Skrawek mego serca - Peter Robinson - ebook + audiobook
Opis

"Jest rok 1969. W Wielkiej Brytanii szaleje rock’n’roll, a po całym kraju krążą narkotyki oraz miłujący pokój hipisi. Tuż  po zakończeniu jednego z rockowych festiwali policja odnajduje śpiwór, w którym spoczywa ciało młodej kobiety, porzuconej pośród pofestiwalowego bałaganu. Aby rozwiązać zagadkę tej śmierci, inspektor Stanley Chadwick musi wbrew swoim uprzedzeniom nawiązać kontakt z przedstawicielami subkultury, której z całego serca nie znosi. Ślady prowadzą do członków kontrowersyjnego zespołu Mad Hatters. 30 lat później inspektor Banks otrzymuje wezwanie na scenę zbrodni i rozpoczyna śledztwo w sprawie zamordowania dziennikarza piszącego dla MOJO artykuł na temat kariery Mad Hatters. Wraz z inspektor Cabbot odkrywają, że zamordowany dziennikarz odkrył jakąś mroczna tajemnicę tkwiąca w przeszłości zespołu, powodując tym samym spore zamieszanie. Kiedy dwójka policjantów zaczyna coraz mocniej interesować się fenomenem Mad Hattersów, bardzo szybko dochodzą do wniosku, że ich pokolenie, głoszące wolną miłość obrało bardzo niebezpieczną ścieżkę."

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 587

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 0 min

Lektor: Wojciech Żołądkowicz

Popularność


Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

PIECE OF MY HEART

Copyright © 2006 by Eastvale Enterpriss INC

Copyright © 2010 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2010 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt okładki: Wydawnictwo Sonia Draga

Zdjęcie na okładce: CORBIS

Zdjęcie autora: © Biserka Livaja

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Wioletta Bagnicka, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-7508-568-6

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

E-wydanie 2012.

Konwersja do formatu EPUB: iFormat

DEDYKACJA

Dla Sheili

MOTTO

Wyobraźnia pozbawiona rozsądku rodzi niemożliwe potwory, zjednoczona z nim jest matką sztuki i źródłem jej cudów.

Francisco Goya, 1799 r.

Droga przesady prowadzi do pałacu mądrości.

William Blake,

Zaślubiny Nieba i Piekła, 1790-1793

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 1

Poniedziałek 8 września 1969 r.

Przypadkowy obserwator podziwiający widoki rozciągające się u stóp Brimleigh Beacon mógłby pomyśleć tego poniedziałkowego poranka, że ma przed sobą krajobraz po bitwie. Blade słońce unosiło kłęby mgły znad ziemi wilgotnej po gwałtownym nocnym deszczu. Tumany wirowały ponad polem pokrytym dziesiątkami znieruchomiałych kształtów, mieszając się gdzieniegdzie z ciemniejszymi kłębami dymu znad dopalających się ognisk. Ludzie-hieny krążyli po tym pobojowisku — zdawało się, że zbierają porzuconą broń i schylają się od czasu do czasu, aby wygarnąć jakiś wartościowy przedmiot z kieszeni nieboszczyka. Inni zasypywali olbrzymie otwarte grobowce łopatami ziemi lub gaszonego wapna. Delikatne podmuchy wiatru niosły ze sobą woń gnijącego mięsa.

Wokół panował przeraźliwy bezruch.

Jednak przebywający tam Dave Sampson wcale tego tak nie odbierał, widział jedynie teren, na którym odbyło się pokojowe zgromadzenie. Było zaledwie parę minut po ósmej rano, a on, podobnie jak inni wokół niego, przez pół nocy był na nogach — słuchał Pink Floydów, Fleetwood Mac i Led Zeppelin. Teraz, kiedy niemal wszyscy wrócili już do domów, Dave przemieszczał się pomiędzy znieruchomiałymi kształtami, stertami śmieci pozostawionymi przez bawiące się hordy i pomagał sprzątać teren po zakończeniu pierwszego w dziejach festiwalu w Brimleigh. Tym się właśnie teraz zajmował.

Czuł ból w zgiętych plecach i szczypanie zmęczonych oczu, gdy przegrzebywał się przez warstwy błota, zbierając kolejne odpadki. Kiedy tak wrzucał do plastikowego worka celofanowe opakowania i nadgryzione batoniki, w jego umyśle wciąż rozbrzmiewały niesamowite dźwięki gitary, po strunach której Jimmy Page pociągał smyczkiem.

Wokół resztek kanapek i na wpół opróżnionych puszek po fasolce kłębiły się roje pszczół i innych owadów. Nad odchodami bzyczały stada much, a osy krążyły wokół szyjek porzuconych butelek. Dave musiał czasem naprawdę ostro się nagimnastykować, żeby uniknąć użądlenia. Aż trudno było uwierzyć, co ludzie po sobie zostawili. Oczywiście spodziewał się pustych opakowań po jedzeniu, przemoczonych gazet i czasopism, zużytych prezerwatyw i tamponów, petów, majtek, puszek po piwie i karaluchów, ale o czym myślał na przykład ten człowiek, który porzucił maszynę do pisania firmy Underwood? Albo ten od drewnianej kuli? Czyżby jakiś kaleka został niespodziewanie uzdrowiony przez muzykę i pobiegł, zostawiając ją tam, gdzie wydarzył się ten cud?

Były też inne rzeczy, takie, nad którymi lepiej się nie zastanawiać. Prowizoryczne toalety ustawione bezpośrednio nad otwartym szambem nie wyglądały zachęcająco, podobnie jak cała okolica, więc biorąc także pod uwagę niekończące się kolejki, spora grupa desperatów starała się znaleźć gdzie indziej jakiś ustronny zakątek. Dave rzucił okiem na wypełnione nieczystościami doły i poczuł ogromną radość, że to nie jego wyznaczono do ich zasypywania.

Jego uwagę przyciągnął porzucony śpiwór, leżący w dosyć odludnym punkcie na południowej krawędzi terenu, gdzie rozpoczynał się niewielki pagórek prowadzący na obrzeża lasu Brimleigh. Im bliżej podchodził, tym bardziej mu się zdawało, że ktoś w nim leży. Czyżby ktoś całkiem odleciał, a może po prostu zaspał? Dave spodziewał się, że raczej chodziło o narkotyki. Namiot medyczny przez całą noc pracował pełną parą, przyjmując ludzi, którym źle wszedł kwas — wśród tłumu kursowały takie ilości środków uspokajających i haszu doprawionego opium, że mogłyby powalić całą armię.

Delikatnie trącił śpiwór nogą. Wydał mu się ciężki i miękki. Szturchnął go ponownie, tym razem mocniej. Wciąż nic. Był niemal pewien, że coś jest w środku. Wreszcie schylił się i pociągnął za zamek, a kiedy zobaczył wnętrze śpiwora, stwierdził, że lepiej było tego nie robić.

Poniedziałek 8 września 1969 r.

Tuż przed ósmą w poniedziałkowy poranek inspektor Stanley Chadwick zasiadł za swoim biurkiem w Brotherton House z poważnym postanowieniem rozprawienia się z kupą papierzysk, które zgromadziły się w czasie jego dorocznego dwutygodniowego urlopu pod koniec sierpnia. Kemping z Janet i Yvonne w Primrose Valley przez chwilę był nawet całkiem przyjemny, jednak Yvonne szybko stała się niespokojna, tak jak to potrafią tylko szesnastolatki na wczasach z rodzicami. Kiedy nie było ich w Leeds, przestępstwa wcale nie zniknęły. Najwyraźniej papierkowa robota również nie.

To był udany weekend. Yorkshire pokonało Derbyshire w pucharowych finałach. Jeśli w dodatku Leeds United, kończące sezon z tytułem ligowego mistrza, nie zdoła u siebie wygrać z Manchesterem United, to może przynajmniej zremisuje 2:2 i Billy Bremner strzeli bramkę.

Dobre samopoczucie inspektora zakłócał jedynie fakt, że Yvonne całą noc z niedzieli na poniedziałek spędziła poza domem i nie był to jej pierwszy raz. Chadwick był już całkowicie rozbudzony, gdy około wpół do siódmej usłyszał, że córka wraca do domu. To była pora, o której powinien wstać i zacząć zbierać się do pracy. Yvonne poszła prosto do swojego pokoju — usłyszał trzaśnięcie drzwi — musiał więc przełożyć nieuniknioną konfrontację na później, a teraz go to męczyło. Nie miał pojęcia, co się działo z jego córką, czym się tak właściwie zajmowała, ale cokolwiek to było, budziło w nim autentyczne przerażenie. Wyglądało na to, że młodzi ludzie z roku na rok stają się coraz dziwniejsi, a on nie potrafi już nawiązać z nimi żadnego kontaktu. Odnosił wrażenie, że większość z nich to przedstawiciele obcego gatunku. Zwłaszcza jego własna córka.

Próbując odsunąć od siebie to zmartwienie, spojrzał na leżące przed nim raporty: problemy z dzikimi lokatorami w biurowcu w centrum Leeds; wielka obława na dilerów narkotyków w Chapeltown; kobieta zaatakowana kamieniem w skarpetce w Bradford. Zauważył, że do tego ostatniego zdarzenia doszło na Manningham Lane, a wszyscy przecież wiedzieli, jakie kobiety krążą w pobliżu tej ulicy. Co oczywiście nie zmieniało faktu, że nawet takie głupie krowy nie zasługiwały na tego rodzaju traktowanie. Przy samej granicy okręgu, w North Riding, dobiegł końca Brimleigh Festival, podczas którego, jak można się było spodziewać, doszło do kilku aresztowań za pijaństwo i handel narkotykami oraz niewielkiej przepychanki ze skinheadami próbującymi sforsować ogrodzenie.

Koło wpół do dziewiątej Chadwick sięgnął po następną teczkę i właśnie ją otwierał, gdy w drzwiach stanęła Karen, informując, że nadinspektor McCullen prosi go do swojego biura. Chadwick odłożył dokumenty. Skoro wzywał go McCullen, musiał mieć ważną sprawę. O cokolwiek zresztą chodziło, na pewno było to ciekawsze niż papierkowa robota.

