Wydawca: 12 Posterunek Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 633 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Skradziony pawian - Anna Karolina Larsson

Zbrodnia. Jedni robią to dla pieniędzy, inni dla władzy, a jeszcze inni dla zemsty...

Adnan właśnie skończył odsiadywać wyrok za handel narkotykami. Teraz szybko musi zdobyć kasę, aby spłacić swoje długi wobec jugosłowiańskiej mafii. Magnus jest skorumpowanym gliną, który w swoich działaniach balansuje na granicy prawa. Ma słabość do kobiet.

Amanda jest początkującą policjantką. Wybrała ten zawód z bardzo osobistej przyczyny: samobójstwa siostry. Odkrywa jednak, że jej siostra została zamordowana. I jest gotowa poświęcić wszystko, aby odkryć prawdę i doprowadzić zabójców przed oblicze sprawiedliwości.

W tym niezwykle pasjonującym miejskim thrillerze trzy postaci balansują na krawędzi między dobrem a złem, gdyż ich losy są kunsztownie i zręcznie splecione ze sobą. Seks, kłamstwa i pokaz siły na korytarzach komendy policji i w podziemnym światku Sztokholmu. A wszystko to napisane przez prawdziwą szwedzką policjantkę.

Skradziony pawian to surowy i bardzo mocny debiut.

Opinie o ebooku Skradziony pawian - Anna Karolina Larsson

Fragment ebooka Skradziony pawian - Anna Karolina Larsson

Tytuł oryginału: STÖLD AV BABIAN
Redakcja i korekta: MAŁGORZATA UBA
Projekt graficzny okładki: SYLWIA ZAGÓRSKA
Skład i łamanie: 12 Posterunek
STÖLD AV BABIAN © 2014 by Anna Karolina First published by Nordstedst, Sweden Published by arrangements with Nordin Agency AB, Sweden © Copyright by Wydawnictwo 12 Posterunek
Wydanie I Warszawa 2017
ISBN 978-83-63737-37-5
www.12posterunek.plkontakt@12posterunek.pl
Konwersja:eLitera s.c.

ROZDZIAŁ 1

KURWA, KURWA, KURWA! Adnan ponownie zerknął w tylne lusterko i zobaczył, że ten cholerny saab nadal go śledzi. Nie było żadnych wątpliwości. Jechali za nim. Dodaj gazu albo giń. PSIAKREW!

Zobaczył go, zaparkowanego na ukos, na Statoil. Potem już więcej o nim nie myślał. Zatankował i wziął kilka głębokich wdechów. Uwielbiał zapach benzyny. Strzepnął wąż, ani jednej kropelki na – diamentowo czarnym – lakierze. Przesunął palcem po masce. Ani śladu, oczywiście. Wywoskował go jak najprawdziwszy Karate Kid. Wax on, wax off, wax on, wax off[1]. Duma była nie do opisania, gdy dostał kluczyki. Dorastał wraz z wozem. Dorastał w szacunku. Widział, jak w spojrzeniu innych samców pojawia się coś maniakalnego. Był kimś. On i wóz – razem stanowili najlepszy magnes na panienki.

Kiedy płacił, obejrzał sobie lalę przy kasie. Wielkie balony – na pewno silikon. Rzucił paczkę gumek na ladę i wziął jeszcze jedną. Nadeszły nowe czasy. Cudowne czasy! Pora znowu podupczyć po więcej niż półtora roku brandzlowania się w mamrze. A to nieszczególnie podniecające w małej celi o zimnych betonowych ścianach i na twardej nierównej miniaturze łóżka. Wyobraźnia musiała ciężko pracować.

Pieprzony saab jechał tuż za nim. Na Drottningholmsvägen wpuścili przed siebie inny samochód. Myśleli, że są cwani. Na Ulvsundavägen zjechali na sąsiedni pas. I znowu wyłonili się z tyłu. KURWA, KURWA, KURWA! Tym razem chłopaczki Milorada go zarżną. Obedrą żywcem ze skóry.

Ostatnim razem przeżył dzięki ich łasce. Honor legł w gruzach. Całował ich syfiaste, obleśne buty. Lizał je. A oni rechotali. Rechotali tak, jak tylko jugolskie świnie potrafią. Forsę mają dostać teraz! Najlepiej wczoraj.

– Z odsetkami to będzie trzysta pięćdziesiąt patoli – powiedział Milorad swoim ochrypłym niskim głosem, który bankowo przestraszyłby głuchego. Rzucił swojemu przydupasowi spojrzenie, które mówiło: jeszcze jednego kopa. Wezwany, którego postura przywodziła na myśl goryla, zebrał wszystkie siły i za całą krainę szwedoli uderzył prosto w splot słoneczny.

Technika goryla nie była na szczęście zbyt wyszukana, ale kopniak i tak miał powalający efekt. Lepiej byłoby zobaczyć gwiazdy. Zamiast tego wszystko zrobiło się czarne. Panika. Płuca nie przyjmowały powietrza. Uderzenie adrenaliny, która chciała eksplodować, zostało zamknięte w środku jak do odsiadki. Chciała na zewnątrz. Do ataku. Dusiła się odebraną wolnością. Rozsadzała. Leżał jak jakieś zasrane niemowlę. Pozycja embrionalna. Stali dookoła. Mur syfiastych butów. Rechotali. Kopali. Charchali. Zmniejszyli ucisk. Rechotali jeszcze głośniej. Wcierali ziemię w twarz. Do ust. Ziemię ze szczochami po sterydach. Ziemię z trzema rodzajami jugolskich szczochów po sterydach.

– Ty i twój arabski koleżka macie tydzień. Potem będziecie wpieprzać coś innego niż ziemię. – Jeszcze większy rechot. Więcej kopniaków. Tak było. Nigdy, psiamać, więcej!

Saab ciągle w tylnym lusterku. Musi coś wymyślić. Coś mądrego. Szybko. Ale nie ma szans na genialne myśli, kiedy tętno osiąga maksa. Z przodu po lewej zobaczył stację Shell. Po prawej – dzielnicę willową. Tam mógłby ich na pewno wykiwać. Miał przecież króla szos. Pod maską pięćset dwadzieścia koników. Wcisnął gaz do dechy i zwiększył trochę dystans. Wille na przedmieściach przemykały obok. Kurczowo trzymając kierownicę, skręcił do dzielnicy. Wpadł na doskonały pomysł. Gwałtowne hamowanie: w prawo i w prawo. Zawsze działało. Klasyk. Na pierwszym skrzyżowaniu skręcił i pognał z pełną prędkością. Pisk opon. Odparował kierownicą. Zarzuciło. Wrócił do właściwej pozycji. Następne skrzyżowanie, znowu w prawo. Wkrótce zgubił saaba.

KURWA! Zapory betonowe na jezdni!

Noga na hamulec.

Wsteczny.

Szybko jak diabli.

Z powrotem pozycja do jazdy.

Niech to szlag!

We wstecznym lusterku pojawiły się reflektory. Były coraz bliżej. Bach! Uderzył głową o kierownicę. Był w szoku. Musi wiać. Honor nie wytrzymałby kolejnej rundy. Ani mama. A wtedy i tak widziała tylko guza na czole i blednące limo pod okiem. Tata oskarżycielsko wyjaśnił, że nie spała potem przez kilka tygodni. Próbował jak najdłużej unikać rodziców, ale gdy Samir, jego młodszy brat, miał zakończenie roku szkolnego, Adnan został zmuszony do pokazania swojej zmasakrowanej twarzy. Co prawda, wtedy już z powrotem zaczynał przypominać samego siebie. Grube rysy i prosty nos – nie haczykowaty jak u większości Arabów – mimo niezliczonych ciosów udało mu się zachować jego prosty kształt.

W zderzeniu samochód obróciło o pół obrotu. Adnan znowu dodał gazu. Saab jak fiut nagrzanego pedała w dupie. Łup i z powrotem, łup i z powrotem. Nie jest żadnym pieprzonym pasywem! Więcej gazu. Saab wydawał się jeszcze bardziej rozochocony i pojechał za nim. Tym razem uderzył z większą siłą. Łup. Adnan wpadł w poślizg. Zobaczył drzewo ze zbyt bliskiej odległości. Ominął je. Zakręcił się jak najlepsza łyżwiarka figurowa. Jeden obrót, dwa obroty. Stracił rachubę.

Potem się zatrzymał. Dwie myśli – wyjść i biec. Biec szybciej niż Usain Bolt[2]. Szybkość reakcji sto na sto. A jednak, światła milimetr od drzwi. Nagle na siatkówce oka dwa reflektory rozmnożyły się w tysiące. Ktoś szarpnął drzwiami pasażera. Silna dłoń trafiła na twarz. Stracił orientację. Stracił czas. Stracił czas na myślenie. Raptem znowu leżał twarzą w ziemi. Powtórka. Wspomnienia wirowały. Nogi zostały w samochodzie. Ręce wykręcone. Próbował się uwolnić. Protestował. Rzucał całym ciałem. Protestował jeszcze bardziej. Uścisk stał się silniejszy.

Naraz coś dźgnęło w oczy jak nożem. Paliło i pociekły łzy. Ci skurwiele mieli gaz łzawiący! Wrzeszczeli jak opętani. Adnan też. W środku tego jazgotu – krzyk zbyt uprzejmy na to, co się działo. Coś było nie tak. Mocno nie tak. Nagle załapał. Westchnął z ulgą. Mógł rozróżnić i zrozumieć wrzaski. Gliny. To były gliny. Był uratowany. Nie umrze. Nie dzisiaj. Nie teraz.

– POLICJA, leż spokojnie, do diabła! Albo będzie jeszcze gorzej! – policyjna dziwka wrzeszczała jak opętana. Kilkoro wrzeszczało. Ciężar ciała na każdym z ramion.

Ulga przeszła we wściekłość. Co oni sobie właściwie wyobrażają?

– Pierdolone ścierwa! Próbowaliście mnie rozjechać, do cholery! – Gaz łzawiący sprawił, że zaczął ryczeć jak rozhisteryzowana panienka. A jak się cieszyli, kiedy ich opieprzał. Upokorzenie było całkowite. Smarki ciekły z nosa.

– Na chuj użyliście gazu łzawiącego? Tchórzliwe ścierwa!

– To nie jest gaz łzawiący. To gaz pieprzowy. Jak się tylko uspokoisz, będziemy mogli go złagodzić. To nic groźnego.

Smarków przybyło. Lały się nosa. Zawisały na podbródku jak białko z rozbitego jajka.

– W dupie mam, co to jest, do cholery! Kurwa! – Oczy paliły.

– To tylko chili, nic groźnego.

Jeśli dziwka zaraz nie zamknie mordy, to jej przywali. Zmiażdży ją. Jebać pozycję leżącą. Jebać skutki.

