Wydawca: Wydawnictwo JK (Aha, Feeria) Kategoria: Biznes, rozwój, prawo Język: polski

Skóra. Fascynująca historia ebook

Yael Adler  

4.07692307692308 (13)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 373 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Skóra. Fascynująca historia - Yael Adler

Skóra to fenomenalny narząd! Największy, jaki ma do dyspozycji człowiek. To istny cud natury! Przekonaj się na własnej skórze o tym, jakie ma tajniki, i dowiedz się, jaki ty masz wpływ, na to by czuć się w niej dobrze. Skóra wchodzi w nieustanną interakcję z otoczeniem: dokonuje pomiarów temperatury, wydziela wodę i rozmaite inne substancje oraz pobiera światło i przekształca je w ciepło. Oprócz tego za pomocą komórek zmysłowych, włosków i receptorów bada też cały czas, czy na zewnątrz jest wietrznie, zimno, a może sucho; czy dany przedmiot jest szorstki czy gładki; miękki czy twardy; spiczasty czy obły. Z najnowszych badań wynika nawet, że skóra prawdopodobnie „słyszy” dźwięki i czuje zapachy. • Jak zadbać o higienę, nie podrażniając skóry? • Jaki wpływ ma na nią żywienie? • Jak i dlaczego odbija się na niej stres? • Czym zwalczać trądzik? • Ile się opalać? • Co daje kwas hialuronowy? • Jak to jest z tatuażami? • Jak odróżnić niepokojące znamiona od zwyczajnych? • Strefy erogenne – obszar specjalnego zainteresowania Największy narząd naszego ciała – skóra – jest na samym wierzchu. Nawet jeśli w naszym klimacie najczęściej ją okrywamy, i tak twarz, dłonie, dekolt, a często też ręce i nogi są na publicznym widoku. Tymczasem, narażona na ciągły kontakt ze środowiskiem, skóra co chwila płata nam figle. A to gdzieś się zaczerwieni, a to przesuszy, a to coś na niej wyskoczy. Nie można było tego wszystkiego lepiej urządzić? Jael Adler – lekarz dermatolog i dietetyk pisze o skórze z nieukrywaną fascynacją. Skrupulatnie szuka odpowiedzi na dręczące nas pytania, zgłębia procesy zachodzące w skórze, obrazowo objaśnia jakie skomplikowane zadania musi wykonać ten narząd, byśmy mogli cieszyć się zdrowiem i atrakcyjnym wyglądem. Poczuć się piękni we własnej skórze.

Opinie o ebooku Skóra. Fascynująca historia - Yael Adler

Fragment ebooka Skóra. Fascynująca historia - Yael Adler

PRZEDMOWA

Jak czytać ślady na skórze

Ma niespełna dwa metry kwadratowe powierzchni, a okrywa wszystko, co nosimy w sobie. Skóra to dla nas łącznik ze światem zewnętrznym. Nasza antena. Może nadawać i odbierać sygnały, dostarcza też bodźców naszym zmysłom. Stanowi obiekt pożądania, fizyczną granicę nas samych, fascynujące naczynie, w którym zamknięte jest nasze życie. Zarazem tworzy nadzwyczaj rozległe środowisko dla bakterii, grzybów, wirusów i pasożytów.

O tym, jak ważna jest dla nas skóra, świadczyć może wiele zwrotów funkcjonujących w codziennym języku. Są dni, kiedy „źle czujemy się we własnej skórze”, a czasem nawet z niej „wychodzimy”. W pracy nierzadko przydaje nam się „gruba skóra”, a jeśli źle znosimy krytykę, słyszymy, że mamy skórę „zbyt cienką”. Na widok wielkiego pająka jeden ze spokojem mówi: „Spływa to po mnie”, inny zaś w tej samej sytuacji blednie jak ściana, kamienieje ze strachu, a w końcu rzuca się do ucieczki, by „ratować własną skórę”. A mimo to tylko bardzo nieliczni zdają sobie sprawę, czym właściwie jest skóra, w jaki sposób funkcjonuje i przede wszystkim ile niezmiernie istotnych życiowych zadań pełni.

Zacznijmy więc od początku. Po pierwsze, skóra, niczym twardy mur pokryty ochronną powłoką kwasową, strzeże nas przed groźnymi intruzami, takimi jak chorobotwórcze drobnoustroje, trucizny czy alergeny. Jednocześnie stanowi nasz osobisty, przenośny klimatyzator, nie dopuszczając do przegrzania albo, przeciwnie, nadmiernego wychłodzenia organizmu lub odparowania zbyt dużej ilości wody, a w efekcie – do wyschnięcia na wiór.

Broniąc nas przed wszystkimi tymi niebezpieczeństwami, skóra wchodzi w nieustanną interakcję z otoczeniem: dokonuje pomiarów temperatury, wydziela wodę i rozmaite inne substancje oraz pobiera światło i przekształca je w ciepło. Oprócz tego za pomocą komórek zmysłowych, włosków i receptorów (tych ostatnich jest blisko 2500 na jednym tylko centymetrze kwadratowym opuszki palca) bada też cały czas, czy na zewnątrz jest wietrznie, zimno, a może sucho; czy dany przedmiot jest szorstki czy gładki; miękki czy twardy; spiczasty czy obły. Z najnowszych badań wynika nawet, że skóra prawdopodobnie „słyszy” dźwięki i czuje zapachy.

Ale i na tym funkcje skóry bynajmniej się nie kończą. Za jej pośrednictwem kontaktujemy się przecież także z innymi ludźmi. Rzadko zdajemy sobie sprawę, że wysyłane przez skórę sygnały mają decydujące znaczenie w kwestii wyboru partnera. Smak skóry jest inny u każdego z nas, a jej zapach przywabia tylko tych, którzy do nas pasują. Natura dąży bowiem do możliwie najlepszego wymieszania materiału genetycznego, co daje szansę na zdrowe i silne dzieci: spotkanie dwóch różnych typów skóry może wszak prowadzić do pojawienia się u ewentualnego potomstwa korzystnej mieszanki genów. Kryje się w tym też pewien polityczny przekaz: otóż skóra nie ma absolutnie żadnych skłonności do rasizmu, wręcz przeciwnie – szuka jak największej odmienności genetycznej.

Można spierać się na temat tego, jaki jest największy narząd seksualny u człowieka – mózg, który wytwarza obrazy i fantazje erotyczne, a także generuje pożądanie, czy może właśnie skóra, z którą stykamy się podczas aktu miłosnego, której widok pobudza nasz apetyt na seks i która wreszcie wyraźnie zmienia swój wygląd pod wpływem podniecenia. Naga skóra budzi ekscytację. Nie ma mowy o pożądaniu bez jej udziału. Każdy kontakt fizyczny wiąże się z dotykaniem skóry. Niekiedy już same „brudne myśli” przyprawiają nas o gęsią skórkę. Najpopularniejsze fetysze seksualne, takie jak lakierowana skóra, futro czy lateksowe wdzianka, też mają budzić erotyczne skojarzenia z ludzką skórą!

Już zarysowana tu problematyka wyraźnie wskazuje, że mówienie o skórze łączy się z podejmowaniem rozmaitych tematów tabu. Dla wielu osób są nimi na przykład kwestie nagości – publiczne obnażenie wstydliwych miejsc i wiążące się z tym, wprawdzie niewidoczne, ale bardzo silne, poczucie wstydu. Ale to wcale nie wszystko. Skóra może przecież niezbyt przyjemnie pachnieć albo wręcz śmierdzieć, a do tego dochodzą rozmaite skazy, fałdki, wydzieliny i plamki… Ze skórą w jakiś sposób wiąże się wszystko to, o czym nie lubimy mówić, a może nawet i to, czego się brzydzimy: łupież, woskowina uszna, pryszcze, łój, pot, brzydki zapach stóp i wiele innych.

Kolejnym tematem tabu są choroby przenoszone drogą płciową, a zwłaszcza kwestia, gdzie i w jakich okolicznościach doszło do zakażenia. Tymczasem każdy dermatolog jest jednocześnie specjalistą od chorób wenerycznych. Termin ten wywodzi się od imienia Wenus, patronki miłości. Owa kapryśna bogini obdarza ludzi nie tylko pożądaniem, lecz także kiłą, rzeżączką, kłykcinami kończystymi, opryszczką, zapaleniem wątroby albo infekcją HIV – chorobami, które w znacznej większości powodują widoczne zmiany na skórze, a w każdym razie to właśnie od niej rozpoczynają wędrówkę w głąb ciała.

Dla nas, dermatologów, w tych wszystkich zjawiskach nie ma nic obrzydliwego, ba, uważamy je wręcz za fascynujące. A to dlatego, że analizując i interpretując rozmaite kwestie, skupiamy się na samym obiekcie i wykorzystujemy do tego celu różne zmysły. Badając chorego, patrzymy, dotykamy, rozcieramy w palcach, wąchamy. Wszystko dlatego, że stan, konsystencja i zapach skóry pacjenta stanowią cenne wskazówki, pozwalające odkryć przyczynę choroby.