McCullen siedział w swoim przestronnym biurze, podziwiając widoki i wypuszczając kłęby dymu z fajki. Z usytuowanego na zachodnim krańcu miasta, w sąsiedztwie uniwersytetu i budynków szpitala, Brotherton House rozciągał się widok na nową obwodnicę prowadzącą w stronę Park Lane College. Wszystkie fabryki i stare młyny, poczerniałe od ponadstulet niego smogu, zostały w ciągu ostatnich dwóch, trzech lat całkowicie wyburzone i wyglądało na to, że na wiktoriańskich gruzach rodzi się całkiem nowe miasto: Międzynarodowy Basen Pływacki, Leeds Playhouse, Politechnika oraz nowy budynek poczty okręgu Yorkshire. W niebo strzelały smukłe sylwetki żurawi, a powietrze wypełniał jazgot młotów pneumatycznych. Chadwick nie wiedział, czy wyobraźnia nie płata mu figla, ale wydawało mu się, że gdziekolwiek patrzy, widzi plac budowy.

Nie był też do końca przekonany, czy przyszłość będzie lepsza od przeszłości, podobnie jak nie wiedział, czy powstający właśnie nowy porządek będzie lepszy od starego. Większość nowych budynków stanowiły sterylne wieżowce ze szkła i betonu — pośród nich wznoszono całe rzędy domów komunalnych z czerwonej cegły. Ich wiktoriańskie poprzedniki, jak zaprojektowany przez Benjamina Gotta Bean Ing Mills, sprawiały wrażenie nieco ponurych i niezbyt stabilnych, ale miały przynajmniej jakiś charakter. Może jednak tęsknota za dawną architekturą była tym samym, co obawy przed dzisiejszą młodzieżą? Chadwick uznał, że mając czterdzieści osiem lat jest jeszcze na to stanowczo zbyt młody. Postanowił być bardziej tolerancyjny wobec hipisów i architektów.

— Usiądź, Stan — McCullen wskazał dłonią krzesło po drugiej stronie biurka. Był to twardy, żylasty mężczyzna, jeden z weteranów, błyskawicznie zbliżający się do emerytury. Siwe włosy obcięte po żołniersku, ostre, kanciaste rysy twarzy i przerażające błyski w zmrużonych oczach. Ludzie twierdzili, że zupełnie nie ma poczucia humoru, Chadwick sądził jednak, że jest ono tak mroczne i tak głęboko ukryte, że nikt nie potrafi go rozpoznać. W czasie wojny McCullen służył w oddziałach specjalnych; Chadwick wiele razy miał okazję widzieć go w akcji. Lubił myśleć, że wytworzyło to między nimi jakąś więź, że mieli ze sobą coś wspólnego, o czym nigdy nie rozmawiali. Łączyło ich również szkockie pochodzenie. Matka Chadwicka była Szkotką, a jego ojciec pracował w dokach Clydebank. Sam Chadwick dorastał w Glasgow, do Yorkshire dotarł dopiero po wojnie.

Usiadł.

— Nie będę owijał w bawełnę — rozpoczął McCullen, wytrząsając do szklanej popielniczki popiół z fajki. — W Brimleigh Glen, tam gdzie skończył się ten weekendowy festiwal, znaleziono zwłoki. Na razie nie znam zbyt wielu szczegółów, raporty dotarły dopiero minutę temu. Wiemy jedynie, że ofiarą jest jakaś dziewczyna.

— Wydawało mi się, że Brimleigh należy do North Riding — zauważył Chadwick, czując nagły chłód w żołądku.

— I tak jest, jeśli mamy być dokładni — zgodził się McCullen, wypuszczając kłęby aromatycznego błękitnego dymu ze świeżo nabitej fajki. — Tuż za granicą naszego okręgu. Tyle że tam pracują sami wsiowi gliniarze. Niezbyt często mają do czynienia z takimi sprawami, najwyżej z tym, że ktoś od czasu do czasu przeleci owcę. Na pewno nie mają tam nikogo, kto mógłby poprowadzić takie śledztwo, zwłaszcza biorąc pod uwagę ilość osób, które przyjechały na festiwal, i dlatego właśnie proszą nas o pomoc. Pomyślałem, że w związku z twoimi ostatnimi sukcesami...

— Miejscowym to się nie spodoba — przerwał mu Chadwick. — Może nie zareagują tak, jak na Scotland Yard tratujący nasze prowincjonalne nagniotki, ale...

— Wszystko już ustalone — oznajmił McCullen, odwracając wzrok w stronę okna. — Pracuje nad tym lokalny detektyw, sierżant Keith Enderby. Razem się tym zajmiecie. Czeka na ciebie tam, gdzie znaleziono zwłoki. — Spojrzał na zegarek. — Lepiej się zbieraj, Stan. Bradley podrzuci cię radiowozem. Za chwilę dojadą tam lekarze i będą chcieli zawieźć ciało do kostnicy na autopsję.

Chadwick wiedział, że powinien już wyjść. Wystarczyło, że w ciągu roku poradził sobie z dwoma śledztwami w sprawie morderstwa i już zwalali na niego takie dochodzenia.

Cholerni hipisi. Nagle robota papierkowa nie była już taka zła. Tolerancja, powtórzył w myślach, wstając z krzesła i kierując się do drzwi.

Poniedziałek 8 września 1969 r.

Ciało leżało w takim miejscu, że nie dało się do niego podejść bez uwalania butów błotem. Widząc, jak starannie wypastowane buty i nogawki garniturowych spodni pokrywają się brunatną mazią, Chadwick stłumił wulgarne przekleństwo. Gdyby pełnił służbę na wsi, na pewno woziłby w radiowozie parę gumowców, jednak pracując na ulicach Leeds, raczej nie spodziewał się błocka. Bradley również nie był zachwycony.

Brimleigh Glen wyglądał jak ogromny grot strzały. Naturalny amfiteatr zajmował obszar pomiędzy niskimi wzgórzami na wschodzie i północy a lasem Brimleigh rozciągającym się na zachodzie i południu. Był to popularny teren piknikowy i miejsce, w którym organizowano koncerty orkiestr dętych. Choć oczywiście nie w ten weekend. Na zachodnim krańcu pola wzniesiono scenę przylegającą do lasu — w czasie koncertu publiczność zajęła nawet wzgórza po wschodniej i północnej stronie, choć wydawało się, że stamtąd widzowie mogli dostrzec tylko ruchome kropki.

Jakieś sto metrów od sceny, tuż przy lesie porastającym południową krawędź terenu leżało, ciało. Otaczała je niewielka grupka ludzi. Kiedy Chadwick i Bradley się do niej zbliżyli, w ich stronę odwrócił się jakiś długowłosy mężczyzna w afgańskiej opończy i z zaskakującą u kogoś, kto miał być wcieleniem miłości i pokoju, agresją zapytał:

— Kim, do cholery, jesteście?

Chadwick z wyrazem zaskoczenia na twarzy rozejrzał się wokół, wreszcie wskazał palcem na siebie i zapytał:

— Kto, ja?

— Tak, ty.

W tym momencie podszedł do nich wyraźnie zakłopotany młody chłopak.

— Podejrzewam, że to pan jest tym inspektorem z Leeds. Mam rację?

Chadwick skinął głową.

— Miło pana poznać. Jestem sierżant Enderby z policji okręgu North Yorkshire. To jest Rick Hayes, organizator festiwalu.

— Musiał pan przez całą noc być na nogach — zauważył Chadwick. — Myślałem, że od dawna będzie się pan wygrzewał w pierzynach.

— Wciąż trzeba dopatrzyć wielu rzeczy — odparł Hayes, wskazując ręką teren za swoimi plecami. — Choćby te rusztowania. Wypożyczyłem je i wszystkie muszą zostać policzone. Tak przy okazji, to strasznie mi przykro. — Skierował wzrok na śpiwór. — To wszystko jest bardzo denerwujące.

— Zapewne — zgodził się Chadwick, ruszając przed siebie. Oprócz niego i Bradleya kręciły się tu jeszcze cztery osoby, w tym tylko jeden umundurowany policjant — wszyscy stali zdecydowanie zbyt blisko zwłok. W dodatku mieli na sobie hipisowskie wdzianka. Nawet włosy sierżanta Enderby’ego niebezpiecznie zbliżały się do kołnierzyka jego koszuli, a okalające jego twarz bokobrody domagały się przycięcia. Czarne buty, które nosił, wyglądały na brudne, jeszcze zanim wdepnął w błoto.

— Pan jest tym funkcjonariuszem, który pierwszy dotarł na miejsce? — Chadwick spojrzał na młodego posterunkowego, próbując równocześnie nieco odsunąć pozostałych i oczyścić przestrzeń wokół śpiwora.

— Tak jest. Posterunkowy Jacobs. Byłem na patrolu, gdy nadeszło zgłoszenie.

— Kto to zgłosił?

Od grupki odłączył się jeden z mężczyzn.

— To ja, proszę pana. Steve Naylor. Pracowałem przy rusztowaniach, kiedy Dave mnie zawołał. Po drugiej stronie wzgórza przy drodze jest budka telefoniczna.

— To ty znalazłeś ciało? — Chadwick spojrzał na Dave’a Sampsona.

— Tak.

Twarz chłopaka była blada — nic dziwnego w tych okolicznościach. W czasie wojny i osiemnastu lat pracy w policji Chadwick przyzwyczaił się do widoku ofiar gwałtownej śmierci, nigdy jednak nie zapomniał, jak to działa na kogoś, kto styka się z tym po raz pierwszy. Rozejrzał się nagle wokół siebie.

— Czy jest jakaś szansa, żeby ktoś nastawił wodę na herbatę? — zapytał.

Przez chwilę wszyscy patrzyli na niego w osłupieniu, aż wreszcie odezwał się Naylor, jeden z robotników:

— Mamy tu gdzieś kuchenkę gazową i czajnik. Zobaczę, co się da zrobić.

— Będę wdzięczny.

Naylor ruszył w kierunku sceny. Chadwick odwrócił się do Sampsona.

— Dotykałeś tu czegoś?

— Tylko zamka. To znaczy, nie spodziewałem się... myślałem, że...

— Co sobie pomyślałeś?

— Myślałem, że ktoś w nim leży. Że zasnął albo...

— Narkotyki?

— Tak.

— A co zrobiłeś, gdy już otworzyłeś śpiwór i zobaczyłeś, co jest w środku?

— Natychmiast zawołałem obsługę sceny.

Chadwick przyjrzał się kałuży wymiocin, jakiś metr od ciała.

— Zrobiłeś to po tym, jak cię zemdliło, czy wcześniej? — zapytał.

— Później — Sampson z trudem przełknął ślinę.

— Dotykałeś ciała?

— Nie.

— Dobrze. Sierżant Enderby spisze teraz twoje zeznanie. Pewnie jeszcze będziemy chcieli z tobą porozmawiać, więc nie odchodź daleko.

Chłopak skinął głową.

