Ślad po złamanych skrzydłach - Sejal Badani - ebook
lub
Opis

Kiedy ojciec Sonyi zapada w śpiączkę, młoda kobieta niechętnie powraca na łono rodziny, którą zostawiła przed laty. Odkąd dziewczyna opuściła dom, żyła z dala od wszelkich zobowiązań, podczas gdy jej spokojna siostra Trisha odnalazła się w perfekcyjnym domu na amerykańskich przedmieściach, a ambitna Marin konsekwentnie budowała karierę zawodową. Wszystkie kobiety pamiętają czas, kiedy cała rodzina żyła szczęśliwie w Indiach i wszystkie starają się na swój sposób radzić sobie z dramatycznymi zdarzeniami, które spotkały je po przyjeździe do USA.

Jednak kiedy siostry i matka spotykają się ponownie, pogrzebane tajemnice zaczynają wychodzić na światło dzienne. Patrząc na nieprzytomnego ojca – ofiarę rasizmu, a później sprawcę okrutnej przemocy, kobiety zmagają się z osobistymi demonami. Rozdrapując wciąż niezagojone rany, muszą uporać się ze wstydliwym uczuciem nadziei, aby ich ojciec nigdy nie wyzdrowiał.

Opowiedziana z zupełną szczerością historia ukazująca, że ciężar wstydu i toksyczne okrucieństwo naznaczają na całe życie, a  wyzwolenie przynosi tylko prawda

__

Sejal Badani z wykształcenia jest prawnikiem i kiedyś wykonywała ten zawód na co dzień. Porzuciła jednak tę profesję, aby w pełni poświęcić się największej pasji – pisarstwu. Oprócz tworzenia książek, uwielbia dobrą literaturę i dalekie wyprawy. Kiedy podróżuje, zawsze towarzyszy jej muzyka Bruce’a Springsteena, Beyonce albo Eda Sheerana. Obecnie Sejal mieszka na Zachodnim Wybrzeżu z kochającą rodziną i dwójką uroczych psów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 514


SONYA

Głos mojej matki odbija się echem w tle, jej wiadomość grzmi z głośnika telefonu. Z każdym słowem napływają wspomnienia, przesączone przez kawałki potłuczonego szkła. Chcę, powinnam wyłączyć telefon, ale moje ciało odmawia współpracy. Kiedy dzwoni, jej głos się podnosi, desperacja przebija się przez mgłę zasnuwającą moje myśli.

Skoro na świecie jest siedem miliardów ludzi, to jak to jest, że głos jednej osoby może wywrzeć na ciebie taki wpływ? Wyobrażam sobie, że jestem silniejsza niż kiedyś, odporniejsza. Że jestem panią swojego losu, a reszta ludzi to tylko pionki w mojej grze – nigdy odwrotnie. Bo jeśli jestem żetonem do pokera, muszę czekać na swoją kolej. Najtrudniejsze jest to, co nieznane. To może wyjaśniać, czemu tak usilnie próbujemy rządzić własnymi światami. Tylko to daje nadzieję na znalezienie sensu naszego życia.

Dźwięki miasta wpadają przez otwarte okno. Moje mieszkanie jest na dziesiątym piętrze, ale klaksony żółtych taksówek i gwar ludzi chodzących po ulicach z łatwością docierają aż tutaj. Mimo że nadeszła już zima, jedynym tego sygnałem pośród manhattańskich wieżowców są ciep­łe kurtki i zapach soli pomieszanej z resztkami topniejącego na ulicach śniegu. Poza tym nikt nie zwalnia tempa. Ludzi cechuje męstwo, które zaczęłam podziwiać w ciągu trzech miesięcy od mojego przyjazdu.

Rozglądam się dookoła, patrząc na oprawione zdjęcia wypełniające ten tymczasowy dom. Każde miejsce, w którym byłam, upamiętnione na wieki na błyszczącym papierze. W obiektywie mojego aparatu widziałam piękno tego świata. Pomniki, które postawili ludzie, i pomniki natury. Każdy obraz służy przypomnieniu, że światło bije od tak wielu ludzi, a jednak ja, nieważne jak daleko ucieknę, wciąż nie mogę zostawić za sobą swojego cienia.

– Wróć do domu. Proszę. Potrzebuję cię. My cię potrzebujemy. Twój ojciec, Brent, on… – Głos mojej matki, Ranee, się załamuje. Kobieta, która używała tak niewielu słów, kiedy byłam dzieckiem, teraz mówi tak dużo. – Sonyu, on jest w śpiączce. Nie wiem, ile mu jeszcze zostało.

I jakby tutaj był, w moim małym azylu, który sobie stworzyłam, czuję na sobie jego oddech, kiedy sama wydycham powietrze. Chwytam blat za plecami, zaciskając palce na chłodnych płytkach. Pokój wypełniają obrazy przeszłości, każdy silniejszy od poprzedniego. Kręcąc głową, łapię płytki mocniej, a moje mięśnie napinają się z wysiłku. W końcu ból rozrywa pętlę przeszłości, która zacieśnia się wokół mnie, i znów mogę oddychać.

Zamykając oczy, próbuję wyobrazić sobie jego, leżącego na szpitalnym łóżku, zależnego od maszyn, które utrzymują go przy życiu. Nie mogę w to uwierzyć. Ale jestem też pewna, że matka nie pogrywa sobie ze mną. Minęło już sześć lat, odkąd wyjechałam, a ona patrzyła za mną, stojąc na progu. Od tego czasu ani razu nie prosiła mnie, żebym wróciła. Jej cierpienie to żaden podstęp, ale i tak czuję się wobec niego bezradna.

Patrzę na dowody moich podróży, każde zdjęcie dokumentujące rozpaczliwe poszukiwania miejsca, które mogłabym nazwać domem. A teraz jedyny dom, jaki kiedykolwiek miałam, przywołuje mnie, domaga się mojego powrotu. Jestem dorosłą kobietą, zdolną do dokonywania własnych wyborów, ale tu nie ma żadnej decyzji do podjęcia. Tajemnice, których ja i moje siostry trzymamy się jak koła ratunkowego, bębnią we mnie w stałym, niezmordowanym rytmie. Tajemnice domagają się ujawnienia, wyjścia na światło dzienne. A jednak wciąż nie jestem na to gotowa. I obawiam się, że nigdy nie będę.

Bo jeśli je ujawnię, co mi wtedy pozostanie?

MARIN

Siedzi przy nim, bo nie ma dokąd pójść. Jako najstarsza z trzech sióstr była z nim najdłużej. Dla niektórych taka pozycja stałaby się powodem do zadowolenia, w końcu jest pierwszym dzieckiem swoich rodziców. Dla Marin to dowód, że szczęście trzeba sobie wypracować, nie zostaje nam dane. Była pierwsza w kolejce do wszystkiego – do pierwszego rozczarowania i pierwszego zawodu miłosnego. Jej siostry, Trisha i Sonya, obserwowały ją i uczyły się na jej błędach. Kiedy odmawiała sobie płaczu, przekonywała samą siebie, że robi to dla sióstr. Teraz, gdy jest dorosła, a jej oczy pozostają suche, przyjmuje, że przyczyna to jej niezdolność do uczuć.

Marin zakłada nogę na nogę, ubrana w kostium. Patrzy na zegarek – siódma rano. Wcześniej tego dnia Raj zapewniał ją, że przypilnuje Gię i wyśle ją do szkoły na czas. Marin się nie martwi. W wieku piętnastu lat Gia sama układa swój plan i przestrzega go w najdrobniejszych szczegółach. Nigdy nie spóźnia się ani minutę. Marin jest niesamowicie dumna z tego reżimu, który narzuciła sobie córka, bo to pomoże jej w przyszłej karierze. Chwali siebie za tę cechę u córki. W końcu ona była taka sama, więc to normalne, że jej dziecko jest do niej podobne.

Szybko i skutecznie awansowała w swojej firmie aż do stanowiska dyrektora finansowego. Wie, że czasem patrzą na nią z zawiścią. Pamięta wyzwiska szeptane za jej plecami, kiedy przewodniczyła posiedzeniom zarządu i prowadziła firmę przez fuzje i przejęcia, a sukces gonił sukces. Ciężko pracowała na swoje miejsce w tym świecie. Zazdrość czy opinie innych jej nie obchodzą i nie pozwoli, żeby ją powstrzymały. Zna wiele kobiet, których pewność siebie opiera się na cudzych osądach. Wybierają tylko najmodniejsze ubrania, nawet jeśli nie są w ich guście. Żyją według reguł narzuconych przez obcych. Marin gratuluje sobie, że sama jest ponad to. Że znajduje się w miejscu, które wyznaczyła sobie sama, że zasłużyła na sukces i stworzyła dla siebie idealne życie.

Marin odebrała telefon od matki z wieścią o Brencie poprzedniego dnia rano, kiedy siedziała w skórzanym fotelu w swoim gabinecie. Po kilku minutach słuchania o szczegółach przeprosiła matkę, wyjaśniając, że jest spóźniona na spotkanie. Zapewniła Ranee, że postara się wpaść do szpitala tego samego wieczora, ale zajęło jej cały dzień, żeby wreszcie pojawić się u jego łóżka.

– Wszystkiego najlepszego dla mnie, tatusiu – mówi Marin. Wygładza szpitalną pościel, którą jest przykryty. Mimo że skończył już sześćdziesiątkę, na jego twarzy nie widać wielu oznak starzenia.

„To śmieszne, ja nie czuję się starsza”. Odgarnia włosy do tyłu nerwowym ruchem z dzieciństwa. Zauważyła ostatnio, że Gia robi to samo, i notuje sobie w pamięci, żeby z nią o tym porozmawiać. Nerwowe przyzwyczajenia są oznaką słabości i bezbronności. Gia nie może sobie pozwolić na takie gesty podczas rozmów kwalifikacyjnych do college’u. Nieważne, że są dopiero za dwa lata. Jako drugoklasistka Gia wciąż ma czas, aby przygotować się na przenikliwe pytania egzaminatorów, którzy wyznaczą jej przyszłość. Teraz jest pora na zasianie ziarna, by potem móc się cieszyć z plonów.

Marin nie powiedziała Rajowi, że idzie dziś rano do szpitala. Założył, że ma jakieś wczesne spotkanie, a ona nie wyprowadzała go z błędu. To nie kłamstwo, tylko niedopowiedziana prawda. Jedna z setek w ciągu lat ich małżeństwa. Ślub został zaaranżowany, byli sobie zupełnie obcy, zanim zaczęli budować wspólne życie. Wynikiem była ich córka.

