Skrawki życia - Dębicki Marcin - ebook + książka

Skrawki życia ebook

Dębicki Marcin

3,0
20,90 zł

lub
Opis

Pozornie zwyczajne amerykańskie miasteczko jest nawiedzane przez niezrozumiałe zjawiska. A to cyrkowiec naprawdę ma moc znikania ludzi, a to bez powodu wybucha strzelanina, a nade wszystko ludzie przepadają w lesie, za to dużo wcześniej pojawiają się listy od nich… z błaganiem o pomoc. Czy te i wiele innych zdarzeń coś łączy? Horror, jakiego nie powstydziliby się mistrzowie gatunku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 205

Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0
Sortuj według:



Człowiek i otoczenie

Nie jest to żadna bajka, nie jest to też zapis prawdziwych zdarzeń. Nie jest to też jakaś przypowieść.

Oto pewnego słonecznego dnia z małej chaty przy strumieniu wyszedł stary, zasuszony Dziad. Rozejrzał się dookoła oczami pokrytymi bielmem. Kryła się w nich być może mądrość, a na pewno wieloletnie doświadczenie. I cierpienie.

Wyszedłszy z chaty Dziad postał chwilę, zamyśliwszy się, gdy już poznał otoczenie. Dookoła otaczał go las. Ptaszki śpiewały żałobne, małe stworzonka płochliwie przemieszczały się w krzewach, pośród swego świata. Wielce niepewnego, groźnego, mogącego w każdym momencie runąć im na pyszczki.

Z drugiej strony pokrytej starością, rozpadającej się powoli chatynki spokojnie płynął potok lśniącej, przezroczystej, wręcz kryształowej wody. Co raz wyskakiwały z niej rybki, beztroskie, niezbyt świadome tego, czy żyją.

Człowiek dziczy – tak go często nazywali w miasteczku. Dziwak. Dziad. Dziadek Mróz. Choć nigdy nie przypominał tego ostatniego. Nie miał brody ani jakiegokolwiek zarostu. Nawet włosy nie odznaczały się szczególną długością. Dziad jednak budził powszechną ciekawość.

I wrogość co u niektórych.

Razu pewnego napadło go trzech wyrostków. Trochę go postraszyli i poturbowali. Zniszczyli też i tak już fatalnie wyglądającą chatkę. Nikt nic oczywiście nie widział i nie słyszał. Urok obcowania z przyrodą, na dziko, w całkowitym odludziu. Ale czy ktoś tak czy inaczej by mu pomógł?

Historia Dziada jest dla ludzi niejasna. Jedni uważają, że zwariował po traumie wojennej. Inni, że z zawodu miłosnego. Ktoś nawet posunął się do stwierdzenia, że ów zobaczył ZŁEGO w ostępach leśnych i odtąd trzyma się na uboczu. Las wszak miał swoją mroczną aurę. Stanowił jeszcze większą zagadkę.

Dziad wyrwał się nagle z zamroczenia i powoli ruszył nad strumyk. Tam wykonał codzienną toaletę i wrócił odświeżony. Poranek był wszak piękny. W sam raz na spacerek, toteż przebrał się w lepsze odzienie. Wcześniej miał na sobie poszarpaną bluzę i takież portki do spania.

Gdy dobył noża – jedynej broni jaką posiadał – udał się w gęsty, zapraszający las. Od pewnego momentu towarzyszyła mu wiewiórka. Kiedyś zauważył, że wszelkie zwierzątka leśne lubią go wyraźnie, w przeciwieństwie do ludzi. Miał dawniej psa, ale któregoś dnia wyraźnie przejęty biedak pobiegł za czymś do lasu i tyle go Dziad widział. Mieszaniec ten kochał swego pana, a pan darzył uczuciem owego wiernego druha. Lecz przeszłość przeminęła bezpowrotnie.

Gdy tak rozmyślał, przez moment poczuł, że jest obserwowany. Tak miał często, nie wiedzieć czemu.

Przy polanie przystanął. Tutaj rozejrzał się bacznie we wszystkie strony. Wiedział, że owe miejsce uchodzi za ulubione ludzi z miasta. Polana zapraszała. Urządzano tu sobie pikniki, ogniska, dzikie harce. Swego czasu. Bywało gwarno i głośno. Miejscowi nie potrafili zachować się jak należy, przez co cierpiała przyroda. A ta znosiła cierpliwie kolejną ingerencję w ekosystem.

Czasem spotykał tu WARTOWNIKA – jak nazywał nieznajomego. To straszny jegomość, ale dla Dziada nie miał ZŁYCH NOWIN. Całe szczęście. Dziś jednak nie zastał tego obcego indywiduum.