W dawnych czasach lekarze zajmujący się chorobami skóry stworzyli cały szereg barwnych i wytwornych określeń dla nazwania w gruncie rzeczy uciążliwych lub mało estetycznych zmian na skórze. I tak ogólnym pojęciem określającym pryszcze, plamki, krostki czy wysypki stały się „wykwity”. Rdzawobrązowe przebarwienia na podudziach, powstałe w wyniku przewlekłej niewydolności żylnej, bywają niekiedy nazywane purpurą jaune d’ocre (punktowe wybroczyny w kolorze żółci i ochry), co po francusku brzmi oczywiście znacznie efektowniej. Tak zwane naczyniaki starcze określamy mianem „punktów rubinowych”, znamiona naczyniowe to „plamy typu czerwonego wina”, brązowe plamy wątrobowe zaś – café au lait. A stan, w którym przesuszona skóra zaczyna pękać, nosi piękną nazwę wyprysku craquelé. Nie bez przyczyny, bo skóra zaczyna wtedy przypominać siatkę spękań pokrywających freski Michała Anioła na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej (spękania takie historycy sztuki fachowo nazywają „krakelurą” od francuskiego craquelé – spękany, porysowany). Wszyscy mamy ten obraz przed oczami, prawda? Oto historia stworzenia świata i nagi, muskularny Adam, wyciągający palec w stronę Boga, by z boskiego z kolei palca mogła na niego przeskoczyć iskra życia.

Koledzy chirurdzy i interniści nierzadko śmieją się z dermatologów i przezywają nas lekarzami „naskórkowymi”. Zupełnie niesłusznie: bardzo często musimy sięgać głęboko pod powierzchnię, bo właśnie tak zachowuje się skóra. Jest ona nie tylko środkiem komunikacji ze światem zewnętrznym i innymi ludźmi, lecz także przekazuje informacje z naszego wnętrza, pozostając w stałym kontakcie z układem nerwowym i odpornościowym. Dlatego na jej wygląd wielki wpływ mają procesy wewnętrzne: to, co zjadamy, ale też to, co od środka zjada nas.

Skóra jest zwierciadłem duszy, ekranem, na którym wyświetlają się obrazy prosto z naszego wnętrza. Dlatego jak wytrawni detektywi z pasją poszukujemy na skórze różnorakich poszlak. Ślady te prowadzą często do zjawisk zachodzących w głębi organizmu. Odkrywamy więc, że skóra stara się nam przekazać informacje o problemach duchowych, stresie, braku równowagi psychicznej albo o stanie narządów wewnętrznych i nawykach żywieniowych. Tak na przykład zmarszczki mówią o smutkach i radościach, blizny o zranieniach, „zamrożona” botoksem mimika o lęku przed starością, gęsia skórka o strachu bądź podnieceniu, a niektóre wypryski o nadmiernym spożyciu mleka, cukru lub białej mąki. Nadwaga powoduje, że w fałdach skóry rozwijają się stany zapalne, a przesuszona lub – odwrotnie – zbyt tłusta skóra może niekiedy świadczyć o problemach z tarczycą. Nasza skóra jest niczym wielkie archiwum, pełne tropów i wskazówek, czasem jawnych, ale czasem przemyślnie zaszyfrowanych. Gdy nauczymy się je odczytywać, będziemy zdumieni, jak to, co widzialne, prowadzi nas często do tego, co ukryte.

Skóra to fenomenalny narząd, największy, jaki ma do dyspozycji człowiek. To istny cud natury! Celem tej książki jest pomoc w zrozumieniu własnej skóry – a w ten sposób także samego siebie. Gdy tylko zaczniemy poznawać ten fascynujący narząd, na własnej skórze przekonamy się, jakie to ciekawe!

CZĘŚĆ I

PODZIEMNY GARAŻ ALBO Z ILU PIĘTER SKŁADA SIĘ SKÓRA

Skórę najlepiej wyobrazić sobie jako budynek złożony z trzech pięter. Nie pnie się on jednak do góry, jak dom mieszkalny, tylko schodzi w głąb, jak podziemny garaż. To, co widzimy z zewnątrz, czyli warstwa rogowa naskórka, stanowi zatem dach garażu. Na niego właśnie padają promienie słoneczne.

Wyobraźmy sobie, że dach ten jest zbudowany z bardzo mocnego i transparentnego materiału (dobrym przykładem jest mleczne szkło), dzięki czemu na poziom –1, czyli do naskórka, a nawet –2, a więc do skóry właściwej, wciąż dociera trochę promieniowania UV. Dopiero na poziomie –3 robi się bardziej mrocznie. Najciekawsze jest to, że w całym tym garażu, na każdym poziomie można odkryć charakterystyczne ślady i oznaki, zdradzające, co się w nas dzieje.

Dlatego nie marnujmy już więcej czasu i ruszajmy na przechadzkę po budowli, jaką tworzy nasza skóra.

ROZDZIAŁ 1

Poziom –1: Naskórek albo żyj, aby umrzeć

Poziom ten to tak zwany naskórek, określany też bardziej uczenie mianem epidermy. Przedrostek epi pochodzi z greki i oznacza „na”. Dermis – kolejne greckie słówko – to po prostu „skóra”. Naskórek jest tą warstwą skóry, którą możemy bezpośrednio zobaczyć i dotknąć. W normalnych warunkach ma ona zaledwie 0,05–0,1 milimetra grubości, tym bardziej należy jej się więc podziw za to, że dzielnie zwiera szeregi, tworząc barierę skórną, i dźwiga na sobie ochronny, kwaśny płaszcz. Jednak pod wpływem długotrwałego nacisku, którego doświadczają na przykład podeszwy stóp, warstwa ta może ulec pogrubieniu do dwóch milimetrów, a czasem i więcej. Naskórek pełni ważną funkcję ochronną zarówno od zewnątrz, jak i od wewnątrz. Strzeże nas przed chemikaliami, truciznami i alergenami. Odpiera biologiczne ataki przypuszczane przez najrozmaitsze zarazki. Chroni nas przed negatywnymi skutkami oddziaływań mechanicznych (trochę jak powłoka przeciw zarysowaniom pokrywająca telefon komórkowy).

Obserwując naskórek pod lupą, zauważymy na jego powierzchni cienkie linie, biegnące w różnych kierunkach i tworzące przy tym niewielkie „poletka”, przypominające figury geometryczne – na przykład romby, trapezy i inne czworokąty. To pokrywająca większość naszego ciała tzw. skóra cienka, która w powiększeniu przypomina nieco pokryty różnorakimi uprawami krajobraz widziany z okien samolotu, z szachownicą pól i łąk.

Jeśli jednak ten sam fragment naskórka obejrzymy w przekroju poprzecznym, szybko zauważymy, że nie jest to bynajmniej równina, tylko raczej pogórze. Wysokie płaskowyże pojawiają się tu naprzemiennie ze stromymi graniami.

W dolinach wyrastają włoski, na graniach znajdują się ujścia gruczołów potowych. Swoje miejsce mają tu również gruczoły łojowe. Ich ujścia najłatwiej zaobserwować na twarzy; to właśnie tak zwane pory skóry.

Charakterystyczne wzory pokrywające skórę cienką doskonale widać na plecach, kostkach palców i przy zgięciach łokci. Tylko na wewnętrznej powierzchni dłoni i podeszwach stóp wzory będą się różnić. Dermatolodzy mówią w tym wypadku o „skórze grubej”. Po wewnętrznej stroni dłoni widzimy liczne, biegnące równolegle do siebie bruzdki, które przypominają skiby ziemi na świeżo zaoranym polu. Bruzdy te układają się w rozmaite wzory, inne u każdego człowieka. Na tej podstawie można dokonywać identyfikacji poszczególnych osób, czego przykładem są badania daktyloskopijne.

Ale dlaczego właściwie naskórek zadaje sobie tyle trudu, by wyposażyć dłonie i stopy w dwa odrębne rodzaje skóry? Odpowiedź jest prosta: gruba skóra na wewnętrznych powierzchniach dłoni i podeszwach stóp jest bardziej stabilna niż cienka skóra pokrywająca resztę ciała. Podczas biegania, chwytania i badania przedmiotów dotykiem stanowi to sporą zaletę. Ponadto ten typ skóry pozbawiony jest włosów i gruczołów łojowych, za to znajduje się w nim więcej gruczołów potowych.

Zanim jednak wzdrygniemy się z obrzydzeniem na myśl o lepkich, spoconych dłoniach i nieprzyjemnie pachnących stopach, pomyślmy, że z ewolucyjnego punktu widzenia występowanie potu w tych miejscach ma głęboki sens. Pot zwiększa przyczepność skóry – na spoconych stopach łatwiej się biegnie, gdy zza zakrętu wyłoni się na przykład olbrzymi niedźwiedź. Dla naszych praprzodków była to kwestia o życiowym znaczeniu. A jeśli by ustrzec się przed drapieżnikiem, musieli wdrapać się na drzewo – proszę bardzo, wspinaczkę ułatwiały im spocone dłonie, których skóra lepiej trzymała się wtedy kory drzewa.

Chociaż może to zabrzmieć szokująco, nasze ciało i skóra wciąż tkwią w epoce kamiennej, kiedy to w każdej chwili zagrażał nam atak rozmaitych drapieżników. To, że tymczasem zamieniliśmy rozległe stepy na wielkomiejską dżunglę, było z naszej strony aktem samowoli, swego rodzaju „wypadkiem przy pracy”, którego nikt w ewolucji nie przewidział!

