Wydawca: Sine Qua Non Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2019

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 596 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Skrzydła - Karolina Fedyk

Nikt nie mówił, że cena przetrwania będzie niska

Patrzę na was, gdy rozbijacie obóz na podgrodziu. I później, gdy przekraczacie bramę miasta. Najpierw twoja matka. W jej ślad ty, jak jej młodsza wersja. Ledwo za nią nadążając, wchodzisz na obcy ci teren. Potem będziesz się zastanawiać: czy to się zaczęło właśnie wtedy? Co wprawiłyście w ruch? Co można było zrobić inaczej?

Oto Rasenna – kraj, którego pierwotni mieszkańcy panowali nad przyrodą i materią, a metropolie powoływano do istnienia jednym życzeniem. Rasennę podbito, a potomkowie najeźdźców pragną udaremnić powrót magii, która przeraża ich i brzydzi. Jedynymi bezpiecznymi punktami są miasta znajdujące się pod opieką bóstw.

Młodziutka Zaihab potajemnie zbiera pieśni i historie o dawnych magach. Gdy zostaje uwięziona przez patrona stolicy, stara się odkryć, co tak naprawdę wydarzyło się podczas podboju. Nie przypuszcza, jak daleko sięga intryga, w którą została wplątana, ani jaką przyjdzie jej odegrać w niej rolę.

Skrzydła to brawurowy debiut, który olśniewa rozmachem i oryginalnością wizji. Relacja niewidomej pieśniarki i chimerycznego dziecięcego bóstwa wpisuje się w historię uciemiężonej ziemi, której przeszłość daje o sobie znać nieustannie i boleśnie.

Opinie o ebooku Skrzydła - Karolina Fedyk

Fragment ebooka Skrzydła - Karolina Fedyk

Karolina Fedyk

Pisze opowiadania fantastyczne i wiersze o terraformacji planet. Publicystka i aktywna uczestniczka imprez fantastycznych. Głęboko wierzy w to, że wyobrażone światy mogą nauczyć nas czegoś nowego o naszym własnym. W wolnym czasie współtworzy portal Lewa ręka fantastyki, gra w larpach lub szuka towarzystwa sów i pustułek. Jest doktorantką na wydziale psychologii w Åbo Akademi w Turku, w Finlandii. W 2017 roku jej wiersz What Wants Us nominowano do Nagrody Rhyslinga.

Dla mojego źródła

Michał Cetnarowski prezentuje: FANTASTYCZNIE NIEOBLICZALNI

W drodze wciąż mijali ślady podbitej Rasenny. Wynaturzone drzewa o liściach w niemożliwych kolorach, uginające się pod ciężarem owoców, z których wydostawały się żywe zwierzęta; ruiny domów, wczepione korzeniami w ziemię i kryształowe igły, jakby ktoś nakazał skale rosnąć, po czym stracił siłę lub zainteresowanie; czasem – zatopione w drewnie czy kamieniu sylwetki ludzi. Twarze, które zdawały się nieruchome, ale gdy spojrzeć na nie kątem oka, opuszczone powieki drgały. Prawdziwie groźne były jednak jałowe pola, miejsca śmierci magów.

***

Uciekły bogi w krainy fantasy. Skryły się w gościnnym cieniu fikcji, znalazły nowy dom na wyspach wyobraźni. Po zwycięskiej epoce oświecenia, w której rozgorzał zimny płomień Rozumu, ziemscy bogowie chyba nigdy nie byli tak blisko ludzi jak właśnie tu: w literackich neverlandach spod znaku magii i miecza, w krainach na rubieżach wyobraźni. Każda szanująca się kreacja fantasy ma wszak swój panteon, mitologię i bóstwa, czasem wzorowane na religiach ziemskich, czasem dużo bardziej egzotyczne, wywiedzione z magicznych założeń napędzających maszynerię danego świata.

W high fantasy bogowie to najczęściej superbohaterowie w typie bogów z greckiego Olimpu, z ich schyłkowego okresu, kiedy nawet Hellenowie podawali w wątpliwość ich nazbyt ludzkie kształty i zachowania. Ale przecież literatura fantasy zna i inne mitologie, dużo subtelniejsze i bardziej wieloznaczne. Wydaje się, że właśnie dołączyła do nich kolejna – ta, którą na kartach swojej debiutanckiej powieści powołuje do istnienia Karolina Fedyk.

***

To teza głoszona nie od dziś, że właśnie fantastyka – bękart literatury wysokiej i jarmarcznej sztuczki – jest obecnie miejscem, gdzie najchętniej kryje się metafizyka. Najbardziej znaną beletrystyczną ilustracją podobnej tezy są Amerykańscy bogowie Neila Gaimana, w których znani z historii bogowie, wypierani przez nowych idoli Technologii i Kapitalizmu, muszą raz jeszcze stanąć do walki o należne im miejsce w rzeczywistości, rząd dusz coraz mniej licznych wyznawców. Dyskursywnie z kolei rzecz wyłożyła na przykład Victoria Nelson, która w Sekretnym życiu lalek pisze otwarcie o XX-wiecznej fantastyce jako o tym zakątku kultury, w którym wciąż na poważnie – to znaczy bez poczucia obciachu – można było zastanawiać się nad pierwiastkiem Nadnaturalnym, wypartym prawie zupełnie z głównego obiegu kulturalnego, opanowanego przez protestancką nieufność względem wszystkiego, co cudowne i irracjonalne. Choć i jej teza nie jest nowa – podobny proces, tylko w przełożeniu na poezję XVIII i XIX stulecia, opisywał już kongenialny Roberto Calasso w erudycyjnym zbiorze Literatura i bogowie. Nie trzeba jednak znać tych prac, żeby mieć pewność, że bogami fantasy stoi.

Pytaniem pozostaje, jacy to bogowie, co symbolizują i jakie lustro podsuwają epokom, w których zostali opisani. Nieprzypadkowo na frontonie świątyni Apollona w Delfach, kwaterze głównej najsłynniejszej antycznej Wyroczni, widniał napis: „Poznaj samego siebie”. Co próbują nam powiedzieć bogowie współczesnego fantasy?

***

Wbrew temu, co może się wydawać na podstawie tego, co powiedziane powyżej, Skrzydła nie są twórczością stricte „metafizyczną” – tak jak można za taką uważać Władcę pierścieni J.R.R.Tolkiena, Opowieści z Narnii C.S. Lewisa czy Gar’Ingawi, Wyspę Szczęśliwą AnnyBorkowskiej. Stworzyciele – bóstwa opiekuńcze miast, które chronią je przed rozciągającą się poza ich murami entropią – mają w debiucie Fedyk bardzo materialną reprezentację; są to siły przynależne do świata przedstawionego, a nie wykraczające poza jego ontologię, istoty, z którymi można się wadzić, którym można służyć, które można zabić. Być może z jednym wyjątkiem. Oto jedna z legend o pochodzeniu magii opowiada o ludziach, którzy zdobyli swoje moce, ucztując na truchle boga. Jeśli to on był tym „Jedynym”, prawdziwym Bogiem tego świata – to wszystko, co wydarzyło się później, jest już rozciągniętym w czasie Ragnarokiem, historią po końcu historii, kiedy to, co metafizyczne, już się dokonało. W tym świetle dużo wyraźniejsze stają się powiązania Skrzydeł z konwencją postapo i tym jej niezbyt wyeksploatowanym podgatunkiem, który można nazwać „postapokalipsą fantasy”. Sam widziałbym ten świat gdzieś na przecięciu linii łączących Mad Maxa z kolejną rozbuchaną magicznie kreacją Brandona Sandersona – i religioznawczymi pracami Mircea Eliade.

Jeszcze przed polem czuć było ten dziwny chłód zastałego powietrza: jakby od lat nie przemknął tędy najmniejszy podmuch wiatru. Zimno wnikało w kości, a każdy oddech smakował popiołem. Konie zaczynały parskać i zarzucać łbami, próbując zmusić jeźdźców do zmiany kierunku. Wystarczyło przycupnąć na krawędzi jałowego pola, by zapaść w lepki sen i nigdy się nie obudzić.

Szukając analogii do naszego świata, na myśl nasuwa się ponowoczesność, która też została wyrwana z korzeniami ze swojej „religijnej” przeszłości i zaszczepiona na stosunkowo nowym, laickim gruncie. Nowym, bowiem wszystko wskazuje na to, że co najmniej w ciągu ostatnich 50 tysięcy lat swojej historii (mierząc mniej więcej od czasów pojawienia się języka) ludzkość pozostawała „zwierzęciem religijnym” i dopiero ostatnich 200–300 lat po rewolucji przemysłowej spowodowało nowe rozdanie cywilizacyjnych kart. Bez dużego uproszczenia można powiedzieć, że XX wiek stał na pięciu głównych filarach – pracach Nietzschego, Darwina, Marksa, Freuda i Einsteina, które określiły kształt współczesności. Ale nie znaczy to, że przemiana dokonała się bez bólu i bez komplikacji. Proces wykluwania się przyszłości trwa zresztą nadal i trudno przewidzieć, jakie będą jego ostateczne skutki. Może oprócz tego, że bogowie, jak można było podejrzewać, nie poddadzą się łatwo i coraz częściej wracają do mainstreamu w zaskakujących obszarach. Renesans wszelakich fundamentalizmów to tutaj tylko jeden z przykładów.

Bielone ściany domów zdobiła też kaligrafia. Litery przeplatały się z motywami roślinnymi: kwiatami o płatkach jak klejnoty, pnączami wijącymi się według zasad geometrii… Nie było w tym rozbuchanej dzikości zdobień Rasenów, ktoś jednak zniszczył to dzieło, ciskając w ścianę kubłem farby. Z zacieków wyłaniał się pośpiesznie namalowany napis. „Wszyscy nas zostawiliście”.

***

Główna oś fabularnaSkrzydeł opowiada o Zaihab, nastoletniej pieśniarce, która wskutek splotu niekorzystnych okoliczności zostaje przymuszona, by stać się hierodulą Vesui, ptasiego bóstwa miasta Sahit. W ziemskiej starożytności hierodulowie to byli „niewolnicy bogów”, osoby ofiarowane bóstwom na własność; nie inaczej jest w Skrzydłach. By ratować rodziców, Zaihab przyjmuje na siebie rolę, o którą nie prosiła i której nie zamierza wypełniać. Zaczyna się walka o emancypację, wolność do decydowania o własnym losie, przynajmniej w tym zakresie, w którym każdy z ludzi ma na niego wpływ – tylko jak zerwać okowy wykute przez magię?

To zresztą tylko jeden z wątków tej misternej, bogatej kreacji. W debiutanckiej powieści Fedyk roi się od bohaterów pierwszo- i drugoplanowych, a każdy z nich ma swoje motywacje, historie i cele, o które warto walczyć. Rzadko zdarza się – a już zwłaszcza w debiutach – żeby każdy z literackich statystów okazywał się postacią z krwi i kości, która wymyka się łatwym stereotypom i psychologicznym uproszczeniom. Do tego dochodzą różne plany czasowe, dawna wojna z Rasenami, w czasie której prawie zniknęła magia, ziemie jałowe – pozbawione życia miejsca, gdzie umierali magowie – bogowie-stworzyciele patronujący wybranym miastom, czy nimrodowie – magowie wyspecjalizowani w likwidowaniu magii… Już po tym blitzkriegu przez główne motywy widać, że Skrzydła to powieść-zagadka: gęsta, pełna koronkowych detali i przeznaczona do uważnego rozplątywania.