Trzymając ręce w kieszeniach, tak by przypadkowo niczego nie dotknąć, Chadwick przykucnął przy niebieskim śpiworze. Widać było jedynie górną połowę ciała dziewczyny, ale to wystarczyło w zupełności. Miała na sobie szarobiałą sukienkę z okrągłym dekoltem. Pod jej lewą piersią rozlewała się krwawa plama — najprawdopodobniej ktoś dźgnął ją nożem. Sukienka podwinęła się wokół talii dziewczyny, tak jakby nie zdążyła jej poprawić po wsunięciu się do śpiwora albo jakby została na nią naciągnięta dopiero po tym, jak ktoś ją zabił. Chadwickowi przyszło również do głowy, że sukienka mogła zostać podwinięta w innych okolicznościach, jeśli dziewczyna dzieliła śpiwór z jakimś chłopakiem, wolał jednak poczekać na opinię patologa.

To była bardzo ładna dziewczyna, o długich blond włosach, okrągłej twarzy i pełnych ustach. Sprawiała wrażenie całkowicie niewinnej, zupełnie inaczej niż Yvonne, o czym pomyślał z nagłym dreszczem, przypominając sobie, że córka również nie wróciła zeszłej nocy. W końcu jednak przyszła. A ta dziewczyna nie. Mogła być starsza od Yvonne o rok albo dwa lata. Cień do powiek umiejętnie podkreślał kolor jej wielkich niebieskich oczu. Makijaż bardzo wyraźnie odcinał się od pobladłej skóry. Szyję dziewczyny ozdabiał naszyjnik z tanich kolorowych paciorków; na prawym policzku ktoś namalował jej bławatka.

Tylko tyle mógł zrobić do przyjazdu patologa, a ten — jak powiedział McCullen — miał się zjawić lada chwila. Wyprostował się i zlustrował uważnie najbliższą okolicę. Nie dostrzegł niczego poza śmieciami: opakowania po batonikach KitKat, przemoknięty numer „International Timesa”, puste opakowanie po tytoniu Old Holborn, pomarańczowe opakowanie po papierosowych bibułkach firmy Rizla. To wszystko należało oczywiście spakować i potem dokładnie zbadać. Pociągnął nosem, wąchając powietrze — wilgotne, ale ciepłe, jak na tę porę roku — i spojrzał na zegarek. Wpół do dwunastej. Zapowiadał się kolejny ładny, długi dzień. Popatrzył na grupkę przy zwłokach.

— Ktoś ją może rozpoznaje? — zapytał. Seria przeczących kręceń głowami. Chadwick zauważył jednak, że w zachowaniu Hayesa jest jakaś niepewność. — Panie Hayes?

— Nie — odparł mężczyzna. — Nigdy wcześniej jej nie widziałem.

Inspektor pomyślał, że Hayes kłamie, ale zachował to dla siebie. Spojrzał w stronę sceny, gdzie dostrzegł jakiś ruch, i zobaczył Naylora zmierzającego w jego stronę z tacką oraz idącego tuż za nim szykownie ubranego mężczyznę, wyglądającego na równie uszczęśliwionego koniecznością przedzierania się przez błotniste pole jak on sam parę minut wcześniej. Mężczyzna niósł ze sobą czarną torbę. Wreszcie zjawił się patolog.

Październik 2005 r.

Inspektor Alan Banks nacisnął przycisk odtwarzania i ułamek sekundy później w całym pokoju rozbrzmiały wspaniałe dźwięki Breathe Pink Floydów z albumu Dark Side of the Moon. Wciąż jeszcze nie rozstawił swojego nowego sprzętu tak, jak powinien, ale powoli zaczynał się już orientować we wszystkich jego funkcjach. Po swoim bracie Royu odziedziczył ten właśnie olśniewający sprzęt grający razem z odtwarzaczem DVD, 42-calowy telewizor plazmowy, iPoda mieszczącego 40 GB muzyki i porsche 911. Londyński dom dostali rodzice, którzy mieli swoje przyzwyczajenia i nie potrzebowali ani porsche, ani telewizora. Samochód nie postałby nawet pięciu minut przed ich kamienicą w Peterborough, a duży ekran nie zmieściłby się w ich mieszkaniu. Sprzedali dom Roya, co tak właściwie ustawiło ich do końca życia, a rzeczy, których nie potrzebowali, przekazali Banksowi.

Co do iPoda, to ojciec Banksa tylko rzucił na niego okiem i omal nie wyrzucił go do kosza. Banks nie rozstawał się z nim, od kiedy go uratował, nosił go wciąż przy sobie, razem z portfelem i telefonem. Nauczył się jego obsługi, dokupił ładowarkę i niezbędne kable, łącznie z tym, który pozwalał podłączyć urządzenie do samochodowego odtwarzacza, i chociaż zachował na nim większość nagrań swojego brata, to zdołał zwolnić sporo miejsca, kasując piętnastogodzinny Pierścień Nibelungów, co wystarczyło aż nadto, by pomieścić jego własną niewielką kolekcję muzyki.

Poszedł do kuchni przygotować obiad. Co prawda musiał tylko wyjąć danie z opakowania i włożyć razem z tacką do mikrofalówki, ale i tak bał się, że może je przypalić. Tego piątkowego wieczoru spodziewał się wizyty Annie Cabbot. Ich przyjacielskie spotkanie miało być swego rodzaju parapetówką — Banks dość niechętnie używał tego określenia. Wrócił do odbudowanego domu przed niecałym miesiącem, a to była pierwsza wizyta Annie.

Za oknem rozszalała się październikowa noc. Doskonale słyszał wycie i zawodzenie wiatru, widział mroczne cienie gałęzi, chwiejących się i uderzających o szyby w kuchni. Miał nadzieję, że Annie dotrze bez problemów, że nie przeszkodzą jej powalone drzewa. Jeśli będzie chciała zostać na noc, to ma jedno wolne łóżko, ale nie podejrzewał, żeby do tego doszło. Zbyt wiele razem przeszli, by czuć się komfortowo w takiej sytuacji, choć ostatniego lata kilka razy przychodziło mu na myśl, że zepchnięcie wszystkiego gdzieś na bok nie powinno wymagać zbyt wiele wysiłku. Ostatecznie uznał, że lepiej w ogóle o tym nie myśleć.

Nalał sobie kilka ostatnich kropel Amarone. Rodzice przekazali mu również piwniczkę win odziedziczoną po Royu. Arthur Banks twierdził, że białe wino jest dla panienek, a czerwone zalatuje octem. Matka wolała sherry. Ich strata. Póki starczy zapasów, Banks zamierzał się cieszyć jednorocznym bordeaux i sauternesem, czerwonymi i białymi burgundami z najlepszych winnic, Chianti Classico, Barolo i Amarone. Gdy już wszystko wypije, wróci oczywiście do chilijskich i wytrawnych australijskich win kupowanych na skrzynki.

Za każdym razem gdy sięgał po nową butelkę, zaczynał tęsknić za Royem, co było o tyle dziwne, że nigdy nie byli ze sobą blisko. Banksa męczyła myśl, że swojego brata poznał dopiero po jego śmierci. Musiał się jakoś nauczyć z tym żyć. Zresztą wszystkie te rzeczy — telewizor, sprzęt audio, samochód, płyty — wciąż zmuszały go do myślenia o nim.

Dzwonek u drzwi przedarł się przez dźwięki Us and Them. Wpół do ósmej, Annie zjawiła się punktualnie. Otworzył drzwi, kuląc się pod naporem wiatru, który omal nie rzucił jej w jego ramiona. Cofnęła się odrobinę ze śmiechem. Podczas gdy Banks zamykał drzwi, próbowała trochę poprawić włosy — krótki spacer od samochodu do wejścia spowodował, że miała na głowie koszmarny nieład.

— Niezła pogoda — powitał ją Banks. — Mam nadzieję, że dojechałaś bez problemów?

— Dałam sobie radę — uśmiechnęła się, wręczając mu butelkę wina — chilijski merlot z Tesco — i sięgnęła po szczotkę. Zaczęła chodzić po pokoju, z zaciętością rozczesując włosy. — Wygląda inaczej niż się spodziewałam — zauważyła. — Całkiem przytulnie. Widzę, że w końcu jednak się zdecydowałeś na to ciemne drewno.

Drewno na blat biurka było jedną z rzeczy, które omawiali, i to właśnie Annie doradziła mu ciemny gatunek zamiast jasnej sosny. W pokoju niegdyś służącym Banksowi za salon powstał niewielki gabinet z regałami pełnymi książek, laptopem położonym na kopii georgiańskiego sekretarzyka pod oknem i wygodnymi skórzanymi fotelami ustawionymi przy kominku. Idealnymi do czytania. Drzwi przy kominku prowadziły do pokoju ciągnącego się przez cały dom — w nim Banks zainstalował swój nowy sprzęt grający. Annie przespacerowała się po nim, wyraziła swój zachwyt, ale nie zdołała się powstrzymać przed wypowiedzeniem uwagi, że pomieszczenie kojarzy się jej z samczą norą.

Na frontowej ścianie wisiał telewizor, a wokół miękkiej pluszowej sofy i foteli Banks rozstawił kolumny głośnikowe. Boczne ściany zasłaniały regały wypełnione płytami CD i DVD, w większości należącymi do Roya — tylko kilka z nich kupił Banks w czasie ostatnich paru miesięcy. Przez przeszklone drzwi z tyłu wchodziło się na werandę.

Następnie przeszli do całkowicie przebudowanej kuchni. Banks starał się jak najdokładniej odtworzyć jej oryginalny wygląd, łącznie z sosnowymi szafkami, miedzianymi garnkami wiszącymi na hakach i kącikiem śniadaniowym z ławą i stołem z takiego samego drewna jak szafki. Udało mu się też chyba już na dobre usunąć z niej to dziwaczne poczucie czyjejś obecności, które zawsze w niej odczuwał. Teraz była to po prostu kuchnia, tyle że ładna. Dom zaprojektowano tak, że weranda zajmowała całą tylną ścianę domu — również z kuchni prowadziły na nią drzwi.

— Robi wrażenie — przyznała Annie. — To porsche na zewnątrz również. Nie będziesz się mógł opędzić od lasek.

— Istnieje taka szansa — odparł. — Choć zastanawiam się nad sprzedaniem tego samochodu.

— Dlaczego?

— Dziwnie się czuję z tymi wszystkimi rzeczami Roya dokoła. Wiesz, telewizor, filmy, płyty, w porządku, nie są aż tak osobiste, ale samochód... Nie wiem. Roy kochał ten wózek.

— Spróbuj. Może też go pokochasz.

— Już wystarczająco go polubiłem. Chodzi o to... a zresztą, nieważne.

— Coś tu ładnie pachnie. Co mamy na kolację?