Jak mur – bariera ochronna skóry

Najważniejszą chyba funkcją, jaką ma do spełnienia naskórek, jest zabezpieczanie nas przed intruzami z zewnątrz. Żeby sprostać temu zadaniu, wznosi on bardzo wytrzymały mur obronny, tak zwaną barierę ochronną skóry.

Jak taki mur powstaje? Żeby to zrozumieć, musimy dokładniej poznać budowę naskórka. Składa się on z czterech różnych warstw komórek: „niemowlęcej” (tzw. warstwa podstawna), „młodzieńczej” (warstwa kolczysta), „dorosłej” (warstwa ziarnista) i wreszcie warstwy martwych komórek, tzw. warstwy rogowej.

Wszystkie komórki naskórka zaczynają swą karierę jako „niemowlęce” komórki podstawne. Następnie, w ciągu czterech tygodni pokonują kolejne etapy, aż docierają do właściwej bariery ochronnej na samej górze. Jak widać, życiowa wędrówka komórek naskórka przebiega od środka na zewnątrz.

Ale po kolei. Warstwą nośną naskórka jest stabilna błona podstawna o falistym kształcie. Na niej właśnie sadowią się wesoło komórki „niemowlęce”, czyli warstwa podstawna. Pokonawszy pierwszy etap drogi życiowej, przekształcają się w komórki „młodzieńcze”, zwane kolczystymi. Pionierzy dermatologii, aby obserwować te komórki pod mikroskopem, konserwowali je w formalinie, jak to było ówcześnie przyjęte. Niestety, w efekcie dochodziło do obkurczenia komórek, które przekształcały się w sczepione ze sobą niewielkie sztywne nitki, sterczące na różne strony. Stąd właśnie pochodzi nazwa; obkurczone komórki wyglądały trochę jak skrzyżowanie rozgwiazdy z jeżowcem.

Komórki kolczyste pełnią bardzo ważną funkcję: wytwarzają niezwykle wytrzymałe białko, zwane keratyną. To właśnie z keratyny zbudowany jest zrogowaciały naskórek, a także paznokcie czy – u zwierząt – rogi. Dlatego też w specjalistycznym żargonie nazywamy te komórki keratynocytami. Z białek wytwarzanych przez komórki kolczyste nie tylko zbudowane są włosy i paznokcie. Keratyna przyczynia się także znacząco, jak zobaczymy, do powstania skutecznej bariery ochronnej.

Na razie jednak komórki kolczyste spokojnie się rozwijają, aż wchodzą w trzecią fazę życia, przekształcając się w komórki ziarniste. W przełożeniu na ludzkie życie byłby to etap dorosłości i aktywności zawodowej. W tym okresie komórki osiągają maksimum wydajności, wytwarzając niewielkie kuleczki zawierające tłuszcze, a także keratynę i inne białka. Robią to do chwili, aż całkowicie się nimi wypełnią. Na zakończenie tego bardzo pracowitego okresu komórki robią coś jeszcze, co ma decydujące znaczenie dla dalszej budowy „muru”.

Co takiego? No cóż – umierają. Jednak z naszego punktu widzenia absolutnie nie jest to powód do smutku. Obumierające komórki warstwy ziarnistej przekształcają się w warstwę rogową naskórka i w ten sposób tworzą barierę ochronną, strzegącą nas przed szkodliwymi czynnikami otoczenia. Martwe komórki można rozpoznać po tym, że nie ma w nich jądra komórkowego. Bez jądra zaś komórka nie może funkcjonować, metabolizować ani dalej rosnąć. A to dlatego, że w jądrze komórkowym znajduje się całe DNA, czyli materiał genetyczny. Materiał ten steruje wszystkimi procesami życiowymi zachodzącymi w naszym organizmie i w każdej jego komórce. Tymczasem w warstwie rogowej żadnych jąder już nie ma, wszystko jest martwe i opustoszałe…

Pod mikroskopem wyraźnie widać, że komórki w tej warstwie wyglądają jak maleńkie cegiełki. Mimo niewielkich rozmiarów są bardzo wytrzymałe, składają się bowiem z twardej keratyny (a więc właśnie zrogowaciałej skóry). Owe małe, stabilne i martwe komórki rogowe osadzone są w substancji przypominającej zaprawę murarską, która nie tylko dobrze wiąże ze sobą poszczególne cegiełki, lecz także uniemożliwia przedostanie się przez luki między nimi jakichkolwiek ciał obcych. To właśnie dlatego dermatolodzy całą tę konstrukcję porównują do ceglanego muru spojonego zaprawą.

„Zaprawa” składa się z kuleczek wytworzonych przez komórki warstwy ziarnistej. Kiedy komórki te obumierają, przekształcając się w warstwę rogową, kuleczki uwalniają swoją zawartość, a więc rozmaite białka i wartościowe tłuszcze. Wszyscy znamy reklamy kremów pielęgnacyjnych, które mają „cenne ceramidy”. Twórcy takich kremów próbują zawrzeć w nich odpowiedniki naturalnych tłuszczów skóry składających się na naszą barierę ochronną. Zanim jednak popędzimy do najbliższej drogerii, zastanówmy się przez chwilę: jak dotąd żadnym naukowcom, a tym bardziej producentom kosmetyków, nie udało się dokładnie odwzorować tej wspaniałej budowli. Takie cuda tworzy tylko natura.

Co dzieje się, jeśli mimo wszystko dojdzie do uszkodzenia bariery ochronnej i w murze powstaną dziury? Natychmiast korzysta z tego banda intruzów: alergenów, chemikaliów i zarazków, które przez powstałe szczeliny przedostają się w głąb skóry. Uszkodzony mur nie jest też w stanie zatrzymać od środka wody, dlatego zbyt szybko i w zbyt dużych ilościach wydostaje się ona na zewnątrz. W efekcie skóra wysycha, wygląda na wymiętą i szorstką. Nic dziwnego – bez tłuszczów i wody robi się matowa i pomarszczona, a niekiedy nawet zaczyna swędzieć. Jeśli mamy pecha, wywiązuje się z tego bardzo nieprzyjemny suchy wyprysk ze wspominanymi już wcześniej krakelurami, czyli spękaniami. Jeśli mamy wielkiego pecha, na domiar złego przyplącze się jeszcze alergia kontaktowa. Wyraźnie wynika z tego, że w naszym najlepiej pojętym interesie leży dbałość o barierę ochronną skóry, a w razie potrzeby dokonywanie jak najszybszych napraw. Wskazówki, jak konkretnie to robić, pojawią dalej.

Łuszczenie się skóry

Do poszukiwania zaginionych osób często wykorzystuje się psy tropiące. Dlaczego są one tak skuteczne? To proste: psy te, obdarzone doskonałym węchem i specjalnie wyszkolone, potrafią wyczuć zapach gubionych przez człowieka łusek skóry. Jeśli stanę teraz przed państwem i zapytam: „Czy właśnie sypią się ze mnie łuski skóry?”, prawdopodobnie uprzejmie zaprzeczycie, bo na moim czarnym sweterku nie ma ani śladu łupieżu. Rzeczywistość jest jednak inna. Absolutnie wszyscy przez cały czas gubimy pojedyncze rogowe łuseczki, które nie są już potrzebne, zwalniając w ten sposób miejsce dla nowych komórek w rogowej warstwie naskórka. Summa summarum, każdy z nas traci około czterdziestu tysięcy takich łusek. Na minutę! Dziennie zbiera się tego do dziesięciu gramów.

Jak przebiega ten proces? Komórki tworzące warstwę rogową naskórka mają za sobą pracowity żywot. Najpierw przez cztery tygodnie dojrzewały, a potem wprawdzie obumarły, ale przez pewien czas pozostały jeszcze na swoim miejscu, tworząc niczym maleńkie cegiełki ochronną barierę skóry. I wreszcie, jedna po drugiej, zaczynają od nas odpadać. Jeśli wszystko idzie zgodnie z planem, komórki znikają po angielsku, tak że trwamy w błogiej nieświadomości tego procesu.

Niestety, bywa i tak, że owe łuski – zwane wówczas z obrzydzeniem łupieżem – stają się widoczne gołym okiem. Czujemy się wtedy skrępowani, bo zjawisko to uważa się za bardzo mało estetyczne. Obsypany łupieżem kołnierzyk dowodzi, że w organizmie coś nie gra. Niekiedy namnażanie komórek następuje po prostu zbyt szybko, zbyt intensywnie i przede wszystkim zbyt gwałtownie.