– Och, proszę – przerwał jej. – Najpierw niszczycie wszystko, co znaliśmy, a potem opowiadacie sobie mity o bezlitosnych bóstwach. Jedyne, co wam dobrze wychodzi, to bezczeszczenie naszej pamięci i odmawianie nam prawa do… Puste nieba, do wszystkiego.

***

Czy to nie znamienne, że powieściowe pola jałowe – owe chłodne pustynie, z których wyciekło życie – to miejsca śmierci magów: miejsca, gdzie umierała magia? Owszem, bogowie z powieści Fedyk to może przebiegłe skurczybyki, i może od początku wydaje się, że magia niesie więcej niebezpieczeństw niż błogosławieństw. Jednocześnie trudno nie odnieść wrażenia, że świat pozbawiony magii też nie przypomina arkadii. Gdzie zatem leży klucz do samostanowienia człowieka? W nauce? W świecie Skrzydeł da się odnaleźć zalążki nieudanej rewolucji naukowej, więc wydaje się, że to nie jest odpowiedź, której poszukiwaliby bohaterowie; na pewno nie jedyna. Więc gdzie? Skrzydła zdają się wskazywać, że pierwsze kroki na drodze do wolności wiodą przez uczciwość rozumu, determinację ducha i otwartość serca. Istnieją tęsknoty, których nawet najskuteczniejsi nimrodowie nie są w stanie zabić.

Nigdy wcześniej nie zastanawiała się nad tym, przed czym przestrzegali ją rodzice: poza upiornym chłodem pól jałowych i zwodniczymi kołysankami magicznych istot stworzyciele – bóstwa dawnej Rasenny – wydawali się odlegli, może nie niegroźni, ale przecież dający się obłaskawić. Lub oszukać. Bała się ich, ale tak, jak bała się obcych ludzi: dało się z nimi rozmawiać, mogła ich przekonać lub ignorować.

Aż do dziś.

Michał Cetnarowski

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Miesiąc sierpów, pierwsza pentada, dzień trzeci

Skalne iglice jaśniały w promieniach słońca, wskazując drogę do miasta. Troje podróżnych – starszy mężczyzna, kobieta o ogorzałej twarzy i dziewczyna, która mogła być ich córką – kierowali się właśnie tam.

W białych iglicach Sahit znać było rękę kogoś, kto nie musiał się przejmować surowcem ani siłą roboczą. Regularny układ dzielnic pozwalał sądzić, że budowniczowie nie obawiali się morza, a linię wybrzeża ukształtowali zgodnie ze swoim wyobrażeniem. Gdzie indziej wściekłe przypływy kruszyły klif, Sahit było zaś bezpieczne. Wymyślną konstrukcję miasta wzniesiono w niezwykły sposób: po prostu życząc sobie, by zaistniała, na przekór siłom przyrody. Domy otaczały skalną iglicę sowiego bóstwa. Mury miasta wyznaczały granicę życzenia.

Sahit zostało powołane do istnienia tylko czyjąś myślą.

W drodze wciąż mijali ślady podbitej Rasenny. Wynaturzone drzewa o liściach w niemożliwych kolorach, uginające się pod ciężarem owoców, z których wydostawały się żywe zwierzęta; ruiny domów, wczepione korzeniami w ziemię i kryształowe igły, jakby ktoś nakazał skale rosnąć, po czym stracił siłę lub zainteresowanie; czasem – zatopione w drewnie czy kamieniu sylwetki ludzi. Twarze, które zdawały się nieruchome, ale gdy spojrzeć na nie kątem oka, opuszczone powieki drgały. Prawdziwie groźne były jednak jałowe pola, miejsca śmierci magów.

Jeszcze przed polem czuć było ten dziwny chłód zastałego powietrza: jakby od lat nie przemknął tędy najmniejszy podmuch wiatru. Zimno wnikało w kości, a każdy oddech smakował popiołem. Konie zaczynały parskać i zarzucać łbami, próbując zmusić jeźdźców do zmiany kierunku. Wystarczyło przycupnąć na krawędzi jałowego pola, by zapaść w lepki sen i nigdy się nie obudzić.

Można było nazwać te ziemie Nową Saadą, przepisać nazwy miast zgodnie z nowym dekretem i rozbić kapliczki starych bóstw, ale koszmar, jakim była Rasenna, nigdy się nie skończył. Duchy podbitych magów wciąż się broniły, głodne i wściekłe.

W porównaniu z osadami i polami Sahit oferowało obietnicę bezpieczeństwa. Tak łatwo było zapomnieć, że jego białe mury również wznieśli magowie.

***

Patrzę na was, gdy rozbijacie obóz na podgrodziu. I później, gdy przekraczacie bramę miasta. Najpierw twoja matka. W jej ślad ty, jak jej młodsza wersja. Ledwo za nią nadążając, wchodzisz na obcy ci teren. Potem będziesz się zastanawiać: czy to się zaczęło właśnie wtedy? Co wprawiłyście w ruch? Co można było zrobić inaczej?

Teraz wydaje ci się, że tak łatwo można było to przewidzieć. Miałaś w rękach wszystkie odpowiedzi – nie potrafiłaś tylko złożyć ich w całość.

Wciąż nie potrafisz. Zastanawiasz się, kiedy popełniliście błąd.

Ach, ale to optymistyczne założenie, że istniał jeden moment, który zmieniłby obrót spraw. Wydarzenie, które mogłabyś kontrolować. Może gdybyś była mną…

Ale nie jesteś. I wciąż się łudzisz, że znajdziesz swoją odpowiedź. Czy powinniście byli ominąć Sahit? Czy udałoby się wam ukryć w tłumie podróżnych? A może błąd popełniliście później – gdy któreś z was potknęło się na własnych słowach, ktoś z sąsiadów zauważył, że się… różnicie? Podejrzenia przychodzą same. Szczególnie tutaj, szczególnie teraz.

A gdybym ci powiedział, że to twoja wina?

Czy musiałaś wtedy dołączać do ogniska? Mówisz sobie, że nie chciałaś zrobić nic złego. Pragnęłaś jedynie wyjść do ludzi, cieszyć się ich towarzystwem. Nie myślałaś, że zwrócisz na siebie uwagę.

Nie kłam. Wiedziałaś, że tak się stanie.

Miałaś jeszcze szansę na ucieczkę, gdy odciągali twojego ojca. Mogłyście, ty i matka, zostać na podgrodziu. Zdążyłybyście uciec.

Co? Tak się nie robi?

Czy jeszcze chwilę temu nie zarzekałaś się, że chcesz się uwolnić? Hmm, cóż. Nikt nie mówił, że cena przetrwania będzie niska.

***

Choć Sahit było zwartą, zamkniętą konstrukcją, jego mury oblepiała masa kramów, chat i namiotów tworzących drugie miasto, nieposłuszne prawom anaktorionu. Dobudowywane po podboju dzielnice już dawno wymknęły się pierwotnym planom architektów i feerią barw unaoczniły niewygodną prawdę: niewielu mogło mieszkać za białymi murami, zaś planowe rozbudowanie miasta zwyczajnie już nie wchodziło w rachubę. Wreszcie pogodzono się z nową naturą nieskazitelnego niegdyś portu – i z brakiem kontroli nad tym, kto się zatrzymuje w jego okolicy.

Białe Sahit żyło w kruchej zgodzie ze swoim młodszym, barwnym rodzeństwem. Oba miasta spotykały się tylko przy brzegu: tam, gdzie przy pomostach kołysały się łodzie i żaglówki. Na wąskiej piaszczystej plaży bawiły się dzieci. Ponad hukiem fal niósł się gwar rozmów. Wokół głównej drogi wytyczono dodatkowe ścieżki, układając w mokrej ziemi belki drewna. Targ nigdy nie zamierał zupełnie – nawet teraz, gdy relacje między miastami były napięte bardziej niż kiedykolwiek, a mieszkańcy Sahit rzadko wychodzili do obcych.

Kiedy zaś wychodzili, spotykali się z podejrzeniem. Szczególnie jeśli nosili insygnia anaktorionu.

Dwójka urzędników przechadzała się wzdłuż kramów i obozowisk, nie dbając o pozory przypadkowej wizyty. Pierwszy szedł wysoki mężczyzna w prostej tunice i luźnych spodniach przewiązanych szerokim pasem, przy którym wisiał pęk znaczników. Za nim podążała młoda kobieta w bogato haftowanej sukni, której rąbek trzymała w ręce, by nie ubłocić materiału. Taksowała namioty i targ.

Jeden z rybaków dotknął dłonią czoła na powitanie.

– W czym pomóc? – zapytał, zarzucając naprawianie sieci. Uśmiechnął się do Saadyjczyków, ale jego spojrzenie pozostało uważne, kalkulujące.

– Szukamy kogoś. – Mężczyzna odkaszlnął. – Dziewczyny. Młodej, prawdopodobnie Saadyjki. Niskiej. Miała długie kręcone włosy, być może zaplecione. Raczej nie podróżowała sama. Poruszała się o lasce…

Na tę ostatnią wzmiankę twarz rybaka stężała.

Towarzyszka urzędnika wychyliła się ku niemu.

– Czy była tutaj? – zapytała.

– Opisaliście połowę Saadyjek w tym mieście. – Rybak wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od splatanych lin. Zza jego pleców wychynęła dwójka dzieci, które szybko odpędził.

– Poruszała się z pomocą laski – warknął mężczyzna. – Tego nie powiesz o połowie Saadyjek.

Przepytywany podniósł głowę, spojrzał oficjelowi w oczy.

– Możecie sprawdzić nasze namioty, jeśli mi nie wierzycie.

Kobieta westchnęła z irytacją. Urzędnik uśmiechnął się tylko.

– Czy mógłbym zobaczyć wasze pozwolenie na handel w Sahit?

Zapadła cisza. Wreszcie nomada wskazał dłonią sąsiednie obozowisko.

– Ja bym na waszym miejscu rozmawiał z nimi. Ktoś pytał Saima, kiedy ten będzie wypływać. Może temu komuś towarzyszyła dziewczyna poruszająca się o lasce.

– Kiedy to było? – zapytała kobieta.

Wzruszył ramionami.

– Parę godzin temu. Może jeszcze ją znajdziecie.

– Dziękuję – mruknęła.

Rybak odprowadził ich wzrokiem. Kiedy indziej być może zmyśliłby odpowiedź lub udawał, że nigdy nie spotkał tej dziewczyny, ale nie teraz, gdy oskarżenia rzucano tak lekko. Nie, gdy każdy obcy stawał się podejrzanym.

Arit rozglądała się, wypatrując znajomej twarzy. Zacisnęła dłonie w bezsilnej złości. W tłumie, który ściągnął do miasta, widziała rodowitych Saadyjczyków, nomadów, handlarzy z wysp i zza cieśniny. Ludzie wciąż odjeżdżali i przybywali. Równie dobrze mogłaby szukać igły w stogu siana.

Mężczyzna wrócił do naprawiania sieci. Jeśli saadyjscy urzędnicy o kogoś pytali, najlepsze, co można było zrobić, to nie dać powiązać siebie z tą osobą. Dziewczynę pamiętał z wieczorów przy ognisku, gdy dosiadała się, by śpiewać razem z wyspiarzami. Po jakimś czasie zniknęła, w tym jednak nie było nic dziwnego; przez nowe Sahit przepływała istna rzeka ludzi. Ale dziewczyna zadbała, by ją zapamiętano.

