Skóra byka - Salvador Espriu - ebook

Skóra byka ebook

Salvador Espriu

0,0
19,00 zł

lub
Opis

Pierwszy w polszczyźnie książkowy wybór wierszy najwybitniejszego katalońskiego poety XX wieku. Wielka, wsparta na motywach mitologicznych i biblijnych, medytacja na temat śmierci, przechodzenia z ojczyzny żywych do świata umarłych (poemat „Cmentarz Sinery”, cykl „Godziny”), a także wieloaspektowa analiza problematyki wolności, przeznaczenia oraz moralności społecznej zawarta w alegorycznym poemacie „Skóra byka”. Wszystko to zostaje umieszczone w mitycznej geografii, którą można podzielić na „małą ojczyznę”, czyli Sinerę, oraz dużą – Sefarad. Ta druga, wywodząca się z tradycji judaistycznej, symbolizuje Hiszpanię, podobnie jak tytułowa „Skóra byka”, która – rozpostarta – przypomina ten kraj swoim kształtem, nawiązuje też do narodowej tradycji corridy, a w poemacie Espriu zostaje dodatkowo wpisana w plan metafizyczny: judeo-chrześcijańską tradycję ofiary i odkupienia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 80

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Próba kantyku w świątyni

O, jakże zmęczony jestem tą moją

tchórzliwą, starą, tak nieokrzesaną ziemią

i z jakąż wielką ochotą wyjechałbym z niej

na północ,

gdzie ludzie są ponoć czyści

i cnotliwi, obyci, zamożni, wolni,

przytomni i szczęśliwi!

W tym czasie bracia w kongregacji mówiliby

z dezaprobatą: „Niczym ptak, co porzuca własne gniazdo,

jest człek opuszczający swe miejsce”,

ja zaś, już z oddali, śmiałbym się

z prawa i z wiekowej mądrości

tego mojego jałowego ludu.

Lecz nie podążę nigdy za swoim marzeniem

i pozostanę tu do śmierci.

Ponieważ ja także jestem bardzo tchórzliwy i nieokrzesany,

a do tego kocham z

beznadziejnym bólem

tę moją biedną,

podłą, smutną, nieszczęsną ojczyznę.

Cmentarz Sinery

Dla Friede L. Martorell, która też pokochała Sinerę

Ogłuchną wszystkie córki śpiewu.

Ekl 12:4, przekł. ks. J. Wujka

I

Żlebami spływa rydwan

słońca od strony wzgórz

gęstwy kopru i winnic,

które ciągle pamiętam.

Minę szereg zielonych

cyprysów, ponad cichym

morzem znieruchomiałych.

II

Ależ mała ojczyzna

otaczająca cmentarz!

Morze w dali, Sinera,

wzgórza pinii, winnica,

żleb pylisty. Nie kocham

już niczego prócz cienia

wędrującego chmury.

Nieśpiesznego wspomnienia,

dni minionych na zawsze.

III

Bez imienia, bez znaku,

wedle cyprysów, pod

płaszczem piasku i pyłu

skamieniałym od deszczu.

O, niech burza rozsypie

prochy po wszystkich łodziach,

malowniczych wąwozach

i po blasku Sinery.

Jasność kwietnia, ojczyzny

mrącej ze mną, gdy patrzę

na lata i na drogę:

podróż przez długie zmierzchy.

IV

Moje oczy już widzą

jedynie dni i słońca

utracone. O, słyszę

w żlebach Sinery echo

turkotu starych wozów!

Pamięć odtwarza zapach

morza pod bacznym okiem

jasnego lata. Róża,

którą zerwałem, nadal

trwa w mych palcach. A usta

smakują burzę, ogień,

słowa w proch przemienione.

V

W bramy Sinery wchodzę,

żebrząc o strzępy dawnych

wspomnień. Na drogach w ciszy

słychać słabiutkie echo

daremnego błagania.

Nikt z litości nie poda

chleba, który mnie żywił,

czasu utraconego.