– Psia jego mać!

Niższy głos:

– Wiem, że to boli jak diabli, ale jeśli się teraz uspokoisz, będziemy mogli cię posadzić i niedługo poczujesz się lepiej.

– Jestem przecież spokojny, do cholery!

– Rozluźnij ramiona, to cię posadzimy.

Adnan rozluźnił napięte bicepsy, które tego samego dnia pakował do granic pęknięcia. Równie dobrze może dołączyć do zabawy.

– O tak, dobrze. Teraz cię posadzimy. Tylko spokojnie.

Spróbował otworzyć oczy, żeby sprawdzić, co to za tuman nawijał jak przedszkolanka. Odruch rogówkowy mu to uniemożliwił. W ciągu tych krótkich chwil, kiedy udało mu się nie zamknąć oczu, dostrzegł trzy osoby, może cztery osoby.

Przedszkolanka wyciągnął rękę.

– Masz tu nawilżaną chusteczkę – powiedział.

Adnan wziął i wytarł oczy.

– Aaauuu, od tego jest przecież jeszcze gorzej!

– Spróbuj otworzyć oczy. Wiem, że to trudne, ale powietrze pomaga, więc im częściej mrugasz, tym szybciej przechodzi.

To była chyba sytuacja, w której należało skorzystać z rady przedszkolanki.

– Dlaczego próbowałeś nam uciec? – ciągnął przedszkolanka.

– Skąd, do diabła, miałem wiedzieć, że jesteście glinami?

– Kim innym mogliśmy być? – wtrąciła się dziwka.

– Ty tam, nie do ciebie mówię. – Adnan spróbował rzucić jej nienawistne spojrzenie, ale szybko zrozumiał swój błąd. Z oczu pociekło jeszcze bardziej niż przedtem, a ból dotarł do mózgu. Trudno mu się oddychało. Hiperwentylacja. Skupił się, żeby nie dało się tego zauważyć.

– Bierz głębokie wdechy. Wiem, że to parszywe uczucie. – Przedszkolanka go przejrzał.

– Skąd, do diabła, możesz wiedzieć?

– Wszyscy próbowaliśmy. W przeciwnym razie nie moglibyśmy tego używać.

Adnan zamruczał pod nosem, nie powiedział nic głośno. Spróbowali pewnie z kroplą do jednego oka. A nie całą jebaną puszką!

– W takim razie próbowaliście też do siebie strzelać?

– Słuchaj, Adnan, chcemy być mili. Jak będziesz się tak do nas odnosił, odwdzięczymy ci się tym samym. To chyba fair. – Przedszkolanka wydawał się tu szefem.

– Mili! To tak się właśnie zachowujecie, jak jesteście mili? Próbujecie mnie rozjechać, a potem pryskacie w ryj gazem łzawiącym.

– To gaz pieprzowy z chili. Nic groźnego. – Dziwka po prostu nie mogła odpuścić z tym chili.

Tym razem nie zadał sobie trudu, żeby odpowiedzieć. Lepiej ich po prostu zlać. Nie miał zamiaru zniżać się do gadania z policyjną dziwką.

– Dawaliśmy znaki i użyliśmy lizaka – powiedział przedszkolanka. – Nie widziałeś?

Nie widział. Jedyne, co miał na siatkówce, to jugole, ziemia i szczochy. Zdeptany honor.

– Skąd w ogóle wiecie, kim jestem?

– Pracujemy nad projektem NOVA[3]. Znasz go?

Nagle urósł. Urósł z dumy. Od łkającej dziewki po siejącego postrach, znanego kryminalistę. Był na liście NOVA! Tak groźny, że objął go największy projekt gliniarzy poświęcony najcięższym przestępcom w Sztokholmie. Był jednym z największych w całym jebanym mieście, a może i kraju. Najniebezpieczniejszym. Najokrutniejszym. Zajebiście wielkim.

– Wiem, czym się zajmujecie – odpowiedział.

– Masz coś przy sobie?

– Nie robię już w tym gównie. – Ręka odruchowo powędrowała do prawej kieszeni spodni. To stało się automatycznie. Bez możliwości kontroli. Nawyk, żeby zawsze trzymać tam kilka samarek z porcjowanym białym proszkiem. Albo jeszcze częściej – jego resztkami.

– To co tam masz? – Dziwka gapiła się na prawą kieszeń. – Obszukamy cię, więc równie dobrze możesz wyjąć to, co chowasz.

– Sprawdzajcie, gdzie tylko chcecie. I tak nic nie znajdziecie. – Był czysty jak śnieg. Nie brał i nie dilował, od kiedy poszedł siedzieć.

– Możesz wstać. Kiedy brałeś ostatni raz?

– Trudno ci załapać, czy jak? Nie robię już w tym gównie.

– A co wcześniej brałeś? – Dziwka stawała się niemożliwa.

– To możecie chyba sami sprawdzić. Większość przecież o mnie najwidoczniej wiecie.

– Ale pytam ciebie. Wszystko pójdzie znacznie sprawniej i szybciej, gdy będziesz współpracował i odpowiadał na nasze pytania.

Adnan zaprotestował milczeniem.

– Co takiego wyrzuciłeś przez okno?

O czym oni, do cholery, mówią?

– Nie rżnij głupa, i tak sprawdzimy, co to było.

Nagle przypomniał sobie, że kiedy skręcił ze Statoil, wyrzucił papierek po gumie do żucia. To była przyczyna tego wszystkiego? Papierek po gumie! O ekstramiętowym smaku. Tego mogli jak najbardziej szukać. Miał nadzieję, że długo im to zajmie.

Przedszkolanka przejął inicjatywę.

– Siedziałeś chyba ostatnio półtora roku za posiadanie narkotyków, prawda?

– Jeśli tak twierdzicie.

– Nie chciałbyś pewnie znowu trafić za kratki? Nie masz przecież prawa jazdy, dobrze wiesz. Więc na twoim koncie będzie prowadzenie pojazdu bez uprawnień.

Adnan zamrugał, żeby przez mgnienie oka uchwycić obraz przedszkolanki.

– Za to raczej nie pójdę siedzieć? Moje grube numery z przeszłości zostały anulowane. – Wytarł się wierzchem dłoni.

– Tak pewnie było, żebyś jednocześnie dostał wyrok za przestępstwo narkotykowe i ulgę za całą resztę. Ale mogę cię poinformować, że więzienie znajduje się w zakresie kar za grube numery, więc powinieneś się chyba trochę zastanowić. Czyj to samochód, tak na marginesie?

– Kolegi.

– A jak nazywa się kolega?

– Jak to? On na pewno nie ma z tym nic wspólnego.

– Pomyślałem tylko, że dobrze byłoby powiedzieć twojemu koledze Diarowi o pozbawieniu go nowiuśkiego samochodu.

– Nie możecie zabrać samochodu, do cholery!

– Słuchaj, Adnan, nigdy nie robimy tego, czego nie możemy. To w nim byłeś wielokrotnie widziany i zostałeś zatrzymany trzy razy w ciągu ostatniego miesiąca. Czyli to ty używasz samochodu, zostanie więc zarekwirowany. Możesz w związku z tym wymyślić jakąś błyskotliwą historyjkę dla swojego kolegi. Zapewne nie będzie tak całkiem zadowolony?

– Ale błagam, wpiszcie mi ciężkie wykroczenie, róbcie, co chcecie. Ale nie zabierajcie samochodu! Przecież go tylko pożyczyłem! – Adnana na serio obleciał strach.

– Wiesz dobrze, że po prostu wykonujemy swoją pracę. Mamy dwa ważne powody do zabrania samochodu. Pierwszy to ten, że regularnie prowadzisz bez prawa jazdy, a drugim jest zadłużenie w Kronofogden[4]. Wydaje się im dość ciekawe, że masz długi na blisko pół miliona, których nie możesz spłacić, a jednocześnie jeździsz samochodem wartym niemal tyle samo.

– Ale to przecież, do cholery, nie jest mój samochód! – Zrobiło się groźnie. Pocił się. Z oczu dalej ciekło. Z nosa też.

– Doskonale wiem, jak to jest. To się wcale nie dzieje tak rzadko, że rejestrujecie samochody, domy i wszystko inne na krewnych, znajomych i tak dalej tylko po to, żeby ukryć wasze – jak by to ująć – szemrane źródła dochodów. Ale niestety, tym razem to nie przejdzie.

Pozamiatane. Finito. Szlus. Wiedział to. Cios w brzuch. Gorszy niż wtedy, kiedy Goryl walnął za całą krainę szwedoli. Wóz Diara zarekwirowany. Złoty samorodek Diara, który Adnan pożyczył, kiedy on kiblował. Z początku planował skorzystać z niego tylko raz. Potem siostra Diara zadzwoniła i chciała, żeby ją podwiózł. To się wtedy niespodziewanie stało niemal legalne, nawet bez zgody Diara. Później to był już zły nawyk i Adnan jeździł wozem kumpla codziennie.

Diar – koleś, który nienawidził aktywności fizycznej. Odkąd został zatrzymany stracił na pewno z dziesięć kilo. Adnan widział go na rozprawie po zatrzymaniu. Wyglądał tak, jakby siedział w Auschwitz. Ubrania zwisały. Policzki były zapadnięte. Diar mógł być praktycznie tak napakowany, jak chciał. Miał to w genach. Gdyby tylko zdołał kiedyś zawlec swoje kościste dupsko na siłownię. Ale jego to nie obchodziło. Sądził, że pakerzy marnują czas.

Adnan próbował uświadomić mu wartość napakowanych mięśni: kobiety, respekt, zazdrość. Więcej kobiet. Lista była nieskończona. Ale Diar miał to gdzieś. Jemu wystarczała dobra fura.

Fura, do której właśnie wsiadł któryś z gliniarzy i odjechał. Kurwa!

Adnan podparł się na ręce i przeskoczył nad barierkami wejścia do metra. Starym zwyczajem. Zaropiałe oczy źle jednak oceniły wysokość. Prawa stopa utknęła i poleciał do przodu jak długi. Nadgarstki zatrzeszczały pod ciężarem mięśni. Kolano uderzyło o ziemię.

Dwie dziewczynki przerwały esemesowanie i zachichotały.

Szyderczy uśmiech strażniczki był bardzo wymowny – takich Bóg karze natychmiast.

Reakcja Adnana: podnieść się szybko jak sam diabeł! Nie kuleć. Udawać, że nic się nie stało. Wszedł na ruchome schody, żeby zjechać do pociągu, który stał już na peronie, więc żeby zdążyć, musiał podbiec ze stłuczonym kolanem.