***

Historii Nowej Saady nie pisano w jedwabnych księgach. Wyprawiane skóry były zbyt ciężkie, by wozić je ze sobą; kościane żetony nadawały się co najwyżej do prostych rachunków. Historia Nowej Saady zamykała się więc w melodiach, w wierszach wyśpiewywanych przez ogniska. Oto, kim jesteśmy. Posłuchaj, skąd przyszliśmy.

Zaihab siedziała w kręgu ludzi i śpiewała razem z nimi. Ich głosy wznosiły się ponad dźwięk bębnów i zawodzenie piszczałek. Śpiewali wszystko, od baśni ze starego kraju po nowe historie o życiu w białych miastach. Te pieśni pozwalały im rozpoznawać siebie nawzajem – nic tak nie łączyło, jak wspólna melodia – i przekazywać wiadomości o niedawnych wydarzeniach. Wersy każdej społeczności były niepowtarzalne jak odcisk palca. Zaihab szybko podłapywała nowe pieśni. Jej głos był czysty, zaskakująco mocny jak na kogoś jej postury, przyjemny dla ucha.

Wyobraziła sobie, że tak może wyglądać reszta jej życia: podróż od miasta do miasta, zapamiętywanie historii, przekazywanie ich dalej. Przychodziła codziennie wieczorem, głodna opowieści – i doskonale świadoma, że nigdy nie dołączy do wędrownych pieśniarzy.

Nie czuła się niechciana – raczej obojętna. Była nikim, nie należała do żadnego ogniska; to ostatnie mogło wzbudzić co najwyżej litość. Przychodziła po kolacji, znikała wcześnie, nigdy nie zaśpiewała solowej pieśni. Mogła tylko przysłuchiwać się innym. I zazdrościć życia, które wydawało się nieosiągalne. Każdy wieczór spędzony wśród pieśniarzy budził w niej żal, ale i tak nie znalazłaby się bliżej spełnienia swoich marzeń. „Ciesz się tym, co masz” – mówiła sobie, siadała przy ogniu i śpiewała refreny razem ze wszystkimi, nerwowo oczekując dnia, kiedy ona i rodzice zostawią Sahit za sobą.

Przynajmniej w marzeniach nigdy nie opuszczała Sahit z rodzicami, tylko dołączała do pieśniarzy. Mogłaby tak żyć. Śpiewać tak, jakby miało nie być jutra. Pieśni płonęły w jej płucach żywym ogniem; kiedyś ośmieliłaby się je zaśpiewać. Gdyby tylko miała więcej czasu.

Ale nie wiedziała, kiedy znów wyruszą. Z każdym dniem jej niepokój narastał. Nie chciała być tylko widownią. Chciała choć przez chwilę należeć do tej grupy, razem z nią stanowić pamięć Nowej Saady.

Kiedy więc najstarszy pieśniarz w obozowisku rzucił, że nikt z tu obecnych nie nauczy go niczego nowego, Zaihab wstała. Zakręciło jej się w głowie.

– Doprawdy? – zapytała, mając nadzieję, że nikt nie słyszy drżenia w jej głosie.

Wiedziała już, co zaśpiewa: pieśń, która smakowała nadzieją i spokojem. Ale to były stare słowa, pełne magii dawnej Rasenny, ukradzione słowa, których nie powinna była znać. Magia zwodziła pięknymi obietnicami, lecz ostatecznie tylko siała spustoszenie. Ponadto Zaihab zdawała sobie sprawę, co spotyka tych, w których odzywa się krew raseńskich magów.

Nie w niej. Dla niej słowa były tylko słowami. Nie miała w sobie osławionego źródła, które tchnęłoby w melodię siłę. Nie mogła nic zrobić.

Jednak nie powinna była ściągać na siebie podejrzeń. A słowa, mimo to, rwały się na wolność. Nie mogły zresztą być aż tak groźne – stanowiły zaledwie echo kraju, który przestał istnieć.

Tylko to.

Nie powinna dawać pretekstu, by ktoś zainteresował się ich pochodzeniem.

Ale ile szkody można wyrządzić jedną melodią?

Już podjęła decyzję. Stała w kręgu, czując na sobie wyczekujące spojrzenia muzyków. Przycisnęła dłoń do mostka. Pozwoliła melodii płynąć, za akompaniament mając tylko dźwięk bębnów.

Nie uciekną nigdzie dalej,

stojąc na świata krawędzi.

Nawet mając na uwięzi rzeki

i mórz wściekłe fale.

Bębnienie nie ustawało. Zaihab kołysała się w rytm muzyki. Jej policzki były gorące od ognia.

Nawet rozkazując ptakom,

kiedy krzyk się szeptem staje.

W ognisku trzaskało suche drewno, wyciągnięte z plaży konary gładkie jak kości olbrzymów.

Wszyscy ucichną jednako

i zostanie echo pieśni.

A ty nie mów ani słowa,

aż umilknie echo pieśni.

Zaczęła klaskać do rytmu razem z pozostałymi. Sahit mogło w tej chwili przestać istnieć, a świat – zamknąć się w kręgu tego ogniska. Ona sama było tylko naczyniem na melodię.

Aż zobaczysz puste nieba,

gdy umilknie echo pieśni.

Wybrzmiały ostatnie nuty. Zaihab zabrakło tchu. Przesunęła palcami po wysuszonych wargach. Minęła nieznośnie długa chwila, nim ciszę przerwał śmiech starego pieśniarza. Zaihab odetchnęła z ulgą. Ogień w jej płucach zelżał. Przyjęła podany jej kubek z wodą i opróżniła go jednym haustem.

– Brawo, młoda damo. Zaskoczyłaś mnie. – Zaihab mogła sobie tylko wyobrazić, jak pieśniarz skłania głowę. Przeszedł wokół ogniska i usiadł obok niej, klaszcząc w ręce. – No dalej! Dziewczyna wystrychnęła mnie na dudka – zagrzał pozostałych do oklasków.

Nad obozowisko podniósł się łomot bębnów jak improwizowana fanfara. W ręce Zaihab trafił następny kubek, tym razem z winem. Powiedziała sobie, że nie powinna pić; że zbyt wiele czasu spędziła w tym towarzystwie, wkrótce zaczną jej szukać. I bez wina czuła się pijana triumfem. Przytknęła wargi do brzegu naczynia.

– Jak masz na imię? Skąd jesteś? – spytał pieśniarz. – Kto cię uczył?

– Zaihab. – Przełknęła wino. – Z Alawi – skłamała. – Ale tę pieśń usłyszałam… gdzieś indziej.

Nie wiedziała nawet, kto jej słuchał. Walczyła z dławiącym strachem. To były tylko słowa, powtarzała sobie.

Powinna była siedzieć cicho. Ale nie. Ta jedna pieśń, nigdy wcześniej przez nią nie śpiewana, tkwiła w jej gardle i czekała na odpowiedni moment, by wyrwać się na zewnątrz. Zaihab skarciła się w myślach. Głupia. Było już za późno.

– Gdzieś indziej – powtórzył za nią mężczyzna. – Pilnujesz swoich tajemnic, młoda pieśniarko.

Zaihab poczuła, jak płoną jej policzki. Aojda bez pytania złapał jej dłoń i położył na niej coś chłodnego i ciężkiego. Zamknął jej palce wokół przedmiotu. Opuszki Zaihab obrysowały symboliczne słońce z ostrymi, wijącymi się promieniami.

– Czy to wystarczy, żeby kupić od ciebie tę pieśń?

– Nie mogę. – Spróbowała oddać wisiorek, ale mężczyzna znów zamknął jej dłoń.

– Zastanów się.

Głupia. Zaihab gorączkowo myślała nad wymówką.

– Może jutro – powiedziała szybko.

– Jutro wyruszamy. Nie dołączyłabyś do nas?

Miała wrażenie, że ziemia się pod nią zapada. Tak! W ten wieczór, kiedy wszystko wydawało się możliwe, prawie wierzyła, że jej marzenie mogłoby się spełnić.

Otworzyła usta, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

– Zaihab?!

Ponad gwarem usłyszała znajomy głos. Zamarła, nasłuchując. Nie pomyliła się. Usłyszała swoje imię.

– Przepraszam – mruknęła. Niezgrabnie wstała, szukając wokół laski.

– Już nas zostawiasz? – ktoś zawołał.

– Muszę iść – wymamrotała, odsuwając się od ogniska. Bezradnie przesuwała laską po skraju nieznanej drogi.

Tak łatwo było zapomnieć o istnieniu miejsca, do którego musi wrócić. Zaihab-pieśniarka sama decydowała o swoich krokach. I, pomyślała z goryczą dziewczyna, pewnie nie pożyłaby długo, bo ktoś rozpoznałby w jej repertuarze zakazane melodie. Głupia.

Ale tamta Zaihab przynajmniej decydowałaby o sobie sama.

– Zaihab!

– Tu jestem! – odkrzyknęła.

Ojciec znalazł się przy niej w ułamku chwili. Chwycił wolną rękę dziewczyny.

– Chodź ze mną – rzucił. I gdy tylko oddalili się od obozowiska muzyków, zapytał: – Co to miało być?

Zaihab uwolniła rękę z jego uścisku.

– Nic, z czego muszę ci się tłumaczyć.

Nic poza śpiewaniem pieśni z dawnej Rasenny. Objęła się ramionami, jakby chciała utrzymać w uścisku szaleńczo bijące serce.

– Wszyscy szukają szpiegów, połowie przyjezdnych odebrano prawo pobytu, a ty nagle znikasz!

– Wiedziałeś przecież, gdzie jestem – broniła się.

– Myśleliśmy, że siedzisz z Milą i jej dzieciakami!

– Mila też była przy ognisku…

– A jej dzieci już dawno spały.

Zaihab stłumiła jęk zawodu.

– Jak widać, nic złego mi się nie przytrafiło.

– Ale mogło. – Ojciec znów złapał ją za rękę i pociągnął do namiotu. – Znalazłem ją – oznajmił przy wejściu.

Matka milczała, co było gorsze niż czynienie wyrzutów.

Zaihab przycupnęła na swoim posłaniu.

– Nic się przecież nie stało – powtórzyła, tym razem bez przekonania.

Znów przycisnęła ręce do boków. Nic nie powiedziała. Ale mogło ją zdradzić to, co śpiewała. To, co mówiła, później. Jeszcze chwilę temu wydawało się niemożliwe, by ktokolwiek z wyspiarzy mógł jej zaszkodzić – była jedną z nich, bawiła się wspólnie z nimi. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że nie zna nawet imion większości z tych ludzi, nie wiedziała – nie miała jak się dowiedzieć – kto jej słuchał.

Rodzice milczeli. Zaihab bez słowa ułożyła się na posłaniu i odwróciła twarzą do ściany namiotu. Potrafiła sobie wytłumaczyć, skąd ta złość i niepokój, równocześnie szept w jej głowie pytał: czy tak ma wyglądać reszta mojego życia? Bycie zdaną na pomoc innych i troska krępująca ruchy?Spróbowała przywołać wspomnienie ogniska, które wydawało się tak odległe, jakby przydarzyło się komuś innemu.

…aż umilknie echo pieśni.

Wiedziała, skąd ta ostrożność i które słowa są groźne. Ale chciała mieć coś, co byłoby tylko jej, jakkolwiek niebezpieczne. Słowa miały moc, lecz nad słowami mogła zapanować.

