojących przy barku, który przez brak jadalni pełni również funkcję stołu. O samym domu nie da się powiedzieć zbyt wiele. Za drzwiami wejściowymi jest mały przedpokój zakończony salonem. Od kuchni oddziela go jedynie korytarz po lewej i okno po prawej. Beżowy dywan jest wykończony drewnianą listwą biegnącą przez resztę pomieszczeń.

– Tak tu czysto – mówi mama, układając naczynia. – Nie widziałam ani jednego owada.

W Teksasie owady są liczniejsze niż źdźbła trawy. Jeśli nie zabijasz much, gonisz za osami.

– To chyba jedyna zaleta Michigan – odpowiadam.

Otwieram pudełko z pizzą i patrzę, co mam do wyboru.

– Jedyna zaleta? – Mama puszcza do mnie oko, opierając się o blat. Bierze kawałek pepperoni i wkłada go do ust. – Wydawało mi się, że razem są co najmniej dwie zalety.

Udaję, że nie wiem, o co chodzi.

– Widziałam, jak rozmawiałaś rano z tym chłopakiem – wyjaśnia z uśmiechem.

– Mamo, błagam – odpowiadam na tyle obojętnie, żeby zabrzmiało to wiarygodnie. – Jestem niemal pewna, że bez większego zdziwienia zauważymy, iż Teksas nie jest jedynym stanem zamieszkiwanym przez gatunek męski. – Podchodzę do lodówki i biorę sobie napój.

– Co to znaczy zamyszkiwanym? – pyta Kel.

– Zamieszkiwanym – poprawiam go. – Zamieszkiwać to inaczej zajmować, mieszkać, rezydować, zaludniać, koczować, żyć. – Moje kursy przygotowawcze do egzaminów na studia nie poszły na marne.

– To tak jak my zamyszkiwujemy Ypsilanti?

– Zamieszkujemy. – Kończę jeść swój kawałek pizzy i pociągam łyk napoju. – Jestem padnięta. Idę do łóżka.

– Chcesz powiedzieć, że idziesz zamieszkiwać swoją sypialnię? – pyta Kel.

– Szybko się uczysz, koniku polny. – Schylam się, całuję go w głowę i idę do pokoju.

Tak miło jest wejść pod kołdrę. Przynajmniej łóżko jest znajome. Zamykam oczy i próbuję sobie wyobrazić, że jestem w moim starym pokoju. Moim starym, ciepłym pokoju. Kołdra i poduszka są lodowate, więc przykrywam głowę, żeby wytworzyć trochę ciepła. Zapamiętać: gdy tylko wstanę, zlokalizować termostat.

To właśnie zamierzam zrobić, kiedy wygrzebuję się z łóżka, a moje bose stopy napotykają lodowatą podłogę. Wyciągam z szafy bluzę i zarzucam ją na piżamę, szukając skarpetek. Bezskutecznie. Idę na palcach przez przedpokój, starając się nikogo nie obudzić, jednocześnie zaś usiłując jak najmniejszą powierzchnią stóp dotykać zimnej drewnianej podłogi. Przechodząc obok pokoju Kela, dostrzegam na podłodze jego kapcie z Darthem Vaderem. Zakradam się po cichu, wsuwam je na nogi i z ulgą docieram wreszcie do kuchni.

Szukam dzbanka do kawy, ale nigdzie go nie ma. Pamiętam, że zapakowałam go do jeepa. Pech, bo jeep stoi na zewnątrz. A na zewnątrz jest niedorzecznie zimno.

Nigdzie nie mogę znaleźć kurtek. W Teksasie rzadko kiedy nosi się kurtki we wrześniu. Biorę kluczyki i dochodzę do wniosku, że będę musiała po prostu błyskawicznie dotrzeć do jeepa. Otwieram drzwi i widzę, że całe podwórko pokrywa jakaś biała substancja. Mija sekunda, zanim zdam sobie sprawę, co to jest. Śnieg? We wrześniu? Schylam się, trochę nabieram go do ręki i się przyglądam. W Teksasie śnieg nie pada zbyt często, a jak już pada, to nie taki. Teksański śnieg bardziej przypomina miniaturowe kawałeczki twardego jak skała gradu. Śnieg w Michigan jest taki, jaki zawsze sobie wyobrażałam: puszysty, miękki i zimny! Szybko go wyrzucam, wycieram ręce o bluzę i ruszam w kierunku jeepa.

