Wydawca: Muza Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 379 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Skorpion - Krzysztof Wójcik

Paweł Tuchlin, pseudonim Skorpion, to jeden z najbardziej krwawych seryjnych morderców w historii polskiej kryminalistyki. W latach 1975–1983 atakował kobiety młotkiem, uderzając je w głowę. Najczęściej wtedy, gdy wieczorem wracały z pracy czy ze spotkania z przyjaciółmi. Potrafił się przyczaić, śledzić swoją ofiarę i dopaść ją dosłownie na ostatnich metrach przed jej domem. Zamordował w ten sposób 9 kobiet, a kolejnych 11 ocalałych z napadu zostało kalekami. Ciężkie urazy czaszki spowodowały, że straciły słuch, mowę i pamięć. Tylko nielicznym udało się wrócić do normalnego życia, jak 19-letniej Jadwidze, która cudem przeżyła atak Skorpiona, chociaż dostała jedenaście ciosów młotkiem. Wyszła za mąż, urodziła córkę i wyjechała za granicę.

Tuchlin nie tylko mordował i bezcześcił swoje ofiary (dokonywał w ich obecności czynów seksualnych), ale także okradał. Rzeczy ofiar potrafił dać w prezencie żonie, jak np. obrączkę skradzioną Bożenie S.

Krzysztof Wójcik, autor „Mafii na Wybrzeżu” po raz kolejny z wprawą dziennikarza śledczego idzie tropem zbrodni popełnianych przez Tuchlina. Analizuje działania policji, która w czasie śledztwa popełniła wiele błędów. Między innymi nie wykorzystała faktu, że Tuchlin już podczas pierwszego morderstwa zgubił charakterystyczne narzędzie zbrodni, a miała wtedy szansę błyskawicznie rozpracować mordercę. Dziennikarz nie tylko przejrzał wielotomowe akta sprawy, w których znajdują się wstrząsające i drobiazgowe zeznania Tuchlina, ale i rozmawiał z żyjącymi świadkami jego zbrodni, m.in. milicjantami prowadzącymi śledztwo. Wspominali np., że Tuchlin nawet po aresztowaniu potrafił się tak zapomnieć opowiadając o swoich zbrodniach, że podczas wizji lokalnych musieli dawać mu młotek ze styropianu, aby nie zabił odgrywającej rolę ofiary policjantki.

Jego książka to poruszający obraz, gdyż Krzysztof Wójcik spogląda na dawne wydarzenia zarówno oczami mordercy, jak i bliskich jego ofiar, czy próbujących rozwikłać zagadkę śledczych. To nie tylko dokumentalny zapis sporządzony przez dziennikarza, ale głęboko poruszająca psychologiczna opowieść o jednym z najgroźniejszych morderców, który przez kilka lat paraliżował życie kobiet w okolicach Trójmiasta. Odetchnęły, gdy na Pawle Tuchlinie wykonano wyrok śmierci.

Opinie o ebooku Skorpion - Krzysztof Wójcik

Fragment ebooka Skorpion - Krzysztof Wójcik

Projekt ‌okładki:

Redaktor prowadzący: Izabella ‌Wit-Kossowska

Redakcja techniczna: ‌Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: ‌Robert Fritzkowski

Korekta: ‌Lingventa

Na okładce wykorzystano ‌zdjęcie

© Jakub Patelski

© for ‌the ‌text and ‌photos ‌by ‌Krzysztof Wójcik, ‌2018

© ‌for the ‌Polish edition by MUZA ‌SA, Warszawa 2018

Wszelkie prawa ‌zastrzeżone.

Żadna część ‌niniejszej publikacji nie może ‌być reprodukowana, ‌przechowywana jako źródło danych ‌i przekazywana w ‌jakiejkolwiek ‌formie ‌zapisu ‌bez pisemnej zgody posiadacza ‌praw.

ISBN ‌978-83-287-0913-3

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa ‌2018

Z ‌podziękowaniami ‌dla Stefana Chrzanowskiegoi Stanisława ‌Ćwieka

SZRON NA PURPURZENIESTĘPOWO, 10 LISTOPADA 1979

Jak Matka Boska, do której modlili się z żoną codziennie wieczorem, mogła dopuścić do tego, by ktoś zrobił taką krzywdę ich ukochanej Irence? Alfons Hinz rękami wspierał głowę i szklistym wzrokiem wpatrywał się w wiszący po przeciwnej ścianie obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Siedział na taborecie w kuchni tuż przy żeliwnym piecu, z którego przez otwarte drzwiczki biło gorące powietrze od rozżarzonych węgli. Nieprzyzwyczajonego mogło nawet poparzyć, ale on lubił to ciepło, choć teraz w ogóle nie zwracał na nie uwagi. Próbował się modlić, ale słowa modlitwy wirowały mu w głowie i nie był w stanie przypomnieć sobie kolejno następujących wersów. Choć do tej pory powtarzał je w myślach tysiące razy, to teraz nic nie pamiętał. Cierpiał jak nigdy dotąd. A ból sprawiał, że miał pustkę w głowie.

Nie rozumiał tego, co wydarzyło się kilkanaście godzin wcześniej.

Hinz niedawno skończył pięćdziesiąt trzy lata i nie przypuszczał, że dożyje chwili, w której będzie musiał chować własną córkę. Choć od znalezienia ciała Ireny mijały kolejne godziny, nadal nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Czuł się tak, jakby wszystko działo się na niby. Nie umiał sobie poukładać w głowie, że już nigdy nie usłyszy śmiechu dwudziestoletniej dziewczyny. Tego radosnego przekomarzania, gdy wracała z pracy i wieszała w korytarzu palto. Nie docierało do niego, że to absolutny koniec dla jego dziecka.

Tego dnia pękł jego nieskomplikowany świat. Trzasnął na sto tysięcy kawałków o ósmej rano, gdy zobaczył porzucone w polu ciało Ireny. Córka leżała na plecach. Jej nogi zabójca rozciągnął tak, że tworzyły ramiona litery A. Strzępy pończoch i majtek kryły się w trawie. Sprawca rozerwał je i teraz było widać włosy łonowe dziewczyny. Obcasy jej trzewików skryły się pod grubą warstwą błota.

Morderca ukrył ciało w niewielkim zapadlisku. Widać, że ciągnął je przez kilka metrów, bo ślady krwi świadczyły o tym, że zaatakował dziewczynę na polnej ścieżce.

Alfons Hinz z trudem rozpoznał twarz Ireny. Była już jakaś taka inna… Od razu wiedział, że córka nie żyje, gdy tylko rzucił na nią okiem. Pamiętał z czasów wojny zastrzelonych uciekinierów ze Stutthofu. Takich widoków się nie zapomina. Dlatego umrzyka od razu poznaje. Tak jak martwą córkę.

Rysy oczywiście się nie zmieniły, ale całą twarz pokrywała czerwona maź przylegająca do skóry jak folia. Zastygła niby maska. Jej kruczoczarne włosy też skleiła krew. Purpura odbijała się na tle jeszcze zielonej, ale już oszronionej trawy. W nocy chwycił lekki przymrozek – twarz dziewczyny i źdźbła pokrywał dywan lśniących w porannym słońcu kryształów. Listopad na Kaszubach zawsze był zimny, temperatury są o kilka stopni niższe niż nad samym morzem. Tego dnia było podobnie. W nocy przyszedł ziąb, a rano, gdy widział ciało, termometr wskazywał zero stopni Celsjusza. Niby jeszcze była kalendarzowa jesień, ale po prawdzie powoli przychodziła zima.

Hinz nie mógł patrzeć na zamordowaną córkę. Nie chciał także, żeby wszyscy we wsi patrzyli na nagą, nieżyjącą Irenę, a wiedział, że za chwilę wokół ciała dziewczyny zbierze się tłum sąsiadów z Niestępowa. Wziął czerwony skafander Ireny i przykrył jej odkryte ciało. Zakrył je tak, żeby nie było widać miejsca między nogami, które powinny skrywać majtki.

Na razie przy zwłokach stał jedynie zwrotnicowy z pobliskiej Starej Piły – Rajmund Krauze. To on pierwszy zauważył ciało Ireny leżące przy polnej drodze łączącej Leźno z Niestępowem.