Pogrążona we własnych myślach nie chciała się kłócić. Kiedy indziej nie omieszkałaby wytknąć rodzicom, że największe ryzyko ściągali na siebie oni sami. Zapytałaby, nie przebierając w słowach, co przygnało ich do Sahit właśnie teraz, gdy cała Nowa Saada obracała się przeciwko Taarut.

Taarut. Upadające miasto przejęte przez maga. Jedno z największych na tym terytorium, łamiące prawa Saady, i te spisane, i te nigdy niewyrażone, lecz dyktujące zasady życia na ziemiach dawnej Rasenny. Zaihab nie znała Taarut, jej rodzice opuścili je, gdy była dzieckiem. Nie czuła żadnej więzi z gnijącym miastem. Ale nie mogła przestać się zastanawiać, co tam się stało. Co doprowadziło do buntu. Czy to samo groziło innym białym miastom.

Naciągnęła koc niemal na głowę i zamknęła oczy. Stara pieśń była już tylko żarzącym się okruchem w jej piersi.

***

Poranek. Budzi cię dymny zapach herbaty. Powietrze wciąż jest chłodne, choć zapowiada się kolejny ciepły dzień. Siadasz przy ognisku obok matki. Nie rozmawiacie o tym, co wydarzyło się poprzedniego wieczoru. Matka milczy po części ze względu na otaczających was obcych, po części, by cię ukarać. Żadna z was nie jest jeszcze skora wybaczyć wczorajszą kłótnię. Nie pytasz, gdzie poszedł ojciec. Trzymając w dłoniach czarkę z herbatą, na nowo przeżywasz w myślach wydarzenia sprzed kilku godzin.

Nie przyznasz tego przed sobą, ale ja wiem: delektujesz się brzmieniem obcej pieśni.

Ale – mówiliśmy o twoim ojcu. Ta scena rozgrywa się w innej części nowego miasta, nie miałabyś na nią wpływu, choćbyś chciała, więc ci to opiszę. Ktoś skojarzył Nuhę z twoją pieśnią; teraz stoi bezbronny, otoczony kręgiem ludzi. Tuli tubę na mapy, którą próbują mu wyrwać. W końcu oplatający ją pasek pęka, a przybory wysypują się na ziemię. Stalówki i nasadki pędzli połyskują w trawie.

Nuha opuszcza bezradnie ręce. Dociera do niego, że ma przeciwko sobie cały tłum, że z tłumem nie da się negocjować. Musi zresztą sam przed sobą przyznać, że jego wygląd nie budzi zaufania. Ani wysuwający się spod chustki siwiejący warkocz, którego koniec zabezpieczono surową włóczką. Ani nierówny zarost na ogorzałej twarzy. Nuha przypomina raczej posuniętego w latach wagabundę niż wędrownego skrybę, za którego się podaje. Jeśli ktoś dobierze się do zawartości jego torby, nie będzie odwrotu.

– Jestem uczonym! – Odwraca dłonie wnętrzem do góry, odsłaniając atramentowe plamy wżarte głęboko w skórę. – Nie szukam zwady!

Ale lata spędzone z dala od ludzi robią swoje. Nuha nie wie, ile jego cech zdradza cudzoziemca. Nie słyszy obcego akcentu w swoim głosie. Nie wie, że nie przekona otaczających go Sahitczyków.

– Uczonym – powtarza wysoki chłopak, tak młody, że mógłby być jego synem. – Uczonym – mówi raz jeszcze, kopniakiem otwierając leżącą na ziemi tubę. Ze środka wysuwają się rulony jedwabiu i kościane znaczniki.

Chłopak podnosi jeden rulon i nim potrząsa. Jedwab rozwija się i wydyma na wietrze: tkanina jest niefarbowana, niemal przezroczysta, pokryta pajęczą siatką malowanych linii. Nuha może tylko bezradnie patrzeć, jak oczom zebranych ukazuje się niedokończona jeszcze mapa terenów na północ od wsi Alawi. Miał dość rozsądku, by nie nanosić na nią żadnych tras, ale spod równych atramentowych linii tu i ówdzie wyziera błękitnawy ślad rysika, drobne pismo Nuhy zapowiadające, co wypełni białe dotąd obszary.

Ale Nuha mimo wszystko łudzi się, że znajdzie wyjście z tej sytuacji. Jego twarz nieruchomieje, choć mięśnie żuchwy napinają się w tajonej złości.

– Jeśli dopuszczono by mnie do anaktorionu – mówi powoli – bym mógł przedstawić kontrakt, który wykonuję… – Opiera rękę na biodrze, tam, gdzie w torbie przy pasie nosi dokumenty.

Jest coś rozczulającego w tej jego niewzruszonej wierze, że spokojem może tu cokolwiek zyskać. Wiedza, szczególnie ta wyniesiona z akademii w Taarut, przestała być gwarantem bezpieczeństwa.

Och, Zaihab. To nic osobistego. Ludzie się boją, dali temu strachowi twarz twojego ojca, bo akurat się tu znalazł.

Chłopak, który zaczepił Nuhę, pochyla się i nie spuszczając z niego wzroku, podnosi tubę z mapami.

– Konfiskuję to – mówi. Jego oczy są czarne, lśnią nienawiścią.

Dłonie Nuhy nie układają się już dłużej w gest pokory.

– Nie masz prawa! – Kartograf wyrywa się do przodu, ale chłopak zarzuca sobie tubę na ramię i odpycha Nuhę. Twój ojciec traci równowagę i upada na klepisko.

Upadek odzywa się bólem w dole jego pleców, ale Nuha gramoli się z powrotem, nieporadnie zbierając swoje narzędzia. Eleganckie rysiki, których wykonanie zlecił najlepszym rzemieślnikom, oblepiło błoto.

– Szpieg! – krzyczy ktoś z tłumu. Nuha widzi tylko uniesioną pięść. Wie już, że nie może liczyć na anaktorion.

Dusi w gardle przekleństwo, podnosząc się na nogi. Jego plecy znów eksplodują bólem.

– Szpieg! – Teraz i ty podnosisz głowę, zaniepokojona okrzykiem. Zaciskasz dłoń na ozdobie, którą dostałaś od pieśniarza.

– Co się dzieje? – dopytujesz.

Mila wzdycha ciężko.

– Znaleźli sobie nową ofiarę. – Ale jej głos jest ostrożny, nie za głośny, nie za cichy; ni to pytanie, ni to twierdzenie. Mila wie, że ci sami ludzie mogą obrócić się przeciwko niej.

Ona też się boi tych z Taarut, choć nie widziała ich nigdy na oczy. W końcu co dobrego mogło wyjść ze zgniłego miasta? To nie jej rzecz, ale przecież też nie chciałaby siedzieć z Taarutańczykami przy wspólnym stole.

Nie martw się. Wystarczy, że będziesz się zachowywać spokojnie i grzecznie, a nikt nie pomyśli pytać cię o pochodzenie. Twoje serce zamiera dopiero później, gdy wracają bliźniaki Mili z plotką, że zatrzymano jakiegoś kartografa z Taarut.

Twoja matka zrywa się z miejsca. Chwieje się i przez chwilę może wydawać się, że ta wiadomość to zbyt dużo, ale Adira zaraz się opanowuje. Odgarnia z twarzy kosmyk włosów.

– Idziemy – oświadcza głosem, w którym nic nie zdradza niepokoju.

***

– I uznaliście, że dobrym pomysłem jest zatrzymać się tu właśnie teraz? – Avile sur Irsa, isbet, lewa dłoń anaksa Sahit, zerknął na twarz dawnego przyjaciela i powstrzymał westchnienie irytacji. Nuha skrzyżował ramiona, patrząc na niego wyzywająco.

Avile nie był szczególnie zaskoczony. Jeśli ktoś miał się wykazać takim uporem, to właśnie Nuha.

Czas nie obszedł się z kartografem łaskawie. Swoje dołożyli mieszkańcy miasta – i podróżni, którym nie trzeba było wskazywać, po czyjej stronie należy się opowiedzieć. Siwe włosy Nuhy wyplątywały się z warkocza, kilka pasm przykleiło się do podrapanego policzka. Pod spuchniętym nosem widniały ślady zakrzepłej krwi.

– Jestem tu, bo dostałem zlecenie – Nuha raz jeszcze powiedział to, co powtarzał przyjacielowi, odkąd Avile udało się wyciągnąć go z celi.

Jakby po latach nagle zaczął się przejmować etosem swego zawodu. Jakby nigdy wcześniej nie zdarzało mu się odrzucić zleceń pod wpływem kaprysu – lub nigdy niewyrażonych publicznie przekonań. Avile bardzo chciał mu ufać. Ale miał już dość tej powtarzanej jak refren historii o zleceniu.

– Widziałem je – rzucił. – I widnieje na nim pieczęć jednego z wydziałów uniwersytetu w Taarut. Co ponownie skłania mnie do pytania, dlaczego pomyślałeś, że to dobry pomysł.

– Nie robię przecież nic złego.

Może to była naiwność? Avile policzył w myślach do dziesięciu, sięgnął po herbatę. Nuha zignorował przygotowaną dla niego szklankę.

– Nie robisz – podjął po chwili isbet. – I to, rzecz jasna, ustali nasze śledztwo. Zmarnujesz swój i nasz czas, urząd udzieli ci reprymendy, a tymczasem ludzie już wydali na ciebie wyrok. Dlaczego nie mogłeś odmówić zleceniodawcy? Albo chociaż, puste nieba, poczekać?

– Muszę z czegoś żyć – odparował Nuha. – W przeciwieństwie do ciebie nam się aż tak nie poszczęściło.

Wymownie powiódł wzrokiem po gabinecie. Białe ściany ozdobiono kilimami, ogromne okna, w których framugi wprawiono barwną ceramikę, wychodziły na wewnętrzny ogród mniejszego pałacu; zieleń niknęła w obfitości kwiatów. Kartograf zatrzymał spojrzenie na przyjacielu. Co prawda zmarszczki w kącikach ust i oczu sygnalizowały wiek Avile, ale w porównaniu z nim Nuha wydawał się… zgaszony. Zniszczony.

Isbet splótł przed sobą dłonie, ukrywając srebrne pierścienie.

– Tak wybraliście – powiedział, ważąc słowa.

Nuha się żachnął.

– Sumienie nie pozwoliło nam wybrać żerowania na słabości umierającego anaksa.

– Nie próbuj mnie rozwścieczyć. Jestem tu po to, by ci pomóc. – Głos Avile był spokojny. Isbet napełnił szklankę Nuhy i przesunął ją po tacy w jego stronę. – Ja też dużo ryzykuję – dodał, uśmiechając się, gdy dawny przyjaciel upił łyk. – Sam fakt, że przyszedłem na twoją prośbę… – przełknął słowo „wezwanie” – …wiąże mnie z tobą i może rzucić podejrzenia również na mnie.

Nuha parsknął.

– Cokolwiek o tym sądzisz – Avile nie dał się zbić z tropu – potrzebuję zaufania tych ludzi. Ja też jestem tu obcy, pamiętaj.

Wytrzymał niedowierzające spojrzenie Nuhy. Był jedyną osobą w pałacu, której anaks nie przyjął do swojego ogniska. Nie miał złudzeń – zbyt wyraźnie odezwała się w nim raseńska krew. Mógł sprawować swój szczególny urząd, byleby nie przebywał zbyt blisko rodziny anaksa. Znosił to upokorzenie w zamian za wolność, jaką dawała mu rola lewej dłoni: tej, która może wybierać zło w imię większego dobra. Isbetowie nie musieli się tłumaczyć ze swoich działań. Znaleźli się niejako ponad prawem – przynajmniej tak długo, jak długo ich działania przynosiły widoczne rezultaty.