Nie dochodzę daleko. W momencie, kiedy kapcie z Darthem Vaderem napotykają pokryty śniegiem beton, przestaję patrzeć na znajdujący się przede mną samochód. Leżę płasko na plecach i spoglądam w bezchmurne błękitne niebo. Natychmiast czuję ból w prawym ramieniu i zdaję sobie sprawę, że wylądowałam na czymś twardym. Wyciągam rękę i wyjmuję spod siebie betonowego krasnala ogrodowego. Połowa jego czerwonej czapki jest oderwana i połamana na kawałki. Szczerzy się złośliwie. Jęcząc z bólu, podnoszę krasnala, robię zamach niezranionym ramieniem i chcę cisnąć nim o ziemię, ale ktoś mnie powstrzymuje.

– To nie jest dobry pomysł!

Natychmiast rozpoznaję głos Willa. Jest aksamitny i kojący, jak głos mojego taty, ale jednocześnie nieco rozkazujący. Siadam i widzę, że idzie w moim kierunku.

– Nic ci nie jest? – pyta ze śmiechem.

– Poczuję się dużo lepiej, jak rozwalę to cholerstwo – odpowiadam, bezskutecznie próbując się podnieść.

– Lepiej tego nie rób. Krasnale przynoszą szczęście. – Will podchodzi bliżej, zabiera mi krasnala z ręki i ostrożnie kładzie na pokrytej śniegiem trawie.

– Tak. – Przyglądam się rozcięciu na swoim ramieniu, które wytworzyło już jasnoczerwoną plamę na rękawie bluzy. – Niesamowite szczęście.

Will przestaje się śmiać, kiedy dostrzega krew na mojej bluzce.

– Boże, przepraszam. Nie śmiałbym się, gdybym wiedział, że coś ci się stało. – Schyla się, bierze mnie pod drugie ramię i podnosi. – Powinnaś przykleić na to plaster.

– Nie mam pojęcia, gdzie są. – Myślę o stosie nierozpakowanych jeszcze kartonów.

– W takim razie chodź ze mną. Mam plastry w kuchni.

Will zdejmuje kurtkę i opatula mi nią ramiona. Kiedy przechodzimy przez ulicę, przytrzymuje mnie za rękę. Czuję się trochę żałośnie z tym, że mi pomaga – mogłabym iść sama. Mimo to nie sprzeciwiam się i jestem jak hipokrytka wobec światowego ruchu feministek. Cofnęłam się do roli damy w opałach.

Zdejmuję kurtkę z ramion, kładę na oparciu kanapy i idę za Willem do kuchni. W środku wciąż jest ciemno, domyślam się więc, że wszyscy śpią. W jego domu jest więcej miejsca niż w naszym. Ma podobny otwarty rozkład, ale salon wydaje się o kilka metrów większy. Na podwórko wychodzi duże okno wykuszowe z parapetem wyłożonym wielkimi poduchami.

Na ścianie naprzeciwko kuchni wisi kilka rodzinnych fotografii. Większość przedstawia Willa z młodszym bratem, na kilku są też jego rodzice. Podchodzę bliżej, żeby przyjrzeć się zdjęciom, podczas gdy Will szuka plastrów. Geny na pewno odziedziczyli po ojcu. Na fotografii wyglądającej na najnowszą, chociaż i tak zrobionej kilka lat temu, tata obejmuje obu synów, ściskając ich przed obiektywem. Jego czarne jak smoła włosy są przyprószone siwizną, a gęste czarne wąsy podkreślają wielki uśmiech. Ma identyczne rysy jak Will. Obaj mają oczy, które się śmieją, kiedy są weseli, oraz idealnie białe zęby.