W skomplikowanym procesie naprzemiennego dojrzewania i obumierania komórek nietrudno o zakłócenia. Żywe komórki z warstwy kolczystej omijają niekiedy fazę ziarnistą i wędrują bezpośrednio do warstwy rogowej. Obrazowo można powiedzieć, że przeskakują w ten sposób okres dorastania. A przecież etap ten pozwala prawdziwie dojrzeć i stopniowo uniezależnić się od rodziców. Jeżeli keratynocyty nie dorastają wystarczająco długo, nie dowiadują się, jak spokojnie pożegnać dom rodzinny i osiągnąć samodzielność, a następnie dyskretnie się złuszczyć. To zaś źle wpływa na skuteczność bariery ochronnej skóry, ponieważ komórki, w których wciąż obecne jest jądro komórkowe, nie bardzo nadają się na cegiełki. Na dodatek komórki takie wciąż nie zdołały jeszcze wytworzyć „zaprawy murarskiej”. Nie miały nawet czasu, by w spokoju umrzeć, dlatego wciąż kurczowo trzymają się swoich „towarzyszy podróży”. Z tego powodu nie odpadają dyskretnie i po cichu, jak to się dzieje normalnie, tylko zbijają się w grudki, zabierając ze sobą kolegów, czy ci życzą sobie tego, czy nie. To, co gołym okiem widzimy jako łupież, składa się z tysiąca sklejonych ze sobą komórek pochodzących z warstwy rogowej.

Do nadmiernego łuszczenia się skóry dochodzi przede wszystkim w wyniku stanów zapalnych naskórka. Każde, nawet lekkie zapalenie naskórka prowadzi do przyspieszonego złuszczania komórek, bowiem organizm pragnie uwolnić się od czynnika powodującego podrażnienie, czy jest nim alergen, zarazek czy nadmierne przesuszenie. Skóra zaś jest przekonana, że szybciej pozbędzie się tego balastu, jeśli zwiększy tempo wymiany komórkowej; w przypadku wyprysków i łuszczycy czas wędrówki młodych komórek przez wszystkie warstwy naskórka wynosi zaledwie pięć dni zamiast czterech tygodni! To, że możemy dostrzec łuszczącą się skórę, zawsze świadczy więc o podrażnieniu i stanie zapalnym, który może wyciszyć się samoistnie, niekiedy jednak wymaga interwencji lekarskiej.

Oprócz wyprysków suchych, alergicznych i z podrażnienia niekiedy zdarza się też wyprysk łojotokowy, połączony z tłustym łupieżem. Jeśli bowiem produkcja łoju zanadto przybiera na sile, obecne w porach skóry drożdżaki, dla których łój jest wymarzonym pokarmem, zbytnio się mnożą. Produkty przemiany materii owych drożdżaków podrażniają skórę, a ta reaguje tak jak zwykle w tego rodzaju sytuacjach, czyli się łuszczy.

Drożdżaki na szczęście nie są zaraźliwe. W normalnych warunkach bytują sobie spokojnie w porach skóry każdego z nas. Stają się agresywne dopiero wtedy, gdy zostaną przekarmione łojem. Słowo „drożdżak” nie brzmi może zbyt dumnie, ale już nazwa łacińska: Malassezia furfur, przywodząca na myśl baśniowego smoka, jest naprawdę czarująca. Aby rozprawić się z tym wielogłowym potworem, pomysłowy dermatolog musi najpierw ustalić, czy ma do czynienia z łuszczeniem tłustym czy suchym. Robi to, obserwując kolor i postać łuseczek. Białe i sypkie oznaczają występowanie typu suchego, natomiast żółtawe i lepkie wskazują na wariant tłusty. Jeśli rozetrze się te ostatnie pomiędzy palcami, wyraźnie można poczuć tłustawą warstewkę na skórze.

Z łojotokowym zapaleniem skóry zmagają się przede wszystkim mężczyźni. Często przychodzą do mnie do gabinetu i nie dają się przekonać, gdy mówię: „To nie jest suchy wyprysk, tylko łojotokowe zapalenie skóry”. Zaklinają się na wszystkie świętości: „Pani doktor, skądże znowu, ja mam naprawdę bardzo suchą skórę. Wciąż mi się łuszczy po obu stronach nosa, na czole, na głowie i brwiach, a czasem nawet na uszach!”.

„I jak Pan sobie z tym radzi?” – pytam.

„No cóż, podbieram żonie trochę kremu. Wie pani, «kompleksowa nocna pielęgnacja dla skóry dojrzałej po czterdziestce». Nakładam na suche miejsca i następnego ranka po łuskach nie ma śladu!”

W duchu dodaję wtedy: „Ale zaczerwienienie, oczywiście, zostaje”. Bo przecież nałożenie kremu nie powoduje usunięcia przyczyny problemu, czyli nadmiernego wydzielania łoju. Z łojotokiem, względnie łojotokowym zapaleniem skóry, mamy do czynienia tam, gdzie gruczoły łojowe są duże, a co za tym idzie wytwarzają proporcjonalnie dużo tłuszczu: na głowie, uszach i w tzw. strefie T na twarzy, czyli na czole, brwiach i w obszarze nosa. Walcząc z łuskami za pomocą tłustego kremu, który je zmiękcza, niechcący zapychamy pory skóry jeszcze większą ilością tłuszczu. Podstępnej Malassezii w to graj, za to stan zapalny skóry tylko się nasila, nawet jeśli łuski na parę godzin stają się niewidoczne! Tłusty krem to w tym wypadku najgorszy wybór z możliwych. Bo – powtórzmy jeszcze raz – nie wszystko suche, co się łuszczy! Dlatego dermatolog w takiej sytuacji zaleca raczej kurację przeciwzapalną i przeciwdrożdżakową, specjalne szampony, beztłuszczowe lub niskotłuszczowe żele do mycia, a w najcięższych przypadkach leki, które ograniczają wytwarzanie tłuszczu w skórze.

Ochronny kwaśny płaszcz i mikrobiom

Na ekranie piękna kobieta, świeża jak róża, przeciąga delikatnie wymanikiurowanymi palcami po atłasowej skórze twarzy. W tle miękki głos opowiada o zaletach mydła, które chroni naturalny kwaśny płaszcz ochronny „twojej skóry”. Ale czy jakiekolwiek mydło jest w stanie to zrobić? I czym właściwie jest ów kwaśny płaszcz?

Jeśli nie będziemy czerpać wiedzy z telewizyjnych reklam, tylko zapytamy chemika, dowiemy się, że kwasy charakteryzują się niską wartością pH, na przykład pomiędzy 1 a 2, natomiast zasady bardzo wysoką, od 11 do 14. Za wartość neutralną uznaje się pH równe 7, jakie ma na przykład woda.

Dla większej jasności podaję garść przykładów: kwas siarkowy, niezwykle żrący i bardzo niebezpieczny, wykazuje wartość pH poniżej 1. Co ciekawe, zaraz za nim znajduje się kwas żołądkowy o pH równym 1–1,5. (Nasz żołądek jest w cudowny sposób podwójnie zabezpieczony przed jego szkodliwym działaniem: z jednej strony wyściela go błona śluzowa, z drugiej potrafi on wydzielać substancję o silnie zasadowym odczynie, która w razie potrzeby neutralizuje kwas.) Wartość pH w przypadku kwasu cytrynowego wynosi 2,4. Następny w kolejności jest ocet – 2,5. Wyraźnie kwaśny odczyn ma też śluz w kobiecej pochwie – pomiędzy 3,8 a 4,5. Na powierzchni ludzkiej skóry odczyn jest tylko lekko kwaśny (wartość pH od 4,7 do 5,5).

Ludzka ślina, o wartości pH pomiędzy 6,5 a 7,4, ma już odczyn lekko zasadowy. Roztwór mydła ma wartość od 9 do 11, najbardziej zaś żrąca zasada, czyli ług sodowy, ma skrajnie zasadowy odczyn, czyli równo 14.

Widzimy więc, że odczyn naszej skóry nie jest wprawdzie żrący, ale ma charakter kwaśny. Wiele kwasów na skórze to produkty przemiany materii, metabolity pochodzące z komórek warstwy rogowej i łoju skórnego albo docierające tu wraz z potem. Nasz pot zawiera kwas mlekowy i rozmaite „kwasy owocowe”, które również świetnie znamy z reklam kosmetyków, głównie z reklam kremów, obiecujących „łagodny peeling skóry”. Kwasy te tworzą powłokę na warstwie rogowej naskórka, czyli na naszym ceglanym murze ochronnym. W ten sposób przyczyniają się do obniżenia pH, ale też w naturalny sposób wiążą wodę, co pozwala zatrzymywać wilgoć w najbardziej zewnętrznej warstwie skóry. Z tego powodu określa się je skrótem NMF od angielskiego natural moisturizing factors, czyli naturalnych czynników nawilżających. To kolejna substancja, którą desperacko usiłuje skopiować przemysł kosmetyczny, oferując nam multum tak zwanych kremów nawilżających.

Odpowiedni odczyn skóry ma ogromne znaczenie przede wszystkim dla licznych organizmów, które na niej bytują. A warto wiedzieć, że ludzka skóra nie jest bynajmniej miłą okolicą. Nie ma na niej miejsca na sąsiedzkie przyjaźnie, sympatyczne pogawędki i wymiany uprzejmości – rządzi tu twarde prawo ulicy. Konkurujące ze sobą klany i gangi wirusów, drożdżaków, roztoczy i setek czy nawet tysięcy gatunków bakterii toczą permanentną walkę na śmierć i życie, której wynik przechyla się raz na jedną, raz na drugą stronę. Całe to towarzystwo określa się łącznie mianem mikrobiomu. Ludzki mikrobiom rozwijał się przez miliony lat i obejmuje wszystkie mikroorganizmy żyjące na naszym ciele i w jego wnętrzu, a więc na skórze, w jamie ustnej, w okolicach intymnych i w pobliżu odbytu, a także w jelitach. Tylko jedna na cztery komórki w ludzkim organizmie jest rzeczywiście ludzka, cała reszta, czyli 75 procent komórek, to przybysze zasiedlający zewnętrzne i wewnętrzne powierzchnie naszego ciała. Na każdym człowieku bytuje gigantyczna kolonia bakterii, tysiąckrotnie przewyższająca liczebnością łączną populację ludzi na całym świecie.