– Co zamierzacie robić dalej? – zapytał Avile.

Kartograf drżącą dłonią odłożył szklankę na tacę.

– Liczyliśmy na to, że będziemy mogli zostać na podgrodziu jeszcze parę dni.

– To nie będzie możliwe. – Avile pogratulował sobie, widząc zdziwienie na twarzy przyjaciela. – Zrozum – powiedział z naciskiem. – Nie mogę nic zrobić, nie mogę za was poręczyć, dopóki nie będę wiedział, że będziecie bezpieczni. To znaczy też, że nie będziecie robić nic, co znów zwróci na was uwagę strażników. Odwołaj kontrakt, jeśli to będzie konieczne.

Nuha się skrzywił.

– Bo kontrakt jest legalny i wiążący, prawda?

– Podejrzewasz mnie o fałszowanie uniwersyteckich dokumentów?

Przemilczenie pytania samo w sobie stanowiło odpowiedź.

– Czy masz przy sobie coś, co może zostać użyte przeciwko tobie?

Nuha westchnął teatralnie.

– Ostatnia szansa. Pomyśl o Zaihab.

– Nie mieszaj w to mojej córki!

– Nie. – Głos isbeta stał się lodowaty. – To ty ją w to wmieszałeś. Ciągnięcie jej po drogach dawnej Rasenny nie pomogło. Ja próbuję jej pomóc. Bo chciałbym, żeby miała ojca. – Widząc, że Nuha otwiera znów usta, dodał szybko: – Adira nie jest już najmłodsza. Nie zostawiaj jej samej z córką.

– Grozisz mi, Avile?

– Nie. Odwołuję się do twojego rozsądku.

Nuha z ociąganiem wyjął z kieszeni kościany żeton. W przeciwieństwie od większości używanych w Saadzie znaczników wyrytego w nim symbolu nie wytrawiono atramentem. Nuha przesunął kciukiem po nierówności żetonu i odłożył pieczęć na stół.

Omiótł spojrzeniem twarz Avile: równo przycięte rdzawe włosy, w których coraz mocniej zaznaczała się siwizna, policzki, których nigdy nie pokrył zarost.

Avile się wzdrygnął. Zmusił się, by sięgnąć po żeton, i schował go do puzderka.

– Czy to wszystko? – zapytał z naciskiem.

– Na litość, Avile, nie mam dziesięciu lat.

Isbet potarł kąciki oczu dłonią. Nie, przyjacielu. Ale wydaje ci się, że nieodmiennie masz rację.

– Przedstawię twoje dokumenty w straży – powiedział. – Poręczę za ciebie. Potrzebowaliście się zatrzymać ze względu na wasze zdrowie. – Machnął ręką, widząc, że Nuha podnosi się z fotela, by zaprotestować. – Nie obchodzi mnie, że byłeś skłonny dać się poobijać za kilka rysików. Wasz postój był przykrą i nieplanowaną koniecznością. Następnie, razem z konwojem pocztowym, zostaniecie odeskortowani do Kammaret. Z zakazem przekraczania granic Sahit.

Nuha zaparł się dłońmi o podłokietniki, ale opadł z powrotem na fotel.

Avile uśmiechnął się łagodnie.

– Robię to tylko przez wzgląd na dawną znajomość – powiedział.

Twarz Nuhy była twarzą kogoś, kto dopiero teraz zdał sobie sprawę ze zmian zachodzących w Nowej Saadzie. Nigdy nie zostawał w jednym miejscu dość długo, by dostrzec te subtelne przesunięcia – aż do teraz, gdy odczuł ich skutki na sobie. Dzikie, niczyje ziemie stawały się państwami. Konkurowały ze sobą. A on, przekraczając granice, stał się podejrzany.

Avile próbował mu już sygnalizować te zmiany. Wiedział o nich dużo wcześniej. Pomagał je kreować. Ale Nuha zawsze cechował się zdolnością ignorowania informacji, których nie chciał słyszeć.

– Ta sytuacja z Taarut – zaczął. – Avile, czy naprawdę straciliśmy to miasto? Czy wyrwało się spod kontroli? Czy to możliwe, że magia… – Nie dokończył, ale jego mina dobitnie zdradzała, co miał na myśli.

Avile się nie zawahał. Nuha zasługiwał na szczerość, lecz ostatnie, czego isbet sobie teraz życzył, to by przyjaciel gnał do Taarut, by ratować miasto, które już upadło.

– Nie – powiedział.

***

– Musimy wejść do miasta. – Głos matki dźwięczał jak stal.

Zaihab przytaknęła. Znała ten ton. Obie mogły rozpamiętywać wczorajszą kłótnię, ale teraz należało przede wszystkim stawić czoła zagrożeniu.

– Masz tam przyjaciół? – zapytała.

– Kilkoro. – Adira parsknęła. Ona i Nuha znali wiele osób, które nazywali przyjaciółmi. Ale przyjaźń tych ludzi miała swoją cenę, podawaną w najbardziej kapryśnej walucie świata: przysługach. – Będziemy miały gdzie się zatrzymać, ale na więcej nie ma co liczyć.

Zaihab zadrżała. Młodsze miasto było dalece bezpieczniejsze, mogły się w nim zgubić. Wejście w obręb białych murów budziło w niej niepokój: dużo trudniej było się stamtąd wydostać. Czekała, aż matka przywiąże jej do paska odpowiedni znacznik.

Raczej nie był podrabiany, choć dziewczyna nie mogła mieć pewności.

Miasto przytłoczyło Zaihab swoim gwarem. Dźwięki, odbijając się od wysokich budynków, ulegały zniekształceniu; Zaihab wydało się, że idą przez gigantyczną muszlę. Adira parła przed siebie napędzana wściekłością i lękiem o Nuhę. Zaprowadziła córkę do jednej z herbaciarni i niemal siłą posadziła przy stoliku. Dziewczyna zapadła się w poduszki i przycisnęła plecak do piersi.

– Zawołajcie moją kuzynkę – poleciła tymczasem Adira, stając przy kontuarze.

Parawany przegradzające herbaciarnię tłumiły jej głos, ale Zaihab usłyszała głuchy dźwięk kościanego znacznika odbijającego się od lady.

– A poza tym dzbanek naparu z mięty – dodała kobieta, wysupłując z kieszeni kilka monet.

Wróciła do stolika. Nie udało jej się powstrzymać przed bębnieniem palcami o bok wiklinowego fotela.

– Będę musiała cię zostawić, gdy pójdę do anaktorionu – oznajmiła córce, ściskając jej rękę.

Zaihab pokiwała głową. W milczeniu wypiły herbatę. Chwilę później z kuchni wyszła domniemana kuzynka i Adira znikła, by z nią porozmawiać.

– Poczekasz tu? – upewniła się na odchodnym.

– Poczekam – odparła Zaihab z ledwo słyszalną nutą irytacji.

Zacisnęła dłonie wokół laski. Spróbowała o niej nie myśleć, skupić się na wisiorku od pieśniarzy. Odlano go z taniego stopu; był jednym z wielu amuletów mających zapewnić ochronę Niegasnącego. W sercu słońca z wieloma promieniami zatopiono kroplę szkła lub półszlachetny kamień. Teraz jednak, uwięziona w środku gwarnego miasta, Zaihab wątpiła, czy Niegasnące otoczy ją opieką.

***

Tylko chmary skrzydlatych duchów stworzyciela przyglądały się Arit Kaab sur Alawi, gdy ta badała w lusterku ślad na swoim policzku. Widniejąca tam pręga pulsowała czerwienią niewiele bledszą od sztandaru Sahit. Wspomnienie uderzenia wciąż piekło, ale i tak nie mogło być gorsze od towarzyszącego mu wstydu. Arit zatrzasnęła lusterko i wrzuciła je do torby. Ptasie duchy przekrzywiły głowy, nie spuszczając z niej paciorkowatych oczu.

Podtrzymywanie tej świątyni było farsą, pielgrzymowanie do gniazda widmowych kruków i sów było farsą, ale największą farsą było udawanie, że Arit jest anaktorionowi potrzebna. Machnęła ręką w stronę skrzydlatych. Siedzące najbliżej ptaszysko zerwało się z pełnym oburzenia krzykiem.

Arit obrzuciła dziedziniec niechętnym spojrzeniem. Wciąż się dziwiła, że kapryśne bóstwo pozwoliło jej tu wejść. Szczyt skały był płaski, otoczony wyrastającą z kamienia kolumnadą. Z jednej strony znajdowała się wiodąca na zewnątrz brama, z drugiej – budynek świątyni przypominający zwyczajny, niski dom na planie półokręgu. Przed nim mieściło się palenisko, w którym ogień nigdy nie gasł. Od zagłębienia, w którym płonął, rozchodziły się wyrzeźbione w skale figury: spirale i linie przeplatające się z postaciami ludzi i zwierząt.

Poza Arit nie było tu nikogo żywego, ale mimo to nie czuła się sama. Znajdowała się w samym jądrze cudu.

Starała się nie patrzeć zbyt długo na płaskorzeźby w murach i podłodze, nie spoglądać w wykute twarze. Jedna z nich musiała należeć do samego Vesui. Arit mimowolnie obejrzała się przez ramię. Sowi stworzyciel widział jej upokorzenie. Cóż, przynajmniej dostarczyła mu rozrywki.

Formalnie Arit pracowała dla anaktorionu. W praktyce – doradcy anaksa uczynili ją dziewczynką na posyłki. Dobrze wiedziała, że powinna być wdzięczna rodzicom – to dzięki ich koneksjom po odbyciu szkolenia wojskowego trafiła nie do armii, tylko właśnie do anaktorionu. Skończyła szesnaście lat, przestała należeć do domowego ogniska. Teraz musiało ją przyjąć inne, im ważniejsze, tym lepiej. Skoro już tu ugrzęzła, powinna była budować swoją pozycję. Na razie głównie patrzyła, jak jej rówieśnicy robią to, co sama też powinna robić: przygotowują się do wojny.

Przez minione pentady zaprezentowano jej wszelkie możliwe wymówki: miganie się od podatków, widmowe wyprowadzki, fałszywe dokumenty od lekarzy. Mój syn jest jeszcze za młody, mówili rodzice, podczas gdy zza ich ramienia wyglądali chłopcy na pewno nie młodsi od Arit. Moja córka słabuje na zdrowiu, upierali się, nawet gdy rzeczone córki właśnie wnosiły do domu ciężkie wiadra z owocami. Najwyraźniej Arit zapamiętała chłopaka ze strzaskanym kolanem. Jego ojciec, opowiadając jej o strasznym wypadku chłopca, ani razu nie spojrzał jej w oczy. Opowiedział jej drżącym głosem historię całkowicie fałszywą, a Arit udawała, że mu wierzy.

Były też donosy. Miasto zaroiło się od taarutańskich szpiegów – i ludzi skłonnych tropić zdradę, jeśli tylko pozwoliłoby im to uniknąć poboru lub konieczności płacenia podatków.

Co bogatszym mieszczanom wydawało się, że ich przepisy nie dotyczą. Za pośrednictwem dziewczyny isbet przypominał im, że wręcz przeciwnie – anaktorion oczekuje od nich wzorcowej postawy. I odwagi, by przeciwstawić się Taarut nie tylko słowami, jak do tej pory ognisko Hireta.