– Pamiętasz moje pierwsze urodziny w Ameryce? – pyta głośno Marin, wypatrując jakiegokolwiek znaku, że Brent ją słyszy. Nie doczekuje się żadnego. Nie pamięta, żeby kiedykolwiek był tak cichy. Nie mógł sobie pozwolić na przyjęcie, więc zabrał Marin do lokalnej lodziarni na urodzinowy rożek. Zostawili Trishę w domu, z Ranee – Sonyi jeszcze nie było na świecie. Urodziny były szczególnym dniem dla Marin. Brent powiedział jej, że może wziąć dwie gałki, więc uważnie studiowała wszystkie możliwości. Zapach śmietanki i cukru wypełniał powietrze, sprawiając, że ciekła jej ślinka.

– Pospiesz się – ponaglał ją Brent. Wciąż miał na sobie robocze ubranie. Nie znalazł pracy jako inżynier, więc jego uniform był brudny od oleju ze stacji benzynowej, gdzie pracował. – Wybieraj.

Marin przytaknęła, ale w podnieceniu nie dostrzegła rosnącego zniecierpliwienia ojca.

– Mogę spróbować tego? – zwróciła się do nastolatka za ladą.

– Jasne. – Znudzony, chwycił małą różową łyżeczkę i nabrał odrobinę lodów. Marin rozkoszowała się mlekiem roztapiającym się na języku. W Indiach deserem najbliższym lodom był sorbet, ale w porównaniu z nimi wypadał blado. Marin nigdy wcześniej nie jadła niczego tak pysznego.

– Były wspaniałe – powiedziała idealną angielszczyzną. – Dziękuję. Mogę spróbować kolejnych?

Chłopak wzruszył ramionami, obojętny na jej ekscytację.

– Pewnie. Których?

Marin skosztowała trzech kolejnych smaków, zanim zdecydowała się na gałkę waniliowych i czekoladowych.

– Dziękuję panu – powiedziała chłopakowi, kiedy ojciec płacił. Wyszli z lodziarni i ruszyli z powrotem do domu. Marin uważnie lizała lody z każdej strony, uważając, żeby nie spadła ani kropelka. Odważyła się na większy kęs i przymknęła oczy, czując oba smaki naraz.

– Są takie wspaniałe, tatusiu. Musisz spróbować. – Marin wyciągnęła w górę swoją chudą rączkę z rożkiem, aby mógł spróbować. Kiedy tylko Brent pochylił się ku niej, ręka Marin zadrżała i topniejące gałki lodów wypadły, rozprys­kując się na chodniku. Łzy wypełniły jej oczy, ale zanim spłynęły na policzki, na twarzy poczuła uderzenie. W szoku spojrzała na ojca, zdezorientowana. Wtedy po raz pierwszy podniósł na nią rękę.

– Patrz, co zrobiłaś! – prychnął Brent. Przekroczył roztopione lody i szedł dalej, zostawiając Marin gapiącą się na niego. – Co za marnotrawstwo. Nie powinienem był ci w ogóle kupować tych lodów.

To była ważna lekcja dla Marin, lekcja, której dotąd nie zapomniała: nigdy nie polegaj na innych osobach, gdy chodzi o twoje szczęście. Jeśli ktoś mógł ci coś dać, mógł też to odebrać.

TRISHA

Po raz kolejny sprawdzam, czy nakrycia na stole w jadalni są na swoim miejscu, i wycieram szkło. Każdy kieliszek do wina stoi w odległości dokładnie pięciu cali od talerza. Wyjęłam najlepsze sztućce, prezent dla samej siebie z okazji ślubu. Z kuchni dobiega zapach gotującego się kurczaka. Eloise, pomoc domowa, jest z nami już od dwóch lat. Mimo że nie pochodzi z Indii, nauczyła się przygotowywać moje ulubione dania. Matka poświęciła godziny, cierpliwie ucząc ją właściwych proporcji kuminu, imbiru i czerwonej papryki, aby podbić smak gotowanych warzyw. Im jestem starsza, tym częściej tęsknię za prawdziwymi indyjskimi potrawami, które pamiętam z dzieciństwa. Eric śmieje się ze mnie za każdym razem, kiedy mu o tym mówię. Jest starszy o dwanaście lat i ciągle się upiera, że z trzydziestką na karku wciąż jestem dzieckiem.

– Jest idealnie. Jak zawsze – szepcze Eric. Obejmuje mnie w talii od tyłu, a jego palce wkradają się pod koszulę, dotykając skóry na moim brzuchu. Jest płaski dzięki godzinom spędzanym na siłowni. – Wszystko w porządku?

Odchylam głowę do tyłu, aby przez chwilę poczuć jego siłę, po czym wychodzę z objęć i staję z nim twarzą w twarz. Ciepło i łagodność wypełniają jego zielone oczy. Przeczesuję mu jasne loki i kładę dłoń na jego karku.

– Chcę, żeby wszystko poszło dobrze, dla mamy. – Rozglądam się po moim nieskazitelnym domu. Stoi przy oknie, wyczekując. Z rozżalenia rośnie mi w gardle kula, ale ją przełykam. Teraz nie czas na to. – Nie widziała Sonyi od lat.

– Ty też nie.

Napełniam kryształowy dzbanek wodą, stawiam go pośrodku stołu i przez chwilę podziwiam nakrycie. Wysmakowana uczta, aby powitać w domu siostrę, która porzuciła nas lata temu. Eric przygląda mi się, czekając na odpowiedź, której nie mam.

– To bez znaczenia – mówię w końcu. – Dokonała wyboru.

Którego nigdy nie rozumiałam, ale musiałam zaakceptować.

– Cieszę się, że ją poznam.

Kiedy Sonya i ja dorastałyśmy, dzieliłyśmy się wszystkim. Wciąż nie mogę uwierzyć, że nigdy nie poznała mojego męża. Wysłałam jej zaproszenie na ślub, zadzwoniłam, żeby opowiedzieć o szczegółach, ale ona nawet się nie pokazała. Zostawiła mnie bez druhny. Nasza starsza siostra, Marin, zastąpiła ją tak, jak wiedziałam, że zdoła. I zrobiła to bez narzekania, że była dopiero druga na liście i że czekałam na Sonyę aż do ostatniej chwili, zanim weszłam na ślubny kobierzec. Kiedy wychodziłam za Erica, Marin stała przy ołtarzu, a potem przy ogniu – te dwie ceremonie symbolizowały nasze losy.

– Widać, że mamusia jest podekscytowana – stwierdza Marin, wchodząc do jadalni z salonu, gdzie pomagała Gii z algebrą. Każda z sióstr ma własne określenia na rodziców. Ja mówię o nich z czułością „mama” i „tata”, podczas gdy Marin nigdy nie przestała używać swoich tradycyjnych „mamusia” i „tatuś”. Za nic nie mogę sobie przypomnieć, jak nazywała ich Sonya, może dlatego, że rzadko słyszałam, jak ich wołała. – Stoi tak przy oknie od kilku godzin.

Marin związała włosy w ciasny kok. Kiedy przyszła, zdjęła marynarkę, zostając tylko w jedwabnej koszuli i spodniach o kroju podkreślającym jej smukłe ciało, wyrzeźbione siłownią i stresem. Jest o pięć lat starsza ode mnie i nikt nie zgadłby, że jesteśmy siostrami. Ma złotobrązowe włosy, muśnięte kalifornijskim słońcem, z jasnymi pasemkami, czego nie potrafi wyjaśnić genetyka. Mama przysięga, że jej ciemnozielone oczy pochodzą od dalekiej babki ciotecznej. Kiedy dorastałyśmy, wszyscy podejrzewali, że tylko Sonya i ja jesteśmy biologicznym rodzeństwem. Były czasy, kiedy wyglądałyśmy niemal identycznie. Nie żeby Sonya się z tym zgadzała. Zarzekała się, że to ja byłam tą ładną. Z powodu mojego wyglądu wszyscy znajomi rodziców nazywali mnie księżniczką domu. To jedyne wyjaśnienie, dlaczego moje dzieciństwo wyglądało tak, jak wyglądało.

– Czy mam podać kolację? – Eloise wystawia głowę z kuchni. Pochodzi z Meksyku i tu, w Stanach, nie ma bliskiej rodziny.

Spoglądam na niewielki złoty zegarek wysadzany brylantami, który mam na nadgarstku. Prezent od Erica na piątą rocznicę ślubu. Po jego ostatnim awansie na dyrektora generalnego w firmie to, co kiedyś było dla nas luksusem, teraz jest koniecznością. – Jej samolot powinien był już wylądować. Poczekajmy jeszcze piętnaście minut.

– Jeśli zdecydowała się przyjechać. Nie wiemy, czy w ogóle wsiadła do tego samolotu. – Marin taka już jest, że nazywa rzeczy po imieniu. Mama odwraca do nas głowę i na jej twarzy dostrzegam ból, zanim jeszcze zdąży go zamaskować.

– Jestem pewna, że wkrótce przyjedzie. – W głosie mamy nie słychać siły tej co zwykle. Nędzny uśmiech zastępuje ten szeroki, który miała wcześniej. Ciaśniej owija się wełnianym kardiganem, mimo że na zewnątrz świeci słońce i w powietrzu czuć ciepły powiew wiatru. Przestała nosić sari po moim ślubie. Stwierdziła, że nie trzeba już podtrzymywać tradycji z przeszłości. Jeśli tato miał jakiś problem z tą zmianą stylu, przy mnie nigdy o tym nie mówił. – Dzwoniła do mnie tuż przed wejściem do samolotu.

– To nie znaczy, że do niego weszła. – Marin nie chce odpuścić.

Szukam wzroku mamy i daję jej ciche wsparcie bez wchodzenia w konflikt z siostrą. Nauczyłyśmy się tego tańca lata temu – chodzenia wokół Marin na paluszkach. Nie mogłyśmy pozwolić, żeby jej upór złamał już nadwątlone więzi rodzinne. Po stracie Sonyi mama nie chciała utracić kolejnej córki.

– Cóż, w każdym razie wszyscy będziemy się cieszyć ze wspaniałej, trochę spóźnionej urodzinowej kolacji dla Marin. Eloise jak zwykle przeszła sama siebie. – Podaję Ericowi butelkę wina. – Kochanie, nalej nam wszystkim.