Mikroorganizmy żyjące w jelitach zostały już stosunkowo dobrze przebadane, jednak ostatnio naukowcy coraz bardziej skłaniają się do przekonania, że pod względem mikrobiomu skóra po prostu bije jelita na głowę. W normalnych warunkach mikrobiom skóry zachowuje się spokojnie, ponieważ poszczególne gangi nawzajem trzymają się w szachu i nie pozwalają, by jeden z nich zanadto urósł w siłę. Nasza skóra jest dla nich gospodarzem, a pokrywające ją kwasy dbają o odpowiednią atmosferę i właściwości „podłoża”.

Każdy centymetr kwadratowy skóry zasiedlają miliony mniej lub bardziej stałych lokatorów. Żeby się jakoś odwdzięczyć skórze za gościnę, mikrobiom wciela się w rolę wykidajły. Gdyby nie on, znacznie więcej problemów załaziłoby nam za skórę. Mikrobiom wytwarza bowiem specjalną broń przeciwko groźnym intruzom – rodzaj naturalnych antybiotyków. To właśnie mikrobiom, wraz z innymi powstającymi w organizmie substancjami obronnymi, decyduje o zachowaniu odporności, a nawet pełni funkcję swego rodzaju instruktora dla układu odpornościowego. Warto uświadomić sobie, że bez mikrobiomu bylibyśmy steranym skupiskiem niemal całkowicie bezbronnych komórek. Obecne na naszej skórze klany zarazków dbają o to, by układ odpornościowy zwalczał tylko prawdziwie szkodliwych intruzów, a nie wydawał wojnę zasiedziałym i w sumie niezjadliwym grupom, które korzystają w naszym organizmie z prawa stałego bądź czasowego pobytu.

Jak z tego wynika, mikrobiom jest nam niezbędny. A optymalną pożywkę dla jego prawidłowego rozwoju tworzy nie co innego, jak nienaruszony kwaśny płaszcz ochronny skóry. My tymczasem, z uporem godnym lepszej sprawy, nieustannie ingerujemy w podstawy jego egzystencji – czy to przez zabiegi higieniczne i pielęgnacyjne, zażywanie lekarstw, szczepienia, środki dezynfekcyjne, antybiotyki, czy przez odzież, pożywienie, względnie ekspozycję na promieniowanie UV. Ważne i cenne dla organizmu bakterie zabijamy też niechcący podczas mycia rąk. Warto wiedzieć, że również cesarskie cięcie ma negatywne konsekwencje dla skórnego mikrobiomu. Przychodząc na świat tą drogą, maluch traci możliwość kontaktu z cennymi bakteriami bytującymi w kanale rodnym matki, tymczasem stanowią one pierwszy prezent od mamy i fundament przyszłej odporności dziecka. Jak widać, współczesne zdobycze techniki i medycyny, choć tak wspaniałe i pozwalające ocalić niejedno życie, otwierają też furtkę wielu chorobom…

Fałdy skóry

Skóra pokrywa oczywiście także wszystkie fałdy i załomki naszego ciała. Z punktu widzenia naskórka są to miejsca szczególne, ponieważ w tych ciemnych i nieprzewiewnych niszach chętnie osiedlają się rozmaite zarazki. Pod pachami, w fałdzie pośladkowym, w pachwinach, pod piersiami, a niekiedy także (gdy tkanki tłuszczowej jest odpowiednio dużo) w fałdach na brzuchu i na plecach zarazki czują się po prostu doskonale. Jest tam ciepło, wilgotno, panuje stały półmrok – trochę jak w kompostowniku. Trudno się dziwić, że w tak przyjaznej i zacisznej atmosferze chorobotwórcze drobnoustroje mają się świetnie i mnożą bez opamiętania.

Ponieważ w tych partiach ciała stykają się ze sobą bezpośrednio dwa fragmenty skóry, dociera tu bardzo niewiele powietrza, a parowanie jest mocno ograniczone – prawie tak, jakby uszczelnić skórę przezroczystą folią. Woda, nie mając ujścia, zaczyna się w takich zagłębieniach gromadzić, szybko dochodzi tu więc do rozmiękczenia i osłabienia bariery skórnej, tak jak u dziecka z długo niezmienianą pieluchą. Wydzielana wilgoć i zbierający się w fałdach ciała pot służą za doskonałą pożywkę domowej roboty. Świetnie hodują się na niej drożdżaki, takie jak Candida albicans, odpowiedzialne za rozwój częstej infekcji zwanej drożdżycą (kandydozą), a także rozmaite bakterie, które szczególnie upodobały sobie właśnie fałdy skóry.

Ponadto aktywność licznych gruczołów zapachowych, szczególnie w okolicach pach, pośladków i genitaliów, powoduje zmianę odczynu skóry z lekko kwaśnego (pH bliskiego 5) na bardziej zasadowy. Gruczoły zapachowe to szczególna odmiana gruczołów potowych i zarazem flakoniki z naszymi naturalnymi perfumami. Uchodzą one do mieszków włosowych i wydzielają do otoczenia feromony, które służą między innymi jako wabiki seksualne. Gruczoły te rozwijają się dopiero w wyniku zmian hormonalnych w okresie dojrzewania. Ich wydzielina jest nieco lepka, ma białawy kolor i lekko zasadowy odczyn. Do pracy pobudza je część naszego układu nerwowego, tzw. układ współczulny, odpowiadający za stres i mobilizację. Jeśli więc na przykład na widok psa przestraszymy się i poczujemy zdenerwowanie, gruczoły zapachowe zaczną intensywniej pracować, czy tego chcemy, czy nie. I paradoksalnie dopiero wtedy pies może się nami naprawdę zainteresować, zaintrygowany naszym zapachem. To, że psy przy pierwszym kontakcie często nieelegancko obwąchują nas między nogami, też jest sprawką gruczołów – ze względu na nie nasz zapach w tym miejscu jest szczególnie intensywny.

Bezpośrednia styczność różnych partii skóry także w inny sposób uatrakcyjnia rozmaitym zarazkom, bakteriom i grzybom życie. Otóż w wyniku ciągłego ocierania się o siebie tych partii ciała, w których warstwa ochronna skóry i tak jest już osłabiona, łatwo dochodzi do odparzeń. Nasuwa się logiczny wniosek, że podrażnieniom i infekcjom w fałdach skórnych sprzyja przede wszystkim nadmierna potliwość i oczywiście nadwaga, gdyż wtedy fałdy są głębokie, a powierzchnie stykającej się ze sobą skóry odpowiednio duże.

Sytuację dodatkowo pogarsza przesadna dbałość o higienę tych zakątków ciała przy użyciu zasadowych mydeł, podnoszących pH skóry w tych miejscach do dramatycznie wysokiego przedziału 8–9. Niepożądane bakterie, które z upodobaniem żywią się wydzielinami gruczołów potowych i zapachowych, mogą w tych warunkach mnożyć się na potęgę. Ma to też efekt uboczny w postaci nieprzyjemnie słodkawego zapachu.

Kolejna, często niedoceniana fałda znajduje się za uchem. Gdy odbywałam staż, miałam ciągły kontakt z ordynatorem, który w chwilach najwyższego skupienia przesuwał palcami za uchem. Następnie rozcierał między opuszkami zdrapane w ten sposób i nieco lepkie cząsteczki skóry, po czym z upodobaniem wąchał palce. Za każdym razem skutecznie odrywało mnie to od treści rozmowy, czyniąc wychwytywanie treści jego słów w zasadzie niemożliwym. Niemal mogłam poczuć słodkawy zapach kultur drożdżaków… Na zakończenie każdego z tych spotkań ordynator podawał mi rękę i ściskał ją długo i serdecznie. Palcami pokrytymi mieszanką łoju skórnego i potu…

Zostawiając na boku wspomnienia, które przewijają mi się przed oczami, dodam, że powyższa historyjka doskonale ilustruje, jak silny pociąg odczuwają ludzie do własnych wydzielin czy ekskrementów i wiążących się z nimi zapachów. U innych osób zachowanie uwidoczniające tę fascynację może nas odrzucać czy nawet wywoływać dreszcz obrzydzenia. Natomiast u samych siebie nie widzimy w takich zainteresowaniach i czynnościach nic złego, a nawet uznajemy je za przyjemne, odprężające czy – jak ująłby to psychoanalityk – stymulujące autoerotycznie. Tak, tak, to nic innego jak pociąg do „zabaw z samym sobą”, czemu być może towarzyszy nawet odrobina dumy z tego, jak fascynujące produkty wytwarza nasze ciało.