Arit znała tych ludzi. Miała nawet niejasne wspomnienie dziecięcych zabaw z Hiretem – jego i jej rodzice obracali się w tych samych kręgach. I nawet jeśli powierzone jej zadanie napawało ją pewnym wstydem, to zamierzała wykonać je dobrze. Szła do ich domu w swojej najlepszej sukni, przepasana czerwoną szarfą i z żarliwością w sercu.

Wojna spadła na nich nagle; nic nie zapowiadało tego, że Taarut złamie protokół dyplomatyczny i wystąpi przeciwko kruchej równowadze dawnej Rasenny. Ale – skoro już się to wydarzyło – Sahit nie mogło zostać obojętne. Było najsilniejszym z miast Nowej Saady i nieformalną stolicą. Arit powtarzała to sobie, idąc do domu Hireta. Mieszkanie w Sahit słusznie uważano za przywilej – ale było też obowiązkiem. To Sahitczycy mieli pilnować spokoju na tych ziemiach. O tym, że obowiązek ten był niekiedy okupiony krwią, przypominał im ich sztandar. Arit układała w myślach przemowę, płomienną i przekonującą.

Matka Hireta nie dała Arit dokończyć, nie wpuściła jej nawet do domu. Stanęła w progu, zagradzając przejście.

– Nie będę tego słuchać – powiedziała, przygotowując się do zamknięcia drzwi. – Wracaj, skąd przyszłaś, dziecko.

Arit pośpiesznie postawiła stopę za progiem.

– Nie przychodzę tutaj jako Arit – powiedziała z mocą. Protekcjonalny zwrot nie zmącił jej nastroju. – Mnie jako Arit możecie obrażać czy ignorować, ale nie możecie wystąpić przeciwko anaktorionowi Sahit.

Przez krótką, euforyczną chwilę czuła się tak wspaniale nieważna: ona jako osoba przestawała istnieć, jej głos stawał się głosem miasta. Ona, Arit, była potrzebna, by jego wewnętrzny mechanizm działał sprawnie. Mogła spełnić swój obowiązek.

Kobieta skrzywiła się z pogardą.

– Nie możecie… – zaczęła znów Arit, ale tamta jej przerwała.

– Jeszcze masz czelność dyktować mi, co powinnam robić? – Wzięła głęboki, świszczący oddech. – Dziecko, które ledwo dorosło, a z podupadającego ogniska przeniesiono je do mniejszego pałacu? Anaktorion i isbet mają w tobie pomocną szczekaczkę, w to nie wątpię. – Zmrużyła oczy. – Nie masz teraz rodziny. Myślałam jednak, że zachowałaś swój rozum.

Arit poczuła gorąco oblewające jej policzki.

– Przynajmniej moje własne cele nie przyćmiewają mi obowiązków wobec miasta.

Zobaczyła w powietrzu błysk pierścionków na ręce matrony – i jej policzek eksplodował bólem. Odruchowo sięgnęła doń dłonią. Zachwiała się, ale nie ustąpiła z progu.

Kobieta wychyliła się, by ją odepchnąć.

– Nie będziesz mówić mi o obowiązku. Nie ty, która nawet nie zobaczy wojny, bo rodzice załatwili jej ciepłą posadkę. – Arit z zaskoczeniem dostrzegła łzy na rzęsach arystokratki. – Nie masz pojęcia o lęku, bólu ani stracie. I nie, nie przekonasz mnie, że mój syn będzie bezpieczny i z dala od linii frontu. Nie będzie, jeśli pozwolę mu opuścić to miasto. Ale nie dam wam go odurzyć pięknymi słowami o obowiązku i dumie. Nie przychodź tu więcej, jeśli masz choć trochę wstydu, i każ swoim przełożonym zostawić nas w spokoju. W razie potrzeby przypomnij im, z czyich żyją podatków.

Wypchnęła oszołomioną Arit za próg i zatrzasnęła drzwi. Wiszące nad nimi dzwonki zabrzęczały.

Arit wciąż trzymała dłoń przy gorącym policzku. Chciała powiedzieć kobiecie, jak bardzo się myli; chciała powiedzieć jej o ciszy miejsca, z którego ostatni hierodul odszedł przed dekadą. O niekończącej się pracy anaktorionu. O tym, że sama byłaby skłonna iść z armią, że nie chce spędzić wojny w bezpiecznych murach miasta…

Ale była w bezpiecznych murach miasta. Nic jej nie groziło.

Zagarnęła włosy, tak by choć trochę zasłoniły policzek, i zbiegła po schodach. Pochylała głowę, gdy służący otwierał jej bramę.

W pierwszym odruchu chciała zawrócić i wymusić posłuszeństwo arystokratki, choćby siłą. Kobieta ją zaatakowała i Arit mogła wyciągnąć konsekwencje – prawo zawsze byłoby po jej stronie. Ale w głębi serca wiedziała, że już przegrała: była nie dość dobra, nie dość przekonująca. Nie dość twarda, by wygrać z tak wielkim lękiem. To ona zawiodła.

Oddalała się od willi i zanurzała coraz głębiej w stare miasto. Tu większość budowli pochodziła jeszcze z czasów świetności Rasenny: biały kamień zdawał się odporny na upływ czasu. Ale piękne struktury obrosły nowszymi budynkami, często stawianymi byle jak, drewnianymi konstrukcjami doklejonymi do nieskazitelnych ścian. Wsparte na arkadach długie balkony niemal zupełnie blokowały dopływ światła. Arit schowała się w ich cieniu, z pochyloną głową lawirując między ulicznymi sprzedawcami.

Obiecała sobie, że przyprowadzi Hireta do armii. Nie wiedziała jeszcze jak, ale to zrobi. Nie zdając sobie z tego sprawy, zaciskała pięści, wściekła gniewem, który należał nie tylko do niej – który był zgrzytem wielkiego, niesłychanie precyzyjnego mechanizmu. Miasto domagało się uczciwości i bezwzględnego posłuszeństwa. Od Arit również. Nie powinna była ulegać wobec złości.

Z zamyślenia wytrącił ją głośny trzask. Gdy podniosła wzrok, oślepił ją kurz sypiący się z pękniętej belki. Dobudowana do ściany konstrukcja chwiała się. Arit doskoczyła do ściany przeciwległego domu.

– Uciekajcie! – wrzasnęła. Nie ona jedna krzyczała. Obejrzała się dookoła: wylot uliczki był już zapchany ludźmi próbującymi się wydostać. Deski tworzące podłogę balkonu zaskrzypiały i wygięły się, po czym zaczęły pękać.

Ulica była już niemal pusta – jeśli nie liczyć jednej dziewczyny, ubranej w długą, wytartą tunikę zachodzącą na luźne spodnie wpuszczone w cholewy butów. Sunęła za pozostałymi, sprawdzając drogę laską. Uciekający zepchnęli ją pod arkady. Nie miała szans wydostać się w porę.

Arit bez namysłu rzuciła się ku nieznajomej, chwilę przed tym jak balkon runął.

Z impetem wpadły na ścianę. Arit skuliła ramiona w oczekiwaniu na uderzenie, osłaniając nieznajomą swoim ciałem. Ulica utonęła w huku walącego się drewna i brzęku tłuczonej ceramiki.

Czas mijał, a Arit nie czuła bólu. Żadna belka nie wydusiła oddechu z jej płuc. Nic nie przecięło jej skóry.

Mrużąc oczy przed deszczem drzazg, spojrzała w górę. Odłamki drewna i odpryski gliny wisiały w powietrzu.

Nieznajoma wyciągnęła rękę przed siebie, jakby próbowała się osłonić przed sypiącym się budynkiem. Zaciskała dłoń wokół jakiegoś metalowego przedmiotu; między knykciami błyszczała miedź. Miała oczy jak wypolerowane płytki dymnego kwarcu. Na jej twarzy perlił się pot.

Strach ścisnął Arit w dołku. Jeśli miała przed sobą stworzenie zrodzone z raseńskiej magii, musiała uważać, by jej nie zaatakowało – o ile już nie zdążyło wyczuć jej instynktownego obrzydzenia. Odetchnęła powoli, starając się poruszać jak najmniej, jakby była w pobliżu dzikiego zwierzęcia.

– Chodźmy – szepnęła, biorąc nieznajomą za rękę. Zaczęła prześlizgiwać się pod ostrymi odłamkami, szukać drogi przez gruzy.

Obca dziewczyna dała się prowadzić, wlokąc za sobą po ziemi laskę. „Kto wpuścił maginię do miasta?” – pomyślała Arit. Potrzaskane drewno wciąż wisiało w powietrzu, jakby czas zamarzł. To musiała być magia. Dziewczyna ściskała w ręce malastrę, przeklęte narzędzie służące do pozbawiania bóstwa sił.

Arit wiedziała, co musi zrobić. Gdy wydostały się z gruzów, przycisnęła maginię do ściany i siłą otworzyła jej dłoń.

Zamiast malastry, wypełnionej srebrnym blaskiem boskiej krwi z ręki dziewczyny wypadł tani amulet w kształcie Niegasnącego. Słoneczny dysk z cienkiej blachy ozdobiony kroplą bursztynowego szkła.

Nieznajoma pisnęła cicho, szukając po omacku wisiorka.

Miała ciemnozłotą karnację, ale jej policzki usiane były drobnymi bliznami i przebarwieniami. Spod chustki ozdobionej kilkoma blaszanymi monetkami wysuwały się ciemne, ciasno kręcone włosy, które kilka pentad temu być może były zaplecione w równe warkoczyki, ale od tego czasu wyrwały się spod kontroli. Szerokie nozdrza i pełne wargi dziewczyny zdradzały saadyjską krew.

Oszołomiona Arit odsunęła się.

Jeśli nie magia, to cud. Błogosławieństwo stworzyciela, który nie pozwolił dziewczynie zginąć. Nic takiego nie zdarzyło się w Sahit od czasu znalezienia poprzedniego hierodula, lata temu. Jakby bóstwo zapomniało o swoim mieście. Aż do dziś.

– Już dobrze. Już nic ci… – spróbowała znów Arit.

Nie dokończyła. Nieruchome do tej pory belki runęły na ziemię. Arit skuliła się, osłaniając głowę. Gdy opadł kurz, dziewczyny nigdzie nie było widać.

Arit odetchnęła głęboko. Przypomniała sobie hierodula, który pewnego dnia po prostu zniknął. Od tamtego czasu nie było nikogo, kogo Vesui by wybrał. Nawet teraz, w tych niespokojnych czasach, gdy ludzie próbowali przekupywać swoje bóstwo w coraz bardziej wyszukany sposób, godząc się na coraz większe straty, nie pojawił się nikt, kto byłby pośrednikiem stworzyciela. Aż do dziś. Vesui wybrał sobie tę obcą dziewczynę z pustymi oczami, chudymi ramionami i burzą włosów. Wskazał ją Arit. Ona zaś wiedziała, co robić.

Wspięła się na iglicę. Stanęła nad wgłębieniem, w którym płonął ogień. Tuż przed sobą miała figurę bez twarzy, wyciągającą ku niej dłonie w geście… czego? Błogosławieństwa? Zawłaszczenia? Arit wzruszyła ramionami.