Pociąg gnał przez czarne tunele. Adnan spojrzał na swoje odbicie w oknie. Odwrócił wzrok. Akurat tym razem nie był zadowolony z widoku – twarz w różnych odcieniach i o zgaszonym spojrzeniu. Z oczu przestało ciec, ale nadal były przekrwione. Gorzej niż na kacu. Wyczyszczony mózg – jak wyciśnięta cytryna. Spodnie były uwalane po nagłym ataku gliniarzy, dłonie podrapane po brutalnym upadku na barierce, lepkie od zarazków połowy mieszkańców Sztokholmu. Kolano pulsowało. Życie wyruchało Adnana w dupę.

Odrzucało go od pojechania metrem. Środek lokomocji klasy pracującej.

Pracować cały miesiąc, a w kolejnym dostać wypłatę – to nie dla Adnana. Tak mogą zasuwać zwykli pasażerowie metra.

W jego stylu były raczej szybkie zlecenia i płatność bezpośrednia.

Raz, dawno temu, próbował to wytłumaczyć swojej wychowawczyni, ale nigdy nie pojęła tej logiki. Gderała o tym, że wykształcenie jest ważne i że Adnan musi zdobywać dobre stopnie. Wtedy dostanie dobrą pracę. Rozumiał jednak ten mechanizm: im lepsze stopnie, tym lepsza robota. Im lepsza robota, tym roboty więcej. Mimo dobrej roboty pieniądze nigdy nie starczają do pierwszego.

Widział to u swoich rodziców. Tata, który zawsze harował od poniedziałku do piątku, a nawet w weekendy, żeby naciułać trochę więcej. Mama usiłująca za te pieniądze prowadzić dom z dwoma głodnymi dzieciakami. Tata zawsze poza domem. Życie rodzinne w rozsypce. Ale trzymali się razem, taka była kultura. I Adnan wiedział, że kochali się gdzieś poza tym wszystkim. Ale skąd brali siły?

Nie, praca, którą pasażerowie metra rozpirzali sobie życie, nie była dla Adnana.

Liczył się dobry wóz. Mimo tego spieprzonego dnia.

Nie mógł nawet zadzwonić do żadnego z kumpli. „Siema, przejebałem merola Diara, możesz mnie zabrać z...”. Nigdy! Zawiódł Diara. Złamał braterską przysięgę. Gliny spierdoliły mu życie! Gorzej niż jugolskie świnie.

ROZDZIAŁ 2

Trzynaścioro policjantów czekało na rozpoczęcie odprawy. Kilkoro robiło obowiązkową kontrolę przed jazdą i w garażu było jak w ulu. Sprawdzali poziom oleju, płyn do spryskiwaczy, płyn do chłodnicy, ciśnienie w oponach, syreny, koguty, kierunkowskazy, światła. Taśma ostrzegawcza jest? Zabrali wszystkie formularze? Notes z mandatami? Podnosili siedzenia, zdarzało się bowiem od czasu do czasu, że jakiemuś ćpunowi udawało się wypuścić z gaci trochę brązowego towaru i wcisnąć w odpowiednie miejsce. Listę tego, co wchodziło w zakres kontroli, można było wydłużać, jeśli się należało do sumiennej grupy funkcjonariuszy. Natomiast ci, którzy skracali listę, pili kawę ze służbowego automatu Selecta albo dojadali resztki z pojemników na lunch.

Amanda się spóźniła i pochłaniała domowe lasagne. Podgrzała zamrożone danie w mikrofalówce z takim rezultatem, że brzegi były bardzo gorące, a środek nadal zamarznięty. Ale i tak wszystko połknęła. Gdy się wyruszyło, nie było pewne, czy zdąży się coś jeszcze zjeść podczas zmiany.

Dwadzieścia sekund przed dwudziestą drugą wpadła do sali odpraw, przełykając jednocześnie ostatni kęs.

– Ledwo, ledwo – powiedział Marcus siedzący ze stoickim spokojem przy długim stole.

Amanda wiedziała, że ma na myśli ciasto. Spóźniona osoba była prześladowana przez wszystkich kolegów, dopóki smakowita pokusa nie pojawiła się na stole do kawy. Takie były niepisane zasady. Ciasto było też karą za spowodowanie incydentu w ruchu drogowym, fałszywe alarmy i inne głupie sprawy. Ława przysięgłych chętniej skazywała niż uniewinniała. Innymi słowy, w pokoju wspólnym zawsze było ciasto.

Zdjęła nadajnik radiowy, aby móc usiąść. Krzesła nie były przeznaczone dla umundurowanych policjantów, którzy na biodrach mieli ciężkie pasy z różnymi szpargałami, znacząco powiększającymi rozmiar: pistolet, gaz pieprzowy, pałka, kajdanki, dodatkowy magazynek, nadajnik. Od dawna się uskarżali, że podłokietniki to nie najlepszy pomysł, ale była to tylko jedna z wielu propozycji, które zostały zignorowane przez osobę dzierżącą prawo do decydowania o zakupie wyposażenia. Krzesła stanowiły na komendzie powracający temat dyskusji. Błahostka, można pomyśleć, ale irytująca dla tych, którzy zmagali się z nią na co dzień.

Każdy miał własną koncepcję na to, jak usiąść. Nachylić prawe biodro, aby broń wylądowała pod podłokietnikiem, nachylić lewe biodro, aby pod drugim podłokietnikiem znalazł się nadajnik. Najbardziej pomysłowi koledzy wyłamali podłokietniki, żeby uniknąć trudności.

Amanda myślała o tym, co wydarzy się w ciągu nocnej zmiany. Nigdy nie było wiadomo. To był jeden z uroków tej pracy.

Na największy kawałek tortu mogła zaprosić zachodnia część miasta – Västerort. Kista[5] – pasaż szoków kulturowych i kleptomanów. Hässelby – królestwo patoli na socjalu. Vällingby – miejsce spotkań alkoholików. Bromma – siedziba Hells Angels[6], a od czasu do czasu jakiś alarm lotniczy. Sundbyberg – kawalerski, swojski Sumpan[7] z weekendowym pijaństwem i podbitymi oczami. Tutaj próbowali się też zaczepić poszukujący tożsamości chłopcy, marzący o karierach hiphopowców lub złodziei opancerzonych samochodów. Alvik – dryblasowate, pryszczate dzieciaki bogatych rodziców, które nauczyły się chyba tylko jednego, jedynego zdania: „Mój tata jest tak naprawdę adwokatem”. Nockeby – zatrzęsienie czubków. Po drugiej stronie mostu Nockebybron piękny Drottningholm – często odwiedzany zamek rodziny królewskiej z szalonymi stalkerami. Ekerö – psy spuszczone z łańcuchów. Solna – kibole. Rinkeby, Tensta, Hjulsta, Akalla – każdy kawałeczek tortu poza gadką „Mój tata jest tak naprawdę adwokatem”. Narkotyki w dużych ilościach – brązowe, zielone, białe. Do wyboru, do koloru. Drobni złodzieje, poważni złodzieje, złodzieje, którzy okradali złodziei.

Prowadzący odprawę, dowódca Nils Söderling, wymienił, kto z kim pojedzie i w jakim samochodzie, co się zdarzyło od ostatniego razu, co się dzieje na tej zmianie, a wreszcie – kto ma dziś imieniny. Codzienne obwieszczanie solenizanta stało się znakiem rozpoznawczym Nissego[8], na który wszyscy uśmiechali się półgębkiem, podczas gdy obecni przy stole, niewtajemniczeni koledzy zastanawiali się, o co chodzi. Sensu jednak nie rozumiał nikt, wspomnienie solenizanta to po prostu było coś, co należało w tej chwili zrobić, aby uznać odprawę za zakończoną.

Co za popieprzoną pracę sobie wybrała! Amanda zobaczyła, jak jej kolega Tobbe ociera łzę z policzka. Oboje się cieszyli, że mieli siebie jako partnerów do potwornego zadania, które właśnie zakończyli.

Zidentyfikowali martwe niemowlę w Szpitalu im. Astrid Lindgren. Chłopca, który miał zaledwie cztery miesiące. Matka i ojciec zostali zatrzymani pod zarzutem dzieciobójstwa. Szeroko dyskutowane zjawisko – zespół dziecka potrząsanego.

Pielęgniarka pokazała im drogę do sali. Szła cicho przed nimi ze spuszczoną głową. Słychać było tylko jej klapki przesuwane po podłodze przy każdym powolnym kroku. Otworzyła drzwi i ręką dała znak, że mogą wejść. Ciemne pomieszczenie o zimnych i sterylnie białych ścianach teraz rozjaśniała świeca. Umeblowanie skąpe z blaszanym blatem przy jednej ze ścian. Leżał na nim żółty koc przykrywający niewielkie wzniesienie.

Pielęgniarka podeszła i podniosła koc tak ostrożnie, że można się było pod nim spodziewać tykającej bomby. Zamiast niej ukazało się sztywne ludzkie ciało, za małe, aby tam leżeć. Skóra tak jasna, że prawie przezroczysta. Wargi sinoniebieskie. Oczy zamknięte. Oczy, które już nie mogły obserwować świata.

To było zupełnie nierzeczywiste i nie dawało się pojąć. Niemowlę, które nie było ciepłe, które nie domagało się uwagi. Niemowlę, które nie gaworzyło, nie płakało.

Ciche. Spokojne.

Obok ktoś położył misia z czerwoną kokardką.

Na ten makabryczny widok Tobbe odwrócił się plecami. Amanda zrozumiała – sam miał jednoroczne dziecko. Na tasiemce identyfikacyjnej zapisała nazwisko „Hugo Lindström” i założyła ją wokół kostki niemowlaka; nadgarstek był za wąski. Potem zamówiła transport, którym Hugo miał zostać zabrany na obdukcję do oddziału medycyny sądowej. Hugo, który był sam.

Ze swoim misiem.

– Sorry, że nie dałem wtedy rady. – Tobbe siedział z głową ciężko opartą na zagłówku.

Amanda prowadziła radiowóz przez ciemne ulice.

– Spoko.

– Cieszę się, że pojechałem z tobą.

– Wiem, następnym razem to ja nie wytrzymam. – Uśmiechnęła się do Tobbego. Widać było, że jest wdzięczny.

Pomyślała, że to się nigdy nie wydarzy. Że mogłaby nie wytrzymać. Powiedziała to ze względu na niego. Nie chciała, żeby czuł się głupio dlatego, że płakał. Duży, silny policjant z bronią i pałką, który płakał. Ale to było w porządku. Chciałaby móc płakać. Nie robiła tego od wielu lat. Odkąd... Odrzuciła wspomnienie.

Milczeli przez chwilę. Jedyny dźwięk, jaki było słychać, wydawały wycieraczki na przedniej szybie. Ustawione na najniższym poziomie do wycierania drobnej mżawki, która pojawiła się, gdy skończyli się zajmować małym Hugonem. Taki deszcz, w którym nie czuć kropel. Człowiek po prostu przemakał. Było przytulnie, dopóki siedziało się w samochodzie.