Wracając jeszcze na chwilę do psychoanalizy: upodobanie do własnych wydzielin i zapachów, nawet nieprzyjemnych, tłumaczy się w niej jako pozostałość fazy analnej – jednego z etapów seksualnego rozwoju małego dziecka, kiedy własna kupka napawa szczególną dumą.

Trudne życie celebryty, czyli fałd pośladkowy nie zawsze zdrowy

Rozległy fałd pośladkowy to prawdziwy celebryta na tle wszystkich innych fałd i fałdek. Z żadną inną szczeliną naszego ciała nie wiąże się tyle różnorodnych skojarzeń. Jedni natychmiast myślą o oddawaniu stolca, inni o kwestiach higienicznych, a jeszcze innym odbyt kojarzy się przede wszystkim z seksem analnym. Skóra wokół odbytu jest bardzo wrażliwa, a dzięki znajdującym się w niej licznym zakończeniom włókien nerwowych cała ta okolica jest też ważną strefą erogenną. Jednocześnie obficie występująca tu flora bakteryjna, duża ilość gruczołów potowych i zapachowych, ciągłe ocieranie się skóry podczas ruchu oraz zabiegi higieniczne związane z utrzymaniem pupy w czystości sprawiają, że fałd pośladkowy to rejon niezwykle delikatny i podatny na rozmaite infekcje.

Chyba nie ma drugiej części ciała, z którą łączyłoby się tyle przeciwstawnych skojarzeń. Zgrabna pupa to zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn jeden z głównych wabików seksualnych. Wyraźnie kojarzymy ją z erotyką, a zatem również z posiadaniem potomstwa: jędrny, męski tyłek ma świadczyć o wysokiej potencji, z kolei jakże kobiece zaokrąglenia sugerują, że nie będzie kłopotów z poczęciem ani z porodem. A mimo to o pewnym rejonie tej części ciała mówimy bardzo niechętnie. Zwłaszcza gdy coś tam nieprzyjemnie pachnie albo, co gorsza, swędzi.

Niemiły zapach w ogóle stanowi dla nas sygnał alarmowy. Czując go, odruchowo rozglądamy się za jakimś schronieniem. Odór oznacza, że okolica jest niebezpieczna – dla danego osobnika lub dla całego gatunku – tam, gdzie cuchnie, może się bowiem czaić choroba. Jako istoty kierujące się w gruncie rzeczy prastarymi odruchami natychmiast włączamy więc tryb ochronny: staramy się oddychać możliwie płytko lub całkiem wstrzymujemy powietrze, a może nawet rzucamy się do ucieczki. Niewinny bączek, którego nasz współpasażer na nieszczęście puścił w windzie, staje się dla nas prawdziwym koszmarem. Tylko własne ślady zapachowe uznajemy za coś najzupełniej naturalnego.

Jak już wspomniano wyżej, uroda i erotyczna atrakcyjność pupy stoją w jaskrawej sprzeczności z całą resztą, którą kojarzymy z tą częścią ciała. Chyba każdy człowiek choć raz w życiu poczuł, że mocno swędzi go tyłek. W żadnym wypadku nie uważamy tego jednak za temat do konwersacji, bo zarówno problem, jak i jego umiejscowienie stanowią tabu. Tymczasem przyczyny swędzenia mogą być bardzo różnorodne, gdyż ta najwrażliwsza spośród wszystkich fałd naszego ciała ma wyraźną skłonność do przesadnych reakcji. Skóra w okolicach odbytu jest tak delikatna, a na dodatek pokryta drobnymi włoskami, że wystarczy najdrobniejsza ranka, otarcie czy skaleczenie, by w fałdzie pośladkowym natychmiast pojawiło się nieznośne swędzenie. Do takich mikrourazów dochodzi niekiedy nawet podczas najzwyklejszych codziennych czynności, takich jak uprawianie seksu lub sportu (wtedy dodatkowo pocimy się, co pogarsza sprawę), a nawet wskutek zbyt energicznego podcierania się po skorzystaniu z toalety.

Zresztą najczęstszą przyczyną przykrego swędzenia nie jest wcale, jak zakłada większość ludzi, niedostatek higieny. Przeciwnie, skóra reaguje w ten sposób raczej na zbyt intensywne namydlanie i pocieranie podczas mycia. My tymczasem, czując swędzenie, dochodzimy zwykle do wniosku, że czas na naprawdę porządną kąpiel, bo to wszystko na pewno z brudu. Bez zwłoki przystępujemy więc do dalszego maltretowania i tak już podrażnionej skóry, co gorsza, najczęściej przy użyciu mydła o zasadowym odczynie. Z rozpaczą i złością stwierdzamy potem, że mimo gruntownego mydlenia i szorowania wciąż można wyczuć pewne ślady zapachu, którego sobie nie życzymy. Powtarzamy więc całą operację jeszcze raz, a na zakończenie może nawet muskamy się wonnymi chusteczkami. Niestety, spodziewanych efektów dalej brak.

Od naturalnego zapachu tych okolic nie uwolnimy się za pomocą żadnych kosmetyków. Jego przyczyną nie jest brud czy resztki kału, tylko nasze własne gruczoły zapachowe. Trzeba więc po prostu również i tę woń zaakceptować jako coś naturalnego. To samo zresztą dotyczy zapachu okolic intymnych.

Zbyt gruntowne mycie i namydlanie pupy prowadzi do świądu. Dzieje się tak dlatego, że w drobnych fałdkach, które niczym płatki róży ciasno okalają zewnętrzny zwieracz odbytu, zaznaczając przejście do błony śluzowej, łatwo osadzają się resztki mydła. A tego typu substancje są zdecydowanie niepożądane w tak wrażliwym miejscu. Dlatego szybko pojawia się swędząca wysypka. Wtedy zaś wpadamy w błędne koło: im mocniej swędzi, tym intensywniej się myjemy, a w efekcie swędzi jeszcze bardziej…

Nie oznacza to jednak, że namawiam do bagatelizowania uporczywego świądu w tych okolicach. Niekiedy wskazuje on na poważniejsze dolegliwości – oprócz chorób skóry, takich jak łuszczyca czy atopowe zapalenie, mogą to być także hemoroidy, na które cierpi co trzeci z nas. Hemoroidy to po prostu żylaki odbytu, położone tuż za zwieraczem. W normalnej sytuacji te naczynka krwionośne uszczelniają ujście odbytu niczym napompowywany pierścień, nie dopuszczając do niekontrolowanego oddawania stolca czy przesączania wydzieliny śluzowej. Z czasem jednak żyły te się zużywają i zaczynają przypominać pozałamywane w wielu miejscach gumowe rurki. W tej sytuacji cały mechanizm zaczyna szwankować, a z pupy wydostają się minimalne ilości płynu, który, gromadząc się w fałdzie pośladkowym i małych fałdkach wokół zwieracza, również podrażnia skórę i powoduje świąd.

Swędzi, oj, swędzi – gdy coś nas podgryza

Czas na jeszcze jedno niedyskretne pytanie: Czy mieliście kiedyś owsiki? To kolejne stworzenia, które mogą solidnie dać się nam we znaki w okolicach odbytu. Denerwująca sprawa, aż ręka świerzbi… Wdzięcznym obiektem do zasiedlenia są dla owsików przewody pokarmowe dzieci w wieku przedszkolnym.

Te małe białe robaczki mają zaledwie milimetr grubości i do centymetra długości. Trafiają do organizmu przez kontakt ze skórą, zanieczyszczone produkty spożywcze, bieliznę, ale także po prostu wskutek wdychania unoszącego się wokół pyłu zawierającego mikroskopijne jajeczka. Pył ten, hm… osypuje się z okolic odbytu zarażonej osoby, trafia na ręce i stamtąd wędruje dalej. Jaja owsików są w stanie przeżyć w takiej podróży nawet trzy tygodnie. Dlatego właśnie tak ważne jest mycie rąk po wyjściu z ubikacji, o czym nie zawsze pamiętają dzieci (a także niektórzy dorośli), bo po użyciu papieru toaletowego na palcach mogą pozostać jaja owsików. Jeśli je przypadkiem połkniemy, po jednym do kilku tygodni przeobrażają się w dojrzałe osobniki. Następnie samica owsika przedostaje się nocą z jelita grubego w kierunku odbytu i tam za jednym zamachem składa nawet piętnaście tysięcy jaj. Pełzające robaczki można poczuć bez żadnego problemu: cała pupa swędzi jak diabli! Tyle że drapiąc się po niej, przenosimy jednocześnie jajeczka – pod paznokcie, na piżamę, kołdrę, materac… Błędne koło.