— Befsztyk i Yorkshire pudding.

Annie zmierzyła go spojrzeniem.

— Wegetariańskie lasagne — przyznał wreszcie. — Najlepsze, od Marks & Spencer.

— Brzmi nieźle.

Annie usiadła na ławie i zabrała się za otwieranie wina, a Banks przygotował prostą sałatkę z winegretem. Płyta Pink Floyd się skończyła, więc poszedł nastawić jakieś kwintety Mozarta. W kuchni również zainstalował głośniki — całkiem nieźle brzmiały. Kiedy wszystko było gotowe, Banks podał jedzenie. Usiedli po przeciwległych stronach stołu. Musiał przyznać, że Annie świetnie wygląda. Jej kasztanowe włosy opadały na ramiona w lekkim nieładzie, to jednak tylko zwiększało jego fascynację. Co do reszty — jej ubiór był całkiem zwyczajny: odrobina makijażu, lekki lniany żakiet, zielona koszulka i dopasowane dżinsy, naszyjnik z paciorków i kilka cienkich bransoletek, pobrzękujących, gdy ruszała ręką.

Ledwie zaczęli jeść, zadzwonił telefon. Banks wymamrotał przeprosiny i poszedł odebrać.

— To pan, szefie? — Usłyszał głos posterunkowej Winsome Jackman.

— Tak, Winsome — westchnął. — Lepiej żeby to było coś ważnego. Zmarnowałem cały dzień przy garach.

— Proszę?

— Nieważne. Mów.

— Mamy zabójstwo, szefie.

— Jesteś pewna?

— Nie zabierałabym panu czasu, gdyby było inaczej — oburzyła się Winsome. — Właśnie jestem na miejscu. Moorview Cottage w Fordham, niedaleko Lyndgarth. Stoję jakieś dwa metry od ciała z rozwaloną czaszką. Wygląda na to, że ktoś przywalił w nią pogrzebaczem. Kev również tu jest i może potwierdzić. Przepraszam, sierżant Templeton. Dostaliśmy wezwanie od miejscowego krawężnika.

Banks wiedział, gdzie jest Fordham. Niewielka osada z kilkoma domkami, knajpą i kościołem.

— Jezu — jęknął. — Dobra, pojawię się tak szybko, jak będę mógł. W międzyczasie wezwij techników i doktora Glendenninga, o ile będzie wolny.

— Załatwione. Mam zadzwonić po inspektor Cabbot?

— Sam to załatwię. Zabezpieczcie miejsce zbrodni. Zaraz tam będziemy. Najdalej za pół godziny.

Banks odłożył słuchawkę i wrócił do kuchni.

— Przykro mi, że muszę zepsuć naszą kolację, Annie, ale musimy się zbierać. Śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach. Winsome jest pewna, że to zabójstwo.

— Czyim autem jedziemy?

— Chyba twoim. Porsche jest trochę zbyt pretensjonalne, zwłaszcza na miejscu zbrodni, nie sądzisz?

Poniedziałek 8 września 1969 r.

W ciągu dnia okolice miejsca zbrodni w Brimleigh Glen zaroiły się od ekspertów. Sprowadzono furgonetkę wydziału dochodzeniowego, uruchomiono tymczasową centralę telefoniczną, a także, co ważniejsze, przywieziono sprzęt do zaparzania herbaty. Samo miejsce zbrodni zabezpieczono taśmą i postawiono przy nim posterunkowych: mieli rejestrować wszystkich wchodzących i wychodzących. Ku rozgoryczeniu Hayesa wstrzymano wszystkie prace przy sprzątaniu pola, demontażu sceny i zasypywaniu szamba — funkcjonariusze ignorowali jego skargi, że każda dodatkowa minuta spędzona przez nich na polu kosztuje go sporo pieniędzy.

Chadwick nie zapomniał, że przypuszczalnie Hayes skłamał na temat dziewczyny i z niecierpliwością czekał na moment, kiedy będzie mógł go oficjalnie przesłuchać. Umieścił to na pierwszym miejscu listy zadań do wykonania. Teraz jednak należało się zabrać za organizowanie śledztwa i rozdzielanie zadań.

Pomimo włosów opadających na kołnierz sierżant Enderby robił dobre wrażenie, a młody Simon Bradley, który przywiózł Chadwicka, wydawał się zdolnym gliną z przyszłością. W jego zachowaniu ujawniała się wojskowa precyzja i zamiłowanie do porządku, które inspektor tak bardzo cenił. Resztę zespołu stanowili funkcjonariusze z North Riding. Chadwick nie kojarzył ich i dopiero na miejscu mógł sprawdzić, jakie są ich wady i zalety. Z zasady wolał rozpoczynać dochodzenie z lepiej sprawdzoną grupą, teraz jednak nic nie mógł z tym zrobić. Oficjalnie sprawa należała do komendy z North Yorkshire, a on miał im tylko pomagać.

Lekarz potwierdził zgon ofiary i przekazał ciało koronerowi — w tym przypadku miejscowemu posterunkowemu zajmującemu się tego typu zadaniami — a ten przetransportował je do kostnicy w Leeds. Po krótkich oględzinach zwłok doktor O’Neill poinformował Chadwicka, że rany najprawdopodobniej zadano jakimś wąskim ostrzem i że dziewczyna zginęła około sześciu do dziesięciu godzin wcześniej, co oznaczało, że została zamordowana pomiędzy wpół do drugiej w nocy a wpół do szóstej nad ranem. Ciało było przenoszone po śmierci i na pewno nie zginęła w tym śpiworze. Lekarz dodał, że rany kłute nigdy zbyt mocno nie krwawią, nawet te zadane w serce, ale gdyby dziewczyna została zabita w tym śpiworze, byłoby w nim znacznie więcej krwi.

Nie potrafił określić, jak długo ani gdzie znajdowały się zwłoki, nim przeniesiono je w to miejsce, jednak pośmiertne zsinienie dowodziło, że przez kilka godzin leżały na plecach. Wstępne badania nie wskazywały na próbę gwałtu — ofiara wciąż miała na sobie czyste białe bawełniane majtki — ale dopiero sekcja zwłok da odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące aktywności seksualnej dziewczyny w godzinach poprzedzających jej śmierć. Na jej dłoniach nie znaleziono żadnych śladów walki, co mogło oznaczać, że została zaskoczona i że już przy pierwszym pchnięciu ostrze dotarło do serca, powodując natychmiastową śmierć. Po lewej stronie szyi widoczne było lekkie zadrapanie — doktor O’Neill stwierdził, że może ono oznaczać, iż morderca zaatakował ją od tyłu.

Chadwick pomyślał, że w takim razie zabójca dość nieudolnie starał się upozorować, że dziewczynę zabito w śpiworze leżącym na polu, i nieporadnie zacierał za sobą ślady. Polecił Enderby’emu sprowadzenie psów policyjnych i przeczesanie okolicznego lasu.

Fotograf skończył swoją pracę. Technicy przeszukali miejsce zbrodni, włożyli wszystkie znalezione przedmioty do worków i odesłali je do dalszej analizy. Udało im się też odkryć częściowe odciski butów — wykonali dokładne odlewy każdego śladu — nie było jednak pewności, że którykolwiek z nich należy do zabójcy. W pobliżu ciała nie znaleziono żadnej broni, biorąc jednak pod uwagę, że ofiara nie zginęła w tym miejscu, nikogo to nie zdziwiło. Nie natrafiono również na nic, czy to w śpiworze, czy w najbliższej okolicy, co pozwoliłoby na identyfikację dziewczyny. Na ziemi nie było śladów, które pozwoliłyby stwierdzić, skąd przywleczono ciało, co oznaczało, że zabójca zrobił to jeszcze zanim zaczął padać deszcz. Koraliki na jej szyi niczym się nie wyróżniały, Chadwick uznał jednak, że gdyby okazało się to potrzebne, uda się dotrzeć do ich sprzedawcy.

Jakiś nieszczęsny ojciec i jakaś biedna matka zapewne teraz załamują ręce, tak samo jak on, gdy niepokoił się o Yvonne. Czy ona również była na tym festiwalu? To możliwe, biorąc pod uwagę muzykę, jakiej słuchała, ubrania, jakie nosiła, i jej rebelianckiego ducha. Przypomniał sobie kłótnię sprzed tygodnia, gdy razem z Janet nie chcieli jej puścić na festiwal na wyspie Wight. Na miłość boską, wyspa Wight! To przecież pięćset kilometrów stąd. Wszystko się mogło zdarzyć. Czy ona naprawdę się nad tym nie zastanawiała?

Na razie najlepszym pomysłem było sprawdzenie wszystkich zgłoszonych zaginięć i porównanie rysopisów. Jeśli im się nie poszczęści, będą musieli zrobić zdjęcie i opublikować je w gazetach oraz pokazać w telewizji, razem z prośbą o jakiekolwiek informacje. Musieli jak najszybciej poznać tożsamość ofiary. Dopiero wtedy mogą próbować odkryć, kto ją zabił i dlaczego.

Banks i Annie dotarli do Lyndgarth w gęstych ciemnościach. Prawdopodobnie wiatr zerwał linię elektryczną. W świetle reflektorów majaczyły cienie drzew, wszędzie wokół panował mrok. Nie mogli dostrzec żadnych świateł i zabudowań, które pomogłyby im zorientować się w terenie. Domy, puby, kościół i wioskowy skwerek w Lyndgarth również tonęły w ciemnościach. Annie ostrożnie prowadziła samochód ulicami wijącymi się przez miasteczko, pokonała wąski kamienny most i po przejechaniu kolejnej mili dowiozła ich do Fordham. O wpół do dziewiątej przejechali przez następny most i w końcu dotarli na miejsce.

Główna droga gwałtownie skręcała w lewo w okolicach pubu, po drugiej stronie kościoła, wiodąc do Eastvale. Na wiejskiej drodze prowadzącej przez wzgórza, mijającej schronisko młodzieżowe i ciągnącej się dalej przez wrzosowiska, stał radiowóz, a obok parkowała niepozorna vectra należąca do Winsome. Annie zatrzymała się za oboma pojazdami. Kiedy wysiadła, wiatr momentalnie potargał jej ubranie. Interesował ich ostatni dom po lewej. Po drugiej stronie osady, pomiędzy kościołem a szeregiem chat, ciągnęła się wąska droga, znikająca w mroku.

— Nie za ciekawie tutaj, nie sądzisz? — zauważył Banks.

— Zależy czego szukasz — odparła. — Myślę, że jest tutaj spokojnie.

