Skóra. Witamy uchodźców - Iza Klementowska - ebook

Skóra. Witamy uchodźców ebook

Iza Klementowska

4,5

Opis

Są z różnych zakątków świata, gdzie groziło im zniewolenie lub śmierć. Przybyli z Iranu, Erytrei, Iraku, Czeczenii, Palestyny i Sudanu. Shirin, Elsa, Namir, Leyla, Nidal, Awad. Każde z nich ma inną życiową historię, inną osobowość, inaczej patrzy na świat. Łączy ich jedno: są uchodźcami, którzy mieszkają w Polsce. W poruszającym reportażu Iza Klementowska opowiada o ich losach, o tym, jak znaleźli się w naszym kraju, jak wygląda ich codzienność, o czym marzą. Szuka odpowiedzi na pytanie, dlaczego słowo na „u” wywołuje u jednych lęk, u innych kompletną obojętność, a u jeszcze innych agresję. Rozmawia też z aktywistami społecznymi i artystami, dla których pomoc uchodźcom stała się sensem życia.

Wyobraźmy sobie most łączący Tunezję z Włochami. Wyobraźmy sobie gościnną Europę. Wyobraźmy sobie lepszych nas.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 184

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (38 ocen)
24
10
3
1
0

Popularność




Skó­ra.

Wi­ta­my uchodź­ców

Iza Kle­men­tow­ska

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

Kra­ków 2019

Pro­log

To trwa­ło za­le­d­wie kil­ka se­kund. Ale kil­ka se­kund wy­star­czy, żeby zmie­ni­ła się ener­gia wnę­trza. Dwa dni po za­ma­chu w Pa­ry­żu trzy­na­ste­go li­sto­pa­da 2015 roku je­cha­łam me­trem w War­sza­wie. Na jed­nej ze sta­cji wsia­dło dwóch śnia­dych męż­czyzn z ma­ły­mi ple­ca­ka­mi i sta­nę­ło przy prze­ciw­le­głych drzwiach. Mil­cze­li, wpa­tru­jąc się w szy­bę wa­go­nu. W nich wpa­try­wa­ło się z ko­lei kil­ka­na­ście roz­luź­nio­nych do­tąd osób. Ich spoj­rze­nia wy­ra­zi­ły w jed­nej chwi­li ta­kie na­pię­cie, że udzie­li­ło mi się ono mo­men­tal­nie. Za­nim wy­brzmiał do koń­ca sy­gnał za­mknię­cia drzwi, wie­lu pa­sa­że­rów po­de­rwa­ło się na­gle z miejsc i w ostat­niej chwi­li wy­sko­czy­ło z me­tra. Ci dwaj ni­cze­go nie za­uwa­ży­li. Pa­trzy­łam na star­sze­go pana na­prze­ciw­ko, a on na mnie. Po­krę­cił gło­wą i spoj­rzał smut­no na śnia­dych męż­czyzn.

Za­le­d­wie rok wcze­śniej sie­dzia­łam w Lon­dy­nie na ław­ce w par­ku i ja­dłam lunch z pla­sti­ko­we­go po­jem­ni­ka. Nie ja jed­na. Wie­lu lon­dyń­czy­ków, ko­rzy­sta­jąc z na­głe­go je­sien­ne­go słoń­ca, po­chła­nia­ło swo­je po­sił­ki, sa­do­wiąc się na­wet na kra­węż­ni­ku lub traw­ni­ku pod drze­wem. Ław­ka była pu­sta, nie li­cząc mnie. Po­de­szła dziew­czy­na o azja­tyc­kiej uro­dzie z pu­deł­kiem z su­shi, za­ję­ła miej­sce obok mnie. Po chwi­li do­łą­czył chło­pak o ciem­nej kar­na­cji i wy­cią­gnął z du­żej tor­by na ra­mię ogrom­ną ka­nap­kę. Pięć se­kund póź­niej do­siadł się Hin­dus i za­pach­nia­ło cur­ry. Ża­ło­wa­łam, że nie wzię­łam apa­ra­tu fo­to­gra­ficz­ne­go, żeby ktoś zro­bił nam zdję­cie. Świat wie­lu ko­lo­rów i kul­tur, ra­zem, na jed­nej ław­ce. Rok i ty­siąc sześć­set kilo­me­trów róż­ni­cy.

Shi­rin

1.