Matka Willa zapiera dech w piersiach. Ma długie jasne włosy i wygląda na wysoką, przynajmniej na zdjęciach. W rysach synów nie odnajduję żadnych cech mamy. Może Will ma jej osobowość. Te wszystkie zdjęcia uwydatniają istotną różnicę pomiędzy naszymi miejscami zamieszkania – to jest prawdziwy dom.

Wchodzę do kuchni i siadam przy barku.

– Najpierw musisz przemyć ranę. – Will podciąga rękawy i odkręca wodę.

Jego bladożółta koszula w kuchennym świetle jest lekko prześwitująca i widać pod nią zarys podkoszulka. Ma szerokie bary, rękawy opinają mu się na umięśnionych ramionach. Czubkiem głowy sięga kuchennej szafki, więc dochodzę do wniosku, że jest ode mnie jakieś piętnaście centymetrów wyższy. Gapię się na wzór na jego czarnym krawacie, który przerzucił przez ramię, żeby go nie zamoczyć. Nagle Will zakręca wodę i podchodzi do barku. Czuję, jak się rumienię, biorąc od niego mokrą serwetkę. Wstydzę się, że tyle uwagi poświęcam jego wyglądowi.

– W porządku. – Opuszczam bluzkę z ramienia. – Dosięgnę.

Will odpakowuje plaster, a ja wycieram krew z rany.

– To co robiłaś na dworze, w piżamie, o siódmej rano? Ciągle przenosicie kartony?

Potrząsam głową i wrzucam serwetkę do kosza na śmieci.

– Kawa.

– Aha. To znaczy, że nie przepadasz za rannym wstawaniem. – Brzmi to bardziej jak stwierdzenie faktu niż pytanie.

Kiedy się zbliża, żeby przykleić mi plaster na ramieniu, czuję jego oddech na szyi. Pocieram ręce, żeby ukryć pojawiającą się na nich gęsią skórkę. Will przylepia plaster i przyklepuje go.

– Już. Jak nowe.

– Dzięki. I mogę wcześnie wstawać. Ale muszę wypić kawę.

Podnoszę się, odwracam głowę i udaję, że przez ramię oglądam plaster. Tak naprawdę jednak zastanawiam się nad kolejnym ruchem. Już mu podziękowałam. Mogłabym się odwrócić na pięcie i wyjść, ale byłoby to nieuprzejme po tym, jak właśnie mi pomógł. Ale jeśli będę dalej tu stać i czekać, aż on coś powie, to może wyglądać głupio, że jednak nie wyszłam. Nie rozumiem, dlaczego w jego obecności analizuję takie podstawowe czynności. Jest tylko jedną z wielu osób zamieszkujących to miasto!

Kiedy się odwracam, Will stoi przy barku i nalewa kawę. Podchodzi do mnie i stawia kubek na blacie.

– Z mlekiem i cukrem?

Potrząsam głową.

– Może być czarna. Dzięki.

Opiera się o barek i patrzy, jak piję. Jego oczy mają dokładnie taki sam głęboki odcień zieleni jak oczy jego matki na zdjęciu. Czyli jednak coś po niej odziedziczył. Uśmiecha się, odwraca ode mnie wzrok i spogląda na zegarek.

– Pora się zbierać. Brat czeka na mnie w samochodzie i muszę iść do pracy. Odprowadzę cię. Możesz zatrzymać kubek.

Przed kolejnym łykiem dostrzegam wymalowane na nim duże litery. Najlepszy Tata na Świecie. Z identycznego kubka pił kawę mój tata.

– Dam sobie radę – mówię, ruszając do drzwi. – Chyba opanowałam już chodzenie w pozycji wyprostowanej.

Will wychodzi za mną z domu, zamyka drzwi i nalega, żebym wzięła jego kurtkę. Narzucam ją sobie na ramiona, jeszcze raz mu dziękuję i przechodzę przez ulicę.