Ale na polance ktoś już był. Ten ktoś stał pod gigantycznym kapeluszem grzyba i machał do niego.

ZŁY? Czy to on? Chucky?

Nie za bardzo chciał rozpamiętywać czasy, gdy był berbeciem, a później stawał się dzieckiem coraz starszym, dojrzewając, aż osiągnął wiek młodzieńczy. Ten okres często wspominamy z rozrzewnieniem, z nutą nostalgii, rozgrzebujemy stare rany, wracamy do chwil ciepłych i tych bardziej bolesnych. Każdy z nas wtedy miał swój prywatny, wewnętrzny świat, a w nim czasem ukrywały się bardzo ciekawe idee. Z wiekiem wewnętrzne duchy ulatują w niebyt i człowiek często zapomina o istotnych wydarzeniach i o swych myślach całkiem niewinnych w tych czasach zamierzchłych.

Po pierwsze: jego wewnętrzny świat wyglądał cokolwiek osobliwie.

Po drugie: jego świat zewnętrzny, otoczenie, które stało w zasięgu jego wzroku, nie było dlań łaskawe. Słowem – czuł się wyobcowany.

Gdy dla innych sednem życia była beztroska i ciągła zabawa, śmiech i wygłupy, on pozostał jakby bierny wobec cudu egzystencji. Nie rozumiem zasad rządzących tym światem, toteż stał się odrzutem.

Wtedy pojawił się Chucky.

Był taki jak on – a jednocześnie jakby jeszcze mocniej zakorzeniony we wnętrzu ID niż on sam. O takich jak Chucky mówiło się „dziwotwór”.

Chucky wyglądał pospolicie. Zachowywał się też całkiem poprawnie, jak i on sam. Ale cechowała go bardzo osobliwa aura będąca jego przekleństwem. Zarażał otoczenie swoją wewnętrzną osobowością. Cokolwiek powiedział, brzmiało jak zaklęcie. Jak zły urok. Choć pozornie nie widziano niczego dziwnego.

Dziad lubił Chucky’ego, czymkolwiek on był. Chucky mógł stanowić mieszankę wszystkiego co tajemnicze w świecie fantazji. Bądź będąc li tylko przypadkową jednego dzieciaka na miliard, który ogarnął cały świat i teraz zabawia się jego kosztem. Bądź odwrotnie: to ktoś bez wiedzy, uczący się od nowa, po swojemu, życia i traktując je jako obiekt doświadczalny.

Jakkolwiek by nie było, Chucky stał się jego najlepszym, jedynym przyjacielem i powiernikiem. Rozumiał go niemal bez słów. Potrafił z najbardziej przyziemnej rzeczy „stworzyć” coś zbyt fantastycznego, by ogarnęło to zwyczajne stworzenie ludzkie. Chucky był magikiem pokazującym świat od całkiem innej strony.

Przez większość czasu tworzyli zgrany duet. On i Chucky. On i magik. Otoczenie częstokroć uciekało od nich. Co odważniejsi bywali ordynarni i wrogo usposobieni. Krzywdzili słowem ich dwuosobową paczkę. Ale Chucky nie zważał na to. Był ponad wszystkim.

Częstokroć wpadali wspólnie w niezłe tarapaty, gdy realizowali niebezpieczne pomysły dziwnego przyjaciela. Najpierw w przedszkolu zaprószyli ogień. Skończyło się na strachu, ale piętno zostało przybite. Od teraz stali się niereformowani.

Z dziwniejszych, bardziej fantastycznych „zabaw”, była odrealniona wycieczka na odległy świat. Być może to działo się w sferze snu, być może tylko w wyobraźni, ale pamięć o wyprawie nigdy się nie zatarła.

Znaleźli się w miejscu poza Ziemią. Czy to na obcej planecie, czy księżycu tejże – nieważne. Przemierzali bagnisty, niegościnny glob. Zamiast wody ziemia tonęła w czarnej brei przypominającej ropę. Świństwa zanieczyszczały cały podły teren. Widzieli też mieszkańców tej okropnej planety. Martwych. Ciała przypominały ogromne dżdżownice wielkości ziemskiej anakondy. Ich truchła walały się przez całą drogę. Zastanawiające: czy te monstra, gdyby żyły, zaatakowały by ich, idących drogą? Tego nie wiedział. Później on i Chucky widzieli spływające z nieba bańki, w których unosiły się istoty podobne naszym pingwinom. Te istoty pękały z zetknięciem z niegościnną ziemią. Albo dlatego, że bali się ich – ludzi.

Wtedy poprosił Chucky’ego by wracali. I wrócili.