Z łatwością wynikającą z doświadczenia odkorkowuje butelkę i rozlewa czerwony napój do kryształowych kieliszków. Kiedy obserwuję, jak się wypełniają, przypominam sobie chwile, gdy w dzieciństwie bawiłam się z Sonyą w odgrywanie ról. Czy byłam właścicielką restauracji, hostessą, czy po prostu kobietą niezwykłą, zawsze dbałam o to, abyśmy wznosiły toast sokiem winogronowym. „Za nas”, mówiłam wtedy. Sonya, będąc szczęśliwa, że mogłyśmy się razem bawić, i nie widząc powodów, aby się ze mną nie zgadzać, za każdym razem podchwytywała. Jako że zawsze była przy mnie, brałam za pewnik, że zawsze też będzie, czekając na kolejną zabawę, jaką jej zaproponuję. Kiedy dorosła, stała się moim przeciwieństwem – tą drugą połówką, która czyniła ze mnie całość. Jej ponurość z moją pogodnością, jej smutek z moją radością.

Obserwuję czekającą matkę, jej pochyloną głowę, która zdradza, że coś leży jej na sercu. Kiedy Sonya odeszła, pustka zagościła w życiu nas wszystkich. Mama rzadko o niej mówi, nieomal wierząc, że jeśli nie będziemy wypowiadać jej imienia, to jakby wcale nie odeszła. Próbowałam zagłuszyć pustkę na różne sposoby – Erikiem, moim domem, mamą i tatą – ale nic nie wypełniło tej wyrwy, która powstała po jej ucieczce.

Tego dnia, kiedy odjechała, nauczyłam się czegoś ważnego: nie możesz zatrzymać kogoś, kto już dawno cię opuścił. Nieważne, czego potrzebowałam czy chciałam, dla Sonyi na pierwszym miejscu zawsze była ona sama; ja byłam ostatnia. Przez jakiś czas codziennie odgrywałam w pamięci te wydarzenia. W końcu zapomniałam, że czegoś mi brakuje. Dopiero teraz, na myśl o jej powrocie, ponownie odczułam tę dziurę, która we mnie zieje. Ale nie mogę pokazać, jak bardzo jestem podekscytowana. Jeśli się nie pojawi, jeśli znów zawiedzie, podtrzymując status quo, znów będę wyczekiwać.

– Przyjechała! – Gia wybiega z pracowni, wciąż trzymając książkę do matematyki, którą Marin kupiła w sklepie z pomocami naukowymi. Jest uderzająco podobna do swojej matki, różnią się jedynie tym, że Gia góruje nad nią wzrostem o kilka cali. W wieku piętnastu lat wygląda jak dorosła kobieta. – Płaci taksówkarzowi.

Wypuszczam powietrze, nie zdając sobie sprawy, że wstrzymywałam oddech. Łącząc dłonie, obserwuję mamę. Odwraca się – przegapiła przyjazd Sonyi, rozpraszając się rozmową. Oczy pokrywa jej warstwa łez, ale znika, kiedy szybko mruga. Prostuje kręgosłup i teraz prezentuje swój wzrost w pełnej okazałości, trochę ponad metr pięćdziesiąt. Podchodzi szybko do drzwi, ale zanim je otwiera, na moment się przed nimi zatrzymuje. Zbieramy się wokół niej, czekając, aż powita swoją dawno utraconą córkę.

– Mamo? – Wyciągam rękę i przykrywam jej dłoń swoją na klamce do drzwi. – Ona czeka.

– Oczywiście. – Śmieje się cicho z niedowierzaniem. Szybko otwiera drzwi, przygryzając wargę na widok, który ma przed sobą. – Sonya.

Włosy siostry są dłuższe, niż je pamiętam, a ona sama jest chudsza niż kiedykolwiek. Jej dżinsy i gruby sweter wydają się nie na miejscu w porównaniu z moją wiosenną sukienką. Oczy i usta Sonyi okalają zmarszczki wynikające ze stresu. Ma dwadzieścia siedem lat, o trzy mniej ode mnie, ale jej pusty uśmiech należy do kogoś znacznie starszego.

– Minęło sporo czasu.

Sonya waha się, niepewna, jak odpowiedzieć na to powitanie. Podchodzi do mamy, jakby na autopilocie, i przyciąga ją do pospiesznego uścisku. Jej ramiona zaciskają się na przez chwilę wokół mamy, zanim je opuszcza.

– Marin? Dobrze cię widzieć. – Obejmują się lekko. Lata życia osobno stworzyły większy dystans niż różnica wieku. – Trisha? – mówi z uśmiechem, a jej oczy wreszcie wypełniają emocje. Podchodzi do mnie z wyciągniętymi rękoma. Chwytam jej dłoń, mojej małej siostrzyczki, i przyciągam ją do siebie. – Tęskniłam za tobą. – To szept w moich włosach, jej słowa są tak ciche, że ledwo je słyszę.

Moje gardło zaciska się, a słowa nie chcą przejść przez usta. Jest tutaj, po latach, które spędziłam, pragnąc i zastanawiając się. Zaczynam czuć, jak pustka zapełnia się dzięki jej obecności. Jako dziecko brałam Sonyę za pewnik. Teraz wiem, że nigdy więcej tak nie zrobię. Moje łzy spływają na jej ramię, kiedy tak się przytulamy. Kładę dłoń z tyłu jej głowy, jak matka, która trzyma niemowlę. Przyciągam siostrę mocniej do siebie, pewna, że jeśli będę ją trzymać wystarczająco mocno, już więcej nie odejdzie. Pełna ulgi i desperacji odpowiadam jej:

– Witaj w domu.

DLA POSTRONNYCH OBSERWATORÓW jesteśmy normalną rodziną. Talerze się wypełniają, podajemy sobie jedzenie. Rodzina kończy butelkę wina, kiedy Sonya raczy nas opowieściami ze swoich wojaży. Od Alaski aż po Rosję, mieszkała we wszystkich miejscach, jakie można sobie wyobrazić.

Opowiada Gii o jeździe na słoniu w Tajlandii i locie samolotem śmigłowym nad lodowcami Alaski.

– Gdzie mieszkałaś? – Gia jest wniebowzięta. – Przeprowadzanie się z miejsca na miejsce musiało być trudne.

– Było warto – odpowiada Sonya. Unika naszych wnikliwych spojrzeń. Bawi się lnianą serwetką, składając ją w idealnie foremny kwadrat. – Dla zdjęć.

– Powinnaś była wrócić do domu. – Głos mamy jest słaby, ale i tak ucisza wszystkie rozmowy. – Podróżowałaś bardzo daleko. – Emigrowała z Indii do Ameryki ponad dwadzieścia pięć lat temu, ale lekki akcent pozostał.

– Taka praca – odpowiada cicho Sonya.

– A gdy nie pracowałaś? Gdzie byłaś wtedy? – Mama ociera usta serwetką.

Nad stołem gromadzi się wyczuwalne napięcie. Sonya spogląda na mnie niepewnie. Nagle widzę małą dziewczynkę, która kryła się pod kołdrą w naszej sypialni, pewna, że koc ochroni ją przed wszystkim. Tę, która śmiała się, żeby nie płakać.

– Jest już w domu – mówię. – Tylko to się liczy, prawda? – Nie czekając na odpowiedź, wołam: – Eloise! – Kobieta wystawia głowę z kuchni. – Proszę, przynieś tort urodzinowy i deser. – Zrobiła świeży gulab dźamun, ulubiony deser Sonyi z dzieciństwa. Smażone kuleczki z pszenicy oblane syropem cukrowym. Sonya jadła ich zwykle co najmniej pół tuzina, kiedy tylko mama je przyrządzała.

Zaczynam sprzątać ze stołu. Eric natychmiast wstaje, żeby mi pomóc, tak jak mąż Marin, Raj. Był cicho przez cały posiłek. Często mówi bardzo niewiele, dając Marin możliwość kierowania rozmową wedle jej uznania.

– Jak tylko dostaniemy deser, powinniśmy zacząć planować odwiedziny u taty. – Składam uważnie porcelanę i podaję talerze Ericowi, aby zaniósł je do kuchni. – Wpuszczają tylko dwóch członków rodziny naraz w godzinach odwiedzin, ale jestem pewna, że lekarz zrobi wyjątek na tę szczególną okazję.

– Jak on się czuje? – Sonya patrzy na swoje złożone dłonie. Nasi mężowie i Gia są teraz w kuchni, więc tylko my, kobiety, siedzimy przy stole.

Zanim mam szansę odpowiedzieć, odzywa się Marin:

– Jest w śpiączce. – Jej głos nie zawiera żadnych emocji. – Lekarz mówi, że nie wygląda to dobrze.

Za każdym razem wzdrygam się na widok ojca leżącego na szpitalnym łóżku, z tymi wszystkimi rurkami podtrzymującymi go przy życiu. Odwiedzam go każdego ranka, jak tylko się obudzę, a każda kolejna wizyta jest trudniejsza od poprzedniej. Ale to mój obowiązek, jako faworyzowanej córki, odwdzięczyć się za jego miłość. Przyjmuję to z wdzięcznością.

– Może z tego wyjść? – Sonya odzyskuje równowagę. Patrzy wprost na Marin; dwie równe sobie kobiety omawiające sytuację. Obserwując je, dostrzegam ich wyraźne podobieństwo. Obie dobrze wykształcone, skoncentrowane na własnej karierze. Żadna z nich nie przeprasza za swoje życiowe wybory, niezależnie kogo nimi skrzywdziły. Obie są piękne i żadna nie zawraca sobie głowy poprawianiem urody. To moje siostry, ale często się zastanawiałam, czy nie jestem jedyną prawdziwą córką, podczas gdy one udają. Jak pasierbice, które zawsze znają swoje miejsce: kilka kroków poza kręgiem prawdziwej rodziny.

– Dziwię się, że cię to obchodzi. – Marin opiera się na krześle i ocenia kobietę, którą stała się Sonya.