– Layken! – krzyczy Will, kiedy już mam wejść do domu. Odwracam się i widzę, że stoi na swoim podjeździe. – Niech moc będzie z tobą! – Śmiejąc się, wsiada do samochodu, a ja stoję w miejscu jak kołek i wpatruję się w moje kapcie z Darthem Vaderem. Klasyk.

Kawa pomaga. Znajduję termostat i przed lunchem dom wreszcie się trochę nagrzewa. Mama pojechała z Kelem załatwić przepisanie rachunków na swoje nazwisko, a ja zostałam w domu z ostatnimi kartonami, nie licząc tych, które są jeszcze w jeepie. Rozpakowuję kilka pudeł i dochodzę do wniosku, że najwyższy czas na prysznic. To już trzeci dzień zupełnego ignorowania kwestii związanych z wyglądem.

Wychodzę spod prysznica i owijam się ręcznikiem. Przerzucam włosy do przodu, czeszę je i suszę. Kiedy są suche, powietrze z suszarki kieruję na zaparowane lustro i robię okrągły otwór, żeby się trochę umalować. Widzę, że moja opalenizna blednie. Za dużo się tu nie powyleguję na słońcu, więc równie dobrze mogę przywyknąć do jaśniejszej karnacji.

Czeszę włosy i związuję je w kucyk. Nakładam na usta trochę błyszczyku i maluję rzęsy. Rezygnuję z różu, bo nie jest mi już raczej potrzebny. Pogoda i krótkie spotkania z Willem sprawiły, że policzki mam ciągle zarumienione.

Kiedy byłam pod prysznicem, mama z Kelem zdążyli wrócić i znowu gdzieś wyjść. Mama zostawiła mi karteczkę z wiadomością, że razem z Brendą pojechali do miasta oddać ciężarówkę. Na blacie obok kluczyków do samochodu leżą trzy banknoty dwudziestodolarowe i lista zakupów. Zbieram wszystko i idę do jeepa. Tym razem docieram do niego bez przygód.

Wrzucając wsteczny bieg, zdaję sobie sprawę, że nie mam zielonego pojęcia, dokąd jechać. Nic nie wiem o tym mieście, a jeszcze mniej o tym, czy wyjeżdżając z mojej ulicy, powinnam skręcić w lewo czy w prawo. Na podwórku Willa widzę jego młodszego brata, więc zatrzymuję się przy ich krawężniku i opuszczam szybę od strony pasażera.

– Hej, chodź tu na chwilę!

Chłopak patrzy na mnie i się waha. Może myśli, że zaraz znowu rzucę się na niego jako zombi. Podchodzi do samochodu, ale zatrzymuje się metr od okna.

– Jak dojechać do najbliższego sklepu spożywczego?

Przewraca oczami.

– Serio? Mam dziewięć lat.

OK. Podobieństwo do brata kończy się na wyglądzie.

– Dzięki… A tak w ogóle to jak ci na imię?

Brat Willa uśmiecha się łobuzersko i krzyczy: „Darth Vader!”. Śmieje się, odbiegając od samochodu.

Darth Vader? Dociera do mnie znaczenie jego odpowiedzi. Żartuje sobie z kapci, które miałam na sobie dziś rano. Nic nadzwyczajnego. Nadzwyczajne jest natomiast to, że Will musiał z nim o mnie rozmawiać. Nie mogę się powstrzymać i próbuję sobie wyobrazić tę rozmowę oraz to, co Will o mnie myśli. Jeśli w ogóle o mnie myśli. Z jakiegoś powodu ja sama myślę o nim tak często, że jest to trochę krępujące. Zastanawiam się, ile ma lat, co studiuje, czy ma dziewczynę.

Na szczęście w Teksasie nie zostawiłam żadnego chłopaka. Prawie rok się z nikim nie spotykam. Liceum, praca na pół etatu i pomaganie przy sportach Kela nie zostawiało mi wiele czasu na randki. Zdaję sobie sprawę, że trudno się będzie przestawić z bycia osobą bez chwili wolnego czasu na bycie osobą, która nie ma absolutnie nic do roboty.

Sięgam do skrytki, żeby wyjąć GPS.

– To nie jest dobry pomysł – mówi Will.

Spoglądam w górę i widzę, że idzie w kierunku samochodu. Robię, co w mojej mocy, żeby powstrzymać uśmiech.

– Co nie jest dobrym pomysłem? – pytam.

Wkładam GPS w uchwyt i włączam.

Will krzyżuje ręce na piersi i opiera się o drzwi.

– Jest teraz dużo robót drogowych. Zgubisz się, słuchając tego sprzętu.

Zamierzam mu odpowiedzieć, kiedy obok zatrzymują się Brenda z moją mamą. Brenda opuszcza szybę po stronie kierowcy, a mama wychyla się przez jej fotel.

– Nie zapomnij kupić płynu do prania. Nie pamiętam, czy jest na liście. I syropu na kaszel. Chyba coś mnie bierze – mówi przez szybę.

Kel wyskakuje z tylnego siedzenia, podbiega do brata Willa i zaprasza go do środka, żeby obejrzał nasz dom.

– Mogę? – pyta chłopiec, zwracając się do Willa.

– Pewnie. – Will otwiera drzwi po stronie pasażera. – Caulder, niedługo wrócę. Jadę z Layken do sklepu.

Jedzie? Zerkam na niego i widzę, że zapina pas.

– Nie jestem zbyt dobry w opisywaniu drogi. Mogę z tobą jechać?

– Chyba tak – mówię ze śmiechem.

Spoglądam do tyłu na Brendę i mamę, ale już zdążyły zaparkować przed domem. Wrzucam bieg i słucham Willa wyjaśniającego mi, jak wyjechać z naszej okolicy.

– Więc twój młodszy brat ma na imię Caulder? – Bez większego entuzjazmu zaczynam prozaiczną rozmowę.

– Mój jedyny brat. Po moim urodzeniu rodzice przez wiele lat starali się o kolejne dziecko. Caulder przyszedł na świat wtedy, kiedy imiona takie jak Will nie były już na czasie.

– Podoba mi się twoje imię. – Natychmiast żałuję, że to  powiedziałam. Zabrzmiało jak kiepska próba flirtu.

Wybucha śmiechem. Lubię jego śmiech. Wkurza mnie, że lubię jego śmiech.

Sztywnieję, czując, że odgarnia mi włosy z ramienia i dotyka szyi. Wsuwa palce pod kołnierzyk bluzki i zsuwa mi ją nieco z ramienia.

– Potrzebny ci nowy plaster.

Podciąga bluzkę i ją przyklepuje. Jego palce zostawiają na mojej szyi ciepły ślad.

– Przypomnij mi, żebym je kupiła. – Staram się pokazać, że jego zachowanie i bliskość zupełnie na mnie nie działają.

– OK, Layken… – Will milknie na chwilę, zerkając na stos kartonów w dalszym ciągu leżących na tylnym siedzeniu. – Opowiedz mi o sobie.

– Mmm, nie. To takie typowe.

Śmieje się.

– W porządku. Sam cię rozgryzę. – Schyla się i wysuwa płytę z odtwarzacza. Jego ruchy są tak płynne, jakby ćwiczył je od lat. Zazdroszczę mu. Nigdy nie byłam miss gracji.

– Wiele można o kimś powiedzieć po muzyce, jakiej słucha. – Bierze płytę i przygląda się etykiecie. – „Pierdoły Layken”? – Czyta i śmieje się. – Czy w tym przypadku „pierdoły” to część opisowa, czy nazwa własna?

– Nie lubię, jak Kel rusza moje pierdoły. – Zabieram mu płytę z ręki i z powrotem wkładam do odtwarzacza.