Kie­dy za­bra­li jej sznu­rów­ki, po­my­śla­ła o in­nych. Tam­te były zie­lo­ne, coś zna­czy­ły i żeby za­cho­wa­ły so­czy­stą świe­żość, czę­sto je pra­ła. Od 2009 roku nie ona jed­na wpla­ta­ła je w tramp­ki. Po­dob­nych lu­dzi było ty­sią­ce. Pa­trzy­li na uśmiech Mah­mu­da Ah­ma­di­ne­ża­da, a wi­dzie­li cały sys­tem za­ka­zów i dys­kry­mi­na­cji, zaś w jego gar­ni­tu­rach na wzór eu­ro­pej­ski do­strze­ga­li przy­kryw­kę dla re­li­gij­nej or­to­dok­sji, któ­rą na­rzu­cał ro­da­kom. Chcie­li to wszyst­ko zmie­nić. Nie uda­ło się. Wie­lu tra­fi­ło do wię­zie­nia, w tym do naj­gor­sze­go w Ira­nie, Evin. Każ­de­go dnia zda­rza­ły się eg­ze­ku­cje, a tym, któ­rych nie stra­co­no, karę śmier­ci za­mie­nia­no na je­de­na­ście lat od­siad­ki. Nie mo­gli być jed­nak pew­ni, czy jest to wy­rok osta­tecz­ny i nie za­wi­sną jak przy­ja­cie­le z celi, któ­rzy jesz­cze po­przed­nie­go dnia dzie­li­li się z nimi mig­da­ła­mi, a te­raz zo­sta­ły po nich je­dy­nie pa­pie­ro­we to­reb­ki.

Mia­ła szczę­ście. Nie było jej w domu, kie­dy po nią przy­szli. Ucie­kła.

Pa­trzy­ła te­raz na swo­je trze­wi­ki o pu­stych dziur­kach, na ję­zy­ki bu­tów wy­wa­lo­ne na ze­wnątrz jak u zmę­czo­ne­go psa i na wła­sne sto­py, któ­re wy­su­wa­ły się z obu­wia, jak­by za­ło­ży­ła za duże. Po­czu­ła się jak dziec­ko. I jak dziec­ko bez­rad­na. Zna­ła je­dy­nie oj­czy­sty far­si i tro­chę an­giel­ski. Ale tam nikt wte­dy nie mó­wił po an­giel­sku, a sło­wo „far­si” wzbu­dza­ło śmiech. Po­kój, w któ­rym ją zo­sta­wio­no, przy­po­mi­nał wnę­trze sze­ścia­nu i nie było wia­do­mo, gdzie su­fit, gdzie pod­ło­ga, a gdy­by nie to, że ży­ran­do­le z re­gu­ły zwi­sa­ją z góry na dół, nie by­ła­by pew­na, czy sie­dzi na pod­ło­dze czy na ścia­nie. Cela. I sie­dem­dzie­siąt dwie go­dzi­ny nie­po­ko­ju, czy do­sta­nie jesz­cze ku­bek wody, bo pierw­sze­go dnia nie po­da­li jej na­wet kro­pel­ki. Trzy doby, żeby zro­zu­mia­ła, że za­miast uciec od wię­zie­nia, tra­fi­ła do nie­go. „Co to za kraj?”, hu­cza­ło jej w gło­wie, „Co to za kraj?”.

2.

Do zie­lo­nych sznu­ró­wek do­bie­ra­ła z re­gu­ły zie­lo­ną chu­s­tę. Straż­ni­cy Re­wo­lu­cji czę­sto zwra­ca­li jej uwa­gę na ko­lor i żeby moc­niej na­su­wa­ła ją na wło­sy. Za bar­dzo było je wi­dać, a to ra­zi­ło ich uczu­cia re­li­gij­ne. Po­dob­nie jak po­ma­lo­wa­ne na czer­wo­no pa­znok­cie i kar­mi­no­wa szmin­ka na ustach. Po­zwa­la­ła, by wiatr wy­dmu­chi­wał spod ma­te­ria­łu pa­sma dłu­gich czar­nych wło­sów. Za­miast na gło­wie chu­s­ta spo­czy­wa­ła bar­dziej na ra­mio­nach, z tyłu wy­glą­da­ła więc, jak­by chro­ni­ła się przed desz­czem, na­rzu­ca­jąc na sie­bie ka­wa­łek ba­weł­ny lub jesz­cze lżej­sze­go je­dwa­biu. Kie­dy od­zy­wa­ła się w niej od­wa­ga, a ra­czej złość, nie za­kła­da­ła hi­dża­bu w ogó­le. I ku prze­ra­że­niu swo­je­go chło­pa­ka ła­pa­ła go pu­blicz­nie za rękę, cza­sem na­wet obej­mo­wa­ła go wpół. Prze­chod­nie re­ago­wa­li od razu. „Dziew­czy­no, co ro­bisz?”, „Nie wstyd ci?”, „Gdzie two­ja mo­ral­ność?”, „Nie bo­isz się?”, sły­sza­ła. W ośmio­mi­lio­no­wym Te­he­ra­nie, w cia­sno­cie bu­dyn­ków gi­ną­cych w cie­niu oka­la­ją­cych go gór, zda­rza­ło jej się nik­nąć w tłu­mie i wte­dy czu­ła się jak w wol­nym od uprze­dzeń kra­ju. Wy­star­czy­ło jed­nak, że zbli­ży­ła się do pla­cu Wa­nak, a świa­do­mość, że żyje w po­li­cyj­nym pań­stwie, po­wra­ca­ła.