— No i jest pub. — Patrząc na drugą stronę ulicy, Banks liczył, że zobaczy blask świec w oknach i usłyszy stłumione odgłosy rozmów. Taki drobiazg jak brak prądu na pewno nie powstrzyma miejscowych od wstąpienia na kufelek ale.

Oślepiło ich światło latarki i usłyszeli głos Winsome.

— Szefie? Inspektor Cabbot? Tędy. Poprosiłam techników o zorganizowanie jakiegoś oświetlenia, ale w tej chwili to wszystko, czym dysponujemy.

Ruszyli ścieżką prowadzącą przez drewnianą bramę na oszkloną werandę. W drzwiach domu miejscowy posterunkowy rozmawiał z niedawno awansowanym sierżantem Kevinem Templetonem. Wewnątrz było ciemno — mieli tylko dwie latarki: Winsome i Templetona.

Stąpając ostrożnie po kamiennych płytach, Banks i Annie dotarli do progu salonu i zaświecili do środka. Nie mieli ubrań ochronnych, nie mogli więc wejść, dopóki policyjni technicy nie skończą pracy. Niedaleko kominka na podłodze leżało odwrócone na brzuch ciało mężczyzny. Banks nie mógł określić wieku ofiary, ale ubranie — dżinsy i ciemnozielony sweter — sugerowało, że ofiara była młoda. Winsome miała rację, bez wątpienia doszło tu do morderstwa. Nawet z tego miejsca mógł dostrzec, że tył głowy ofiary zamienił się w krwawą miazgę. Promień światła padał na kałużę krwi wsiąkającą w dywan. Winsome poświeciła latarką i zobaczyli pogrzebacz porzucony niedaleko ciała oraz okulary z potłuczonym jednym szkłem.

— Widzicie jakieś ślady walki? — zapytał Banks.

— Nie — odparła Annie.

Światło latarki wyłowiło z ciemności na stoliku obok fotela paczkę dunhillów i tanią jednorazową zapalniczkę. Ofiara miała głowę zwróconą właśnie w tym kierunku.

— Może właśnie szedł po papierosy — zauważył Banks.

— I ktoś go zaskoczył?

— Tak. Ale raczej ktoś, kto nie przyszedł tutaj z zamiarem zabójstwa. — Inspektor wskazał na stojak w pobliżu kominka. — Pogrzebacz pewnie leżał razem z innymi przyborami obok paleniska.

— Przeanalizowanie śladów krwi powinno nam powiedzieć, co się tutaj działo.

Banks skinął głową i spojrzał na Winsome.

— Po pierwsze, musimy zabezpieczyć ten pokój — powiedział. — Od teraz nie wchodzi tu nikt, kto nie musi.

— Tak jest.

— I zorganizuj jak najszybciej przesłuchanie sąsiadów. Jeśli będzie to konieczne — poproś o posiłki.

— Tak jest.

— Wiemy, kto to jest?

— Nic jeszcze nie wiemy — odparła Winsome. — Posterunkowy Travers mieszka kawałek dalej i twierdzi, że również go nie zna. Najwyraźniej wynajmował ten domek.

— Co oznacza, że powinniśmy poszukać właściciela.

— Jest tutaj — odezwał się posterunkowy i wskazał latarką na jadalnię, gdzie w ciemnościach siedziała samotna kobieta. — Nie wiedziałem, co mam z nią zrobić. Nie mogłem jej przecież puścić, zanim się pan nie pojawi, a ona musiała odpocząć. Zrobiło jej się słabo.

— Dobrze pan zrobił — pochwalił go Banks.

— To pani Tanner. Właścicielka tego domu.

— Nie — wtrąciła się nagle pani Tanner. — Ja się nim tylko opiekuję. Właściciele mieszkają w Londynie.

— Dobrze. — Banks usiadł naprzeciw niej. — Później zajmiemy się szczegółami.

Posterunkowy Travers poświecił latarką na blat stołu pomiędzy nimi, tak że żadne z nich nie musiało mrużyć oczu i widzieli się nawzajem. Banks miał przed sobą korpulentną kobietę koło pięćdziesiątki, z krótkimi, posiwiałymi włosami i podwójnym podbródkiem.

— Wszystko w porządku? — zapytał.

— Już mi lepiej, dziękuję. — Kobieta położyła dłoń na swojej piersi. — To przez ten szok. Te ciemności i cała reszta... Widywałam już wcześniej martwych ludzi, ale to była rodzina, rozumie pan. A coś takiego... — Upiła łyk z parującego kubka, który stał przed nią na stole. Wyglądało na to, że Travers okazał się na tyle rozgarnięty, żeby zaparzyć jej herbatę, a to z kolei oznaczało, że gdzieś tu jest kuchenka.

— Czuje się pani na siłach, żeby odpowiedzieć na kilka pytań?

— Nie wiem, czy będę w stanie cokolwiek panu powiedzieć.

— Proszę pozwolić mi spróbować. Jak to się stało, że znalazła pani zwłoki?

— Leżały tam gdzie teraz. Niczego nie dotykałam.

— To dobrze. Ale chciałem się raczej dowiedzieć, w jakim celu pani tu przyszła.

— Bo brakło prądu. Mieszkam niedaleko, na końcu drogi, obok pubu, i chciałam mu pokazać, gdzie są świece. W domu jest też spora latarka.

— Która mogła być wtedy godzina?

— Gdzieś przed ósmą.

— Słyszała albo widziała pani coś zaskakującego?

— Nie.

— A kogoś?

— Nie, zupełnie nikogo.

— Żadnych samochodów?

— Nie.

— Drzwi były otwarte?

— Zamknięte.

— I co pani zrobiła?

— Najpierw zapukałam.

— A później?

— Nikt nie odpowiadał, a w środku było ciemno...

— Nie pomyślała pani, że mógł gdzieś wyjść?

— Jego samochód stał na zewnątrz. Kto by się w taką noc wybierał na spacer?

— A co z pubem?

— Zajrzałam, ale tam również go nie było i nikt go nie widział, więc wróciłam tutaj. Mam zapasowe klucze. Pomyślałam, że mógł mieć jakiś wypadek albo coś, że spadł ze schodów po ciemku, a wszystko dlatego, że zapomniałam mu pokazać, gdzie są świece i latarka.

— A gdzie są?

— W skrzynce, na półce pod schodami. — Pani Tanner powoli pokręciła głową. — Przepraszam. Kiedy tylko zobaczyłam, że tu leży, kompletnie wypadło mi to z głowy.

— To całkowicie zrozumiałe. — Banks posłał Traversa na poszukiwanie świeczek. Posterunkowy wrócił po kilku sekundach.

— W kuchni obok piecyka znalazłem zapałki — oznajmił, zabierając się za ustawianie świec na spodkach i rozkładanie ich na stole.

— Od razu lepiej — stwierdził Banks i wrócił do rozmowy z panią Tanner. — Wie pani, kim był ten lokator? Wie pani, jak się nazywał?

— Nick.

— Tylko tyle?

— Kiedy przyjechał w ostatnią sobotę, właśnie tak się przedstawił, powiedział, że ma na imię Nick.

— Nie wystawił pani czeku?

— Płacił gotówką.

— To normalne?

— Niektórzy tak wolą.

— Jak długo miał zamiar zostać?

— Zapłacił za dwa tygodnie.

Banks uznał, że dwa tygodnie pobytu pod koniec października w Yorkshire Dales to raczej dziwny sposób na wakacyjny odpoczynek. Być może ten Nick był jakimś zagorzałym obieżyświatem.

— Mówił, jak znalazł to miejsce?

— Właściciele prowadzą stronę internetową, ale proszę nie pytać o szczegóły. Ja zajmuję się tylko sprzątaniem i utrzymywaniem porządku.

— Rozumiem. Domyśla się pani, skąd przyjechał?

— Nie. Nie miał obcego akcentu, ale na pewno nie był z tych okolic. Powiedziałabym, że pochodził z południa.

— Może pani jeszcze cokolwiek o nim powiedzieć?

— Widziałam go jeden jedyny raz. Wyglądał na miłego chłopaka.

— Ile mógł mieć lat?

— Stary nie był, gdzieś około trzydziestki. Nigdy nie byłam dobra w odgadywaniu wieku.

W oknach niewielkiego domku błysnęły samochodowe reflektory i już wkrótce w środku zaroiło się od ludzi z grupy dochodzeniowej. W tym samym czasie na miejsce dotarł fotograf, Peter Darby, oraz patolog, doktor Glendenning. Ten ostatni utyskiwał, że Banks pewnie myśli, że on nie ma nic ciekawszego do roboty w piątek wieczór, niż zajmowanie się martwymi ciałami. Inspektor poprosił Traversa o odprowadzenie pani Tanner do domu i dotrzymanie jej towarzystwa. Pani Tanner twierdziła, że jej mąż pojechał do Eastvale na turniej rzutków i że wkrótce powinien wrócić, zapewniła też Banksa, że na pewno nic jej nie będzie. Technicy błyskawicznie rozstawili reflektory w salonie, Darby zajął się fotografowaniem wszystkich pomieszczeń pentaksem i cyfrową kamerą, a Banks w milczeniu obserwował, jak doktor Glendenning zaczyna oględziny — przekręcił ciało odrobinę na bok, żeby sprawdzić oczy.

— Może pan już coś powiedzieć, doktorku? — zapytał policjant po kilku minutach.

Doktor Glendenning wyprostował się z teatralnym westchnieniem.

— Sto razy ci powtarzałem. Przestań mnie nazywać doktorkiem. To brak szacunku.

— Przepraszam — Banks wpatrywał się w ciało. — Tak czy tak, mnie ta sprawa również popsuła piątek. W każdym razie cokolwiek powiesz, może nam to pomóc.

— Cóż, zacznijmy od tego, że bez wątpienia nie żyje. Możesz to sobie zapisać w tym notesiku.

— Tak właśnie podejrzewałem — odparł inspektor.

— Daruj sobie sarkazm. Masz świadomość, że powinienem teraz siedzieć na przyjęciu u burmistrza, popijać wino i przegryzać pasztecikami?

— To ci szkodzi na zdrowie. Tu masz lepiej.

Glendenning odpowiedział uśmieszkiem.

— Może i tak — stwierdził, przygładzając srebrzyste włosy. — Do rzeczy. Jestem przekonany, że zabito go uderzeniem w tył głowy. Tylko tyle mogę teraz powiedzieć, więcej szczegółów podam, kiedy ciało trafi na mój stół.

— Czas zgonu?

— Jakieś dwie, maksymalnie trzy godziny temu. Jeszcze nie ma stężenia pośmiertnego.