Przekręciła gałkę radia i nastawiła stację Bandit na 106,3. Edsel Dope wrzeszczał z głośników: ... die motherfucker die motherfucker die...

– Ups, nie tego chyba teraz potrzebujemy. – Wyciągnęła rękę do radia.

– Nie, nie, zostaw. Nie możemy tu dłużej siedzieć i się dołować. Musimy się naładować na kolejne zadania.

Pochyliła się i zrobiła głośniej.

... die motherfucker die motherfucker die...

Po kilku minutach dudniącego metalu Amanda zauważyła, że Tobbe wrócił do siebie. Mały Hugo został umieszczony w pamięci wśród innych. Ten bagaż był przepełniony u większości policjantów – tych, co już trochę pracowali.

Jechali dalej pośród sztokholmskiej nocy. Sprawdzali tereny przemysłowe. Dzikie obozowisko Solvalla. Wille ze zgaszonymi światłami w Äppelviken. Kupili w piekarni świeże bułki. Zatrzymali parę samochodów i przeprowadzili kontrolę trzeźwości. Nagle w kieszeni spodni zawibrował telefon. Amanda wyliczyła w myślach kilkoro ludzi, od których mógł przyjść esemes. Sekundy niepewności przed zobaczeniem nazwiska na wyświetlaczu były zawsze tak samo podniecające. To będzie miła wiadomość? Jeszcze milsza wiadomość? Czy tylko od mamy? Ucieszyła się, gdy zobaczyła imię: Adnan.

Adnan z przedwczoraj. Dziwne uczucie rozeszło się w okolicach żołądka. Ekscytacja? Czuła po kościach, że jeszcze się odezwie. Pytanie było: tylko kiedy. Dwa dni to szybciej niż przypuszczała. Niepisana reguła nie mówiła o trzech?

Przeczytała. Siema chcę się z tobą spodkać.

Wnikliwa analiza: „Siema” – co miał na myśli? Była tylko kumpelką?

„Chcę się z tobą spodkać” – w każdym razie chciał się znowu spotkać. Jak kumple? Kiedy? Drażnił ją błąd w pisowni. Żadne „ściskam” ani „buziaki”, ani „fajnie było cię poznać”. Nawet żadnej buźki. Jest nieśmiały? Nie ma odwagi okazać uczuć? Jest w ogóle zainteresowany?

– Dlaczego się uśmiechasz? – Tobbe zerknął na nią i telefon, który chyba pochłaniał jej trochę zbyt wiele uwagi, zważywszy, że to ona prowadziła.

– To tylko esemes.

– No dawaj!

– Chyba kogoś spotkałam.

– Aha, kogo? Kogoś z komendy?

Próbowała z powrotem wsadzić telefon do kieszeni i jednocześnie skupić się na drodze.

– Pewnie, że nie. Nie można być przecież z policjantem.

– Tak myślałem. – Trącił ją w ramię. – No, opowiadaj!

– Właściwie to nie wiem za dużo. Tylko chwilę rozmawialiśmy. Wydaje się miły.

– Aha, a gdzie się spotkaliście?

Myślała przez chwilę, czy ma być szczera, czy nie.

– W Konsumie[9].

– Co, serio?

– Bardzo romantycznie, prawda? Przy stoisku z mrożonkami w Konsumie. Wyglądał cholernie dobrze, więc podeszłam i zaczęłam mówić coś o kurczaku.

Tobbe odrzucił głowę na zagłówek i wybuchnął śmiechem.

– Wariatka z ciebie!

– Wiem. Ale nie można przecież siedzieć w domu i wierzyć, że ktoś z miejsca zapuka do drzwi.

– Masz rację. To było odważne.

– A co miałam zrobić? Był zajebiście słodki.

– Mówię przecież, że to było odważne! Ale czekaj, żeby go zaakceptować, muszę się dowiedzieć, jaki ma samochód. – Tobbe, samochodowy fetyszysta. Był fanatykiem i znał każdą markę, każdy model, każdy podzespół, każdą śrubkę.

– Mercedesa.

– Nieźle. – Pokiwał głową. – A model i kolor?

– Czarny. Co do modelu, nie mam pojęcia.

– Czarny mercedes. Brzmi niegrzecznie.

Zgadł całkiem nieźle. Adnan Nasimi był poważnym przestępcą wpisanym do NOVA. Nie miała zamiaru nic wyjawić Tobbemu ani komukolwiek innemu. Wiedziała, że podejmuje spore ryzyko, ale musiała.

– Tak, kto to może wiedzieć w tym mieście?

– Spisałaś numer rejestracyjny?

– Ha, znasz mnie. Już sprawdziłam. Nie jest na niego zarejestrowany. Muszę w tym chyba trochę pogrzebać.

– No, wygląda podejrzanie.

– Może go pożyczył.

Postanowiła nie mówić, jakie informacje zdobyła na temat właściciela auta. Widniał we wszystkich policyjnych kartotekach.

– Na następnym spotkaniu powęszę trochę więcej.

– Więc znowu się spotkacie?

– Tak, o ile tylko dobrze interpretuję jego esemesa. Dlaczego wam, facetom, tak trudno wyrażać się jasno?

– To co tam jest?

– „Siema chcę się z tobą spotkać”. Tak się pisze?

– No, chce się przecież spotkać.

– Ale by nie umarł, gdyby się trochę rozwinął. Przecież takie pisanie nie jest w ogóle fajne.

– Nie zaczynaj znowu analizować. Chce się spotkać. Tyle.

– Myślisz, że chce się tylko przespać?

– Jasne, że tak.

Przerwało im policyjne radio, które było nadzwyczaj cicho przez ostatnie pół godziny. W eterze dał się słyszeć głos operatora:

– Rejon trzy od trzy zero. Trzy trzy – trzy jeden dwa zero. Zgłoś się.

Tobbe podniósł mikrofon.

– Tu Solna. Odbiór.

– Pojedziesz na Maltesholmsvägen 73 w Hässelby. Mamy tam zgwałconą kobietę. Piąte piętro, na drzwiach „Didriksson”. Odbiór.

– Przyjąłem. Odbiór.

– Kod do drzwi to trzy pięć osiem osiem. Do wiadomości: gwałt został przypuszczalnie dokonany w innym miejscu, a dzwoniła do nas jej przyjaciółka.

– Przyjąłem, jedziemy. Bez odbioru.

– Bez odbioru.

Amanda przełknęła ślinę i próbowała wyglądać obojętnie wobec tego, co usłyszała. Ale prawdy nie dało się zamknąć wewnątrz. Wspomnienia siostry i tego, co ją spotkało, wypłynęły i opanowały jej myśli na kilka sekund. Wymusiła powrót teraźniejszości i wysiliła się, żeby jej głos brzmiał normalnie. Prawdopodobnie się to udało, bo Tobbe raczej niczego nie zauważył.

– Trafisz, co? – spytał.

– Spokojna głowa.

Włączyła koguta i klucząc, jechała przez rzadki nocny ruch. Odpuściła sobie syreny, bo nie było powodu, żeby jechać na wariata do miejsca zdarzenia, na którym nie było już sprawcy. Wystarczyło trochę niebieskiego światła. Szybka jazda jest przecież zawsze super.

W mieszkaniu było ciepło i duszno, pod kamizelką kuloodporną lał się pot. Dało się wyczuć ostry smród moczu, a gdy Amanda mijała łazienkę, zauważyła przy muszli klozetowej kuwetę, która prawdopodobnie była jego przyczyną. W dużym pokoju przy jednej ze ścian stała sponiewierana materiałowa sofa, a na stoliku leżały niedopałki papierosów. Pospadały z przepełnionej popielniczki, za którą służył głęboki talerz. Stella Didriksson siedziała skulona w fotelu i wpatrywała się w Amandę i Tobbego oczami czerwonymi od płaczu. Tusz zostawił na jej bladych policzkach czarne pręgi, a ciemne włosy zwisały w strąkach.

– Zadzwoniła do mnie i powiedziała, że została zgwałcona – koleżanka Stelli zaczęła opowiadać Amandzie i Tobbemu, co się stało, zanim jeszcze zdążyli się przedstawić.

– Potem już nie chciała powiedzieć nic więcej. Wydaje mi się, że jest śmiertelnie przerażona, nigdy się tak nie zachowuje.

Amanda kucnęła przy Stelli.

– Witaj, mam na imię Amanda. Wiem, że ciężko się mówi o tym, przez co przeszłaś, ale nie musisz się nas krępować. Spotkaliśmy wiele dziewczyn, którym zdarzyły się podobne rzeczy. Niestety – muszę dodać.

Stella pokiwała głową.

– Chcesz opowiedzieć, co się stało?

Stella pokręciła głową.

– W takim razie chciałabym zadać pytanie, na które odpowiesz „tak” lub „nie”. Czy dziś wieczorem zostałaś zgwałcona?

Stella zdawała się wahać i po chwili wymamrotała:

– Tak.

– Muszę cię więc spytać, dlaczego nie chcesz o tym opowiedzieć.

– Po prostu nie chcę.

– Trudno ci o tym mówić, kiedy mój kolego słucha? – Amanda kiwnęła w stronę Tobbego.

– Nie, to nie ma znaczenia. Ale nie chciałam, żebyście tu w ogóle przychodzili. To Emma zadzwoniła, żałuję jak cholera, że jej powiedziałam.

– Stella pociągnęła nosem i schowała twarz w zgięciu łokcia. Amanda odczekała chwilę i pozwoliła się jej uspokoić.

– Gdzie to się wydarzyło?

Stella pokręciła głową, ale nic nie powiedziała.

– To było wewnątrz czy na zewnątrz?

– Wewnątrz.

– Znasz mężczyznę, który to zrobił?

Wargi Stelli drżały, gdy odpowiadała:

– Wiem, kto to jest.

– Możesz sama trochę opowiedzieć o tym, co się stało?

Ton głosu Stelli nagle się zmienił.

– Nie rozumiecie, nie mogę powiedzieć ani jednego jebanego słowa! – krzyczała. – Będę miała piekło, nie ma mowy!

– Jak to będziesz miała piekło?

– Nie mam już zamiaru powiedzieć nic więcej, nie ma mowy.

Amanda zerknęła na Tobbego, który został w wejściu. Pokręcił głową na znak, że nie warto już próbować. Poziom frustracji wzrósł, ale Amanda wiedziała, że przyciskanie nic nie pomoże.

– Stella, zrobimy tak, że nie będziemy musieli już dziś rozmawiać, ale mam nadzieję, że potem zdecydujesz się powiedzieć, kim jest ta osoba. Ponieważ wydaje się, że ci groził, może być wyjątkowo ważne, żebyśmy się dowiedzieli, kim jest. Pewnie nie ty jedna na niego trafiłaś.

Stella siedziała w milczeniu.

Amanda wstała, żeby rozprostować nogi. Kucała trochę za długo.

– Chcemy cię jednak zabrać do szpitala na badanie. Koniecznie trzeba zrobić je teraz, aby mieć jak największą szansę znalezienia śladów.

– Wzięłam już prysznic. – Stella skuliła się w fotelu jeszcze bardziej.

– Szkoda, nadal jednak mogą pozostawać ślady i ewentualne obrażenia. Naprawdę znają się tam na rzeczy i nie ma powodu do niepokoju.

– Nie, nie chcę.

– Stella, pomyśl, że jeśli później zmienisz zdanie, nie będziemy mieli jakiegokolwiek fizycznego dowodu.

– Nie zmienię zdania.

– Dlaczego? Co cię tak panicznie wystraszyło?

– Po prostu nie chcę. Wiem, jak to działa, to i tak do niczego nie doprowadzi. Tylko ja będę w kurewskich tarapatach. Nikt mi nie uwierzy. Dlaczego miałby uwierzyć?

Amanda rozumiała, co Stella ma na myśli. To było słowo przeciwko słowu między mężczyzną a kobietą, na dodatek była na haju jak drapacz chmur. Amanda zdecydowała nie zgłaszać przestępstwa narkotykowego. Prawdopodobieństwo, że Stella zgodzi się mówić, w ten sposób się nie zwiększy.

Amanda zrobiła jeszcze jedną próbę.

– Jestem w pełni świadoma, że wszyscy, którzy zgłosili gwałt, mają do pokonania długą drogę i że nie zawsze daje się go udowodnić. Gwałty obywają się przecież prawie zawsze bez świadków. Dlatego jest szczególnie ważne, aby jak najszybciej dowiedzieć się, kto to jest, bo również na jego ciele mogą pozostawać ślady pochodzące od ciebie. Im dłuższy mija czas, tym trudniej na koniec uzyskać wyrok skazujący. Co więcej, w ten sposób możesz mieć wpływ na to, żeby nie zrobił tego samego kolejny raz, komu innemu.

Stella siedziała chwilę bez słowa i sprawiała wrażenie, jakby się zastanawiała. Gdy odpowiedziała, Amanda była pewna, że nie zajdą już dalej dziś ani prawdopodobnie żadnego innego dnia.

– Zrobi to znowu. – Popatrzyła na Amandę rozszerzonymi źrenicami. – I zrobił to już wcześniej. Jak człowiek jest durny i wierzy we wszystko, to czasem też źle kończy. Ale daję radę. Zawsze będę dawała radę.

Była piąta rano, gdy Amanda i Tobbe opuścili Stellę Didriksson i Hässelby. Żadne z nich nie było szczególnie zadowolone z faktu, że nie udało się jej skłonić do mówienia. Uniknięcie nadgodzin tego ranka było jedynym pozytywem. Nadgodziny po nocnej zmianie to prawdziwa tortura.

Ponieważ Stella odmówiła przewiezienia na badania, Amanda i Tobbe nie musieli również przeprowadzać tej procedury. Amandzie stanął przed oczami napis. „REJESTRACJA ZGWAŁCONYCH KOBIET”. Był umieszczony na Södersjukhuset[10], gdzie Amanda wiele razy była z kobietami, które miały być zbadane po przestępstwie, którego zostały ofiarami. Nigdy nie rozumiała żartu z tym bijącym w oczy napisem. Być może celem było odstraszenie połowy wszystkich ofiar, które szukały tam pomocy, ze względu na grożące w przeciwnym razie przepełnienie. Dziś jednak mieli o jedną pacjentkę mniej, niezależnie od treści napisu.

Amanda w takim samym stopniu rozumiała Stellę i inne kobiety, które nie znajdowały siły na ciąg niezliczonych przesłuchań i badań, czekających je w przypadku zgłoszeniu gwałtu, jak nimi pogardzała. Było tak z powodu ich słabości, przez którą inne były narażone na to samo. Jak jej siostra Sanna. Rozwścieczała ją myśl, że można było temu zapobiec, gdyby tylko ktoś zdobył się na odwagę, by walczyć o swoje.

Tego ranka Amanda zasnęła ze słowami Stelli wirującymi w głowie.

– Dam radę. Zawsze będę dawała radę.

Dlaczego Sanna nie wytrzymała? Dlaczego nie poprosiła o pomoc?

ROZDZIAŁ 3

W sali sądowej rozprawa odbywała się w niezakłócony sposób mimo mieszanki różnych ludzi w jednym pomieszczeniu. Sędzia siedział w środku i słuchał uważnie. Starszy ławnik ziewał i od czasu do czasu kiwał głową. Czy on w ogóle był przytomny? Prokurator próbował wykazać, że sprawca działał z premedytacją. Obrońca postępował odwrotnie i szukał wszystkich możliwych wyjaśnień działania swojego klienta. W uszach Magnusa – śmiechu warte. W miejscu dla publiczności zgromadziły się dwa obozy. Jeden z nich stanowili ociekający testosteronem wytatuowani mężczyźni. Ogolone głowy albo kucyki – bez wyjątku. Bluzy opinające się na mięśniach. Rozgniewane spojrzenia wyrażające pogardę dla wszystkich społecznych instancji. Pogardę wobec wszystkiego, co w ogóle istnieje, poza nimi samymi. W drugim obozie znajdowali się Magnus i kilkoro z jego współpracowników. Byli tam, by okazać wsparcie Jeppemu, który wmieszał się do bijatyki na siłowni w Sundbyberg. Jeppe był świeżo upieczonym sierżantem, co oznaczało starszego posterunkowego, który pracował trzy lata i w związku z tym na pagonach dostał belkę obok złotej korony. Magnus wyłowił go po zakończeniu szkoły. Lubił pracowników obdarzonych zapałem i gotowością do czynu. Nie byle kto mógł sam powstrzymać wielkiego motocyklistę, który należał do jednoprocentowców, od powalenia kolesia na siłowni dziesięciokilowym ciężarkiem. Komu by to w ogóle przyszło do głowy? Motocyklista chyba też nie przypuszczał, że przypadkowo obecna osoba trzecia odważy się coś powiedzieć. A co dopiero interweniować. To dlatego dzisiaj tu siedzieli i obserwowali przedstawienie. Bo Jeppe zatrzymał jednoprocentowca gołymi rękami. Zniewaga dla gangu motocyklistów. Wyrazy uznania dla Jeppego. Punkty dla grupy dochodzeniowej. Klepanie po plecach. Informatorzy słyszeli plotki na mieście. Motocykliści wiedzieli, gdzie mieszka Jeppe. Miał zostać sprzątnięty. Tak się stało i to było coś, czym gliniarze musieli się zająć. To dlatego zbili się w ciasną grupę. Koleżeńsko. W tym systemie nie można było rozwiązywać kłopotów poszczególnych kolegów. Człowiek musiał radzić sobie sam, a ufać mógł tylko współpracownikom z najbliższego kręgu – jeśli sam był koleżeński.

Była przerwa na lunch. Magnus ze swoimi ludźmi wyszli z sali jako pierwsi i stanęli przy wejściu. Gadali. Pozwolili przejść motocyklistom. Przyglądali się im bliżej. Jakiś nowy tatuaż? Nowy członek gangu? Jakimi samochodami jeździli? Nikt się nie darł! O ironio – jak baby na spotkaniu miłośniczek robótek ręcznych – chętniej przynoszą ciasteczka niż szydełka. Jednoprocentowcy rzucali gniewne spojrzenia. Próbowali pewnie zapamiętać twarze policjantów na przyszłość. Gdy paląc gumę, ruszyli z parkingu i odjechali, Magnus z kolegami poszli na lunch do restauracji w dole ulicy. Był tam szwedzki stół, a w każdy czwartek dostawało się też deser. Szarlotkę z sosem waniliowym albo naleśniki z dżemem, lodami i bitą śmietaną. Magnus brał zawsze obie wersje.

Dzisiaj podawali kotlety z chili i serem feta, sałatkę z kaszy bulgur i guacamole. Oczywiście była też grochówka[11]. Magnus nałożył sobie i przeszedł do baru sałatkowego. Uczta kosztowała dziewięćdziesiąt koron, więc doprawdy było warto. Podszedł do dziewczyny przy kasie i postawił tacę. Uśmiechnęła się. Słodka. Była nowa? Magnus wziął kostki, które leżały na ladzie, i rzucił. Jeśli na obu wypadło tyle samo, lunch był na koszt restauracji. Magnus miał dwie szóstki.

– Gratulacje! Masz dziś szczęście. – Dziewczyna przy kasie uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

– Kwestia sprytu. Zawsze dostaję to, co chcę. – Magnus ślizgał się wzrokiem po jej ciele. Od piersi do talii i znowu w górę. Napotkał jej spojrzenie. Zatrzymał wzrok, aż się zaczerwieniła.

– Tak, w każdym razie masz dziś darmowy lunch.

– Hm, deser będzie potem smakował wybornie.

– Do jasnej cholery... – Erik mruczał za nim w kolejce.

Magnus uśmiechnął się zadziornie. Wziął tacę, odszedł i usiadł. Wybrał miejsce, z którego mógł nadal widzieć kasę. Erik zawsze by bruździł. Nie lubił, gdy się żartowało z młodymi dziewczętami. Żona trzymała go zbyt krótko.

Dwadzieścia minut później Magnus skończył jeść. Dwa razy przynosił deser. Za każdym razem, gdy przechodził, uśmiechał się do kasjerki. Odwzajemniała uśmiech, ale szybko odwracała wzrok. Była nieśmiała? Zerknął znowu w jej stronę. Blond włosy upięte w kucyk. Jeden pukiel opadał na twarz. Może z kilogram nadwagi, ale to nie przeszkadzało. Dzięki temu piersi się powiększały, a ciało nabierało krągłości. Nagle spojrzała na niego. Został nakryty, ale co to szkodziło? Uśmiechnęła się z zakłopotaniem i ponownie odwróciła wzrok, najwyraźniej poruszona jego obecnością. Podobał się jej, pochlebiał jej. Widział to. Jak wyglądałaby nago? Bez tej białej koszuli. Bez czarnej spódnicy. Z rozpuszczonymi włosami. Były tak długie, że opadały na piersi?

– Wszyscy skończyli? Zaraz pierwsza. – Erik wstał, a wraz z nim pozostali.

Magnus chętnie posiedziałby jeszcze chwilę, ale obowiązki wzywały. Będzie więcej okazji.

Po południu wyszedł z pracy wcześniej niż zwykle. Była dopiero czwarta. Ten dzień był jednak wyjątkowy. Miał odebrać nowy samochód. Nieśmigane audi A6. Granatowe.

Koleś w salonie podał mu rękę i gawędził z nim, jakby znali się całe życie. Magnus zagrał w tę gierkę. Właściwie nie lubił podlizujących się sprzedawców. Dziś był jednak w wyśmienitym nastroju. Stuprocentowa pewność siebie po flircie w restauracji. Myślał o niej w trakcie rozprawy. Postanowił, że pójdzie tam znowu w następny czwartek.

Gdy wszystkie papiery zostały podpisane, dostał kluczyki. Wsunął się do wnętrza auta i usiadł. Skóra siedzeń pachniała nowością. Wszystko pachniało nowością. Błyszczało. Przekręcił kluczyk i wcisnął przycisk uruchamiania. Silnik się włączył, ledwo słyszalnie. Ruszył z miejsca, skinął głową sprzedawcy, który wyglądał na zadowolonego. Wyjechał na Frösundaleden. Znalazł na panelu regulator klimatyzacji i go przekręcił. Na czerwonym świetle zatrzymał się obok brązowego opla. Za kółkiem kobieta po czterdziestce. Tak jak on. Ale niech to szlag, jak ona żałośnie wyglądała. Pewnie, u niego też pojawiło się kilka zmarszczek wokół oczu, ale to chyba tylko sprawiało, że mężczyzna robił się seksowniejszy. I nadal rosły mu włosy. Nie, nie miał żadnych problemów ze zdobywaniem panienek. Gdy włączyło się zielone światło, wcisnął gaz do dechy. Zostawił za sobą opla i żałosną babkę. Położył prawą rękę na zagłówku od siedzenia pasażera i odchylił się na fotelu.

ROZDZIAŁ 4

Adnan po raz kolejny schował dumę do kieszeni i dostosował się do życia bez fury. Naciągnął na głowę kaptur tak głęboko, jak tylko mógł, i skulił się w wagonie metra. Baba z socjalu mogła iść w diabły! Stanowczo nie zgodziła się na kilka dodatkowych tysiaków dla Adnana. Musi dać sobie radę z minimum socjalnym. „Jak wszyscy inni!”.

Popatrzył na bazgroły zdobiące oparcia naprzeciwko. Kilka zakrętasów narysowanych niebieskim flamastrem. Artysta podpisał dzieło osobistym tagiem, żeby być rozpoznawanym i podziwianym przez innych graficiarzy. Pieprzeni idioci! Tego dnia, w którym ziomek zostałby zatrzymany, powinien zapłacić odszkodowanie za każdy rysunek, który podpisał. Adnan nie łapał sensu. Jaki impuls mogły dać flamaster czy puszka spreju? Wymyślcie coś innego, do cholery! Coś, co się opłaca!

Zadzwoniła komórka. Wyjął telefon z kieszeni i spojrzał na wyświetlacz. Imię Mirana migało natarczywie. Czy ten kundel nie mógłby sobie kiedyś odpuścić? Adnan odrzucił połączenie. Przypuszczał, o co chodziło – o Jugosłowian. Jak ma, do diabła, rozwiązać ten problem? Dłubał palcem w dziurze w swoim siedzeniu i wyciągał wyłażącą gąbkę. Postanowił, że pogada z Hajirem. Ten facet ma rozwiązania na wszystko. I nigdy nie zawodzi. Nigdy.

Metro mknęło ku zachodniej części Sztokholmu. Minęło stację Västraskogen – w pociągu około dziewięćdziesiąt procent svennów[12]. Sundbyberg – osiemdziesiąt procent svennów. Rissne – pięćdziesiąt procent. Rinkeby – trzy procent. Tensta – jeden svenne, który niechcący zasnął. Jak tylko wysiadł, został napadnięty. Kasa rąbnięta, zanim zdążył się w ogóle zorientować, na jakiej jest stacji.

Tensta – mekka złodziei.

Zaprojektowana przez architekta, który uwielbiał Wenecję i jej mosty. Mosty, które oddzielały pieszych od ruchu samochodowego. To wnosiło spokój. Yeah, jasne!

Jedna z niewielu rzeczy, które Adnan pamiętał z pojedynczych lekcji wiedzy o społeczeństwie, na które zdołał się przywlec. A może to się nazywało geografia? W dupie z tym.

W każdym razie najdurniejsza rzecz, jaką słyszał – w tamtym czasie.

Łebski architekt zapomniał o dwóch czynnikach – braku wody i niesfornych dzieciakach. Młodociani terroryści mogli harcować do woli. Okradać się wzajemnie z telefonów i kurtek Canada Goose. Wystarczyło uciec przez kładkę, na którą psy nie mogły wjechać. Ucieczka w jakąś sekundę: „Aina[13] can't find me[14]”.

Ciskanie kamieniami w obsranych ze strachu kierowców autobusów.

Celowanie koktajlami Mołotowa w ainę – pięć punktów za radiowóz, dziesięć za krawężnika w cywilu. Wyłowienie go z tłumu było warte więcej.

Rzucanie petard w stronę tych mieszkańców Tensty, którzy marzyli, by było ich stać na mieszkanie gdzie indziej.

Drobne rzezimieszki spragnione uwagi i niekumające, że sami siebie dymają. Aina zawsze musiała być w pobliżu. Obserwować ich. Prześladować. Wszyscy mieli przejebane!

Co do Adnana – kiepsko dla jego interesów. Wszędzie gliniarze. Zatrzymywali go, zanim zdążył przekręcić kluczyk w stacyjce. Przeszukiwali jego i samochód. Szukali. Węszyli. Grzebali. Zawsze znajdowali coś na drakę. Kolejne wpisy do kartoteki. Oficjalne listy z policji. Nigdy ich nie otwierał.

Ogólnie rzecz biorąc – Kronofogden w nieustannej pogodni za każdą legalnie zarobioną koroną powyżej minimum egzystencji. A teraz – merol Diara zarekwirowany. Złoty samorodek Diara. Diamencik Diara.

Powinni wysadzić te weneckie mosty.

A architekta powiesić.

ROZDZIAŁ 5

Ślusarz był mężczyzną, który, sądząc z wieku, zostawił sobie kucyk o kilka lat za długo. Otworzył drzwi mieszkania w piętnaście sekund. Włożył tylko specjalne narzędzie przez wrzutnik na listy i wprowadził je do zamka. Szybko i skutecznie – jeśli się zignoruje fakt, że Amanda i Tobbe czekali na niego blisko godzinę. Jechał z drugiej strony miasta w godzinach szczytu. Amanda już wcześniej proponowała w Polismyndigheten[15], żeby zakupiono podobne narzędzia w celu zaoszczędzenia czasu i pieniędzy, ale spotkała się z kategoryczną odmową. Policja w żadnym wypadku nie mogła konkurować z jakąkolwiek inną działalnością. W sytuacji awaryjnej trzeba się było włamywać, wyważając drzwi łomem. Bułka z masłem przy dzisiejszych drzwiach antywłamaniowych! Ale kto na tym cierpiał? Jedynie ci po drugiej stronie, którzy potrzebowali pomocy. Najważniejsze było to, że ślusarz nie tracił najważniejszego klienta.

Amanda i Tobbe weszli i od razu uderzył w nich ten szczególny odór, który czuli wcześniej przez wrzutnik na listy. Nie było wątpliwości, że wewnątrz leżał ktoś martwy. Amanda wprawdzie pewnego razu się pomyliła, gdy starszy mężczyzna przewrócił się w domu i leżał przez kilka dni, zanim zareagowali sąsiedzi. Śmierdziało wtedy tak jak teraz, ale gdy weszli, staruszek charczał. Kolega popędził po szklankę wody i poił go, ponieważ był tak wychudzony, że w ogóle nie miał siły pić.

Co znajdą tym razem? Wiedzieli, że mieszka tam trzydziestopięcioletnia kobieta. Jedyną krewną była przebywająca w Niemczech matka. Roznosiciel gazet zadzwonił na policję, bo wydawało mu się, że na klatce schodowej unosi się dziwny zapach.

– Cicho – powiedziała Amanda. Stali w milczeniu i nasłuchiwali. Coś szeleściło. Amanda spojrzała pytająco na Tobbego. Wzruszył ramionami. Wśliznęli się dalej do mieszkania. Nadzwyczaj duża mucha usiadła ociężale na ramieniu Amandy. Dziewczyna strzepnęła ją i mucha odleciała.

– O cholera – powiedział Tobbe, gdy zajrzał do kuchni. Amanda stojąca zaraz za nim też spojrzała.

– To chyba jedna z tych gorszych.

Tobbe pokiwał głową.

Na podłodze w kuchni leżała na plecach kobieta w białej koszuli nocnej. Wpatrywała się pustym wzrokiem w nicość. Zapadnięte policzki. Pod bladą skórą rąk i nóg rysowały się kości. Ale tym, co przyciągało najwięcej uwagi, była ożywiona aktywność na jej brzuchu. Robaki się kłębiły. Szeleściły. Właziły na siebie w poszukiwaniu smacznych kąsków. Przewiercały się przez koszulę nocną, która się powoli rozpadała. Część robaków rozpoczęła wędrówkę ku twarzy. Pełzała we wcięciu szyjnym. Mnóstwo much krążyło nad ciałem jak jumbo jety, a niektóre przedostawały się do odrobiny światła, które wpadało przez uchylone żaluzje.

– Od razu załatwiam transport – powiedział Tobbe. – Nikt nie chciałby zostać tu dłużej niż potrzeba.

Amanda otworzyła lodówkę. Była pusta poza mlekiem beztłuszczowym mającym miesiąc i kilkoma ziemniakami, które wypuściły korzenie. Wróciła na korytarz i sprawdziła stos poczty leżący pod wrzutnikiem na listy. Nie była otwierana przez miesiąc, co zgadzało się z datą na mleku. Znalazła na biurku kalendarz. Zajrzała do niego.

– O Boże, spójrz tu, Tobbe. – Trzymała przed nim kalendarz.

– Zapisywała swoją wagę każdego dnia. Tutaj, w maju, ważyła pięćdziesiąt jeden kilogramów, a w środku czerwca czterdzieści siedem. – Przeglądała dalej. – Ostatnia notatka jest sprzed pięciu tygodni, ważyła wtedy czterdzieści cztery kilo. Zagłodziła się na śmierć.

– Chore. Karawan będzie za prawie trzy kwadranse. Na razie wychodzimy.

– Co za okrutny sposób na samobójstwo.

– Kurwa, ale tu śmierdzi. – Tobbe podszedł do drzwi.

– Tragiczne, nikomu jej nie brakowało przez cały miesiąc. – Amanda poszła za nim. Odwróciła się i jeszcze raz spojrzała na zwłoki. Pokręciła głową. Nie mogła się powstrzymać, by nie pomyśleć o Sannie. Jak długo by leżała, gdyby Amanda tam wtedy nie pojechała? Gdyby kilka dni wcześniej nie odbyły przez telefon tej rozmowy, podczas której Amanda zrozumiała, że coś jest straszliwie nie w porządku.

Amanda pamiętała to, jakby zdarzyło się wczoraj. Ich ostatnia rozmowa. Głos Sanny brzmiał bełkotliwie. Amanda przypuszczała, że była na haju.

– Musisz mi pomóc, Amanda, musisz, musisz...

– Co się stało? – Amanda zamknęła drzwi do swojego pokoju i usiadła na brzegu łóżka. Nie chciała, żeby rodzice słyszeli.

– Ta biedna małpa. – Szlochała Sanna.

– Co ty gadasz? Weź się w garść! Opowiedz, co się stało.

– Nie mogłam jej pomóc.

– Komu?

– Małpie.

– Sanna, co się z tobą dzieje? Co brałaś?

– Nie kapujesz. Nigdy nie skapujesz. Zawsze będzie to na mnie miał.

– Ale kto? – Cisza. Było słychać, jakby Sanna wydmuchiwała nos. – Halo! Sanna, jesteś tam jeszcze? – Wymamrotane potwierdzenie.

– O kim mówisz? Opowiedz, co się stało.

– Zgwałcił mnie. – Ledwo słyszalnie.

– Co?!

Sanna prychnęła.

– Sama widzisz. Nie wierzysz mi. Tak samo, jak ten gliniarz.

– Oczywiście, że ci wierzę. Po prostu mnie zszokowało. Kiedy to się stało? Więc zgłosiłaś się na policję, tak?

– Tak, ale to nie ma znaczenia. Nie wierzył mi, zauważyłam to. Więc będzie to robić nadal. Będzie mógł to robić nadal, jak długo będzie chciał, i nikt nie może nic zrobić.

– Ale kto? Powiedziałaś policjantowi, kto to był?

– Tak, ale mnie zlekceważył, jakby to była moja wina.

– Ale w takim razie mają przynajmniej nazwisko. Skąd go znasz? To był ten facet, o którym opowiadałaś? Sanna? Halo! Czy to był...

– Kończę już, skarbie. Kocham cię.

– Czekaj... – W słuchawce zapanowała cisza. – Sanna? – Amanda zadzwoniła znowu, ale zgłosiła się poczta głosowa. Lodowate zimno rozeszło się jej w piersi i nie wiedziała, co ma myśleć. Było słychać, że Sanna jest pod wpływem narkotyków, ale nigdy by nie skłamała, mówiąc o czymś takim, nawet jeśli Amanda nie zrozumiała tego z małpą. Zgwałcona? Jezu! Ale jeśli to zgłosiła, policja przecież będzie coś robić. Znajdą tego, który to zrobił. Amanda spróbowała zadzwonić jeszcze raz, ale ponownie zgłosiła się poczta głosowa. Głos Sanny brzmiał energicznie i radośnie.

– Też cię kocham – powiedziała cicho do siebie, gdy odsłuchała do końca.

Wówczas była beztrosko nieświadoma, że to była ich ostatnia rozmowa w życiu.

ROZDZIAŁ 6

Ekerö to był prawdziwy cop land[16]. Każda chata miała właściciela w postaci pracownika sektora publicznego o średnich dochodach. Magnus i Pia kupili swój dom marzeń pięć lat temu. Pia była oczarowana i on także. Pasował do nich idealnie. Cisza i spokój. W pobliżu żadnych sąsiadów mówiących w niewłaściwym języku. Żadnych hałaśliwych dzieciaków, które harcują bez ograniczeń. Żadnego rozpraszającego ruchu samochodów i towarzyszących mu spalin. Odseparowani, w najdalszym punkcie ślepej uliczki. Dom był otynkowany na biało z czarnymi detalami. Nowocześnie i stylowo.

Przeprowadzili się z Hässelby, z ulicy Carla Bondego. A raczej uciekli. Mieszkali tam przez dziesięć lat i z początku było dobrze. Ceny rozsądne jak na Sztokholm i wielu znajomych w okolicy. Miło i spokojnie. Potem coś się zmieniło. Pojawiło niepostrzeżenie, by następnie eksplodować. Nagle nie było już prawie żadnego znajomego. Ani jednego szwedzkiego obywatela. Być może niektórzy byli Szwedami na papierze, ale raczej nie Szwedami z punktu widzenia Magnusa. Ulica Carla Bondego zalana hidżabami i beneficjentami zasiłków. Zapach dziwnych przypraw roznosił się po klatkach schodowych i przedostawał do ich przytulnego, malutkiego M-2. Przez wywietrzniki. Przez uchylone drzwi. Przechodziły nim ubrania. Smród prześladował Magnusa, wszędzie mu towarzyszył.

Życie toczyło się przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Już nigdy więcej ciszy i spokoju, a wszędzie bachory, na dziedzińcu, na klatce schodowej. Skakały i tłukły się nad nim i pod nim. Wrzeszczały przez ściany. Mnożyły się jak ameby. Wszędzie wprost roiło się od nowych czarnych svennów. Dalsze mieszkanie tutaj, kiedy się było jednym z niewielu podatników w okolicy, stało się wkrótce nie do wytrzymania. Nie miał ochoty integrować się z tymi, którzy nie muszą przestrzegać czasu pracy. Tymi, którzy nie muszą spać, by mieć siłę do roboty.

Dom marzeń w Ekerö pojawił się w ostatnim momencie.

Magnus wjechał samochodem przez czarne żelazne ogrodzenie, które otaczało tryskający kolorami ogród. Rosły tam jabłonie, śliwy, krzewy agrestu, rabarbar oraz rzędy róż i wszelkich możliwych kwiatów, których nie potrafił nazwać. Pia uwielbiała dłubać w ogrodzie. Chętniej spędzała czas tam, w swojej samotni, niż z przyjaciółkami. Magnus uważał, że to wspaniałe. Już dawno jej to wyjaśnił. Jego zdaniem wszystkie jej przyjaciółki bez wyjątku były zdrowo stuknięte.

Burczało mu w brzuchu, jakby siedział w nim tygrys. Co dziś ugotowała na obiad? Otworzył drzwi i wszedł. Cicho za sobą zamknął. Znowu otworzył i wyszedł. Zawsze wszystko robić dwa razy – inaczej stanie się coś złego. Wszedł drugi raz i zamknął. O, tak lepiej. Próbował zgadnąć po zapachu, co będzie na obiad, ale nic nie czuł. Zamiast tego usłyszał z salonu chichot. Zdjął buty i wszedł dalej. Nasłuchiwał. Pia musiała mieć gościa. To nie zdarzało się często. Dlaczego nic nie powiedziała? Irytacja rosła. To na pewno ta jej walnięta siostra. Wkroczył do salonu i potwierdził swoje przypuszczenia. Annelie siedziała skulona w jego ukochanym fotelu Jajo, zaprojektowanym przez Arnego Jacobsena. Elegancki model z czarnej miękkiej skóry. Z dołączonym podnóżkiem, gdzie Magnus miał zwyczaj kłaść stopy, gdy w telewizji był jakiś dobry mecz w nogę. W fotelu zasiadał rzecz jasna z lodowatym guinnessem w ręce. A teraz leżała tam czerwona torebka. Pia siedziała po drugiej stronie na sofie i spoglądała na niego spod grzywki. Przestała się śmiać.

– Hej, Annelie przechodziła niedaleko. – Wyglądała jak przestraszony szczeniak. Przeszła do obrony, gdy zorientowała się, że popełniła błąd. Podkuliła ogon.

Przywdział swój najbardziej czarujący uśmiech.

– Cześć, dziewczyny! Jak miło, że wpadłaś. Dawno się nie widzieliśmy.

Annelie obróciła się w fotelu. Patrzyła na niego. Analizowała.

– No, trochę zleciało. Tęskniłam za swoją młodszą siostrą, więc pomyślałam, że pora się wybrać i złożyć małą wizytę. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko?

Zawsze tak samo cięta. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Oczywiście, że nie. Po prostu przychodzisz za rzadko. – Co za kłamstwo. Wiedział, że tego nie kupiła. Ale brzmiało dobrze. Podszedł do Pii, pochylił się i pocałował ją w usta. – Cześć, kochanie!

– Jadłyśmy szarlotkę, w kuchni jeszcze jest, jakbyś chciał.

– Nie, dzięki. W pracy zjadłem dziś o wiele za dużo.

– Było nerwowo? – zapytała Annelie.

– Tak, mnóstwo się teraz dzieje. Zatrzymaliśmy dziś czwórkę z dwóch różnych napadów. Na początku jak zawsze będzie dużo do roboty. To przecież ja muszę dyrygować i pilnować, żeby wszystko było zrobione. Ale idzie bardzo dobrze. Jutro zamkniemy dwóch następnych.

Zawsze robił się podekscytowany, gdy mógł opowiadać o pracy. Jego duma. Wiedział, że jest najlepszy – dar boży dla Polismyndigheten. Nikt nie mógł mu niczego wytknąć, jeśli chodzi o łapanie złodziei, a do tego miał informatorów w każdym gangu młodzieżowym. Mogli dzwonić w dzień i w nocy. To nie miało znaczenia. Telefon nigdy nie był wyłączony. Zawsze odbierał. Wychwalał dzieciaki, które kablowały. Schlebiał im. Dbał o to, by czuły się wyjątkowe i wiedziały, że uczestniczą w poważnym dochodzeniu policyjnym. Od Magnusa dostawały to potwierdzenie, którego brakowało im w domu. Był prawdziwym znawcą ludzi. Wiedział dokładnie, w który punkt uderzyć.

– Ciekawe – powiedziała Annelie.

Do diabła z nią! To jest jędza z wiecznym klimakterium, zawsze nią była. Nie pojmował, jak Pia mogła być jej siostrą. Pia, która była wysoką blondynką. Zajebiście piękną. Robiła to, co chciał. Zgadzała się z nim we wszystkim. Potulna – to było dobre słowo.

Annelie – przeciwieństwo Pii. Na pewno zazdrościła siostrze i musiała się przechwalać. Miała kompleksy na punkcie małych cycków i szerokiego tyłka. Z wyłupiastymi oczami jaszczurki i posklejanymi włosami przypominała wszystko, tylko nie piękność. I nie przestawała mleć ozorem. Ciągle by się sprzeciwiała. Bo tak. Doszukiwała się błędów we wszystkim, co mówił. We wszystkim, co robił.

Pia stawała się zawsze trudniejsza do poskromienia po spotkaniach z Annelie. Sprzeciwiała się temu, co mówił, wierzgała. Mogło minąć wiele dni, zanim z powrotem była sobą.

– No, zostawię was teraz same, dziewczyny, żebyście mogły sobie dalej plotkować. A ja wezmę prysznic. – Spojrzał na Pię. – Więc zjemy, jak skończę. – Przekaz był wyraźny. Odwrócił się do Annelie.

– Do szybkiego zobaczenia, mam nadzieję. – Sens słów: ma cię tu nie być, gdy wrócę spod prysznica. Widział po niej, że zrozumiała. Wyszedł z pokoju i dużymi krokami pokonał białe drewniane schody na piętro.

W łazience się rozebrał, schludnie poskładał ciuchy i włożył je do kosza na pranie. Stanął przed lustrem i popatrzył na postać, która się w nim pojawiła. Wzrok spoczął na brzuchu. Wciągnął go i wstrzymał oddech na krótką chwilę. Zaraz wypuścił powietrze, a brzuch z powrotem przybrał kształt balona. Magnus zrobił ćwierć obrotu, mając nadzieję, że to coś zmieni. Wciągnął powietrze i przytrzymał je przez moment. Wypuścił. Doszedł do wniosku, że rezultat był taki sam. Z mglistym postanowieniem, że częściej będzie chodzić na siłownię, wszedł pod prysznic i zasunął drzwi. Z powrotem je otworzył i wyszedł. Zamknął. Otworzył i wszedł. Pozwolił, by gorąca woda płynęła strumieniami po głowie i twarzy. Stał tak dobrą chwilę i próbował się rozluźnić. Ciało było jednak napięte. Kark, mięśnie żuchwy, barki. Denerwujące myśli nie chciały zostawić go w spokoju. Esemes, którego wysłał do Amandy w ciągu dnia, pochłonął większą część jego energii. A raczej pytanie: dlaczego nie odpisała. Miała na to cały dzień. Jasne, była po nocnej zmianie i pewnie spała. Ale to było do niej niepodobne. Zawsze odsyłała jakąś milutką wiadomość. Zawsze się odzywała przed pójściem spać albo po przebudzeniu. O tej porze powinna mieć już czas, żeby odpisać. Była prawie szósta. Zwykle spała najpóźniej do trzeciej. Drażniło go, że w ogóle się przejmował. Ale zaczynał się też wściekać. Co to za popieprzone metody? Myślała, że może go traktować, jak sobie chce? Wycisnął na dłoń dużą porcję peelingu Pii i wtarł gwałtownie w górną część ciała. Zapachniało brzoskwinią.

W rzeczywistości wiedział bardzo dobrze, dlaczego irytacja nie chciała go opuścić. Skręcało go w środku na samą myśl o tym. Wspomnienie z wczesnego poranka nie chciało zniknąć. Wysłał wiadomość do Amandy, jak zobaczył ją w pracy w sali raportów. Siedziała i pisała. Wyglądała na zmęczoną. Jej kolega wymoczek przyszedł z kubkiem kawy. Stanął blisko i pochylił się nad nią. Położył jej rękę na plecach. Mizdrzył się. Wzięła kubek i uśmiechnęła się do niego. Magnus nie był zazdrosny. Absolutnie nie. Ale zawsze mówiła o tym Tobbem, czy jak on się tam nazywał. Było im razem tak fajnie. Pracowali tak samo. Myśleli tak samo. Wiele razem zrobili. Wspierali się w szczęściu i nieszczęściu. Bla, bla, bla. Prawie przez rok nie była w terenie! W ilu akcjach zdążyła uczestniczyć? I jeżeli już był ktoś, kto miał ją wspierać, to przecież powinien być on! On, który opiekował się nią od samego początku. Kiedy się zjawiła jako nieśmiała, wycofana posterunkowa. Wziął ją pod swoje skrzydła. Dopilnował, aby mogła odbyć u niego staż w grupie dochodzeniowej. Tam chcieli dostać się wszyscy. Ale tylko kilkoro szczęśliwców miało szansę. Wybierał ich osobiście, z najwyższą dbałością. Profil wymagany przez Magnusa: głodne lisy, zapalone do wsadzania motłochu za kratki, tacy, których nie zdążyli ukształtować starsi leniwi koledzy w mundurach. Gotowi do działania, zdecydowani, na których nie wylewano pomyj, którzy uważali, że sprawiedliwość kroczy przed prawem. Praca miała stać się ich życiem w stu dziesięciu procentach – rodzina musiała zadowolić się resztą. Jego ludzie to ci, którzy szli przodem, pokazywali palcem, torowali drogę innym. Ci, którzy spełniali wymagania, mieli przyjemność zostać jego uczniami.

Pamiętał, kiedy zobaczył Amandę po raz pierwszy. W Tensta został obrabowany kiosk z grami liczbowymi, a właścicielowi pryśnięto w twarz czerwonym gazem pieprzowym. To było rutynowe zadanie dla Magnusa i jego zespołu w grupie dochodzeniowej. Gdy tylko przez radio został podany rysopis, już czuł przez skórę, jacy to trzej kolesie przypuszczalnie byli sprawcami. Po jednym telefonie – jego informator potwierdził, że był na tropie właściwych gości. Teraz pozostawało tylko go chronić. To zawsze najtrudniejsze. Wiązało się najczęściej z faktem, że był zmuszony do okłamywania pozostałych kolegów, a nawet samego dowódcy akcji.

Metoda Magnusa: wysyłał swoich ludzi na obserwację w kierunku miejsca zamieszkania sprawców – oczywiście bez konsultacji z dowódcą akcji. Mając nadzieję, że sprawcy się pojawią, ludzie Magnusa mogli w takim wypadku zgarnąć ich tylko na podstawie informacji z rysopisu, przeprowadzić rewizję osobistą i znaleźć łup. Wtedy wszystko było w jak najlepszym porządku. Jeśli podejrzani zmienili ubrania – niegłupie, ale była to dla Magnusa znikoma przeszkoda. Jego ludzie zawsze wynajdowali inny powód do rewizji. Najsilniejszą kartą było znalezienie śladów odurzenia narkotykowego. Wystarczało, że gość się popisywał. Wtedy trzeba było tylko przeszukać ubrania – oczywiście w celu znalezienia narkotyków – ale zamiast nich znajdowało się łupy. A kuku! Gdyby kolesie schowali zdobycz, znaczyłoby to, że mają więcej rozumu niż ma się przeciętnie w tej branży. I to też nie była przeszkoda dla Magnusa. Prawo można wykorzystać na wszelkie sposoby, jeśli się tylko potrafi. Zawsze można było znaleźć jakiś paragraf, który pozwalał zamknąć ich w osobnych śmierdzących celach na kilkadziesiąt godzin. I ten czas wystarczał, by zatrzymani zaczęli powątpiewać w braterskie przysięgi kumpli zobowiązujące do niedonoszenia, wyobrażać sobie, na jakich faktycznie dowodach opiera się policja i dostawać ataków klaustrofobii, paniki, lęku. W końcu można było z nich czytać jak z otwartej księgi. Opowiadali wszystko w najdrobniejszych szczegółach – i jeszcze trochę.

W tym wypadku Magnus spotkał dowódcę akcji, którym w tym specjalnym dniu był sierżant Konradsson, i zatrzymał się na chwilę, żeby sprawdzić sytuację. Chciał mieć pewność, że Konradsson nie przeoczył zabezpieczenia żadnego dowodu. Zwłaszcza dlatego, że Magnus wiedział, kim byli sprawcy – ale tego nie wiedział przecież Konradsson – duży, głośny i stanowczo nie najbłyskotliwszy mężczyzna. Był przyzwyczajony do kierowania większymi akcjami oraz dowodzenia i wydawania rozkazów, ale nie miał najbledszego pojęcia, co dzieje się po zakończeniu akcji. I wiedział jeszcze mniej o tym, czego potrzeba, by dowody zapewniły wyrok skazujący w sądowej loterii.

Amanda stała z boku i Magnus na początku o niej nie myślał. Cały czas pojawiało się tylu nowych cwaniaków, że nie dawało się ich rozróżnić. Konradsson podjął w każdym razie jedną mądrą decyzję, która polegała na zamknięciu sklepiku do oględzin. Prawda była taka, że nie wszyscy dowódcy akcji podejmowali tego typu decyzje. Mogło wystarczyć, by jeden zszokowany świadek zeznał, że sprawcy mieli na sobie rękawiczki, a dawano sobie spokój z żądaniem oględzin miejsca zdarzenia. W wielu przypadkach Magnus był niesłychanie wdzięczny sprawcom, gdy analizował filmy z monitoringu, na których można było wyraźnie zobaczyć, jak przestępcy dotykają tego i owego – rzecz jasna bez rękawiczek.

Teraz Konradsson postąpił wyjątkowo tak, jak należało. I było widać po jego postawie, że jest szalenie dumny. Amanda zrobiła krok w przód i stanęła obok niego. Wielki kontrast. Flip i Flap. Nie dlatego, że Amanda była drobna, ale z powodu Konradssona – był olbrzymi.

Amanda spytała:

– Nie weźmiemy też próbki od właściciela sklepiku?

Konradsson uniósł brwi i zagrzmiał:

– A do czego nam to?

– No, opryskali go przecież. W takim wypadku analiza próbki pozwoli przynajmniej udowodnić, kto miał sprej.

Nie dało się nie zauważyć irytacji Konradssona.

– Chodzi ci o to, że mamy przeprowadzić oględziny każdej puszki spreju, jaką znajdziemy? – Patrzył na Magnusa. Szukał wsparcia. Nie dostał go.

Zrobiło się ciekawie. Magnus milczał i słuchał. Amanda obstawała przy swoim. Odważnie. Tak nie postępował byle który posterunkowy.

Mówiła dalej:

– Większość włamywaczy jest zatrzymywana na drodze dochodzenia, więc może w trakcie przeszukiwania znajdzie się puszkę. Wtedy będzie ją można powiązać ze sprejem na twarzy właściciela.

Magnus nie mógł się powstrzymać.

– Dobrze pomyślane. Naprawdę dobrze. Cholernie dobrze. No nie, Konradsson?

Konradsson zrobił zwrot o sto osiemdziesiąt stopni.

– No tak, ale za oczywiste uważam, że patrol, który prowadzi przesłuchanie, już się tym zajmuje.

– Sprawdzę. – Amanda podeszła do kolegów, którzy siedzieli z właścicielem sklepu.

Szybka analiza Magnusa: mądra dziewczyna. Myśli krok do przodu. I nie boi się tego powiedzieć. Poza tym – zajebista laska. Laleczka.

Poszedł za nią i dotknął jej ramienia.

– Cześć, jestem Magnus. – Wyciągnął rękę.

– Amanda.

– Nie rozpoznaję cię. – Zerknął w kierunku srebrnych koron[17] zdobiących jej ramiona. – Posterunkowa, jak widzę?

– Zgadza się. Jestem teraz na stażu.

Nadal trzymał jej rękę.