Okazuje się, że ja też to robię. Szczerze mówiąc, jesteśmy nieznajomymi siedzącymi przy jednym stole. Mimo że żyłyśmy w jednym domu i miałyśmy te same doświadczenia, każda z nas wyrosła na inną kobietę. Z czasem nauczyłyśmy się ukrywać nasze tajemnice zamiast się z nich zwierzać. Tak już jesteśmy ukształtowane, jak porządne, hinduskie kobiety. Od małego uczono nas, że nie powinnyśmy dzielić się swoimi zawodami miłosnymi czy smutkami. To może sprawić, że inni będą na nas patrzeć negatywnie i mieć o nas niższe mniemanie

– Czemu tak sądzisz? – dopytuje Sonya. Prostuje się na krześle. Nie chcąc przepraszać za swoje odejście, patrzy na Marin bez mrugnięcia okiem.

– Bo nie obchodziło cię to przez lata.

Instynkt nakazuje mi ogłosić zawieszenie broni. Jakby moją powinnością było zapewnienie obu, że nie stało się nic złego, niezależnie od tego, co wszyscy sądzą. Zanim mogę coś powiedzieć, odzywa się Sonya. Słysząc jej słowa, zamykam oczy, czując, jak delikatne rodzinne więzy rozplątują się coraz bardziej.

– O tobie mogłabym powiedzieć to samo – odcina się. Jej zgorzknienie urosło z biegiem lat. – Nie pamiętam, żebyś spojrzała za siebie, kiedy odchodziłaś w wieku dwudziestu jeden lat.

– Wyszłam za mąż – Marin się nie zgadza. – I wróciłam.

– Tak jak ja. – Sonya, skończywszy swoją walkę, odwraca się do mnie. – Wiedzą, dlaczego zapadł w śpiączkę?

– To nie ma znaczenia – mówi mama, ubiegając mnie. Patrzy na Marin i Sonyę, przekazując im niemą wiadomość – „wystarczy”. Potem przesuwa wzrok na mnie, nagradzając uśmiechem za to, że zawsze jestem tą opanowaną. Córką, która nie wzbudza niepotrzebnie fali. – Jest, jak jest. Musimy skupić się na przyszłości. – Wstaje, uciszając spory i nie zostawiając miejsca na nowe. – Jeśli z tego nie wyjdzie, przygotujemy się na kremację i rozsypanie prochów.

– A jeśli wyjdzie? – Muszę zadać to pytanie. Nie porzuciłam jeszcze nadziei, chociaż rozumiem, dlaczego ona już jej nie ma. – Co wtedy?

– Wtedy wszystko będzie po staremu.

SPRAWDZAM ZAMEK w drzwiach wejściowych i ustawiam alarm. Idę przez dom oświetlony tylko czerwonymi, migającymi światełkami, prostuję poduszki na sofie i przysuwam krzesła do stołu w jadalni. Eloise posprzątała i wyszła wiele godzin temu. Goście poszli w jej ślady niedługo później. Sonya udała się do domu z mamą, a Marin i Raj wyszli z Gią. Postanowiliśmy, że spotkamy się jutro w szpitalu.

– Poszło nieźle. – Eric skrada się za mną. Jego krawat jest rozwiązany, a włosy zmierzwione od słuchawek po niespodziewanej telekonferencji, którą właśnie skończył. – Nawet biorąc pod uwagę okoliczności. – Całuje mnie w szyję, odgarniając na bok moje włosy, aby mieć lepszy dostęp. Jęczę, gdy ściska mnie za ramiona, a jego palce wędrują w dół moich pleców. Zatrzymuje dłonie na biodrach i przyciąga mnie mocniej. – Masz owulację?

Od czterech lat Eric pragnie dziecka. Dwa razy był już pewien, że jestem w ciąży, ale musiałam patrzeć, jak pogrąża się w smutku, kiedy dostawałam okresu. Eric pragnie dużej rodziny, bo sam wychowywał się w sierocińcu. Zakochał się w naszym domu z pięcioma sypialniami i kupił go specjalnie po to, aby wychowywać w nim dzieci. Urządzanie pokoju dla pierwszego z nich na końcu korytarza zajęło trzy miesiące. A teraz stoi pusty, czekając na płacz niemowlęcia.

– Tak – mówię, mimo że on już doskonale wie, jaka będzie odpowiedź. Lepiej zna mój cykl niż ja sama. Moje dni płodne, a potem miesiączkę, we właściwym porządku. Znów wracam myślami do rodziny. – Mama i Sonya… Sądzisz, że wszystko z nimi w porządku?

Wzdycha i opuszcza ręce. Kiedy odwracam się do niego, jego oczy łagodnieją. Ujmuje w dłoń mój policzek.

– Twoja mama do niej zadzwoniła. Poprosiła ją, żeby wróciła do domu. Poradzą sobie. – Zakłada mi kosmyk włosów za ucho. – A ty wciąż nie odpowiedziałaś na moje wcześniejsze pytanie. Czy u ciebie w porządku?

– Zmieniła się – odpowiadam. – Wygląda na starszą, bardziej zmęczoną. – „Ale wróciła do domu i jestem jej za to wdzięczna”, myślę.

– Nie tak ją sobie wyobrażałem.

Eric widział zdjęcia Sonyi w albumie. Na większości z nich widać młodą dziewczynę w milczeniu patrzącą w obiektyw. Zawsze wolała stać po jego drugiej stronie. Ostatnie zdjęcie, jakie mam, jest z rozdania dyplomów w college’u w Stanfordzie – została wyróżniona. Cała rodzina zebrała się, żeby świętować jej sukces. Ale to było za mało dla taty. Tego wieczora powtórzył to, co mówił już wiele razy: „Sonya nigdy nie powinna była się urodzić”. Ale nie to sprawiło, że zdecydowała się uciec. To mama powiedziała później coś, co ją złamało. Nikt się nie spodziewał, że Sonya tego dnia postanowi nas opuścić. Powiedzieć „do widzenia” z planem, żeby nigdy nie wracać.

– A czego się spodziewałeś? – pytam.

– Kogoś załamanego – mówi bez wahania, chociaż nigdy wcześniej nie wygłaszał o niej żadnych opinii. – Sposób, w jaki mówiłaś o niej przez te wszystkie lata… Przypuszczałem po prostu, że będzie… – przerywa. – Kimś, kto nie zna własnej drogi. – Pochyla się i muska moje wargi swoimi. – Nie tak jak ty.

– Czyli ja znam własną drogę?

– To właśnie w tobie kocham. Jesteś niesamowita.

Sztywnieję, ale on tego nie zauważa. „Jestem niesamowita”, mówi we mnie cichy głosik. „Popatrz na mnie uważniej – zobaczysz blizny”. A jednak wstydzę się narzekać. Moje siostry pragnęły miłości, podczas gdy ja otrzymywałam ją bezwarunkowo. Byłam wyjątkowa, kochana w całości.

– Jesteś taka piękna – szepcze. Rozpina guziki mojej sukienki. Zdejmuje mi ją z ramion, obnażając mnie do pasa. Zręcznie rozpina stanik i chwyta dłonią jedną z moich piersi, drażniąc sutek. – Dziś może być ta noc.

„Na poczęcie dziecka”. To słowa, których nie wypowiada. Nie może, bo tak bardzo pragnie potomka.

– Daj mi chwilkę – mówię. Patrzy na mnie zdezorientowany, kiedy wychodzę z jego objęć i idę do łazienki. Z powrotem zakładam sukienkę. Lustro nad umywalką ukazuje udręczoną kobietę, która nie dostrzega prawdy. Ignoruję ją i patrzę na jedyną prawdę, jaką znam, z ręką na brzuchu. Wciągam głęboko powietrze i wydycham je. To decyzja, którą podjęłam lata temu.

SONYA

Dom z mojego dzieciństwa wydaje się stalową pułapką. Kiedy jestem w środku, czuję, jak ściany zamykają się, witając mnie niczym pająk w swojej pajęczynie. Mama jest zajęta włączaniem świateł. Położyła torebkę na niskim stoliku z drewna wiśniowego, który stoi obok drzwi wejściowych. Kiedyś była na nim kryształowa misa. Ukochany prezent, jaki mama otrzymała od swojego brata w Szwajcarii. Stłukł się lata temu. Kiedy mama i ja klęczałyśmy, sprzątając odłamki, ona narzekała, jak to była przekonana, że misa jest nietłukąca się.

Zamykam za sobą drzwi francuskie i przekręcam zamek. Zawsze zamykam drzwi na zamek. Drzwi do samochodu, sypialni, nawet do łazienki, mimo że mieszkam sama. Przechodzę kilka kroków dalej, do hallu. Dokładnie tak zapamiętałam ten dom. Nieliczne dekoracje rozrzucone na tle surowych, białych ścian. Moi rodzice kupili tę posiadłość, kiedy byłam jeszcze dzieckiem. Nadszedł czas, żeby zeswatać Marin, a mały domek z dwoma sypialniami nie przyciągnąłby wielu kandydatów. Ten dom za to pokazywał, że odnieśliśmy sukces, że byliśmy godni, aby wydać Marin za kogoś z dobrej rodziny. To najwyraźniej zadziałało, bo wkrótce po przeprowadzce Marin zaręczyła się z Rajem, mężczyzną, którego widziała tylko raz w życiu.

– Twoja sypialnia się nie zmieniła – mówi mama, wychodząc z kuchni. Podaje mi filiżankę ćaju z imbryka, który jest zawsze na ogniu. – Zostawiłam ją nietkniętą, na wypadek gdybyś… – przerywa, biorąc się w garść. Macha, żebym szła za nią do kuchni. Tam otwiera lodówkę. – Jest sok, mleko, są owoce. – Wskazuje na drzwi na końcu korytarza. – Łazienka jest tam. Pod prysznicem znajdziesz świeży zapas szamponu, żelu, czegokolwiek, czego możesz potrzebować. – Pokazuje na kolejne drzwi. – Pościel i ręczniki są tutaj.

– Mamo. – Odkładam filiżankę na marmurowy blat wyspy na środku nieskazitelnej kuchni. Zalewają mnie wspomnienia nas siedzących tu przy śniadaniu i majtających nogami. Trisha i ja kłócące się o niedzielny komiks i mama próbująca nas uciszyć. Tata lubił dłużej pospać w niedzielę i wiedziałyśmy, że nie powinnyśmy go budzić. – Wiem, gdzie wszystko jest. Kiedyś tu mieszkałam.

Łączy dłonie przed sobą, ale jej ciało tkwi nieruchomo.

– Oczywiście. – Jest niższa, niż ją zapamiętałam. Włosy ma zafarbowane na kruczoczarno mieszanką farby i henny. Teraz, kiedy jest zmęczona i wymizerowana, wydaje się, że jej twarz ma więcej życia, świeżości. Wygląda młodziej bez wyraźnej przyczyny. – Myślałam po prostu… Przecież minęło tyle czasu.