Nie zawsze jednak osoby zarażone owsikami odczuwają silne swędzenie. U dziewczynek jedynym rezultatem bywa niekiedy infekcja intymna, połączona ze stanem zapalnym i upławami. Zazwyczaj jednak u zarażonych dzieci pojawiają się mdłości, drażliwość, utrata apetytu, nagła utrata wagi, zaburzenia koncentracji, ogólnie kiepskie samopoczucie i bladość. Jak z tego widać, problemy z koncentracją nie zawsze wskazują na ADHD; niekiedy przyczyną może być niewielki robaczek. Jeśli więc chcemy się przekonać, co tak naprawdę dolega naszemu dziecku, warto zdecydować się na pewien przyrodniczy eksperyment w gronie rodziny, najlepiej zaraz po wstaniu lub przed pierwszą wizytą w toalecie. Odcinamy kawałek łatwo ściągalnej taśmy klejącej i przyklejamy go podejrzanemu lub podejrzanej w okolicach odbytu, a następnie ostrożnie odrywamy. W „idealnym przypadku” do taśmy przykleją się jajeczka owsików albo nawet będą z niej zwisać kawałki robaków. Teraz wystarczy obejrzeć „preparat” pod dziecięcym mikroskopem i jeszcze przed śniadaniem będziemy mieć za sobą seans pt. Inwazja obcych 34 i ½.

Naturalna ochrona fałdów skóry

Poniżej znajduje się kilka przydatnych wskazówek w ramach akcji „W zdrowych fałdach zdrowy duch!”.

Wybierajmy syntetyczne substancje myjące o odczynie kwaśnym (nie zasadowym). W odróżnieniu od klasycznych mydeł produkuje się je w taki sposób, by utrzymać wartość pH na zbliżonym do skóry poziomie, równym 5,5.

Kolejna sprawa to dostęp powietrza. Parafrazując reklamę pieluch, powiedzmy sobie jasno, że „radośniej jest (nie tylko) maluchom, kiedy mają bardziej sucho”. Wybierajmy więc przewiewne, bawełniane majtasy, które miękko i luźno układają się na pupie. Rozmaite stringi i tangi to tylko źródło dodatkowych otarć i podrażnień. Dla pań z dużym biustem bardzo ważny jest oddychający i dobrze dopasowany stanik, żeby piersi nie „pokładały się” na brzuchu; ewentualnie można podłożyć pod nie kompresiki z gazy. Należy unikać bielizny z włókien syntetycznych, która pobudza wydzielanie potu i nie nadaje się do prania w wysokich temperaturach.

W ogóle ubrania z tworzyw sztucznych bardzo szybko sprawiają wrażenie trwale przepoconych. Dzieje się tak dlatego, że podczas prania w niskich temperaturach nie da się w dostatecznym stopniu wyeliminować uporczywych bakterii. Nawet po oddaniu do prania chemicznego suknia balowa szybko zaczyna wydzielać nieprzyjemny zapach, gdy podczas tańca ponownie się spocimy. Aromat naszej kreacji natychmiast przywodzi na myśl poprzednie noce, spędzone na upojnych pląsach. To samo zresztą dotyczy tak często wychwalanej sportowej odzieży funkcjonalnej. Generalnie w kwestii bielizny można powiedzieć tylko jedno: NIE, NIE i jeszcze raz NIE dla powabnych desusów z poliestru i opiętych bokserek. TAK – dla bawełnianych majtadałów i podkoszulków…

Doświadczeni dermatolodzy często radzą też, by wrażliwe miejsca w fałdach skórnych smarować białą pastą cynkową. Niektóre preparaty mają w swoim składzie dodatkowo substancję przeciwgrzybiczą, która uniemożliwia namnażanie się uciążliwych drożdżaków. Cząsteczki cynku zawarte w paście działają przeciwzapalnie i „odsysają” ze skóry nadmiar wilgoci. Najlepsza pasta cynkowa to taka, która po kilku godzinach od nałożenia jest wciąż jeszcze widoczna w postaci cienkiej białej warstewki, a nie od razu wchłania się w skórę.

I wreszcie – wiem, wiem – najtrudniejsze do zastosowania zalecenie: jeśli fałdy są szczególnie głębokie, bo zbyt dużo jest podskórnej tkanki tłuszczowej, nie ma innej rady, jak po prostu trochę schudnąć.

Barwy skóry

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, dlaczego ludzie różnią się barwą skóry? Co sprawia, że skóra jest czerwona, brązowa, żółta, pomarańczowa, różowa lub biała? I czemu niektórzy z nas mają „łaty” w postaci przebarwień od słońca?

Odpowiedzi na te pytania częściowo dostarczy nam dalsze zgłębianie budowy naskórka. Właśnie w tej części skóry bowiem znajdują się komórki pigmentowe, które nadają naszej cerze ostateczny odcień, od bardzo jasnego po bardzo ciemny. Z drugiej strony na barwę skóry ma też wpływ jej ukrwienie, a więc proces zachodzący na poziomie –2, czyli w skórze właściwej. Wystarczy wspomnieć takie zjawiska, jak krótkotrwałe rumieńce powstające pod wpływem wstydu lub wysiłku i przegrzania, zaczerwienione wargi przy gorączce lub podczas seksu albo tzw. pajączki, czyli trwałe zaczerwienienie, powstałe w wyniku rozszerzenia wielu drobnych naczynek krwionośnych w skórze.

Często spotyka się pogląd, jakoby rozszerzone naczynka były „pęknięte”. W rzeczywistości jednak włókna tworzące ścianki naczyń tylko trochę się zużyły i straciły elastyczność, dlatego nie są już w stanie obkurczać naczynek do postaci wyjściowej i przez to są stale widoczne niczym plątanina przewodów elektrycznych. Z kolei nadmierna bladość może wskazywać na niedostateczne ukrwienie skóry lub świadczyć o tym, że we krwi znajduje się zbyt mało czerwonego barwnika.

Ale repertuar kolorystyczny skóry bynajmniej na tym się nie kończy. Do wyboru mamy nawet sinoniebieski. Taki odcień świadczy o wychłodzeniu, w wyniku którego nastąpiło ograniczenie dopływu krwi do skóry. Kolor ten może również wskazywać na niedobór tlenu we krwi na przykład w przebiegu ciężkich chorób płuc lub zakrzepicy, kiedy to odtlenowana krew gromadzi się w żyłach, zamiast szybko trafiać z powrotem do serca. Obecność ubogiej w tlen krwi w żyłach to zjawisko zupełnie normalne, któremu zresztą zawdzięczają one swój niebieski odcień, widoczny pod skórą. Normalnie jednak krew żylna wraca szybko przez serce do płuc, aby tam znów pobrać porcję tlenu. Jeśli utrzymująca się siność skóry jest chorobliwa, lekarze mówią o sinicy, względnie cyjanozie (to ostatnie słowo pochodzi z greki, gdzie kyáneos oznacza właśnie siny, niebieski).

Jeśli natomiast skóra zabarwia się na czarno, to znak, że w organizmie gromadzi się stara krew lub – w najgorszym scenariuszu – doszło do obumarcia tkanek. Ten fatalny stan lekarze określają mianem nekrozy czy martwicy.

Z kolei zażółcenie skóry, śluzówek i białek oczu świadczy o chorobie wątroby. Zaatakowany narząd nie rozkłada w dostatecznym stopniu żółtego barwnika zawartego w żółci, dlatego gromadzi się on we wszystkich tkankach ciała, w tym w skórze i gałkach ocznych.

O zdrowiu świadczy natomiast brzoskwiniowy odcień skóry. Powstaje on między innymi wskutek picia dużych ilości soku z marchwi, zawierającego naturalny barwnik zwany betakarotenem. Dzienne zapotrzebowanie na tę substancję wynosi od 2 do 4 mg. Jeśli jednak przez trzy tygodnie będziemy codziennie przyswajać 30 mg betakarotenu, nasza skóra nabierze lekko pomarańczowej barwy. Można to osiągnąć, spożywając każdego dnia pół kilo marchwi (na surowo lub w postaci świeżo wyciskanych soków) albo zażywając specjalne tabletki dostępne w aptekach. Takie delikatne przebarwienie podnosi też naturalną odporność skóry na promienie słoneczne, dlatego osoby z alergią na słońce mogą profilaktycznie wykorzystać ten sposób przed kolejnym urlopem. Można go polecić również tym, którzy po prostu lubią przyciągać na plaży spojrzenia innych. Naukowcy donoszą, że lica o lekko pomarańczowym zabarwieniu wydają się uczestnikom badań bardziej atrakcyjne i pociągające niż twarze „strzaskane na mahoń”. Na dodatek taka marchewkowa „opalenizna” pozwala nam nawet 2–3 razy dłużej przebywać na słońcu. A więc zamiast 10–20 minut, które można bezpiecznie spędzić na plaży bez kremu z filtrem, siedzimy sobie na słonecznej patelni i do godziny. Oczywiście nawet wtedy trzeba zachować ostrożność (więcej na ten temat piszę w rozdziale o poparzeniach słonecznych).

I jeszcze jeden przyjemny efekt uboczny: spośród wszystkich substancji zawartych w produktach spożywczych betakaroten jest najważniejszym prekursorem witaminy A w naszym organizmie, a więc związkiem niezbędnym do jej powstania – stąd bywa też niekiedy nazywany prowitaminą A. Witamina A świetnie wpływa na oczy i wzrok (w przypadku jej niedoboru grozi nam na przykład tzw. kurza ślepota). Ale potrzebują jej także nasza skóra i błony śluzowe, pobudza ona bowiem wzrost komórek, zapobiega uszkodzeniom skóry, a także wspomaga procesy regeneracyjne i podnosi odporność skóry. Aby pokryć dobowe zapotrzebowanie, wystarczą jedna, dwie marchewki dziennie. Jeśli dodatkowo połączymy je z odrobiną oleju bądź oliwy, poprawimy przyswajalność cennej prowitaminy w jelitach. Betakaroten znaleźć można zresztą nie tylko w marchewce, lecz także w wielu innych warzywach, na przykład w szpinaku, jarmużu, papryce, słodkich ziemniakach (batatach) i buraczkach, a ponadto w owocach o pomarańczowym miąższu, takich jak hurmy (dostępne pod handlową nazwą kaki), morele, rokitnik, nektarynki i mango.