3.

Dali jej kom­bi­ne­zon i za­ło­ży­li kaj­da­ny. Przez brak sznu­ró­wek buty zsu­wa­ły się ze stóp i gu­biąc je co chwi­la, nie mo­gła na­dą­żyć za straż­ni­kiem, któ­ry pę­dził do przo­du nie wia­do­mo dla­cze­go. Mu­sia­ła ja­koś dojść do wy­zna­czo­ne­go po­ko­ju i cze­kać na roz­wią­za­nie spra­wy. Ile? Nie wie­dzia­ła. Pa­trzy­ła na nie­me usta straż­ni­ka i nie po­tra­fi­ła wy­czy­tać z nich ni­cze­go. Wszy­scy omi­ja­li ją spoj­rze­niem, jak­by jej w po­miesz­cze­niu w ogó­le nie było. Drę­czy­ła ją myśl, że bli­scy nie wie­dzą, co się z nią dzie­je. A prze­cież cze­ka­ją. Za­bra­li jej te­le­fon ko­mór­ko­wy i nie była pew­na, czy kie­dy­kol­wiek go od­zy­ska. Gdy­by cho­ciaż po­ja­wił się tłu­macz – nie po­ja­wił się. Gdy­by cho­ciaż przy­szedł ja­kiś praw­nik – nie przy­szedł. Ona, ak­ty­wist­ka praw czło­wie­ka, czu­ła się te­raz, jak­by była nie­wi­dzial­na dla pra­wa. Po trzech dniach po­wie­dzie­li tyl­ko: – Po­mył­ka.

I ode­sła­li do Lesz­no­wo­li.

4.

Bab­cię za­pa­mię­ta­ła głów­nie przez za­pach. Pach­nia­ła sza­fra­nem i kur­ku­mą. Jesz­cze sie­dem lat temu do gło­wy by jej nie przy­szło, że ostat­ni raz, kie­dy bę­dzie ją wi­dzia­ła, wy­pad­nie te­raz w pa­mię­ci tak bla­do. Zwy­kły ca­łus w po­li­czek, bo prze­cież zo­ba­czą się za dzień, dwa. Ale wię­cej już jej nie po­wą­cha. Nie była na po­grze­bie. Nie mo­gła. W mar­cu 2016 roku spę­dzi­ła ten dzień, pa­trząc na deszcz spły­wa­ją­cy uli­ca­mi sza­rej War­sza­wy.

Jesz­cze sześć lat temu ni­g­dy by też nie po­my­śla­ła, że jej ma­rze­niem bę­dzie po­ran­na kawa z mamą. Te­raz mogą pa­trzeć na sie­bie tyl­ko przez ka­me­rę Sky­pe’a, znie­kształ­ca­ją­cą twa­rze jak w mu­zeum oso­bli­wo­ści. Za­wsze się wte­dy uśmie­cha, bo nie chce jej mar­twić, że nie jest szczę­śli­wa. Ale kie­dy zni­ka ob­raz te­he­rań­skie­go domu, dłu­go prze­ły­ka gulę, któ­ra za­gnież­dża się w gar­dle. Cza­sem czu­je ją jesz­cze przez kil­ka go­dzin od roz­mo­wy. Z mamą się po­że­gna­ła, z oj­cem nie zdą­ży­ła.

5.

Al­ter­na­tyw­na sy­tu­acja. W 2006 roku ONZ nie na­kła­da sank­cji go­spo­dar­czych na Iran, ona wciąż pra­cu­je, tak jak pra­co­wa­ła, w fir­mie pa­li­wo­wej han­dlu­ją­cej z pol­skim kon­sor­cjum. Wy­jeż­dża do Pol­ski zgod­nie z wcze­śniej­szym pla­nem na rok, może dwa, może trzy, ma pie­nią­dze, służ­bo­we miesz­ka­nie, sa­mo­chód, czu­je się oby­wa­tel­ką świa­ta. I przede wszyst­kim – jest bez­piecz­na.

Z ży­cia, któ­re nie do­szło do skut­ku, zo­sta­ła jej pol­ska wiza wbi­ta do pasz­por­tu. Z bie­giem lat co­raz bar­dziej za­czy­na przy­po­mi­nać nie­chcia­ny ta­tu­aż. Gdy­by nie ona, nie de­por­to­wa­li­by jej z Ho­lan­dii. Ucie­kła do eu­ro­pej­skich przy­ja­ciół na fał­szy­wych do­ku­men­tach. Praw­dzi­wy pasz­port wciąż leży w szu­fla­dzie jed­ne­go ze Straż­ni­ków Re­wo­lu­cji. Wy­cią­gnię­to go je­dy­nie raz, żeby po­twier­dzić, że Shi­rin Na­eimi to ona, i do­się­gnąć ją re­żi­mo­wym pal­cem na­wet z od­le­gło­ści po­nad czte­rech ty­się­cy ki­lo­me­trów. Rok w Ho­lan­dii to przy­ja­cie­le, pra­ca i myśl, że wszyst­ko, co złe, daw­no już za nią. Wła­ści­wie nie wie, jak ją zna­leź­li. Ale umo­wa z Du­bli­na mówi ja­sno: pierw­szy kraj, któ­ry da ci wizę lub do któ­re­go wje­dziesz, jest za cie­bie od­po­wie­dzial­ny. Nie­waż­ne, cze­go chcesz ty. Waż­ne, z ja­kie­go kra­ju przy­je­cha­łaś i jak wy­glą­dasz. A Shi­rin wy­glą­da jak miesz­kan­ka Bli­skie­go Wscho­du. Dla­te­go sa­mo­lot z Am­ster­da­mu wy­lą­do­wał w War­sza­wie, a ona – w pod­ziem­nym aresz­cie.

6.

Jej nu­mer brzmiał „czter­dzie­ści osiem”. Kie­dy pierw­sze­go dnia w za­mknię­tym ośrod­ku dla uchodź­ców w Lesz­no­wo­li straż­nicz­ka za­wo­ła­ła licz­bę, nie zro­zu­mia­ła. „Czter­dzie­ści osiem” było cięż­kie do wy­mó­wie­nia, do usły­sze­nia jesz­cze cięż­sze. Te wszyst­kie „ś” i „dzi”. Sie­dzia­ła w kil­ku­oso­bo­wym po­ko­ju i pa­trzy­ła na ko­bie­tę w mun­du­rze, któ­ra co­raz gło­śniej i z co­raz więk­szym znie­cier­pli­wie­niem wo­ła­ła nu­mer. „Iran, Iran, Iran” roz­le­gło się jesz­cze gło­śniej i do­pie­ro wte­dy zro­zu­mia­ła, że cho­dzi o nią. Wsta­ła i po­de­szła.

– Shi­rin Na­eimi – po­wie­dzia­ła, wska­zu­jąc pal­cem naj­pierw na sie­bie, a po­tem na ru­bry­kę w ze­szy­cie, któ­ry trzy­ma­ła w dło­niach straż­nicz­ka.

– Czter­dzie­ści osiem – od­po­wie­dzia­ła jej ko­bie­ta i ge­stem ręki, jak­by za­ga­nia­ła zwie­rzę­ta, wska­za­ła, że po­win­na ru­szyć przo­dem.

Ru­szy­ła więc, czu­jąc na kar­ku obcy od­dech. Tak było za każ­dym ra­zem przez dwa mie­sią­ce, ale tego pierw­sze­go razu nie wie­dzia­ła jesz­cze, że spę­dzi tam aż sześć­dzie­siąt dni. Nie wie­dzia­ła wła­ści­wie do koń­ca.

Po­wta­rza­ła: – Shi­rin Na­eimi.

Straż­nicz­ka od­po­wia­da­ła: – Czter­dzie­ści osiem.

Czter­dzie­ści osiem to zle­pek słów, któ­re­go Shi­rin nie mówi do dziś. Może po­wie­dzieć „trzy­dzie­ści”, może po­wie­dzieć „pięć­dzie­siąt”, „czter­dzie­ści” nie wy­po­wie ni­g­dy. Na­wet z „czte­ry” ma pro­blem. I z „osiem”.

Re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Szczu­rek

Ko­rek­ta: Pau­li­na Le­nar, Agniesz­ka Stę­plew­ska

Współ­pra­ca re­dak­cyj­na: Maja Gań­czar­czyk

Pro­jekt gra­ficz­ny: Prze­mek Dę­bow­ski

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

Co­py­ri­ght for the Text © by Iza Kle­men­tow­ska, 2019

Co­py­ri­ght for this Edi­tion © by Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter, 2019

ISBN 978-83-66147-14-0

119. książ­ka wy­daw­nic­twa Ka­rak­ter

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1, 31-126 Kra­ków

ka­rak­ter.pl

Za­pra­sza­my in­sty­tu­cje, or­ga­ni­za­cje oraz bi­blio­te­ki do skła­da­nia za­mó­wień hur­to­wych z atrak­cyj­ny­mi ra­ba­ta­mi. Do­dat­ko­we in­for­ma­cje do­stęp­ne pod ad­re­sem sprze­[email protected]­rak­ter.pl oraz pod nu­me­rem te­le­fo­nu 511 630 317