Kiedy z głośników dobiega odkręcony na cały regulator dźwięk banjo, od razu czuję się zawstydzona. Jestem z Teksasu, ale nie chcę, żeby mu się to kojarzyło z muzyką country. Jeśli miałabym wybrać jedną teksańską rzecz, za którą nie tęsknię, byłaby to właśnie ta muzyka. Wyciągam rękę, żeby przyciszyć, ale on ją przytrzymuje.

– Zrób głośniej, znam to. – Nadal ściska moją rękę.

Moje palce w dalszym ciągu dotykają regulatora dźwięku, więc podkręcam głośniej. Niemożliwe, żeby to znał. Zdaję sobie sprawę, że blefuje – taka kiepska próba flirtu. Sprawdzę go.

– Tak? To co to za piosenka?

– The Avett Brothers. Mówię na nią „Gabriella”, ale wydaje mi się, że to końcówka jednej z piosenek z serii Pretty Girl. Uwielbiam moment, kiedy na końcu wchodzą z gitarami elektrycznymi.

Jego odpowiedź wprawia mnie w osłupienie. Naprawdę to zna.

– Lubisz The Avett Brothers?

– Uwielbiam. W zeszłym roku grali w Detroit. Najlepszy koncert, na jakim byłem.

Czuję przypływ adrenaliny, patrząc na jego rękę ciągle trzymającą moją, która dotyka przycisku regulacji dźwięku. Podoba mi się to, ale jestem na siebie wściekła, że mi się to podoba. Zdarzało mi się już mieć w towarzystwie chłopca motyle w brzuchu, ale zwykle potrafię lepiej nad sobą panować.

Will dostrzega, że patrzę na nasze ręce. Cofa swoją i pociera dłońmi o nogawki spodni. Wygląda to na nerwowy odruch. Jestem ciekawa, czy też jest skrępowany.

Zwykle słucham muzyki, która nie jest popularna. Rzadko spotykam kogoś, kto by chociaż słyszał o połowie moich ulubionych zespołów. The Avett Brothers są zdecydowanie na pierwszym miejscu.

Razem z tatą często siedzieliśmy do późna i śpiewaliśmy ich piosenki, a on próbował zagrać odpowiednie chwyty na gitarze. Kiedyś powiedział mi, jak by ich opisał: „Lake, wiesz, że jakiś zespół ma prawdziwy talent, kiedy jego niedoskonałości stają się doskonałością”.

Zrozumiałam, co miał na myśli, kiedy zaczęłam ich naprawdę słuchać. Pozrywane struny banjo, chwilowe, pełne pasji zaburzenia harmonii, głosy przechodzące z aksamitnych przez ochrypnięte do wrzeszczących w ciągu jednego wersu. To wszystko nadawało ich muzyce treść, charakter i autentyczność.

Po śmierci taty mama dała mi z wyprzedzeniem prezent, który przygotował na moje osiemnaste urodziny: dwa bilety na koncert The Avett Brothers. Rozpłakałam się, bo pomyślałam, że tata sam nie mógł się pewnie doczekać ich wręczenia. Wiedziałam, że chciałby, żebym je wykorzystała, ale nie mogłam. Koncert miał się odbyć kilka tygodni po jego śmierci i wiedziałam, że nie będę w stanie się nim cieszyć. Nie tak, jak bym się cieszyła, gdyby był tam ze mną.

– Też ich uwielbiam – mówię lekko drżącym głosem.

– Widziałaś ich kiedyś na żywo?

Nie bardzo wiem dlaczego, ale stopniowo zaczynam opowiadać mu wszystko o tacie. Słucha w skupieniu, przerywając mi tylko po to, żeby powiedzieć, kiedy i w którą stronę mam skręcić. Mówię o naszej miłości do muzyki. O jego nagłej i zupełnie niespodziewanej śmierci na zawał. Mówię o moim prezencie urodzinowym i o koncercie, na który nie udało nam się pójść. Nie wiem, dlaczego ciągle mówię, ale jakoś nie potrafię się zamknąć. Nigdy tak swobodnie się nie zwierzam – zwłaszcza osobom, które ledwie znam. Zwłaszcza facetom, których ledwie znam. Ciągle jeszcze mówię, kiedy zdaję sobie sprawę, że zatrzymaliśmy się na parkingu przed sklepem.

– Wow. – Spoglądam na zegar. – To najszybsza droga do sklepu? Zajęła nam dwadzieścia minut.

Mruga do mnie i otwiera drzwi

– Właściwie to nie najkrótsza.

Teraz to już na pewno flirtuje. A ja zdecydowanie mam motyle w brzuchu.

Śnieżyca przechodzi w deszcz ze śniegiem, kiedy idziemy przez parking.

– Biegnijmy – proponuje Will.

Bierze mnie za rękę i pociąga szybko w kierunku sklepu.

Po wejściu do środka nie możemy złapać tchu, śmiejemy się i strząsamy krople z ubrań. Zdejmuję kurtkę, żeby ją wytrzepać, kiedy ręka Willa delikatnie dotyka mojej twarzy, odgarniając przyklejony do policzka mokry kosmyk. Jest zimna, ale gdy jego palce muskają mi skórę, natychmiast zapominam o chłodzie, bo mój policzek od razu się rozgrzewa. Uśmiech znika mu z twarzy i patrzymy na siebie. Ciągle próbuję przyzwyczaić się do tego, jakie wywołuje we mnie reakcje. Najmniejszy dotyk i najprostszy gest tak intensywnie oddziałują na moje zmysły.

Odkasłuję i odwracam wzrok, biorąc stojący obok nas wózek. Podaję mu listę zakupów.

– We wrześniu zawsze pada śnieg? – pytam, żeby pokazać, że jego dotyk nie zrobił na mnie wrażenia.

– Nie, nie powinien się utrzymać dłużej niż kilka dni, może tydzień. Zwykle zaczyna padać dopiero pod koniec października. Macie szczęście.

– Szczęście?

– To dość rzadki zimny front. Przyjechaliście w samą porę.

– Hmmm. Myślałam, żeście tu już znielubili śnieg. Nie pada przez większą część roku?

Will się śmieje.

– Żeście znielubili?

– Co?

– Nic – odpowiada z uśmiechem. – Jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby ktoś powiedział „żeście znielubili” na żywo. Urocze. Pięknie południowe.

– Och, przepraszam. Od tej chwili będę mówić tak jak wy: „Jankesi”, i tracić czas na wymawianie słów „że przestaliście lubić”.

Will śmieje się i szturcha mnie w ramię.

– Nie. Podoba mi się twój akcent. Jest doskonały.

Nie mogę uwierzyć, że stałam się dziewczyną, która mdleje na widok faceta. Nie znoszę tego. Zaczynam mu się uważniej przyglądać, żeby znaleźć jakąś wadę. Bezskutecznie. Jak na razie jest idealny.

Znajdujemy wszystkie rzeczy z listy i podchodzimy do kasy. Will nie pozwala mi nic samej wyłożyć na pas, więc po prostu stoję tam i patrzę, jak sam wypakowuje zakupy z koszyka. Ostatnią rzeczą, jaką wykłada, jest opakowanie plastrów. Nawet nie zauważyłam, kiedy je wziął.

W drodze powrotnej ze sklepu Will każe mi skręcić w przeciwnym kierunku do tego, z którego przyjechaliśmy. Przejeżdżamy najwyżej dwie przecznice, kiedy mówi, żebym skręciła w lewo – w naszą ulicę. Dwudziestominutowa podróż do sklepu skróciła się do niecałej minuty.

– No, ładnie – mówię, wjeżdżając przed dom.

Zdaję sobie sprawę z tego, co zrobił, oraz że próba flirtu z jego strony jest zupełnie oczywista.

Will podszedł już do bagażnika, więc naciskam dźwignię, która go otwiera. Wysiadam, spodziewając się, że będzie już obładowany zakupami, ale on stoi w miejscu, przytrzymuje drzwi i patrzy na mnie.