Było pół godziny przed ósmą rano. Krauze jechał dwukółką zawieźć kanki z mlekiem do skupu, bo miał kilka krów i w ten sposób dorabiał do marnej pensji w PKP. Po drodze zabierał jeszcze mleko od dwóch innych gospodarzy. Kiedy przejeżdżał w pobliżu Raduni, jego koń zaczął niespokojnie prychać. Co kilka metrów się zatrzymywał i szarpał dwukółką, tak że kanki chybotały się i uderzając o siebie, wydawały przytłumiony metaliczny dźwięk. Krauze zaczął się rozglądać, bo myślał, że jakieś dzikie zwierzę czatuje w wysokiej trawie. Kiedy jednak wytężył wzrok, dostrzegł na polu nieruchome ciało. Uderzył konia batem, bo ten bał się iść w stronę leżącego człowieka. Kiedy się zbliżył na kilkanaście metrów, już wiedział, że w trawie leży martwa kobieta. Nie chciał jednak podchodzić bliżej, by zobaczyć, czy to ktoś ze znajomych. Od dziecka miał wstręt do nieboszczyków. Już torsje zaczęły targać jego ciałem. Z trudem powstrzymywał wymioty, gdy zerkał na zakrwawioną głowę dziewczyny leżącej na oszronionej trawie. Jakby tego było mało, koń też na dobre się wystraszył. Kiedy podjeżdżał coraz bliżej do leżącej, nagle zerwał się do galopu. Krauze nie był w stanie go zatrzymać. Siwek pogalopował w stronę rzeki, by uciec jak najdalej od martwego ciała. Krauze zaklął pod nosem, spiął lejce, ale dopiero pięć metrów przed korytem rzeki zdołał zatrzymać znarowionego konia. Trwało to sekundy i nie był w stanie rozpoznać, kim była ta nieżyjąca dziewczyna. Ruszył w stronę najbliższej chałupy, bo wiedział, że mieszkający tam Wejerowie mają telefon. Biegnąc po drodze, spotkał Alfonsa Hinza, który szedł do roboty w pegieerze w Leźnie.

– Jakaś kobieta leży zamordowana na polu przy rzece – krzyknął znajomemu. Hinz nawet nie przypuszczał wtedy, że za chwilę zobaczy własną córkę. Nieżywą.

Krauze wpadł do chałupy Wejerów i od razu chwycił za telefon. Wykręcił numer na posterunek w Żukowie.

– Halo! Tu Rajmund Krauze. Na polu Wejerów w Niestępowie znalazłem ciało dziewczyny. Przyślijcie kogoś! – krzyczał podniecony do słuchawki.

Zwrotnicowy szybko wrócił do zmarłej, przy której już był ojciec. Nie dopuszczał bliżej innych sąsiadów. Nie pozwolił też patrzeć na ciało córki swojej żonie Anieli. Wyjącą z bólu kobietę przytrzymywała stara Wejerowa, która próbowała ją pocieszać.

Pół godziny później na polnej drodze w Niestępowie zatrzymał się milicyjny fiat z Żukowa. Dwaj młodzi milicjanci z niewielkiego posterunku na Kaszubach mieli trzymać gapiów z daleka od ciała dziewczyny i czekać na kryminalnych z Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. Zabójstwo było w gestii mundurowych z Gdańska.

Był późny wieczór, kiedy wszystko się nieco uspokoiło: milicjanci rozjechali się do Gdańska, a sąsiedzi poszli do swoich chałup.

Hinz czuł się zmęczony tym dniem. W izbie zalegała cisza. Między ścianami kołatało się jedynie ciche szlochanie żony Anieli. Obydwoje byli rolnikami. Alfons był Kaszubem z dziada pradziada. Skończył jedynie cztery klasy podstawówki, ale do pracy na roli więcej nie potrzeba. Choć po wypadku na traktorze był na rencie, to uważał się za twardego chłopa.

– Kto to mógł zrobić? – Hinz rozmazywał łzy swoimi wielkimi jak bochny chleba łapami i szklistym wzrokiem spoglądał na żonę Anielę. Ta nie potrafiła wydusić z siebie słowa. Wciąż płakała. Cały dzień płakała. Dokładnie od chwili, gdy Alfons rano powiedział jej, że koło ścieżki prowadzącej do Leźna leży ich Irena.

Hinz był twardym mężczyzną. Przeżył wojnę, żołnierzy Wehrmachtu koczujących we wioskach pod jego rodzinnym Tuchomiem, a potem jeszcze gorszy najazd Sowietów, co ich, Kaszubów brali za Niemców, bo nie potrafili zrozumieć gwary rodowitych Pomorzan. Ale płakał jak dziecko, gdy z żoną rozmawiał na temat tego, co się stało z ich Irenką. Przed oczami miał zmasakrowaną i zakrwawioną głowę córki. Cierpiał jak nigdy wcześniej. Nie potrafił pojąć, jaka bestia musiała siedzieć w człowieku, by tak skrzywdzić jego ukochaną Irenę. Był wściekły. Po prostu zły na zwyrodnialca, który zamordował jego córkę. Nie był w stanie dobrze pojąć tego, co się stało. Jak dwadzieścia lat mieszkał w Niestępowie, to takiej zbrodni od wojny nie pamiętał. Zamieszkał tu krótko po okupacji. Pamiętał jeszcze, jak szalały wtedy w okolicy oddziały byłych akowców, ale gdy komuniści ich powystrzelali lub pozamykali, to życie się uspokoiło.

Niestępowo to najdłuższa kaszubska wioska rzucona na południowy wschód od Żukowa. Niespełna czterdzieści kilometrów od Gdyni. Serce Kaszub. Pięćdziesiąt siedem chałup powbijanych jak kołki na niewielkich pagórkach wokół dziurawej asfaltówki i kotlinek zamykających rwącą Radunię. Rzeka wije się jak wąż, a przed Niestępowem nawet ma dwa koryta, pośrodku tworząc coś na wzór płaszcza kobry. Chałupy powrzucane na pagórki ciągną się przez cztery kilometry.

Dom Hinzów stał pośrodku wsi, tuż koło leśnego skrótu, który prowadzi do Leźna.

Aniela też czuła się, jakby to wszystko nie działo się naprawdę. Aż trudno uwierzyć, że ktoś mógł tak zamordować Irenę kilkaset metrów od domu.

Siedząc tak sami w pustej chałupie, obydwoje odtwarzali wydarzenia poprzedniego wieczoru. Zastanawiali się, co mogli zrobić inaczej, by ocalić córkę.

Kiedy morderca zabijał ich Irenę, w telewizji zaczynał się angielski film „Dunkierka”. Dramat wojenny przedstawiał klęskę aliantów w 1940 roku na plażach nad Morzem Północnym. Hinz pamiętał, jak denerwował się, gdy bomby spadały na żołnierzy walczących o przeżycie. Nie wiedział, że w tym samym czasie jego córka również toczyła bój o życie.

– Nawet nie denerwowałam się, gdy Irenka nie wróciła do domu przed dziesiątą – szlochała Aniela. – Nic nie czułam, gdy ktoś mordował ją na łące pod naszym domem.

Alfons niezgrabnie próbował przytulić żonę.

– Przecież byliśmy pewni, że będzie nocować u Gosi. Skąd mogliśmy wiedzieć, że coś takiego może się wydarzyć?

Ta lekko go odsunęła.

– Co ze mnie za matka, skoro nawet nic nie czułam. Spokojnie oglądaliśmy film w łóżku, niczego nie podejrzewając!

– No, ale przecież Irenka już nie raz nocowała u Gosi. Czym miałaś się denerwować? Wiele razy nie chciało jej się wracać samej do domu i zostawała u niej na noc – próbował uspokajać żonę Alfons.

Obydwoje nie zasnęli prawie do rana. Tępo patrzyli w obrazek Maryi wiszący w kuchni i krzyż z Chrystusem spoglądającym na nich znad drzwi wejściowych. Nad ranem zmorzył ich sen. Aniela przysnęła na kozetce, a Alfons przy stole na drewnianym krześle.

MŁOTEK PRZEWIĄZANY BANDAŻEMGDAŃSK, 10 LISTOPADA 1979

Już dawno minęła dwudziesta trzecia, a żarówki metalowych lampek nie chciały zgasnąć na drugim piętrze w budynku przy ulicy Okopowej. Jakby pęknięte snopy światła przebijały przez okratowane okna.

Majestatyczny gmach z 1910 roku od swego powstania był siedzibą Królewskiego Prezydium Policji. Zaprojektował go znany gdański architekt Alfred Muttray. Kiedy hitlerowcy zapanowali w Gdańsku, to w tym budynku pracowali funkcjonariusze policji bezpieczeństwa – Sicherheitspolizei, w skrócie zwanej Sipo.

Po wygranej wojnie komuniści niewiele zmienili. Do ceglastego gmachu wprowadzili się milicjanci. Na drugim piętrze mieścił się wydział kryminalny Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Gdańsku.

Kapitan Józef Chuchmała nie miał wesołej miny. Jego twarz poszarzała ze zmęczenia, a pod oczami pojawiły się ciemne podkówki, na których jeszcze bardziej wyróżniały się zmarszczki. Robotę w milicji zaczął krótko po wojnie i wiele trupów naoglądał się w swoim życiu, bo od początku robił przy zabójstwach i rozbojach. Ze zmęczenia przecierał oczy i gładził swoją ciągle bujną i kruczoczarną czterdziestoletnią czuprynę, jakby ten rytuał miał coś pomóc na zmęczenie i brak snu.

Padał po całym dniu pracy. Już nawet lekko tracił ostrość wzroku, gdy przeglądał kilkadziesiąt kartek z zeznaniami świadków, oględzinami zwłok. Odręcznie pisane przez kolegów z wydziału bohomazy sunęły po liniach białych kart jak kolejki z małymi wagonikami. Po szesnastu godzinach roboty plątały mu się nazwiska i adresy. Wiedział jednak, że nie może stanąć w połowie drogi – pierwsze godziny są najważniejsze dla ujęcia mordercy. Z jęzorem na wierzchu trzeba gonić jak prawdziwy pies. Kapitan czuł jednak, że będzie musiał choć chwilę się zdrzemnąć, bo od rana był na nogach.

Telefon od dyżurnego o zabójstwie w Leźnie dostał jakoś chwilę po ósmej.

– Zbieraj ekipę. Jest morderstwo pod Żukowem. Zabierzcie też psa. Może złapie trop – strzelał jak z kałasznikowa dyżurny komendy wojewódzkiej w Gdańsku. Zapakowali się do dwóch fiatów oraz nyski i pojechali trasą na Żukowo. To niespełna dwadzieścia kilometrów, które można przejechać w niecałe pół godziny. Kapitan Chuchmała na nic się nie nastawiał. Wiedział jedynie, że znaleziono ciało młodej dziewczyny. Z tego, co mówił oficer dyżurny, wynikało, że zaatakował morderca zboczeniec. Kiedy kapitan zobaczył ciało leżące na łące, ciarki przeszły mu po plecach. Nie lubił patrzeć na trupy, choć przez lata spędzone w wydziale kryminalnym już przyzwyczaił się do widoku nieboszczyków. Tylko tym razem to nie było śmiertelne w skutkach mordobicie przy wódce na Oruni czy kosa w brzuchu w Nowym Porcie. Ktoś zmasakrował młotkiem głowę dwudziestoletniej Ireny Hinz.

Kapitan Chuchmała ze smutkiem czytał teraz karty oględzin zwłok dziewczyny. Przed oczami miał jeszcze widok obnażonego ciała, które widział na łące w Niestępowie. Bandyta musiał uderzyć z wielką siłą – dziewczyna miała dwie czterocentymetrowe dziury w głowie. Kości czaszki wbiły się w mózg. Nie miała żadnych szans na przeżycie. Jednak milicjanci od razu trafili na świetny trop. W korycie Raduni, która zakręcała zaledwie dwieście metrów od łąki, gdzie znaleźli ciało dziewczyny, odkryli leżący młotek. Jego metalowy obuch był szczelnie owinięty jakimś materiałem. Tkanina już nie raziła bielą. Zmieniła kolor na czerwony. Jak przypuszczał z prawie stuprocentową pewnością porucznik Eugeniusz Pućko, była to prawdopodobnie krew dziewczyny. Nie dałby sobie ręki uciąć, bo cuda się zdarzają, ale pewnie już jutro kryminolodzy z Zakładu Medycyny Sądowej w Gdańsku potwierdzą, że na tkaninie jest właśnie krew ofiary. Mieli więc w swoich rękach narzędzie zbrodni.

Porucznik Pućko setny raz wczytywał się w opis młotka: Trzonek młotka z metalowej części wystaje na długość 24,5 centymetra. Długość części metalowej od obucha do końca części rombowej wynosi 14,5 centymetra. Kwadrat obucha posiada wymiary 3,6 na 4 centymetry. Wspomnianą tkaniną zawiązany jest przy nasadzie trzonka na podwójny węzeł. Węzeł ten rozwiązano, tkaninę zdjęto z młotka i po rozwiązaniu stwierdzono, że jest to kawałek bandaża elastycznego o długości 66 i szerokości 12,5 centymetrów.

– Tylko po jaką cholerę ten bandaż? Co, żeby nie było słychać uderzenia? Nie rozumiem – zastanawiał się głośno, patrząc zmęczonym wzrokiem na dwóch kumpli z wydziału, którzy podobnie jak on przysypiali nad stertą papierów z całego dnia.

Na młotku był jeszcze jeden ważny trop: między trzonkiem a obuchem wytłoczony jest na metalu wgłębiony prostokąt. W zagłębieniu znajduje się czarna substancja, którą wyskrobano i zabezpieczono do badań. Po usunięciu wspomnianej substancji stwierdzono, że w prostokącie wytłoczone są wgłębione litery ZNTK – czytał chłodny opis technika kryminalistycznego kapitan Józef Chuchmała.

Ceglane budynki Zakładów Naprawy Taboru Kolejowego stały po drugiej stronie Martwej Wisły na Wyspie Portowej w Gdańsku Przeróbce. Chuchmała świetnie znał te tereny, bo ZNTK graniczy z kryminałem, w którym często odwiedzał swoich podopiecznych i „ucholi”. Przez trzydzieści pięć lat służby w MO nie raz musiał przejeżdżać przez Most Siennicki i przekraczać granicę Martwej Wisły. Czarny, wolno wijący się nurt był jak kraniec i jednocześnie wejście w inny, mroczny świat z zadbanego Starego Miasta i wymuskanych kamienic przy Długiej czy Mariackiej. Szczególnie po zmroku można było wpaść w przygnębienie, zerkając na podziurawione wojennymi odłamkami czarne mury zakładu karnego na Przeróbce i stojących obok wielkich hal do naprawy wagonów i lokomotyw. Gmaszyska musiały być wielkie, by pomieścić tabory. Największa hala miała dwieście pięćdziesiąt metrów długości i ponad sto szerokości. To gigant na Pomorzu, gdyby spojrzeć na nią z nieba, byłaby większa niż dwa połączone boiska piłkarskie. Na budynkach jeszcze niedawno świeciły białą farbą niemieckie napisy, bo hale powstały na początku wieku jako Eisenbahn Hauptewerkstatt Danzig-Troyl, czyli Główny Warsztat Kolejowy Gdańsk-Trojan, choć Niemcy, podobnie jak później Polacy, posługiwali się skrótem EHW Danzig-Troyl.

Kapitan Chuchmała pamiętał, że krótko po wojnie zakłady nosiły nazwę Warsztatów Głównych Gdańsk-Trojan i Warsztatów Kolejowych PKP. Już za Stalina przemianowano je na Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego. To jednak nie miało znaczenia. Napis ZNTK to ważny trop, tyle że w tej fabryce pracowało koło trzech tysięcy ludzi. Młotek mógł pożyczyć bądź ukraść prawie każdy… Szukanie mordercy będzie przypominało układanie kocich łbów, bo dokładnie trzeba będzie wziąć do ręki każdy kamień, pomacać, obejrzeć i wsunąć obok poprzednika na przygotowanym podłożu. Chuchmała zna tę ciężką kamieniarską robotę jeszcze z czasów wojny. Tu kamieni wprawdzie fizycznie nie trzeba będzie dźwigać, więc i kręgosłup nie będzie pękał ze zmęczenia, ale po kolei trzeba będzie prześwietlić każdego robotnika z ZNTK, który mógł mieć w ręku młotek. Czeka go to, czego najbardziej nie lubił: setki przesłuchań, z czego większość nie będzie trafiona. Godziny spędzone ze świadkami, którzy nie wniosą nic nowego do sprawy. Po latach roboty w kryminalnym kapitan Chuchmała zdawał sobie z tego sprawę. Jego myśli kręciły się jeszcze wokół innego śladu. Wiedział, że morderca zaatakował na polnej drodze, a potem ciągnął ciało na łąkę. Drogę znaczyła odciśnięta trawa i plamy krwi. Niecałe dwa metry od ciała zamordowanej milicjanci odkryli ślady protektora rowerowego odciśnięte w piachu kretowiska. Identyczny bieżnik opon znaczył kilka piaszczystych miejsc na polnej drodze, gdzie akurat nie wyrosła trawa.

W głowie kołatały mu słowa pracownicy kółka rolniczego z Leźna – Genowefy Formeli. Z tą młodą dziewczyną rozmawiał w południe w siedzibie Spółdzielni Kółek Rolniczych w Żukowie.

Korpulentna trzydziestolatka mieszkała w Leźnie i wspominała, że zwykle wracając z pracy, wysiadała na skrzyżowaniu dróg Leźno – Gdańsk – Żukowo.

– Do chałupy miałam jakieś trzy kilometry. Zwykle szłam około 30 minut.

– Kogoś pani mijała, wracając do domu? – dopytywał kapitan.

– Zwykle mijałam innych znajomych. Irenę rzadko widywałam. Dziesięć dni przed morderstwem wracałam z roboty przed dziewiątą wieczorem. Było już kompletnie ciemno. Nie pamiętam, żeby ktoś ze mną wysiadał z autobusu i nikt za mną nie szedł. Jakoś po przejściu trzystu metrów zauważyłam sylwetkę mężczyzny na rowerze – dodała Formela.

– I…? – czekał kapitan.

– Jak tak szłam, to z któregoś gospodarstwa wyjechał samochód i oświetlił tego człowieka. Wtedy zauważyłam, że ten mężczyzna już nie jechał rowerem, tylko szedł za mną. Wydaje mi się, że miał tak z dwadzieścia pięć lat. Później doszłam do domu. Już go nie widziałam – tłumaczyła kobieta.

– Tylko raz go pani widziała? – drążył Chuchmała.

– Następnego dnia wracałam do domu z dwoma koleżankami ze wsi. Tym razem szłyśmy wcześniej, bo koło siódmej wieczorem. Jak byłyśmy na wysokości chałupy Napiórkowskich, to wyprzedził nas rowerzysta. Jechał bez świateł. Ten mężczyzna był dobrze zbudowany. Wyglądał na silnego. Po stu metrach rozstałam się z koleżankami i sama poszłam w kierunku naszego gospodarstwa. Tam znowu minął mnie ten sam rowerzysta.

– Jak to możliwe?

– Musiał gdzieś przystanąć i go nie widziałam albo wjechał w jakąś polną drogę i poczekał, aż przejdę. Jak mnie wyprzedził, to stanął kawałek dalej i zaczął grzebać przy rowerze. Niby wyglądało, że coś naprawia, ale miałam wrażenie, że mnie obserwuje, jak był tak nachylony – mówiła kobieta.

– Zaczepiał panią? – dopytywał kapitan.

– Nie było takiej sytuacji. Tylko mnie obserwował. Jak skręciłam na nasze gospodarstwo, to widziałam, że już nie jechał na rowerze, ale go prowadził. Drogę oświetlał sobie latarką.

– Pamięta pani, jak on wyglądał? Jak był ubrany?

– Nic nie było widać. Ciemno było. Nie wiem, czy ten człowiek coś chciał mi zrobić. W ogóle się do mnie nie odezwał – tłumaczyła kobieta.

Tajemniczy mężczyzna z rowerem widziany przez Formelową to był poważny trop, ale dlaczego dwa psy tropiące poprowadziły milicjantów w kierunku Leźna, a nad Radunią, gdzie znaleziono młotek, widoczne były ślady butów o charakterystycznym bieżniku? Na te pytania próbował wieczorem, siedząc nad biurkiem, odpowiedzieć kapitan Chuchmała. Kiedy już wiedział, że ze zmęczenia nic więcej nie wymyśli, doszedł do wniosku, że lepiej, jeśli pojedzie do domu się zdrzemnąć. Tak ruszyła sprawa pod kryptonimem „Leźno”.

DZIEŃ PIERWSZEGO MORDERSTWAGDAŃSK, 9 LISTOPADA 1979

Dwudziestoletnia Irena Hinz od trzech lat pracowała jako salowa na oddziale zakaźnym Akademii Medycznej w Gdańsku. Po pracy nie lubiła wracać samotnie do swojego pustego domu na wiosce. Tego dnia zgadała się z kuzynką Ewą Maćkowską. Dziewczyny jak zwykle umówiły się w mieszkaniu siostry Ewy, która mieszkała w starej poniemieckiej kamienicy tuż koło Akademii Medycznej we Wrzeszczu. Irena przyszła kilka minut przed trzecią. Chwilę później dołączyła do niej Ewa, która również skończyła pracę w banku PKO, gdzie sprzątała biura.

– Umówiłam się z Jackiem, ale nie chcę się z nim spotykać. Pójdziemy razem na zakupy – powiedziała Irena. Chociaż znała kuzynkę od dziecka, nie za bardzo lubiła się zwierzać. Obie mieszkały niedaleko siebie, choć Ewa już w samym Leźnie. Ich domy dzieliło zaledwie kilkaset metrów. Były rówieśniczkami. Chodziły do tej samej klasy w podstawówce i już od dziecka lubiły razem spędzać czas. Po prawdzie Ewa była jedyną prawdziwą przyjaciółką Ireny. Ale kiedy spotykały się poplotkować, to zwykle Ewa więcej opowiadała. Irena raczej była skryta i wszystko trzeba było od niej wyciągać. Na temat swoich miłostek w ogóle nie lubiła opowiadać, a to przecież najciekawszy temat. Mimo że na co dzień była małomówna, to nad wyraz łatwo łapała świetny kontakt z chłopakami. Tego Ewa jej zazdrościła, choć chłopacy we wsi gadali, że Irena jest „łatwą dziewczyną”. Kiedyś w tajemnicy przyznała się kuzynce, że już ma za sobą ten „pierwszy raz”. Mówiła, że nie było aż tak fajnie. Miesiąc wcześniej kochała się w maluchu z Januszem Gołębiewskim z pobliskich Kokoszek. Ewa, chociaż szczerze lubiła kuzynkę, to trochę ją denerwowało, że ta przed wszystkimi udaje cnotkę, a gdy byle jaki facet trochę się wokół niej zakręci, to od razu mu się oddaje. No, ale nic na to nie mogła poradzić. I tak Irena była jej najlepszą przyjaciółką.

– Czemu nie spotkasz się z Jackiem, skoro obiecałaś? Przecież wiesz, że mu się podobasz – drążyła Ewa.

– Daj spokój. To rozwodnik! Co by rodzice powiedzieli. Poza tym, jakiś taki kurdupel jest – drwiła Irena. Wiedziała, co mówi. Sama mogła podobać się facetom – zgrabna, drobna brunetka o krągłych kształtach, z figlarnym uśmiechem.

Absztyfikant Jacek jednak nie odpuszczał. Podejrzewał, że Irena wpadnie do kuzynki we Wrzeszczu, kiedy skończy pracę. Zajrzał tam kilkanaście minut przed czwartą po południu. Był zły.

– Po co się ze mną umawiasz, skoro potem nie przychodzisz?! – dopytywał wkurzony, nie zwracając uwagi na koleżanki Ireny. – Sterczę jak idiota i czekam na ciebie pod akademią, a dziewczyny mi powiedziały, że już wyszłaś.

– Mam innych chłopaków i nie będę się z tobą zadawała – odburknęła mu Iwona.

Jacek już nic na to nie odpowiedział. Zdenerwowany odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem ruszył w stronę drzwi. Huknął nimi tak, że prawie wyleciały z futryny.

Irena nic nie mówiła.

– To jedziemy do domu – próbowała załagodzić sytuację Ewa.

– Nie. Teraz mamy spokój. Wyskoczymy na chwilę na miasto. Chciałabym obejrzeć buty i poszukać jakiegoś płaszcza – skwitowała jej kuzynka.

– Niech tak będzie, ale razem wracamy autobusem do Leźna – powiedziała Ewa.

Dziewczyny założyły kurtki i ruszyły na najbliższy przystanek tramwajowy na Alei Zwycięstwa. Akurat przyjechała „dwójka” i obie wskoczyły do tramwaju. Wysiadły na przystanku vis-à-vis dworca PKS. Przeszły tunelem, a potem ruchomymi schodami wjechały przed Dworzec PKP w Gdańsku. Podreptały na halę targową przy ulicy Straganiarskiej na Starym Mieście. Oglądały jedynie wiszące towary, ale nic nie przymierzały. W butiku przy Zbrojowni Irena kupiła pudełko z rajstopami Mini i szampon koloryzujący do włosów. Już kiedy wychodziły z drogerii, dziewczyna spytała Ewę:

– Może wpadniemy na chwilę do „Wirginii”? Nic specjalnego nie kupiłam, ale nie chcę jeszcze wracać do domu. Jest piątek, więc nie ma co się spieszyć…

Dziewczyny zamówiły po lampce słodkiej „Amfory” i szklance napoju firmowego, który podawano w kawiarni. Godzinę rozmawiały o niczym. Nie musiały się spieszyć, bo dopiero po piątej miały autobus do Leźna. Pekaes odjeżdżał spod dworca w Gdańsku. Irena zapłaciła za drinki i obie poszły na przystanek. Wysłużony autosan przyjechał punktualnie. Choć z pracy z Gdańska wracało więcej osób, dziewczyny znalazły miejsca siedzące. Po drodze pekaes zatrzymał się jedynie w Kokoszkach. Tam gromada ludzi w autosanie się przerzedziła. Wysiadły prawie wszystkie kobiety. W środku zostało jedynie czterech pasażerów. Irena i Ewa siedziały na swoich miejscach.

– Może pójdziemy razem do Niestępowa? – zaczepił je Antek Napiórkowski, sąsiad z wioski.

– Nie. Jeszcze idziemy do „Stylowej” – odpowiedziała Ewa. „Stylowa” to jedyna knajpa w Leźnie. Na obrusie z ceraty można napić się nie tylko taniego wina, strzelić lufę wódki, ale także zjeść ciasto. Zwykle zaglądają tam miejscowi, bo w całej wsi i tak nie ma dokąd pójść – jedyne atrakcje w listopadowy wieczór w Leźnie to film w telewizji albo flaszka w „Stylowej”.

Podróż na przystanek na skrzyżowaniu Gdańsk – Leźno trwała niecałe pół godziny. Kiedy dziewczyny wysiadły tylnymi drzwiami autosanu, na dworze było już kompletnie ciemno. Choć jeszcze nie nadeszła zima, to temperatura spadła poniżej zera. Wrażenie zimna potęgował jeszcze silny wiatr i lekko siąpiąca mżawka. Dziewczyny aż się pochylały pod naporem wichury, kiedy wędrowały poboczem szosy do centrum Leźna. Światła „Stylowej” widać było z daleka. Obie były szczęśliwe, że w końcu dotarły do drzwi kawiarni. W środku mogły się rozgrzać. Uśmiechnęły się do znajomej barmanki Anki.

– Daj dla nas dwie herbaty i po talerzu pieczarek, choć wyglądają już na nieco wysuszone po całym dniu – ironizowała Irena.

– Winka nie chcecie? Pieczarki lepiej będą smakować niż z herbatą – zapytała Anna.

– Nie, dziękujemy. Wypijemy herbatkę i lecimy do domu.

Dziewczynom bacznie przyglądał się trzydziestolatek w szarym golfie z długimi bokobrodami i zaczesaną łysiną. Na stole miał jeszcze połowę butelki wina marki „Wino”. To była nie pierwsza jego flaszka, bo pić zaczął już w południe z kolegami z pracy. Od dwóch tygodni stawiali w Leźnie słupy wysokiego napięcia i „Stylowa” to było jedyne miejsce, gdzie mogli napić się wieczorem, bo w barakowozie, w którym spali, to już żadna rozrywka. Trzydziestolatek to Franek Sobierajski. Zapatrzył się na dziewczyny, bo kolega od butelki poszedł do szaletu i długo nie wracał. Był już mocno pijany i jak na nie patrzył, to początkowo myślał, że do baru weszły cztery. Dopiero jak ręką zakrył jedno oko, doszedł do wniosku, że są tylko dwie. Kiedy tak wgapiał się w Ewę i Irenę, zauważył też wracającego z szaletu kumpla z budowy – Mirka Przygodzkiego. Ten szedł zamaszystym krokiem, lekko się zataczając. Podtrzymywał się o stoliki, by nie wyrżnąć się na śliskiej posadzce. Przygodzki był tak wstawiony, że w ogóle nie zauważył dziewczyn, które chwilę wcześniej usiadły przy wolnym stoliku naprzeciwko Franka. Bardziej skupiał się na zachowaniu równowagi.

Kiedy już usiadł przy stoliku, do środka wpadł ziąb z dworu. Do „Stylowej” wtoczył się wysoki brunet z przenośnym „Neptunem”. Maszerował energicznie i równie tanecznie jak wcześniej Przygodzki. Był tak samo pijany jak obaj jego kumple z budowy. Przenośny telewizor przytargał z barakowozu.

– To teraz, krucafiks, będzie film – zaciągnął z wyraźnym kaszubskim akcentem i ustawił telewizor na stoliku, przy którym siedziały dziewczyny. – No, dziouchy, możecie się przesiąść.

– Ej ty, nie będziesz nam dyktować, gdzie mamy siedzieć. Już mi wyjeżdżaj z tym telewizorem – hardo odpowiedziała Ewa. Irena nic nie zdążyła powiedzieć, bo całkowicie zaskoczyła ją akcja wysokiego bruneta. Ten nie wszedł w dyskusję z Ewą. Zabrał „Neptuna” i postawił go na stoliku obok, tak że cała trójka mogła oglądać czeski serial „Pod jednym dachem”, który właśnie się zaczynał.

Ewa i Irena zjadły zamówione porcje pieczarek i dopijały herbatę. Ewa już wiedziała, skąd zna pijanych gości, którzy się do nich przystawiali. To robotnicy, którzy stawiali słupy pod jej domem. Pamiętała też, że jeździli po kocich łbach na czarnych WSK-ach.

– Hej, dziewczyny, co tak się spieszycie? Może do nas się dosiądziecie. Napijemy się, a potem odwieziemy was do domu – mówił wolno, by nie słychać było, jak bardzo jest pijany, Franek Sobierajski. Oparł się o masywną szafę grającą „Rock Ola” i wrzucił żeton, by zaskoczył winyl Boney M. z przebojem „Rasputin”.

– Potańczymy sobie – uśmiechał się z pijacką miną, kiedy rozbrzmiewały pierwsze rytmy perkusyjnego wstępu do dyskotekowego przeboju niemieckiego bandu.

– Jesteście fajne dziewczyny i takie ciała się marnują – dodał ten od telewizora.

– A skąd pan wie, że się marnują? Może jesteśmy umówione i dlatego wychodzimy – odpowiedziała Ewa. Nie chciała dalej dyskutować, bo cała trójka była dość mocno pijana, choć nieznajomi starali się maskować swój stan.

Dziewczyny założyły wiszące na krzesłach kurtki i powoli zbliżały się do drzwi wyjściowych. Kiedy wyszły na zewnątrz, przeszedł je chłód jesiennego wieczoru. By dojść do domów, musiały wrócić na skrzyżowanie, gdzie wysiadały z autosanu. Na przystanku spotkały dwie siostry, sąsiadki Halinę i Iwonę Litwińczuk.

– Skąd wracacie, przecież nie ma autobusu? – dopytywała Halina.

– Ze „Stylowej”. Teraz idziemy do domu – odpowiedziała Ewa. Kątem oka widziała sylwetkę mężczyzny, który ukrywał się w mroku za wiatą. Musiał słyszeć jej słowa. Jednak nie zwracała na niego większej uwagi, bo szybko pożegnały się z siostrami Litwińczuk i poszły w stronę Niestępowa. Kiedy dotarły do skrótu wiodącego do ich wioski, Irena rzuciła kolejny pomysł:

– Może wejdziemy jeszcze na chwilę do Tereski? Zobaczymy, co z jej nowym chłopakiem – zaproponowała.

Tereska Metlak mieszkała po drodze. Tuż przy ścieżce, którą musiały przejść do Niestępowa. Koleżanka niespecjalnie się zdziwiła wieczornymi odwiedzinami, bo dziewczyny często do niej wpadały po powrocie z pracy. Irena nie rozbierała się. W czerwonej kurtce siedziała na fotelu. Rozbolał ją ząb i niewiele mówiła. Blisko godzinę trzymała się za puchnący policzek. Masowała dziąsło, by oszukać ból. Nic to nie dawało.

– Chodźmy już do domu. – Ewa wydmuchiwała dym z Radomskich. Przez godzinę spaliła trzy papierosy i już miała niemiłego kapcia w ustach. Radomskie dodatkowo gryzły ją w gardło. Kuzynki wyszły od Metlakowej. Miały do przejścia jakieś dwa kilometry. W ciemności niewiele było widać. Jak szły polną ścieżką, to po lewej ręce mijały przenikliwą czerń lasu. Wysokie buki i pojedyncze olchy zlewały się w jedność z ciemnością nocy.

– Słyszałaś coś? – Irena doskoczyła do Ewy i gwałtownie złapała ją pod pachę.

– Tak – odpowiedziała Ewa i przytrzymała rękę kuzynki. Wystraszyła ją tym gwałtownym ruchem.

W przejmującej ciszy słychać było szelest, jakby ktoś biegł po dywanie z liści i rozsuwał przeszkadzające mu gałęzie. Nagle ciszę przerwało donośne trzaśnięcie suchego patyka. Ewa zauważyła, że Irena była mocno wystraszona. Swymi wielkimi, czarnymi oczami próbowała coś dostrzec w ciemności lasu i kręcąc głową, wpatrywała się w bukowisko.

– Co się boisz, głupia. To pewnie sarna – Ewa próbowała uspokoić Irenę. Co prawda sama nie wierzyła w to, co mówi, ale miała nadzieję, że w ten sposób nieco uspokoi kuzynkę.

Gdy szeptały między sobą, szelest ustał. Tak samo, jak nagle go usłyszały, tak samo nagle się skończył. Nie oddalił się od nich, ale tak jakby zamarł gdzieś w ciemności. Kuzynki nie chciały napędzać sobie strachu. Przyspieszyły kroku. Nie zatrzymywały się. Przez chwilę nic nie było słychać. Jedynie szum liści poruszanych przez wiatr. Irena puściła rękę Ewy.

Przeszły blisko dwieście metrów polną drogą, gdy z oddali usłyszały coś jakby dźwięk tarcia. Irena znowu się wystraszyła. Gwałtownie skoczyła w stronę Ewy. Złapała ją za rękę. Z ciemności wyłonił się rowerzysta. Jechał w ich kierunku po drugiej stronie ścieżki od strony lasu. To koło jego roweru obcierało o klekoczący błotnik, wydając chrobotliwy dźwięk. Na rowerze siedział mężczyzna, ale ani Ewa, ani Irena nie były w stanie rozpoznać rysów twarzy. Rowerzysta jak nagle się pojawił, tak nagle zniknął. Razem z nim przepadł też w ciemności dźwięk obcieranego koła.

– Jezu! Ale się wystraszyłam, a to tylko rower – powiedziała Irena.

– Mnie też przeszła gęsia skórka po plecach. Boże! – dodała Ewa.

– Chodźmy już jak najszybciej do domu, bo w tej ciemnicy zaraz zawału dostanę ze strachu – mówiła Irena. Teraz już obie na serio były wystraszone. Setki razy szły tą drogą, ale takiego pietra jeszcze nie miały. Choć Ewa pierwsze szelesty wzięła za ruchy saren, to teraz już nie była tego pewna. Sama nie wiedziała, co siedzi w rozlanej wokół czerni.

Kuzynki nie oglądały się za siebie. Trzymając się za ręce, doszły do domu Maćkowskich. Akurat w mieszkaniu rozbrzmiewał charakterystyczny koniec „Dziennika Telewizyjnego”. Minęła dwudziesta.

– Wpadniesz do mnie? Może zostaniesz na noc? – dopytywała Ewa. Irena często u niej nocowała, kiedy po pracy jeszcze chodziły po mieście.

– Nie. Wiesz, już późno. Będę szła do domu – odpowiedziała Irena. – Do jutra.

Uścisnęła kuzynkę i odwróciła się plecami. Szybkim krokiem ruszyła w stronę swojego gospodarstwa. To jedynie osiemset metrów.

Ewa po wejściu do mieszkania powiesiła kurtkę na haku w sieni i wyciągnęła swoje rzeczy z siatki. Wtedy zaczął ujadać ich burek na podwórku. Szczekał jak oszalały.

– Czemu Diana tak szaleje? Ktoś jest na dworze? – dopytywał szwagier Ewy, który akurat przyjechał do Maćkowskich.

– Przyszłam z Ireną, ale ona już chyba poszła w stronę swojego domu. Pewnie na nią tak szczekał Misiek – odpowiedziała Ewa. Choć zaraz się zreflektowała. Diana szczekała zawsze, gdy ktoś przechodził koło domu, a Irena już powinna być dalej. Przecież minęło kilka minut, odkąd się odwróciła i poszła w stronę Niestępowa. Poza tym wystarczyło, że Irena powiedziała tylko słowo i suka milkła jak zaczarowana. Znała Irenę. Teraz Diana nie chciała się uspokoić. Przestała szczekać dopiero minutę później. Jednak Ewa już tym nie zaprzątała sobie głowy.

WĘDROWIEC ATAKUJE PO ZMROKU

Od rana czułem jakieś takie podenerwowanie. Na robocie nie mogłem się skupić, bo w kółko w głowie miałem jedną myśl. Musiałem wyjść na polowanie. Dziś miał być dzień wędrówki. W zetenteku nawet z nikim nie rozmawiałem, bo przez cały czas czułem napięcie. Kiedy miałem fajrant, zabrałem ze swojej szuflady narzędziowej młotek. Wsadziłem za pazuchę, tak żeby nie było go widać. Zimny był, skurwysyn. Jakby kawał lodu wsadziło się do gaci. Wbijał się chłodem we wnętrzności jak nóż.

Tak się nie da chodzić po mieście. Na szczęście po wypadku, gdy złamałem miednicę, miałem zapas bandaża. Spory zwitek leżał u mnie w szafce. Kiedy już się przebrałem w cywilne ciuchy, owinąłem obuch młotka bandażem. Na końcu zawiązałem supeł. Nie szczędziłem materiału, tak by nie było mi zimno w brzuch. Schowałem młotek za pasek spodni. O, teraz dobrze… Już nie było czuć tego lodowatego obucha. Co to było za nieprzyjemne uczucie! Jak potem miałbym się rozluźnić? Teraz wystarczyło znaleźć miejsce na łowy. Nie mogę siedzieć w mieście. Muszę jechać gdzieś na obrzeża. Chyba najlepiej będzie pójść w okolice dworca. Tam pewnie będzie jechał jakiś autobus w spokojne, ustronne miejsce. Faktycznie nie było z tym problemów. Wskoczyłem do pierwszego jelcza, który przyjechał. Ogórek chyba jechał do Kokoszek. Tam zapoluję. To dobry teren. Jest już ciemno i na pewno nadarzy się jakaś dobra okazja… Kiedy już autobus wyjechał na przedmieścia, od razu poczułem się spokojniej. Pora jest idealna. Wyskoczyłem z autobusu w Kokoszkach. Przeszedłem na drugą stronę i zbiegłem ze skarpy. Przeskoczyłem jakiś rów i trafiłem na polną ścieżkę biegnącą do szosy prowadzącej z Gdańska. Nie wracałem w stronę miasta. Poszedłem w stronę Żukowa. Kiedy skończył się chodnik, szedłem poboczem szosy. Było ciemno i tylko z rzadka drogę rozświetlały reflektory samochodów. W końcu doszedłem do skrzyżowania drogi w Leźnie. Nie wiedziałem, co dalej. To poszedłem w stronę wioski. Po kilku minutach doszedłem do pierwszych zabudowań. Byłem coraz bardziej nerwowy, bo nikogo nie spotkałem. Postanowiłem zawrócić. Jak wróciłem do skrzyżowania, to z daleka zauważyłem, że idą dwie osoby. To na pewno były kobiety. Już serce zaczęło mi mocniej bić. Jednak kiedy doszedłem do wiaty, to nikogo tam nie było. Skręciłem w boczne rozwidlenie. To była jakaś brukowana droga. Kocie łby były śliskie od wilgoci. Szedłem szybkim krokiem. W końcu dotarłem do rozwidlenia, przy którym stała stara latarnia. Jej światło rozlewało się po rozstaju. Mimo jasności nie widziałem nikogo. Skręciłem w polną drogę. Przypuszczałem, że właśnie tam poszły te dwie dziewczyny, które wcześniej zauważyłem przy przystanku. Gdyby skręciły w lewo, to w świetle latarni powinienem dostrzec jakieś postaci. Przyspieszyłem kroku, a pod nogami chrobotały drobne kamyczki żużlu. Jak szedłem, to nad drogą nachylały się słupy wysokiego napięcia. Dotarłem do wiaduktu kolejowego, ale nadal nie widziałem tych dziewczyn. Gdzieś uciekły? Przecież po drodze nie było żadnych domów. Gdy tak stałem na wiadukcie, to się wystraszyłem. Ktoś szybko przejechał obok mnie na rowerze. Nie był oświetlony. Skręciłem w polną drogę, skąd wyjechał rowerzysta. Szedłem dalej, ale myślałem, czy warto. Po prawej stronie mijałem jakieś domy i już zastanawiałem się co chwila, czy iść dalej, czy zrezygnować. Co chwilę tak stawałem i myślałem, czy warto iść. Tak idąc bez zbytniego pomysłu, widziałem wyłaniające się z ciemności światła kolejnych domów. Wtedy postawiłem iść dalej, choć nie widziałem już tych kobiet. Nie byłem pewien, czy przypadkiem nie weszły do tych pierwszych gospodarstw i wtedy cała moja droga byłaby na marne. Na rozwidleniu dróg skręciłem w prawo, bo z tej strony widziałem światła zabudowań. Prosto nie chciałem iść, bo ścieżka wiodła do lasu. Idąc tą ścieżką, w pewnej chwili pod górką zauważyłem sylwetkę jakiegoś człowieka. Przyspieszyłem kroku. Chciałem się zbliżyć, by zobaczyć, czy to jest jedna osoba, czy więcej. Idąc coraz szybciej, już wiedziałem, że to samotna kobieta. Przyspieszając stopniowo kroku, starałem się coraz bardziej zbliżyć do tej dziewczyny. Mimo że wieczór był raczej pochmurny, coraz dokładniej widziałem jej sylwetkę. Choć to było jeszcze z dwieście metrów, czułem się coraz bardziej podniecony. Buty chrzęściły na piaszczystej drodze, ale skradałem się jak lis. Byłem coraz bliżej. Kiedy już prawie mogłem jej dotknąć, rozpiąłem kurtkę i wyciągnąłem członka. Był gotowy. Za paskiem miałem cały czas młotek owinięty bandażem. Kobieta chyba mnie nie słyszała, bo nie zdradzała oznak zdenerwowania. Nawet nie oglądała się za siebie. Była trochę przy sobie, ale byłem już tak podniecony, że nie zwracałem na to uwagi. Szepnąłem tylko „poczekaj tu, popieścimy się”. W pewnej chwili wyciągnąłem młotek. Stojąc nieco po lewej stronie dziewczyny, uderzyłem ją obuchem w głowę. Byłem jak w amoku. Nie wiem, ile było tych uderzeń, bo ciosów nie liczyłem. Tak byłem podniecony. Kiedy ona upadła, złapałem ją pod pachy i odciągnąłem na łąkę. Nie wiem, czy straciła przytomność, bo cały czas oddychała. Kiedy już spokojnie leżała, musiałem ją rozebrać. Rozpiąłem jakiś guzik, zdjąłem spodnie. Później już zacząłem się spieszyć. Rozerwałem majtki i rajstopy. Dorwałem się do jej cipki. Jedną ręką macałem jej łono, wkładałem palce do dziury, a drugą waliłem konia. To mnie najbardziej podniecało. Później zacząłem ją pieścić językiem. I tak na zmianę. Raz ręką. Raz językiem. Trwało to jakieś dziesięć minut. Ona w tym czasie nie ruszała się. W ogóle nie reagowała. Nie stawiała żadnego oporu. Jedynie ręką trochę ruszyła. Słyszałem tylko, że cały czas oddycha. W końcu doszedłem. Sperma trysnęła gdzieś na ziemię. Trochę kapała mi po rękach. Wstałem z kolan i zapiąłem spodnie. Teraz czułem się bosko. Gdy odchodziłem od kobiety, to ona jeszcze żyła. Oddech miała zwolniony, ale głęboki. Lekko ruszała rękami, jakby czegoś szukała. Nie zwracałem na to uwagi, bo czułem się zaspokojony i musiałem uciekać. Ruszyłem w stronę drogi, z której skręciłem za tą dziewczyną. Chciałem jednak wrócić inną drogą. Jak szedłem łąką, to dotarłem do rowu. Nie wiedziałem, jak jest szeroki. Słyszałem jedynie szum wody i byłem pewien, że spokojnie przeskoczę na drugi brzeg. Nie przypuszczałem, że to jest dość szeroka rzeka. Już się rozpędziłem i zrobiłem zamach, żeby skoczyć, gdy zorientowałem się, że to szeroka woda. Stanąłem jak wryty. Wtedy z tego zawahania i zamachu wypadł mi z ręki młotek i wpadł do wody. Wiedziałem, że gdzieś niedaleko plusnął, ale nawet go nie szukałem. Było zbyt ciemno i zimno. Sam do siebie gadałem, że nie dam rady przeskoczyć rzeki ani przepłynąć. Wróciłem w stronę drogi, a potem wszedłem do lasu. Usiadłem na trawie. Otworzyłem torebkę, którą zabrałem dziewczynie. Były tam jakieś drobne i dowód osobisty. Kasę schowałem do kieszeni. Jej się już nie przyda. Otworzyłem zielony dokument. To była Irena Hinz. Dowód zabrałem ze sobą.

TROPY SIĘ MNOŻĄGDAŃSK, 13 LISTOPADA 1979

Parter gmachu komendy milicji przy Okopowej miał wysokie stropy. Gabriela Bruzda, magazynierka z Zakładów Naprawy Taboru Kolejowego szurając trzewikami po przetartym parkiecie na korytarzu, gdzie mieściła się dochodzeniówka, czuła się jak w Kościele Mariackim. Człowiek był taki malutki, a dookoła jeszcze sami mundurowi. Tęga magazynierka pierwszy raz w życiu była w budynku komendy wojewódzkiej. Dostała wezwanie na przesłuchanie, a milicja nawet była u nich w zakładzie. Bruzda nie wiedziała, o co chodzi. Podobne pisma dostali inni robotnicy z zakładów na Przeróbce. Na pierwszy rzut poszli pracownicy narzędziowni.

– Ile młotków macie na stanie? – dopytywał porucznik Maks Szulz, na którego głowie były przesłuchania robotnic i robotników ZNTK.

– Trudno powiedzieć. Każdy nowy pracownik otrzymuje młotek ślusarski. Dwa razy w tygodniu wracają do nas młotki uszkodzone. Głównie do wymiany trzonków.

– To kilka tysięcy młotków… – wtrąca porucznik i ze smutną miną patrzy na kapitana Piotrowskiego, który notuje zeznania.

– Każdy pracownik, który zwraca uszkodzony młotek, otrzymuje nowy. Te felerne są naprawiane i potem z powrotem wracają do obiegu.

– Jest jakaś dokumentacja wydawania młotków?

– Wszystkie młotki są na ścisłym rozliczeniu – odpowiedziała Gabriela, ale zastanawiała się, po jaką cholerę milicja tak drąży sprawę młotków. – Nie ma możliwości, żeby ktoś mógł wynieść narzędzia. Nie było też przypadków kradzieży – mówiła magazynierka, ale sama nie wierzyła w te słowa, choć starała się tego po sobie nie poznać. Bała się, że milicjanci obciążą ją kradzieżami i wyleci z pracy. W końcu nie miała pojęcia, dlaczego porucznik tak ją męczy w sprawie młotków ślusarskich.

Porucznik Szulz wyciągnął z szuflady młotek zawinięty w folię. Bruzda nieco pobladła, gdy zobaczyła młotek, jakich u niej w magazynie są setki.

– Rozpoznaje pani ten młotek? – zapytał.

Bruzda nieco trzęsącymi się rękami wzięła worek z narzędziem do rąk.

– Ten młotek na pewno pochodzi z naszego zakładu. Ma wytłoczony znak „ZNTK” oraz ślady po regeneracji, czyli szlifowaniu. Widzę, że ma nieco krótszy trzonek. Tak jakby ktoś specjalnie spiłował go brzeszczotem. Wygląda, że był używany po szlifowaniu, ale nie przechodził obróbki cieplnej.

– Młotki z podobnym tłoczeniem są w stoczniach czy innych zakładach? – dopytywał porucznik.

– Nie, na pewno jest z naszego „zetenteka”. Nie ma innej możliwości. Ktoś go musiał wynieść. Jednak nie ma możliwości ustalenia, na kogo młotek wisiał w rejestrach.

Szulza w przekonaniu o częstych kradzieżach utwierdził potem brygadzista Marian Kowalski.

– Panie, w „zetenteku” jest taki burdel, że nikt nad kradzieżami nie panuje. Trudno powiedzieć, ile młotków w ciągu ostatnich miesięcy wyniesiono za płot zakładu na Przeróbce. Kradzieże są tak powszechne, jak deszcz w listopadzie – filozofował swoim głębokim głosem Kowalski.

***

Cztery dni przesłuchań i efekt mizerny, choć porucznik Szulz i jego kumple z dochodzeniówki maglowali pracowników ZNTK od rana do wieczora. Magazynierki, wydawcy narzędzi, brygadziści, ślusarze, tokarze – kto się nie przewinął przez korytarze na Okopowej.

Kapitan Józef Chuchmała przeglądał kilkadziesiąt kart zeznań pracowników ZNTK. Znał na pamięć cykl regeneracyjny młotków w zakładzie, formułki o oddawaniu narzędzi powtarzane przez wszystkich pracowników oraz papierkowe procedury obowiązujące w „kolejówce”. Niewiele z nich wynikało. Śledztwo nie posuwało się do przodu, a mocnych dowodów przeciwko komukolwiek nie było.

– To skąd do cholery wziął się młotek w Raduni? – pytał sam siebie. Rozdrażnienie dodatkowo potęgowało zmęczenie, trzy nietrafione zatrzymania i przeszukania pięciu mieszkań, które też niewiele dały. Zatrzymani: absztyfikant Ireny – kierowca ze szpitala, gdzie pracowała, i pracownicy ZNTK mieli niepodważalne alibi.

Chuchmała miał świadomość, że każda mijająca godzina oddala ich od sprawcy. Dlatego był tak wściekły.

Jeszcze tego samego dnia rano milicjanci weszli do chałupy stolarza z ZNTK – Jacka Filipiaka. Filipiak mieszkał w Kokoszkach i znał Irenę Hinz. W jego mieszkaniu znaleziono buty typu „skuter”, do podeszwy jednego przykleiła się zaschnięta substancja przypominająca ludzką tkankę. To zmyliło milicjantów, bo już myśleli, że mają podejrzanego.

Jedna myśl trzymała Chuchmałę przy papierach. Jeszcze świeżo miał w pamięci słowa Formelowej i Maćkowskiej o tajemniczym rowerzyście. Dwie kobiety wspominały o mężczyźnie, który jechał drogą do Niestępowa na dwóch kółkach. Do tego Maćkowska jako ostatnia widziała żywą Irenę.

Nie znałam mężczyzny na rowerze. Nawet jakbym go znała, to też nie byłabym w stanie rozpoznać twarzy, bo było kompletnie ciemno. Nie wiem, jak on mógł tak szybko jechać rowerem, skoro na naszej drodze jest tyle nierówności i dziur. Nie oglądałam się do tyłu, kiedy nas minął. Nie wiem więc, czy się zatrzymał. W każdym razie, jak nas minął, to obcieranie koła ucichło – Kapitan Chuchmała czytał na głos, jakby jeszcze lepiej chciał zrozumieć zeznania Maćkowskiej. To mógł być zabójca.

JECHAŁ NA „UKRAINIE”NIESTĘPOWO, 25–27 LISTOPADA 1979

Gerharda Schutza strasznie bolała głowa. Dzień wcześniej ostro popił z kolegami. Niewiele pamiętał z drogi powrotnej do domu. Jak wielokrotnie wcześniej, urwał mu się film. Swoją czarną „Ukrainę” zostawił rano pod płotem Pelców przy przystanku autobusowym w Lniskach. Tak robił codziennie, bo stamtąd zabierał go autobus zakładowy Gdańskiego Kombinatu Budowy Domów w Kokoszkach, gdzie pracował jako ładowacz. Do tej roboty nie trzeba być trzeźwym, więc na targanie pustaków, cegieł, drewnianych bel czy płyt chodnikowych nie narzekał.

Ostatni obraz, który kojarzył z pijackiej eskapady, to rozpijanie flaszki wódki w bramie w Kartuzach. Później miał tylko przebłyski z powrotu zygzakiem szosą z Żukowa. Nie wiedział, jak się znalazł na leżance w kuchni.

Dziś miał twarz czerwoną i napuchniętą po przepiciu. Na czoło występowały mu krople potu, a przekrwione gałki oczne nerwowo krążyły po kuchni, szukając czegoś do picia. Mimo że trzy miesiące wcześniej skończył dopiero trzydzieści siedem lat, wyglądał na ponad pięćdziesiąt. Próbował wstać z leżanki w kuchni, ale jeszcze chyba był pijany. Spał tak, jak przyszedł do domu – w opakowaniu. Płaszcz i spodnie miał utytłane od błota, a gumofilcami wybrudził krowim łajnem koc, którym się przykrył. Gówno zdążyło zaschnąć na materiale.

– Kurwa mać! – zaklął pod nosem, gdy zobaczył wysuszone łajno na łóżku, a rękawem płaszcza starł gluta wiszącego pod sinym od przepicia nosem. Ręka mu się telepała. Mimo to nalał sobie maślanki do wyszczerbionego kubka bez ucha. Upił łyk i fuknął z niesmakiem, jak z syfonu, wprost na deski podłogi. Teraz marzył o zimnym piwie. Pamiętał, że gdzieś w szafce pod zlewem miał skitrane pół litra wódki na czarną godzinę, ale za Boga nie mógł sobie przypomnieć, gdzie ta flaszka stoi. Schował tak, żeby stara nie mogła znaleźć. Chyba aż nazbyt dobrze. Klin uratowałby mu życie. Kiedy główkował nad tym, gdzie ukrył butelkę, usłyszał jakiś hałas przy drzwiach. Po chwili ktoś je otworzył kopniakiem.

– Nie ruszaj się, milicja! – krzyczał wysoki mężczyzna w mundurze MO.

Schutzowi nawet przez myśl nie przemknęło, żeby gdzieś uciekać. Nie wiedział tylko, czy aby już na pewno ocknął się z pijackiego snu…