Jeszcze silniejsze działanie od betakarotenu ma inny karotenoid, zwany likopenem. Uznawany jest za substancję rewelacyjnie zwalczającą wolne rodniki, która pozwala długo zachować młodość i chroni przed rakiem. Dlatego też w aptekach można kupić tabletki z likopenem w postaci suplementu diety. Są one jednak zdecydowanie droższe niż słoiczek koncentratu pomidorowego – a tymczasem pomidory są doskonałym źródłem tej substancji, która w szczególnie wysokim stężeniu występuje właśnie w przecierach i koncentratach.

Naturalna ochrona przed słońcem

Kolor skóry zdradza też co nieco na temat naszego pochodzenia genetyczno-geograficznego. Sygnalizuje, pod jaką szerokością geograficzną najlepiej dajemy sobie radę, a nawet gdzie mamy największe, a gdzie najmniejsze szanse na przeżycie. Za nasz kolor skóry odpowiada ważny typ komórek naskórka – komórki pigmentowe, zwane melanocytami. Są to komórkowi buntownicy. Powstawszy z pratkanki nerwowej, tzw. grzebienia nerwowego, odłączają się od niej bardzo szybko, jeszcze na etapie rozwoju płodowego. Podczas gdy ich koledzy grzecznie rozwijają się w normalne komórki nerwowe, ci włóczykije wyprawiają się w kierunku skóry.

Melanocyty przypominają wyglądem mikroskopijne rękawiczki. „Rękawiczki” te są zanurzone w masie młodzieńczych komórek skóry, a zamocowane na błonie podstawnej, czyli „podłodze” naskórka. Mogą też jednak tworzyć większe skupiska tuż pod błoną podstawną, co uwidocznia się na skórze w postaci znamion i pieprzyków.

Melanocyty, żywotne już od najwcześniejszej młodości, zachowują zamiłowanie do ruchu aż po kres swoich dni. Niekiedy dochodzi do ich zwyrodnienia, gdy przekształcają się w komórki czerniaka (raka skóry). Choroba ta jest niezwykle groźna przede wszystkim dlatego, że błyskawicznie tworzy przerzuty, a nowotwór łatwo rozprzestrzenia się po całym organizmie – niestety, u komórek rakowych zamiłowanie do wędrówek to cecha tragiczna w skutkach.

Melanocyty są rozsiane w naskórku, a każdy z nich dzieli od następnego 10–12 młodzieńczych komórek skóry. Oznacza to, że na jeden milimetr kwadratowy przypada 900–1500 takich komórek pigmentowych. Na twarzy może być ich nawet do 2000, a w rejonie genitaliów jeszcze więcej – do 2400! Za to na stopach i wewnętrznej stronie dłoni melanocytów jest wyraźnie mniej – zaledwie 100–200 na milimetr kwadratowy. Przypominający rękawiczkę melanocyt przez swoje liczne wypustki wysyła do naskórka ziarenka pigmentu, zwanego melaniną. Jedna komórka pigmentowa może zaopatrzyć w melaninę aż 30–40 keratynocytów. Gdy tylko zaświeci słońce, pigment przystępuje do działania i powoduje, że się opalamy.

Warto tu dodać, że osoby o brązowej i czarnej skórze posiadają taką samą liczbę melanocytów co biali. Jednak każda z ich komórek pigmentowych wytwarza nawet do sześciuset ziarenek melaniny, a więc znacznie więcej niż u białych, u których jeden melanocyt wytwarza zaledwie jedno, dwa ziarenka. Na dodatek u osób ciemnoskórych ziarenka te są wyraźnie większe. Ponadto o tym, czy mamy skórę ciemną czy jasną, decyduje także proporcja różnych typów barwników z grupy melanin. Wyróżniamy dwa ich rodzaje: czarnobrązową eumelaninę i żółtoczerwoną feomelaninę. Dominujący typ barwnika określa indywidualną barwę skóry, włosów i oczu u poszczególnych osób.

Ogólnie rzecz biorąc, melanina działa jak najlepszy krem z filtrem, może bowiem pochłaniać światło o każdej długości fali. Dotyczy to jednak głównie eumelaniny, która rzeczywiście doskonale chroni przed promieniami UV. Feomelanina radzi sobie z tym zadaniem zdecydowanie gorzej. U osób o bardzo jasnej karnacji i rudych włosach feomelanina wyraźnie przeważa, dlatego też są one tak wrażliwe na słońce. W krajach północnych, gdzie słońce świeci znacznie słabiej, przewaga feomelaniny ma jednak głęboki sens. Dzięki temu bowiem skóra lepiej przepuszcza nieliczne docierające tu promyki. To jedyny sposób, by w takich warunkach mimo wszystko pokryć zapotrzebowanie organizmu na witaminę D. Na południu jednak przewaga żółtoczerwonego barwnika staje się poważną wadą. Osoby o jasnej karnacji są bowiem bardzo słabo przygotowane na potężne dawki promieniowania UV – zagrażają im więc zmarszczki i nowotwory skóry.

Co więcej, ciemny odcień skóry skutecznie chroni przed rozkładem jedną z witamin z grupy B, a mianowicie kwas foliowy. Ulega on rozpadowi pod wpływem promieni UV, o co nietrudno w palącym równikowym słońcu, a bez dostatecznej ilości tej substancji w organizmie spada liczba plemników, za to rośnie prawdopodobieństwo uszkodzeń płodu. Dlatego też dostosowanie barwy skóry do nasłonecznienia panującego w danym regionie to jeden z czynników decydujących o przetrwaniu gatunku.

I wreszcie melanina chroni też przed promieniowaniem podczerwonym. Jest to niewidzialna część promieniowania słonecznego o dużej długości fali, zwana również promieniowaniem cieplnym. Dlatego u osób o ciemnej skórze wolniej dochodzi do przegrzania organizmu pod wpływem słońca niż u białych. I analogicznie z tego samego powodu różowiutkie blondasy szybko się pocą i omdlewają w upale. Stąd wiele osób o jasnej karnacji intuicyjnie unika dłuższych kąpieli słonecznych.

Pigmentacja skóry – brąz na twarzy i w okolicach intymnych

Pod wpływem ciąży, ale także antykoncepcji hormonalnej w postaci na przykład tabletek lub spirali, latem u niektórych pań na twarzy pojawiają się duże, brązowe plamy. Dzieje się tak dlatego, że melanocyty są bardzo wrażliwe na wahania hormonalne. Podwyższony poziom żeńskich hormonów w połączeniu ze światłem słonecznym prowadzi do powstawania przebarwień znanych jako ostuda lub melasma. W tej sytuacji wskazane są radykalne działania: bardzo wysoka ochrona przeciwsłoneczna, rezygnacja z pigułki lub spirali. Tylko w przypadku ciąży trzeba po prostu spokojnie poczekać do rozwiązania. Na uporczywe plamy mogą pomóc kremy wybielające albo terapia laserowa.

Skoro melanocyty są tak wrażliwe na działanie hormonów, nic dziwnego, że skóra w okolicach genitaliów i odbytu jest wyraźnie ciemniejsza niż w innych partiach ciała. To rezultat stymulacji komórek pigmentowych przez hormony płciowe. I właśnie dlatego zjawisko to obserwujemy dopiero w okresie dojrzewania. Wybielanie odbytu i okolic intymnych – zabiegi, które mają coraz więcej zwolenników nie tylko w przemyśle pornograficznym – powoduje, że skóra w tych rejonach staje się delikatna i różowiutka, przez co wygląda jak u małego, niedojrzałego płciowo dziecka. Czy na pewno ci, którzy decydują się na tego rodzaju ingerencje, chcą osiągnąć właśnie taki efekt? Dojrzała męskość i kobiecość ma swoją barwę. A im jesteśmy starsi, tym bardziej pstrokata staje się nasza skóra.

Do mojego gabinetu regularnie trafiają pacjenci, dla których brązowe plamy na twarzy stanowią poważny defekt kosmetyczny. Potocznie przebarwienia te określa się mianem plam starczych. Swego czasu moja teściowa wyszła od lekarza dotknięta do żywego, gdy ten stwierdził, że ma na skórze „plamy starcze” – a była wtedy tuż po czterdziestce. Człowiek uczy się na błędach kolegów, toteż sama nazywam te plamy „przebarwieniami posłonecznymi”. Bo też tym właśnie są – rezultatem wieloletniego wystawiania skóry na słońce, a niekiedy także oparzeń słonecznych. Plama starcza oznacza, że skóra buntuje się i wysyła wyraźny sygnał: Uwaga, całkowity limit odporności na promienie UV został już dawno przekroczony!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki