Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Skradziony pocałunek ebook

Bronwyn Scott

3 (1)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Skradziony pocałunek - Bronwyn Scott

 

 

Sir Merrick St. Magnus jest znanym w towarzystwie hulaką i rozpustnikiem. Żyje od skandalu do skandalu, oddając się hazardowi i romansom. Podczas przyjęcia u hrabiego Folkstone przyjmuje zakład i zobowiązuje się skraść całusa niechętnej mężczyznom i zamążpójściu córce hrabiego, lady Alixe. Zakład okazuje się pułapką. Para zostaje przyłapana w niedwuznacznej sytuacji, a Merrick otrzymuje ultimatum. Musi przed końcem sezonu znaleźć męża dla córki hrabiego albo pojąć ją za żonę…

Opinie o ebooku Skradziony pocałunek - Bronwyn Scott

Fragment ebooka Skradziony pocałunek - Bronwyn Scott

Bronwyn Scott

Skradziony pocałunek

Tłumaczenie:

Małgorzata Hesko-Kołodzińska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Merrick St. Magnus nie uznawał półśrodków, dlatego też postanowił skorzystać z usług obu bliźniaczek Greenfield naraz. Legendarne kurtyzany, teraz na wpół rozebrane, wypoczywały na otomanie, bezwstydnie prezentując swe wdzięki. Wpatrzony w nie Merrick sięgnął po kawałek pomarańczy i zanurzył ją w cukrze pudrze. Widok obfitego biustu, wyeksponowanego do granic przyzwoitości ponad ciasnym gorsetem, całkowicie zaprzątał jego uwagę.

– Jedna słodka pokusa zasługuje na drugą, ma cherie – oznajmił i obrzucił wymownym spojrzeniem gigantyczny dekolt dziewczyny.

Musnął słodką pomarańczą jej lekko rozchylone wargi i uśmiechnął się z aprobatą, gdy koniuszkiem języka zlizała słodycz owocu. Było jasne, że jest wytrawną znawczynią miłosnej sztuki i chętnie zademonstruje swe umiejętności.

Tej nocy Merrick pragnął użyć życia. Co więcej, chciał wygrać zakład, który trafił już na karty słynnej księgi zakładów klubu u White’a, i już jutro odebrać nagrodę. Zamierzał w ten sposób zgarnąć pokaźną sumę, która powinna zrekompensować mu niedawnego pecha przy karcianym stoliku. Mężczyźni ochoczo korzystali z wdzięków ślicznych bliźniaczek Greenfield, ale jeszcze nikt nigdy nie zabawiał się z obiema dziewczętami jednocześnie.

Bliźniaczka numer dwa wydęła usta z udawaną pretensją.

– A ja, Merrick? Czyż nie jestem pokusą?

– Ty, ma belle, jesteś najprawdziwszą Ewą. – Merrick zamarł z ręką nad półmiskiem z owocami, jakby zastanawiał się, który wybrać. – A dla ciebie, moja Ewo, figa, bowiem w twym ogrodzie mężczyzna zawsze doświadczy rajskich przyjemności.

Górnolotne słowa na nic się jednak nie zdały, gdyż zdezorientowana bliźniaczka znowu wydęła usta.

– Ale ja nie mam na imię Ewa – oznajmiła.

Merrick miał ochotę ciężko westchnąć, ale postanowił nie zapominać o pieniądzach z zakładu. Uśmiechnął się łobuzersko, wsunął figę do ust dziewczyny i postanowił komplementować ją w bardziej przystępny sposób.

– Nie sposób powiedzieć, która z was jest ładniejsza – oświadczył i pomyślał o tym, że wie za to, która jest mądrzejsza.

Palcem narysował kółko na dekolcie bliźniaczki numer dwa, czym zasłużył na uśmiech. Bliźniaczka numer jeden położyła dłonie na jego ramionach i zaczęła je masować, jednocześnie wyciągając mu koszulę zza paska. Nadszedł czas, żeby wziąć się do roboty.

W tym samym momencie do drzwi załomotał Fillmore, pokojowiec Merricka.

– Nie teraz! – krzyknął Merrick.

Fillmore nie należał do ludzi, którzy łatwo dają się zbyć, więc nie przestawał się dobijać.

– Może chce do nas dołączyć – zasugerowała niezbyt spłoszona bliźniaczka numer jeden.

– Wasza lordowska mość, pilna sprawa – rozległ się głos zza drzwi.

Wyglądało na to, że Fillmore się nie odczepi. Merrick wstał niechętnie i z galanterią ucałował dłonie bliźniaczek.

– Momencik, mes amours – oznajmił.

Zdecydowanym krokiem pomaszerował do wejścia i lekko uchylił drzwi. Fillmore doskonale wiedział, co jego pan wyprawia z tymi dziewczętami i zapewne miał nawet świadomość, po co to robi. To jednak nie oznaczało, że Merrick życzył sobie naocznego świadka.

– Tak, Fillmore? – Uniósł brwi. – Cóż to za pilna sprawa?

Fillmore lekko się ukłonił.

– Pilną sprawą jest ojciec waszej lordowskiej mości.

– Fillmore, jak mniemam, jesteś świadomy, że chętnie dzielę się z tobą swoimi problemami.

– Racja, wasza lordowska mość. A zatem chodzi o naszą pilną sprawę.

– Mówże wreszcie, w czym rzecz!

Fillmore wręczył mu rozłożoną kartkę papieru, a Merrick ponownie uniósł brwi.

– Równie dobrze możesz mi wyłuszczyć kwestię, skoro i tak niewątpliwie przeczytałeś list adresowany do mnie – powiedział.

Fillmore powinien w tym momencie okazać choć odrobinę skruchy, jednak najwyraźniej nie miał takiego zamiaru.

– Szanowny ojciec waszej lordowskiej mości przyjeżdża do miasta. Raczył się zapowiedzieć na pojutrze – obwieścił tylko.

Merrick natychmiast się zachmurzył.

– To oznacza, że można się go spodziewać już jutro po południu – mruknął.

Jego ojciec miał zwyczaj przybywać ze znacznym wyprzedzeniem i czynił to z premedytacją, gdyż uwielbiał zaskakiwać syna. Co wielce prawdopodobne, list z zapowiedzią wysłał już w drodze. Pytanie brzmiało, jakie plotki skłoniły markiza do podróży. Czyżby chodziło o wyścig dwukółek do Richmond? Zapewne nie – była to sprawa sprzed wielu tygodni i gdyby markizowi zależało na jej wyjaśnieniu, przybyłby znacznie wcześniej. A zatem może w grę wchodził zakład o śpiewaczkę operową? W istocie, sprawa nabrała większego rozgłosu, niż życzyłby sobie tego Merrick, ale też nie po raz pierwszy przebieg jego romansów obserwowała liczna publiczność.

– Czy wspomniał, skąd ten pomysł? – Pobieżnie przejrzał krótki list.

– Niezupełnie. Trzeba przyznać, że daliśmy mu rozliczne powody do odwiedzin. – Fillmore westchnął melancholijnie.

– Tak, tak. Nieistotne, który z naszych wybryków sprowadza go do miasta, gdyż i tak nie będziemy czekać na mojego szanownego rodziciela.

Merrick niecierpliwie przeczesał włosy palcami. Musiał pomyśleć, a potem szybko działać.

– Czy wasza lordowska mość jest pewien, że to roztropne? – dopytywał się Fillmore. – Biorąc pod uwagę ostatni fragment listu, może lepiej byłoby zostać i stosownie się pokajać?

Merrick groźnie zmarszczył czoło.

– Czy kiedykolwiek kajaliśmy się przed moim ojcem?

Nie zamierzał dać się zastraszyć. Postanowił opuścić miasto, lecz nie traktował tej decyzji jako przejawu tchórzostwa, tylko dowód na to, że ma własną wolę. Markiz usiłował kontrolować wszystkich, łącznie ze starszym bratem Merricka, Martinem, dziedzicem tytułu oraz majątku. Merrick nie chciał zostać kolejną marionetką ojca.

– Teraz trzeba będzie, ponieważ ojciec waszej lordowskiej mości przyjeżdża zablokować nam kieszonkowe, gdyż źle się prowadzimy – poinformował go Fillmore. – To jasno wynika z ostatniego fragmentu listu.

Merrick zawsze wolał rozmowę od słowa pisanego, teraz jednak pośpiesznie przeczytał ostatnie słowa listu, w których ojciec oznajmiał ostro i surowo: „Niniejszym ograniczam Ci dostęp do pieniędzy, które pozostaną dla Ciebie niedostępne, póki w zasadniczy sposób się nie zmienisz”.

– Może sobie ograniczać dostęp do pieniędzy. Wcale mnie to nie obchodzi, bo i tak ich nie ruszamy – prychnął Merrick.

Już przed laty uświadomił sobie, że nie uwolni się od ojca, jeśli będzie zależny od jego funduszy, w tym od tradycyjnego kieszonkowego dla drugiego syna. Pieniądze leżały bezpiecznie zdeponowane na rachunku w Coutts, a Merrick wybrał życie hazardzisty. Sprzyjało mu szczęście w kartach i w zakładach o znaczne sumy. Uzyskane tą drogą zarobki wystarczały na czynsz i ubrania, reputacja hulaki zaś dopełniała reszty.

Innymi słowy, markiz mógł blokować pieniądze w nieskończoność, ale nie to martwiło Merricka. Przejmował się faktem, że ojciec w ogóle przyjeżdża. Dotąd obaj się zgadzali, że najzdrowszym rozwiązaniem jest wzajemne zachowanie dystansu. Nigdy nie przepadał za sztywnymi zasadami ojca, który z kolei nie cierpiał swobody obyczajowej syna. Przyjazd markiza do Londynu oznaczał dla Merricka koniec sezonu, choć czerwiec dopiero się zaczął. Mimo to nie zamierzał składać broni.

Postanowił spokojnie pomyśleć, używając do tego mózgu, a nie innych części ciała. Innymi słowy, bliźniaczki musiały zniknąć. Zamknął drzwi, odwrócił się do dziewcząt i elegancko ukłonił.

– Moje panie, obawiam się, że sprawa w istocie jest pilna, więc musimy się pożegnać – oświadczył.

Urażone panie ubrały się i zniknęły, a wraz z nimi szansa na dwieście funtów, chociaż pieniądze były Merrickowi niemal równie niezbędne jak czas.

– Fillmore, jakie mamy długi?

Merrick rozłożył się na opustoszałej otomanie i w myślach szybko dokonywał obliczeń. Szewca, krawca i kilku kupców należało spłacić jeszcze przed wyjazdem. Nie mógł dopuścić do tego, by ojciec z satysfakcją spłacił jego zaległości i roił sobie, że dzięki temu zyska pole do negocjacji.

Wpakował się w nieliche kłopoty. Zazwyczaj dobrze radził sobie z finansami i trafnie oceniał ludzkie charaktery. W żadnym razie nie powinien był grać w karty ze Stevensonem, w końcu to znany szuler.

– Siedemset funtów, włączając to czynsz za ten miesiąc, wasza lordowska mość – odparł pokojowiec.

– A ile mamy?

– Około ośmiuset.

Było zatem tak, jak podejrzewał – mieli dość pieniędzy, by zapłacić rachunki, zostawiając trochę na życie. Rzecz jasna, sto funtów nie mogło wystarczyć na pokrycie wydatków w Londynie, zwłaszcza podczas sezonu. Stolica była piekielnie droga.

Fillmore odchrząknął.

– Czy mogę coś zasugerować, wasza lordowska mość? – spytał ostrożnie. – Dobrym sposobem na obniżenie wydatków mogłoby być zatrzymanie się w domu rodzinnym w mieście. Zamieszkiwanie w wynajętych pokojach w modnej okolicy to ekstrawagancja.

– Mielibyśmy żyć pod jednym dachem z moim ojcem? Nie, nie możesz tego sugerować. Nie mieszkałem z nim od wieków i nie mam zamiaru, zwłaszcza że on właśnie tego pragnie. – Merrick westchnął ciężko. – Podaj zaproszenia ze stołu.

Przejrzał stertę kartoników, poszukując w nich inspiracji. Liczył na przyjęcia karciane, w których grało się o wysokie stawki, choć nie wzgardziłby również kawalerskim weekendem w Newmarket, jako pretekstem do wyrwania się z miasta. Musiał się czymś zająć, by nie myśleć o codziennych bolączkach, lecz żadna propozycja nie wydawała się mu dostatecznie atrakcyjna. Zapraszano go na wieczorek muzyczny, weneckie śniadanie i bal – wszystko w Londynie i wszystko nudne. Wreszcie, na samym dnie sterty znalazł to, czego szukał: hrabia Folkestone urządzał przyjęcie w domu na wybrzeżu w Kencie. Pokonanie tej trasy suchymi drogami trwało trzy dni, jednak zważywszy na okoliczności, lokalizacja wydawała się idealna. Co prawda, Folkestone był nieprzejednanym tradycjonalistą, lecz znał dziedzica majątku, Jamiego Burke’a. Poznali się jeszcze w Oksfordzie, a na początku sezonu Merrick uczestniczył w soiree wydanym przez lady Folkestone, co wyjaśniało obecność zaproszenia. Zaprezentował się na przyjęciu jako gość idealny, flirtujący ze wszystkimi niepopularnymi damami. Polubiły Merricka, gdyż potrafił się znaleźć i miał świadomość, czego się od niego oczekuje.

– Pakuj rzeczy, Fillmore. Wyruszamy do Kentu – obwieścił z optymizmem, którego wcale nie czuł.

Wiedział, że przyjęcie na dłuższą metę nie rozwiąże problemów. Londyn był drogim miastem, jednakże jeszcze droższa była Merrickowi jego wolność.

Po trzech dniach podróży Merrick doszedł do wniosku, że drogi do Kentu mogą śmiało rywalizować z drogami do piekła. Choć był środek dnia, w pewnej chwili w oddali pojawiło się dwóch rozbójników.

Ściągnął wodze i zaklął pod nosem. Znajdował się zaledwie kilka kilometrów od domu Folkstone’a.

Niespiesznie sięgnął po pistolet w kieszeni palta. Rozbójnicy niebywale rzadko usiłowali napadać na podróżnych o trzeciej po południu, kiedy cały cywilizowany świat szykował się do podwieczorku. Biorąc jednak pod uwagę aktualną kondycję brytyjskiej gospodarki, wszystko mogło się zdarzyć. Pech chciał, że Merrick był w tej chwili sam, bowiem znacznie wyprzedził Fillmore’a z bagażami.

– Czyżby na drodze nie było przejazdu, moi zacni druhowie? – zawołał.

Jego wierzchowiec zatoczył koło w miejscu. Konie bandytów wyglądały na luksusowe i bez wątpienia były dobrze wykarmione. Merrick zaklął w duchu. Tylko tego brakowało -przytrafili mu się rozbójnicy wyjątkowo dobrzy w swoim fachu. Mocniej zacisnął dłoń na rękojeści pistoletu. Ostatnie pieniądze trzymał w kieszeni i nie zamierzał się z nimi rozstawać.

Obaj rabusie zamaskowani byli czarnymi szalikami, znad których widział tylko ich oczy. Popatrzyli po sobie, a jeden z nich roześmiał się głośno.

– W istocie – odparł z nieskrywaną drwiną i machnął pistoletem. – Dla jaśnie pana przejazdu nie ma. Nie chcemy jednak pieniędzy, tylko przyodziewku, dobrodzieju. Bądźże więc roztropny i zrzućże te łachy.

Zielone oczy drugiego opryszka rozbłysły wesoło.

W tym samym momencie promienie słońca oświetliły rękojeść pistoletu rozbójnika, a Merrick od razu się rozluźnił. Powstrzymał konia i z uśmiechem pokiwał głową.

– Kto by pomyślał – wycedził. – Ashe Bedevere i Riordan Barrett. Jaki ten świat mały.

– Skąd wiedziałeś? – Zielonooki z pistoletem ściągnął z twarzy szalik, a Merrick uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Nikt inny w całej Anglii nie ma pistoletu ze szmaragdami w rękojeści – wyjaśnił.

– Do diaska! Ale dowcip był przedni, sam przyznasz. – Ashe z żalem popatrzył na broń, jakby to ona była winna jego zdemaskowaniu. – Masz pojęcie, jak długo tutaj tkwiliśmy w oczekiwaniu na ciebie?

– A oczekiwanie w pełnym słońcu to marna sprawa – dodał Riordan. – Dawno nie nałykałem się tyle kurzu.

– Skąd wiedzieliście o moim przybyciu? – Merrick dołączył do przyjaciół i ramię w ramię ruszyli w dalszą drogę.

– Wczoraj wieczorem ujrzeliśmy twojego wierzchowca przed gospodą, a stajenny powiedział, że zmierzasz do Folkestone’a na przyjęcie – wyjaśnił Ashe z łobuzerskim uśmiechem. – Ponieważ i my tam podążamy, zaplanowaliśmy wcześniejsze spotkanie.

– Mogliśmy się spotkać już wczoraj wieczorem, przy kufelku zacnego piwa i potrawce z królika – zauważył Merrick.

Witanie przyjaciół z pistoletem w dłoni było wariactwem, nawet jak na standardy Ashe’a.

– Wtedy nie byłoby uciechy, a poza tym byliśmy za bardzo zajęci karczmareczką i jej urodziwą siostrzyczką. – Riordan dobył cynowej flaszki i pociągnął spory łyk. – Przez caluteńki sezon nudziliśmy się setnie. Londyn nie ma nic do zaproponowania.

Czyżby stolica wydała się im tak nudna, że postanowili jechać na przyjęcie do Kentu? To nie było prawdopodobne. Merrick przyjrzał się bliżej przyjacielowi. Na twarzy Riordana malowało się zmęczenie, ale zabrakło czasu na drążenie tej kwestii, gdyż nagle odezwał się Ashe.

– A może się wykąpiemy? – zaproponował z nieoczekiwanym entuzjazmem.

– Co takiego? – zdumiał się Merrick. – Masz ochotę na kąpiel?

Najwyraźniej Ashe w końcu całkiem stracił rozum. Merrick od dawna podejrzewał go o lekkie upośledzenie – przecież nikt normalny nie naraża się nieustannie i bez sensownego powodu.

– Nie w wannie, przyjacielu – pośpieszył z wyjaśnieniem Ashe, bez trudu odgadując myśli przyjaciela. – Pod chmurką, nim dojedziemy na miejsce. Za następnym wzniesieniem znajduje się staw, czy raczej małe jeziorko, jak kto woli. To okazja, by zmyć z siebie kurz i brud po podróży.

– Znakomity pomysł. Kąpiel to coś, czego mi trzeba. Co ty na to, Merrick? Masz ochotę się zanurzyć przed podwieczorkiem z damami? – Nie czekając nad odpowiedź, Riordan szturchnął konia i puścił się przodem. – Ścigamy się! Ja mam flaszkę!

– Tylko nie pomyl drogi! – zawołali jednocześnie Ashe i Merrick.

Jeszcze w Oksfordzie Riordan nie zwracał uwagi na drobiazgi i cieszył się chwilą, nie zważając na konsekwencje. Merrick i Ashe popatrzyli po sobie.

– Lepiej się pośpieszcie! – odkrzyknął ledwie słyszalnie w tętencie kopyt na ubitej ziemi. Nie trzeba było dalszej zachęty, żeby przyjaciele popędzili rumaki.

Staw okazał się idealny: chłodny, częściowo ukryty w cieniu, zasilany przez wartki strumyk. Było to idealne miejsce na letnią kąpiel. Wierzby osłaniały je przed wzrokiem przypadkowych przechodniów, więc Merrick bez wahania zrzucił ubranie, by zanurzyć się w chłodnej, orzeźwiającej wodzie. Był zachwycony, że wreszcie może ostudzić rozpaloną skórę. Popłynął przed siebie, wyobrażając sobie, jak oddala się od Londynu, ojca i nieustannej bitwy o zachowanie niezależności. W wodzie czuł się czysty i niezależny od świata oraz ludzi. Ashe obserwował go z uwagą, stojąc zupełnie nago na skale.

– Wskakuj, woda jest pierwszorzędna! – krzyknął Merrick.

Ashe z udawanym przestrachem ześliznął się do stawu.

– Riordan! – zawołał. – Szybko do mnie! Musisz mi pomóc!

Krzewy na brzegu zaszeleściły i wyłonił się z nich Riordan. Na widok pluskających beztrosko przyjaciół bez namysłu pozbył się ubrania i do nich dołączył. Baraszkując wesoło, czuli, jak wraz z wodą odpływają ich nawarstwione kłopoty oraz lata życia. Pokrzykiwali niczym dzieci, ochlapywali się nawzajem i ścigali dookoła stawu tylko po to, aby ponownie doń wskoczyć. Merrick od lat nie bawił się tak dobrze. Londyńskie wyższe sfery nie posiadałyby się z oburzenia na wieść o frywolnych zabawach trzech dżentelmenów, którzy rozebrali się do rosołu i zapomnieli o bożym świecie. Skoro jednak nikt ich nie widział, dlaczego mieliby się ograniczać?

ROZDZIAŁ DRUGI

Dzięki Bogu, że nikt nie mógł jej teraz zobaczyć, gdyż miała na sobie luźną, praktyczną suknię w kolorze oliwki oraz skromne półbuty. Alixe była świadoma, że w tym stroju ani trochę nie wygląda na hrabiankę, a bliscy znowu dostaliby szału na jej widok. Zapewne dlatego rodzina pozwoliła jej udać się na długi spacer, chociaż do domu już zjeżdżali goście, zaproszeni na długo oczekiwane, letnie przyjęcie.

W tym momencie Alixe nie obeszłoby nawet przybycie króla we własnej osobie. Miała popołudnie całkowicie dla siebie. Pogoda dopisywała, więc Alixe z prawdziwą przyjemnością dotarła na sam skraj rodzinnych posiadłości, a nawet nieco dalej, gdyż postanowiła okazać odrobinę zuchwałości. Planowała dotrzeć do starego domku letniego na obrzeżach włości, gdzie mogła zająć się książkami oraz pracą. Wszystko, co było jej potrzebne, niosła w płóciennej torbie przerzuconej przez ramię.

Właśnie zbliżała się do celu. Ścieżkę coraz gęściej porastały paprocie, a wokoło wznosiły się strzeliste drzewa. Alixe z uśmiechem rozgarniała krzewy. W lesie panował rześki chłód, więc bez zmęczenia dotarła do domku i wbiegła po rozpadających się schodkach.

Otworzywszy drzwi, westchnęła z zadowoleniem. Uwielbiała się zaszywać w tej kryjówce. Odłożyła torbę i powiodła wzrokiem po jedynym pomieszczeniu w domu, który bardziej przypominał altanę niż budynek. Tutaj mogła korzystać z samotności, nie przejmować się okropnym Archibaldem Redfieldem z sąsiedztwa i odpocząć od wszystkich ludzi, którzy nieustannie stawiali żądania, usiłując dyrygować jej życiem. Opuściła powieki i głęboko odetchnęła. Uwielbiała te błogosławione chwile.

Nagle jednak dobiegł ją hałas, co oznaczało, że jednak nie była sama. Szybko zwróciła głowę w kierunku podejrzanego dźwięku. Ktoś głośno krzyczał, wrzaski dobiegały znad jeziorka.

Alixe zrozumiała, że nie ma chwili do stracenia. Jakiś nieszczęśnik bez wątpienia potrzebował pomocy. Momentalnie rzuciła się biegiem przez las, prosto ku miejscu, z którego dobiegały głośne okrzyki.

Błyskawicznie dobiegła do polanki z jeziorkiem i stanęła jak wryta. Jej oczom ukazało się trzech baraszkujących swawolnie młodych mężczyzn, którzy mocowali się w wodzie.

Niestety, wszyscy trzej naraz ją zauważyli.

Od razu pomyślała, że nie zasłużyła na coś takiego. Niczym dobra Samarytanka pośpieszyła na ratunek ludziom w potrzebie, a tymczasem byli to trzej zupełnie nadzy panowie oddający się letnim uciechom.

Była oburzona – choć jeden z nich mógłby mieć dość przyzwoitości, aby faktycznie tonąć.

– Witamy! – wykrzyknął jeden z nich. – Za bardzo hałasujemy? Nie sądziliśmy, że ktokolwiek jest w pobliżu.

Nie wydawał się ani trochę speszony jej nieoczekiwanym przybyciem. Bez namysłu ruszył do brzegu, a wtedy Alixe uświadomiła sobie dwie rzeczy. Po pierwsze, nigdy w życiu nie widziała tak wspaniale zbudowanego mężczyzny. Po drugie, jegomość był goły jak święty turecki.

Powinna była odwrócić wzrok – tylko gdzie miała spojrzeć? W błękitne oczy nieznajomego? Miał hipnotyzujące spojrzenie. Wobec tego może na jego pięknie wyrzeźbiony tors?

Nie rozumiała, dlaczego ten człowiek ani trochę się nie wstydzi. Czuła, że musi coś zrobić, lada chwila mógł się jej pokazać w pełnej krasie. Doszła do wniosku, że powinna coś powiedzieć, aby go powstrzymać, nie wiedziała tylko, co się mówi do gołego mężczyzny w stawie.

Po krótkim namyśle zadecydowała, że najlepsza będzie spokojna i rzeczowa odpowiedź. Postanowiła zachowywać się tak, jakby codziennie napotykała nagich dżentelmenów.

– Proszę nie wychodzić z wody z mojego powodu – oznajmiła z wyższością. – Na mnie już pora. Po prostu usłyszałam krzyki i przyszło mi do głowy, że ktoś potrzebuje pomocy.

Uznała, że poszło nie najgorzej, głos prawie jej nie drżał. W związku z tym postanowiła się wycofać, lecz robiąc krok do tyłu, potknęła się o gałąź i wywróciła na plecy.

Nieznajomy wybuchnął śmiechem, który jednak brzmiał dość życzliwie. Alixe patrzyła jak zahipnotyzowana, gdyż całkiem wynurzył się z wody. Był naprawdę piękny, a jego przyrodzenie wzbudziło jej fascynację. Nie spodziewała się czegoś takiego.

– Wygląda na to, że ktoś jednak potrzebuje pomocy. – Bezimienny golas stanął nad nią i wyciągnął rękę.

Zamiast patrzeć w oczy mężczyzny, Alixe nie odrywała wzroku od zupełnie innej części jego ciała.

– Ależ nie, nic mi się nie stało – odparła w końcu, zarumieniona po czubki uszu.

– No dalej, nie upieraj się, moja mała – powiedział golas. – Daj rękę. Chyba nie chcesz znowu upaść.

– A tak, ręka. – Alixe uniosła dłoń i z wysiłkiem skierowała wzrok na twarz uśmiechniętego mężczyzny.

Miał oczy bardziej błękitne niż angielskie niebo latem. Niezrażony golizną, jednym szarpnięciem postawił Alixe na nogi.

– Jak mniemam, to twój pierwszy nagi mężczyzna?

– Co? – Dopiero po chwili zrozumiała pytanie. – Ależ skąd! Widziałam ich mnóstwo w… – Zająknęła się. Gdzie mogła widzieć nagich mężczyzn?

– Wśród dzieł sztuki? – podpowiedział życzliwie.

Krople wody lśniły w jasnej gęstwinie jego włosów.

– Właśnie. Widziałam Dawida – przytaknęła, wyczuwając wyzwanie.

Naprawdę widziała obrazy przedstawiające Dawida, tyle że wizje artystyczne nie miały nic wspólnego z tym nieznajomym, który stał w pełnym słońcu, dumnie eksponując przyrodzenie. Z wysiłkiem oderwała od niego wzrok. Złościło ją, że nawet się nie ruszył, żeby narzucić na siebie ubranie, choć leżało tuż obok. Kto to słyszał, żeby mężczyzna stał goły w obecności damy? Na coś podobnego nie pozwoliłby sobie żaden dżentelmen spośród znajomych jej rodziców.

– Lepiej będzie, jeśli się pan osłoni. – Podała mu koszulę.

Trochę żałowała, że młodzieniec okryje swoje wdzięki, ale przecież nie uchodziło, aby rozmawiała z nagusem.

Zupełnie nieskrępowany, z uśmiechem przyjął ubranie.

– Doprawdy? – spytał przekornie. – Odniosłem wrażenie, że cieszy cię ten widok, moja mała.

– A mnie się zdaje, że tylko pan się dobrze bawi – burknęła Alixe, poirytowana tą bezczelnością.

– Przynajmniej jestem skłonny się do tego przyznać.

Bliska wybuchu Alixe zacisnęła zęby.

– Jest pan wyjątkowo źle wychowany. – Poprawiła suknię, by zająć czymś ręce. – Skoro nikomu nie dzieje się krzywda, na mnie pora.

Tym razem zdołała opuścić polankę bez potykania się o zdradzieckie gałęzie.

Merrick z uśmiechem patrzył na odchodzącą dziewczynę, po czym włożył koszulę. Wiedział, że zachował się nieprzyzwoicie, ale nieszczególnie go to obeszło. Być może nie powinien był drażnić się z piękną nieznajomą tak bezlitośnie, lecz zabawa była przednia, a dziewczę nie wydawało się spłoszone. Umiał odróżnić, kiedy kobieta była zaintrygowana, a kiedy naprawdę się bała. Urodziwa istota w skromnej sukience nie wydawała się przestraszona. Jej oczy w kolorze sherry były szeroko otwarte z ciekawości.

Merrick sięgnął po spodnie i szybko je włożył. Zauważył, że dziewczyna usiłowała odwrócić wzrok, ale zdrowa ciekawość jest trudna do przezwyciężenia, więc nieznajoma powinna była od razu pogodzić się z klęską. Merrick nie przejmował się, że dziewczę jest ewidentnie zafascynowane męską anatomią. Kobiety widywały go już nago i to niejednokrotnie, gdyż miał okazję zrzucać ubranie w obecności wielu dam, które lubiły jego umięśnione ciało. Któregoś razu lady Mansfield publicznie zadeklarowała, że uważa go za ósmy cud świata. Z kolei lady Fairworth spędziła wiele nocy na długim wpatrywaniu się w niego. Była nim zainteresowana do tego stopnia, że kazała mu przynosić rozmaite przedmioty z różnych zakątków pokoju tylko po to, aby paradował przed nią nago.

Merrick nie miał nic przeciwko temu. Doskonale rozumiał potrzeby tych doświadczonych kobiet, a one rewanżowały mu się pełną akceptacją jego zachcianek. Dzisiaj jednak wszystko przebiegało zupełnie inaczej. W spojrzeniu nieznajomej zauważył coś niezwykłego i nieskażonego, i od razu pojął, że nigdy nie widziała nagiego mężczyzny. Ta świadomość nawet teraz przyprawiała go o rozkoszny dreszcz. Dziewczyna była zaskoczona, ale nie zamierzała uciekać. Postanowiła zaakceptować to, co ukazało się jej oczom. Zareagowała na Merricka z nieoczekiwaną spontanicznością, czym nieświadomie rozbudziła jego zmysły. Od wielu lat nie zdarzyło się, by był pierwszym nagim mężczyzną w życiu jakiejś kobiety, co więcej, bezpośredniość jej zachowania sprawiła mu przyjemność. Podświadomie czuł, że byłby w stanie rozbudzić zmysły tej dziewczyny. Zachowywała się lekko niezdarnie, ale gdyby przyszło co do czego, z pewnością poradziłaby sobie ze wszystkim w sprawach damsko-męskich. Bezradne damy nie miały w zwyczaju ganiać po lesie na ratunek tonącym ofiarom. Nie był rozczarowany. Przeprowadził z nią nad podziw miłą rozmowę, co sprawiło radość nie tylko jemu, ale niewątpliwie i jej. Było mu przyjemnie, kiedy patrzyła na niego z uwagą, nie kryjąc zainteresowania. Szkoda tylko, że nie poznał jej imienia.

Policzki Alixe nadal płonęły, kiedy wracała do domku letniego. Natychmiast chwyciła książkę do ręki, aby broń Boże nie zastanawiać się nad spotkaniem w lesie, jednak jej myśli nieustannie doń powracały. Wbrew sobie wspominała ze szczegółami muskularny tors o wyraźnie zarysowanych mięśniach brzucha oraz szczupłe biodra i najbardziej męską część ciała nieznajomego. Przypadł jej do gustu także jego uśmiech, łobuzerski, lecz szczery. Nie ulegało wątpliwości, że z nią flirtował. Od dawna nikt tego nie robił, a już na pewno nie w tak niecodziennych okolicznościach. Nic zatem dziwnego, że czuła się nieswojo. To była najbardziej niezwykła przygoda w całym jej życiu. Dotąd nie widziała mężczyzny bez koszuli. Po głębszym namyśle musiała przyznać, że od czasu debiutu towarzyskiego nigdy nie widziała mężczyzny bez kamizelki. Dżentelmen nie powinien zdejmować fraka w obecności damy, a ten osobnik zdjął znacznie więcej. Jak to o nim świadczyło? Niestosowność jego zachowania dowodziła, że na pewno nie był dżentelmenem.

Ponownie się zarumieniła, oszołomiona natłokiem doznań. Widziała nagiego mężczyznę. I to z bliska! Stał tuż przed nią. Miała ochotę powachlować się niczym zakłopotana pensjonarka, postanowiła jednak doprowadzić się do porządku i zapomnieć o tym niedorzecznym zauroczeniu. W końcu zademonstrował jej tylko to, co Bóg ofiarował całemu rodzajowi męskiemu. Każdy mężczyzna zapewne był podobnie obdarzony.

No właśnie.

Alixe doszła do wniosku, że filozoficzne podejście do tematu jest wyjątkowo słuszne – tyle tylko że niepokojąco intensywna wizja nieznajomego nie znikała z jej myśli. Wytrącił ją z równowagi i w rezultacie nie miała najmniejszych szans, aby cokolwiek przeczytać, już nie mówiąc o zrozumieniu i zapamiętaniu.

Westchnęła i schowała książkę do torby. Teraz potrzebowała nie lektury, lecz zmiany otoczenia, więc równie dobrze mogła wrócić do domu. Nawet jeśli po drodze będzie się niemądrze uśmiechała…

Kiedy w końcu schroniła się w zaciszu swoich pokojów, udało się jej spojrzeć na ten incydent z pewnym dystansem. W istocie, przez całą drogę do domu uśmiechała się niemądrze i nie mogła zaręczyć, że idiotyczny uśmieszek nie będzie pokutował na jej ustach jeszcze wieczorem. Jeśli ludzie uznają, że uśmiecha się do nich, to trudno – tylko ona będzie wiedziała, co tak naprawdę jest przyczyną tego swoistego błogostanu. Poza tym doszła do wniosku, że jej sekret jest całkowicie nieszkodliwy. Mężczyzna znad jeziorka nie znał jej przecież, a ona nie znała jego. Była pewna, że więcej go nie zobaczy, chyba że w snach.

Na wieczór włożyła elegancką suknię. Nie miała ich wiele, gdyż zawsze bardziej interesowały ją książki niż modne stroje i towarzystwo. Rodzina jakoś nie chciała pogodzić się z tym stanem rzeczy, chociaż Alixe skończyła już dwadzieścia sześć lat i było oczywiste, że resztę życia spędzi w staropanieństwie. Było już za późno na szukanie drugiej połowy. Pomimo usilnych perswazji Alixe, niestety nie wszyscy w rodzinie porzucili myśl o wydaniu jej za mąż. Córka hrabiego Folkestone’a powinna się przecież ustatkować. Ona jednak miała na ten temat inne zdanie i w tym sezonie odmówiła wyjazdu do Londynu. Nie spodziewała się, że rodzina postanowi sprowadzić Londyn do niej. W tym celu zorganizowano przyjęcie w posiadłości, na które zaproszono najatrakcyjniejszych mężczyzn spośród znajomych jej brata.

Alixe przypięła do uszu kolczyki z perłami i po raz ostatni rzuciła okiem na swoje odbicie w lustrze. Nadszedł czas, by przestać myśleć o nagim mężczyźnie i zejść do salonu, jak na damę przystało.

– Tu jesteś! – Jej brat Jamie zmaterializował się u podnóża schodów. – Trzeba przyznać, że dzisiaj wyglądasz wyjątkowo ładnie. Powinnaś częściej ubierać się w błękity. – Ujął ją za rękę. – Jest tutaj parę osób, które koniecznie powinnaś poznać.

Alixe stłumiła westchnienie. Jamie miał dobre intencje, ale za bardzo się przejmował i w rezultacie niepotrzebnie bawił się w swata.

– Alixe, wszystko będzie dobrze… To moi przyjaciele z uniwersytetu. Wystarczy, że będziesz dla nich miła. No proszę, już są – wyszeptał jej do ucha i wprowadził ją do salonu.

Nieopodal drzwi stała grupka dżentelmenów. Gdy Jamie minął próg, cztery pary oczu momentalnie zwróciły się ku Alixe. Jedna z nich należała od syna miejscowego dziedzica, a obok stali dwaj bruneci i jeden anioł – bardzo niegrzeczny anioł – który zaledwie kilka godzin wcześniej zaprezentował się jej zupełnie nago.

Alixe zamarła. Myśli przelatywały jej przez głowę z prędkością huraganu. Modliła się, żeby jej nie rozpoznał – w końcu teraz miała na sobie elegancką wieczorową suknię, która w niczym nie przypominała ubogiego przyodziewku dziewczyny spacerującej po lesie.

Tak czy inaczej, nie pozostało jej nic innego, jak robić dobrą minę do złej gry.

– Moi drodzy, pozwólcie, że przedstawię wam swoją siostrę, lady Alixe Burke – oznajmił Jamie. – Alixe, to moi starzy druhowie ze studiów. Mówiłem ci o nich. Riordan Barrett, Ashe Bedevere i Merrick St. Magnus.

Anioł zyskał imię.

– Enchante, mademoiselle.

Merrick pochylił się nad dłonią Alixe, ani na moment nie odrywając oczu od jej twarzy. Bez trudu potrafił odczytywać myśli kobiet. Pod pięknymi sukniami i wyrafinowanymi fryzurami często skrywały się nieprzeliczone grzeszki bądź żądze, pozostawała tylko kwestia trafnej interpretacji. Aby kogoś rozpoznać, należało patrzeć mu w oczy. W tym wypadku ani myślał dać się zmylić pozorom.

Z całą pewnością stała przed nim ta sama dziewczyna.

Nie zapomniał dużych oczu w kolorze sherry, długich rzęs i uważnego spojrzenia, na dodatek doskonale zapamiętał też jej wargi. Merrick uważał się za wielkiego konesera ust, a te aż się prosiły o pocałunek. Inna sprawa, że w żadnym wypadku nie zamierzał całować siostry Jamiego Burka. Wystarczyło, że już wcześniej tego dnia igrał z ogniem.

Lekko pochyliła głowę na powitanie i niezwłocznie ich przeprosiła, twierdząc, że musi iść na poszukiwania przyjaciółki. Merrick powiódł za nią wzrokiem i zauważył, że stanęła obok lady Folkestone, przy grupce starszych dam zgromadzonych nieopodal dużego kominka. Nie miał w zwyczaju uganiać się za dziewczętami, które sobie tego nie życzyły. W innych okolicznościach dręczyłyby go wyrzuty sumienia, że zakłopotał nieśmiałą młodą damę, jednak wiedział, że Alixe Burke wcale nie jest skromną panienką, bez względu na to, jakie stwarza pozory. Uwielbiała prowokować, czego na własnej skórze doświadczył tego popołudnia.

Jamie zauważył, że jego przyjaciel jest rozkojarzony.

– Wydaje mi się, że dobrze będzie, jeśli wprowadzisz Alixe na kolację i dotrzymasz jej towarzystwa przy stole – orzekł z przekonaniem.

Jamie był jednym z tych rzadko spotykanych indywiduów, dzięki którym życzenia niekiedy stawały się rzeczywistością. W Oksfordzie wystarczyło tylko wypowiedzieć jakieś pragnienie na głos, a Jamie dopilnowywał, aby się spełniło. Tak było i tym razem. Choć w pomieszczeniu przebywało jeszcze dwóch dżentelmenów, którzy nominalnie przewyższali rangą drugiego syna markiza, dzięki przyjacielowi Merrick znalazł się w bardzo przyjemnym sąsiedztwie wyniosłej Alixe Burke. Pragnął ujrzeć prawdziwą twarz tej intrygującej niewiasty, twarz ożywioną zaskoczeniem czy jakąkolwiek inną emocją. Pozbawiona wyrazu obojętność, którą demonstrowała w towarzystwie, nie służyła jej urodzie.

– Lady Alixe, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że już się spotkaliśmy – mruknął, gdy podano pierwsze danie.

– Och, to się wydaje bardzo mało prawdopodobne. Rzadko bawię w Londynie – odparła krótko i uśmiechnęła się zdawkowo.

Udawała, że go nie rozpoznaje bądź miała nadzieję, że on jej nie rozpoznał. Wszystko to jednak było tylko grą pozorów. Zauważył, że Alixe zaciska dłoń na kolanie, co uznał za oznakę napięcia.

– W takim razie niewykluczone, że spotkaliśmy się w okolicy – zasugerował życzliwie.

Rozmawiał z osobą, która robiła wszystko, aby ukryć emocje, był jednak zbyt wytrawnym graczem, by dać się zmylić. Widział ją tego popołudnia, kiedy jeszcze nie zdołała ukryć się za maską obojętności. Pragnął powrotu tamtej kobiety, gdyż go intrygowała. Osoba, obok której teraz siedział, wydawała się zamknięta w skorupie. Postanowił skruszyć ten zewnętrzny pancerz.

Alixe odłożyła łyżkę i skierowała na niego lodowate spojrzenie.

– Wasza lordowska mość, rzadko opuszczam dom, nawet kiedy jestem tutaj, gdyż wolę spędzać czas z miejscowymi badaczami historii – oznajmiła. – Jeśli zatem nie jest pan osobiście zaangażowany w pracę nad odczytywaniem średniowiecznych dokumentów z Kentu, z całą pewnością nie mieliśmy okazji się poznać.

Merrick pomyślał, że skorupa trzyma się mocno, lecz natychmiast się pocieszył wnioskiem, że kobieta o równie ponętnych ustach nie może być aż tak nobliwa i cnotliwa. Uśmiechnął się dyskretnie, czując, że wkrótce przebije się przez pancerz obojętności pięknej damy.

– Ależ lady Alixe – westchnął. – Z całą pewnością od czasu do czasu przechadza się pani po lesie, a może nawet zagląda nad staw. Niewykluczone, że poznaliśmy się właśnie w takich okolicznościach.

– Byłoby to absolutnie niedopuszczalne miejsce na spotkanie. – Na jej policzkach pojawił się lekki rumieniec.

Najwyraźniej uświadomiła sobie, że bawił się z nią w kotka i myszkę.

Merrick dał jej chwilę na zebranie myśli. Służba posprzątała po pierwszym daniu i wkrótce pojawiły się nowe specjały, więc mógł spokojnie odpalić następną salwę.

– Rzecz jasna, istnieje możliwość, że po prostu mnie pani nie poznaje. Jeśli spotkaliśmy się przy okazji, o której myślę, miała pani na sobie znoszoną oliwkową suknię, ja zaś strój Adama.

Lady Alixe natychmiast zakrztusiła się winem.

– Słucham? – spytała, jeszcze mocniej zaczerwieniona.

– Miałem na sobie strój Adama, czyli prezentowałem się tak, jakim mnie pan Bóg stworzył.

Odstawiwszy kieliszek, Alice wbiła w Merricka surowe spojrzenie.

– Od razu wiedziałam, co pan ma na myśli, wasza lordowska mość, nie musi mi pan dodatkowo tłumaczyć znaczenia słów. Nie rozumiem jednak, w jakim celu przywołuje pan tamto zdarzenie. Dżentelmen nie ośmieliłby się postawić damy w tak trudnej sytuacji. Wolałabym zapomnieć o naszym nieprzyjemnym i kłopotliwym spotkaniu.

– Może wyciąga pani błędne wnioski z tego, co pani widziała. – Merrick usiadł wygodniej w oczekiwaniu na następne danie.

– Lady Alixe, czy znane jest pani pojęcie sylogizmu? – podjął rozmowę, kiedy służba skrzętnie uprzątnęła naczynia ze stołu. – Człowiek jest śmiertelny, Sokrates jest człowiekiem, a więc Sokrates jest śmiertelny. W tym konkretnym wypadku, dżentelmeni nie wprawiają dam w zakłopotanie, Merrick St. Magnus jest dżentelmenem, zatem nie będzie przywoływał popołudniowego incydentu znad stawu. Czy tak właśnie pani rozumowała, lady Alixe?

– Nie miałam pojęcia, że wasza trójka postanowiła wziąć kąpiel.

– Ach, czyli pani mnie pamięta!

Alixe zacisnęła usta. Nie pozostało jej nic innego, jak skapitulować.

– Tak, wasza lordowska mość, pamiętam pana – przyznała.

– To doskonale, gdyż bardzo bym nie chciał popaść w zapomnienie. Większość dam ceni sobie oglądanie mnie w stroju Adama.

– Nie wątpię. – Wsunęła do ust kęs pieczeni.

– Czyżby przyszedł pani do głowy następny sylogizm, lady Alixe? Większość dam lubi mnie w stroju Adama, lady Alixe jest damą, a zatem…

– Bynajmniej nie przyszedł mi do głowy następny sylogizm, wasza lordowska mość – przerwała mu pośpiesznie. – Pomyślałam natomiast o wyjątku od sylogistycznej reguły.

Merrick uśmiechnął się do niej.

– W takim razie postaram się dopilnować, aby zmieniła pani zdanie.

Od lat nie prowadził tak interesującej rozmowy, pewnie dlatego, że nie miał pojęcia, jaka będzie jej konkluzja. Nie przywykł do takich pogawędek. W wypadku kobiet, z którymi zazwyczaj miał do czynienia, rozmowa z reguły prowadziła do przewidywalnie przyjemnego rezultatu.

Posiłek dobiegał jednak końca i uprzejmość nakazywała, aby Merrick zajął rozmową sąsiadkę z drugiej strony. Usłyszał głębokie westchnienie ulgi lady Alixe, która najwyraźniej nie miała ochoty prowadzić krępującej dyskusji. On jednak wiedział swoje i nie zamierzał tak łatwo dać za wygraną. Pochyliwszy się ku lady Alixe, poczuł cytrynowo-lawendowy zapach jej wody toaletowej.

– Proszę się nie obawiać – mruknął konspiracyjnie. – Możemy kontynuować naszą frapującą dyskusję przy herbatce.

– Wcale się nie obawiałam. – Uśmiechnęła się przez zaciśnięte zęby.

– Ależ owszem, obawiała się pani.

Lady Alixe odwróciła się do drugiego sąsiada, ale wcześniej zdążyła wymierzyć Merrickowi solidnego kopniaka w kostkę. Zaśmiałby się, gdyby tak bardzo go nie zabolało.