Jałmużnę da mi tylko

zieleń wiernych cyprysów.

VI

Pajęczyna na ścianach

królewskich sal

przetrzymujących zimy

miarowy marsz.

Łodzie Sinery nigdzie

nie ruszą w dal,

bo jak płynąć, gdy każdy

zniszczono szlak?

Ślepe oczy nie ujrzą,

jak słońca blask

pyszne atłasy kładzie

na mroźny kraj.

Nie słychać dzwonków pośród

żlebów i hal.

Idę, rzędy cyprysów

po bokach mam.

VII

Nade mną czułe grono

w poczciwych srebrnych palcach

świętego męczennika.

Sunie iskrzący kondukt

świetlików zniczy, żeby

być przy wieczorze, kiedy

dobra śmierć doń przybędzie:

wiatyk wspomnień z Sinery.

Chcę je widzieć, więc pnę się

tam, gdzie cyprys straż pełni.

Księżyc muska hierarchię

wierzchołków drzew zielonych.

VIII

Idzie deszcz. Starowina

Muntala chowa słońce

w szafie marnej pogody

między mantyle szyte

przez czułą dłoń Sinery.

Ptak się zrywa, chce wniknąć

za mury ciężkich więzień

światła. Ja obserwuję

sielskie cyprysy w przestronnym

ogrodzie mego milczenia.

Przez granice starego

morza skaczą delfiny.

IX

Lecą wspomnienia deszczu

i zwiększają męczarnie

kwiatów umierających

kruchym i harmonijnym

rytmem zmierzchu i wody.

Morze zasypia! A nad nim

triumf, przeznaczenie, władztwo,

koronkowa inwazja.

Cyprys jasność gromadzi

wypłakaną przez niebo

w przemijające lustra.

X

Stojąc na czele ciszy

i oddziałów cyprysów,

przekażę oto sielską

władzę magicznych bereł

w bardziej dostojne ręce.

Nocny wiatr, hymn, wiekowe

brązy przeciwko armii

deszczu, znów napotkanej

niełatwej samotności.

Boskie owczarki pędzą

stada chmur kornych w góry.

XI

Deszcz zamiera, zwierciadło

szczodre samego siebie.

Do drżących świateł ciągną

ociężałe ćmy.

Nocny wiatr legł bez ruchu

na polach, na cmentarzu.

Kiedy znów się obudzi,

będzie nowy dzień.

XII

Niepokalanek,

bukszpan w cieniu dąbrowy.

Wiatr, ledwie

ruszy znad pól, co rano

budzi do ruchu liście.

XIII

Gdy jest południe,

na ścianach zamierają

cienie obłoków.

Biały mur tego miejsca

okalający ciszę.

XIV

Kryształ, czas pamięci,

szemranie źródła, jasnych

głosów z oddali.

Złoto, sen – i znów patrzę

na nieruchomy wieczór.

XV

Nad moczarami

płyną zimne, powolne

odgłosy dzwonów.

Na wszystkich drogach zmierzchu

panują mgły i świerszcze.

XVI

Przechodzi patrol

słodkich oczu, co strzeże

wspomnienia o Sinerze.

Noc jest głęboka,

ciche komunikaty

o życiach niewygasłych

roznieca nad cmentarzem.

XVII

O ty, ciemny statku,

co mnie z głębin nocy

strzeżesz bez ustanku!

O ty, statku ciemny,

płynący przez sen mój

o morzu Sinery!

Płynie spoza czasu

głos kobiety. Słucham,

o czym śpiewa marmur.

XVIII

Statek przybija tam, gdzie

pokój jest nad Sinerą

i trwa sen starych dłoni

u stóp drzew starych.

Późne lato opuszcza

bliski płomień winnicy,

ja tylko wyczekuję

minionych godzin.

XIX

Ostiariusze

dawnych wierzeń otwarli

na oścież drzwi, bo tańczą

mały święty i diabeł

wraz z końmi przybyłymi

od morza z rydwanami

burz i słot.