Z najlepszym południowym akcentem, na jaki mnie stać, kładę sobie rękę na piersi i mówię:

– Wielkie nieba! Nigdy bym nie odnalazła sklepu bez pańskiej pomocy. Po stokroć dziękuję szanownemu panu za jego uprzejmość.

Spodziewam się, że się roześmieje, ale on dalej stoi, wpatrując się we mnie.

– No co? – pytam nerwowo.

Will robi krok naprzód i delikatnie bierze mnie wolną ręką pod brodę. Jestem zszokowana własną reakcją – tym, że na to pozwalam. Przez kilka sekund obserwuje moją twarz, a serce szaleńczo mi bije. Myślę, że zaraz mnie pocałuje.

Próbuję uspokoić oddech, spoglądając w górę. Will podchodzi jeszcze bliżej, cofa rękę z mojego podbródka i kładzie mi ją na karku, pochylając ku sobie moją głowę. Jego usta przez kilka sekund delikatnie dotykają mojego czoła. Potem opuszcza dłoń i się cofa.

– Jesteś taka słodka.

Sięga do bagażnika i za jednym zamachem wyjmuje cztery torby. Podchodzi do domu i kładzie je przed drzwiami.

Stoję nieruchomo, próbując ułożyć sobie w głowie ostatnie piętnaście sekund mojego życia. Skąd to się wzięło? Dlaczego tylko tam stałam i mu na to pozwoliłam? Pomimo wątpliwości zdaję sobie sprawę, niemal z zażenowaniem, że właśnie doświadczyłam najbardziej namiętnego pocałunku w życiu – i był to, cholera, pocałunek w czoło!

Kiedy Will sięga do bagażnika po kolejną partię zakupów, Kel i Caulder wybiegają z domu razem z moją mamą. Chłopcy pędzą na drugą stronę ulicy, żeby obejrzeć pokój Cauldera. Mama podchodzi do nas, a Will uprzejmie podaje jej rękę.

– Pani pewnie jest mamą Layken i Kela. Nazywam się Will Cooper. Mieszkamy naprzeciwko.

– Julia Cohen. Jesteś starszym bratem Cauldera?

– Tak, o dwanaście lat.

– Czyli masz… dwadzieścia jeden lat? – Mama zerka na mnie i puszcza oko.

Stoję za Willem, więc korzystam z okazji i odwzajemniam jej słynne spojrzenie. Mama uśmiecha się i znowu zwraca do Willa.

– Cieszę się, że Kel i Lake tak szybko tu kogoś poznali.

– Ja też – odpowiada Will.

Mama odwraca się i idzie do domu, ale po drodze znacząco mnie szturcha. Nie mówi ani słowa, ale wiem, o co jej chodzi: wyraża swoją akceptację.

Will sięga po dwie ostatnie torby.

– Lake, tak? Podoba mi się. – Podaje mi zakupy i zamyka bagażnik. – A więc, Lake… – Opiera się o samochód i krzyżuje ramiona. – W piątek jadę z Caulderem do Detroit. Nie będzie nas do niedzieli – sprawy rodzinne. – Macha lekceważąco ręką. – Zastanawiałem się, czy masz jakieś plany na jutrzejszy wieczór, zanim wyjadę?

Po raz pierwszy ktoś inny oprócz mamy i taty powiedział na mnie Lake. Podoba mi się to. Opieram ramię o samochód i odwracam się do Willa. Staram się zachować spokój, ale w środku aż krzyczę z podniecenia.

– Czy naprawdę chcesz mnie zmusić do tego, żebym przyznała, że nie mam tu absolutnie żadnego życia towarzyskiego?

– Super! To jesteśmy umówieni. Przyjadę po ciebie o siódmej trzydzieści. – Natychmiast się odwraca i idzie w kierunku swojego domu.

Dociera do mnie wtedy, że tak naprawdę wcale mnie nie zaprosił, a ja wcale się na tę randkę nie zgodziłam.