– Wiem, kogo znalazłeś – oznajmiła bóstwu, unosząc podbródek, zbyt zmęczona, by przejmować się etykietą. – Przyprowadzę ci ją.

Musiała jeszcze przekonać do tego lewą dłoń. Min Avile zrobi resztę. Być może trzeba będzie zamknąć bramy miasta i chronić dziewczynę. Arit musiała się pośpieszyć – obca była wybranką bóstwa, ale to nie czyniło jej jeszcze bezpieczną. W głowie Arit zaczął kiełkować plan. Mechanizm miasta wracał na znane, bezpieczne, sprawdzone tory. Skrzydlate przyglądały się uśmiechowi arystokratki. Ich oczy jak obsydianowe paciorki pozostawały niezmiennie obojętne.

***

Udaje ci się wrócić do herbaciarni. Wycofujesz się za parawany, na zaplecze, niemal wywracając się o obcy próg i obijając kostki o nieznane kształty. Laska jest zdradliwa, uderza o przedmioty z głuchym stukiem. Zdejmujesz plecak i otwierasz go, szukając tej jednej rzeczy, która, jak wierzysz, pozwoli ci zmyć z siebie obce. Wciąż pamiętasz gorąco powietrza wokół twoich dłoni, dziwny, odległy łomot, głos w czaszce nakazujący zatrzymać się odłamkom. To tego echa próbujesz się pozbyć. Tej obecności.

Bo obecność, w odróżnieniu od wszystkiego innego, nie minęła.

Taka jest materia cudów. Ze swojej natury bywają okrutne. Z konieczności są intruzyjne. Cuda nie znają łagodności.

Wygrzebujesz z bagażu woreczek z resztką ziemi jałowej, wiedząc, że wciąż na ciebie patrzę. Pakunek jest niemal pozbawiony wagi, pod lnianym płótnem czujesz tylko małą lodowatą kulkę. Znajdujesz nożyk i drżącą ręką przecierasz jego ostrze alkoholem. Jesteś uważna nawet teraz, ciało pamięta te sekwencje ruchów. Nie widzisz mnie, ale wiesz, że na ciebie patrzę, gdy przyciskasz ostrze do zagięcia łokcia. Gdy wpychasz w rankę grudki ziemi.

Jest zimno. Przeszywa cię chłód: najpierw tylko lewą rękę, potem, z każdym uderzeniem serca, zimno rozlewa się po twoim ciele. Kulisz się i czekasz, aż minie. Stosowanie ziemi z jałowych pól przypomina leczenie choroby trucizną – wypłukiwanie obcej siły zakazaną magią – wiesz, że tak trzeba, ale wciąż boli, ciało się buntuje. Szczękasz zębami i podnosisz twarz, a mnie przez chwilę wydaje się, że doskonale wiesz, gdzie jestem – ale chwila mija, zimno nas rozdziela. Dopóki twój organizm nie zwalczy tej trucizny, równie dobrze możesz dla mnie nie istnieć.

Lecz mnie nie zmylisz. Już wiem, że tu jesteś.

Wyobrażam sobie, jak ocierasz pot z czoła, pakujesz z powrotem swoje narzędzia i zaczynasz planować ucieczkę.

***

Osun, prawa dłoń zarządcy Sahit, oparł podbródek na dłoniach.

– Rozumiem – powiedział krótko.

Arit spodziewała się, że kasser ją wyśmieje i każe wyjść lub że uzna obcą za maginię i podejmie natychmiastowe działanie. Rzeczowość i obojętność były czymś zupełnie innym. A może znaczyło to, że powinna sama wyjść, by się dalej nie ośmieszać? Z uporem trwała w bezruchu.

Gabinet kassera był zupełnie pusty, jeśli nie liczyć stołu, ławy dla gości i dywanu przykrywającego większość podłogi. Na ławie siedział Avile: skrzyżował ramiona i co chwila potakiwał, chcąc okazać, że słucha, ale jego wzrok był szklisty, nieobecny.

– I? – zapytała. Zanurzyła czubki butów w gęsto tkanym dywanie, niechętnie oswajając się z myślą o wycofaniu się.

– Avile, może ty się wypowiesz?– zagadnął Osun lewą dłoń.

Isbet ocknął się z zamyślenia.

– Nie ja podejmę tę decyzję – powiedział tylko.

– Wiem, co widziałam – wtrąciła Arit, patrząc poprzez pokój wprost na isbeta.

Przez chwilę widziała nie urzędnika w jego surowym biurze, ale zupełnie inną scenę: siebie samą, która w przededniu konfliktu przynosi Sahit nową nadzieję. Wysłanniczkę anaktorionu, która znalazła hierodulę, prowadzącą obcą dziewczynę ku świątyni. Czerwone sztandary powiewające nad ich głowami.

– Pamiętasz, co się stało, gdy ostatnio ktoś twierdził, że jest wybrańcem Vesui? – Głos Osuna, o ton ostrzejszy, wytrącił ją z zamyślenia.

Arit mimowolnie się wzdrygnęła. Pamiętała.

– Nie możemy sobie teraz pozwolić na coś takiego – dodał kasser.

– Czy możemy sobie pozwolić na rozwścieczenie stworzyciela? Albo na obecność maga w mieście?

Urzędnicy popatrzyli po sobie. Arit nie spodziewała się, że mówią jej o wszystkim; ale w tej chwili powietrze stało się gęste od niewypowiedzianych słów, od wiedzy, do której nie miała dostępu.

– Przyjmijmy, że będziemy jej szukać. – Osun ściągnął brwi. Arit wydało się, że wreszcie na nią patrzy i naprawdę jej słucha. – Jak wyglądała?

– Niska, ciemnoskóra, choć raczej Saadyjka niż wyspiarka. Nie wyróżniała się za bardzo – dodała, natychmiast przeklinając siebie w myślach. Niezadowolona mina Osuna nie pozostawiała wątpliwości. – Miała laskę.

Avile sur Irsa przyglądał się jej uważnie, choć nie odezwał się ani słowem.

Chciał, by dziewczyna się myliła. By to wszystko okazało się próbą zdobycia poklasku, którą on i Osun szybko ukrócą. Podany przez Arit opis tak bardzo pasował do Zaihab. Z drugiej strony w całym Sahit na pewno znalazłaby się inna osoba pasująca do tego opisu. Avile bardzo chciał wierzyć, że to tylko przypadek. Chichot stworzyciela.

Osun zastukał dłonią w krawędź stołu. Pierścienie na jego palcach uderzyły o drewno.

– Dziękuję – powiedział. – Przemyślę to. A teraz wybacz. – Wskazał Arit kotarę w drzwiach.

Dziewczyna skłoniła głowę i zaciskając zęby, wyszła z gabinetu.

***

– I co sądzisz? – zapytał Osun, gdy dziewczyna odeszła.

Avile wzruszył ramionami.

– Nie pierwsza i nie ostatnia taka sensacja, jak się spodziewam.

Kasser uśmiechnął się z przekąsem.

– Nie dalej jak wczoraj przyszło pismo stanowiące rzekomo dowód na to, że naszej kondotierce pomagają siły nadprzyrodzone. Ale jeśli faktycznie wpuściliśmy do miasta maginię…?

– Czy to ci brzmiało jak opis magii? – zapytał Avile. – Bez malastry?

– Nie musiało brzmieć jak opis magii, by ludzie doszli do wniosku, że nie dopełniliśmy obowiązku ochrony bóstwa.

Spojrzenie Osuna powędrowało ku oknu i widocznej za nim białej skalnej iglicy, na której rezydował patron miasta. Chimeryczny stworzyciel; czy też cień bóstwa, jedyne, co przetrwało raseńskich bogobójców. Wciąż jednak znajdywali się tacy, którzy wykorzystywali swoją zdolność do sięgania ku boskiej krwi.

Avile prychnął.

– Nic się nie stanie. Dziewczyna najadła się strachu i wydawało jej się, że coś widzi. To wszystko.

– Czy jesteś pewien, że miastu nic nie grozi?

Dbanie o bóstwo stanowiło nie tylko honorowanie tradycji. Stworzyciel był jedynym, co chroniło Sahit przed morzem wdzierającym się w głąb lądu. To on powstrzymywał przypływy podążające za dwoma księżycami. Gdyby Vesui odwrócił się od miasta, Sahit mogłoby nie przetrwać najbliższej dwójni.

– Czy możesz za to poręczyć? – Spojrzenie Osuna było nieruchome.

– Sprawdzę to.

– Będę wdzięczny. – Kasser wyrównał brzegi poskładanego jedwabnego listu. – To ostatnie, czego potrzebujemy. I bez magii mamy dość problemów z kondotierką.

Avile uśmiechanie się przychodziło z coraz większym trudem. Wkroczyli na grząski grunt: z jednej strony, domniemane błogosławieństwo, z drugiej – kondotierka, której współpraca z władzami miasta została przyjęta bez nadmiernego entuzjazmu.

– I ze szpiegami – dorzucił Osun niby od niechcenia, ale Avile był świadom uważnego spojrzenia skierowanego w jego stronę. – Postanowiłem uwolnić kartografa – dodał.

Avile odetchnął z ulgą.

Światło lampy obrysowywało kontur twarzy kassera na złoto, uwydatniając delikatną asymetrię nosa i warg.

– Nie na długo – kontynuował, zwracając się ni to do siebie, ni to do Avile. – Potrzebowałem go uwolnić, by nikt nie mógł zarzucić nam braku dobrej woli. Ale śledztwo wciąż trwa, a straż miejska wkrótce znajdzie dowody…

– Przecież nie ma żadnych dowodów.

– Będą – odparł obojętnym tonem Osun.

Avile miał wrażenie, że oto mozaikowe posadzki dolnego pałacu zaczęły się pod nim zapadać.

– Zrozum, nasze działanie przeciwko Taarut nie podoba się mieszkańcom miasta. – W głosie prawej dłoni pojawiła się nuta przygany. – Potrzebujemy czegoś, co uczyni zagrożenie realnym.

– Jak szpieg z Taarut – wycedził Avile.

– Otóż to. Jak szpieg z Taarut.

Nim Avile zdążył mu odpowiedzieć, kasser rozłożył ręce.

– Bardzo mi przykro, ale nie mogę postąpić inaczej.

– Czy anaks…

Osun posłał mu rozbawione spojrzenie, jakby chciał zapytać: „Czy na pewno chcesz mieszać do tego anaksa?”. Avile zmełł w ustach przekleństwo.

– A jeśli znajdę ci kogoś innego? – spróbował.

Kasser powoli pokręcił głową.

– Nie przebijesz dramatyzmu tej sytuacji: oto nasi dzielni chłopcy pojmali szpiega na podgrodziu. Ta historia to prezent od losu. Nie mogę jej nie wykorzystać.

Krew tętniła w uszach Avile. Musiał działać szybko; niestety Osun nie pomylił się w ocenie sytuacji. Nuha osobiście pogrążył się w oczach mieszkańców, swoim oślim uporem skutecznie zaprzepaszczając każdą szansę na ich wstawiennictwo. Nie przyszło mu przez myśl, że za sobą pociągnie Adirę i Zaihab. I prawdopodobnie także i jego, Avile z Irsy, skoro ów tak ochoczo wstawił się za dawnym przyjacielem…

– Nie martw się – mruknął kasser, odgadując jego myśli. – Tobie nic nie grozi. To było bardzo uprzejme i wielkoduszne z twojej strony, że zechciałeś poręczyć za znajomego badacza. Oszukał nawet ciebie, wiernego przyjaciela. – Ton Osuna był monotonny, co czyniło te słowa bardziej obraźliwymi niż jawna kpina. – Nie masz się czym przejmować, każdemu zdarzają się pomyłki. Choć dobrze, że ta przydarzyła się akurat tobie.

Jedynej osobie w pałacu, której anaks nie przyjął do swojego ogniska. Rozsądek podpowiadał Avile, by przytaknąć i grać w tym spektaklu tak, jak od niego oczekiwano. Powoli narastała w nim świadomość, że Nuhy i tak nie uratuje. I wściekłość – że znów postąpi tak, jak oczekiwał od niego Osun, że znów będzie musiał odłożyć osobiste przekonania.

Zmarszczka pomiędzy brwiami Osuna zdradzała, że i kasser nie jest obojętny wobec własnej decyzji. Zawahał się, po czym wyjął z szafki dwie małe czarki i napełnił je płynem z karafki. Jedną przesunął w stronę Avile, nie patrząc na niego.

– Nie sądzisz chyba, że cieszy mnie to, co zamierzam zrobić? – zapytał.

Avile podniósł naczynie, ale nie spróbował płynu. Z czarki biła gęsta, korzenna woń.

Nie mogli być bardziej różni: prawa dłoń i lewa, on sam wysoki i o łagodnych rysach, kasser niski, ale mocno zbudowany, z włosami przyciętymi krótko, tuż przy kształtnej czaszce.

– Nie zamierzasz mi odpowiadać? – dorzucił Osun.

Przez krótką chwilę mieli szanse na szczerość. Mogli zdjąć maski, porozmawiać poza konwenansem. Niezadane pytania wybrzmiały w myślach Avile. Moment minął.

– Nie mam nic do dodania.

Kasser jednym haustem opróżnił czarkę.

– Cieszę się, że się rozumiemy – powiedział.

Avile zacisnął zęby.

– To wszystko?

Osun zawahał się, przeczesał krótkie, siwiejące włosy.

– Naprawdę jest mi przykro.

– Mnie też – powiedział głucho Avile. Było mu żal Nuhy i jego rodziny. I ich obu, wmieszanych w sprawę, która ich przerosła, nim zdążyła się na dobre rozpocząć.

– Nie zaprzątaj tym swojego sumienia – dodał kasser na odchodnym.

Avile nie zaszczycił go odpowiedzią. Nim odepchnął kotarę w wejściu, zaczął planować, co może zrobić, by uratować Nuhę. W myślach poprosił przyjaciela o wybaczenie.

***

Gdy służący opuścił komnatę, Avile wyjął spod kaftana małe brązowe lusterko. Na odwrocie malastry widniały dwie uzupełniające się spirale. Wewnątrz każdej z nich biegł rząd znaków, imion odpowiadających na pytanie: „Skąd twoje źródło?”. Źródło Avile nie było jednak kompletne, zapis urywał się kilka pokoleń wstecz, na styku spiral wyryto imiona należące do dawno zmarłych przodków. Nie znalazł się nikt, kto mógłby zrobić malastrę dla niego.

Isbet przywołał w myślach imiona przeszłych. Wklęsła powierzchnia lusterka zamieniła się w żywe srebro.

– Gdybyście tylko wiedzieli, ile dla was robię – mruknął. W odbiciu zafalowały cienie.

„Daj im to, czego chcą” – pomyślał.Nie miał szans wygrać ani z cieniami przeszłych, ani z Saadyjczykami.

Żarliwość Arit nie zostawiała miejsca na namysł, czy obrany kierunek jest słuszny. Sahit mogło być dumne. Wszak chciało ludzi takich jak ona. Ale w tym wypadku mogła się mylić, jeśli po prostu zobaczyła to, co bardzo chciała zobaczyć.

Zawahał się, z na wpół uformowanym w ustach życzeniem. W opisie strażniczki rozpoznał przecież Zaihab. Przypomniał sobie ten moment lodowatej pewności w gabinecie kassera. Zaihab była jednak z Taarut, oddano ją innemu bóstwu – lecz dlaczego temu stworzycielowi miało to przeszkadzać? Avile otarł pot perlący się na górnej wardze. Jeśli to istotnie była Zaihab… mógł ostrzec jej rodzinę. Mógł też nie robić nic.

Daj im to, czego chcą.

Poruszył wargami, nie chcąc wypowiadać życzenia na głos. Jego oddech zmarszczył powierzchnię srebra. Avile zakręciło się w głowie. Od głodnych cieni dzieliło go jedno źle wypowiedziane słowo, jedno zbyt silne żądanie.

Zobaczył scenę opisaną mu przez strażniczkę. Dziewczynę z laską, z chustą, spod której wysuwały się pukle włosów. Obróciła się w stronę Arit – w jego stronę. Nawet po latach rozłąki z rodzicami dziewczyny nie miał wątpliwości, że widzi Zaihab.

Córka Nuhy uniosła dłonie. Avile zamrugał. Wydawało mu się, że to cienie z malastry zażądały więcej; ale nie, to ciało dziewczyny wypełniło się czernią, rozedrganymi sylwetkami ptaków. Skrzydlate rzuciły jej się na pomoc. Wciąż znajdowały się po tej samej stronie dnia, co jego cienie – ale towarzyszyły jej, uratowały ją.

– Już dobrze – mówiła Arit. – Już nic ci…

Na twarzy Zaihab malowało się przerażenie, które nie miało nic wspólnego z tym, co właśnie przeżyła. Avile znał ten rodzaj strachu: obezwładniającą świadomość, że oto znalazło się w zasięgu wzroku czegoś dużo silniejszego.

Malastra wypiła krople. Avile przykrył jej pustą powierzchnię dłonią i odetchnął głęboko. A więc Arit się nie myliła, twierdząc, że widziała cud.

Lecz przecież od początku wiedział, że się nie myliła.

Musiał podjąć decyzję.

Czy nie podjął jej w momencie, gdy wyjmował malastrę?

Osun też nie potraktował strażniczki poważnie. Avile nie musiał nic robić. Mógł uznać, że jednak zaszła pomyłka, pozwolić Zaihab uciec.

Lecz gdyby stworzyciel okazał swoją złość, to on poniósłby konsekwencje.

Co więcej, Avile nie miał wątpliwości, że Osun zauważył to drgnięcie jego twarzy, ten moment, gdy nie udało mu się ukryć zaskoczenia. Wiedział też, że kasser się sam do niego zwróci. Ich kompetencje już dawno przestały być jasno rozgraniczone, ale zarządcy to nie przeszkadzało.

Wszak nic nie było już takie, jak dawniej – dlaczego ich funkcje miały pozostać bez zmian?

Avile odetchnął głęboko. Chodziło o córkę Nuhy i Adiry. Nie mógł im tego zrobić.

„Więc teraz oferujesz siebie w zamian? – zapytał siebie. – Skąd ta skłonność do poświęceń?”

Niepewność zaciskała wokół niego silne, zachłanne dłonie, pozbawiając go tchu.

Ale nikt przecież nie oczekiwał od niego poświęcenia.

***

To była najlepsza decyzja, jaką mógł podjąć.

W gabinecie Osuna wciąż jeszcze paliła się lampa. Na dźwięk kroków kasser podniósł głowę. Pod oczami miał głębokie cienie, a stojący na stole garnuszek, w którym zalegała resztka kawowej zawiesiny, mówił sam za siebie – mimo to Osun przywitał Avile znaczącym uśmiechem, jakby się go tu spodziewał. Isbet nie odwzajemnił uśmiechu.

– Wiem, jak możesz poprawić sytuację w mieście.

Dłoń Osuna zawisła dramatycznie nad zapisanym arkuszem jedwabiu.

– Nie mogę się doczekać twojej rady.

– Ale w zamian wypuścisz tego człowieka, który dziś został zatrzymany pod zarzutem szpiegostwa. Nie będzie żadnej pokazowej egzekucji. Po prostu puścisz go wolno.

Kasser parsknął, wskazując gestem, by Avile zamknął za sobą drzwi.

– Ani on, ani jego żona nie są szpiegami – ciągnął isbet. – To niewinni ludzie. Wiesz o tym.

– Wiem. – Czarne oczy Osuna lśniły jak pancerze żuków. – Obaj to wiemy. Ale potrzebuję czegoś, co zespoli miasto na nowo.

– A ja ci to dam. – Kącik warg Avile drgał. – Tylko najpierw musisz uwolnić tego człowieka. – Osun nie odpowiedział, więc kontynuował: – Opuści miasto potajemnie, z najbliższym konwojem pocztowym, i będzie miał zakaz zbliżania się do Sahit pod groźbą kary śmierci. – To mogło nie wystarczyć, ale musiał mieć nadzieję. – Oficjalnie zostanie stracony w lochach.

Uśmieszek na twarzy Osuna poszerzył się, rzeźbiąc dwie głębokie zmarszczki.

– To ryzykowne. Prosisz o bardzo dużo.

– I tak więcej na tym zyskasz.

– Bo…?

– Pamiętasz tę strażniczkę ze świątyni?

Osun bezwiednie pochylił się, teraz naprawdę zainteresowany. Na jego obliczu zaniepokojenie mieszało się z zadowoleniem. On też nie chciał mieć nic wspólnego z bóstwami i ich cudami, ze wszystkim, co kryło się w tej ziemi.

– Miała rację? – zapytał powoli.

Teraz przyszła kolej Avile, by się uśmiechnąć.

Osun spoważniał.

– Nie, bez przesady. Nie możesz tego zataić.

– Ale mogę się pomylić. – Oddech Avile stał się ciężki, jakby jego ciało przypomniało sobie na nowo, jaki jest koszt parania się zakazaną magią. Przed oczami zamajaczyły mu znajome czarne plamki. – Mogę się też upewnić, że nie będzie szans na pomyłkę.

– Igrasz z ogniem, Avile.

– Odważne słowa jak na kogoś, kto rozpętuje wojnę.

Przez chwilę mogli być szczerzy: i tak balansowali już na granicy złości, każdemu z nich niewiele brakowało, by wybuchnąć. Dla Avile skutki byłyby dużo gorsze. Osun należał do ogniska anaksa. Wystarczyło jedno jego słowo. A jednak się wycofywał.

– Daję ci ostrzeżenie – Avile ponowił atak. – Na pewno będzie próbowała się schować lub uciec. Dzięki mnie będziesz miał przewagę. I coś lepszego niż wymyślonych szpiegów.

„Daj im to, czego chcą” – powtórzył w myślach.

Wiedział, że Nuha i Adira nie zgodziliby się z jego decyzją. Ale nie miał czasu spytać ich o zdanie. Nuha nie wiedział nawet, jak blisko śmierci się znalazł. Avile musiał podjąć tę decyzję sam – i podjął ją niemal bez wahania, nie myśląc o iglicach górującej nad miastem skały.

„Daj im to, czego chcą, i ocal tyle, ile zdołasz”.

Osun, nagle milczący i poważny, rozwinął czysty arkusz jedwabiu.

– Jak chcesz sformułować ten akt ułaskawienia? – zapytał.

***

Podczas gdy ty i Adira kończycie pośpieszne pakowanie, miasto zaczyna was szukać. Każdy strażnik dostaje twój rysopis. Avile, który ostatecznie przyjął czarkę od kassera, siedzi skulony nad stołem i próbuje przewidzieć, którędy spróbujecie uciec. Przeklina po cichu Nuhę za jego ośli upór.

Nuha