Wiatr zasnuwa

dymem jesiennym marmur

ołtarzy i winnice

kipiące złotem, znacząc

oblicze tego, który

uda się tam, gdzie cyprys

rzuca cień.

XX

Głóg i ostrokrzew,

zdradliwe śniegi, rzadki

chłód tramontany.

Zima nad morzem: wątłe

słońce nad pustką plaż.

XXI

Swobodne konie, rankiem,

cwałem przez pustą plażę.

Głosy i bębny z wiatrem,

zapowiedź wiosny.

A potem, kiedy morze

staje na nowo w ciszy,

mokry piasek spętane

pieszczą godziny.

XXII

Na mokrym piasku dźwigam

ład architektoniczny,

żeby trwał w równowadze.

Z finezją, z nabożeństwem,

przybity dogmatami,

toczę bój przeciw

osobliwym refleksjom

z metafizycznych

szlaków chłodu i deszczu.

Złamany głos, kielich bólu

mojego, niedziele i 

ich jutra wciąż jednakie,

wciąż jednakie, gdy gaśnie

blask kwietnia, ja z sił wszystkich

podtrzymuję sklepienie.

XXIII

Oto blask kwietnia

gaśnie i milkną córy

pieśni, a ja tymczasem

o zmierzchu nieruchomym

wędruję tak przez izby

utraconego domu.

XXIV

Nie narodzi się marmur

z fal zaklętych na wieki,

anioły się nie wzniosą

z urojonych imperiów.

Bo nadszedł niespodzianie

czas bólu, głosy wspomnień

wynoszą mnie przez izby

opuszczone Sinery

ku pochodniom świtania,

gdzie cyprys o pożodze

morza i chmur wie wszystko.

XXV

Nad brzegiem morza. Miałem

swój mały dom, swój sen,

nad brzegiem morza.

Wzniesiony dziób. Wysmukłą

łódź, którą sterowałem

swobodnym szlakiem morza.

A oczy znały

wszystek ład i harmonię

mojej małej ojczyzny.

Jakże ci muszę

opisać trwogę, którą

deszcz sprowadza na szyby!

Oto teraz noc mroczna

nad mym domem zapada.

Ku katastrofie

pchają mnie czarne skały.

Mnie, więźnia pieśni,

trudu próżnego, kto dziś

powiedzie ku świtaniu?

Nad samym morzem miałem

swój dom, swój sen nieśpieszny.

XXVI

Nie walczę już. Zostawiam

ci przestronny grobowiec,

niegdysiejszy kraj ojców,

sen i sens. Sam umieram,

bo już nie wiem, jak żyć.

XXVII

Sen i sens, mocne łodzie

na wietrze, trudne słowo,

które wciąż umiem wyrzec,

w starych granicach morza

i winnicy. Nie walczę

z trudem życia bez wiedzy,

jak żyć. Wokół mnie białe

wysokie ściany, dobry

przestronny spokój wedle

drzew, pod pyłem i cieniem.

XXVIII

Ten spokój już jest mój,

czuwa nade mną Bóg.

Mówię korzeniom, chmurom:

„Ten spokój już jest mój”.

Przez moje zagadkowe

oczy suną godziny,

patrzę na nie z ogrodu.

Czuwa nade mną Bóg.

XXIX

Słyszę krok przyjaciela

wciąż wyzbytego Boga:

szukasz zbędnego imienia,

by mieć gdzie stanąć?

Czy lepiej znasz z imienia

ostatnią tajemnicę

tego, co szedł przed tobą?

To raptem człowiek.

XXX

A kiedy staniesz

na głos mego imienia,

to pozwól, żebym spał

i śnił o cichych morzach,

o jasności Sinery.

Godziny

Non so chi sia, ma so ch’ei non è solo.

Czyściec, XIV, 4

I

Pamięci B. Rosselló-Pòrcela (5 I 1938)

Kruche lustro

W głębi ciemnych otchłani,

gdzie mnie twarz oczekuje,

zbliżam się, by się ujrzeć.