W latach szkolnych Chucky realizował mniej diaboliczne, ale nie mniej ryzykowne przedsięwzięcia. Nie można przez to o nim powiedzieć, że był zły. On tylko sprawdzał wytrzymałość rzeczywistości, testował ludzi, uczył się lub nauczał. Może szukał złotego środka? A może tylko się zabawiał w sposób całkiem niezgodny z wymogami?

Pewnego razu, gdy został sam, a Chucky przebywał w innym miejscu, dostał lanie od starszych dzieciaków. Nie potrafił się obronić. W dzień potem wkroczył na scenę Chucky. Nie, nie skrzywdził łobuzów. Nie fizycznie. Sprawił, że od teraz unikali ich jak ognia. Co uczynił? Pokazał im nieznaną, obcą planetę, pełną martwych stworzeń? Nie wiadomo.

Przez pewien czas tworzyli ciekawą mieszankę charakterów. Niby bliźniaków, podobnie zagubionych odmieńców, a jednak różniących się jak yin i yang. On sam coraz wyraźniej widział tę przepaść dzielącą ich osoby. Na początku traktował Chucky’ego jak brata, obrońcę, który zawsze pomoże w potrzebie, wysłucha, zrozumie. Tak też to wyglądało. Lecz ich umysły wbrew temu wszystkiemu działały inaczej.

Im stawał się starszy, tym wyraźniej widział obraz. Już nie traktował swojego przyjaciela tak jak dawniej. Sam stawał się powoli nieco bardziej towarzyski, otwarty na ludzi. Przełożyło się to na jego życie. W końcu nawet zaczynano go lubić, rozumieć, tolerować. On sam coraz mocniej wnikał w to otoczenie i też je zaakceptował, pojął jego sens. Gdzieś po drodze trafił na rozwidlenie. Chucky wybrał jedną odnogę, a on drugą. Po prostu.

Nastąpiły lata spokoju. Jego świat wyglądał bardzo swojsko i zwyczajnie. Dzieciństwo upłynęło, a on wydoroślał. Zatracił dużą część swej niewinności. Zatracił część siebie, goniąc za czasem.

Któregoś razu na jego drodze stanął Chucky. Powrócił. Powrócił po długiej nieobecności. Wyglądał tak jak dawniej. Ciągle ten sam. Ale w oczach młodego mężczyzny, w którego się obecnie Dziad przeobraził, Chucky wyglądał groźnie. Nie potrafił pojąć, jak mógł zawierzyć życie takiemu indywiduum. Czym był ten obcy, stojący przed nim stwór? Nie wiedział i nie chciał wiedzieć. Pragnął jedynie zapomnieć. Zapomnieć, że kiedykolwiek pozwolił się opętać przez tę przerażającą rzecz.

Spojrzał raz jeszcze, po raz ostatni, w zwierciadło duszy bliźniaka. A potem zbił lustro. Chucky stał się przeszłością. Miał taką nadzieję.

Ale widocznie sam siebie oszukiwał. Mroczny przyjaciel przyczepił się do niego jak pijawka czy pasożyt. Żerował na nim. Zrujnował mu ułożone powoli życie.

Dlatego teraz mieszkał jak pustelnik, pośród głuszy leśnej...

Następnego dnia wstał o tej samej porze co zawsze. Tak samo rozejrzał się przed chatynką, zamyślił się identycznie i ruszył nad rzeczkę, by się obmyć.

Z grzechu?

Jak już wyruszał w las, przez całą drogę leśnym duktem towarzyszyła mu wiewiórka. Ta sama. Dotarł do polany, znów obserwowany przez kogoś i tam ujrzał stojącego pod kapeluszem grzyba ZŁEGO...

Każdy kolejny dzień oznaczał wykonywanie tych samych czynności, wyprawy w to samo miejsce i przeżywanie identycznych widzeń ze ZŁYM. Dziad wykonywał to bez skargi, acz odczuwał związaną z tym melancholię. Dzień w dzień toczył żywot w identyczny sposób.

Chucky znęcał się nad nim. Już nie wystarczało mu kontrolowanie jego osoby, kierowanie nią, włączanie do obiegu między wymiarami ludzkiej świadomości. Karał go. Karał za bierny opór bądź ze zwykłej ciekawości. Albo z nudów. Znów pragnął zabawy, jakkolwiek wynaturzona by nie była. Chucky nie znał słowa litość. Był jak małe dziecko. Pierwotny pierwiastek ludzkiej natury. Niewykształcona forma bez osobowości. Dziad nazywał go ZŁYM, ale to nie do końca trafne określenie. Chucky w rozumieniu ludzkim sprawiał wrażenie potwora. Budził lęk, przerażał, odkrywał ciemne strony ludzkiego wnętrza. Być może żywił się tym. Smakował ludzkie grzechy. Był straszny, bo niezrozumiany. Dziad został jego niewolnikiem i przyjacielem po wieki, mimo iż ich drogi nie zawsze się krzyżowały.

Staruszek ze łzami w oczach wyznawał miłość swemu okrutnemu bliźniakowi, przystając przy gigantycznym kapeluszu grzyba. Oddał mu hołd. Oddał mu samego siebie po raz kolejny... i kolejny... i kolejny...

...i przez kolejne dni ciągnące się bez końca...

Razu pewnego, gdy po raz wtóry szedł na polanę, spostrzegł, że zwierzątko (wiewiórka) już mu nie towarzyszy. To zły znak – stwierdził w myślach, czując na plecach oddech nieuniknionego losu.

Tym razem na miejscu nikt na niego nie czekał. Chucky – jedyny przyjaciel po wieki – zniknął w końcu z jego pustego życia. Dlaczego go opuścił? Obraził się? Znudził? Ta chwila, zamiast przynieść ukojenie, sprawiła mu przeogromny ból. Poczuł się zdradzony.

Dziad dumał czasami nad tym, co się z nim działo, gdy bywał w mocy ZŁEGO. Gdy Chucky krążył w pobliżu i podpowiadał mu co trzeba zrobić, by było ciekawie. Jak zabierał go w nieznane podróże z których zawsze niewiele pamiętał. Jedyną podpowiedź dawały skrawki makabrycznych snów. Te fragmenty jednak zbyt przypominały nielogiczny ciąg zdarzeń metafizycznych, losowych – istny labirynt, który prowadzi donikąd.

Była tam kobieta – piękna niewiasta, którą dawniej znał, chłopiec z wadą wymowy, rozszarpujące truchło wilki, ślepiec, magik, ofiary izolacji, dom bez okien i drzwi, strzały na pewnej ulicy czy WARTOWNIK nie próbujący nawet na niego spojrzeć.

Dziad budził się zawsze z wrzaskiem. Niekiedy z mokrą od łez twarzą. Pamięć o niegodziwościach, które stały się faktem za jego przyzwoleniem sprawiała, że zapragnął raz na zawsze zniknąć ze świata.

Któregoś z kolei dnia jego smutna postać ponownie poszła w las. Ale już z niego nie wróciła. Podobno powiesił się na gałęzi przed polaną. Ktoś inny rzekomo widział jak przy ciele warował wielki, smutny pies – mieszaniec.

Fakt faktem Dziad już nie był tematem plotek.

Czas cudów

Odkąd zabito kilka osób w strasznej strzelaninie, w miasteczku pojawił się tajemniczy nieznajomy. W zasadzie nieznajomy, jak sama nazwa wskazuje, zawsze jest dla ludzi tajemniczy i nieodgadniony. Obcy. Ten jednak dodatkowo zachowywał się cokolwiek nietypowo.

Zajechał furmanką. Gdy wysiadł koło sklepu, kilku bywalców taksowało go od góry do dołu z dezaprobatą. Ów wyglądał jakby urwał się z choinki lub przynajmniej, jakby pochodził z innej epoki. Miał elegancki garnitur, melonik, wąsik. Brakowało binokli bądź monoklu na oku. Furmanka też niczego sobie – zadbana, okryta płachtą. Czyli facet musiał tam nocować, gdy bywał w trasie.

Rozejrzawszy się po okolicy i ludziach, obcy wszedł do sklepu. Sprzedawca – młody chłopak – aż wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Mimo to obsłużył nieznajomego. Poprosił jedynie o dwa baniaki wody i pieczywo. Miał głos donośny, ale zwyczajny. Zapłaciwszy, wrócił do furmanki. Zauważył, że dwóch ciekawskich chłopców zagląda do środka.

No to furman się zdenerwował!

Jak nie chwycił małych brzdąców za karki i z gigantyczną siłą cisnął na chodnik! Wtedy też zareagowali mieszkańcy. Krzepki facet pchnął furmana, aż ten zatoczył się do tyłu, ale nie upadł. Spadł mu jedynie z głowy kapelusz. Padły wyzwiska, ktoś kopnął cylinder na ulicę.

Tego było już za wiele, więc nieznajomy wyciągnął zza pazuchy dziwaczne urządzenie i skierował je w owego draba. Mężczyzna w porę skoczył i wytrącił sprzęt z ręki tamtego. Od czasu strzelaniny w miasteczku ludzie byli niezwykle przeczuleni na podobne sytuacje, toteż kontratak nikogo nie zaskoczył. Ktoś z powoli rosnącego tłumu gapiów, przy pomocy paru innych, obezwładnił nieznajomego. Poszkodowany zaczął wrzeszczeć histerycznie, prosząc jednocześnie o łaskę, jakby faktycznie miało dojść niebawem do linczu. Ale ludzie w miasteczku to nie jakieś tam dzikie bestie, więc samosąd nie wchodzi w grę.

Za chwilę przyjechała miejscowa policja, zabierając obcego i kilku biorących udział w bójce mężczyzn na komisariat.

Od tego właśnie momentu życie ludzi jakby uległo zdecydowanej zmianie...

Gdy John Adams wrócił do domu, kolacja leżała na stole. Żona drzemała. Obudził ją i wyjaśnił, że przesłuchanie nieco się przedłużyło. Nie z jego winy. Emily – bo tak nazywała się szczupła blondynka – pokiwała ze zrozumieniem głową i o nic nie pytając, usiadła przy stole. Wyjaśniła, że kolację zjadła wcześniej. John Adams podziękował za wyrozumiałość i przystąpił do konsumpcji z wielkim apetytem. A przygotowane specjały to: paszteciki, wędliny, sery, pieczeń. Przez ten czas nie uronił słowa – taki miał zwyczaj.

Po posiłku obiecał, że pozmywa w ramach przeprosin za nie jego winę. Był potężnym chłopem (to on wytrącił „broń” z rąk nieznajomego) o gołębim sercu. Emily i on pasowali do siebie jak ulał – jak dwie bratnie dusze. Gdy się poznali, on miał dwadzieścia lat, a Emily trzy lata mniej. Wiedzieli, że czeka ich wspólna przyszłość. Przynajmniej podświadomie. Jej matka nieco narzekała na zięcia, ale po poznaniu Johna zmieniła zdanie. Żałowała, że jej mąż, a ojciec Emily nie mógł tego dożyć – zmarł nagle na atak serca parę lat wcześniej. Bardzo podejrzana i tajemnicza sprawa. John obiecał teściowej, że nie poruszy tego tematu przy małżonce. Ta do dziś głęboko cierpiała z powodu straty ojca.

O rodzicach Johna z kolei niewiele było wiadomo. Podobno matka mu zwariowała, a ojciec był wcześniej szalony. Mężczyzna nigdy nie opowiadał tej historii, mimo iż wiedział coś niecoś o swych opiekunach. To było jednak dawno temu. Miał kilka lat, gdy został sierotą. Straszna i ponura historia.

Siedząc przy telewizorze, opowiedział wtulonej w niego małżonce o dzisiejszym wydarzeniu. Potem o przesłuchaniu. Policjanci niewiele mu wyjaśnili, ale podobno nieznajomy nie był notowany. Ponadto nie posiadał przeszłości. Co do „broni”, którą mu wytrącił, nikt jeszcze nie miał pewności, jak się jej używało. Na dniach pojawi się ekspert od podobnych spraw. Policjanci podziękowali Johnowi za wzorową postawę i wypuścili po paru godzinach. Jego i kilku innych świadków. Nie powiedzieli, jaki los czeka przybysza.

Emily wysłuchała opowieści z zainteresowaniem i pochwaliła męża za postawę. John zganił żartem małżonkę, że od tych czułości niedługo zamieni się w cukier bądź rozedrze go pycha.

Gdy szli spać, John nie przeczuwał, iż nastąpi coś, co wstrząśnie nim dogłębnie...

Furmanka została usunięta z drogi i zabrana w odpowiednie miejsce przez policję. Konie, który ją ciągnęły, trafiły do stajni pewnego farmera. Tymczasowo.

Policjant Lewis pełnił służbę tego wieczoru, gdy usłyszał jakiś szelest dochodzący z magazynu. Tam wstawiono ową furmankę. Została wcześniej przeszukana. Oprócz starych gratów i dziwacznych urządzeń, które zostaną zbadane, nie znaleziono nic poza tym. Obawiano się, że może facet przewoził jakieś narkotyki czy materiały wybuchowe. Nic podobnego.

Lewis, który był rosłym murzynem, dowiedział się od kolegi Carla, że podobno nieznajomy został zabrany na badania psychiatryczne. W trakcie przesłuchania niewiele z niego dało się wyciągnąć, oprócz tego, iż podobno był naukowcem i rozjeżdżał się po świecie, sprzedając swoje wynalazki. Poza tym wydawał się być przejęty i wystraszony na śmierć. Może psychiatra coś więcej wyciągnie.

Lewis poszedł przez ciemną alejkę do drzwi magazynu. Przyłożył ucho do starych wrót. Może to wyobraźnia, ale wolał nie ignorować podejrzanych hałasów. Zawahał się, ale po chwili otworzył kluczem kłódkę i odsunął rygiel. Latarką poświęcił w głąb, od razu oświetlając starą furmankę z opuszczoną płachtą. Podszedł bliżej i zlustrował magazyn. Mógł zapalić światło, ale zrezygnował z tego pomysłu. Po co miał siać panikę?

Zrobił obchód pomieszczenia, słuchając podejrzanych szelestów. Wygląda na to, że harcowały tu myszy...

Potem poświęcił na pojazd i zauważył, że spód wyraźnie odstaje od reszty. Czy wczoraj też odstawał? Latarką omiótł owe miejsce i zdębiał. Spód się poruszył. Z sercem przy gardle wycofał się powoli, ale zawadził o coś i potknąwszy się upadł. Narobił przez to sporo hałasu.

Usłyszał ponownie szelest, a potem kątem oka ujrzał, jak spód odrywa się od furmanki i przebiega przez pomieszczenie do wyjścia. Nieludzki kształt umknął w ciemność, a Lewis był bliski ataku serca.

W salonie Mike’a Robinsona – starszego, jowialnego faceta – wisiały obrazy przedstawiające wszelkie abstrakcje. Na jednym ślepy facet kryje się w mroku przed ZŁYM. Inny to jakby skrzynka na listy, która pożera przeszłość i człowiek z obliczem diabelskim stojący za kotarą świata. Był też malunek pokazujący wojnę i waleczność ludzi oraz ich mrocznych przeciwników. To wszystko jego dzieła.

Robinson miał siedemdziesiąt lat. Nie pracował od wieków, a malowanie stanowiło przedłużenie jego monotonnego żywota. Zabijał tym czas.

Odkąd popełnił morderstwo, stał się innym człowiekiem. Uduchowionym. Starał się przynajmniej.

Gdy dopadała go chandra, nie pił jak inni, ale malował. I to całkiem dobrze. Obecnie pracował nad obrazem przedstawiającym włochatego gnoma, który rozrywa na strzępy jakieś zwierzę. Wszystko w scenerii nocnej. Horror od zawsze fascynował Robinsona, ale tylko wtedy, gdy dopadał go stan przygnębienia. Zwykle modlił się zażyle i wiernie chodził na nabożeństwa.

Owej nocy przyśnił mu się sen, gdzie on jako swoje mroczne alter ego morduje i tai ten fakt na wiele lat. Tym razem ofiarą był on sam – ten dobry, nie zatruty grzechem. Koszmar trwał nieskończenie długo.

Jakże Fred, Barney i Scott – trzech opojów miejskich – lubiło straszyć się idąc ciemną dróżką przecinającą gaik. W tym miejscu, tuż za mostkiem, odkryto niedawno ciało człowieka przybitego do drzewa. Nikt nie łączył tego zdarzenia ze strzelaniną, w której zginęli niewinni ludzie. Raczej przypadkowy „wypadek”, jak żartowali często miejscowi. Zabity to włóczęga, który kilkukrotnie podpadł policji, podejrzewającej go handel nielegalnymi substancjami.

Fred właśnie oddawał mocz, próbując utrzymać się na nogach, gdy Scott – najmłodszy z paczki – opowiadał Barney’owi, że był kiedyś świadkiem śmierci człowieka. Nie chodziło o morderstwo: facet zwyczajnie umierał w szpitalu na raka. Potem, gdy już pochowano go w ziemi, Scott widział gościa jak, lamentując, wchodzi tutaj w ten gaik. Był wieczór, a on jeszcze nic nie pił.

Barney lubił takie historyjki, ale w nie zanadto nie wierzył. Coś tam wtrącił półżartem, gdy usłyszeli Freda, jak krzycząc z oddali, próbuje zapanować nad drżącym głosem. Barney śmiał się głupkowato, wyraźnie tracąc świadomość po nocnej wielogodzinnej libacji. Usiadł na kładce i rechotał w noc. Świerszcze grały tutaj koncert, razem z żabami.

Scott jednak był bardziej przytomny na umyśle i poczłapał do wołającego kumpla. Mimo procentów bał się tego miejsca nie na żarty. Tylko on jeden. Wszedł w gąszcz i szukając Freda, kątem oka wychwycił jakiś ruch w krzakach. Ale to zignorował, uznając za własną imaginację bądź stwierdził, iż jakieś zwierzę przecięło ściółkę leśną.

Fred leżał na ziemi i się trząsł. Ale nie ze strachu, tylko z zimna. Wcale jednak nie było tak chłodno.

Stąd słyszał śmiech Barneya, gdy pomagał wstać koledze. Wtedy do jego uszu dobiegł niepokojący głos kogoś obcego, kto szepcze w ciemnościach. Zmartwiał. Fred mamrotał pod nosem. Był kompletnie napruty.

Barney obejrzał wychodzącego z lasu Freda, białego jak prześcieradło. Ten schwycił kolegę i kazał szybko wiać. Krzyczał coś o topielcach i ZŁYM, ale Barney, podchwyciwszy to, uznał, że to część zabawy. Dając się wciągnąć, chwiejnym krokiem wytoczyli się z Fredem z lasu. Dopiero dzień później obaj panowie odkryli, że przecież zostawili Scotta samego.

Był środek nocy, gdy zerwał się zziębnięty ze snu. Ujrzał drzewa dookoła siebie, usłyszał plusk wody, kumkanie żab i zagadkowe szelesty. Chciał zawołać żonę, ale Emily tu nie było, choć słyszał jak cicho oddychała tuż obok niego. Nic z tego nie rozumiał.

Czym prędzej wstał oniemiały i przecierając dłońmi ręce z zimna, czujnie rozejrzał się dookoła. Czy śnił? Skąd niby się znalazł w środku lasu? Lunatykował? Kiedyś podobno to mu się zdarzyło, ale to stare dzieje. Możliwe, iż powracał do dawnych nawyków. Boże przenajświętszy, jakże się bał w tej chwili! Straszne cienie drzew, szelesty i cichutki oddech jego Emily w pobliżu paraliżowały. Co tu się działo?

John wymacał okolicę, ale żony tu z nim nie było. Zaczynał się czuć jak bohater filmu grozy. Nie wierzył w złe moce, nie wierzył nawet w Diabła, lecz teraz powoli docierało do jego mózgu, iż coś jest na rzeczy, że znajduje się w takim zaskakującym położeniu.

Nie myśląc już więcej, wstał i odszukał drogę. Wyszedł na ścieżkę. Mostek i rzeczka zamajaczyły mu przed oczami. Znał to miejsce dobrze, ale zwykle nie zapuszczał się w te okolice. Jeszcze po tym zdarzeniu z przybitymi do drzewa zwłokami...

Co za bestia robi coś tak ohydnego? Skąd w ludziach tyle okrucieństwa i braku empatii? Pamiętał, jak sam często krytycznie wypowiadał się o takich dziwolągach, indywiduach miejskich – toż to potencjalni mordercy! Ale to głupie było myślenie. Bestią często jest przykładny mąż i ojciec, a nie odludek miejski. Taki Dziad na przykład. Czy kiedyś skrzywdził kogokolwiek? Może na wojnie, bo podobno służył kiedyś w armii i zapewne w bitwie mordował wrogów, lecz czy to powód, by go szykanować? Może staruszek cierpiał z tego powodu. Zapewne, skoro któregoś dnia powiesił się na gałęzi.

John spojrzał z mostku w lustro wody. Przez moment widział kogoś innego, ale złudzenie minęło nagle. Gdy odchodził, zza krzewu coś wyskoczyło. John Adams uskoczył. Ale nic go nie zaatakowało.

Wtedy usłyszał szept, a za nim modlitwę jakiegoś pijaka. Powinien był zbadać źródło, lecz zwyciężył ludzki strach o własną skórę. John pognał przed siebie do domu.

Gdy już kładł się do łóżka, do żony, stwierdził, że coś jest nie tak z jego posłaniem. Przez moment widział przed sobą stojącego w cieniu człowieka – owego wynalazcę z furmanką. John zadrżał. W oczach tegoż ujrzał ciemność własnej duszy. Duszy skażonej chorobą jego ojca, który tak bardzo skrzywdził mu matkę...

Następnego dnia, gdy Emily się zbudziła, spostrzegła, że John gdzieś pognał. Może na spacer, bo dziś nie pracował.

Przy śniadaniu czytała gazetę, a on ciągle nie wracał. Denerwowała się, ale do południa czekała cierpliwie. Co raz patrzyła na wiszący zegar jak odmierza kolejne godziny. A Johna jak nie było, tak nie było. Zaczynała chodzić nerwowo po salonie, spoglądając jak nie na zegar, to za okno. Raz jej twarz rozjaśniła się uśmiechem, gdy na podjeździe pojawiła się sylwetka mężczyzny. Ale to nie John. Tylko listonosz.

Potem wykonała kilka telefonów. A to do jednego znajomego, a to do drugiego. Nawet do takich osób, których nie odwiedzali często. Gdy i one nic nie pomogły, z ciężkim sercem zadzwoniła na policję, oznajmiając łamiącym się głosem, że jej mąż zaginął. Może robi z siebie idiotkę, ale czuła, że stało się coś niezwykłego. Zapłakała.

Razem z policjantem Jasonem Jonesem – młodym, niedoświadczonym jeszcze adeptem przyjechał nieznany Emily facet. Przedstawił się uprzejmie. Nazywał się McCarthy, Jason McCarthy. Był detektywem wynajętym jakiś czas temu przez inną kobietę, której zaginęło dziecko. Córeczka.

McCarthy wyglądał zwyczajnie z długim prochowcem i miłym wyrazem twarzy. Wyjaśnił, iż dwie sprawy mogą mieć wspólny mianownik. Na pytanie Emily jaki, detektyw uśmiechnął się i odrzekł, że to tylko być może wymysł, ale podejrzany jest w tym miasteczku, a był nim ów wynalazca z furmanki. Kobieta, która go wynajęła, też coś wspominała o obcym, który wzbudził ciekawość u dzieci, w tym jej córeczki. Detektyw poprosił, by Emily była spokojna i niepotrzebnie się nie zamartwiała, bo przecież nikt nie postawił krzyżyka na ciele jej zaginionego męża.

Po wszystkim wyszedł z młodym policjantem i zniknął za horyzontem jak duch. Biedna Emily, choć pełna nadziei na sukces śledztwa, miała pewne wątpliwości, więc zapłakała raz jeszcze i pomodliła się o sukces detektywa.

Przy śmietniku przystanął chłopczyk. Ujrzał psa, a raczej jego szczątki, rozszarpane truchło, na którym już gromadziły się muszki. Chłopczyk uciekł z obrzydzeniem z miejsca kaźni. Opowiedział w szkole najlepszemu koledze o tym wydarzeniu, jąkając się niemiłosiernie.

Godzinę potem detektyw McCarthy obszedł ciało zwierzęcia z miną wyrażającą smutek. Niedaleko stąd spostrzegł szkołę, a dalej szpital, gdzie mieścił się także oddział zamknięty. Tam przebywał nieznajomy wynalazca. McCarthy poznał w tym czasie kilka miejsc, w tym miłą knajpkę na obrzeżach, spokojny park, zatłoczoną drogerię, ciekawy kościół, liczne domki, gdzie mieszkali tutejsi obywatele, zadbany plac zabaw, parę urzędów, liczne sklepiki, ale nie miał czasu na dokładne poznanie tych miejsc. Był tutaj służbowo i należało działać niezwłocznie.

Kobieta, której córka zaginęła, błagała niebiosa, by dziecko jej zwróciły. McCarthy wolał tego nie czynić. Wszak z niebiosami i siłami nadprzyrodzonymi wolał nie zadzierać. Analiza i skrupulatne dochodzenie – tego należało się trzymać.

Przesłuchiwany godzinę potem obcy bez imienia nie potrafił oczywiście współpracować. Diabeł jednak tkwił w szczegółach: wynalazkach. Od fachowców, którzy zbadali gadżety znalezione w furmance, dowiedział się wszystkiego. Ocenili, że są niegroźne, ale ich sposób działania wykracza poza ich pojmowanie. McCarthy widział tu sprzeczność: skoro wykracza poza zrozumienie, skąd pomysł, że są niegroźne? Ach ci naukowcy!

Ponowna próba dotarcia do umysłu podejrzanego nie przyniosła kokosów. Nieznajomy bredził coś o teorii czasu i przeszłości nakładającej się na teraźniejszość, przyszłości pożerającej przeszłość, czy coś w tym guście. Rozmawiając z lekarzem dowiedział się oczywistości: że pacjent cierpi na ciężką schizofrenię i wymaga leczenia. Co za banał!

McCarthy utknął w martwym punkcie, ale po przemyśleniu skupił się na plotkach. Często ludzie gadali o jakimś Dziadzie z lasu czy o zabijanych zwierzętach. Tutaj nadstawił uszu. Otóż mijał właśnie rozszarpanego psa. Przypadek?

Gdzieś tak przy południu zgłoszono kolejne zaginięcie. Tym razem to dwóch miejskich pijaczków i żona zaginionego. Facet wyszedł jak co dzień z kumplami na popijawę i nie wrócił. Nazywał się Scott Derrickson, lat trzydzieści siedem. McCarthy nie zawracałby sobie tym głowy, gdyby nie jego sprawa. Może to kolejny przypadek, ale robiło się ciekawie.

Razem z młodym Jasonem Jonesem, policjantem, i tymiż opojami – Fredem i Barney’em – dotarli na miejsce gdzie, być może, widzieli ostatni raz kompana. Był to gaik na skraju miasta. Dotarli leśnym duktem do mostku pod którym przepływała niewielka rzeczka. McCarthy wolał nie myśleć o tym, co niespodziewanie podpowiedziała mu wyobraźnia: panowie spili się jak bele i jeden wpadł do wody, gdy tamci śpiewali wesołe, pijackie melodie. Ale nie uprzedzajmy faktów – zganił się detektyw.