Banks spojrzał na zegarek. Pięć po dziewiątej. Pani Tanner była tutaj około godzinę wcześniej, miała dużo szczęścia — musiała się minąć z zabójcą. Wynika z tego, że do morderstwa doszło między szóstą a ósmą.

— Jakieś szanse, że się upił, potknął i sam się tak załatwił? — zapytał, wiedząc, że to raczej niemożliwe. Chciał jednak uniknąć marnowania sił i środków na zwyczajny wypadek.

— Raczej na pewno nie — oświadczył patolog, spoglądając na pogrzebacz. — Zacznijmy od tego, że przy takim wypadku leżałby na plecach. Po drugie, oceniając po kształcie rany oraz krwi i włosach na pogrzebaczu, mogę powiedzieć, że narzędzie zbrodni jest raczej oczywiste. Może znajdziecie piękny komplet odcisków palców i wrócisz do domu na dobranockę.

— Nikłe szanse — westchnął Banks, spodziewając się kolejnego straconego weekendu. Czemu ci cholerni zabójcy nigdy nie zabijają w poniedziałki? Piątkowe przestępstwa oznaczały nie tylko pracę przez cały weekend, ale również utrudniony dostęp do ludzi. Pozamykane biura, pracownicy z wizytami u rodzin, wszystko toczyło się wolniej niż w zwykły dzień. A pierwsze czterdzieści osiem godzin po zabójstwie jest najważniejsze. — Użycie pogrzebacza może oznaczać, że zabójca nie był przygotowany. Albo chciał, żeby tak właśnie to wyglądało.

— To już twoje przypuszczenie. Ja już skończyłem, reszta roboty należy do koronera. Możesz zabrać ciało, kiedy tylko Cartier-Bresson skończy cykać swoje fotki.

Banks się uśmiechnął widząc, jak Darby pokazuje lekarzowi język. Zawsze wchodzili sobie w drogę na miejscach zbrodni, nigdzie indziej się zresztą nie spotykali.

Coraz trudniej było ignorować rozgardiasz panujący w całym domu od chwili, gdy w środku zaroiło się od techników. Kable wiły się po całej werandzie, doprowadzając prąd do świecących jasno reflektorów, w których blasku pracowali mężczyźni w ochronnych ubraniach. Przypominało to plan jakiegoś filmu. Czując się zbędny, Banks wycofał się na werandę. Na zewnątrz wciąż szalał wiatr, potężny podmuch od czasu do czasu wstrząsał przeszkloną strukturą. Co gorsza, technicy zostawili otwarte drzwi, żeby poprowadzić kable.

Chwilę później przyjechał sierżant Stefan Nowak, zajmujący się koordynacją działań na miejscu zbrodni, i po błyskawicznym powitaniu z Banksem i Annie natychmiast wziął się do pracy. Do jego zadań należało pośredniczenie pomiędzy policjantami a naukowcami, a jeśli było trzeba, również tłumaczenie skomplikowanego żargonu medyków na zwykły język — radził sobie z tym wyśmienicie, bez wątpienia dzięki ukończonym studiom fizycznym i chemicznym.

Banks skonstatował, że istnieją ludzie, którzy potrafią przez wiele godzin przyglądać się pracy innych. Można ich zauważyć w pobliżu budów, gdzie obserwują przez dziury po sękach w drewnianych ogrodzeniach, jak mechaniczne pazury rozszarpują ziemię, a mężczyźni w kaskach wykrzykują kolejne polecenia w ogłuszającym hałasie, albo na ulicy, gdy przystają, żeby pogapić się na piaskowanie elewacji. Sam się do nich nie zaliczał. Takie zachowanie wydawało mu się jakąś perwersyjną odmianą wojeryzmu. Uznał, że dopóki dochodzeniówka jest w środku, nie ma tutaj nic do roboty. Jego myśli podryfowały ku rozświetlonemu płomykami świec pubowi, oddalonemu o niecałe trzydzieści metrów. Ktoś musiał przesłuchać tych ludzi, którzy tam przesiadywali. Być może któryś z nich coś widział lub słyszał. By może jeden z nich był sprawcą. Najlepiej od razu z nimi pogadać, dopóki są na miejscu i mają wszystko na świeżo w pamięci. Polecił Winsome i Templetonowi dołączyć do Stefana i techników, nakazując, by natychmiast go poinformowali, jeśli znajdą coś istotnego, a później zawołał Annie i razem wyszli przez drewnianą bramę.

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 2

Poniedziałek 8 września 1969 r.

Kiedy Chadwick uznał wreszcie, że wszystko idzie jak powinno, przywołał Ricka Hayesa i zaprosił go na rozmowę do furgonetki. Pojazd był do tego przystosowany: z tyłu urządzono izolowane pomieszczenie, wystarczające do przeprowadzenia przesłuchania, choć nieco małe — mierzący metr osiemdziesiąt pięć Chadwick czuł się w nim cokolwiek klaustrofobicznie. Nie było to jednak coś, z czym sobie nie mógł poradzić, a odrobina dyskomfortu zwykle pomagała w sytuacjach, gdy przesłuchiwany miał coś do ukrycia.

Z bliska Hayes wyglądał na znacznie starszego, niż Chadwick się spodziewał. Być może miało to związek ze stresem minionego weekendu. Pod jego oczami rysowały się wyraźne zmarszczki, mięśnie szczęki były napięte. Prawdopodobnie dobiegał czterdziestki, choć oceniając po włosach i ubraniu, można by uznać, że jest o dekadę młodszy. Jego twarz pokrywał trzydniowy zarost, miał poobgryzane do krwi paznokcie i poplamione na żółto od nikotyny palce.

— Panie Hayes — zaczął policjant. — Może będzie pan mógł mi pomóc. Potrzebuję podstawowych informacji. Ilu ludzi uczestniczyło w festiwalu?

— Jakieś dwadzieścia pięć tysięcy.

— Sporo.

— Nie bardzo. W zeszły weekend na wyspie Wight było sto pięćdziesiąt tysięcy. Uwierzy pan, że ściągnęli Dylana i The Who? No i mieliśmy konkurencję — w sobotę w Hyde Parku grali Crosby, Stills & Nash, razem z Jefferson Airplane.

— A tutaj?

— Największe gwiazdy? Pink Floyd. Led Zeppelin.

Chadwick, który o żadnym z tych zespołów wcześniej nie słyszał, zapytał Hayesa o prawidłową pisownię i skrupulatnie zanotował nazwy w swoim notesie.

— Ktoś jeszcze?

— Kilka lokalnych zespołów. Jan Dukes de Grey. Mad Hatters. W ciągu ostatnich paru miesięcy Hattersom udało się przebić. Ich debiutancka płyta już trafiła na listy przebojów.

— W jakim sensie lokalnych? — zapytał policjant, dopisując kolejne nazwy.

— Z okolicy Leeds. Bliższej lub dalszej.

— Ile w sumie wystąpiło zespołów?

— Trzydzieści. Mogę panu udostępnić pełną listę.

— Będę wdzięczny. — Chadwick nie miał co prawda pomysłu, do czego mu się przydadzą te informacje, ale każdy drobiazg mógł mieć znaczenie. — Organizacja czegoś takiego to pewnie sporo roboty?

— Lepiej nie mówić. Trzeba rezerwować zespoły sporo wcześniej, załatwić pozwolenia, parkingi, kemping i toalety, oprócz tego dostarczyć generatory prądu, zapewnić transport i porządny sprzęt nagłośnieniowy. Potem trzeba dogadać jakąś ochronę.

— Kogo pan wynajmuje?

— Mam swoich ludzi.

— Robił pan już wcześniej coś podobnego?

— Tak, na mniejszą skalę. Tym się właśnie zajmuję, jestem organizatorem koncertów.

Chadwick zapisał coś w notesie, zasłaniając tekst ręką. Nie miało to żadnego znaczenia, chciał tylko zmylić rozmówcę. Hayes sięgnął po papierosa. Policjant wstał i otworzył okno.

— Festiwal trwał trzy dni, prawda?

— Tak. Zaczęliśmy w piątek wieczorem i skończyliśmy dziś nad ranem.

— O której?

— Ostatni grał Led Zeppelin. Wyszli chwilę po pierwszej w nocy i skończyli jakoś o trzeciej. Powinniśmy się zwinąć wcześniej, ale jak zwykle były opóźnienia — awarie sprzętu, tego typu niespodzianki.

— I co się wydarzyło o trzeciej?

— Ludzie zaczęli zbierać się do domów.

— W środku nocy?

— Nic więcej ich tutaj nie trzymało. Ci, którzy mieli namioty, pewnie wrócili na pole, żeby się parę godzin zdrzemnąć, ale reszta poszła. Kiedy o świcie zaczęliśmy sprzątanie, pole było praktycznie puste. Pewnie deszcz też w tym pomógł.

— O której zaczęło padać?

— Gdzieś tak o wpół do drugiej. Raczej krótkotrwała ulewa.

— Czyli jak grało to Led Zeppelin, to było już raczej sucho, tak?

— Raczej tak.

Chadwick przypomniał sobie, że Yvonne wróciła do domu o wpół do siódmej — wystarczająco dużo czasu na powrót stąd, o ile właśnie tu była. A co robiła pomiędzy trzecią a godziną powrotu do domu? Postanowił, że lepiej się nad tym nie zastanawiać, przynajmniej do chwili, gdy ustali, czy była na festiwalu, czy nie.

Biorąc pod uwagę czas zgonu — między wpół do drugiej a wpół do szóstej nad ranem — ofiara mogła zginąć, gdy grał ostatni zespół lub gdy wszyscy poszli już do domów. Bardziej prawdopodobna wydawała się pierwsza wersja — mniejsza szansa na świadków. A skoro nie znaleźli żadnych śladów, zapewne wydarzyło się to przed deszczem.

— Są tu jeszcze jakieś inne wejścia poza tym, przez które wszedłem? — zapytał.

— Nie, tylko to po północnej stronie. Ale jest sporo wyjść.

— Domyślam się, że cały teren jest otoczony płotem?

— Tak. Wie pan, to nie była darmowa impreza.

— Nikt tak właściwie nie miał powodu, żeby zaglądać do lasu?

— Nie, po tamtej stronie nie było żadnych wyjść. Nic tam nie ma. Parking, pole namiotowe, wejście i najbliższa droga są po północnej stronie.

— Słyszałem, że mieliście jakieś problemy ze skinheadami?

— Moi ludzie sobie z nimi poradzili. Jakaś grupka próbowała przedostać się przez płot, ale ich pogoniliśmy.

— Na północy czy na południu?

— Na wschodzie.

— Kiedy do tego doszło?

— W sobotę w nocy.

— Jeszcze później wrócili?

— Z tego, co wiem, nie. A jeśli tak, to zachowywali się bardzo cicho.

— Na tym polu spali jacyś ludzie w czasie festiwalu?

— Niektórzy tak. Mówiłem już, że było parę pól namiotowych i parkingów po drugiej stronie wzgórza. Mnóstwo ludzi rozbiło tam namioty i kursowało tam i z powrotem. Inni przywieźli tylko śpiwory. Tak właściwie, to czemu to jest takie istotne? Myślałem, że wiadomo, co się stało.

Chadwick uniósł brwi.

— Tak? To najwyraźniej coś przegapiłem. Proszę powiedzieć.

— Pewnie pokłóciła się ze swoim chłopakiem czy kimś takim, a ten ją zabił. Byli raczej z dala od tłumu, przy samej krawędzi lasu, wszyscy poszli na Led Zeppelin i pewnie nie zauważyliby nawet końca świata.

— Takie głośne to Led Zeppelin?

— Można tak powiedzieć. Powinien pan kiedyś posłuchać.

— Może tak zrobię. Tak czy tak, ma pan rację. Jestem pewien, że muzyka mogła pomóc mordercy. Ale skąd przypuszczenie, że to jej chłopak? To chyba nie jest normalne, gdy ktoś dźga swoją dziewczynę?

— Nie wiem, tak właściwie. To znaczy — dlaczego ktoś inny miałby to zrobić?

— Być może to był jakiś maniakalny zabójca?

— W tym temacie jest pan na pewno lepiej zorientowany ode mnie.

— Albo przypadkowy włóczęga?

— Teraz to pan sobie robi jaja.

— Zapewniam pana, panie Hayes, że jestem całkowicie poważny. Jednak żeby się dowiedzieć, kto jej to zrobił — chłopak czy ktoś inny — musimy najpierw odkryć, kim była. — Chadwick znów zapisał coś w notesie i spojrzał na organizatora. — A może pan wie?

— Nigdy wcześniej jej nie widziałem.

— Oj, dałbyś pan już lepiej spokój. — Chadwick wlepił w niego oczy.

— Nie wiem, kim ona jest.

— Aha. To znaczy, że gdzieś ją już jednak pan widział?

— Może. — Hayes popatrzył na swoje złożone ręce.

— A pamięta pan może, gdzie to było?

— Mogła się w którymś momencie pałętać na zapleczu.

— Wreszcie coś mamy. Kto może wejść na zaplecze?

— Z reguły tylko ci, którzy mają przepustkę.

— A kto je rozdaje?

— Ochrona.

— Ale...?

Hayes wiercił się przez chwilę na krześle.

— Wie pan, czasami... ładna dziewczyna... Co mogę więcej powiedzieć.

— Ile osób przebywa na zapleczu?

— Mnóstwo. Całkowity chaos. Mieliśmy strefę dla najważniejszych gości, odgrodzoną liną, z ogródkiem piwnym i kanapami, parking dla samochodów ze sprzętem, przebieralnie, toalety. Z przodu sceny była zamknięta strefa dla prasy. Niektórzy z wykonawców przychodzili, gdy grali inni, później urządzali sobie improwizacje na zapleczu... wie pan, jak to wygląda.

— A w niedzielę które zespoły grały ostatnie?

— Wieczorem zaczęli Mad Hatters, zaraz po zachodzie słońca, potem Fleetwood Mac, Pink Floyd i Led Zeppelin.

— Wszyscy byli na zapleczu?

— W którejś chwili na pewno, o ile akurat nie występowali.

— Razem z gośćmi?

— Plątało się tu mnóstwo osób.

— Jak wielu?

— Nie wiem — pięćdziesięciu? Albo więcej. Razem z dziewczynami, menedżerami, dziennikarzami, prezenterami radiowymi, ludźmi z wytwórni płytowych, agentami, przyjaciółmi zespołów i co tam jeszcze.

— Ma pan listę gości?

— Chyba pan żartuje.

— A listę wydanych przepustek?

— Nie.

— Kontrolowano wejścia i wyjścia?

— Ktoś sprawdzał przepustki przy wejściu na zaplecze, to tyle.

— I wpuszczał ładne dziewczyny bez przepustek.

— Tylko jeśli były w towarzystwie kogoś, kto miał pozwolenie.

— Rozumiem. Czyli ofiara wcale nie musiała mieć własnej przepustki. Czy oprócz piwa na zapleczu pojawiły się również jakieś inne substancje podnoszące ogólny stopień zadowolenia pańskich gości?

— Nawet jeśli tak, to nic o tym nie wiem. Miałem zbyt wiele roboty. Przez większość czasu zapieprzałem jak mucha przy gównie, próbując wszystkich uszczęśliwić i upewniając się, że wszystko idzie tak, jak powinno.

— I byli szczęśliwi?

— Przez większość czasu. Czasem trafił się jakiś fiut skarżący się na rozmiar przyczepy, ale ogólnie było bardzo przyjemnie.

Chadwick znów coś zapisał. Widział, jak Hayes wyciąga szyję, próbując odczytać jego notatki, więc położył na nich dłoń.

— Jeśli uda nam się doprecyzować czas śmierci, będzie mógł nam pan mniej więcej powiedzieć, kto o tej porze był na zapleczu?

— Może. Nie wiem. Tak jak mówiłem, to było całkiem niezłe zoo.

— Mogę sobie wyobrazić. Widział ją pan w czyimś towarzystwie?

— Nie. W ogóle nie jestem pewien, że to była właśnie ona. Tylko rzuciłem okiem. Kręciło się tam sporo ludzi. Duża grupka niezłych lasek. — Jego twarz wyraźnie pojaśniała. — Może to wcale nie była ona.

— Przypuśćmy, że jednak tak. Czy ta dziewczyna, którą pan widział, miała kwiatek namalowany na prawym policzku?

— Nie wiem. Tak jak mówiłem, nie jestem nawet pewny, czy to ta sama dziewczyna. Mnóstwo lasek paradowało z wymalowanymi kwiatkami.

— Może ludzie z pańskiej ochrony będą mogli nam pomóc?

— Może. O ile coś pamiętają.

— Byli tu jacyś dziennikarze?

— Ciągle się tu jacyś kręcili.

— Co pan ma na myśli?

— Chodzi o to, że trzeba dawać i przyjmować, rozumie pan? Rozgłos zawsze się przyda i nie chce pan zadzierać z prasą, choć z drugiej strony nie chce pan też, żeby filmowali pana z każdej strony i opisywali każde wyjście do kibla, prawda? Musieliśmy się postarać o jakąś równowagę.

— Na czym to polegało?

— Zorganizowaliśmy dużą konferencję prasową przed samym festiwalem i zaplanowaliśmy godziny wywiadów z poszczególnymi wykonawcami.

— Gdzie?

— W strefie dla prasy.

— Czyli dziennikarze nie mogli wchodzić na zaplecze?

— Chyba pan żartuje.

— Fotoreporterzy?

— Tylko w strefie dla prasy.

— Zna pan ich nazwiska?

— Wszystkich na pewno nie pamiętam. Może pan zapytać Micka Lawtona, to on zajmował się kontaktami z prasą. Dam panu jego numer.

— A co z telewizją?

— Byli tutaj w sobotę i w niedzielę.

— Niech zgadnę — w strefie dla prasy?

— Przez większość czasu, ale filmowali też publiczność i występujące zespoły.

— Muszę dokładnie wiedzieć, jakie stacje telewizyjne się tu pojawiły.

— Pewnie. Te same, co zawsze. — Hayes wymienił kilka nazw.

Nie było tak właściwie z czego wybierać, a Chadwick nawet bez jego pomocy stawiałby na obecność Yorkshire Television i BBC North. Policjant wstał, próbując nie uderzyć się głową w sufit.

— Będziemy musieli z nimi porozmawiać — oznajmił. — Zobaczyć, czy nie udało im się przypadkiem zrobić jakichś zdjęć. Porozmawiamy również z pańskimi ochroniarzami. Dziękuję panu za rozmowę.

— To wszystko? — wyraźnie zaskoczony Hayes zaszurał nogami.

— Jak na razie — uśmiechnął się Chadwick.

Przypominało to scenę z Dickensa namalowaną z rembrandtowskim wyczuciem światłocienia. W półmroku można było wyraźnie odróżnić dwie grupy: mężczyzn zajętych grą w karty oraz pozostałych, pogrążonych w ożywionej dyskusji: pokryte zmarszczkami, ogorzałe twarze z kartoflanymi nosami, oświetlone blaskiem świec i ognia płonącego w kominku. Para obsługująca bar była zdecydowanie młodsza: miejscowa dziewczyna, blada, smukła blondynka, w wieku około dwudziestu lat — Banks odniósł wrażenie, że gdzieś ją już wcześniej widział — oraz starszy od niej o jakieś dziesięć lat mężczyzna z kręconymi włosami i rzadką, kozią bródką.

Gdy Banks wszedł z Annie do środka, wszyscy oderwali się od swoich zajęć i zmierzyli przybyłych wzrokiem. Chwilę później gracze wrócili do swoich kart, a pozostali podjęli przerwane dyskusje.

— Paskudna noc, no nie? — powitał ich barman. — Co wam podać?

— Poproszę kufel Black Sheep — Banks wyjął swoją legitymację — a inspektor Cabbot chciałaby lemoniadę, bez lodu.

Annie popatrzyła na niego, unosząc brwi. Po chwili wzięła jednak podany napój i sięgnęła po swój notes.

— Tak właśnie myślałem, patrząc na to, co się tam dzieje, że nie minie dużo czasu, a wpadniecie tutaj powęszyć — stwierdził mężczyzna, nalewając piwo. Na jego koszulce wyraźnie było widać zarys potężnego bicepsa.

— A pan to...?

— Cameron Clarke. Właściciel. Wszyscy nazywają mnie CC.

Banks zapłacił za napoje, ignorując wyraźne protesty barmana, i pociągnął łyk piwa.

— Cóż, Cameron — westchnął — muszę powiedzieć, że potraficie tu nalać z czubkiem.

— Dzięki.

— A pani? — Banks spojrzał na dziewczynę stojącą obok.

— Kelly — odpowiedziała, przestępując z nogi na nogę i odgarniając włosy. — Kelly Soames. Ja tylko tu pracuję.

Podobnie jak CC, Kelly również miała na sobie białą koszulkę z napisem „The Cross Keys Inn” przecinającym całą pierś. Blask świec pozwalał dostrzec, że cienki materiał kończy się jakieś dziesięć centymetrów nad jej nisko opuszczonymi biodrówkami i szerokim, nabijanym ćwiekami paskiem, odsłaniając spory fragment brzucha, razem z pępkiem przyozdobionym delikatnym srebrnym łańcuszkiem — najnowsza moda, która z każdego czterdziestolatka robiła zaślinionego perwersyjnego starucha.

Banks rozejrzał się wokół. Na ławie pod oknem siedziała para w średnim wieku, której nie zauważył wcześniej, najprawdopodobniej turyści, na co wskazywał drogi aparat i kurtki leżące pomiędzy nimi. Kilka osób paliło papierosy i inspektor musiał walczyć przez chwilę z nagłą ochotą na dymka.

— Czy ktoś wie, co się tam dzisiaj zdarzyło? — zapytał na głos, kierując pytanie do wszystkich obecnych w pubie. Usłyszał wymamrotane zaprzeczenia i zobaczył, że wszyscy kręcą głowami.

— Ktoś stąd wychodził w ciągu ostatnich paru godzin?

— Jedna lub dwie osoby — poinformował CC.

— Muszę znać ich nazwiska.

Barman podyktował mu dane.

— Kiedy zabrakło prądu?

— Jakieś dwie godziny temu. Zerwało kabel gdzieś przy Eastvale Road. Naprawa potrwa jeszcze z godzinę albo dwie.

Dochodziło wpół do dziesiątej, więc przerwa w dostawie energii musiała się zacząć około wpół do ósmej. Dokładną godzinę ustalą w Yorkshire Electricity, ale na razie to, co mają, powinno im wystarczyć. Jeśli ofiara, Nick, zginęła pomiędzy szóstą a ósmą, to morderca mógł wykorzystać dodatkową ochronę, jaką zapewniały ciemności, choć istniała też możliwość, że do zabójstwa doszło wcześniej, między szóstą a wpół do ósmej. Brak prądu sprowadził panią Tanner, która odkryła ciało, być może nieco wcześniej, niż liczył zabójca.

— A ktoś się pojawił po tym, gdy zabrakło prądu?

— My. Przyjechaliśmy mniej więcej za kwadrans ósma — odpowiedział mężczyzna siedzący na ławie pod oknem. — Tak było, prawda, kochanie?

Kobieta u jego boku skinęła głową.

— Wracaliśmy właśnie do Eastvale, do hotelu, i to był jedyny otwarty pub, jaki znaleźliśmy po drodze. Nawet przy dobrej pogodzie nie lubię prowadzić po zmroku.

— Wcale się panu nie dziwię. Spotkali może państwo kogoś po drodze?

— Nie. To znaczy wcześniej chyba minęliśmy jakiś samochód czy dwa, ale po zapadnięciu ciemności nie widzieliśmy już nikogo.

— Skąd państwo jechali?

— Ze Swainshead.

— Parkując samochód, też nikogo państwo nie widzieli?

— Nie. To znaczy nie wydaje mi się. Strasznie wiało i te gałęzie hałasowały.

— Wydawało mi się, że widziałam tylne światła samochodu — wtrąciła kobieta.

— Gdzie?

— Kierował się w górę zbocza. Prosto. Nie wiem dokąd prowadzi tamta droga. Ale nie jestem pewna. Tak jak mówił mąż, rozszalał się mały huragan. To mogło być też jakieś inne światło, latarnia, latarka albo coś w tym rodzaju.

— I nic więcej państwo nie widzieli?

Oboje pokręcili głowami.

Banks podsumował zdobytą wiedzę: niepotwierdzona informacja o samochodzie przemieszczającym się drogą przez wrzosowiska. Będą musieli przesłuchać ludzi w hotelu, to oczywiste, choć raczej nie przypuszczał, że morderca tam właśnie się zatrzymał. Ktoś jednak mógł coś widzieć. Spojrzał na CC.

— Będziemy potrzebowali zeznań wszystkich tutaj obecnych. Nazwiska, adresy, godziny przyjścia, tego typu sprawy. Kogoś tu za chwilę przyślę. Teraz chciałbym jednak zapytać, czy ktoś z państwa wychodził i wracał pomiędzy, powiedzmy, szóstą a ósmą.

— Ja — odezwał się jeden z graczy przy karcianym stoliku.

— A pamięta pan, która była godzina?

— Gdzieś koło siódmej.

— I jak długo pana nie było?

— Z piętnaście minut. Tyle żeby dojechać do Lyndgarth i z powrotem.

— A po co pan tam jechał?

— Mieszkam tam. Wydawało mi się, że zapomniałem zakręcić gaz w kuchence, więc pojechałem sprawdzić.

— I zapomniał pan?

— Co?

— Zakręcić gaz.

— A, nie.

— Niepotrzebna podróż.

— Nie, bo faktycznie mogłem zapomnieć. — Kompani mężczyzny parsknęli śmiechem. Banks nie miał ochoty na utonięcie w bagnie humoru z Yorkshire.

— Wciąż pan nie powiedział, co się tam stało — zauważył jeden z graczy. — Czemu zadajecie te wszystkie pytania? — Płomień świecy na stole zamigotał i przygasł, sękata twarz pytającego utonęła w cieniach.

— To dopiero początek — odparł Banks, uznając, że równie dobrze może im wszystko powiedzieć. Przecież i tak wkrótce się dowiedzą. — Wygląda na to, że doszło do morderstwa.

Rozległo się grupowe westchnienie, po którym ponownie rozbrzmiał gwar stłumionych rozmów.

— O kogo chodzi, jeśli mogę spytać? — odezwał się CC.

— Sam chciałbym wiedzieć — westchnął inspektor. — Może wy będziecie mogli pomóc. Wiemy tylko, że facet nazywał się Nick i mieszkał w Moorview Cottage.

— Ten młody koleś od pani Tanner? Niedawno go tutaj szukała — przypomniał sobie barman.

— Wiem. W końcu go znalazła.

— Biedaczka. Proszę jej powiedzieć, że kiedy tylko będzie chciała, może wpaść do nas i napić się na koszt firmy.

— A widział pan dziś wieczorem jej męża? — Policjant przypomniał sobie, że kobieta wspominała, iż pan Tanner pojechał na turniej rzutków.

— Jacka Tannera? Nie. Raczej nie jest tu mile widziany.

— A dlaczego?

— Przykro mi, ale muszę powiedzieć, że jest strasznym rozrabiaką. Każdy panu to powie. Jak tylko wypije trzeci kufel, zaraz zaczyna się dowalać do ludzi.

— Rozumiem — Banks skinął głową. — To interesujące.

— Chwila, moment — zaprotestował CC. — Wcale przecież nie twierdzę, że jest zdolny do czegoś takiego.

— To znaczy?

— Wie pan przecież, sam pan mówił. Do tego, żeby kogoś zabić.

— A wie pan coś na temat ofiary? — zapytała Annie. Odezwała się po raz pierwszy od chwili wejścia: tak zaskoczyło to barmana, że aż przestał wyrzucać fontanny śliny, gdy mówił.

— Zajrzał tutaj kilka razy.

— Rozmawiał z kimś?

— Nie, tylko zamawiał jedzenie i napoje. Wpadł kiedyś na kanapkę, prawda, Kelly?

Banks zauważył, że dziewczyna z trudem powstrzymuje łzy.

— Chciałaby pani coś dodać? — zapytał i nawet słaby blask świec nie był w stanie ukryć jej rumieńca.

— Nie — odparła. — Dlaczego?

— Tylko pytam.

— Proszę posłuchać, to był zupełnie zwyczajny koleś — wtrącił CC. — Taki, co to powie dzień dobry, uśmiechnie się, odniesie naczynia do baru. Nie to co inni.

— Palił?

Barman wyglądał na zaskoczonego tym pytaniem, ale wreszcie odpowiedział.

— Tak, zdecydowanie tak.

— Przystawał przy barze, żeby pogadać? — chciała wiedzieć Annie.

— Raczej nie był z tych gadatliwych. Brał swojego drinka i siadał z gazetą, o tam — wskazał ręką miejsce w pobliżu kominka.

— Pamięta pan, jaka to była gazeta? — zapytał inspektor.

CC zmarszczył brwi.

— „Independent”. Chyba lubił ich krzyżówki. Jak dla mnie trochę za trudne. Ledwie sobie radzę z tą z „Daily Mirror”. A czemu pan pyta? To ma jakieś znaczenie?

— Może nie mieć żadnego — Banks obdarzył go lekkim uśmiechem — ale lubię wiedzieć takie rzeczy. To podpowiada, że był w miarę inteligentnym facetem.

— Jeśli uważa pan, że rozwiązywanie krzyżówek wskazuje na inteligencję, to zapewne tak. Moim zdaniem to raczej marnowanie czasu.

— No tak, ale sam pan wspominał, że nie najlepiej panu z tym idzie, prawda?

— A może któreś z was wie, jak ten facet zarabiał na życie? — Annie popatrzyła na barmana i Kelly.

— Mówiłem przecież, że nie był gadatliwy — odparł CC.

— Ja też raczej nie jestem wścibski. Jeśli ktoś chce wpaść tutaj, żeby w spokoju wypić piwo, to zawsze jest mile widziany.

— Czyli nigdy o tym nie rozmawialiście?

— Nie. Może był jakimś pisarzem albo recenzentem, coś w tym rodzaju.

— Skąd taki wniosek?

— Bo jak nie miał gazety, to zawsze przynosił książkę. — Barman spojrzał na Banksa. — I proszę nie pytać, co to była za książka, bo nie patrzyłem na tytuł.

— Jakiś pomysł, co mogło go tutaj przyciągnąć o tej porze roku? — zapytał inspektor.

— Żadnego. Proszę posłuchać, goście z Moorview Cottage dość często wpadają do nas na piwo albo żeby coś przegryźć i nie wiemy o nich nic więcej, tak jak o tym facecie. Raczej nie da się nikogo poznać tak szybko, zwłaszcza jeśli ten ktoś nie jest gadułą.

— Racja — przyznał Banks, doskonale wiedząc, ile czasu zajmuje miejscowym zaakceptowanie nowych przybyszy, zwłaszcza w takich miejscach jak Fordham, gdzie żaden wakacyjny gość nie zatrzymywał się na dłużej. — To chyba tyle na teraz. — Spojrzał na Annie. — Chyba że ty na coś wpadłaś?

— Nie. — Odsunęła na bok notatnik.

— Dobra. — Inspektor osuszył swój kufel. — To my się zbieramy, a za chwilę przyjdzie tu ktoś spisać wasze zeznania.

Wychodząc z pubu, Banks spojrzał przez ramię i zobaczył, że Kelly Soames przygryza różowiutką dolną wargę.

Poniedziałek 8 września 1969 r.