Kiedy cień wnika

w czysty kryształ, to czuję,

że się w ciszy uśmiecham.

Twarz

Cierpienie snu, powstaję

nocnym źródłem, by przyjąć

twe pragnienie. Meduza,

oczy matki. Na wieczny

pokój się rodzisz, widząc

mnie przez wspomnienia, lato

pochmurne, lustra, statek

śpiący cicho w marmurze.

Oczekiwanie

Wtedy powiem: „Wierzchołki i chmury,

i ziemie dalekie, i powolna

rana rzeki, i pożoga

nieba, liczne zmierzchy

nad pustynią, i stare drzewa

czczone jak bogowie – nadal

wracają do ludzi.

A ja, wyczekujący tego dnia,

widzę oto, żem martwy”.

Jesień

Wiatr, lasy – umierają,

całując powolne

światło wieczoru.

Armie nocy nadchodzą

samotnymi drogami.

Galop

Gdy cwałujesz na grzbiecie lęku, dróg,

źrebiąt nocy i głosów, samotny,

ślepy jeźdźcu burzliwy, raptem w spokój

zrzucony, już na zawsze niepomyślany.

Drzewo

Śniłem cię niewidzialnym majestatem

szybującym nad starymi nazwami wszystkiego.

Wyrosły z bólu popiołów,

ot, człowiek, dźwigałem cię, grobowcu,

zmarły ojcze, w sobie, milcząc,

i wołałem do ciebie słowami wichru

dawnych tysiącleci, co gniew rozpalają.

Milczałeś, zostawiłeś mnie sam na sam

w lęku przed nocą, tajnym ogniem, strzelistym płomieniem,

drzewem Bogiem w nocy.

Katastrofa

Dokąd uciec? Tylko cień, wspomnienie,

mroczne władztwo. Ślepa, powolna,

w glorii na drogach czarnej wody,

noc pocałowała ten marmur.

Płomień

W krąg, nocy, obserwują

tę nową ciszę, marmur

dumny, zgaszone usta

buntownika. Cóż to za

rytm metali cię wiedzie

owym suchym królestwem

w nagość bitwy? Czuję,

jak stajesz się przewrotnym,

niełatwym księciem zmarłych

popielnych kwiatów, słów.

Noc

Bladość. Błagasz, z czeluści,

wargami złaknionymi

śniegu, o więcej pieśni,

o chwile kwietnia. Nadal

w lochu nocy pląsali

wojownicy, muzyka,

szkarłat, kruche wspomnienia

jedwabiu, ty w bezruchu,

nie wraca ci powietrze,

twarda biel, którą śledzę.

O świcie

Która noc zimna

twoją ciszę ode mnie

odcięła, nie wiem.

Świt, ostatnie spojrzenie

obróciłem na ciebie.

W obliczu twojej śmierci

Muzyka drzew, dzwoneczki,

skryte tam-tamy dżungli

głoszą, jak rośniesz w bólu,

bez możliwości, żeby

wrócić na terytorium,

gdzie nadal można zmówić

w pojedynkę modlitwę.

Pełen zamysłów, bożek

w krótkotrwałych świątyniach,

nasze wspomnienie, znikasz

dziś pośród lodów, kantyk

unicestwiony w deszczu.

Modlitwa w obliczu twojej śmierci

Kiedy stęsknione dęby

morskich zieleni zaczną

szerzyć wieść podwieczorną,

żądam, pragnąc cię ogniem,

nowego blasku, byś był,

przed stołem całopalnym

żarliwych cisz skrzydlatych,

gorejącym kryształem,

płomieniem zwykłej pieśni.

Piosneczka o twojej śmierci

Twoja matka haftuje,

w alei Wiązów tka.

Twoja matka haftuje,

haftuje blask.

Twoja matka wciąż nuci

piosnkę sprzed lat,

historię o miłości

nieszczęsnej tak.

Deszcz powiedział jej o tym,

żeś nagle zmarł,

deszcz powiedział jej o tym,

że zmarłeś sam.