Pytanie zawisa w powietrzu. Tego właśnie bałam się najbardziej, kiedy pakowałam torby w Nowym Jorku. Mogłam przypomnieć jej słowa, które wypowiedziała w dniu rozdania dyplomów. Prawdę, której zawsze się domyślałam, ale nigdy nie chciałam w nią wierzyć. To jednak oznaczało wskrzeszenie przeszłości, która powinna być głęboko zakopana. Jedyną właściwą odpowiedzią byłyby przeprosiny za to, że wybrałam samotną drogę zamiast kroczyć razem z nimi. Powtarzam sobie te słowa, które mają jej uświadomić, że to była dla mnie jedyna droga przetrwania. Mój sposób życia ze wspomnieniami i ciągłe parcie naprzód. Jednak takie wytłumaczenie brzmi teraz dla mnie pusto. Bo moja ucieczka sprawiła tylko, że jej brzemię stało się cięższe.

Uznając, że najbezpieczniej jest o tym nie wspominać, zmieniam temat.

– Jak sobie radziłaś? W domu bez niego?

– Jest cicho – odpowiada. – Nigdy nie zaznałam takiej ciszy. – Bawi się brzegiem swojego kardiganu, na palcach ma zmarszczki, które pojawiły się od czasu, kiedy widziałam ją po raz ostatni. – Puszczam teraz muzykę. Cały czas. – Uśmiecha się delikatnie, po raz pierwszy, odkąd wróciłam. – Muzykę z Indii. Piosenki, które były w filmach z mojego dzieciństwa. Teraz sprzedają je na płytach CD w serii Old is Gold. Niesamowite.

Śmieję się mimowolnie. Nigdy nie lubiła muzyki. Twierdziła, że przyprawia ją o ból głowy. Ale zasmakowała nieco wolności, co sprawiło jej radość jak rzadko kiedy. Początkowo skonsternowana, teraz uśmiecha się jeszcze raz, zanim wybucha śmiechem razem ze mną. W jednej chwili obie śmiejemy się do rozpuku, tak jak nigdy nie było nam wolno. Pełne ulgi i nadziei. Jego tu nie ma i mimo że wspomnienia o nim wypełniają przestrzeń, my i tak możemy swobodnie oddychać.

– Bardzo chciałabym posłuchać tych piosenek. – Kiedy opuściłam Kalifornię i moją rodzinę, porzuciłam też własne dziedzictwo. Nie chodziłam już w niedziele do świątyni. Nie zakładałam hinduskich strojów na święto diwali czy holi. Kiedy w kinach leciały filmy z Bollywood, zawsze wybierałam coś innego.

– Oczywiście – mówi, podekscytowana. – Puszczę je jutro rano przy śniadaniu. – Przysuwa się do mnie o krok. Zrobiła tak może kilka razy w życiu. Kulę się bez zastanowienia. Widząc moją reakcję, mama zatrzymuje się i natychmiast odwraca w kierunku sypialni. Ta chwila jest już stracona. – Powinnaś się położyć. Miałaś długi lot. A jutro musimy…

– Iść do szpitala.

– Tak. Musimy odwiedzić twojego ojca.

MÓJ POKÓJ wygląda dokładnie tak, jak go zostawiłam. Książki, które były dla mnie jedyną ucieczką, wciąż stoją na półkach. Chwytam jedną podniszczoną i przerzucam kartki. Historia młodego mężczyzny, który przezwycięża wielką stratę tylko po to, by odnaleźć radość. Moja ulubiona. Często czytałam ją jako nastolatka, mając nadzieję, że znajdę w niej jakieś wskazówki dla siebie. Muskam palcami grzbiety pozostałych książek, zdając sobie sprawę, że każda z nich jest o przetrwaniu. Wszyscy bohaterowie przeżywają problemy nie do pokonania na drodze do tego, by odnaleźć samych siebie. Nogi uginają się pode mną. Czy to z powodu długiego lotu, czy może przytłoczył mnie ciężar dzisiejszego dnia… Trudno mi stwierdzić.

Usiadłszy na brzegu łóżka, patrzę w pustkę, która mnie otacza. Jak wiele razy pragnęłam stąd zniknąć, z tego pokoju, z tego domu? Noce, kiedy przykrywałam twarz poduszką, żeby zagłuszyć łkanie, które roznosiło się po domu. Wypełzałam z łóżka i zamykałam drzwi na klucz, a we mnie kłębiły się poczucie winy i strach.

– Masz wszystko? – Mama otwiera drzwi, wyrywając mnie z zamyślenia. Zniszczonymi palcami trzyma klamkę. Nie przekracza progu, woli utrzymać sztuczny dystans, który pomaga tworzyć ta linia.

– Tak – mruczę. – Dziękuję. – Nigdy wcześniej do mnie nie przychodziła. Może była zbyt wystraszona tym, co mog­łaby zastać. – Dobranoc.

Czeka jeszcze przez chwilę, patrzymy na siebie w milczeniu. W końcu kiwa głową i odpowiada:

– Dobranoc.

Zamykam drzwi na klucz, kiedy wychodzi. Biorę krzesło sprzed biurka i zastawiam nim drzwi. Tylko to pozwala mi w nocy spać. To i ciągły ruch. Bo jak długo pozostajesz w ruchu, tak długo nie będziesz złapany. „Nigdy nie daj się złapać. Nigdy, przenigdy nie daj się złapać”. Powtarzam sobie te słowa, kiedy kładę się na łóżku, marząc o spokoju, jaki daje sen, i nie zaznając go.

MARIN

Marin spogląda spod przymkniętych powiek. Członkinie hinduskiej społeczności kręcą się wokół niej, malując jej stopy tradycyjną henną na zbliżający się ślub. Kunsztowne wzory bez szczególnego znaczenia, ale wycyzelowane ze szczegółami. Zebrani wujkowie i ciotki wyraźnie się ekscytują, a młodsi kuzyni i kuzynki, którym brakuje jeszcze trochę lat do własnego ślubu, z uwagą obserwują tę scenę. Próbują zrozumieć radość dziś i smutek jutro. Mama będzie płakać; Trisha i Sonya, trzymając się ze sobą, będą marzyć, że to one są na miejscu siostry. A jeśli nie, zaczną się zastanawiać, dlaczego zostawia je same.

Marin nie miała wyboru. Decyzja zależała od daty jej narodzin i od rodziny, w której przyszła na świat. Studiowała życiorysy kandydatów na wyrywki. Kiedy skończyła, wypowiadała swoją opinię. Rzucając życiorys z obrzydzeniem, stwierdzała, że za żadne skarby nie spędzi życia z tą osobą. Zdjęcie przedstawiało mężczyznę, który z całą pewnością nie zakończył jeszcze cyklu ewolucji. Ale to nie był problem. Po prostu nie miał rodzeństwa z wyższym wykształceniem. Ten kandydat nie rokował.

– Podaj mi rękę, beti – prosi ciotka Marin, zwracając się do niej jak do własnej córki. Zmarszczki rysują się na jej twarzy. – Stopy są już gotowe.

– Co? – Marin nie słyszy. Kiedy ciotka milczy, dopytuje: – Masi?

– Beti. – Jej palce chwytają przedramię Marin, zaraz obok sporego uszkodzenia. Opalony nadgarstek Marin okalają krwiaki. Z oczu ciotki emanuje współczuje. – Co ci się stało, dziecko? – Ślubna henna gotuje się w garnuszku obok, zapomniana.

Marin wyrywa rękę, potrząsając głową. Opowiedzenie tej historii sprawi, że ona ożyje.

LEŻY TAM, a kilka rurek podtrzymuje go przy życiu. Marin naliczyła pięć. Jedna w nosie, kolejna w gardle, jeszcze jedna w ręce. Maszyna mówi, że jego serce wciąż bije, sześćdziesiąt uderzeń na minutę. Obserwuje linię na monitorze, rytm wskazuje, że wszystko jest jak należy. Wszystkie elementy całości współpracujące ze sobą, aby człowiek żył. Inżynier drzemiący w Brencie byłby pod wrażeniem systemowego funkcjonowania.

W pokoju nie ma kwiatów. Nikt nie pomyślał, żeby jakieś przynieść. Pełno tu za to kartek z życzeniami powrotu do zdrowia. Większość społeczności hinduskiej szanuje go. Uwielbiają go, uważając jego historię za przykład spełnionego amerykańskiego snu. Przyjechał do kraju z niczym i wychował trzy córki, którym nic nie brakuje. A jednocześnie nauczył je, jak być porządnymi, godnymi szacunku kobietami. Były mu dłużne życie.

– Dziękujemy, że pozwolił nam pan wszystkim tu być – mówi Trisha. Jest, jak zwykle, bezbłędnie uprzejma. Lekarz, który właśnie przyszedł, kiwa głową, przeglądając historię choroby. Jest jednym z najlepszych specjalistów, jak zapewniały je pielęgniarki, kiedy przyjmowano ojca. Pieją z zachwytu nad jego umiejętnościami. A jednak dotychczas nie był w stanie powiedzieć, dlaczego Brent zapadł w śpiączkę. – Nasza najmłodsza siostra przyjechała dopiero wczoraj wieczorem – kontynuuje Trisha. Jako samozwańczy rzecznik rodziny doskonale sprawdza się w tej roli. – Sonyu, to jest doktor David Ford. Doktorze Ford, nasza siostra, Sonya.

– Miło mi poznać. Proszę, mówcie do mnie David. – Wyciąga rękę do Sonyi. Przygląda się jej. Rozczesała i rozpuściła włosy, żeby swobodnie spływały na ramiona. Czarna bawełniana bluzka z długimi rękawami opada na dżinsy rurki. Na twarzy nie ma żadnego makijażu, a wysokie buty są odpowiednie raczej do pogody w Nowym Jorku, skąd przyleciała. Młodsza siostrzyczka Marin wyrosła na piękną kobietę.

– Doktorze. – Szybko puszcza jego dłoń. – Jakie są rokowania?

Mimo że jej cofnięcie jest widoczne, David nie reaguje.

– W skali Glasgow plasuje się gdzieś na trójce. A po naszemu: jest w stanie głębokiej utraty świadomości. Nie wiadomo, kiedy z niego wyjdzie.

– Ale wyjdzie? – Sonya naciska na więcej szczegółów.

Marin słyszy strach w głosie siostry. W przeciwieństwie do Trishy Marin to rozumie. Prosi lekarza o odrobinę nadziei.

– To nie jest pewne, przykro mi – mówi.

Rozgląda się dookoła, obejmując wzrokiem całą rodzinę. Jest spokojny, daje krztynę wyciszenia przed nadchodzącą burzą. Przed walką życia ze śmiercią, wojownikami godnymi szacunku, zależnie od perspektywy. Ale nie wie o walce, która już została stoczona.

– Niektórzy pacjenci nigdy się nie budzą, a wtedy rodzina musi zdecydować, czy… – przerywa, a niewypowiedziane słowa są propozycją, jeśli tylko będą chciały z niej skorzystać.

– Wyciągnąć wtyczkę – kończy Sonya bez żadnych emocji. Ukryła strach, który przed kilkoma sekundami był dla Marin tak oczywisty. – A bez tych wszystkich maszyn?

– Mimo że technicznie jest w śpiączce, a więc w bardzo głębokim śnie, jego ciało zależy od respiratora i pomp. – David wciska ręce do kieszeni, a jego biały kitel rozchyla się. Na szyi ma zawieszony stetoskop. Marin stwierdza, że jest młodszy od niej, ale ostatnio ma wrażenie, że wszyscy są. – Kiedy go przyjmowaliśmy, miał niewydolność oddechową. Respirator pomaga mu oddychać – przerywa, próbując przygotować je na wieści, których nie jest w stanie udźwignąć żadna rodzina. Wzdycha i mówi ze współczuciem, przepraszająco: – Bez respiratora nie otrzyma wystarczająco dużo tlenu.

Sonya słucha uważnie, analizując każde słowo.

– A bez tlenu umrze.

Marin przygląda się jej, wciąż cierpiąc z powodu rozmowy między nimi poprzedniego wieczora. Sonya urodziła się po ich przyjeździe do Ameryki. Rodzice planowali przerwać ciążę, w końcu była wynikiem wpadki. Pęknięty kondom powołał ją do życia. Tani lateks z outletu w Indiach, wciśnięty do walizki spakowanej na wyjazd do Stanów. Marin często słyszała tę opowieść, kiedy dorastała. Brent powtarzał ją przed Sonyą, za każdym razem śmiejąc się głośniej niż poprzednio. Wysublimowany żart, którego nikt nie rozumiał.

Koszt utrzymania kolejnego dziecka był za wysoki, więc aborcja stanowiła oczywisty wybór. Ale Brent bardzo pragnął syna. Przy pomocy taniego aparatu USG lekarz w publicznej przychodni właściwie zgadywał i powiedział im, że to będzie chłopiec. Brent, uradowany, zdecydował, żeby Ranee donosiła ciążę, a sam wziął dodatkowe zmiany, aby pokryć koszty opieki medycznej. Przy narodzinach, gdy lekarz stwierdził, że urodziła się kolejna dziewczynka, twarz Brenta poczerwieniała z furii.

Kiedy Sonya już się urodziła, została pod opieką Marin, podczas gdy matka pracowała w miejscowej wytwórni bielizny dziecięcej. Marin przewijała młodszą siostrę, karmiła ją mlekiem z butelki i kąpała, kiedy jej się ulało. Zanim weszła w okres dojrzewania, była już matką.

– Jak długo będzie umierał? Jeśli odłączymy go od maszyn? – pyta Gia. Siedzi cicho obok Raja. Wciąż ma na sobie komplet do tenisa po swoim porannym treningu, zakłada jedną szczupłą nogę na drugą. Kosmyki włosów z końskiego ogona spadają jej na twarz, dając złudne wrażenie, że jest młodsza niż w rzeczywistości.

– Gia. – Marin podnosi głos, żeby przykuć jej uwagę. W tym konkretnym tonie brzmi dokładnie tak jak ojciec. – To nie jest miejsce odpowiednie do tego, żebyś zabierała głos. Doktor Ford jest bardzo zajęty.

– Nic nie szkodzi. – David uśmiecha się, żeby załagodzić nagły atak Marin. – Twoje pytanie jest bardzo istotne. – Jest miły dla Gii, chociaż wcale nie musi. – Jako lekarze musimy wiedzieć dokładnie, jak długo ciało przeżyje. To pomaga złagodzić cierpienie.

– Będzie cierpiał? – Ranee podchodzi bliżej, skupiając uwagę Davida. Początkowo była z tyłu, raczej się przysłuchując, niż cokolwiek mówiąc.

Matka zawsze obserwowała zamiast kierować. Mówią, że dziecko wybiera rodzica, którego naśladuje. Marin już w dzieciństwie zdecydowała, że to nie będzie Ranee. To nie świadomy wybór czy proces, nad którym dużo myślała. Tak naprawdę gdyby ją teraz zapytać, nie potrafiłaby wskazać żadnego konkretnego momentu. Ale to było naprawdę proste. Mając do wyboru siłę i słabość, uważała za oczywiste opowiedzenie się po stronie siły, niezależnie od jej formy.

– Czy będzie czuł brak powietrza, zanik oddechu? – pyta Ranee.

– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby tego nie czuł. To mogę obiecać. – David bierze ją za rękę i ściska. Marin wychwytuje ten ruch.

Ranee kiwa głową, obracając się do nieruchomego ciała Brenta na szpitalnym łóżku. Po tym, jak został tu przywieziony karetką, ubrano go w koszulę nocną… Z pewnością by mu się nie spodobała. Był zawsze pedantyczny, jeśli chodzi o ubrania – każda koszula wyprasowana i spodnie bez żadnych zagnieceń – i tego samego oczekiwał od córek.

– Nie lubi cierpieć. – Ranee obejmuje się ramionami.

Nie, zgadza się Marin, nie lubi cierpieć.

Oddech Marin staje się płytki, nagle trudniej jej oddychać. Napływają wspomnienia z dzieciństwa, czuje w palcach mrowienie – każdy z nich jest jak sparaliżowany. Głosy bliskich wydają się odległe, mimo że wszyscy stoją obok niej. Potrząsa głową, starając się pozbyć pajęczyn, które nagle wypełniają jej myśli. Zamyka oczy i liczy po cichu do dziesięciu, mając nadzieję, że to ćwiczenie pozwoli jej wrócić do rzeczywistości. Oni wciąż ze sobą rozmawiają, skupieni na Brencie. Opuszczając głowę, wpatruje się w swoje buty. Podłoga zaczyna wirować. To atak paniki, dobrze o tym wie. Mimo że od ostatniego minęły lata, napady zawsze wyglądają tak samo. Serce jej przyspiesza, a ciało się wyłącza. Ale ona odpycha atak. Nie podda się jego mocy.

Wyciąga swoją komórkę, skupiając się na jedynej linii życia, jaką zna. Pięćdziesiąt nowych wiadomości w skrzynce. Praca wymagająca uwagi jest jej jedyną drogą ucieczki od ojca, który leży umierający. Jest wdzięczna, że maile odrywają ją od tej sytuacji.

– Mamusiu – mówi. Jej oddech się wyrównuje, ale serce wciąż wali, jakby właśnie przebiegła maraton. Minęła już prawie godzina, odkąd przestąpiła próg szpitalnej sali. Przez ten czas zaplanowano trzy telekonferencje. Dodatkowe lekcje, które przygotowała dla Gii, czekają w samochodzie. Zadania z matematyki gwarantowały, że pozostanie wśród najlepszych uczniów na następny rok. – Musimy iść. Późno już. – Macha na Gię i Raja, żeby szli za nią.

– Dopiero co przyszliśmy. – Ranee chwyta Gię za rękę i przyciąga ją do siebie. – Zostańmy jeszcze chwilę.

– Marin, wciąż jest wcześnie. – Raj nawet nie wstał z krzesła. Wspiera Ranee uśmiechem. – Posiedzimy trochę dłużej, mamusiu.

– Nie, nie zostaniemy. – Marin dusi w sobie krzyk. Wszyscy na nią spoglądają, ale wyraz ich twarzy nie jest oczywisty. Złość na ich opór łączy się ze wspomnieniami i wypełnia Marin. – Raj, zazdroszczę, że nie brakuje ci wolnego czasu, ale ja nie mam takiego luksusu. Mam kupę pracy, a na Gię czekają zadania z matematyki.

– Jest sobota – mówi Gia. Patrzy na Ranee, szukając wsparcia. – Sonya masi dopiero przyjechała – ciągnie, używając tradycyjnej nazwy na określenie siostry matki. – Chcę usłyszeć więcej opowieści.

– Wczoraj wieczorem słyszałaś wystarczająco dużo historii. – Marin próbuje zwolnić, ale nie ma już odwrotu.

David wierci się, czując dyskomfort pośrodku rodzinnego dramatu, który jest dziełem Marin. Jakiś głos w jej głowie szepcze, żeby przestała, żeby zostawiła to tak, jak jest. Kilka minut jej nie zbawi. Ale jest też drugi głos, znacznie głośniejszy, który domaga się, żeby nikt nie podważał jej autorytetu. Jej władza nie powinna być narażona na szwank. Myślą, że jest słaba, ale to nieprawda. Nigdy nie będzie słaba. – Raj, wstawaj natychmiast. Gio, idziemy.

Wychodzi z sali, niezdolna zmierzyć się z tym, co wywołała. Obcasy stukają o szpitalną posadzkę, kiedy szybkim krokiem podąża korytarzem w kierunku wind. Przyciska guzik trzy razy i niecierpliwie patrzy, jak cyferki nad drzwiami zmieniają się na niższe. W końcu otwierają się stalowe drzwi, winda jest pusta. Wchodzi do środka i czeka, aż drzwi się zamkną. Dopiero wtedy opiera dłoń o lustrzaną ścianę, oddychając głęboko. Spogląda na nią karykatura jej samej, beznamiętnie obserwująca własne załamanie.

– Nic mi nie jest – szepcze. Pociera twarz dłońmi, jakby chciała wytrzeć łzy. Ale jej twarz jest sucha. Nie pojawiły się na niej łzy, odkąd była dzieckiem. Prostując się, odgarnia włosy. Kiedy zbiera niesforne kosmyki, przyhamowuje swoje emocje. W ciągu kilku minut wraca do stanu, w którym czuje się najlepiej. W pełni kontroluje sytuację.

Wygładza zagięcia na koszuli, zerka na lustrzane drzwi i kiwa do siebie głową z aprobatą. Wyciąga komórkę i przegląda wiadomości. Praca zaczynała się dla niej o piątej rano i zwykle kończyła o północy. Kiedy zaszła w ciążę, obawiała się, jaki to będzie miało wpływ na jej karierę. Patrząc na to z perspektywy czasu, wie, że nie musiała się martwić. Pracowała aż do porodu. Kierowca z firmy odwiózł ją prosto do szpitala ze spotkania zarządu. Pięć dni później Marin była już z powrotem w pracy.

Podaje bilecik niewysokiemu mężczyźnie za ladą i czeka niecierpliwie, podczas gdy ten szuka jej kluczy.

– To te tutaj – instruuje Marin, wskazując na swój komplet pośród tuzina innych. Mężczyzna sprawdza jej bilecik z metką na kluczach. Żeby go nie poganiać, zaczyna wybierać numer swojej asystentki, a wtedy pojawiają się za nią Raj i Gia.

– Czy zamierzałaś na nas czekać? – pyta Raj.

– Mówiłam, że muszę pracować. – Marin przygarnia Gię, dzięki czemu się odpręża. Przeczesuje jej włosy dłonią. – Masz w poniedziałek test, beti. To ważne, żebyś się uczyła, prawda? – Już prawie przytula Gię, kiedy telefon się odzywa. Spoglądając na numer, który dzwoni, Marin mruczy: – Nie mamy wiele czasu przed aplikowaniem do college’u.

– Tak. – Gia przysuwa się do ojca, który obejmuje ją ramieniem. – Muszę się dostać do dobrego college’u.

Marin sztywnieje, widząc, jak łatwo okazują sobie uczucia. Chciałaby mieć z córką podobną relację.

– Nie taki po prostu dobry college – mówi, pisząc esemesa do asystentki, aby przygotowała dokumenty. Wymienia z pamięci listę uczelni, które wybrała: – Harvard albo Yale otworzą przed tobą wiele drzwi. Brown, Princeton, Chicago i Pennsylvania też mogłyby być, ale tylko jeśli z Harvardem lub Yale się nie uda.

– Berkeley też byłby świetny – stwierdza Raj. Wciąż obejmuje Gię ramieniem i uśmiecha się do swojej jedynaczki. – Nie wiem, czy mogę puścić moją małą dziewczynkę do szkoły na drugi koniec kraju.

– Nie musimy o tym teraz rozmawiać – mówi ostro Marin, zdziwiona słowami Raja. Parkingowy właśnie przyprowadził ich samochód i czeka z otwartymi drzwiami. – Raj, mógłbyś poprowadzić? Ja muszę oddzwonić.

Usadawiają się na siedzeniach. Raj wyjeżdża z garażu na trzypasmową Sand Hill Road, drogę łączącą Palo Alto z ich domem w Los Altos. Kiedy przyspiesza, mijają niewielkie budynki mieszczące niektóre z najbardziej wpływowych przedsiębiorstw na świecie. Po kilku minutach ciszy Gia pyta:

– Tatku, a co myślisz o UCLA? A może niewielki college w Południowej Kalifornii?

Napięcie kłuje Marin w szyję jak pająk ze szponami. Godziny, które spędza w pracy, żeby zapewnić córce wszystko, co najlepsze, są jak piasek w oczach, powodują przeszywający ból. Przypominają o poświęceniach, jakie poczyniła dla Gii, aby niczego jej nie brakowało. Wspomnienia o jej własnych ciuchach z drugiej ręki wciąż ją prześladują, więc córce kupowała zawsze markowe ubrania. Sama w młodości nie uczestniczyła w żadnych pozaszkolnych zajęciach, żeby móc opiekować się młodszymi siostrami, więc nalega, aby córka zapisała się na tyle lekcji, ile zdoła. Drużyna pływacka, tenis, taniec i piłka nożna to tylko niektóre z nich. Koszty nigdy nie były brane pod uwagę, pieniądze nie są istotne w porównaniu z korzyściami dla dziecka.

Kiedy Gia osiągnęła wiek szkolny, Raj sprawdzał publiczne podstawówki, ale Marin narzuciła mu zmianę decyzji na korzyść prestiżowej, prywatnej szkoły akademickiej w San Jose, która przyjmowała tylko elity społeczności. Była nieugięta w tym postanowieniu. Czesne wynosiło czterdzieści tysięcy rocznie, ale ona była pewna, że córka dostanie najlepsze możliwe wykształcenie. Każdy wybór, wszystkie zajęcia gwarantowały Marin, że nie będzie powielać schematów. Że wyrwała się z cyklu cierpienia i rozczarowań i że jej córka jest przyszłością.

– Mały college? – Marin wyłącza telefon i obraca się na siedzeniu, żeby popatrzeć córce w twarz. – Gio, nie ma takiej opcji.

– Dlaczego? – Gia urywa kontakt wzrokowy i patrzy przez okno. – To mogłaby być dobra szkoła.

– Nie dla ciebie. Dlaczego w ogóle o tym wspominasz? – dopytuje Marin. – Nie chcę o tym więcej słyszeć.

– To, dokąd pójdę, nie jest jakąś wielką rzeczą. – Gia otwiera szybę. Wiatr rozwiewa jej włosy i zagłusza głos matki. – Poza tym chcę zostać blisko moich przyjaciół.

– Twoich przyjaciół?

Gia jest bardzo towarzyska. Od najmłodszych lat czuje się dobrze wśród innych ludzi. Jej matka nigdy tego nie opanowała. Gia zawsze uśmiechała się i rozpoczynała rozmowy bez skrępowania. Dla Marin, której relacje społeczne były krótkie i zwięzłe, fakt, że córka tak dobrze daje sobie radę w towarzystwie, był objawieniem.

– Dla jakich przyjaciół chciałabyś poświęcić swoją przyszłość?

Ostatnio wielu znajomych Gii zaczęło umawiać się na randki. Kiedy Gia poruszyła tę kwestię, Marin natychmiast zareagowała przecząco. To odebrałoby jej czas na naukę. Mimo że Gia wciąż prosiła, nalegając na to, żeby dostać pozwolenie, Marin nie chciała zmienić zdania. Ona nigdy nie chodziła na randki jako nastolatka. Ich kultura nakazywała, aby dziewczyna zachowała całkowitą czystość przed ślubem. Nawet jedna randka mogła skalać jej reputację i sprawić, że nie będzie odpowiednią kandydatką na żonę. Ale to nie z powodu kultury Marin nie chciała na to pozwolić; chodziło o sytuację, w której ktoś inny miałby duży wpływ na życie jej córki.

– Dla żadnych. – Gia odpowiada szybko, bez zastanowienia, i wciska się głębiej w siedzenie. Szukając piosenki na komórce, wkłada słuchawki do uszu. – Nieważne. Harvard i Yale są świetne. To ciągle mój pierwszy wybór.

MARIN WSMAROWUJE BALSAM w wysuszone dłonie. Lata klepania w klawiaturę utworzyły odciski, które nie chcą zniknąć. Włosy, zaplecione w ciasny warkocz, opadają jej na plecy, a jedwabna koszula nocna sięga stóp. Ich gosposia poszła spać już kilka godzin temu, po tym, jak dokładnie wysprzątała kuchnię. Marin jadła obiad przy biurku, siedząc godzinami nad pracą, którą musiała dokończyć. Emocje z całego dnia dały się jej we znaki i ciało domagało się snu. Ale w głowie wciąż odgrywała rozmowę z Gią, która nie dawała jej spokoju.

– Byłaś dziś bardzo spięta. – Raj wchodzi do sypialni prosto spod prysznica, z ręcznikiem zawiązanym wokół pasa. Krople wody kapią z jego włosów na wykładzinę. Ostatnio przytył trochę w talii, ale ramiona i nogi wciąż zachowują smukłość jak w dniu ślubu. Ciemne owłosienie upstrzone siwizną pokrywa jego klatkę piersiową, ale włosy na głowie zachowały oryginalny kolor. – Z powodu Gii.

– Wszystko w porządku. – Nie chce o tym mówić. Rozmowa w samochodzie wyraźnie pokazała Marin, że niewystarczająco dobrze wyjaśniła córce, jaka jest wartość wykształcenia w dobrym college’u. Myślała nad planem, żeby natychmiast to zmienić. Oczywistym krokiem była wycieczka na Wschodnie Wybrzeże i do college’ów z Ivy League. Gia w naturalny sposób zainteresowałaby się kampusami i życiem na drugim końcu kraju. Mimo że wciąż zostało jej kilka lat, to był odpowiedni czas. Marin wytłumaczyła sobie, że obojętność Gii to zdenerwowanie, strach przed życiem z dala od domu. Z planem gry w głowie Marin czuła się spokojniejsza. – Powinniśmy iść spać. Musimy wstać jutro wcześnie rano.

– Turniej tenisowy Gii. – Raj zdejmuje ręcznik i wiesza go na haczyku. Nagi wsuwa się pod kołdrę i patrzy, jak Marin gasi światło. – Mogę ją zawieźć, jeśli musisz pracować.

Minął miesiąc, odkąd ostatni raz się kochali. Zwykle to Raj inicjuje zbliżenia, ale Marin rzadko mu odmawia. Dzień przed ślubem pouczono ją, że seks jest przywilejem mężczyzny. Niezależnie od tego, jak dobrze wiodło się żonie, jej obowiązkiem było zaspokojenie potrzeb męża. Tylko na tym jednym polu w ich małżeństwie Marin nie czuła, że ma kontrolę. Nieważne, jak często przekonywała samą siebie, że oboje powinni mieć z tego przyjemność, po wszystkim zawsze czuła się pusta w środku i samotna.

Kiedy się kochali, mieli utarty schemat. Dwie pozycje, a częściej nawet tylko jedna. On kończył wcześniej, szybko. Jeśli Marin potrzebowała ulgi, prowadziła jego dłoń między nogi. Kładł się wtedy za nią i pieścił, aż osiągnęła satysfakcję. Czasem szło całkiem szybko, ale jeśli trwało dłużej niż dziesięć minut, wycofywała się. Skoro jej ciało nie odpowiadało na stymulację, znaczyło to, że nie jest gotowe. Dalsze próby były marnotrawstwem zarówno ich czasu, jak i cennego snu.

Dziś wieczorem Marin nie jest jednak w nastroju. Może wskazać kilka powodów. Praca ją wyczerpała. Godziny sprawdzania dokumentów, finalizowania transakcji i instruowanie zespołu co do projektów wydają się trudniejsze niż kiedyś. Do tego rozmowa z Gią. Ale prawdziwym winowajcą jest atak w szpitalu. Fakt, że jej ojciec może nigdy się nie wybudzić – mężczyzna, który rządził jej życiem, teraz tracił swoje – wstrząsa nią.

– Chcesz uprawiać seks? – pyta Marin. Jej głos brzmi ostrzej, niż zamierzała. Zanim Raj może odpowiedzieć lub przysunąć się do niej, Marin stwierdza: – To chyba nie jest najlepszy moment.

– Jasne. Nic nie szkodzi.

Jest zawstydzony. Marin słyszy to w jego głosie. Przez te wszystkie lata, kiedy są małżeństwem, odtrącała go tylko, kiedy miała okres albo była chora. Dziś jest inaczej. Dzwonią łańcuchy przeszłości. Unieruchomione przez lata, zdążyły zardzewieć. Teraz, kiedy Brent leży w śpiączce, kłódka poluzowała się, ale mimo swoich starań Marin nie może się z nich uwolnić. Wyobraża sobie rozczarowanie ojca, że nie była w stanie zaspokoić męża. Odsuwa tę myśl i zwraca się do mężczyzny, z którym dzieli łoże od lat.

– Mam straszny mętlik w głowie – mówi na usprawiedliwienie, mimo że Raj o to nie prosił. – Chodzi o szpital i wszystkich, którzy tam byli.

– Nie ma problemu. – Odwraca się do niej plecami. – Dobranoc, Marin.

Upokorzona otaczającą ją paniką na myśl o śmierci ojca, nie odzywa się. Ale Raj nie pyta, więc nie musi mu odpowiadać. Nie mówi mu o tym, że jest wystraszona i samotna. Że chciałaby być przytulona, ale nie wie, jak by zareagowała, gdyby jej to zaproponował.

Kładzie się na brzegu łóżka, najdalej, jak może. Raj leży odwrócony do niej plecami, więc Marin jest skazana tylko na siebie. Owijając ciało kołdrą, pragnie pocieszenia, które okazuje się niedostępne. Jej głowa, błagająca o sen zaledwie minuty temu, teraz zaczyna działać. Wszyscy przyszli do szpitala, do ojca, zastanawiając się, patrząc i czekając. Sama nie wie na co. Jeśli się wybudzi, wszystko wróci do normy. Oczywiście ta norma nie jest taka jak u innych rodzin. Każdy ma swoją rolę i gra ją wyjątkowo dobrze. Trisha jest spoiwem, które łączy całą rodzinę. Jako ulubienica uważa, że planowanie rodzinnych spotkań to jej obowiązek. Dopóki dzielą ze sobą chleb, iluzja idealnej rodziny pozostaje żywa. Trisha organizuje świąteczne spotkania; czy to na diwali, czy Boże Narodzenie, dba, żeby nikt nie został pominięty. Kiedy Sonya wyjechała, Trisha wydawała się traktować swój obowiązek jeszcze poważniej. Jakby mogła wypełnić tę lukę pozostawioną przez siostrę, która uznała, że życie bez nich jest lepsze niż z nimi.

Marin odgrywa swoją rolę z precyzją. Jest uosobieniem historii o zwycięstwie, przykładem tego, dlaczego przyjechali do Ameryki. Jest tą, którą mogą wskazać i powiedzieć, że to powód, dla którego znosili wszelkie przeciwności. Podczas gdy Trisha odgrywa rolę rozpieszczonej kury domowej, Marin wciąż przedstawia sobą sukces. A jej córka jest kolejnym pokoleniem, tym, które nie ma takich obciążeń, jakie miała Marin. Może zdobyć wszystko, nie musi pozbywać się żadnych ciężarów.

Zmęczona przewracaniem się z boku na bok, Marin wychodzi z łóżka. Słyszy ciche chrapanie Raja. Prawie się nie rusza, kiedy ona wyślizguje się spod kołdry. Nigdy nie przytulali się w nocy. Oboje odkryli wkrótce po ślubie, że wolą mieć swoją własną przestrzeń.

Na myśl o wydarzeniach całego dnia spokój ją opuszcza. Ostrożnie schodzi po schodach w ciemności. Przy świetle księżyca, wpadającym przez świetlik, nalewa mleka do szklanki i podgrzewa je. Gorący kubek ociepla jej dłonie, a ciemność przynosi odrobinę spokoju. Zawsze wolała ją od światła dziennego. Osądy idą w zapomnienie, kiedy nie ma światła, które by je rozjaśniało.

Kryształowy zegar na kominku wskazuje, że jest po północy. Nowy dzień, chociaż tak podobny do innych. Wszyscy obudzeni i gotowi na czas. Naszykowane śniadanie chwytane w drodze do drzwi. Plany dnia każdego domownika krzyżują się, kiedy wszyscy podążają we własnym kierunku. Nigdy nie wyobrażała sobie swojego życia w ten sposób. Właściwie to nie wyobrażała sobie niczego. Ojciec podejmował za nią wszystkie decyzje, więc uznała, że będzie też ustalał plan jej dnia.

Miała trzynaście lat, kiedy zadecydował o kierunku jej studiów w college’u. Sprawdził różne ścieżki kariery i stwierdził, że finanse zapewnią najlepszy zwrot jego inwestycji. Było bez znaczenia, czy kierunek jest zbieżny z jej zainteresowaniami. Miała po prostu szczęście, że jej pasował, bo nigdy nie śmiałaby narzekać. Jakiekolwiek protesty nie zapewniłyby jej współczucia ojca, a nawet gorzej, mogłyby go rozwścieczyć. Nie warto było nawet próbować. Chodziła więc na zajęcia z finansów i została ekspertem w swojej dziedzinie. Po dwuipółrocznych studiach zrobiła też MBA. Gwarantowało jej to łatwy awans, kariera znaczyła dla niej wszystko. Źródło utrzymania, za które może dziękować wyłącznie swojemu ojcu.

Ciągle nie jest gotowa na sen, więc siada na sofie. Gdy podkurcza nogi pod siebie, zaczynają ją dręczyć wspomnienia sprzed małżeństwa.

Kiedy Marin patrzy wzdłuż korytarza sprzed drzwi do łazienki, Ranee kładzie zaproszenie na ślub Marin na ołtarzyku zrobionym ze zdjęć krewnych, którzy już nie żyją. Wyłącza wszystkie światła w domu i puszcza taśmę z tradycyjną muzyką indyjską.

W łazience Sonya odpycha Trishę od umywalki.

– To upiorne. – Wypluwa pianę z pasty do zębów i płucze usta płynem. – Czy zobaczymy umarłych?

– Tak. Całkiem sporo umarlaków przyjdzie i będzie tańczyć dookoła ciebie. Będą się zbliżać, aż w końcu cię złapią i znikniesz. Puf! – droczy się Trisha.

– Nie zobaczymy żadnych zmarłych. – Marin zapina swoją piżamę, kiedy wchodzi do łazienki. – To tradycja. Rodzina mamusi robiła tak, kiedy ona wychodziła za mąż, a teraz my to robimy.

– Ale dlaczego? – Jej strach jest oczywisty. Sonya zbliża się do Marin.

– To oddanie im czci. Mówimy im, że chcielibyśmy, aby z nami byli. – Marin zwraca się do Trishy. – Powinnaś być dla niej milsza.

– To dzieciak.

– Tak, nasza mała siostra. Musisz się nią opiekować, kiedy ja się wyprowadzę, dobrze? – Desperacka prośba, nawet w przypadku nieszczerego wstawiennictwa. Kiedy Sonya chorowała, Marin musiała opuszczać zajęcia w liceum. Dzwonili ze żłobka, że Sonya znów wymiotowała. Marin czekała w gabinecie dyrektora z ręką na stercie zadań, które miała zrobić do końca dnia. Ojciec wzywał ją na parking dźwiękiem klaksonu. Czekało na nią groszkowozielone kombi z krztuszącym się silnikiem. Sekretarka dyrektora zawsze dyskretnie jej machała, uśmiechała się, żeby ukryć współczucie.

– Nieważne. Przecież będziesz często nas odwiedzać, prawda? – Pierwsza słabość, jaką okazała Trisha. – Nic się nie zmieni?

– To trochę daleko. Trudno mi będzie odwiedzać was regularnie.

– Dlaczego musisz się wyprowadzić do niego? Nie mógł­by zamieszkać tutaj? – domaga się Sonya. Jej zuchwałość znika, obie patrzą na Marin.

– Takie są zasady.

– Czyje zasady?

– Nie wiem – warczy Marin. – Tatuś znalazł mi męża, więc za niego wychodzę.

– Nawet go nie znasz – przypomina jej Trisha.

– Poznałam go w dniu zaręczyn.

– Może mieć szkolną zarazę – wtrąca się Sonya.

– Sonyu, jesteś już za duża, żeby wierzyć, że ona istnieje.

– Może mieć AIDS. – Trisha zaczyna szczotkować włosy. – Na przyrodzie uczyliśmy się właśnie, że ta choroba najszybciej się rozprzestrzenia w Indiach. On stamtąd jest. Może to mieć.

– Trisho, też stamtąd jesteśmy. I nie mamy AIDS, prawda?

– Tak tylko mówię. Powinnaś go zapytać.

– Zapytam po ślubie.

– Wtedy będzie już za późno. Zarażasz się tym przez seks.

– Obleśne. – Sonya rozszerza oczy. – Wiem o seksie. To coś takiego. – Palce jednej ręki formuje w kółko, a palec drugiej przekłada przez nie i rusza tam i z powrotem.

Marin delikatnie uderza ją w dłoń.

– Nie rób tak więcej.

– Dlaczego do niego nie zadzwonisz i nie zapytasz? – Trisha podziwia swoje odbicie w lustrze. – Jeśli to ma, to nie będziesz musiała za niego wychodzić.

– Nie wolno mi do niego dzwonić. – Marin odwraca wzrok.

– Nie chcę, żebyś się wyprowadzała. – Obie, Trisha i Sonya, mówią to jednocześnie.

Marin zamyka oczy, kiedy przyciąga je mocno do siebie, obejmując ich młode ciałka drobnymi ramionami.

– Wiem.